Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 156 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Znikomat - Agnieszka Żuchowska-Arent

Opowiadania podzielone są na trzy cykle: „Opowieści o ludziach żywych”, „Przejście” i „Opowieści o ludziach martwych”. Nieco egzystencjalne rozważania - z dystansem i humorem traktują o różnych aspektach istnienia i nieistnienia (tytułowy Znikomat to maszyna do "znikania" czyli wymazywania egzystencji). Bohaterowie - ludzie żywi, zwykle ekscentrycy uwikłani w szarą codzienność, poszukują sensu życia w rozmaitych aspektach, także poprzez realizację się w nauce i sztuce.

"Przejście" ukazuje kilka "niebanalnych" możliwości zakończenia egzystencji, zaś ostatnia część traktuje o "życiu pozagrobowym".

Głównym zamysłem zbioru jest wykorzystanie techniki zwierciadeł, krótkie "migawki" z życia różnych bohaterów, zmienny punkt narracji i osoba narratora (szczyt został osiągnięty w utworze "Pasażerowie", gdzie kontinuum narracyjne prowadzone jest przez trzy różne podmioty). Ten sposób wyłania się barwny etap ludzkiej drogi w nieuniknionym kierunku z życia ku śmierci.

Opinie o ebooku Znikomat - Agnieszka Żuchowska-Arent

Fragment ebooka Znikomat - Agnieszka Żuchowska-Arent

Agnieszka Żuchowska – Arent

Znikomat

Copyright by Agnieszka Żuchowska – Arent & e-bookowo 2009 Grafika i projekt okładki: Piotr Górnikiewicz

ISBN 978-83-61184-41-6

www.e-bookowo.plKontakt:wydawnictwo@e-bookowo. pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

OPOWIEŚCI O LUDZIACH ŻYWYCH

Opowieść o pani Stasi

Pani Stasia była trochę samotna. Ale nie była zgorzkniała ani trochę.

„To pewnie dlatego, że tak lubię ciasteczka. I sześć łyżeczek cukru do cappuccino. Co najmniej sześć” – tłumaczyła, odpowiadając na komplementy.

Chciałaby robić coś pożytecznego, ale coś przyjemnego jednocześnie. Energii jej nie brakowało.

Pani Stasia właściwie wiodła bardzo prosty tryb życia i wystarczały jej proste przyjemności: zielona ławeczka w wiosennym parku albo łabędzie, które można dokarmiać zimą. Chętnie też gawędziła z sąsiadkami w kolejce do lekarza albo w drodze powrotnej z kościoła. Popołudniami oglądała ulubioną telenowelę o miłości, a przed snem rozwiązywała krzyżówkę w „Życie Pani Domu Na Gorąco”.

Nikt by pewnie nie podejrzewał… (bo i o cóż, ludzie kochani, podejrzewać biedulkę – panią Stasię…?), dlatego właśnie nikt nie podejrzewał nawet, że miała pani Stasia swoje marzenie; niezbyt wyrafinowane czy przesadnie wydumane, ale dość nieosiągalne, by od wielu lat pozostawało niezrealizowane.

Otóż marzyła się pani Stasi własna cukierenka: urocza mała cukierenka, niekoniecznie na Brackiej czy Gołębiej; jest jeszcze wystarczająca ilość uroczych uliczek w naszym mieście, mimo iż nie wszystkie trafiły do twórcz ości lokalnych poetów. W tej swojej cukierence podawałaby ciasteczka własnego wypieku, owsiane z czekoladą albo z orzechami, rogaliki z makiem nadziewane marmoladą i rurki z kremem migdałowym, bo taki jest przecież najlepszy. I nie dziwiłaby się nic a nic gdyby ktoś zażyczył sobie sześciu kostek cukru do cappuccino, albo nawet więcej.

Ale pani Stasia była polską emerytką, która całe życie przepracowała za okienkiem na poczcie, takim samym, w jakim teraz co miesiąc odbiera szczuplutką emeryturę. (Szczerze mówiąc pani Stasia wciąż dziwiła się bardzo i zastanawiał a się już od dłuższego czasu, jak emerytura może być aż tak szczupła. Tak szczupłe nie są nawet supermodelki. Żeby być tak szcz upłym, trzeba by od urodzenia przez całe życie unikać choćby okruszynki ci asteczka, czy choćby jednej tylko rodzyneczki.)

Dlatego tylko w chwilach niekontrolowanego rozmarzenia przed telewizorem, oglądając telenowelę o miłości, pani Stasia haftowała w kwiatki bialutkie obrusy i robiła koronkowe serwetki, które tak pięknie by się komponowały z różowymi ścianami wyśnionej cukierni.

Dalej chodziła do kościoła i na pocztę, a po drodze łapała się na tym, że ogląda lokale do wynajęcia i stoi zadumana nad tym, jak by to ona ro zstawiła stoliki, a jak krzesełka gdyby to od niej zależało.

Raz zapatrzyła się tak bardzo, że nie zauważyła, że pędzący z naprzeciwka samochód sunie prosto na nią i nie ma szans by zahamować w porę. Zresztą było zbyt ciemno, a on jechał bez świateł, bo kto by po pijanemu myślał o światłach…

Połamane nogi bolały ją bardzo.

„Żadne, ale to żadne pieniądze nie byłyby w stanie mi wynagrodzić t ego bólu” – myślała leżąc na asfalcie i zastanawiała się, po co właściwie płacić przez całe życie składkę na ubezpieczenie, skoro takiego bólu i tak nie da się przeliczyć na żadne pieniądze świata. Kątem oka zauważyła, że kierowca wytacza się z auta i na jej widok natychmiast nabiera fasonu. Gdy się nachylił usłyszała:

– Proszę pani, czy pani mnie słyszy? Proszę pani, nikt nie może się o tym dowiedzieć! – szeptał gorączkowo. – Inaczej ja będę zgubiony! Ja pani zapłacę dużo pieniędzy, ja mam pieniądze, ale niech pani o tym nikomu nie mówi, rozumie pani?

– A czy kupi mi pan cukiernię? – zapytała pani Stasia tracąc przytomność, ale jeszcze zdążyła usłyszeć odpowiedź:

– Ja pani i dziesięć cukierni mogę kupić, a ściany złotem obkładać, ale niech tylko pani nikomu o tym nie…

Ból w złamanych nogach przypominał pani Stasi, że wszystkie wydarzenia ostatniego wieczoru nie były tylko snem. Lekarz, który otrzymał informację, że jego pacjentka przewróciła się na lodzie i w ten sposób połamała nogi, przekonywał, że to nawet zdrowo w jej wieku, bo nadmiar wapnia zamiast odkładać się na powierzchni kości i żył, (przypominając, że naukowcy odkryli kiedyś licho wie po co, taką chorobę jak osteoporoza), idzie na odbudowę uszkodzonych tkanek, co jest dla nas istnym wybawieniem. Lekarz opowiadał o swych pacjentkach po pięćdziesiątce, które całymi stadami wykupują turnusy w górach, mimo, a może właśnie dlatego, że nigdy wcześniej nie jeździły na nartach. Przecież to wszystko po to tylko by zaznać dobrodziejstwa połamania swych kości dla własnego zdrowia.

Pani Stasia chętnie oddałaby komuś swoje połamane nogi w zamian za parę zdrowych, tylko że, jak na ironię, nikt jej takiej wymiany nie zaproponował.

Pieniędzy od miłego pana pijanego kierowcy nie starczyło co prawda na dziesięć cukierni o ścianach obkładanych złotem, ale za to wcale nie zabrakło na zakup i całkiem przyzwoite wyposażenie jednej uroczej i nie najmniejszej wcale, cukierenki, której szyld wieścił złotymi zgłoskami iż jest to:

„CUKIERNIA STASI”.

Pani Stasia wprost nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Co chwilę przecierała, i tak już lśniące jak gwiazdozbiór Oriona, porcelanowe filiżanki ze złotą obwódką, poprawiała obrusy, serwetki i niezapominajki w maleńkich wazonikach na każdym stole. Ukradkiem zerkała na szczęście młodych zakochanych par albo na młode mamy, zaciągnięte tu przez swoje jasnowłose pociechy, które akurat teraz, w tej chwili muszą zjeść lody albo rurkę z kremem bo inaczej rozbeczą się na cały regulator.

Pewnego razu przyszli też do niej dwaj mili eleganccy panowie. Tacy panowie w czarnych płaszczach nigdy dotąd do niej nie przychodzili, ale sk oro już przyszli to chętnie podałaby im kawę i ewentualnie precelka, gdyby też sobie zażyczyli.

Tylko, że oni wcale nie przyszli tu na kawę ani na precelki. Przyszli i od razu zapytali, co ją łączy z niemiecką policją polityczną.

– Ale nic, panowie, skądże!? Ja i polityka?! I to jeszcze u Niemców?! Nigdy w życiu!!! – zdziwiła się.

– Proszę nie udawać niemądrej, przecież na szyldzie jest wyraźnie:

„CUKIERNIA STASI”…

– Stasi, proszę miłych panów, Stasi, nie STASI, bo to ja jestem St asia…

– To tylko pretekst. Podejrzewamy, że odbywają się tu zebrania zwolenników Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności, a może nawet – schadzki sympatyków nazizmu. Jak pani weszła w posiadanie tego lokalu?

Pani Stasia nie umiała i nie mogła sensownie odpowiedzieć na to pyt anie. Dlatego panowie w długich czarnych płaszczach zabrali ją bardzo daleko od jej cukierenki i jeszcze długo była przesłuchiwana przez pewnego niemił ego pana w przyciasnym pokoiku, pełnym gęstego dymu od papierosów.

Za kilka lat pani Stasia wyjdzie z więzienia. Ściany celi wcale nie są różowe i nie ma tu stolika z białym obrusem i wazonikiem niezapominajek. Zresztą i tak by się nie zmieścił między pryczą a betonową ścianą…

Przez żołądek do mózgu

Zawarta w zjadanej wątrobie kobalamina rozleniwia wątrobę drapieżnika, wnikając z przewodu pokarmowego bezpośrednio do krwi. Rysio nic sobie z tego robił, a raczej – robił sobie wszystkie posiłki. Nie będzie się prz ecież żywił wyłącznie smażoną cebulą. Poza tym, jego własna wątroba miała też inne obowiązki, więc chyba na brak zajęcia nie mogła narzekać. Cały jego organizm skupiony był na jednym, potężnym zadaniu. Medytował w równym stopniu opuszkiem dużego palca u lewej stopy, co kłębuszkami nerkowymi. Mózgu też używał oczywiście, a jakże.

Odsunął wylizaną patelnię i wstał z krzesła, omal go nie przewracając. Kiedyś korzystał z talerzy, ale się skończyły. Nie miał czasu na ich zmywanie, a że nienawidzi widoku brudnych naczyń, po prostu je rozbijał. Patelni też nie miał czasu umyć, ale była zbyt twarda. Jedynie podłoga w kuchni się wgięła. Z braku innej koncepcji zaniósł ją jak zwykle, do zlewu, skąd wyciągnie ją dopiero jutro, w stanie niezmienionym.

A teraz najważniejsze: w oborze, która już dawno zapomniał krowią fizjonomię, urządził sobie pracownię. Nagromadził tam rozmaitego żelastwa, tak na wszelki wypadek, wychodząc z założenia, że wynalazek wi ekopomny, czyli taki, jaki on skonstruuje, musi być potężny, czyli monumentalny. To oznaczało, że szczytem jego marzeń jest niebotyczna, toporna kupa ekskluzywnie nitowanego, albo nawet żeliwnego – złomu. Miał już za sobą wstępny okres sporządzania skrajnie różnych projektów po kilka razy dziennie, i rezygnacji z nich po pierwszym przytłuczeniu młotkiem dowolnego palca. Realizował właśnie dwudziesty siódmy z kolei projekt, jak zawsze wciąż jeszcze przekonany, że to już ten właściwy. To go tak zaabsorbowało, że nie usłyszał nawet traktoru, który wjeżdżając w zachodnią ścianę jego pracowni, przy okazji starannie ją roztrzaskał. Zauważył zmianę dopiero późno w nocy, gdy wychodząc okazało się, że wcale nie musiał korzystać z drzwi. Nieszcze gólnie się zmartwił. Wiedział, że gdy tylko ukończy swój wynalazek, wszystko będzie inaczej, a winowajca sam się przyzna. By być dyskretnym wandal musiałby w ogóle nie myśleć, (co chociaż się zdarza, zdarza się niezwykle rzadko), bowiem Rysio pracował nad maszyną do odgadywania myśli.

Tymczasem zamknął drzwi swego jedynego pokoju, który w razie potrzeby był również kuchnią i miejscem przechowywania nocnika, po czym z hukiem podobnym do nadciągającej nawałnicy, ułożył się na barłogu. Czynności higienicznych zaniechał już dawno temu. Zabierały zbyt dużo czasu, a ich efekty były nikłe i krótkotrwałe w odniesieniu do wiekopomności wynalazku, któremu właśnie się poświęcał. Około południa wstał i udał się do sąsiadki po przydziałową porcję wątróbki wieprzowej. Przywitała go z otwartymi ramionami tak, jak się spodziewał. Znowu zepsuł się jej telewizor. Rysio miał tam dożywotnią metę, więc przychodził codziennie po świeże podroby w zamian za cotygodniową naprawę telewizora. Często nawiązywał sąsiedzkie pogawędki, wrzucając przy tym niekiedy przez szparę w obudowie odbiornika, kawałek drutu, gwarantujący rychłe zwarcie. Wystarczyło już tylko schylić się po cebulkę wracając na skróty przez ogródek sąsiadki, a potem wyciągnąć patelnię ze zlewu i usmażyć wieprzowy gruczoł pozostałym na patelni starym, zjełczałym oleju. Oddawałby się konsumpcji równie pilnie, gdyby miał do czynienia z dowolną częścią wynalazku, nad którym pracuje. Zorientowałby się w niewygodzie sytuacji dopiero wówczas, gdyby po powr ocie do przerwanego zajęcia stwierdził brak zjedzonej części. Tym razem stwierdził jednak coś innego: obecność sześciu nietoperzy wiszących wewnątrz jego maszyny. Po chwili zastanowienia ocenił je jako nieprzydatne, po czym rozpędził na cztery wiatry. To wszystko przez nieszczelną ścianę. Ale kto by się tym zajmował na chwilę przed ostatecznym zabiegiem, powołującym do życia dzieło przełomowe dla historii ludzkości. Z zewnątrz, co prawda, nie wyglądało ono na jakiekolwiek dzieło, no, może na specyficzne rękodzieło. Widać było tylko dwa ogromne metalowe walce, podobne do trzymetrowej wysokości pralek wirnikowych. Brakowało im tylko proporcjonalnych wężyków do wylewania wody i napisów: "Frania" lub: "Światowid". Ale o to Rysio nie zadbał. Co było wewnątrz walców nawet sam Rysio nie był w stanie wyjaśnić, gdyż prykując tam różnej barwy i długości kabelki i złączki działał w stanie głębokiej ekstazy, co uniemożliwi ało mu jakiekolwiek przemowy. Oprzytomniawszy zaś wzbraniał się przed udzielaniem jakichkolwiek wyjaśnień, tłumacząc, że w obecnym stanie nie potrafi mówić dość ekstatycznie o rzeczach, które takiego właśnie podejścia wymagają. Minął zatem kolejny dzień ostatecznych wykończeń, które miały polegać na dokręceniu dosłownie trzech zluzowanych śrubek. Nie zostały one nawet dotknięte, a mimo to Rysio ani przez chwilę nie cierpiał bezczynności. Przecież natchnienie towarzyszy twórcy do samego końca procesu tworzenia. Opuścił pracownię, jak zwykle, ze świętym przeświadczeniem, że dzień jutrzejszy o dsłoni potęgę jego wynalazku. Tworzył go przecież już od sześciu lat bez przerwy, a z przerwą – od szesnastu. W ten sposób uregulował sobie życie, które kręciło się wokół jednej tylko nadrzę dnej wartości. Zawsze o tej samej porze spał, naprawiał telewizor sąsiadki, jadł ciągle to samo, z wyjątkiem zimy, gdy nie mógł znaleźć cebuli w ogródku sąsiadki. Dlatego trochę się zaniepokoił, gdy kolejnego poranka zamiast wątróbki otrzymał od sąsiadki móżdżek cielęcy z oświadczeniem, że sąsiadka zmienia działalność i już nie hoduje wieprzy. Mózg dał się usmażyć tak, jak przeciętnie kłopotliwa wątroba, nawet jeszcze łatwiej. Więcej różnic Rysio nie zauważył. Był zbyt pochłonięty powagą chwili. Oto już za moment, tuż po posiłku, urzeczywistni się definitywny efekt wieloletniego trudu. Dokręci ostatnie śrubki i stanie w blasku swego dzieła, rękodzieła, czy też dzieła rąk swoich, jak kto woli. W każdym razie, zwycięży; może n awet się wykąpie. To by było pierwszy raz od ponad pięciu lat… nie, wtedy po raz ostatni się golił, a kiedy ostatnio się kąpał, tego nawet już nie pamiętał.

Odłożył śrubokręt i zawołał sąsiadkę. Musiał przecież wypróbować swój wynalazek. Oprócz dziwnych zawirowań w żołądku czuł jeszcze dumę.

– No to się pan ładnie postarał, panie sąsiedzie – przyznała zapatrzona w kupę żelastwa najwyższej jakości. – I mówisz pan, panie sąsiedzie, że to będzie myśli ludzkie odgadywało. No, ciekawa jestem… Ale też się pan napracował co nie miara, tyle lat, a dopiero dzisiaj całe to zmęczenie na panu widać, ale oj, jeszcze jak widać! Jeszcze wczoraj rumiany pan sąsiad był, a dzisiaj blady jak, nie przymierzając, móżdżek cielęcy…

– Ależ nie, pani sąsiadko, wszystko w porządku – uśmiechnął się, na przekór latającym przed oczami świetlikom. Miał wrażenie, że wylatują z jego żołądka, bo czuł tam coś w rodzaju młynka. Po omacku odnalazł włącznik maszyny, wcisnął go i ostatkiem sił zdążył wyjaśnić: teraz trzeba tylko podłączyć się do tego gniazda, drugi koniec przewodu ma bezpośrednie połączenie z receptorami w moim mózgu…

Potem zalała go zupełna ciemność. Słyszał jeszcze pracę masywnej aparatury i wkrótce z mroku wyłonił się triumfalny pochód kół zębatych, które zaczęły wirować w szalonym tempie, zgrabnie wykrawając wątroby ze stada kąpiących się błotnistym bajorze, wieprzy. Okazało się wtedy, że wszystkie one wyglądają niczym jego sąsiadka. Po chwili zobaczył ją również stojącą nad brzegiem bajora, pełnego jej własnych wątróbek. Odgrażała się w kierunku nadciągającego stada kół zębatych, z których jedno przetoczyło się przez jej czerep odcinając część owłosioną i pozwalając wyfrunąć jasnobeżowym fałdom mózgu. Rozpoznał Rysio i siebie, siedzącego nad wielkim talerzem parujących wątróbek i usiłującego schwytać unoszący się ponad nim mózg…

– Ratunku!!! Ludzie! Morderca! Bandyta! Kanibal!

Nikt by może nie uwierzył w zasadność tak śmiałego oskarżenia, jednakże sąsiadka dysponowała wydrukowanym zapisem myśli Rysia, sporządzonym przez, przezornie wyposażoną w taką funkcję, maszynę. Rysia oskarżono, aresztowano i ukarano.

Co prawda pierwsze postępowanie z powództwa sąsiadki szybko um orzono, dowiedziono bowiem, iż oskarżony nie miał wpływu na przebieg swoich myśli, zaś ich treść była efektem ogólnego rozstroju zmęczonego organ izmu, nieprzyzwyczajonego do nagłej i tak drastycznej zmiany w odżywianiu. Właściwe oskarżenie wniósł jednak Rząd Państwa i na jego podstawie zapadł wyrok. Uzasadniono bowiem, że wynalazek Ryszarda w razie jego powszechnego użycia, wprowadziłby całkowitą jawność – zjawisko niebezpieczne i niepożądane tak w polityce, jak i w życiu społecznym, rodzinnym i wszystkich pozostałych dziedzinach życia obywateli, państwa i świata. Na tej podstawie maszyna do odgadywania myśli, jak i jej twórca, zostali zniszczeni raz na zawsze wraz z wszelkimi projektami, które mogłyby służyć do ich odtworzenia.

Terapia

Terapia dowolna: bioenergetyczna, psychiatryczna, konwencjonalna, niekonwencjonalna, czy inna, jest przede wszystkim skuteczna. Nie należy wstydzić się faktu, że jest ona potrzebna wszystkim, bo to świadczy pozytywnie choćby o psychoanalitykach; ich trudna, pełna poświęceń1 praca jest wówczas doceniania, a oni sami – wciąż potrzebni. I niech nas nie zrazi konieczność poniesienia takich, a nie innych kosztów. Przecież to, co naprawdę cenne nie może być całkiem za darmo, a każdy z nas doskonale zdaje sobie chyba sprawę, że zdrowie jest najważniejsze, a zdrowie psychiczne w szczególności warte jest każdej ceny. Nie dajmy się zwieść obiegowej opinii, że jak nie boli, to nie ma choroby. Choroba zawsze się znajdzie, trzeba ją tylko do pacjenta odpowiednio dopasować… to znaczy… zbadać jego predyspozycje zdrowotne, skłonności genetyczne i zdiagnozować rodzaj przypadłości, by właściwie dobrać strategię leczenia.

W tym celu pacjent, powiedzmy, że pan Roch Ursynowski, którego zn amy z Warszawy, uroczyście wkracza na teren światłego medyka, z zamiarem całkowitego poddania się jego woli. Na samym początku jaśnieje obsze rny korytarz, gładki i czysty, specjalnie tak pomyślany, by już od progu wywołać cały ciąg pozytywnych skojarzeń. Pan Ursynowski zawiesił kurtkę lub płaszcz na wieszaku lśniącym srebrzystym metalem lub emanującym przytulnym drewnem; wszystko w zależności od tego czy pan Roch jest zwolennikiem surowej nowoczesności czy tradycjonalizmu. W każdym razie bardzo mu się tu podobało i przychodził tak często, jak tylko pozwalał mu na to stan zdrowia. Już po kilku minutach nogi ugięły się pod nim na tyle, że poczuł się gotowy, by ułożyć się na miękkim łożu terapeutycznym. Zapewniono go, że kuracja będzie skuteczna niezależnie od tego, czy pacjent uwierzy w jej działanie, czy też nie i dlatego lepiej jest uwierzyć, leży to w interesie samego pacjenta, gdyż żadne reklamacje nie będą uwzględniane, a o zwrocie kosztów leczenia mowy być nie może. W końcu terapeuta napracował się bardzo niezależnie od efektów terapii. Ale któż by myślał o pieniądzach, kiedy to skuteczność, a nie cena terapii jest jej najważniejszą cechą.