Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Zniknięcie Josefa Mengele ebook

Olivier Guez  

3.84210526315789 (38)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zniknięcie Josefa Mengele - Olivier Guez

Rok 1949. Josef Mengele przybywa do Argentyny. Ukrywając się pod różnymi fałszywymi nazwiskami, ten lekarz, były oprawca w Auschwitz, wierzy, że na nowo ułoży sobie życie w Buenos Aires. Argentyna pod rządami Peróna jest przychylna zbiegom, podczas gdy cały świat pragnie zapomnieć o nazistowskich zbrodniach. Tropienie zbrodniarzy zostaje jednak z czasem wznowione i Mengele musi uciec do Paragwaju, następnie do Brazylii. W przebraniu, zżerany strachem, zmienia kolejne kryjówki, nie zaznając spokoju… aż do śmierci na plaży w tajemniczych okolicznościach w 1979 roku. Jak ten były esesman mógł przez trzydzieści lat wymykać się z zastawianych sieci? Zniknięcie Josefa Mengele prowadzi czytelnika w samo jądro ciemności. Dawni naziści, agenci Mosadu, chciwe kobiety i operetkowi dyktatorzy przewijają się przez świat naznaczony fanatyzmem, polityką, pieniędzmi i ambicjami. Książka uhonorowana prestiżową Prix Renaudot 2017 oraz nominowana do licznych nagród literackich, m.in. Prix Médicis i Listy Goncourtów (w kilku krajach).

Opinie o ebooku Zniknięcie Josefa Mengele - Olivier Guez

Fragment ebooka Zniknięcie Josefa Mengele - Olivier Guez

Tytuł oryginału:

La Disparition de Josef Mengele

Copyright © Éditions Grasset & Fasquelle, 2017.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora na okładce: ©JF PAGA

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-653-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Pamięci Ady i Giuditty Spizzichino,

Grazii Di Segni i Rossanny Calò

Który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając […]

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.

CZESŁAW MIŁOSZ

CZĘŚĆ PIERWSZABasza

Szczęście jest tylko w tym, co wstrząsa, a jedynie zbrodniawstrząsa; cnota… nigdy nie doprowadza do szczęścia.

MARKIZ DE SADE

1

Statek North King przecina błotniste wody rzeki. Pasażerowie, którzy już o świcie wylegli na pokład, wpatrują się nieprzerwanie w horyzont i teraz, gdy żurawie portowe i czerwona linia magazynów wyłaniają się z mgły, Niemcy intonują marsz wojskowy, Włosi się żegnają, a Żydzi modlą mimo mżawki, pary się całują – po trzytygodniowym rejsie parowiec dopływa do Buenos Aires. Stojący samotnie przy relingu Helmut Gregor rozmyśla.

Miał nadzieję, że przypłynie po niego kuter tajnej policji, dzięki czemu uda mu się uniknąć trudności przy odprawie celnej. W Genui, gdzie wszedł na pokład, błagał Kurta, aby mu załatwił to udogodnienie, przedstawiał się jako naukowiec, wysokiej klasy genetyk, proponował mu pieniądze (Gregor ma dużo pieniędzy), jednakże przemytnik z uśmiechem odmówił: tego rodzaju przywilej jest zarezerwowany dla bardzo grubych ryb, dla dygnitarzy dawnego reżimu, rzadko dla jakiegoś tam kapitana SS. Niemniej prześle depeszę do Buenos Aires, Gregor może na niego liczyć.

Kurt zainkasował stosowną kwotę w markach, lecz kuter nie przypłynął. Dlatego Gregor wraz z innymi imigrantami czeka cierpliwie w ogromnej hali argentyńskiej odprawy celnej. Mocno trzyma w rękach dwie walizki, dużą i małą, i wodzi wzrokiem dokoła po uchodźcach z całej Europy, spogląda na długie szeregi anonimowych osób ubranych elegancko albo byle jak, na ludzi, których w czasie rejsu unikał. Wolał patrzyć na ocean lub na gwiazdy, bądź czytać niemiecką poezję w kabinie. Dokonał w tym czasie przeglądu ostatnich czterech lat swojego życia, odkąd w styczniu 1945 roku na gwałt opuścił Polskę i wtopił się w szeregi żołnierzy Wehrmachtu, by wymknąć się ze szponów Armii Czerwonej: kilkutygodniowego internowania w amerykańskim obozie jenieckim; uwolnienia dzięki fałszywym dokumentom na nazwisko Fritz Ullmann; zaszycia się w kwitnącym bawarskim gospodarstwie niedaleko Günzburga, swojego rodzinnego miasta – przez trzy lata kosił tam trawę i przebierał ziemniaki jako Fritz Hollmann; ucieczki stamtąd dwa miesiące temu, w Wielkanoc; przeprawy przez Dolomity leśnymi szlakami przemytników; dotarcia do Włoch, do Tyrolu Południowego, gdzie stał się Helmutem Gregorem, i na koniec do Genui, gdzie ten łotr Kurt pomógł mu załatwić formalności we włoskich urzędach i z argentyńskim biurem imigracyjnym.

2

Uchodźca podaje celnikowi dokument podróży wydany przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, pozwolenie na zejście z pokładu i wizę wjazdową: Helmut Gregor, metr siedemdziesiąt cztery wzrostu, oczy zielonobrązowe, urodzony 6 sierpnia 1911 roku w Termenie, po niemiecku Traminie, w gminie Tyrol Południowy, obywatel niemiecki narodowości włoskiej, katolik, z zawodu mechanik. Adres w Buenos Aires: calle Arenales 2460, dzielnica Florida, u Gerarda Malbranca.

Celnik sprawdza bagaże: starannie poskładane ubrania, portret delikatnej blondynki, parę książek i kilka płyt z nagraniami operowymi, później krzywi się na widok zawartości mniejszej walizki: strzykawek podskórnych, notatników, rysunków anatomicznych, próbek krwi, płytek laboratoryjnych. Dziwne jak na mechanika. Wzywa lekarza portowego.

Gregora przechodzi dreszcz. Podjął szalone ryzyko, by zachować tę kompromitującą walizeczkę, cenny owoc wielu lat badań, całe swoje życie, które zabrał ze sobą, gdy w pośpiechu opuszczał ostatnie miejsce stacjonowania w Polsce. Gdyby z nią wpadł w ręce Sowietów, rozstrzelaliby go bez procesu. Kierując się na zachód wiosną 1945 roku, kiedy trwał wielki niemiecki odwrót, powierzył ją litościwej pielęgniarce, którą odszukał później w Niemczech Wschodnich, w sowieckiej strefie okupacyjnej, szalona to była wyprawa, trzy tygodnie trwała po uwolnieniu go z amerykańskiego obozu. Przekazał następnie walizeczkę Hansowi Sedlmeierowi, przyjacielowi z dzieciństwa i zaufanemu człowiekowi swojego ojca przemysłowca. Widywał się z Sedlmeierem regularnie w lasach otaczających gospodarstwo, w którym ukrywał się przez trzy lata. Bez walizeczki nigdy by nie wyjechał z Europy: Sedlmeier zwrócił ją Gregorowi przed jego wyjazdem z Włoch, dołączając grubą kopertę z gotówką, a teraz gmera w niej jakiś prostak z brudem za paznokciami, mówi sobie Gregor, kiedy lekarz portowy ogląda próbki i sporządzone ciasnym gotykiem notatki. Niczego z nich nie rozumiejąc, wypytuje po hiszpańsku i niemiecku, mechanik tłumaczy, że jest biologiem amatorem. Mierzą się obaj wzrokiem i lekarz, któremu chce się jeść, daje znak celnikowi, że może go przepuścić.

Tego dnia, 22 czerwca 1949 roku, Helmut Gregor dotarł do argentyńskiej świątyni.

3

W Genui Kurt mu przyrzekł, że niemiecki lekarz będzie czekał na niego w porcie i odstawi go do Malbranca, lecz i tym razem były to tylko piękne słówka przemytnika.

Gregor w deszczu krąży tam i z powrotem, jego kontakt utknął może gdzieś w korkach. Uważnie przygląda się nabrzeżom, baletowi dokerów, połączonym rodzinom, które odchodzą z uśmiechem, stertom skór i belom wełny w strefach załadunku towarów. Na horyzoncie nie widać żadnego niemieckiego lekarza. Gregor zerka na zegarek, rozlega się wycie syreny statku zamrażalni, niespokojny Gregor waha się, czy jechać do Malbranca, ostatecznie decyduje się czekać dalej, tak będzie przezorniej. Niebawem jako jeden z nielicznych już pasażerów North Kinga zostaje na nabrzeżu.

Dwaj Kalabryjczycy objuczeni jak muły proponują mu, by pojechał z nimi taksówką. Gregor ze zdziwieniem stwierdza, że idzie za tymi wszarzami – pierwszego dnia na południowoamerykańskiej ziemi nie bardzo chce być sam, zresztą i tak nie ma dokąd pójść.

4

W hotelu Palermo dzieli pokój bez umywalki i toalety z towarzyszami, którzy kpią z niego: Gregor z Tyrolu Południowego nie zna ani słowa po włosku. Gregor przeklina swój wybór, lecz bierze się w garść, częstuje się paroma plasterkami kiełbasy czosnkowej i kładzie się spać zmordowany z walizeczką umieszczoną między sobą a ścianą, zabezpieczoną przed pożądliwością Kalabryjczyków.

Nazajutrz od samego rana jest gotów działać. U Malbranca nikt nie odbiera telefonu: wskakuje do taksówki, walizeczkę zostawia w dworcowej przechowalni bagażu, po czym udaje się na spokojną ulicę w dzielnicy Florida. Dzwoni do drzwi okazałej willi w stylu neokolonialnym. Wraca godzinę później, dzwoni znowu, potem bezskutecznie telefonuje trzy razy z kawiarni, w której się schronił.

Kiedy wyjeżdżał z Genui, Kurt dał mu drugi kontakt w Buenos Aires: z Friedrichem Schlottmannem, niemieckim biznesmenem, właścicielem kwitnącego przedsiębiorstwa tekstylnego. W roku 1947 Schlottmann sfinansował ewakuację konstruktorów samolotów i inżynierów z sił powietrznych przez Skandynawię. „To potężny człowiek, pomoże ci znaleźć pracę i nowych przyjaciół”, powiedział Kurt.

Po przybyciu do siedziby Sedalany Gregor domaga się widzenia ze Schlottmannem, on jednak przez cały tydzień jest na urlopie. Ponieważ Gregor nalega, sekretarka prowadzi go do człowieka odpowiedzialnego za kadry, ubranego w dwurzędową marynarkę Argentyńczyka niemieckiego pochodzenia, który od pierwszego wejrzenia nie przypada mu do gustu. Gregor widzi się na stanowisku kierowniczym, lecz młody człowiek o wypomadowanych włosach proponuje mu „bardzo zacną” posadę robotnika: miałby czesać wełnę, która codziennie przyjeżdża z Patagonii, tak jest przyjęte w odniesieniu do świeżo przybyłych towarzyszy. Gregor się szczypie, niewiele brakuje, by skoczył do gardła pyskatemu szczeniakowi. On, potomek dobrej rodziny, posiadacz dwóch doktoratów, z antropologii i z medycyny, miałby przez dziesięć godzin dziennie, wdychając toksyczne wyziewy, wyczesywać baranie kudły gdzieś na przedmieściu Buenos Aires razem z Indianami i Metysami? Wychodzi z biura, trzaskając drzwiami, i poprzysięga sobie, że po powrocie do Europy rozprawi się z Kurtem.

5

Popijając oranżadę, Gregor rozważa swoje położenie. Znaleźć robotę, uczyć się stu hiszpańskich słów dziennie, dopaść Malbranca, dawnego agenta Abwehry z siatki Bolivar, nazistowskiego kontrwywiadu; cierpliwie znosić trudną sytuację, pozostając z Kalabryjczykami, chociaż mógłby sobie zafundować wygodny hotel. Nie zrozumiał ani słowa z dialektu, którym się posługiwali, pojął jedynie, że są faszystowskimi weteranami podboju Abisynii. Żołnierze go nie zdradzą, lepiej więc maksymalnie się ograniczyć i zachować cenną gotówkę, przyszłość jest niepewna, Gregor nigdy nie był lekkomyślny.

Avellaneda, La Boca, Monserrat, Congreso… Siedząc nad rozłożoną mapą, oswaja się z topografią Buenos Aires i czuje się malutki wobec tej szachownicy, nic nieznaczącą pchełką – on, który jeszcze niedawno terroryzował całe królestwo. Myśli o innej szachownicy, tej z barakami, komorami gazowymi, krematoriami, torami kolejowymi, o miejscu, gdzie spędził swe najpiękniejsze lata inżyniera rasy, o mieście zakazanym przesiąkniętym gryzącym zapachem palonego ciała i włosów, otoczonym wieżami strażniczymi i drutem kolczastym. Na motorze, rowerze albo samochodem krążył pomiędzy cieniami pozbawionymi twarzy, niestrudzony okrutny elegancik, w błyszczących butach i rękawiczkach, w mundurze jak spod igły i czapce lekko na bakier. Obowiązywał zakaz spoglądania mu w oczy i zwracania się do niego; bali się go nawet towarzysze z Czarnego Zakonu. Byli pijani na rampie, na której przeprowadzano selekcję europejskich Żydów, on jednak niezmiennie pozostawał trzeźwy i z uśmiechem pogwizdywał parę taktów z Toski. Miał zasadę: nigdy nie ulegać ludzkim uczuciom. Litość jest słabością: jednym ruchem szpicruty wszechmocny przypieczętowywał los swoich ofiar, kierowanych na lewo czekała szybka śmierć, komory gazowe, na prawo – śmierć powolna, roboty przymusowe albo jego laboratorium, największe na świecie, do którego codziennie po przyjeździe transportu dostarczał „stosowny materiał ludzki” (karły, olbrzymów, ułomnych, bliźnięta). Podawanie zastrzyków, pomiary, wykrwawianie; krajanie, mordowanie, przeprowadzanie sekcji: do swojej dyspozycji miał całe stado dzieci-królików doświadczalnych, by zgłębiać tajemnice bliźniaczości, produkować nadludzi i czynić Niemców płodniejszymi – kiedyś zaludnią wieśniakami-żołnierzami wschodnie tereny odebrane Słowianom i obronią rasę nordycką. Był strażnikiem czystości rasy i alchemikiem nowego człowieka: po wojnie czekała go wspaniała kariera uniwersytecka i wdzięczność zwycięskiej Rzeszy.

Krew dla ziemi, jego obłąkana ambicja, wielki projekt Heinricha Himmlera, naczelnego szefa Gregora.

Auschwitz, maj 1943 – styczeń 1945.

Gregor to Anioł Śmierci, doktor Josef Mengele.

6

Mgła, gwałtowne deszcze – antarktyczne zimno bierze w objęcia Buenos Aires, a Gregor dogorywa w łóżku przeziębiony. Obserwuje ruchy karalucha, który wyłonił się z wywietrznika, i drży pod kołdrą. Od jesieni 1944 roku nie był w takim złym położeniu. Wtedy Sowieci zalewali Europę Środkową: wiedział, że Niemcy przegrały wojnę, i z nerwów nie mógł spać. Postawiła go na nogi żona Irene. Przyjechała w lecie do Auschwitz, pokazała mu pierwsze zdjęcia ich syna Rolfa urodzonego kilka miesięcy wcześniej i spędzili razem parę idyllicznych tygodni. Chociaż akurat wtedy był bardzo zapracowany z powodu transportów czterystu czterdziestu tysięcy węgierskich Żydów, przeżyli drugi miesiąc miodowy. Komory gazowe działały pełną parą; Irene i Josef kąpali się w Sole. Esesmani w wielkich dołach palili żywcem mężczyzn, kobiety i dzieci; Irene i Josef zbierali jagody, z których ona robiła konfitury. Z kominów krematoriów buchały płomienie; Irene ustami zaspokajała Josefa, a Josef uszczęśliwiał ją. W niecałe dwa miesiące zgładzono ponad trzysta dwadzieścia tysięcy węgierskich Żydów.

Kiedy z początkiem jesieni Josef zagroził, że się załamie, Irene została z nim. Przeprowadzili się do nowego baraku wyposażonego w wannę i kuchnię, do usługiwania mieli świadków Jehowy.

Gregor patrzy na portret Irene ustawiony na stoliku nocnym, zdjęcie z roku 1936, kiedy to poznali się w Lipsku. On pracował w szpitalu uniwersyteckim, ona znalazła się tam przejazdem, studiowała historię sztuki we Florencji. Miłość od pierwszego wejrzenia: dziewczyna miała dziewiętnaście lat, szczupłe ciało i blond włosy, wyglądała jak Wenus Cranacha, jego ideał kobiecej urody.

Gregor kaszle, wspomina Irene w letniej sukience uwieszoną jego ramienia w angielskim ogrodzie w Monachium, Irene szczęśliwą w oplu coupé gnającym po autostradach Rzeszy w dniu ich ślubu, a w przededniu wojny. I wścieka się, po raz tysięczny spoglądając na delikatne usta żony na fotografii. Nie zgodziła się pojechać za nim do Argentyny z ich synkiem, nie zgodziła się na życie uciekinierki za oceanem. Mengele figuruje na amerykańskiej liście zbrodniarzy wojennych, jego nazwisko wymieniano już podczas kilku procesów.

W gruncie rzeczy pozbyła się go. Wraz z upływem lat, gdy przebywał w swojej bawarskiej kryjówce, czuł, że Irene coraz bardziej oddala się od niego. Sedlmeier, jego ojciec i dwaj bracia, Karl i Alois, mówili mu, że Irene w żałobnym stroju pociesza się z innymi. Aby go „kryć”, amerykańskiej żandarmerii wojskowej powiedziała, że zginął w walce. „Suka”, jęczy Gregor w mansardzie hotelu Palermo: jego kolegów po powrocie z frontu żony witały jak bohaterów; a żona Gregora zakochała się w sprzedawcy butów z Fryburga, zanim jeszcze własnego męża odprawiła od progu.

7

W łazience na piętrze przepasany ręcznikiem Gregor podziwia swój płaski brzuch i gładki tors, delikatność skóry. Zawsze dbał o skórę. Jego bracia i Irene natrząsali się z jego próżności panny sklepowej, z godzin spędzanych na nawilżaniu się i podziwianiu, on jednak błogosławi tę swoją kokieterię, która uratowała mu życie. Kiedy w roku 1938 wstąpił do SS, nie zgodził się, by zrobiono mu tatuaż pod pachą albo na piersi, czego wymagał regulamin, dzięki czemu gdy po wojnie dostał się w ręce Amerykanów, wzięli go za prostego żołnierza i kilka tygodni później zwolnili.

Gregor przysuwa się do lustra i ogląda łuk swoich brwi, lekko wypukłe czoło, nos, przebiegłe usta, patrzy na siebie na wprost i z profilu, wywraca oczami najpierw radosnymi, zaraz potem surowymi i niepokojącymi. Inżynier rasy aryjskiej długo się zastanawiał nad pochodzeniem swojego tajemniczego nazwiska. Mengele, to brzmi jak nazwa ciasta świątecznego albo włochatego pająka. I dlaczego cerę i włosy ma takie matowe? W szkole w Günzburgu koledzy przezywali go Beppo Cygan, a odkąd w Buenos Aires zapuścił ciemne wąsy, z wyglądu jest jak hidalgo, jak Włoch: jak Argentyńczyk. Gregor skrapia się wodą kolońską, w uśmiechu odsłaniając furtkę między górnymi jedynkami. Mimo przegranej i ucieczki, mimo że telefon Malbranca wciąż nie odpowiada, pokonał gorączkę i teraz ma silną erekcję. Myśli, że jak na trzydziestoośmiolatka, którego życie i wojna nie oszczędzały, nadal jest pociągający. Zaczesuje włosy do tyłu jak William Powell w The Kennel Murder Case, ubiera się i wychodzi, niebo jest pogodne, wietrzyk od Río de la Plata odświeżający.

Od kilku dni krąży po Buenos Aires. Rozległa avenida 9 de Julio i ustawiony na niej obelisk; avenida Corrientes, lokale przy niej i księgarnie; drapacz chmur Barolo i kawiarnie w stylu art nouveau przy avenida de Mayo; zaśmiecone zatłuszczonymi papierami trawniki w parku w Palermo; zatłoczone ulice w centrum, cukiernie i luksusowe butiki przy calle Florida. Poprzedniego dnia oglądał uroczystą zmianę warty gwardzistów przed Casa Rosada, pałacem prezydenckim, widział uniesienie gapiów dokoła, ich szacunek dla wojska. Dla armii, instytucji stabilizującej, tak w Argentynie, jak wszędzie indziej. Tylko Niemcy usiłują zniszczyć tradycje tym swoim zbiorowym poczuciem winy, wymamrotał w metrze, które wiozło go do nory w dzielnicy Palermo.

Wszędzie piękne kobiety, bezdomne psy, platany i fikusy, zapach cygar i pieczonego mięsa, sklepy prosperujące lepiej niż w Europie. Zdjęcia Alfreda Di Stéfano w białej koszulce z czerwonymi obszyciami klubu River Plate oraz portrety Carlosa Gardela i Agustína Magaldiego zdobią kioski razem z obrazkami z Matką Boską i z okładkami czasopisma „Sintonía” o gwiazdach i gwiazdeczkach.

Gregor wsiada do tramwaju, wtapia się w tłum pieszych i samochodów, metropolia od chwili założenia jest otwarta dla wszelkiej maści dezerterów i szarlatanów. Z nikim nie rozmawia. Kiedy widzi rudobrodych Żydów, potomków Rusos, którzy w początkach wieku, jeszcze za caratu, uciekli z Rosji przed pogromami, przechodzi na drugą stronę jezdni. Na planie miasta na czerwono zakreślił dzielnicę Villa Crespo oraz plaza de Once, gdzie Żydzi ulokowali swoje szwalnie, obawia się, że spotka jakiegoś upiora z Auschwitz, który gotów go zdemaskować.

Nie czuje się zbyt obco. W Argentynie trwa boom, to najlepiej rozwinięty kraj Ameryki Łacińskiej. Odkąd wojna się skończyła, zdewastowana Europa kupuje tu żywność. W Buenos Aires nie brakuje kin ani teatrów; dachy są szare, uczniowie noszą surowe mundurki. I tak jak w Niemczech w czasach III Rzeszy, tutaj również darzy się kultem wodza narodu, właściwie wodzowski duet – niedźwiedzia w operetkowym mundurze i wróbelka obwieszonego klejnotami. Zbawcę i uciśnioną: Juan i Evita Perón triumfalnie spoglądają na miasto ze wszystkich murów stolicy.

8

Dla zabicia czasu Gregor czyta w gazetach historię ich romansu. Poznają się w styczniu 1944 roku na gali dobroczynnej na rzecz poszkodowanych w trzęsieniu ziemi, które kilka dni wcześniej zniszczyło San Juan. Młodą aktorkę Evę Duarte zaskakuje pułkownik Perón, jeden z przywódców junty wojskowej sprawującej władzę, orędownik pokrzywdzonych, zasłużony sportowiec, człowiek elokwentny o przenikliwym spojrzeniu i indiańskich rysach twarzy: poderwał cały kraj, by przyjść z pomocą zburzonemu miastu.

Po przyjęciu Perón jedzie do radia, gdzie Evita chałturzy, Evita zatrudniona w Ministerstwie Pracy, w którym Perón troskliwie buduje swoją przyszłość. Wstrząsa nim jej zapał i szlachetność: zatrudnia ją w swoim sekretariacie i wkrótce żyją razem. Evita jest mu posłuszna: „Perón, słońce moje, moje niebo, mój kondor, który wzlatuje wysoko i leci daleko pośród górskich szczytów, blisko Boga. Racja mojego życia”.

Zapracowany Perón awansuje. Oto jest ministrem wojny i wiceprezydentem. Zwiększa budżet sił zbrojnych, tworzy wojska powietrzne, roztrząsa w eterze groźbę ataku ze strony sąsiedniej Brazylii, która jednak nigdy nie podejmie interwencji. Wraz z końcem wojny światowej Stany Zjednoczone naciskają na juntę wojskową, by przeprowadziła wolne wybory. We wrześniu 1945 roku przeciwnicy reżimu w wielkim marszu przechodzą ulicami. Argentyna się burzy, wśród oficerów trwa spór, najbardziej liberalni pozbywają się nacjonalistów, aresztują Peróna i usuwają go z urzędu. Jego zwolennicy się mobilizują, na wezwanie centrali związkowej robotnicy, związkowcy i biedota maszerują na Buenos Aires, gdzie na plaza de Mayo pod bramą pałacu prezydenckiego domagają się uwolnienia go i przywrócenia na stanowisko w rządzie. Perón poślubia Evitę i kilka miesięcy później odnosi zwycięstwo w wyborach prezydenckich.

Ambitni prowincjusze pchani żądzą odwetu, Evita i Perón są do siebie podobni. On jest synem pustych stepów prowincji Chubut, jego ojciec to chwiejny nieudacznik, matka – kobieta niestała w uczuciach; ona to nieślubna córka prowincjonalnego notabla bigamisty. Evity jeszcze nie ma na świecie, kiedy szesnastoletni Perón w 1911 roku wstępuje do szkoły kadetów. Parana, Andy, prowincja Misiones nad Amazonką: wraz z kolejnymi przydziałami młody żołnierz poznaje trzewia Argentyny i odkrywa zaharowanych peonów, robotników w rzeźniach w Buenos Aires traktowanych gorzej niż zwożone tam zwierzęta. Nierówności w bogatym kraju, głównym dostawcy surowców dla Anglii, która tu dyktuje swoje prawa: Anglicy kontrolują sieć kolejową, banki eksploatują bogactwa pampy i ogromnych lasów czerwonych kebraczo, z których pozyskiwane są taniny. Wielcy właściciele ziemscy zagarniają władzę i wydają huczne przyjęcia. W Buenos Aires sąsiadują ze sobą pałace i rudery, teatr Colón i burdele w La Boca.

Kryzys roku 1929 niszczy Argentynę. Przybywa bezrobotnych i bezdomnych, strajki paraliżują kraj, bandy anarchistów grabią wsie. Perón tłumi w sobie bunt. Obojętne na nieszczęścia obywateli władze porządkują biedę, głoszą demokrację, lecz fałszują wyniki wyborów. Lata trzydzieste: palarnie opium, skandale finansowe, eter i kokaina, napady z bronią w ręku. Na półmetku dekady nastoletnia Evita przybywa do Buenos Aires, by zostać aktorką.

Producenci bez skrupułów wykorzystują wątłe dziewczę. Evita się wścieka: niczego nie zapomina i nigdy nie wybacza. Marzy o wyciągnięciu zdrajców z plugawych kryjówek, o zniszczeniu baronów cukrowych i wielkich hodowców bydła, którzy zwąchali się z zagranicznymi kapitalistami depczącymi ludzi prostych jak ona. Evita jest bardziej niż Perón fanatyczna i porywcza.

9

W roku 1946 są oto panami Argentyny, wspiera ich Kościół, wojsko, nacjonaliści i proletariusze: wybiła godzina rozprawy.

Perónowie pragną wyzwolić Argentynę, zapowiadają rewolucję estetyczną i przemysłową, reżim plebejski. Prezydent Perón grzmi i oburza się w radiu, gestykuluje i fanfaronuje przed zachwyconymi masami, obiecuje koniec poniżania, zależności i niezwykłe życie, wielki skok: jest wybawcą, peronowski justycjalizm wprowadzi Argentynę do podręczników historii.

Perón to pierwszy polityk, który wstrząsnął starym, rolniczym, ciągle kolonialnym społeczeństwem Argentyny. Jako minister rozpieszczał robotników; jako prezydent wzmacnia służbę publiczną przy silnym wsparciu centrali związkowej mocno wrośniętej w rozbudowany aparat biurokratyczny. Wzrost i samowystarczalność, duma i godność: Perón znosi przywileje oligarchów, planuje realizację swoich marzeń o wielkości, centralizuje i nacjonalizuje koleje, telefonię, sektory strategiczne pozostające jeszcze w obcych rękach.

Evita to ikona trwającej radykalnej modernizacji. W wytwornej sukni madonna biedaków przyjmuje delegacje związkowców, odwiedza szpitale i fabryki, otwiera odcinki dróg, rozdaje protezy zębowe i maszyny do szycia, rzuca całymi plikami peso z okna pociągu, w którym niestrudzenie przemierza kraj. Zakłada fundację pomocy dla descamisados, nędzarzy, dla wszystkich pokrzywdzonych, i głosi peronowską dobrą nowinę za granicą przy akompaniamencie wiwatujących tłumów. W roku 1947, podczas swojego „tęczowego” tournée po Europie, jest przyjęta przez papieża i przywódców kilku państw.

Perónowie, rzecznicy ludu i woli Boga, dopinają nowy ład, nacjonalistyczny i autorytarny. Przeprowadzają czystki w szkolnictwie wyższym, w wymiarze sprawiedliwości, prasie, administracji; potrajają środki wydawane na tajne służby, na ludzi w gabardynowych płaszczach i brązowych garniturach. Perón wykrzykuje: „Espadryle – tak, książki – nie!”; Jorge Luis Borges zostaje zwolniony z posady w bibliotece miejskiej w Buenos Aires i przeniesiony do państwowej inspekcji drobiu i królików.

Perón obmyśla świat. Człowiek to centaur powodowany przeciwstawnymi pragnieniami, pędzący naprzód w chmurze pyłu w poszukiwaniu raju. Historia jest opowieścią o ludzkich sprzecznościach; kapitalizm i komunizm czynią z człowieka owada – pierwszy go eksploatuje, drugi podporządkowuje sobie. Jedynie peronizm przeskoczy indywidualizm i kolektywizm. To prosta, zrozumiała dla ludu nauka, która oferuje nieznany dotąd kompromis między ciałem a duszą, świątynią a supermarketem. Swojemu ludowi Perón obiecuje pionową pozycję wahadła: wyjście z wieku centaura dla Argentyny, narodu chrześcijańskiego, nacjonalistycznego i socjalistycznego.

10

Centaury i descamisados. W obliczu nieprawdopodobnej harmonii peronowskich sprzeczności Gregor pozostaje zimny jak głaz. Chwilowo myśli jedynie o tym, aby się tu odnaleźć i uratować skórę.

Wraz z nastaniem wiosny rezygnuje z turystyki. W połowie września 1949 roku uzyskuje prawo stałego pobytu i znajduje pracę jako cieśla w dzielnicy Vicente López, tam też się przeprowadza do nowej nory z brudnym oknem, którą dzieli z jakimś inżynierem i jego córeczką. Pewnej nocy Gregora budzą jęki dziecka. Dziewczynka ma rozpalone czoło, twarz bladą, dostaje konwulsji i ojciec w panice błaga Gregora, z którym nie zamienił dotąd nawet trzech słów, by jak najszybciej sprowadził lekarza. Gregor szepcze inżynierowi na ucho, że może się podjąć leczenia, pod warunkiem jednak, że nikomu nie piśnie słowa o jego umiejętnościach, inaczej sam musi sobie radzić, on palcem nie kiwnie, dziecko umrze, a jeśli inżynier go zdradzi, niech się później ma na baczności.

Nikt nie może wiedzieć, że Gregor jest lekarzem. On, który przez całe studia na najlepszych niemieckich uczelniach nienawidził majsterkowiczów i wszelkich prac ręcznych, godzi się teraz układać podłogi i łączyć belki, od początku ucieczki musiał przywyknąć do ogłupiającej pracy fizycznej, do nieodpowiednich zajęć. W bawarskim gospodarstwie sprzątał oborę, rąbał drewno, orał pole. Tutaj tydzień upływa za tygodniem, życie wiedzie monotonne, samotne, odkąd znalazł się w Buenos Aires, boi się zrobić fałszywy krok, spotkać niewłaściwą osobę – walczy ze strachem. Czuje się w pułapce. Codziennie inną drogą idzie do pracy. Regularnie mija ludzi mówiących po niemiecku, lecz nie ma odwagi ich zagadnąć. Marzy o golonce wieprzowej i soku jabłkowym w jednej z niemieckich restauracji odkrytych w trakcie zimowych wędrówek po mieście – w ABC w samym centrum, Zur Eiche przy avenida Crámer czy w Ottonie w dzielnicy Chacarita – lecz nie śmie wejść do środka, tak jak nie śmie publicznie mówić w ojczystym języku. Pociechą są mu listy przychodzące nadal do hotelu Palermo. Dzięki zaprzyjaźnionemu Sedlmeierowi pozostaje w kontakcie z Irene i swoją rodziną: na skrytkę pocztową wysyła im listy naznaczone melancholią, a Sedlmeier w zamian przesyła mu listy i przekazy pieniężne od rodziców. W kraju wszystko w porządku. Rodzinne przedsiębiorstwo maszyn rolniczych prosperuje, taczki i kosiarki idą „jak świeże bułeczki”, chwali się ojciec. Niemcy jeszcze nie podniosły się z gruzów, ledwie zaczynają się otrząsać. Karl senior czeka na niego: jak tylko „przyjaciele odwetowcy skończą z szykanami”, Gregor wróci na łono rodziny i do zarządu firmy. „Josefie, przestań się mazać, walczyłeś na froncie wschodnim, nie jesteś już dzieckiem. Bądź cierpliwy, nikomu nie ufaj, wszystko się ułoży”.

11

Zamknięty w pokoju, w którym akurat nie ma inżyniera ani jego córki, Gregor słucha opery Straussa, łapczywie czytając „Der Weg”. Dwa dni wcześniej zawróciło mu się w głowie, wypuścił piłę ręczną i o mało nie spadł z drewnianego rusztowania wysokiego na kilka pięter. Życie zawdzięcza refleksowi majstra. Potem, mając dość tego czajenia się i wyczekiwania powrotu widmowego Malbranca, pobiegł do kiosku po pismo tęskniących za Czarnym Zakonem i schował je pod kurtką.

Wiersze, wyrafinowana proza, rasistowskie i antysemickie artykuły, jakby III Rzesza nie runęła – Gregor delektuje się teutońskim kiczem autorów, którym w Niemczech alianci od zakończenia wojny zakneblowali usta. Uważnie czyta ogłoszenia drobne na ostatnich stronach, odkrywa delikatesy, piwiarnie, agencje podróży, kancelarie adwokackie, cały argentyński niemiecki świat funkcjonujący w stolicy, i cieszy się, może będzie mógł wychynąć z jaskini, może wreszcie zacznie żyć w Buenos Aires.

Nazajutrz po pracy udaje się do siedziby wydawnictwa Dürer przy avenida Sarmiento 542, gdzie zawiera znajomość z Eberhardem Fritschem, dyrektorem, wydawcą pisma „Der Weg”. Siedząc za biurkiem, Fritsch spogląda na hauptsturmführera Gregora, który wylicza kolejne etapy swojej służby, nie ujawniając prawdziwej tożsamości: wstąpienie w 1937 roku do partii narodowosocjalistycznej, do stowarzyszenia lekarzy nazistowskich i do SS rok później, służba wojskowa w Tyrolu w oddziale strzelców alpejskich, wstąpienie na ochotnika do Waffen-SS, Główny Urząd Rasy i Osadnictwa w okupowanej Polsce, front wschodni z dywizją Viking po rozpoczęciu operacji Barbarossa, stacjonowanie na Ukrainie, ofensywa kaukaska, bitwa o Rostów nad Donem, oblężenie Batajska, Żelazny Krzyż pierwszej klasy. Wspomina o przydziale do obozu na terenie Polski, lecz nie wymienia nazwy Auschwitz i jęczy nad swoim losem, nad wygnaniem, nad okupowaną ukochaną ojczyzną, nad ogromem Buenos Aires i swoją tęsknotą za mundurem. Potrzebuje wygadać się przed kimś.

Fritsch zapala papierosa i współczująco kiwa głową. Zachował olśniewające wspomnienie z zebrania Hitlerjugend, w którym jako czternastolatek uczestniczył w roku 1935 za swojej jedynej bytności w Niemczech, i nie wierzy w ani jedno słowo alianckiej propagandy przypisującej nazistom różne potworności, „kłamstwa podszeptywane przez Żydów”. Założył wydawnictwo Dürer, aby pomagać żołnierzom takim jak Gregor. Pisarzom uprawiającym literaturę Krwi i Ziemi, cenzurowanym w Europie, udostępnia swoje łamy i wypłaca honoraria wyjątkowe w czasach niedostatku: kostki rosołowe, konserwy mięsne i kakao w proszku; towarzyszom, którzy wylądowali nad Río de la Plata, oferuje punkt spotkań, sieć znajomych. Młody Fritsch zapewnia Gregora, że ma „bardzo długie ręce” i że nie trzeba niczego się obawiać: w Argentynie, kraju zbiegów wielkim jak Indie, przeszłość nie istnieje. Nikt go nie będzie pytał, skąd przybywa i dlaczego. „Argentyńczycy mają gdzieś europejskie swary i ciągle są źli na Żydów, że ukrzyżowali Chrystusa”.

Gregor słucha, jak promieniejący Fritsch opowiada mu o festynie w Luna Parku w Buenos Aires dla uczczenia Anschlussu; o tym, jak Argentyna, oficjalnie neutralna, w czasie wojny utrzymywała most między nazistowskimi Niemcami a Ameryką Południową. Niemcy wyprali tam miliony dolarów i pozyskali dewizy i surowce. Ich służby wywiadowcze założyły swój regionalny sztab w Buenos Aires. „Tutaj obmyślono obalenie proamerykańskiego rządu boliwijskiego w 1943 roku. Perón i pułkownicy, którzy tamtego roku przejęli władzę, próbowali zawrzeć porozumienie z Führerem. Rozpędzili siłą manifestację z okazji wyzwolenia Paryża i nie dopuścili do dystrybucji w Argentynie Dyktatora Chaplina. Kiedy