Zniknięcie Emily Marr - Louise Candlish - ebook
Opis

Pasjonująca opowieść o namiętności, odrzuceniu i odkrywaniu własnej tożsamości!

Tabby Dewhurst przybywa na malowniczą wyspę położoną u wybrzeży Francji, by zacząć nowe życie. Trafia do domu Angielki Emmie, która przyjmuje ją z niezwykłą życzliwością: ofiaruje dach nad głową i pomaga znaleźć pracę. Gościnna i serdeczna Emmie wkrótce staje się powierniczką sekretów Tabby, ale sama nie opowiada za wiele o sobie i swojej przeszłości. Rozbudza w ten sposób ciekawość współlokatorki, która stopniowo poznaje kolejne tajemnice Emmie. To, co odkrywa, dramatycznie zmieni życie obu kobiet...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 576

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Louise Candlish

Zniknięcie Emily Marr

Przełożyła Małgorzata Glasenapp

Tytuł oryginału: The Disappearance of Emily Marr

Copyright © Louise Candlish 2013

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Glasenapp, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Pamięci Lyndy Alison Candlish

(1944–2012)

Podziękowania

Chciałabym podziękować Emmie Beswetherick i Danowi Mallory’emu z wydawnictwa Little, Brown za wsparcie na pierwszych etapach tworzenia książki oraz Rebecce Saunders za cierpliwą i rozsądną opiekę podczas pracy nad powieścią. Podziękowania kieruję także do Davida Shelleya, Lucy Icke, Cath Burke, Hannah Green, Kirsteen Astor, Carleen Peters, Felice Howden, Emmy Stonex oraz Vicky Harris za doskonałą korektę i Emmy Graves za projekt okładki.

Dziękuje także Claire Conrad, Rebecce Folland, Kirsty Gordon i Jessie Botterill z agencji Janklow & Nesbit w Londynie.

Wyrazy wdzięczności należą się także Natalie Downing za pomoc przy zbieraniu informacji o demencji oraz Michaelowi Orrowi za uzupełnienie moich wiadomości na temat chorób psychicznych. Oczywiście odpowiedzialność za wszelkie znajdujące się w tekście błędy spada wyłącznie na mnie. Chciałabym podziękować także życzliwym pracownikom Biura Koronera Southwark przy Tennis Street w Londynie.

Dziękuję również Jojo Moyes, Rosamund Lupton i Dorothy Koomson. Niełatwo jest zapracowanym pisarzom znaleźć czas na ocenianie książek napisanych przez kolegów po fachu i tym bardziej jestem wdzięczna wymienionym autorkom za tę przysługę.

Podziękowania otrzymują także Jacqueline Miller za pomoc podczas pracy nad książką oraz moja rodzina i przyjaciele, zwłaszcza Nips i Greta.

Wreszcie chciałabym wyrazić wdzięczność Heinrichowi Böllowi, autorowi powieści Utracona cześć Katarzyny Blum, która była dla mnie źródłem inspiracji.

Dokłada się wszelkich starań, aby uniknąć ingerowania w prywatne życie poszczególnych osób, ale czasami jest to nieuniknione w interesie wymiaru sprawiedliwości.

Koronerzy i dochodzenie. InformatorMinisterstwo Sprawiedliwości Wielkiej Brytanii

Sama przestałam rozpoznawać siebie, zarówno na publikowanych wszędzie zdjęciach, jak i w lustrze. Miałam wrażenie, że zaczynam się rozpuszczać, znikać. Jakby Emily Marr przestawała istnieć.

Emily Marr

Prolog

Sussex, lipiec 2011 r.

Pierwszy raz w życiu widziała kogoś tak przerażonego. Strach malujący się na jego twarzy był paniczny, pierwotny, był reakcją człowieka, który wie, że zaraz umrze.

W dodatku chłopak był taki młody.

Kiedy samochód wypadł z drogi, Lisa siedziała w swoim aucie, stojącym w korku na przeciwległej jezdni. To korek sprawił, że mogła widzieć wypadek ze szczegółami, tak dobrze, że potem składała zeznania na policji i podczas dochodzenia. Była na skrajnym prawym pasie, metr czy dwa od barierek rozdzielających obie jezdnie. Miejsce w pierwszym rzędzie.

Dawno nie jechała tą trasą i zapomniała o robotach drogowych, przez które obniżono dozwoloną prędkość i zamknięto jedno pasmo ekspresówki. Ostatnim razem było lepiej, żadnych korków, tylko kilka minut jazdy w żółwim tempie, teraz jednak być może coś się stało – stłuczka czy inna przeszkoda. Brat kiedyś wyjaśniał jej „falową” dynamikę ruchu pojazdów, powodującą zatory i korki, ale nie słuchała zbyt uważnie. Przypomniała sobie tylko, jak mówił, że „wystarczy jeden idiota, który zwolni aż do zatrzymania, i pozamiatane”.

Jeśli kierowca nadjeżdżającego saaba był idiotą, to był idiotą naprawdę niebezpiecznym. Zamiast zwalniać, przyspieszał bez umiaru i przecinając wszystkie pasy jezdni, kierował się ku środkowym barierkom, prosto na samochód stojący tuż przed autem Lisy. Znalazł się w końcu tak blisko, że odruchowo się skurczyła, zasłaniając twarz ramieniem. W pierwszej chwili nie zrozumiała, co się tam dzieje, ani dlaczego wydawało jej się, że z przodu widzi jakby trzy głowy, a nie dwie. W każdym razie jej uwagę przykuła jedna z twarzy, należąca do młodego chłopaka czy mężczyzny, właśnie ta twarz. Małpi grymas, oszołomione spojrzenie, sztywność rysów z ustami szeroko otwartymi do krzyku. Ten widok zahipnotyzował ją, zmroził do głębi serca.

A potem nagle zniknęli. Na moment przed zderzeniem z barierką samochód odbił gwałtownie w lewo, zmieniając kierunek niczym gokart. Przez bardzo krótką chwilę mogła widzieć postać kierowcy – opadającą na piersi głowę z długimi blond włosami zasłaniającymi twarz. Kobieta. Lisa zrozumiała teraz, dlaczego widziała trzy głowy – ktoś siedzący z tyłu musiał sięgnąć między przednimi fotelami i chwycić za kierownicę, dlatego wyglądało, jakby wszyscy siedzieli w jednym rzędzie. To ten ktoś kierował pojazdem, nie kobieta z opuszczoną głową.

Ale jeszcze tylko przez krótką chwilę. Jeszcze ogarnięta strachem Lisa obserwowała najpierw w bocznym, a potem we wstecznym lusterku, jak samochód zjeżdża z drogi i spada w dół nasypu. Nachylenie było tak duże, że prawie od razu straciła go z oczu, ale koniec mógł być tylko jeden – auto musiało wpaść na gęsty pas drzew, który przy tej prędkości był niczym kamienna ściana. Huk kolizji wydałby się jej znacznie głośniejszy, gdyby nie miała nastawionego radia, z którego dobiegały teraz roześmiane głosy, wypełniając zamkniętą przestrzeń dookoła niej. Pomyśleć, że włączyła radio, by odegnać senność! Miną trzy noce, zanim znowu będzie mogła zasnąć. Ściszyła radio, wyłączyła silnik i otworzyła drzwi samochodu. Na chwilę ogarnęła ją fala klaustrofobii, serce waliło zbyt mocno, krew tętniła w uszach. Wreszcie wysiadła.

Stanęła niepewnie, na uginających się kolanach. Tam gdzie saab musiał wypaść z drogi, niczego specjalnego nie było widać, tylko wierzchołki drzew. Spodziewała się przynajmniej jakiegoś dymu, wznoszącego się niczym znad ogniska, jak w filmach, ale niczego takiego nie zauważyła. Nie było też żadnego hałasu, w każdym razie nic nie przebijało się przez dźwięki nadjeżdżających ciągle z południa samochodów. Wydawało się niewiarygodne, że mijający ją teraz kierowcy nie mieli pojęcia, co się tutaj wydarzyło, nie orientowali się, że jadą przez miejsce, w którym przed chwilą coś się stało. Być może usłyszą później o wypadku, ale nigdy się nie dowiedzą, że o mały włos staliby się jego uczestnikami.

Takie były jej pierwsze myśli, formujące się w głowie przypuszczenia, kiedy stała przy swoim aucie, jeszcze niezdolna do działania – że saab musiał wcześniej w coś uderzyć, może nie w drugi samochód, ale na przykład w zwierzę czy jakiś przedmiot na jezdni. Wtedy kierująca kobieta przeraziła się albo była zbyt oszołomiona i straciła kontrolę nad kierownicą, którą próbował przejąć pasażer z tyłu. Ale nie udało mu się.

Na trzęsących się nogach, oparta o dach auta, Lisa próbowała zdecydować, czy da radę bezpiecznie przejść przez barierki i jezdnię na drugą stronę drogi. Samochodów jadących z przeciwka było niedużo, nie był to poniedziałkowy poranek i pogoń do pracy, jechały jednak dość szybko, na obu pasach. Trzeba by przebiec jezdnię w dobrym momencie.

W korku za sobą usłyszała trzaskanie drzwiczek samochodowych i poczuła się pewniej, jakby wyratowana z opresji – pozostali patrzyli na to samo, co ona, niektórzy widzieli może nawet samo zderzenie. Ludzie wysiadali z aut i szykowali się do przejścia przez drogę, by szukać ofiar wypadku. Inni dzwonili po pomoc.

Rozdział 1

Tabby

Francja, maj 2012 r.

– Musisz iść – powiedział rozkazująco głos. – Nie możesz tu zostać.

Tabby udawała, że jeszcze śpi. Poruszyła się sennie w pościeli, jakby śniła zbyt głęboko, żeby coś mogło ją obudzić tak od razu. Nie bardzo zdawała sobie sprawę, do kogo należy głos, ale to jakoś jej nie zmartwiło.

W końcu ostatnio zdarzało jej się budzić, nie wiedząc, w jakim jest kraju, a co dopiero – w czyim towarzystwie.

No właśnie… Otworzyła trochę oczy, żeby się rozejrzeć. Leżała w dużym łóżku, w miękkiej pościeli (Bóg jeden wie, że ostatnimi czasy łóżko i pościel przestały być dla niej czymś oczywistym), w pokoju urządzonym na biało i niebiesko. Gładkie jasne ściany, nierówne niebieskie belki na suficie, białe prześcieradła, błękitny chodnik przy łóżku, biała toaletka, niebieski wazon – ktoś trzymał się tutaj jasno określonej wizji. Dwa okna, głęboko osadzone w ścianie, zasłonięte były okiennicami. Okiennice, oto wskazówka – to znaczy, że ciągle jeszcze jest we Francji, oczywiście! Przyjechała jakiś miesiąc temu i nocowała w różnych pokątnych hostelach w Lyonie, a potem w Paryżu, nie potrafiąc opracować żadnego planu ucieczki. Zresztą dokąd miałaby jechać, z powrotem do Anglii? Nie ma mowy, przynajmniej na razie. Dopóki będzie miała pieniądze.

Myśl o pieniądzach obudziła w niej niepokój, który znikł, gdy zobaczyła postać mężczyzny przechodzącego koło łóżka. Był od niej znacznie starszy, może nawet dwa razy starszy (w wieku dwudziestu pięciu lat nie bardzo umiała rozróżnić czterdziestkę i sześćdziesiątkę), i miał bardzo wyraziste rysy. Gęste włosy, mniej więcej w połowie siwe, nosił elegancko odgarnięte nad opalonym czołem, teraz zmarszczonym jakby w głębokim intelektualnym namyśle. A może był to jedynie namysł nad problemem, który stanowiła jej obecność.

– No chodź, musisz już wstawać!

Mówił po angielsku, ale z typowym francuskim akcentem, a ton jego głosu nie był wcale nieprzyjemny. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła, że miał zdecydowany wyraz twarzy, bez żadnych wahań czy wątpliwości, mogła mu tylko zazdrościć.

– Musisz iść – powtórzył. – Moja rodzina dzisiaj przyjeżdża.

– Aha – powiedziała, jakby usłyszała to polecenie po raz pierwszy, i usiadła w pościeli.

Jak ma na imię? Albo poznała go dopiero wczoraj, albo tym razem naprawdę straciła pamięć, ale to akurat było niemożliwe – pamiętała dobrze, że jest we Francji, i w głowie miała dokładnie tyle samo informacji, co każdego poranka tuż po obudzeniu: wiedziała, że ojciec nie żyje, że matki równie dobrze mogłoby nie być, że przyjaciele gdzieś się pogubili; wiedziała, że ktoś, kogo kochała najbardziej na świecie, powiedział jej, że nie chce mieć z nią nic wspólnego. Że nie chce nawet wiedzieć, gdzie ona przebywa, byle tylko nie była w tym samym kraju, co on.

A teraz ten mężczyzna też jej nie chciał. Jakby była jakimś utrapieniem, kulą u nogi, o czym prędzej czy później musieli się przekonać wszyscy, których spotykała.

Nie płacz, powiedziała sobie w duchu. Oni nie mają racji. Jesteś OK.

– Taksówka przewiezie cię przez most. Lotnisko jest niedaleko, chyba że wolisz znowu jechać pociągiem? Dworzec jest w centrum miasta, można stamtąd lecieć do Paryża albo tam, gdzie chcesz teraz jechać.

Jaki most? Centrum jakiego miasta? Była teraz pewna, że jeszcze wczoraj obudziła się w Paryżu. „Tam, gdzie chcesz teraz jechać” – brzmiało to niczym romantyczna przygoda, kolejna, która na nią czekała, bo ich wspólna przygoda bez wątpienia była romantyczna, czy może raczej erotyczna. Powoli zaczęła przypominać sobie wczorajszą podróż, zakończoną w niebieskim pokoju: wieczorny pociąg z Paryża, kolejne drinki po drodze, chłodne wnętrze dworca ze stropem wysokim jak niebo, taksówka czekająca na zewnątrz.

Przypomniała sobie, jak mężczyzna podawał taksówkarzowi jej plecak. To była dobra wiadomość, bo w tym plecaku mieścił się cały jej świat (raczej to, co z niego zostało), a jeszcze nie była gotowa się z nim rozstać.

Stał teraz przy oknie. Otworzył je do środka, okiennice popchnął na zewnątrz. Robił to powoli i z uwagą, jakby odprawiał jakiś rytuał. Może miał nadzieję, że kiedy się odwróci, jej już nie będzie i problem zniknie. Usłyszała stłumiony szum fal, a ułamek sekundy później zobaczyła morze. Musiała zmrużyć oczy – wyglądało bardziej jak płaszczyzna światła niż woda. Chłodne powietrze dotknęło jej skóry, przypominając, że jest dopiero maj.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała.

– W wiosce Les Portes. Mówiłem ci już. – Odwrócił się, patrząc na jej ciało z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. Domyśliła się, że wcześniej nie miała racji: on sam nie wiedział, czy była już tylko kłopotem, czy może jeszcze pokusą.

– Aha.

Les Portes. Le village à la pointe nord… wioska na północnym krańcu. Pamiętała to określenie, słyszała je wczoraj. Teraz przypomniało jej się, jak taksówkarz wypakował jej plecak z bagażnika przy jakiejś pustej ulicy z białym murem, jak ktoś mu zapłacił. Pieniądze. Niepokój powrócił, ściskając ją w żołądku. Nie mogła dłużej odganiać najważniejszego wspomnienia: nie miała już pieniędzy. Nie tylko gotówki przy sobie czy czegokolwiek na koncie – nie miała dostępu do żadnych pieniędzy. Od wczoraj bankomaty w całej Europie nie wypłacały jej już nic, przekroczyła debet, a jej konto zostało zablokowane. Gdyby nie to, że wyczerpała już całkowicie kartę w telefonie, z pewnością otrzymałaby z banku wiadomość o swojej ruinie finansowej. Bilet na pociąg kupił jej wczoraj mężczyzna o nieznanym imieniu, tak samo jak późniejsze drinki. Przyjechała z nim tutaj, bo doszła do punktu, w którym przestało mieć znaczenie, gdzie będzie spała i na jakich warunkach. Co nie znaczy, że się jej nie spodobał, kiedy zauważyła go w barze koło dworca Montparnasse i kiedy zapłacił jej rachunek, uwalniając ją od nieprzyjemnej próby zapłacenia kartą, która musiała zostać odrzucona. Podobał jej się. Robił wrażenie faceta zamożnego i opiekuńczego, na jakich kobiety z reguły zwracają uwagę – nawet te, które mają dom i mają dokąd wracać. Gdyby ją teraz poprosił, chętnie zostałaby z nim dłużej.

Zamiast tego ją wyrzucał. Jedynym jej atutem było to, co na początku zwróciło jego uwagę, więc wyciągnęła do niego nagie ramię i odrzuciła kołdrę zapraszająco. Podszedł do niej i usiadł obok, dotykając jej uda.

– Masz zimne ręce – powiedziała. – Chodź się rozgrzać.

Westchnął.

– Ale potem musisz iść.

– Przestań to powtarzać – odparła. – Już słyszałam.

To musi być pokój gościnny, pomyślała, przyciągając go do siebie. Nie ten, w którym sypia z żoną. Ktoś – pewnie jego żona, a może jakiś dekorator wnętrz – stanął kiedyś w drzwiach, spojrzał na puste wnętrze i powiedział sobie: niebieski i biały, tak właśnie będzie dobrze. Tak powinien wyglądać dom nad morzem. W łazience koniecznie ręczniki z wyszytymi muszelkami albo kotwicami; na schodach zamiast balustrady gruba lina okrętowa; oprawione w ramki fotografie z czasów, gdy ludzie na plaży nosili kostiumy zakrywające całe ciało, a na wakacje przyjeżdżali pociągiem ciągniętym przez parowóz; w korytarzu wiosło z haczykami jako wieszak na ubrania.

Ale teraz co innego zaczynało ją pochłaniać.

– Zanim się mnie pozbędziesz… – wyszeptała. – Wiesz w ogóle jak mam na imię?

– Oczywiście, że wiem. Tabitha.

– Mhm.

Czasami, od kiedy rozstała się z Paulem, używała innego imienia. Nie dlatego, że obawiała się zaangażować albo coś chciała ukryć, ale po prostu dlatego, że takie rzeczy się zdarzają, kiedy wszystko się ciągle zmienia, kiedy jesteś cały czas w trakcie wędrówki. Można używać dowolnego imienia, bo twoje prawdziwe imię nikogo nie obchodzi. Chociażby po to, żeby sprawdzić, czy wtedy zmieni się bieg wydarzeń albo czy łatwiej będzie podjąć decyzje inne niż zwykle.

Jednak temu mężczyźnie podała swoje prawdziwe imię. Nawet nie zdrobniałe Tabby, ale pełną, oficjalną wersję, którą kojarzyła ze szkołą czy z funkcjonariuszami straży granicznej. Zapewne chciała zrobić na nim wrażenie. Z tą myślą wygięła ciało jeszcze bardziej, kierowana nie tyle namiętnością, co uczuciem wdzięczności.

Taksówkarz nie mówił po angielsku, a ona nie chwaliła się swoim znośnym francuskim – nie miała ochoty na rozmowę. Wiedział, że ma ją przewieźć „przez most”, ale postanowiła czekać do ostatniej chwili z decyzją, czy będzie udawać, że dalej wybiera się pociągiem, czy samolotem, doskonale wiedząc, że nie ma pieniędzy ani na jedno, ani na drugie. I za nic nie chciała przyznawać, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje.

Okolica okazała się piękna, cicha i rozległa, z ziemią spłaszczoną jakby pod ciężarem złotego światła i ogromnego nieba. Zmrużyła oczy i spoglądała przed siebie, wypatrując tablic z nazwami mijanych miejscowości.

Na pierwszej napis Les Portes-en-Ré przekreślony był skośną czerwoną linią, czyli właśnie musieli stamtąd wyjechać. Wkrótce pojawiły się podobne nazwy: Ars-en-Ré, Loix-en-Ré, Saint-Martin-de-Ré. Byli więc w Ré, albo raczej na Ré, ponieważ morze pojawiało się na horyzoncie raz z jednej, raz z drugiej strony – to musiała być wyspa albo półwysep. Most zapewne prowadził na stały ląd.

Ré. Teraz jej mózg pracował już na pełnych obrotach i pamiętała, że po raz pierwszy usłyszała tę nazwę, kiedy jej nowy znajomy – na imię miał Grégoire, przypomniała sobie tuż przed pożegnaniem – zaproponował, by tu przyjechali, bo właśnie wybierał się na weekend do letniego domu, dzień wcześniej niż reszta rodziny, żeby spotkać się z majstrem w sprawie cieknącego dachu. Ale skąd miałaby słyszeć o Ré? To miejsce nie trafiało do planów podróży ubogich turystów, za to pełne było letnich rezydencji należących do ludzi pokroju Grégoire’a , bogatych paryżan, dla których spokojne nadmorskie weekendy stanowiły coś oczywistego.

Zapewne intruzi podobni do niej zapraszani byli na noc tylko w chwilach słabości.

Wreszcie gdy samochód pokonał prosty odcinek drogi między lasem a rozległym polem, za którym widać było niebieskie pasmo morza, zobaczyła most. Był oddalony o dwa czy trzy kilometry i wyglądał jak długi, łagodnie zakrzywiony kręgosłup, przywodząc na myśl ogon dinozaura. Na drugim brzegu widniały jakieś przemysłowe zabudowania, dźwigi i ogromne statki. W porównaniu z tym widokiem miasteczko, które właśnie opuszczali, było ślicznie miniaturowe, ze spokojną, lśniącą w słońcu powierzchnią zatoki, nad którą krążyły mewy. Taksówka minęła szykowny hotel z szaro oszalowanymi ścianami, molo, na którym ustawiono rzeźby, elegancko wyglądającą boulangerie z tarasem zastawionym pastelowymi meblami… Co tam spokojne weekendy, pomyślała Tabby, w takim miejscu można chcieć zamieszkać na stałe, jeśli ktoś ma luksus wyboru.

– Stop – powiedziała do kierowcy, a on od razu się zatrzymał.

Grégoire dał jej na taksówkę pięćdziesiąt euro. Za przerwaną podróż musiała zapłacić dwadzieścia, więc zostało jej w kieszeni jeszcze trzydzieści. Poza tym miała tylko jakieś drobniaki, monety, które znalazła w zakamarkach torebki.

Wróciła do hotelu, który dopiero co minęli, i w holu odszukała mapę Francji, dzięki której wreszcie mogła się zorientować, gdzie jest: Rivedoux-Plage na Île de Ré, niedaleko leżącego na stałym lądzie miasta La Rochelle, mniej więcej w połowie wysokości atlantyckiego wybrzeża, na południowy zachód od Paryża i północny zachód od Bordeaux. Do Calais trzeba by jechać kilka godzin, do Saint-Malo, skąd odpływały promy do Anglii, trochę krócej. Od razu odrzuciła myśl o pokonaniu tych odległości autostopem.

W recepcji zapytała, ile kosztuje najtańszy pokój.

– Sto dwadzieścia euro.

Dziewczyna za kontuarem wyjaśniła, że rozpoczął się już sezon wielkanocny i ceny poszły w górę. Tabby dopiero teraz przypomniała sobie o świętach, bo podczas podróży człowiek traci rozeznanie we wszystkich przedłużonych weekendach, wolnych dniach i świątecznych feriach. Wędruje się przez kalendarz jak przez mapę.

W każdym razie, jeśli o nią chodziło, mogli równie dobrze zażądać tysiąca dwustu euro.

Zaczęła więc inaczej: czy można dostać w hotelu jakąś pracę?

– A co pani potrafi robić?

– Cokolwiek. Stać za barem. Sprzątać. Może mogłabym pracować jako pokojówka?

Recepcjonistka pokręciła przecząco głową.

– Ale jest więcej hoteli i restauracji w La Flotte i w Saint-Martin. Tam powinna pani zapytać.

Dała Tabby turystyczną mapkę i rozkład jazdy autobusów. Następny autobus jadący do wymienionych miejsc – w kierunku, z którego właśnie przyjechała – odchodził dopiero za godzinę, ruszyła więc piechotą wzdłuż głównej drogi, szlakiem ścieżek rowerowych biegnących przez las, dopiero co widziany z okna taksówki. Czuła się dziwnie spokojna, nieustraszona, zaczarowana, jak dziewczynka z bajki, chroniona przez niewidzialny czar. Nikt nie wie, że tu jestem, myślała, ciesząc się poczuciem samotności i tajemnicy. Jestem całkiem sama. Mogę zacząć wszystko od nowa.

Jako kelnerka albo pokojówka, jeśli będzie miała szczęście…

Dotarła do La Flotte. Było większe niż Rivedoux, z ładną przystanią, brukowanym nabrzeżem i wietrzną promenadą. Z pewnością według miejscowych standardów życie tutaj było dość ożywione, ale w porównaniu z Paryżem czy innymi miastami, w których była wcześniej, toczyło się sennie i niespiesznie. Przy promenadzie znajdowało się jednak mnóstwo barów, kafejek i hoteli. Wchodziła do każdego, jednak nigdzie nie potrzebowali do pracy Angielki mówiącej kiepsko po francusku.

Opadła trochę z sił, ale postanowiła iść dalej do Saint-Martin, największej miejscowości na wyspie. Tutaj jednak rozbolały ją nogi, ogarnęło przygnębienie i nie miała siły rozpoczynać poszukiwań od razu. Poza tym przystań onieśmielała ją swoim szykiem, bistra i galerie sztuki przypominały eleganckie dzielnice paryskie, gdzie tacy jak ona nie mieli czego szukać; zacumowane przy nabrzeżu śliczne jachty i lśniące łodzie motorowe dodatkowo podkreślały elitarny charakter okolicy. Usiadła na ławce z widokiem na fale i przyglądała się ludziom, turystom poza sezonem – niektórzy mieli na sobie futra i markowe okulary przeciwsłoneczne, a ich dzieci nosiły płaszczyki droższe niż wszystkie noszone przez nią w życiu ubrania. Za trzydzieści euro na pewno nie dałoby się przenocować w tutejszym hotelu, a tylko prawdziwy cud mógł postawić na jej drodze jakieś tanie schronisko. Musiała pomyśleć o innym rozwiązaniu.

„Inne rozwiązanie” – jak to niewinnie brzmiało! Nigdy się na coś podobnego nie zdecydowała, nie spała pod gołym niebem. W Paryżu spotkała dwóch Australijczyków, którzy opowiadali, że podczas wyprawy do Grecji stale tak nocowali. W ich opowieściach brzmiało to jak zwykły kemping bez namiotu. Trzeba siedzieć do późna, jak najdłużej się da, mówili, a potem przysnąć w jakimś ustronnym miejscu na parę godzin, do wschodu słońca. Żaden problem, jeśli jest sierpień, a na plaży pod klifem stoją stare kutry rybackie, ale czy to się może udać nad Atlantykiem na początku maja? Czy nie groziło jej wyziębienie albo, w miejscu takim jak to, po prostu aresztowanie? Instynkt podpowiedział jej, że mogłaby oddalić się od gęsto zaludnionego pasa nad morzem i poszukać schronienia w głębi wyspy – na przykład w lesie, przez który przechodziła, może tam udałoby się znaleźć jakąś chatkę czy stodołę? Była to jednak tylko luźna myśl. Godziny dzielące ją od zapadnięcia zmroku kurczyły się szybko, ale ona ciągle liczyła, że coś ją uratuje, zanim przeminą. Coś.

Trzydzieści euro. Nie była jeszcze całkowicie włóczęgą.

Poczuła się głodna, poszła więc na deptak biegnący przez centrum miasteczka w poszukiwaniu jakiegoś sklepu albo boulangerie. Kupiła małą bagietkę i usiadła z nią na ławce gdzieś w połowie ulicy wypełnionej sklepami sprzedającymi pamiątki. Postawiła plecak na ziemi i jadła prosto z papierowej torebki. Prawdziwy sezon jeszcze się nie zaczął, ale dookoła kręciło się sporo kupujących. Przyglądała się grupce opuszczającej właśnie sklep z tekstyliami, zastanawiając się, jakie to uczucie: być tutaj na wakacjach i nie biedować, mieć szczęście, a nie pecha, mieć pieniądze i ochotę na kupowanie serwet, dywaników łazienkowych, pokrowców na poduszki i rękawic kuchennych. Po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, czy posiada coś, co mogłaby sprzedać.

– Niech to szlag trafi, na litość boską!

Odwróciła się w kierunku wypowiedzianego po angielsku przekleństwa. Kilka metrów dalej na lewo, w wąskiej uliczce odchodzącej od deptaka, przed pomalowanymi na zielono drzwiami stała kobieta. Naciskała guziki elektronicznego zamka, wypowiadając na głos litery i cyfry, które zapewne tworzyły kod otwierający. Zaklęła znowu, gdy po raz drugi nie poradziła sobie z wystukaniem odpowiedniej kombinacji. Udało jej się dopiero za trzecim razem („Be jeden jeden dziewięć zero trzy en, dziękuję bardzo!”). Dźwięk ojczystego języka wywołał u Tabby to specyficzne uczucie, jakiego doznajemy, słysząc gdzieś w niespodziewanym miejscu ulubioną piosenkę – oto wreszcie pojawia się jakaś nadzieja! Mogła zastukać do drzwi tej kobiety i poprosić o pomoc, może pożyczyć trochę pieniędzy, jedna Angielka od drugiej. Ale to przecież było bez sensu. Dlaczego ktoś, choćby nawet i rodaczka, miałby pożyczać pieniądze kompletnie obcej osobie?

Nie, musiała znaleźć budkę telefoniczną, zadzwonić do banku w Anglii i wybłagać ostatnie już powiększenie dopuszczalnego debetu – na tyle, żeby wystarczyło jej na podróż do domu i wynajęcie jakiegoś pokoju (byle nie mieszkać u matki i ojczyma), na kupienie jedzenia, zanim znajdzie pracę; jakąkolwiek pracę, bo żebracy nie przebierają w ofertach, a ona była właśnie żebraczką. Musiała przyznać, że tu, na malowniczej brukowanej uliczce Saint-Martin-de-Ré doszła do kresu swoich możliwości, do punktu końcowego.

Skończyła jeść chleb i zastanawiała się, ile w takim miasteczku może kosztować butelka wody. Rozsądniej byłoby dostać za darmo szklankę wody z kranu. Chciało jej się siusiu i musiała poszukać publicznego ustępu albo kafejki, w której pozwolą jej skorzystać z toalety bez kupowania czegoś do picia.

Tymczasem w bocznej uliczce znowu pojawiła się ta sama kobieta, tym razem z niewielką walizką, jakie bierze się do samolotu jako bagaż podręczny. Zamknęła drzwi wejściowe i skręciła za róg, z opuszczoną głową, idąc tak szybko, że Tabby zdołała tylko zauważyć burożółty płaszcz przeciwdeszczowy i rozjaśnione końce krótkich włosów w mysiobrązowym kolorze. Kobieta poszła w górę, w kierunku kościoła – pewnie wyjeżdża z miasta, pomyślała leniwie Tabby. Też coś, zostawiać takie piękne miejsce, z własnej woli wracać do Anglii! Ale zapomniała już, że tak właśnie postępują normalni ludzie. Kończą się im wakacje, mają dom, do którego mogą wrócić, za którym tęsknią, choćby wypoczynek był najprzyjemniejszy. Albo, jeśli mieszkają właśnie tutaj, mają pracę, do której muszą chodzić, i miejsca, w których muszą czasem bywać. Czasem wyjeżdżają i przyjeżdżają.

Wyjeżdża z miasta… Miejsca, w których muszą bywać… Wyjeżdżają i przyjeżdżają.

Trzeba przyznać, że niedobry pomysł przyszedł Tabby do głowy dopiero po dłuższej chwili. Kiedy już dotarł do jej świadomości, wywołał w niej tyle samo odrazy, ile podniecenia. Potem przyszło uczucie wyzwolenia – jakby nie odpowiadała za własne postępowanie, jakby działała poza własną władzą sądzenia. A moment później – stało się to nieprzyzwoicie szybko – nie mogła już myśleć o niczym innym.

B11903N.

Weszła w uliczkę, kierując się do zielonych drzwi. Nie rozglądając się na boki, wystukała tę samą sekwencję, którą wcześniej na głos wypowiedziała kobieta. W zamku rozległo się potwierdzające kliknięcie i kiedy pchnęła drzwi, uchyliły się bez oporu. Z opuszczonymi oczami szybko wślizgnęła się do środka, przymknęła za sobą drzwi i przez chwilę stała odwrócona twarzą w ich stronę, nasłuchując. Poczucie lekkości, uwolnienia zniknęło bez śladu. Teraz jej płuca rozszerzały się i ściskały boleśnie i nieregularnie, jak miechy w rękach szaleńca. Co ty wyprawiasz? Co ty w ogóle wyprawiasz?

Odwróciła się wreszcie i spojrzała przed siebie. Krótki korytarz prowadził do niewielkiego pokoju z dwoma oknami i przeszklonymi drzwiami, które otwierały się na skrawek ziemi zbyt wąski, by zmieściły się tam jakiekolwiek meble ogrodowe, a do tego zamknięty wysokim, rzucającym cień ceglanym murem. Obok była wąska kuchnia z szafkami w ostatnim stadium zużycia i zagraconym, ale dość czystym blatem. Widok samotnego kubka na suszarce do naczyń przypomniał jej, jak była spragniona, podeszła więc do zlewu i napiła się wody. Odstawiając kubek z powrotem, rozejrzała się po mieszkaniu z nowej perspektywy. Przy kominku stały dwie nieduże kanapy, stare i poprzecierane, obok okrągły stół otoczony tanimi wyplatanymi krzesłami i trochę innych przedmiotów jakby prosto z podrzędnego komisu: lampy, książki, całe wyposażenie ubogiego mieszkania. W prawym rogu pokoju było wejście na schody – a więc to był dom, mały i wsunięty w głąb uliczki, schowany przed oczami przechodniów, z oknami tylko od podwórka.

No dobra, powiedziała sobie, teraz pomyśl. Dom nie wyglądał na kwaterę dla wczasowiczów, a nawet jeśli nią był, to kobieta zostawiła swoje rzeczy, więc zapewne się nie wyprowadziła. Scenariusz najlepszy z możliwych: mieszkała w Anglii i przyjeżdżała tu tylko od czasu do czasu (w przeciwnym razie dlaczego miałaby się mylić przy otwieraniu drzwi?); teraz pojechała na lotnisko (stąd walizka), żeby wrócić do domu, i być może chciała przyjechać ponownie do Francji dopiero latem. W takiej sytuacji Tabby mogłaby tu zostać tygodniami i, znając kod, otwierać sobie drzwi bez zwracania niczyjej uwagi. Nieważne, czy w domu był prąd, potrzebowała tylko wody, która – wiedziała to już – nie była zakręcona.

Spróbowała zapalić światło: działało.

Najgorszy scenariusz: kobieta wróci za pięć minut, bo poszła tylko na zajęcia jogi albo po zakupy. Można na wiele sposobów wyjaśnić, dlaczego ktoś wychodzi z domu o piątej po południu z niewielką walizką, i tylko nieliczne możliwości zakładają wyjazd za granicę. Kimkolwiek była, mieszkała sama, o czym świadczyły pojedyncze rzeczy: jeden rower oparty o ścianę, jedna para kaloszy przy drzwiach, jedna kurtka i jeden polar na wieszaku w przedpokoju, jeden kubek na suszarce.

Tabby zaczęła wchodzić po schodach, starając się iść cicho, jak włamywacz, którym przecież była. Uważała, żeby nie ocierać ściany plecakiem. Na górze były dwa pokoje. Stojąc w drzwiach większego z nich, zauważyła kilka przedmiotów ustawionych na komodzie: oprawiony w skórę notes, małą butelkę perfum (luksusowej angielskiej marki, w połowie pustą), laptop, który nawet ona swoim niewprawnym okiem umiała zidentyfikować jako przestarzały. Za drewnianą ramę lustra wsunięta była pocztówka z reprodukcją obrazu, na którym wirowały róże i czerwienie – jeden z bardzo nielicznych osobistych akcentów w pokoju. Ale Tabby nie chciała myszkować, sprawdzać i dotykać. Była zbyt zmęczona, a poza tym miała przecież jakieś zasady. Ta myśl ją rozbawiła, a własny uśmiech w tych okolicznościach – że też w ogóle coś mogło ją rozśmieszyć! – sprawił, że wszystko wydało jej się kompletnie nierzeczywiste.

Jeżeli nie mogła ufać swoim własnym reakcjom, to jak miała wierzyć, że wszystko dzieje się naprawdę, a nie tylko odgrywa w jej głowie, gdy zdrzemnęła się, siedząc gdzieś na słońcu?

Na razie jednak potrzeba skorzystania z toalety była wystarczająco realna. Wychodząc z ubikacji, modliła się w duchu, by szum wody szybko przebrzmiał, w razie gdyby kobieta miała nagle wrócić. Pomyślała: powinnam wyjść z tego domu, zapomnieć, że w ogóle tu weszłam. Nikt nigdy się nie dowie.

Ale zmęczenie brało górę i skierowało ją jeszcze po trzech schodkach w górę, do drzwi drugiej sypialni, w głębi korytarza. Była mniejsza niż pierwsza, niewiele obszerniejsza niż kajuta na łodzi, a jedyne umeblowanie stanowiło podwójne łóżko stojące pod oknem, komoda z szufladami i stołek. Wyglądało tu tak, jakby nikt nie wchodził do tego pokoju miesiącami. Przymknęła za sobą drzwi i usiadła na łóżku.

Jej drugi pokój gościnny tego dnia, drugie łóżko należące do kogoś innego. Pościel była porządna, ale w dotyku wilgotna i zimna, jak materiał, którego od dawna nikt nie ruszał.

Położyła się na narzucie i zamknęła oczy. Nawet teraz, w tej sytuacji, ostatnia jej myśl dotyczyła Paula.

Pozbawiony marzeń sen skończył się fizycznym dotykiem – ktoś nią potrząsał. Czuła mocny uścisk na lewym ramieniu i czyjś oddech na twarzy, wszystko pełne gniewu.

– Kim jesteś? Co robisz w moim domu? – Słowa były wypowiadane po angielsku, gorączkowo i bez zastanowienia, a potem powtórzone po francusku.

Tabby otworzyła oczy. Stała nad nią spotkana wcześniej kobieta, oczywiście, z nerwowymi rumieńcami na twarzy i ciemnymi oczami, w których widać było strach. W pokoju panował półmrok – zapadł już wieczór.

Próbowała usiąść prosto. Podczas snu musiała naciągnąć na siebie narzutę, która teraz zaplątała się wokół jej kostek, ograniczając ruchy.

– Przepraszam – powiedziała głosem schrypniętym od spania – bardzo przepraszam. Ja tylko chciałam odpocząć. Myślałam, że pani nie wróci…

Przerwała, widząc, że to bez sensu. Nie miała nic na swoją obronę, nic, co usprawiedliwiałoby włamanie do cudzego domu, oczywiste naruszenie prawa. Powinna uciekać, i to szybko.

– Zaraz, jesteś z Anglii? – To odkrycie jakby jeszcze mocniej zdenerwowało obcą kobietę. Zrobiła się jeszcze bardziej czerwona na twarzy i silniej ścisnęła ramię Tabby. – Mów, kim jesteś! Jak mnie znalazłaś?

Tabby nic nie rozumiała.

– Byłam bardzo zmęczona, nie wiedziałam, co robić, i jak usłyszałam ten kod…

– Jak to, usłyszałaś kod? Śledziłaś mnie?

Tabby pomyślała, że najwyraźniej mówią o zupełnie innych rzeczach, ale nie było sensu tego drążyć.

– Nie, po prostu widziałam, jak pani wstukuje ten kod, a jednocześnie mówiła go pani na głos. Skończyły mi się ostatnie pieniądze i musiałam znaleźć jakieś miejsce do spania, więc otworzyłam sobie drzwi.

Kobieta przerwała jej jeszcze raz.

– Czyś ty oszalała? Nie możesz tak sobie używać cudzych kodów i wchodzić do mieszkań! To jest prywatny dom, a nie jakaś noclegownia!

– Wiem, to był głupi pomysł. Bardzo przepraszam. – Te słowa brzmiały żałośnie niewystarczająco, wręcz obraźliwie, jakby była zbyt arogancka, żeby bardziej się postarać.

– To w ogóle nie do wiary, to jest włamanie. Idę zadzwonić na policję.

– Niech pani tego nie robi, proszę. Chciałam wyjść, gdy tylko się obudzę, przysięgam. Naprawdę nie miałam zamiaru niczego ukraść, słowo honoru.

– Słowo honoru?

Tabby wyczuła, że kobieta sama nie wie, co ma zrobić, i zaświtała jej nadzieja – może, jeśli się pospieszy, uda jej się jeszcze uciec. Uwolniła już nogi z pościeli, teraz wyrwała ramię z uścisku tamtej i rzuciła się do drzwi i na schody. Kobieta jednak biegła zaraz za nią, jej kroki na schodach brzmiały uciekającej tuż za plecami. Tabby wpadła wreszcie do pokoju na dole i zaraz potknęła się, boleśnie wykręcając nogę w kolanie; jednocześnie przypomniała sobie, że przy łóżku na górze pozostał plecak. Wiedziała, że nie może go tu zostawić, i odwróciła się w stronę kobiety, żeby się poddać. Ból w kolanie był tak silny, że musiała osunąć się na podłogę, i zanim zdążyła się opanować, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła zawodzić:

– Proszę, niech mnie pani puści. Przysięgam, że już nigdy tu nie przyjdę…

– O matko, co się z tobą dzieje! – krzyknęła kobieta, najwyraźniej tak samo roztrzęsiona jak Tabby. Rzeczywiście, przez chwilę nie mogła nic powiedzieć, oddychając głęboko i starając się uspokoić. – Wstań z tej podłogi i usiądź na kanapie. Zrobię ci coś do picia. Musisz się chwilę pozbierać, żeby dojść do siebie.

– Jaki to ma sens? – zaszlochała Tabby. – Równie dobrze mogę iść i skoczyć z mostu, żeby mieć już to wszystko z głowy!

Kobieta patrzyła na nią, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Zrobię herbaty – powiedziała wreszcie. Dopiero kiedy się odwróciła, Tabby wstała i pokuśtykała na kanapę.

Woda gotowała się długo, tak długo, że łzy Tabby zdążyły obeschnąć. Była zbyt zrozpaczona, żeby odczuwać zakłopotanie. Zanim kobieta zajęła się nalewaniem wrzątku do kubków i szukaniem czegoś w lodówce, Tabby czuła na sobie jej badawcze spojrzenie. Nie odzywały się, ale nietrudno było zgadnąć, o czym tamta myśli. Przeżyła przecież koszmarną chwilę – znaleźć obcą osobę we własnym domu, we własnym łóżku! Prawdziwy cud, że od razu nie pobiegła po pomoc i nie wróciła z policją (Tabby pamiętała posterunek obok parkingu przy nabrzeżu, dwie minuty drogi stąd). Co ona sama by zrobiła w takiej sytuacji? Ale myśl, że mogłaby być posiadaczką jakiegoś domu albo przynajmniej prawowitym najemcą, była dla niej tak boleśnie abstrakcyjna, że nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. I jak zwykle pomyślała o Paulu, nie po to, żeby obwiniać go o swój upadek, ale z nadzieją, że mógłby zjawić się i jej pomóc. Uratować ją.

Nigdy jeszcze nie czuła się tak opuszczona.

– No dobrze, tu jest herbata. Jak tam noga?

Podniosła wzrok ze zdziwieniem, bo kobieta powiedziała te słowa zupełnie nowym tonem. Był łagodny, uspokajający, miły. W dodatku, gdy zbliżała się do kanapy, niosąc tacę z herbatą, Tabby zauważyła, że całkowicie zmieniła się jej postawa: ramiona miała rozluźnione, twarz wypogodzoną. Tabby nie umiała wyjaśnić, dlaczego tak się stało, zdawała sobie jednak sprawę, że było to coś więcej niż naturalne przeminięcie szoku i strachu – to musiała być jakaś decyzja, postanowienie. Jak gdyby w czasie kiedy gotowała się woda na herbatę, kobieta przemyślała swoją rolę w tym niespodziewanym wydarzeniu i obmyśliła sobie nową, mniej oczywistą linię postępowania.

– Chyba wszystko w porządku – powiedziała Tabby. – To tylko kolano, trochę skręcone.

Kobieta postawiła tacę na niskim stoliku i podała jej kubek.

– Napij się i spróbujmy wyjaśnić, co się tutaj właściwie stało. – Usiadła na kanapie naprzeciwko, rozluźniona i spokojna. W oczach miała nawet cień uśmiechu. Zmiana nastroju zabrzmiała najwyraźniej w kolejnym pytaniu: – Więc jak się nazywasz? Chyba nie Śnieżka?

Tabby zawahała się przez chwilę. Jeśli poda swoje prawdziwe imię i nazwisko, wciąż grozi jej doniesienie na policję i być może dlatego właśnie kobieta postanowiła rozmawiać z nią tak przyjaźnie. Może nawet dodała jej czegoś usypiającego do herbaty! Kierując się instynktem, wybrała jednak rozwiązanie, które uznała za szansę.

Podniosła kubek do ust i poczuła ciepły, drzewny zapach herbaty. Powiedziała:

– Nie, mam na imię Tabitha. Tabby.

– A ja – odparła kobieta – jestem Emmie.

Rozdział 2

Emily

Londyn, grudzień 2010 r.

Poznałam Arthura Woodhalla dwunastego grudnia 2010 roku i dzisiaj wiem na pewno, że przed tym dniem nie żyłam naprawdę. Nie byłam w pełni sobą. Miałam trzydzieści lat i, chociaż teraz to może brzmieć niewiarygodnie, świat nie bardzo się mną interesował. Znajomi mówili wprawdzie, że jestem atrakcyjna, ale jakoś nigdzie nie pasowałam. Mówili, że mam wielkie serce, ale ja wiedziałam, że to serce nie radzi sobie z własnymi uczuciami.

Nigdy wcześniej nie byłam naprawdę szczęśliwa.

To była sobota i akurat nasi sąsiedzi, Laingowie spod numeru 197, wydawali bożonarodzeniowe przyjęcie, imprezę dla członków Stowarzyszenia Przyjaciół Walnut Grove. Dowiedziałam się w trakcie zabawy, że takie przyjęcia urządzali po kolei różni Przyjaciele, zwłaszcza ci posiadający większe domy, którymi warto było się pochwalić. Matt i ja nie należeliśmy do Przyjaciół, ale zostaliśmy zaproszeni, bo sypialnia w naszym mieszkaniu pod numerem 199 przylegała częściowo do salonu domu pod 197 i obawiano się, że możemy się skarżyć na głośną muzykę. Laingowie nie mieli ochoty, by ich przyjęcie zapisało się w pamięci mieszkańców Walnut Grove z powodu interwencji policji wezwanej przez sąsiadów.

– Wcale się nas nie spodziewają – powiedział Matt. To on otworzył drzwi, kiedy przyszła Sara Laing, którą opisał mi potem jako „elegantkę, co lubi się rządzić”. – Chcą się tylko zabezpieczyć, w razie gdyby impreza za bardzo się rozkręciła. Chodźmy lepiej do pubu.

– Nie, proszę – powiedziałam. – Chodź, zobaczymy, jak żyje lepsza połowa narodu. Pomyśl o darmowych drinkach.

Pieniędzy nie mieliśmy za wiele, a Matt był prostym chłopakiem, więc nie trzeba go było dłużej namawiać. Kazałam mu wziąć prysznic, a sama w tym czasie suszyłam włosy i malowałam się w moim ulubionym stylu z lat pięćdziesiątych: ciemne brwi, podkręcone rzęsy, kreska na powiekach, miękkie i różowe usta. Potem włożyłam ciemnoczerwoną jedwabną sukienkę, którą kupiłam w butiku z używanymi ciuchami koło pracy. Miała odkryte ramiona i w lustrze widziałam jaśniejącą skórę dekoltu – wyglądałam smakowicie, jak truskawka zanurzona w śmietanie.

– Ta sukienka nie zakrywa zbyt wiele – rzucił Matt, a w jego głosie nie było ani aprobaty, ani niezadowolenia, jakby go to w ogóle nie dotyczyło. Po pięciu latach stopniowo wygasającej bliskości staliśmy się już tylko współlokatorami, a wynajęcie razem kolejnego mieszkania było przejawem życiowej inercji, niczym trwanie przy kiepskim koncie bankowym albo niedbałym lekarzu. Lepszy wróg, którego już znamy. Byliśmy przyjaciółmi korzystającymi z jednej sypialni, bo nie mogą sobie pozwolić na dwie. Ale naprawdę przyjaciółmi, to jest ważne. Może nie sypialiśmy ze sobą, lecz nie przestaliśmy się lubić.

Kiedy szliśmy na przyjęcie, najpierw ścieżką przez nasze podwórko, potem przez posesję Laingów, zawstydziłam się w imieniu właściciela domu. U nas w ogródku panował koszmarny bałagan: brudne pojemniki na śmieci z numerami mieszkań wymalowanymi żółtą farbą oraz resztki zwiędłej lawendy wzdłuż zachwaszczonego trawniczka – za to u Laingów wszystko było artystycznie zaaranżowane i profesjonalnie utrzymane. Pojemniki schowane w drewnianej altance pomalowanej na szlachetną zieleń, a przy drzwiach dwa świerki w wielkich donicach, ozdobione choinkowymi lampkami. Lampki błyskały także w oknie na pierwszym piętrze, gdzie pod drzewkiem sięgającym sufitu odbywało się przyjęcie. Dotarł do nas stłumiony dźwięk toczących się rozmów i serce zabiło mi szybciej. Matt rzeczywiście nie miał większej ochoty na to przyjęcie, lecz ze mną było inaczej. Mówiłam sobie, że jestem przeciwko wszystkiemu, co reprezentują sobą Przyjaciele Walnut Grove, ale w rzeczywistości skrycie pragnęłam dołączyć do tego ekskluzywnego towarzystwa. Mieć na własność jeden z tych wąskich domów w stylu georgiańskim, z rzędami wysokich okien w tradycyjnych ramach, być posiadaczką kawałka ulicy, która co rusz pojawia się w filmach kostiumowych, mieć męża i życie towarzyskie (przyjęcia bożonarodzeniowe!) takie jak Marcus i Sara Laingowie – cóż za niepodważalny dowód dla świata, że jesteś kimś.

Po trochę zbyt długiej chwili drzwi otworzył niski, atletycznie zbudowany mężczyzna; zgadłam, że to musi być Marcus. Chociaż zaczął już łysieć, wyglądał młodo jak na swój wiek (uznałam, że pewnie jest koło pięćdziesiątki), a teraz z entuzjazmem uniósł się lekko na palcach.

– O, jak miło, wreszcie jakaś świeża krew! – zawołał na nasz widok, przekrzykując zgiełk przyjęcia głosem aktora z teatrzyku lalkowego. Za nim, na zatłoczonych schodach, pojawiła się jego żona. Była młodsza od niego o jakieś pięć lat i niewystarczająco wysoka do swojej sukni, zwiewnej i tak długiej, że wlokła się po ziemi – obawiałam się, że w każdej chwili może się potknąć. Podeszła do nas jednak bez trudności, rzucając mi zimny uśmiech, po czym przywitała się jedynie z Mattem, którego wzięła pod ramię jak starego znajomego i natychmiast odeszła z nim gdzieś w tłum, nie oglądając się na mnie. Stałam zdumiona, czując się tak, jakby ktoś wyrwał mi torebkę na ulicy.

– Dobrze. Coś do picia – zawołał mi do ucha Marcus. – Jedną sekundę!

Po czym od razu zniknął w jednym z pokoi. Przez głowę przemknęła mi myśl, że już nie wróci, i kiedy na serio rozważałam odwrócenie się na pięcie i powrót do domu, pojawił się znowu, wręczając mi kieliszek szampana i proponując, że zaprowadzi mnie na górę i zapozna z innymi gośćmi. Poczułam pustkę w głowie i po raz pierwszy od wielu tygodni zachciało mi się palić.

Meble w salonie odsunięto pod ściany, żeby na środku pokoju zrobić miejsce dla rozmawiających. Nad ich głowami wisiał ogromny żyrandol, biały i nieruchomy, jak zamarznięta fontanna. Nigdzie nie widziałam Matta. Przyjrzawszy się tłumowi, Marcus spojrzał na mnie z udawaną desperacją, aż wreszcie koło okna dostrzegł grupę mężczyzn w średnim wieku. Tam właśnie się skierowaliśmy.

– Miła niespodzianka dla panów! – zawołał, ku mojemu zażenowaniu. – Poznajcie naszą sąsiadkę Emmę!

– Emily – poprawiłam go, czując, że się czerwienię.

– Emily, przepraszam. Sara pewnie źle usłyszała.

Zatrzymał się. Podczas prezentacji stał cały czas bardzo blisko mnie, przez co zaczęłam się czuć koszmarnie niezręcznie w mojej mocno wydekoltowanej sukience. (Co mnie podkusiło, żeby ją włożyć? Była taka burleskowa). Grupa przed nami składała się z trzech mężczyzn, każdy z nich wydawał się rozgrzany wypitym już alkoholem.

– Czym się wszyscy zajmujecie? – zapytałam, a mój głos z onieśmielenia zabrzmiał zbyt głośno i wysoko.

Marcus był prawnikiem w City, Arthur – lekarzem w pobliskim szpitalu, Ed – dziennikarzem, a ostatni z nich, którego imię mi umknęło – lektorem filmowym (głosu nie rozpoznałam). Agent, który wynajmował nam mieszkanie, opowiadał dużo o ciekawym sąsiedztwie na ulicy, która znajdowała się na tyle blisko szpitala, by przyciągać pracujących tam lekarzy, była na tyle droga, że interesowali się nią prawnicy i bankierzy, oraz miała na tyle romantyczny charakter, że podobała się artystom (Matt, pracujący jako informatyk dla sklepu rowerowego, i ja, animatorka w kawiarni prowadzącej warsztaty ceramiczne dla dzieci, nie bardzo pasowaliśmy do tej ostatniej kategorii).

Wszyscy byli po czterdziestce lub po pięćdziesiątce, więc rzeczywiście, jak mówił Marcus, byłam wśród nich względnie młoda. Na schodach widziałam wprawdzie kilkoro nastolatków, a w drzwiach salonu pojawiały się raz za razem jakieś dzieci, które zapewne bawiły się gdzieś w domu w swoim towarzystwie, nie zauważyłam jednak żadnych dwudziesto- ani trzydziestolatków. Muzyka zdecydowanie pochodziła z czasów, kiedy się urodziłam.

– Należysz do Przyjaciół? – spytał mnie lektor.

Przełknęłam ślinę.

– Nie, nie należymy do stowarzyszenia, ale mieszkamy w sąsiednim domu. Właśnie się wprowadziliśmy, kilka tygodni temu. Mieszkanie B.

Czasami jeszcze mówiłam o sobie i Matcie w liczbie mnogiej, jakbyśmy byli parą. To właśnie był jeden z tych momentów.

– Mieszkanie B – powtórzył lektor, zwracając się jakby porozumiewawczo do pozostałych – trzeba to zapamiętać.

Stojący obok niego Ed zachichotał.

– To co, jak zgubisz kiedyś klucze i będziesz potrzebował noclegu, zapukaj do mieszkania B?

– Naprawdę nie wiem, o czym mówicie – powiedziałam z uśmiechem. – Poza tym mamy za mało miejsca: jest jeszcze mój chłopak.

– Dla niektórych na tej ulicy to nawet byłaby dodatkowa atrakcja – parsknął Ed. Za ten dość ryzykowny ton rozmowy odpowiadał z pewnością szampan podawany przez Laingów. Był doskonały, kremowy i gładki na podniebieniu. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek piła coś równie kosztownego.

– Uważajcie, żeby Nina nie dowiedziała się, co tutaj wygadujecie – powiedział Marcus. – To żona Eda – dodał w moim kierunku. – Ktoś, komu lepiej nie wchodzić w drogę.

Nie miałam zamiaru nikomu wchodzić w drogę, ale rozmowa toczyła się zbyt szybko, żebym zdążyła to powiedzieć.

– Nina pisze dla „Press” – wyjaśnił lektor. – Ma na swoim koncie więcej skalpów niż wódz Komanczów.

Nie czytywałam „Press”, ogólnokrajowego tygodnika, i nie wiedziałam nic o Komanczach, ale to nie miało znaczenia, bo zdążyłam zauważyć, że nikt nie spodziewa się po mnie erudycji. Zostałam już oceniona jako ktoś, kto nie ma nic do zaoferowania w dziedzinie najważniejszej – znajomości (albo pieniędzy). Miałam być ozdobą, przysłowiową głupią blondynką; być może ubierając się w sukienkę z dawnych czasów, prowokowałam traktowanie mnie w starym stylu.

– Czyich skalpów?

– Wiesz, tych wszystkich ludzi, którym przez lata urządzała publiczne egzekucje. Ministrów, aktorów, różnych gwiazdek. Ta ruda z telewizji – zdaje się, że w końcu trafiła na terapię, wiesz coś o tym, Ed?

Roześmiał się, widząc moją nierozumiejącą minę.

– Babka z telewizji, nie Nina – wyjaśnił. – Sara się z nią przyjaźni, prawda, Marcus?

– Nie tak bardzo, jak by chciała – odpowiedział Marcus, a ja, pamiętając zachowanie Sary w stosunku do mnie, nieładnie ucieszyłam się z jego nielojalności wobec żony. Podnosząc brew, spojrzał na Eda, który skromnie nie wypowiadał się na temat swojej żony, po czym zwrócił się do jedynego z mężczyzn, który się jeszcze nie odezwał.

– Arthur może ci więcej opowiedzieć, prawda, stary? Sylvie, jego żona, jest jedną z założycielek siejącego postrach sabatu z Grove.

Ale Arthur nie zwracał uwagi na rozmowę, zajęty swoimi myślami. Nie byłam pewna, czy w ogóle słuchał, co mówimy. W przeciwieństwie do pozostałych nie wykonywał zamaszystych ruchów ani nie starał się zrobić wrażenia. Był tego wzrostu co ja na szpilkach, jego ciało miało trochę chłopięcą budowę, a z postawy i wyrazu twarzy przebijało znużenie. Podczas gdy pozostali gapili się na mój dekolt dokładnie tak, jak na to zasługiwałam, jego wzrok przesunął się po mnie jakby niechętnie, jak po wystawie sklepu, do którego wcale nie chciał wchodzić.

– Chciałabym umieć pisać – powiedziałam do Eda. – To moje marzenie. Ale gdybym zaczęła, i tak pewnie nikt nie chciałby tego czytać.

– No, ja czuję się bardzo podobnie – odparł. – Może zamienimy się zawodami?

– A czym się właściwie zajmujesz? – zapytał mnie Marcus. – Chyba cię nie pytałem.

– Pracuję w kawiarni, która prowadzi warsztaty ceramiczne przy Linley Avenue. Organizujemy przyjęcia dla dzieci, lepienie z gliny i tego typu atrakcje.

Ale przybytki w rodzaju Earth, Paint & Fire były najwyraźniej poniżej ich poziomu. Jedynie Ed kiwnął głową, ale nie zdołał ukryć lekceważenia.

– To jest to miejsce, gdzie dzieciaki malują kropki na kieliszkach do jajek, a rodzice płacą po dwadzieścia funtów za tę przyjemność?

– O, naprawdę? Zawsze uważałem, że ludzie, którzy lubią pracować z małymi dziećmi, muszą być trochę nawiedzeni – odezwał się lektor.

– No cóż – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Nawet bez ich komentarzy dotarło do mnie, że w porównaniu z ich wspaniałymi zawodami mój sposób zarobkowania musi wydawać się żałosny, więc postanowiłam zaakceptować swoją podrzędną pozycję towarzyską z humorem. – To tymczasowe zajęcie – dodałam. Wyobraziłam sobie siebie za rok: na takim samym przyjęciu, w innym domu, ale już z lepszą pracą. Będę stażystką w gazecie albo pisarką rozpoczynającą powieść. Będę jedną z nich.

Marcus opuścił nasze towarzystwo, a kiedy Ed i lektor wrócili do tematu najnowszej ofiary Niny, spróbowałam nawiązać kontakt wzrokowy z Arthurem. Chciałam się jakoś zrehabilitować, zobaczyć w jego oczach coś więcej niż odbicie mojego dekoltu.

– Pod którym numerem mieszkacie? – spytałam, gdy wreszcie spojrzał na mnie.

Milczał przez chwilę, jakby analizował sens mojego pytania według długiej listy możliwych interpretacji.

– Pod jedenastym. Na drugim końcu ulicy.

To były jego pierwsze słowa, odkąd wymienił swoje imię. Od razu zachwycił mnie jego głos: niski i poważny, przeznaczony do poufnych rozmów.

– Długo mieszkacie przy Grove? – zapytałam (zorientowałam się już, że tak się tu mówi o naszej ulicy, jakby była tylko jedna taka w Londynie).

– Od czasu zanim urodziły się dzieci, dwadzieścia lat, coś koło tego. Obawiam się, że są już za duże na malowanie kieliszków do jajek.

A więc jednak słuchał.

– Nie ma sprawy. Nie przyszłam tu szukać klientów. Poza tym nie dostaję procentu od zysków, co stwierdzam z żalem.

Nieczęsto zdarza mi się używać wyrażenia „co stwierdzam z żalem”, ale jak już powiedziałam, było w Arthurze coś, co sprawiało, że chciałam zaprezentować się z najlepszej strony. Zrobiło mi się przyjemnie, kiedy uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Twoja żona też tutaj jest? – spytałam.

– Tak, gdzieś tu powinna być.

Zapewne ze sławną Niną, współzałożycielką Komanczów czy jak tam nazywała się ich koteria, która wydawała się tak zabawna ich mężom. Wszyscy tutaj się znali, co było oczywiste – wystarczyło wyciągnąć rękę do góry i człowiek mógł niemal dotknąć sieci wzajemnych powiązań, znajomości i krążących informacji. W pokoju wyczuwało się samozadowolenie, satysfakcję, niemal uciechę z powodu przynależności do tak doborowego towarzystwa. Nikt nie rozglądał się na boki w poszukiwaniu lepszego partnera do rozmowy, jak to się często dzieje na przyjęciach, wszyscy byli całkowicie zajęci swoimi rozmówcami. Byłam pewna, że kiedy rozejdą się moi towarzysze, zostanę sama i nikt do mnie nie podejdzie aż do końca. Ed i lektor już odsunęli się dalej od nas. Czy Arthur też miał zamiar to zrobić? Przez chwilę czułam wielką ochotę, by złapać go za rękę.

– Nikogo nie znam – wyznałam. – Mam wrażenie, jakbym się tu zabłąkała przypadkiem.

– Przecież dopiero się wprowadziliście – odparł. Teraz, kiedy nikt nie słuchał naszej rozmowy, trochę się rozluźnił i patrzył na mnie jeśli nie z aprobatą, to przynajmniej z zachętą.

– Nie znam jeszcze nawet najbliższych sąsiadów – mało bywam w domu, ciągle nie rozpakowałam połowy kartonów. Mój ojciec jest bardzo chory i kiedy tylko mogę, jadę do niego po pracy, a potem jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nawet myśleć o wypakowaniu rzeczy, co dopiero o urządzaniu mieszkania.

Zawsze staram się przyjaźnie rozmawiać z nowo poznanymi ludźmi, ale takie zwierzenia zupełnie do mnie nie pasowały i sama nie wiedziałam, co we mnie wstąpiło; wtedy doszłam do wniosku, że to pewnie szampan – wypiłam już dwa kieliszki i właśnie wzięłam do ręki trzeci. Potem dopiero zrozumiałam, że było to podejście Arthura, urok życzliwego zainteresowania, częsty u lekarzy specjalistów pracujących w szpitalach. Wypracowany po to, by uspokajać pacjentów i dodawać im otuchy, na mnie podziałał jak wyzwalacz od zahamowań.

– Na co choruje twój ojciec? – zapytał. Spojrzał na mnie z większym zainteresowaniem i zobaczyłam wyraźnie kolor jego tęczówek: ciepły brąz z bursztynowymi plamkami, jak szylkret.

– Ma alzheimera, zaawansowanego. Lekarze nie spodziewają się, że przeżyje kolejny rok.

Podniósł lekko brwi.

– Tak ci powiedzieli?

– Nie dosłownie, ale można to wywnioskować – wiesz, jak to bywa.

– Pewnie jest w domu opieki?

– Do niedawna był, ale teraz przenieśli go na oddział szpitalny. Nie chce jeść i ciągle łapie jakieś infekcje. – Poczułam przypływ rozpaczy ściskającej za gardło i wypiłam łyk szampana, żeby móc dalej mówić. – Mam nadzieję, że stamtąd wróci. W domu opieki było lepiej.

– Ile ma lat?

– Sześćdziesiąt dwa.

– To wcześnie.

– Niektórzy pacjenci na jego oddziale są znacznie młodsi. To strasznie smutne miejsce.

Nagle opanowało mnie przygnębienie, z powodu biednych ludzi, których widziałam w szpitalu, i z powodu mojej własnej sytuacji. Nie mam nic, pomyślałam ze smutkiem, nikogo. Spojrzałam na swoją truskawkową sukienkę i zdałam sobie sprawę, że symbolizuje pomyłkę – nie była radosnym znakiem początku, lecz świadectwem mojej nieumiejętności oceny sytuacji. Była nie na miejscu wśród dobrze skrojonych sukien innych kobiet, uszytych z kosztownych, ciężkich materiałów, które miały za zadanie opływać i otulać, nie przylegać i odsłaniać. Znowu popełniłam ten sam błąd – zjawiłam się w miejscu, do którego nie należałam. I równie dobrze, jak zwykle, mogłam przyjść sama. Kiedy wcześniej powiedziałam, że czuję się przypadkowym gościem, w rzeczywistości miałam na myśli, że czuję się samotna.

– Wszystko w porządku? – zapytał Arthur z galanterią, a na jego twarzy malowała się ojcowska troska, która obudziła we mnie bolesne skojarzenia.

– Chyba pójdę poszukać Matta – powiedziałam, nie ruszając się z miejsca. – Nie widziałam go, odkąd przyszliśmy.

– Daj znać, gdybyś potrzebowała pomocy.

Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc.

– Mam na myśli twojego ojca – wyjaśnił.

– Aha. Czy to właśnie jest twoja dziedzina medycyny? Demencja?

Wyrażenie „dziedzina medycyny” zabrzmiało sztucznie, zbyt formalnie i staroświecko, ale nie zwrócił na to uwagi.

– Nie, nie, jestem okulistą.

Nie dodał nic więcej, więc nie chciałam go rozczarowywać, zadając typowe pytania („Nie brzydzisz się dotykać gałek ocznych?” było najczęstsze, jak się później dowiedziałam).

– Miałem na myśli jakąś ogólną pomoc – powiedział. – Choroby degeneracyjne są bardzo trudne dla rodziny. Możesz mieć różne pytania, na które nie dostaniesz jasnych odpowiedzi w szpitalu. Na pewno mają za mało lekarzy. Wiem, jak to czasem wygląda.

Wobec tej nieoczekiwanej życzliwości mój nastrój od razu się poprawił.

– Dziękuję. To bardzo miło z twojej strony.

– Nie ma za co. W gruncie rzeczy o to chodzi w tym wszystkim. – Machnął ręką w stronę zbiorowiska gości na środku pokoju. Wydało mi się ono nagle jakąś obcą zabawą, z której oboje uciekliśmy. – Żeby sąsiedzi pomagali sobie nawzajem.

– Naprawdę? Nawet ci, którzy wynajmują nędzne kawalerki wielkości połowy tego salonu? I nie należą do Przyjaciół?

– Tak. Każdy się liczy – powiedział. Patrzył na mnie z głębokim przekonaniem i ogarnęło mnie wzruszenie. Zrozumiałam, że mimo swoich osiągnięć i pozycji (nie miałam wtedy pojęcia, jaką naprawdę był znakomitością) tak samo jak ja czuł się nie na miejscu, być może właśnie dlatego, że wszyscy byli dla niego ważni, co zapewne nie było poglądem powszechnym wśród zebranych. Wtedy pożałowałam, że powiedziałam o swoim zamiarze szukania Matta. I chociaż to ja się oddalałam, poczułam się jak ktoś, kto widzi z peronu odjeżdżający pociąg i dopiero wtedy pojmuje, że właśnie tym pociągiem powinien był pojechać.

Rozdział 3

Tabby

Od samego początku Emmie była dla niej zagadką. Tabby zupełnie nie wiedziała, co o niej myśleć. Ale to nie miało znaczenia – ważne było, co myślała Emmie, i że to nie wiązało się od razu z wezwaniem policji i oskarżeniem Tabby o przestępstwo. Wystarczający powód do radości. W dodatku Emmie nie wygoniła jej, posadziła na własnej kanapie i starała się zrozumieć okoliczności, które doprowadziły Tabby do tak desperackiego kroku – po prostu cud.

Najwyraźniej tego dnia nic nie działo się zgodnie z przewidywaniami, a najbardziej nieprzewidywalne były własne poczynania Tabby. Najlepsze, co mogło jej się zdarzyć, to przeżyć bez szwanku do rana.

Tego pierwszego wieczora Tabby opowiadała przez dwie godziny, aż zapadł zmrok i wnętrze pokoju zaczęło się odbijać w pociemniałych oknach. Wszystko się uciszyło i w domu słychać było tylko jej głos, przerywany czasami jakimś pytaniem Emmie. Opowiadała o swojej podróży z Paulem, o tym, jak siedem miesięcy wcześniej polecieli razem do Bangkoku, we dwójkę przeciwko światu – albo dla świata – i jak trzy miesiące później, kiedy dotarli do Indii, zamienili się w coś, czego nie rozumiała i czego nie chciała, w podróżującą parę ludzi, którzy nie mogli wytrzymać razem w jednym kraju, nie mówiąc już o jednym pokoju.

– Nie chodziło o jakąś pojedynczą rzecz – powiedziała do Emmie. – Każdego dnia zrywały się kolejne łączące nas nici.

Ale próbując wytłumaczyć obcej osobie, jak w oczach Paula nowe miejsca i poznawane osoby wydawały się oświetlać coraz jaskrawiej jej własną niedoskonałość, Tabby doznawała tego samego poczucia bezradności, które towarzyszyło jej wtedy. Gdyby potrafiła to zrozumieć, umiałaby zapobiec katastrofie. Skąd Emmie miałaby wiedzieć, jak to jest odczuwać każdą chwilę jak ostatnią? Wcale nie życzyła jej takiej wiedzy.

A kiedy przyszedł koniec, nie przyniósł żadnej ulgi, tylko ogromny ból, tak jak się obawiała.

– Nie rozumiesz? Nas już nie ma – powiedział, przenosząc tym jednym zdaniem ich wspólne życie do przeszłości. Dlaczego, spytała oczywiście. Dlaczego? A kiedy on zastanawiał się, zobaczyła, że nie brakuje mu słów, tylko stara się, żeby nie były dla niej zbyt bolesne.

– Jesteś zbyt…

– Zbyt jaka?

– Jest ciebie zbyt wiele – powiedział w końcu.

Teraz znowu powtórzyła:

– To nie była tylko jedna rzecz.

Emmie przytaknęła, kiwając lekko głową, ze zrozumieniem w oczach. Słuchała historii Tabby z uprzejmym spokojem, jakby była terapeutką, która z góry zaplanowała całą sesję. Dopiero kiedy Tabby opowiedziała, jak Paul ją zostawił, dosłownie porzucił na środku ulicy w Waranasi, bez mapy, przewodnika, a nawet (o ile mógł wiedzieć) pieniędzy, Emmie odezwała się, poruszona:

– To okropne! – zawołała z oburzeniem. – Mogło ci się przytrafić cokolwiek w takiej sytuacji. Mogli cię okraść albo zgwałcić!

Tabby uśmiechnęła się z wdzięcznością. W obecnych okolicznościach nie liczyła na współczucie.

– Na szczęście było tam sporo turystów i w końcu zabrałam swoje rzeczy z hostelu i znalazłam dworzec kolejowy. Miałam trochę pieniędzy, nie byłam całkiem bez grosza.

Inaczej niż teraz.

– Ale i tak musiałaś czuć się strasznie. Wiadomo, jak to jest zostać porzuconym przez kogoś, kto nie chce nas więcej znać.

Emmie gniewnie ściągnęła brwi, patrząc na Tabby z nagłym wzburzeniem. Jej ciało przybrało inną pozę, wyprostowała się i pochyliła do przodu, jakby czekała, aż Tabby zapyta, w jaki sposób weszła w posiadanie tej bolesnej wiedzy. Przez chwilę Tabby miała ochotę poddać się ciekawości i zapytać, ale odstraszyło ją rozdrażnienie na twarzy Emmie.

– To jest straszne – przytaknęła. – On zupełnie się zmienił, jakby stał się kimś innym. W ogóle nie przypominał chłopaka, którego znałam.

Myślałam, że znam.

– Ale podczas podróży ludzie potrafią się zmienić, prawda? – ciągnęła. – Wiedziałam o tym, ale sądziłam, że my… że byliśmy… razem.

Czy ja kiedykolwiek dojdę do siebie? – zapytała się w duchu. Tułaczka po świecie po rozstaniu z Paulem, ucieczka od normalnego życia, która obróciła się w karę i pokutę za tę dezercję – to wszystko zaczęło się wtedy, gdy ją zostawił. A dzisiaj nastał chyba najgorszy dzień. Czy to znaczy, że zamiast stopniowo odzyskiwać spokój, będzie się czuła coraz gorzej?