Zniknęli na zawsze - Tim Weaver - ebook
Opis

Po ostatniej sprawie, w której omal nie zginął, David Raker – prywatny detektyw, spec od szukania zaginionych – przenosi się na angielską wieś i myśli o zmianie zawodu. Kiedy jednak o pomoc zwraca się do niego Emily, była sympatia sprzed lat, Raker nie może jej odmówić.
Sprawa jest wielce nietypowa – cała czteroosobowa rodzina zniknęła nagle, w trakcie szykowania kolacji blisko rok temu, i wszelki ślad po niej zaginął. Raker szybko ustala, że ma to związek z tajemniczą fotografią i że wszyscy, którzy ją widzieli, giną w podejrzanych okolicznościach.
W tym samym czasie na miejscową plażę morze wyrzuca zamrożone zwłoki starca. Czy mają one coś wspólnego z zaginięciem rodziny? Śledztwa nie ułatwia fakt, że przeciwnicy Rakera najwyraźniej mają w kieszeni policję po obu stronach Atlantyku.
Tropy wiodą Rakera z deszczowego południowego Devonu do skwarnego Las Vegas i każą mu się cofnąć do najczarniejszych kart drugiej wojny światowej. Do karty – a raczej fotografii – tak czarnej, że pewni ludzie są gotowi zabijać bez końca, byleby nie wyszły na jaw ich brudne sprawki z przeszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 592

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Kolejna powieść z Davidem Rakerem specjalizującym się w szukaniu osób, które zniknęły… czasem na zawsze.

Brak jakichkolwiek śladów kradzieży, włączony telewizor, zabawki na podłodze, drzwi lodówki otwarte na oścież, rozlane mleko, ziemniaki na ogniu, stół nakryty do kolacji…

Dla Emily, siostry Carrie, jedyną szansą na odkrycie, co się stało z jej bliskimi, jest David Raker, jej dawny chłopak specjalizujący się w poszukiwaniach osób zaginionych.

Carrie i Paul Lingowie oraz ich dwie córki zniknęli bez śladu. Ktoś po kilku dniach widział dziewczynki w Londynie, ktoś inny zobaczył ich rodziców. Ale te tropy do niczego nie doprowadziły i policja wkrótce zamknęła śledztwo.

Raker szybko ustala, że zniknięcie czteroosobowej rodziny ma związek z pewną fotografią, a być może również ze zwłokami, które morze wyrzuciło na brzeg. Tropy wiodą go z deszczowego południowego Devonu do skwarnego Las Vegas i każą mu się cofnąć do najczarniejszych kart historii XX wieku. Do karty – a raczej fotografii – tak niebezpiecznej, że niektórzy są w stanie z jej powodu zabijać.

TIM WEAVER

Brytyjski pisarz, z zawodu dziennikarz. Jako wolny strzelec współpracował z wieloma dziennikami i czasopismami, m.in. „The Guardian” i „Sports Illustrated”, pisując o filmach, telewizji, sporcie i grach komputerowych. Jest autorem serii thrillerów o prywatnym detektywie Davidzie Rakerze, zajmującym się poszukiwaniem osób zaginionych. Uwielbia powieści Lee Childa i Michaela Connelly’ego.

www.timweaverbooks.com

Tego autora

David Raker

ŚCIGAJĄC UMARŁYCHZANURZYĆ SIĘ W MROKBEZ OSTRZEŻENIAZNIKNĘLI NA ZAWSZE

Tytuł oryginału: NEVER COMING BACK

Copyright © Tim Weaver 2013All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Jan Kruk 2016

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: © Neil Holden/Arcangel Images

ISBN 978-83-7985-273-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Erin

CZĘŚĆ PIERWSZAGrudzień 2007

1

Noc zapadła szybko. Niebo przybrało żółtawą barwę tygodniowego siniaka, a potem słońce wyskoczyło zza chmur tak, jakby spadało, i zaczęło się chylić ku pustyni. Im było niżej, tym szybciej zmieniało się niebo, aż w końcu słońce całkiem zniknęło z widoku i nad Mojave pozostała jedynie rozmazana czerwona chmura, przypominająca plamę krwi.

Dwadzieścia minut później z ciemności wyłoniły się obrzeża miasta – na początek parterowa zabudowa satelickich miejscowości. W cieniach po obu stronach autostrady międzystanowej migotały światła latarni; kiedy piętnastka przedarła się przez Southern Highlands, ustąpiły jaśniejszej, stałej poświacie. Osiedla mieszkaniowe, centra handlowe i rozległe niezagospodarowane tereny, oświetlone billboardami oraz pomarańczowym blaskiem lamp sodowych, dalej zaś neony – kasyn, moteli i marnych knajp ciągnących się wzdłuż autostrady. W końcu, pożegnawszy się z międzystanową przy zjeździe 36, po raz pierwszy zobaczyłem Strip – olśniewające, monolityczne budowle wyrastające z płaskiej pustyni przywodziły na myśl wybuch supernowej.

Już pół kilometra przed wjazdem na parking Mandalay Bay wiedziałem, że ten hotel będzie o klasę lepszy od tego, w którym mieszkałem w Las Vegas poprzednio. Gdy przed pięciu laty przyjechałem do tego miasta po raz pierwszy, rezerwacją zajęła się gazeta i w rezultacie musiałem gnić w szemranym kasynie dla ubogich zwanym The George. Jak się później dowiedziałem, w żargonie pracowników kasyn „George” oznacza gracza, który zostawia duże napiwki. Z tym tylko, że w The George hazard uprawiali wyłącznie bezdomni, którzy przy wystawionych od frontu stołach do blackjacka grali na minimalne stawki, czyli dwadzieścia pięć centów, próbując uciułać dość grosza, by starczyło na flaszkę czegoś mocniejszego. Tym razem, szukając miejsca dla wynajętego dodge’a stratusa na olbrzymim parkingu na dachu budynku, minąłem wysokie na osiem pięter reklamy transmisji telewizyjnej walki w formule MMA organizacji UFC, która miała się odbyć w tym hotelu w styczniu, i wiedziałem, że dobrze zrobiłem, samemu rezerwując nocleg – podczas ostatniego pobytu tutaj walki w pobliżu The George toczyli między sobą wyłącznie pijacy.

Przekręciłem kluczyk w stacyjce, a kiedy silnik oraz radio ucichły, do samochodu napłynęły odgłosy z autostrady Las Vegas – cichy, nieprzerwany szum przypominający pomruk nadchodzącej burzy. Dalej, niewidoczny na tle nieba, nie licząc błyskających z regularnością metronomu świateł na ogonie, jakiś samolot podchodził do lądowania na lotnisku McCarrana. Kiedy tak sobie siedziałem, ogarnęło mnie znajome uczucie – będąc przed pięciu laty w tym samym mieście, słuchałem tych samych odgłosów. Z tamtego wyjazdu zostało mi w pamięci wiele rzeczy, ale głównie zapamiętałem hałas i światła.

Pchnąłem drzwi dodge’a i wysiadłem.

Wieczór był chłodny, ale całkiem miły. Otworzyłem pilotem bagażnik, wyjąłem torbę podróżną, po czym ruszyłem przez parking. W hotelu panował nie mniejszy hałas, hurgot samochodów, samolotów i ekranów wideo zastąpiło nieustające dzyń, dzyń, dzyń jednorękich bandytów. Stanąłem w kolejce do recepcji i obserwowałem kłócącą się parę młodych ludzi, niewiele po dwudziestce. Zanim dostałem kartę otwierającą drzwi mojego pokoju, byłem już spragniony ciszy – przynajmniej na ile to możliwe.

Wziąłem prysznic, przebrałem się, opróżniłem minibarek, a następnie zadzwoniłem do Derryn i zawiadomiłem ją, że dotarłem cały i zdrowy. Przez chwilę rozmawialiśmy. Początkowo trudno jej było przywyknąć do naszego nowego życia na Zachodnim Wybrzeżu – nie mieliśmy tu przyjaciół, ona była bez pracy, a sąsiedzi w naszym domu w Santa Monica tworzyli hermetycznie zamkniętą klikę. Stopniowo jednak sprawy przybrały lepszy obrót. W swoim kraju przez dziesięć lat pracowała jako pielęgniarka na ostrym dyżurze, zanim rzuciła to, by wyjechać ze mną do Stanów Zjednoczonych; w rezultacie została tymczasowo zatrudniona na bloku operacyjnym w szpitalu niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Pobierała tylko krew i pomagała lekarzom zszywać rany – robota bez porównania spokojniejsza od tego, co robiła w Londynie, jednak Derryn ją uwielbiała. Dzięki niej wychodziła z domu, poznawała ludzi, trochę zarabiała, no i miała wolne weekendy, co pozwalało jej chodzić na plażę.

– Zamierzasz wydać wszystkie nasze pieniądze, Raker? – spytała po chwili.

– Nie dzisiaj. Może jutro.

– A ty w ogóle potrafisz grać w karty?

– Gram w wojnę.

Wiedziałem, że się uśmiechnęła.

– Chciałabym mieć czapkę niewidkę i popatrzeć, jak siadasz przy stole do blackjacka i udajesz, że wiesz, co robisz.

– Ale ja naprawdę wiem, co robię.

– Nie potrafisz nawet grać w Monopoly.

– Moja największa fanka znów podnosi mnie na duchu.

Parsknęła śmiechem.

– Następnym razem masz mnie wziąć ze sobą – zapowiedziała.

– Dobrze.

– Marzę, żeby zobaczyć Vegas.

Odwróciłem się na łóżku i wyjrzałem przez okno. Zza szyby mrugały do mnie miliony świateł.

– Wiem – odparłem. – Kiedyś cię tu zabiorę, obiecuję.

□ □ □

O wpół do drugiej wciąż jeszcze nie spałem, chociaż sam nie rozumiem dlaczego. Poprzedniej nocy do czwartej nad ranem sporządzałem akta sprawy, byłem ugotowany po pięciu godzinach za kółkiem w drodze z Los Angeles, a mimo to nie mogłem zasnąć. W końcu zaprzestałem dalszych prób, ubrałem się i zszedłem na parter.

Gdy otworzyły się drzwi windy, odniosłem wrażenie, że czas się zatrzymał – hol, odgłosy automatów do gry, muzyka sącząca się z głośników… wszystko było dokładnie takie samo jak wtedy, gdy przyjechałem. Brakowało tylko wydzierającej się na siebie pary. Właśnie dlatego w kasynach nigdzie nie widać zegarów – dzień i noc wyglądają dokładnie tak samo, jakby zapadło się w letarg. Człowiek wchodzi i od razu jego wewnętrzny zegar się wyłącza. Znów spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że dochodzi druga – ale równie dobrze mogło być przedpołudnie. Dokoła szwendali się mężczyźni i kobiety w dresach i szortach, zupełnie jakby właśnie zeszli z kortu.

Ruszyłem do baru sąsiadującego z lobby. Nawet o pierwszej pięćdziesiąt w nocy miałem towarzystwa pod dostatkiem: małżeństwo dobrze po sześćdziesiątce, kobietę rozmawiającą w boksie przez komórkę, faceta pochylonego nad laptopem; przy jednym ze stolików grupa pięciu mężczyzn rechotała głośno z czegoś, co powiedział któryś z nich. Przysiadłem na stołku barowym, zamówiłem piwo i pogryzając orzeszki z miski, przejrzałem egzemplarz „Las Vegas Sun”, który ktoś zostawił na barze. Artykuł na pierwszej stronie niemal słowo w słowo powtarzał tezy tekstu, których sprawdzenie właśnie mi zlecono: Las Vegas, miasto kuloodporne. W czasie gdy część analityków przewidywała na najbliższe dwanaście miesięcy głęboki kryzys, amerykańska stolica hazardu miała zarobić rekordowe osiem miliardów dolarów.

Może z dziesięć minut później, kiedy dotarłem do działu sportowego, obok mnie przy barze usiadł jakiś facet i zamówił następną kolejkę drinków. Spojrzałem na niego, on popatrzył na mnie, po czym wrócił do stołu z tacą pełną szklaneczek. Kilka sekund później pojawiło się mgliste wspomnienie i – próbując je uchwycić – doznałem olśnienia: ja go znałem. Odwróciłem się na stołku i obejrzałem przez ramię. Facet postawił tacę na stole… i również na mnie spojrzał. On też mnie znał! Obaj się zawahaliśmy, na chwilę zamarliśmy po dwóch stronach sali, aż nagle on także zaskoczył i wrócił do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy.

– David?

Gdy tylko się odezwał, wspomnienie nabrało ostatecznych kształtów – Lee Wilkins. Razem dorastaliśmy, mieszkaliśmy w tej samej wsi, chodziliśmy do tej samej szkoły… i nie rozmawialiśmy ze sobą od czasu, gdy porzuciliśmy przed maturą tę samą szkołę. A teraz, blisko dwadzieścia lat później, był tutaj; inny niż go zapamiętałem, chociaż nie zmienił się aż tak bardzo. Parę kilogramów więcej na twarzy i w pasie, ogolona na łyso głowa, ciemna kilkudniowa szczecina na brodzie, ale poza tym był to ten sam facet: metr siedemdziesiąt osiem wzrostu, krępy, z blizną z lewej strony nosa po upadku z drzewa, na które się wspinaliśmy.

– Lee?

– Tak! – Na jego twarzy rozlał się jeszcze szerszy uśmiech; podaliśmy sobie ręce. – Jasna cholera – mówił dalej. – Na twój widok pomyślałem sobie: „Skądś go znam”, ale w życiu bym nie sądził…

– Jesteś tu na wakacjach? – wpadłem mu w słowo.

– Nie – odparł, sadowiąc się na stołku obok mnie. – Teraz tu mieszkam. W Stanach jestem od siedmiu lat, z czego dwa lata w Vegas.

– I czym się zajmujesz?

– Pamiętasz, że chciałem zostać aktorem?

– A owszem, pamiętam.

Zawahał się, uśmiechnął.

– No… no więc nie wypaliło.

– Aha.

– Nie, chodzi mi o to, że nie wyszło tak, jak się tego spodziewałem. Przez pierwsze pięć lat siedziałem w Los Angeles, próbując się załapać. Robiłem za kelnera i chodziłem na castingi. Od czasu do czasu trafiała się jakaś rólka, ale nic takiego, żebym mógł wpaść komuś w oko. A potem zacząłem zapowiadać kabareciarzy w klubie w zachodnim Hollywood, no i się porobiło. Tak się tam spodobałem, że sam stałem się gwoździem programu. Trwało to rok, a potem zaproponowali mi pracę tutaj, w Vegas, jako główny konferansjer w tym wielkim kabarecie obok Stripu. A kilka miesięcy temu jeszcze lepszą robotę naraił mi facet, który kręci rozrywką w hotelach MGM, więc teraz stale krążę… stąd pędzę do Luxoru, a potem do New Yorku, Mirage, Grandu, do każdego z nich. Dosyć to niesamowite.

– Rany, Lee, to nie z tej ziemi! Gratulacje.

– Chyba znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie.

– Albo po prostu jesteś dobry w tym, co robisz.

Wzruszył ramionami.

– Nie mogę uwierzyć, że cię widzę. Akurat tutaj – powiedział.

– Wiem.

– No a co ty porabiasz w Las Vegas?

– Pamiętasz, że chciałem zostać dziennikarzem?

– No.

– I mi się udało.

– To fantastycznie. Teraz też pracujesz?

– Ehe. – Rozejrzałem się. – A raczej pracuję od jutra.

– Mieszkasz tu na stałe?

– Nie, przyleciałem z Los Angeles na jedną noc.

– I co konkretnie robisz?

Postukałem palcem w pierwszą stronę „Sun”.

– Piszę o forsie.

– Jesteś korespondentem czy coś w tym rodzaju? – dopytywał się.

– Tylko do końca przyszłorocznych wyborów. Potem wracam do Londynu. Gazeta oszalała na punkcie Obamy i dlatego wysłali mnie tu tak wcześnie.

– Każdy będzie lepszy niż Bush, co?

– Pewnie okaże się w przyszłym roku.

– Jak to się stało, że cię ulokowali na Zachodnim Wybrzeżu?

– Kiedy mnie wysłali ostatnio, mieszkałem w Waszyngtonie, ale tym razem przyjechałem na dłużej. Dlatego spędzam sześć miesięcy w Los Angeles, żeby relacjonować kampanię z Kalifornii, a potem przeniosę się do Waszyngtonu i będę to opisywał z perspektywy Kapitolu. – Ruchem głowy wskazałem „Sun”. – Sęk w tym, że na tak wczesnym etapie chwilowo nie ma o czym pisać. Więc się zjawiłem tutaj, żeby uzasadnić to, że w ogóle żyję.

– Niezłe miejsce na spędzenie nocki.

– Trochę tu głośno.

Roześmiał się.

– Nie da się ukryć.

Siedzieliśmy przy barze, zamawialiśmy kolejne piwa i gadaliśmy, nadrabiając te dziewiętnaście lat, odkąd opuściliśmy dom. Ja się wychowałem na farmie, na wzgórzach otaczających naszą wioskę, ale kiedy wyjechałem do Londynu, rodzicom zaświtało, że w przewidywalnej przyszłości nie zamierzam przejąć prowadzenia gospodarstwa, więc zaczęli je stopniowo wyprzedawać, a pieniądze wpłacać na domek.

– A potem mama umarła – powiedziałem.

Lee poważnie przytaknął ruchem głowy.

Wzruszyłem ramionami.

– Od tamtej pory wszystko zaczęło się walić. Pomogłem ojcu sprzedać farmę i przeprowadzić się do wioski, ale odkąd został sam, zupełnie sobie nie radził.

– Jeszcze żyje?

– Nie. Umarł prawie dwa lata temu.

Od tamtej pory nie pojawiłem się już w domu.

Dalej rozmowa potoczyła się w weselszym nastroju. Lee opowiedział mi, że jego mama ponownie wyszła za mąż i mieszka teraz w Torquay, siostra jest nauczycielką, a on wciąż pozostaje w kawalerskim stanie i uwielbia to, chociaż mama chciałaby, żeby się ustatkował.

– Przyleciały do mnie na początku roku i przez trzy tygodnie mama w zasadzie dzień w dzień wypytywała mnie, kiedy się w końcu ożenię. – Wzniósł oczy do nieba, po czym spytał: – A ty od dawna jesteś mężem Diane? – Obalał już piątą butelkę piwa, więc wybaczyłem mu przejęzyczenie. Obaj byliśmy ciut zawiani: on wyprzedzał mnie o dwie butelki browaru, ja miałem za sobą brak snu.

– Derryn – sprostowałem.

– W mordę jeża. – Roześmiał się. – Sorki, Derryn.

Gwar w barze nieco osłabł, a mężczyźni, z którymi Lee pił wcześniej, zniknęli gdzieś w kasynie.

– W tym roku minie trzynaście lat – odparłem.

– Serio?

– No, to były dobre lata.

Pokiwał głową.

– Podziwiam cię, stary. I trochę ci zazdroszczę. – Znów skinął głową, oderwał się od baru i poklepawszy mnie po plecach, skierował się do toalety.

I tyle go widziałem.

□ □ □

Wróciłem do „Las Vegas Sun” w miejscu, w którym przerwałem lekturę, ale po kilku minutach podniosłem wzrok znad gazety, spojrzałem w kierunku, gdzie oddalił się Lee, i zobaczyłem, że obok mnie stoi jakiś facet. Nie zauważyłem, jak podchodził. Stał przodem do baru, lecz głowę miał odwróconą w stronę gazety i czytał jeden z artykułów na pierwszej stronie. Po sekundzie zerknął na mnie i uświadomił sobie, że go przyłapałem.

– O, przepraszam – odezwał się. – To wyjątkowo niegrzeczne z mojej strony.

Anglik.

Spojrzałem nad jego ramieniem w kierunku toalet. Ani widu Lee. Gdy przeniosłem wzrok na nieznajomego, stał z przekrzywioną jak ptak głową i mi się przyglądał.

Pchnąłem gazetę w jego stronę.

– Proszę.

– Bardzo pan miły – odparł. – Dzięki.

– Nie ma sprawy.

Uśmiechnął się.

– Pan jest Anglikiem – zauważył.

– Ehe. Wygląda na to, że pan również.

Dobiegał pięćdziesiątki, był chudy i żylasty, opalony i miał gładko ogoloną twarz. Uśmiechając się, zaprezentował zrobione zęby. Nienaturalnie wybielone, błyskały tak, jak to się widuje wyłącznie na Zachodnim Wybrzeżu. Nie przestając się uśmiechać, przysiadł na skraju jednego z barowych stołków.

– Co pana tu sprowadziło? – zapytał. – Praca?

– Tylko na dwa dni.

– No tak, wiedziałem, że nie wygląda pan na wieloryba.

Terminem „wieloryb” kasyna określają największych na świecie graczy. Facet był ubrany elegancko: w jasnoniebieską, rozpiętą pod szyją koszulę, czarną marynarkę, dżinsy i wypastowane na błysk półbuty z czarnej skóry. Zaczesane do tyłu włosy błyszczały w świetle.

– Przede wszystkim by pan tu nie siedział – powiedział.

– Gdybym był wielorybem?

– Właśnie. Żyłby pan na koszt kasyna… Dostałby pan darmowy przelot, darmowy apartament i darmowy wikt z restauracji. Nie musiałby pan siedzieć i popijać samotnie w barze. – Zdaje się, że nagle sobie uświadomił, co właśnie powiedział. – Przepraszam, źle to zabrzmiało, nie to miałem na myśli.

– Proszę się nie przejmować.

– Bo w końcu kto to mówi? Przecież ja też tu siedzę. – Parsknął śmiechem i niedbałym ruchem złożył gazetę. – Wie pan, ile wydają kasyna na gratisy dla dużych graczy?

Nachylił się w moją stronę.

– No ile? – ponaglił mnie.

– Nie mam bladego pojęcia – odparłem.

– Od trzech do pięciu tysięcy dolarów. A wie pan, ile ci sami duzi gracze zostawiają przy stołach? – Zniżył głos, jakby dzielił się ze mną jakąś pradawną tajemnicą. – Dwa razy tyle. Nikt nie wygrywa z kasynem. Wielcy hazardziści przyjeżdżają tu, dostają otwarte linie kredytowe, opłacone przez kasyno pokoje i posiłki z najdroższych lokali i liczą na to, że przechylą szalę na swoją korzyść i kasyno przegra. Ale tutaj każda gra… każda gra w każdym kasynie w tym mieście… jest tak pomyślana, żeby zwiększyć szanse matematyczne kasyna.

Facet przesunął się na siedzeniu, jedną ręką podpierając się o stołek między nami, a drugą trzymając płasko na marmurowym blacie. Na dwóch pierwszych palcach tej dłoni nie miał paznokci, zupełnie jakby mu je zerwano.

– Wie pan, co im to daje? – zapytał cicho.

– Niby co?

– Zwiększenie szans matematycznych.

Spojrzałem nad jego ramieniem. Lee nadal nigdzie nie było widać. Od jego wyjścia minęło już z pięć, sześć minut. Nie uzyskawszy odpowiedzi, facet przysunął się bliżej mnie, tak że jego palce znalazły się o kilka centymetrów od moich. Zerknąłem na brakujące paznokcie, po czym przeniosłem wzrok na jego twarz.

– To im daje przewagę – oświadczył.

W końcu zdjął drugą rękę ze stołka i położył na marmurze, jak gdyby czekając na obsługę. Barman ruszył ku nam z drugiej strony baru, lecz facet podchwycił jego wzrok i ledwo dostrzegalnie pokręcił głową, na co barman zatrzymał się raptownie, jak gdyby się zderzył z ciężarówką. Gdy znów spojrzałem na gościa obok mnie, zaszła w nim – wprawdzie subtelna – zmiana i pierś ścisnął mi przypływ niepokoju.

Trwaliśmy tak przez chwilę, w kakofonii dzyń, dzyń, dzyń jednorękich bandytów dookoła; nagle wstałem ze stołka, wyjąłem dwie dziesięciodolarówki i położyłem banknoty na ladzie dla barmana. Odwróciłem się do tego faceta. Był o jakieś dwanaście centymetrów niższy ode mnie, ale wcale nie czułem się przez to swobodniej w jego obecności.

– Idzie pan spać? – zapytał.

– Powiedzmy.

Chciałem go wyminąć, lecz nagle chwycił mnie za ramię i przyciągnął do siebie. Ściskał mnie z siłą imadła. Potknąłem się, kompletnie wytrącony z równowagi. A wtedy zadziałał instynkt – rzuciłem się do tyłu i pchnąwszy go, oswobodziłem ramię.

– Człowieku, co ci odbiło? – warknąłem.

Poprawił się na stołku, z rękami płasko na kontuarze.

– Pozwól, że dam ci radę – powiedział.

– Nie, to ja dam radę tobie. Nigdy więcej nie waż się mnie dotknąć.

I chciałem odejść.

– Zawsze znajdzie się ktoś lepszy od ciebie, Davidzie! – zawołał za mną.

Zatrzymałem się i odwróciłem.

– Coś ty powiedział?

– Jak każdy, jesteś tylko człowiekiem.

– Skąd znasz moje imię?

Teraz było w nim coś groźnego, jakby jakimś cudem kompletnie zmienił wygląd. Jego oczy wydawały się ciemniejsze. Zadarł głowę niczym szykujące się do ataku zwierzę.

– Wracaj do domu, do żony – powiedział, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. A potem nachylił się i zniżył głos do szeptu. – I zrób coś dla was obojga… Nie pakuj nosa w nasze interesy.

– Co takiego?! Przecież nawet cię nie znam.

– To prawda – przyznał. – Ale znasz Lee Wilkinsa.

Nadal świdrując mnie wzrokiem, kiwnął głową, a potem przecisnął się obok mnie i ruszył w głąb kasyna. Dwie sekundy później wmieszał się w tłum.

A po dziesięciu zniknął bez śladu.

CZĘŚĆ DRUGAListopad 2012

2

Chłopiec biegł truchtem po kamienistej plaży, półtora metra od miejsca, gdzie fale rozbijały się o brzeg. Hałas był niesamowity – najpierw zwierzęcy pomruk, a po nim głęboki, przypominający burczenie brzucha grzmot, który przeszywał ciało malca. Zasysane z powrotem przez morze fale zbierały się do odwrotu, porywając ze sobą kamyki, a wtedy słychać było cichy gwar, jakby zza wysokiego na dwa i pół metra wału nadmorskiego nawoływały tysiące głosów. Po drugiej stronie wału leżała wioska – stare rybackie chaty, jeden pub, kilka sklepów i firm. Po tej stronie stały w szeregu wyciągnięte na brzeg łodzie; ich maszty klekotały na wietrze.

Chłopiec poprawił paski plecaka i usłyszał, jak w środku przesuwa się sprzęt: lina, nowy podbierak kupiony za to, co zarobił na rozwożeniu gazet, oraz trochę starego bekonu, który rano dostał od mamy. W jednej ręce niósł wiadro. Jak na początek listopada panował siarczysty mróz, ale to zawsze jest najlepszy okres na łowienie krabów. O tej porze roku nie ma turystów – a to oznaczało brak konkurentów do połowu.

Wioska leżała w niecce, a w stokach wzgórz po obu stronach morze wyciosało zatoczki. Chcąc się do nich dostać, należało przeleźć po skałach wyrastających z gruzowiska na dwóch krańcach plaży. Skały te, ociosane i wygładzone przez nieustający napór fal, przywodziły chłopcu na myśl ogon smoka, którego cielsko spoczywało gdzieś pod wodą. Dalej, po drugiej stronie ogona, w wyżłobieniach i szczelinach plaży oraz skalnych zatoczkach, powstały setki sadzawek. Właśnie tam powinny być kraby – wyrzucone na brzeg, wyplute przez fale przypływu.

Chłopiec zaczął się wspinać.

Wiadro w ręku utrudniało mu zadanie. Przeważnie to tata dźwigał cały sprzęt, ale teraz pracował gdzieś daleko, a przed wyjazdem powiedział synowi, że jest już dostatecznie duży, ma prawie trzynaście lat, więc może pójść sam. Tylko bądź ostrożny!, powtarzał mu stale. Rozbryzgi fal i deszcz nie ułatwiały sprawy, ale chłopcu szło całkiem dobrze: po pięciu minutach stał już na szczycie ogona i spoglądał na pierwszą zatoczkę, położoną jakieś dwadzieścia metrów pod nim – wąskie pasemko kamieni, biegnące od linii brzegowej do miejsca, gdzie cofnięte od wody zbocza wzgórz przechodziły w stromiznę. Poza tym były tam tylko sadzawki w skałach, zalewane falami, tak że w rozpadlinach i szczelinach buzowały bąbelki piany. Chłopiec ruszył w dół. Stukał trzymanym w ręku wiaderkiem o skały i nie odrywał wzroku od podłoża, uważając, gdzie stawia stopy. Szarpnął nim podmuch wyjącego wiatru, i następny, ale gdy zeskoczył ostatni metr na kamienie i schował się pod osłoną zatoczki, wichura ucichła natychmiast. Teraz słyszał jedynie fale rozbryzgujące się na brzegu za jego plecami.

Postawił wiadro na kamieniach, zdjął plecak, otworzył go i wyjął sprzęt. Linkę na kraby. Podbierak z krótką rączką. Przynętę. Przymocował przynętę do linki, wziął sieć i wiadro, po czym ruszył w kierunku skał z drugiej strony zatoczki. Tylko bądź ostrożny! Stawiał kroki równie uważnie jak poprzednio, bo wolał uniknąć konieczności tłumaczenia tacie, jak to się stało, że przerwał linę, skaleczył się albo zrobił jedno i drugie. Będąc w połowie drogi, usłyszał za sobą kolejny rozbryzg; morze grzmiało jeszcze głośniej i dłużej niż przedtem. Obejrzawszy się, zobaczył sunącą na niego falę. Nie martwił się, że zmoknie, tylko o to, że może się przewrócić, więc wyciągnął rękę i złapał za wąski skalny występ. Woda zalała go prawie po kolana, tak że stał w przemoczonych butach i spodniach, i wygładziła teren przed nim. Kiedy zaczęła się cofać, spojrzał na plecak i upewnił się, że tkwi bezpiecznie w wysokim zagłębieniu, gdzie go umieścił po wyjęciu sprzętu. Ruszył do skalnych sadzawek z tyłu zatoczki, tak daleko, by fale nie mogły go dosięgnąć. Tam mógł zarzucić linę do sadzawki, bez obawy, że znów przemoknie. Przypływ skończył się przed godziną. Fale, choć głośne i zajadłe, stopniowo się jednak cofały. Za godzinę całkiem osłabną. A po kolejnej godzinie w ogóle nie będzie się nimi przejmował.

Postawił wiadro obok siebie, upewnił się, że przynęta jest zaczepiona jak należy, po czym usiadł obok najgłębszej skalnej sadzawki. Głębokiej na jakieś półtora metra. Zarzucił linkę, wysuwając ją ze skrzynki, którą tata zrobił dla niego. Przypominała kołowrotek z małą rączką z boku, dzięki której mógł zwinąć linkę z powrotem. Trzymając skrzynkę lewą ręką, popuszczał linkę między wskazującym i środkowym palcem prawej dłoni, by wyczuć nawet najlżejszy ruch, gdyby krab chwycił przynętę.

Nagle coś zauważył.

Wyglądało to tak, jakby ktoś zostawił trochę przynęty – siedem metrów od niego, na samym końcu zatoczki, między ostatnią skalną sadzawką a stromym wzniesieniem wzgórza. Przesunął się na skale, chcąc mieć lepszy widok, ale widział jedynie biały ochłap mięsa. Pewnie kurczak, a może wieprzowina. Tata zawsze powtarzał, że najlepszy jest bekon, jednak chłopiec złowił mnóstwo krabów na kawałki starego kurczaka. Dobre były też tłuste ryby, choć nie tak dobre jak mięso. Ogólnie rzecz biorąc, kraby nie należą do wybrednych smakoszy.

Omiatając wzrokiem zatoczkę, chłopiec uświadomił sobie, że przynęty jest jeszcze więcej, trzydzieści centymetrów po lewej od tej pierwszej, na skraju jego pola widzenia. Odstawił bezpiecznie skrzynkę z linką do rozpadliny, z której nie mogła się wysunąć, i wstał. Powierzchnia kamieni dzielących go od przynęty była śliska od morskiej wody. Ostrożnie zrobił dwa kroki, a potem usiadł na pupie i w ten sposób przejechał w dół resztę drogi. Z bliska zauważył, że przynęta jest opakowana w folię – taką jak ta, w której przyniósł bekon – i że jest dłuższa, niż mu się zdawało: opadała do rynny, prawie niewidoczna w cieniu. Pod folią zobaczył równo pocięte kawałki mięsa; do każdego – a to ci dopiero! – była przymocowana identyczna muszelka.

Wyciągnął rękę.

Nagle się zawahał.

Spoglądał to na rękę – wciąż wiszącą nad opakowaniem z plastikowej folii – to na mięso w środku; przenosił wzrok tam i z powrotem, jak gdyby coś mu przyszło do głowy, ale sam jeszcze nie widział co.

Nagle, sekundę później, doznał olśnienia.

Z jego gardła wydarł się jęk, gdy na czworakach cofał się byle dalej od przynęty. Szukał na skałach punktu oparcia dla nóg, lecz jego stopy wciąż się ślizgały, podeszwy butów nie trzymały się podłoża.

– Tato! – krzyknął odruchowo, mimo że jego ojciec był w pracy, wiele kilometrów stamtąd, a on przebywał tu całkiem sam. – Tato! – wrzasnął po raz drugi. Oczy zaszły mu łzami, gdy desperacko próbował odczołgać się do miejsca, gdzie zostawił linkę.

Dotarł tam trzydzieści sekund później, ale nie zatrzymał się, by wziąć linkę. Nie zatrzymał się po przynętę ani po wiadro, ani nawet po plecak. Wgramolił się tylko na skały, przelazł na drugą stronę smoczego ogona, a potem co sił w nogach popędził po kamieniach do swojego domu na końcu wału nadmorskiego. Mama krzątała się po kuchni, szykując ciasta na urodziny jego siostry. Kiedy spojrzała na chłopca, na łzy i paniczny strach w jego szeroko otwartych oczach, złapała go, posadziła obok siebie i skłoniła, żeby opowiedział jej, co zobaczył.

Więc powiedział jej, że te muszelki to były paznokcie.

Paski mięsa były palcami.

A przynętą była dłoń.

3

Kiedy chłopiec opowiadał matce o tym, co znalazł, kilkaset metrów dalej Colm Healy zaparkował swojego vauxhalla obok domku, w którym mieszkał od czterech miesięcy. Na siedzeniu obok kierowcy leżały dwie torby z zakupami. Wziął je, wysiadł i wszedł do domu.

Rozpakował jedzenie, zaparzył sobie kawę, a potem usiadł przy oknie i zapalił papierosa. Nawet późną jesienią miał stąd wspaniały widok: na łagodną krzywiznę kamienistej plaży, długi szereg pastelowych domków rybaków, wysoki wał nadmorski i wystające zza niego maszty. Na szybie osiadały krople rozbijających się fal, wiatr znad morza hulał wokół domu i tłukł się o ściany, ale Healy, który dwadzieścia sześć lat przepracował w policji metropolitalnej – potocznie zwanej Scotland Yardem – a jeszcze dłużej mieszkał w wielkim mieście, dostrzegał w tym nieznaną mu wcześniej ciszę.

Wkrótce ta cisza została przerwana.

Leżący na stole przed nim telefon komórkowy zaczął wibrować, cicho się obracając. Ostatnimi czasy Healy wyłączał sygnał dźwiękowy – tak wolał, bo dzięki temu nie odbierał mnóstwa połączeń. Od byłej żony. Ludzi, z którymi kiedyś pracował. Mężczyzn i kobiet ze swojego dawnego życia, których nie miał ochoty więcej oglądać. Ryzykował jednak, że przegapi jedyny telefon, na którym mu zależało – ten od synów. Przysunął więc komórkę do siebie i odwrócił wyświetlaczem do góry.

Liz Feeny.

Pomyślał, że zaczeka, aż włączy się poczta głosowa. Wszelkie rozmowy z Feeny były bezcelowe. Od dwóch miesięcy stale do niego wydzwaniała, licząc na jakiekolwiek wyjaśnienie, chcąc uzyskać jakąś odpowiedź. On jednak ich nie miał.

Tu nie było szczęśliwego zakończenia.

Wcisnął klawisz odbioru i przełączył na głośnik.

– Liz.

– Colm – odezwała się cicho.

Sądząc z tonu, niedawno płakała.

– Dzwonisz nie w porę – skłamał. Rozejrzał się po kuchni. Zlew pełen talerzy. Blaty zastawione pudełkami po płatkach zbożowych. – Właśnie coś robię.

– Dlaczego wciąż odbierasz telefony ode mnie?

– O co ci chodzi?

– Opisując cię, David zawsze podkreślał, że trudno cię było złamać. Że byłeś pełen gniewu. I z dystansem. Kiedy zaczęłam do ciebie dzwonić, liczyłam na rozmowę z kimś takim.

Healy się nie odzywał.

– Nigdy jednak nie poznałam tego człowieka. – Przerwała na chwilę. – Nigdy taki nie byłeś. Wiem, że nie znosisz ze mną rozmawiać, a mimo to wciąż odbierasz moje telefony. – Kolejna przerwa, tym razem dłuższa. Zachlipała, przestała i znów pociągnęła nosem. – Dlaczego odbierasz telefony ode mnie, Colm?

– Sam nie wiem – odparł.

– Bo się nade mną litujesz, tak?

Zadała to niewinne pytanie bez złośliwości, ale nie było na nie dobrej odpowiedzi. „Tak” – uchwyciłaby się tego i potraktowała jako pretekst, by nadal do niego dzwonić; „nie” – w ten sposób dałby jej do zrozumienia, żeby więcej się nie odzywała. No i co z tego? Skoro tak bardzo nie znosisz jej telefonów, po prostu jej to powiedz. Tyle że nie mógł tego zrobić. Bo w głębi duszy wcale nie był pewien, czy rzeczywiście nie cierpi z nią rozmawiać.

Sięgnął na drugą stronę stołu po papierosa, zapalił i uchylił okno. Dym ulotnił się przez szparę i znikł w deszczu. Healy na chwilę wrócił myślami do Davida Rakera. Wszystko, co Raker opowiadał Liz, było zgodne z prawdą. I kto wie, czy w razie potrzeby Healy znów nie stałby się taki jak kiedyś. Ale tutaj, w tym domu, z dala od życia, jakie kiedyś prowadził, czuł się innym człowiekiem. Możliwe, że Liz traktowała go instrumentalnie – dzwoniła do niego, ponieważ był kimś w rodzaju łącznika z Rakerem – lecz na swój sposób go potrzebowała. A on już od bardzo dawna nikomu, bez względu na powód, nie był potrzebny.

– Colm?

– Trudno to zrozumieć.

– Co takiego?

– Dlaczego stało się to, co się stało.

– Tobie trudno to zrozumieć? – zdziwiła się.

Wyjrzał przez okno.

– Tak.

– Mówisz poważnie?

– Tak – potwierdził.

Sądząc z jej milczenia, raczej mu nie uwierzyła.

– Posłuchaj, Liz, wiem, że trudno ci to przyjąć do wiadomości, ale…

– Wiem, co chcesz powiedzieć – przerwała mu spokojnie. – Wiem, co mi chcesz doradzić. Pogódź się z tym. Nie żyj przeszłością. Spróbuj zapomnieć o tym, co się z nim stało.

Nie odpowiedział. Przejrzała go.

– Mam rację? – naciskała.

– Masz.

– Widzisz, dla mnie to nie takie łatwe – powiedziała. – Wciąż tkwię w Londynie, z całym bagażem wspomnień, i mieszkam obok jego pustego domu. Nie sprawiłam sobie miłego domku letniskowego w Devonie, żeby zniknąć i zapomnieć o wszystkim, co się stało.

– Ja o tym nie zapomniałem.

– Czyżby?

– Nie zapomniałem.

Na dworze wiatr znów się wzmógł – był jeszcze ostrzejszy i silniejszy niż poprzednio. Dom zajęczał, jakby przesunęły się fundamenty.

– Był taki podobny do ciebie – powiedziała.

– Tak, już mi to mówiłaś.

– Uganiał się za duchami, tak jak ty.

– Słuchaj. – Healy starał się mówić spokojnie. – Wiem, jak to jest kogoś stracić. Zapamiętaj to sobie. Byłem w takiej sytuacji jak ty… a nawet w o wiele gorszej… więc wiem, jak to jest.

Odchrząknęła, ale się nie odezwała.

– Nie potrafisz o tym zapomnieć. Rozumiem cię – ciągnął. – Ale musisz spróbować. Musisz się uporać z tym, co się stało. Prędzej czy później będziesz musiała się z tym zmierzyć.

Cisza na linii.

– Dlatego, Liz, że Raker odszedł. Bezpowrotnie.

4

Godzinę później Healy siedział w kącie pubu – małego, ciemnego, dwupokojowego budynku, krytego strzechą i tynkiem kamyczkowym. W rogu płonął kominek, miejscowi siedzieli na stołkach przy kontuarze. Odpowiadało mu, że są do niego odwróceni plecami, a jeszcze bardziej podobało mu się, że nie gra muzyka ani telewizor – słychać było tylko cichy gwar rozmów. Nic nie przygnębiało go tak bardzo, jak konieczność słuchania kolekcji płyt właścicieli knajp. Podniósł wzrok znad gazety i zobaczył, że stali bywalcy są w komplecie: mieszanina starych wilków morskich, o ogorzałej i pobrużdżonej jak kamyki na plaży skórze, oraz młodszych par, po trzydziestce – głównie przedstawicieli nowobogackich, zwabionych przez bogate okoliczne tereny. Healy nie należał do żadnej z tych grup, ale wpasował się tu znakomicie, bo pilnował własnego nosa i odzywał się tylko w razie konieczności.

Dziesięć minut później, gdy wlewał w siebie ostatnie krople piwa, do baru wszedł mężczyzna po pięćdziesiątce. Healy znał go z widzenia, bo spędził ostatnie cztery miesiące w wiosce i okolicach, ale nic o nim nie widział. Ani tego, jak się ten człowiek nazywa, ani czym się zajmuje. Mężczyzna, ubrany w zielony sztormiak – kompletnie przemoczony na deszczu – miał potargane brudne włosy i brodę jak kłębki szpagatu. Kłapiąc kaloszami na kamiennej posadzce i zostawiając za sobą kałuże wody i błoto, skierował się najpierw do baru, omiótł wzrokiem miejscowych, a potem wyszedł na środek sali. Powitali go dwaj bywalcy, lecz on w ogóle nie zareagował; nadal rozglądał się po lokalu, po ledwo oświetlonych boksach, gdzie inni stali klienci – samotnie, jak Healy – siedzieli nad szklaneczkami, czytając albo gapiąc się przed siebie.

Nagle mężczyzna napotkał wzrok Healy’ego.

Podszedł, zatrzymał się przy jego stoliku i stał tak, a deszcz spływał z niego na podłogę. Miejscowi jak jeden mąż odwrócili się na stołkach. Cichy pomruk rozmów ucichł. Zapadła cisza.

Healy złożył gazetę.

– Wszystko gra, kolego? – zapytał.

– Ty jesteś tym gliniarzem? – odparł tamten pytaniem.

– Już nie.

– Ale nim byłeś, dobrze mówię?

Healy spojrzał na nieznajomego. Oczy wszystkich spoczywały na tym człowieku.

– Owszem, kiedyś.

– Chodź ze mną, musisz coś zobaczyć.

– Niby co?

Mężczyzna po raz pierwszy uświadomił sobie, że wszyscy w lokalu słuchają ich rozmowy. Odwrócił się z powrotem do Healy’ego.

– Będzie lepiej, jak zobaczysz to na własne oczy.

□ □ □

We trzech wdrapali się na skały i zeszli do zatoczki. Na szarym końcu wlókł się chłopiec, ociągał się z każdym krokiem, jak gdyby ciągnęli go gdzieś, gdzie poprzysiągł sobie już nigdy nie wracać. Healy szedł za mężczyzną, który wyciągnął go z pubu, a za nimi postępował ojciec chłopca, wciąż w garniturze i butach, w których dopiero co przyszedł do domu z pracy. Chciał się z nimi zabrać, żeby uchronić syna przed oglądaniem czegoś ponad to, co już zobaczył. Z nich wszystkich Healy był najgorzej poinformowany. Nie wyciągnął dużo od miejscowych – z których wielu poszło za nimi i teraz obserwowało ich zza wału nadmorskiego – ale i tak wątpił, by to, co wkrótce zobaczy, należało do miłych widoków. Dostatecznie długo pracował w Scotland Yardzie, by dostrzegać nawet najdrobniejsze związki między zbrodniami. Wiedział, że ludzie bardzo różnie podchodzą do śmierci, jednak kiedy odkryją zwłoki – wyprane z życia, puste ciało – zawsze coś z tego w nich zostaje. Jedni się trzymali, inni załamywali, lecz wszyscy mieli te same miny osób do głębi przepełnionych wspomnieniem, które już nigdy nie zniknie.

Przed wyjściem z pubu powiedział właścicielowi, żeby wezwał policję, ten jednak, podobnie jak mieszkańcy wioski, wyraźnie nie miał na to ochoty, jakby zaproszenie policji do lokalu mogło zakłócić panującą tam równowagę. W pewnym sensie Healy ich rozumiał – przecież on też przeniósł się tu między innymi dlatego, że miał już dość miasta, pełnego zła i korupcji. A miejscowi z tego samego powodu całe życie spędzili w tej wiosce.

Healy patrzył, jak mężczyzna z pubu schodzi na piasek w zatoczce i brnie po kamykach, a ojciec chłopca idzie za nim.

– Zatrzymajcie się! – krzyknął, próbując zapobiec zapaskudzeniu przez nich ewentualnych dowodów, które mogły się tam znajdować. Deszcz i wiatr i tak już zrobiły swoje, musieli jednak zabezpieczyć, co się da. Ponownie zawołał do nich, żeby nie szli dalej. Tym razem posłuchali, ale nie obejrzeli się, jakby nie chcieli scedować na niego przywództwa. W końcu obok Healy’ego pojawił się chłopiec – zaledwie dwunasto-, góra trzynastoletni; upiornie blady, z zaciśniętymi w pięści opuszczonymi rękami, patrzył uparcie w prawo, na coś znajdującego się w najwyższym punkcie zatoczki. Próbując dojrzeć, co to jest, Healy zeskoczył pół metra na wyżłobioną w skale półkę. Zacinający przez cały czas deszcz padał niemal poziomo, pchany wichurą znad morza.

Strach ścisnął żołądek Healy’ego, kiedy zeskoczył na dno zatoczki i jego buty znikły w drobnych kamyczkach. Spojrzał na mężczyznę z pubu, na ojca i w końcu na chłopca, który – skulony i przerażony – czekał za ich plecami. Na plaży rozbijały się fale.

– Zostańcie tu – polecił Healy im wszystkim, nie wyłączając małego. – Nie idźcie za mną. Musimy zabezpieczyć ewentualne ślady.

Odczekał chwilę, upewniając się, że go posłuchali, po czym ruszył na sam koniec zatoczki. Po drodze atakowały go rozbryzgi fal. Wdrapał się na wysoką skalną półkę z tyłu zatoczki, skąd miał lepszy widok na to, co znalazł chłopiec.

To nie była przynęta na kraby.

Nie sądził, żeby chłopiec zobaczył to coś w całości – przy jego wzroście musiałby się znaleźć gdzieś wyżej. Zrobił jeszcze jeden krok w przód. Wiatr i deszcz częściowo neutralizowały smród zgnilizny, ale tutaj, z tyłu, utrzymał się i z każdym krokiem był coraz gorszy.

„Najpierw myślałem, że to pokrojone mięso” – opowiadał chłopiec Healy’emu, zagryzając wargę. „Zdawało mi się, że są do niego przyczepione muszelki”. Ale to nie były muszelki ani pokrojone mięso. Healy obejrzał się na czekających mężczyzn i chłopca. Wzgórza po obu stronach plaży zasnuły chmury – ciemne, postrzępione, brzemienne jeszcze silniejszym deszczem. Nagle znów powiało smrodem, więc Healy odwrócił się z powrotem do tego, co prawie całe – pomijając rękę – zawinięte luźno w folię zostało wyrzucone przez fale w mrok skalnej rozpadliny.

To coś było chude i blade.

Bezkrwiste.

5

Wkrótce wioskę najechali policjanci. Healy sam ich wezwał z zatoczki, a potem czekał na nich na głównej plaży. Wcześniej odesłał miejscowych na drugą stronę wału nadmorskiego. Pierwsi, którzy odpowiedzieli na wezwanie – dwaj mundurowi, mający łącznie pięć lat doświadczenia w służbie – dotarli do niego i kiedy wyjaśniał im, kim jest i co odkrył, zobaczył, jak krew odpływa z ich twarzy. W tej części świata większość gliniarzy przez całe życie nie widziała prawdziwej zbrodni, a tym dwóm przydarzyło się to po niecałych trzech latach. Healy wziął jednego za skały, żeby zobaczył zwłoki, a drugi został na miejscu, by wezwać kryminalnych i techników. Healy wskazał na wystającą z cienia rękę. Przycupnięty na szczycie skał mundurowy nerwowo rzucił na nią okiem, skinął głową i szybko wycofał się w bezpieczne otoczenie plaży.

Healy poszedł za nim.

Czterdzieści minut później zjawili się technicy, którym towarzyszyli lekarze medycyny sądowej. Przed upływem godziny rozstawili jak najbliżej zatoczki namiot, a szef grupy oględzinowej – ogorzały facet po sześćdziesiątce – zorganizował w urzędzie gminy centrum koordynacyjne. Technicy robili, co mogli, by zabezpieczyć dowody rzeczowe, i przetrząsali teren w poszukiwaniu tego, co zostało ze zwłok, lecz przez cały czas musieli walczyć z wiatrem znad zatoki i zacinającym deszczem. Healy wraz z innymi obserwował ich znad wału nadmorskiego, aż w końcu podeszli do nich plażą dwaj ubrani po cywilnemu śledczy. Mieli na sobie szare garnitury i policyjne deszczowce.

– Możemy zamienić z panem słówko? – zapytał Healy’ego starszy z nich, przedwcześnie posiwiały gość niewiele po czterdziestce, z siwą brodą. Pytanie było z gatunku retorycznych. Drugi śledczy, chudy i wysoki facet w wieku trzydziestu kilku lat, nie odzywał się, tylko szedł z tyłu.

Urząd gminy był mały i zatłoczony, przy wejściu krzyżowały się ślady mokrych butów. Ułożono szlak z gumowych mat, rozwidlający się w kierunku stanowiska specjalistów od medycyny sądowej, gdzie technicy pod bacznym okiem mundurowego kładli torby z dowodami rzeczowymi, oraz do pokoju za okienkiem do wydawania posiłków, wyposażonego w stół i cztery krzesła. Wszędzie czuć było stęchlizną, ruiną i starością, a za okienkiem do wydawania posiłków było jeszcze gorzej – unosił się tam zapach gotowania i politury do mebli. Healy usiadł przy stole, a młodszy śledczy – nie czekając na polecenie – zniknął w głębi korytarza, by przynieść wszystkim po filiżance herbaty.

– Dobrze go pan wyszkolił – zauważył Healy.

Śledczy spojrzał na niego z krzywym uśmiechem i rozparł się na krześle.

– Starszy inspektor śledczy Colin Rocastle – przedstawił się, kładąc rękę na piersi. – A to jest detektyw posterunkowy Stuart McInnes.

– Colm Healy.

– Słyszałem, że służył pan w metropolitalnej.

– Przez dwadzieścia sześć lat.

– Długo.

– W Scotland Yardzie pewnie uważają, że za długo.

Rocastle uśmiechnął się.

– Nie wygląda pan na wiek emerytalny – ocenił.

Healy zrozumiał aluzję: Więc dlaczego pan zrezygnował?

– Po prostu miałem już dość.

Rocastle skinął głową i spojrzał na swój zmoczony na deszczu notatnik – atrament spływał z kartki, rozmazując zapiski. Nie wydawał się przekonany, ale powstrzymał się od komentarza. Zapadła cisza. Healy omal się nie odezwał ponownie, omal nie podsunął dodatkowego kłamstwa, lecz się powstrzymał: tak dobrze znał te taktyki, sam z nich korzystał przez ćwierć wieku, a jednak – pięć miesięcy po tym, jak został wylany z policji – niemal dał się na nie złapać. Długa cisza. Niezręczne milczenie. Obliczone na to, że świadek lub podejrzany wypełni luki w rozmowie. Było to Przesłuchanie 101, opisywane we wszystkich policyjnych podręcznikach prowadzenia przesłuchań. Healy nie martwił się, że zapadła cisza. Zaniepokoił się, że omal nie wpadł w zastawioną pułapkę.

Tu, na wsi, robisz się miękki.

Rocastle spojrzał na niego, jakby wyczuwając, że Healy nad czymś się zastanawia, lecz ten zbył go pustym spojrzeniem. Kłamstwa czy półprawdy nie przychodziły mu już tak łatwo jak kiedyś. Wyszedł z wprawy, tracił przewagę.

– …tknął na zwłoki?

Rocastle coś mówił. Healy spojrzał na niego.

– Słucham? – bąknął.

– Jak pan się natknął na zwłoki?

Healy zaczął szczegółowo opowiadać o tym, jak zaczepił go mężczyzna w pubie, a potem zaprowadził do zatoczki, wraz z chłopcem i jego ojcem.

– Ten gość w pubie to rybak, tak? – upewnił się Rocastle.

– Nie wiem, czym się zajmuje. Ale zanim się po mnie zjawił, był już w tej zatoczce. Twierdził, że matka chłopca przyszła do wioski i tak się przypadkiem złożyło, że najpierw natknęła się na niego.

– Pan mu nie wierzy?

Healy wzruszył ramionami.

– Nie był zdziwiony tym, co tam znalazł, jak gdyby miał czas, żeby się z tym oswoić. Jak szybko człowiek przechodzi od szoku do akceptacji?

– Co pan chce powiedzieć?

– Tylko tyle, że kiedy tam wrócił, jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Jak, pańskim zdaniem, reaguje ktoś, kto po raz drugi ogląda trupa?

– Ludzkie reakcje bywają bardzo różne.

– To były zwłoki człowieka.

– Co pan sugeruje?

– To, że może był tam więcej niż dwa razy – odparł Healy. – Może wrócił tam po raz trzeci, czwarty czy…

– Dziękuję panu.

Rocastle niczego nie zanotował.

Healy przyjrzał mu się uważnie.

– Rozmawiał pan z nim? – zapytał.

– Tak.

– I co powiedział?

Rocastle odłożył długopis – najpierw na skos od notatnika, lecz szybko poprawił go tak, by oba przedmioty idealnie przylegały do siebie. Na początku obraz człowieka wyrabiamy sobie na podstawie drobiazgów, a ten jeden mały ruch powiedział Healy’emu, że Rocastle lubi precyzję, lubi, żeby wszystko do siebie pasowało.

– Nie mogę się wypowiadać na ten temat, Colm.

Colm. Próba złagodzenia ciosu, jak to między gliniarzami. Healy uważał jednak inaczej. Było to tylko przeczucie, lecz odnosił wrażenie, że Rocastle też jest zdania, że rybak ma w zanadrzu jeszcze inną historię – być może miał inny powód, by najpierw samemu pójść do zatoczki. Wzbudziło to ciekawość Healy’ego, więc zanotował to sobie w pamięci.

– Od dawna pan tu mieszka? – spytał Rocastle.

– Od czterech miesięcy.

– Podoba się tu panu?

Healy odchylił się na starym drewnianym krześle. Zatrzeszczało pod jego ciężarem, a kiedy się poruszył, stojące powietrze w kuchni ożyło i znów doleciał go zapach gotowanego jedzenia.

– Owszem – odparł. – Jest miło. Nikt mi nie wydaje rozkazów. Nikt nie próbuje mi od tyłu wsadzić majchra między żebra.

– W przenośni czy dosłownie?

– Jedno i drugie.

– Miał pan na pieńku z kimś w metropolitalnej?

– Nie mogę się wypowiadać na ten temat, Colin – rzekł Healy, na co Rocastle ruchem głowy docenił tę odpowiedź: trafiony, zatopiony.

Po chwili wrócił McInnes, niosąc trzy styropianowe kubki; rozlewał herbatę, tak że miał mokre dłonie. Postawił kubki na stole. Rocastle wziął jeden i upił łyk, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z Healy’ego.

– Dlaczego wybrał pan Devon?

– A czemu nie?

– Nie miał pan żadnego konkretnego powodu? – Rocastle znów wziął długopis i jego czubek zawisł nad nową, czystą stroną notatnika.

Healy wzruszył ramionami.

– Ktoś, kogo znałem, ma tutaj domek – odparł.

– Przyjaciel?

– Nie mam wielu przyjaciół.

– A zatem znajomy?

– Jakie to ma znaczenie?

Rocastle zerknął na McInnesa, gdy ten siadał obok niego, z herbatą w jednej ręce i telefonem komórkowym w drugiej.

– Sam pan wie, jak to działa – powiedział. – Musimy porozmawiać ze wszystkimi mieszkańcami wioski i sprawdzić, co kto wie.

Healy wziął styropianowy kubek.

– Colm? – usłyszał.

Spojrzał na starszego inspektora, a ten oświadczył:

– David Raker.

– Że co, proszę?

– To do niego należy ów dom.

6

Pięć miesięcy temu moje serce na siedem minut przestało bić. Nie potrafię wyrazić, co działo się w czasie, kiedy odszedłem, może dlatego, że nie sposób tego opisać słowami, ale pamiętam, że było raczej jasno niż ciemno, jak gdyby przez szybę sączyło się słońce. A kiedy serce znów zaskoczyło, pierwsze uczucie dotyczyło ciężaru: skóry, kości i krwi, ścięgien i zakończeń nerwowych. Następnie pojawiły się dźwięki, narastające niczym muzyka: głosy członków zespołu lekarskiego, szum aparatury EKG i samochodów przejeżdżających za oknem na ulicy oraz, jeszcze dalej, zamykanych drzwi i rozmów.

Gdy po raz pierwszy otworzyłem oczy, w pokoju nikogo ze mną nie było. Odwróciłem głowę na poduszce w jedną stronę, potem w drugą. Białe ściany, zielona podłoga, w oknie opuszczone żaluzje. Wciąż chciało mi się spać, więc znów zapadłem w sen. Kiedy obudziłem się po raz drugi, w pokoju był Healy – siedział przy moim łóżku i sprawdzał coś w telefonie. Nie zauważył, że się przekręciłem na łóżku, lecz usłyszał, jak krzywiąc się, wciągam powietrze, bo żołądek rozsadzał mi ból po pchnięciu nożem. Gdy odłożył komórkę i nachylił się do mnie, wspomnienia eksplodowały mi w głowie niczym ognie sztuczne na paradzie, jedno za drugim. Moi rodzice, Derryn, ludzie, których wytropiłem i dopadłem w ciągu kilku miesięcy od jej śmierci, a w końcu ostatnie: człowieka, który dziewiętnastego czerwca próbował pozbawić mnie życia. Tego, który zostawił mnie na pewną śmierć.

□ □ □

Obudziłem się gwałtownie wyrwany ze snu. Przez sekundę miałem mętlik w głowie, dłonie mokre od potu, a serce łomotało mi jak szalone. Potem z mroku pokoju wyłoniły się przedmioty i meble, które rozpoznałem, a kiedy wyjrzałem przez okno, wróciło mi poczucie rzeczywistości i przypomniałem sobie, gdzie jestem.

Moje palce machinalnie powędrowały do brzucha. Bandaże zdjęli mi już miesiąc temu, ale przez cienki bawełniany T-shirt wyczułem bliznę – twarde zgrubienie ciała, niczym uczepiona skały pąkla. Bywały dni, kiedy głęboko w trzewiach wciąż czułem czubek ostrza; zimny ból, jak wspomnienie, dokładnie na środku brzucha. Częściej jednak w ogóle nic nie czułem, w każdym razie nie fizycznie. Jedyny ból rozbrzmiewał echem w mojej głowie. Śniło mi się, jak się czołgam po ziemi w kierunku telefonu; jak wybieram pierwszy lepszy numer, do kogokolwiek, byleby wezwać pomoc; a potem niejasno przypominałem sobie coś na obrzeżach moich wspomnień – pojawia się dwoje ludzi i w chwili, gdy już myślę, że przejdą obok mnie, kobieta robi mi sztuczne oddychanie. Potem następowała seria zamazanych obrazów, migających jak stroboskop, dopóki nie zjawił się Healy. Ta wizja pozostała zaskakująco wyraźna – jak biegnie w moją stronę, otoczony przez ratowników medycznych.

Dwa tygodnie później złapali człowieka, który próbował mnie zabić. Pozostawił za sobą zatrzęsienie trupów, z których ostatnimi dwoma mieliśmy być ja i pewien gliniarz – niejaki Bartholomew, prowadzący śledztwo w jego sprawie. Bartholomew nie miał tyle szczęścia co ja. Znaleźli go w tej samej chwili, kiedy dojeżdżałem do szpitala w karetce, ze sterczącymi ze mnie rurkami i kablami podłączonymi do wszystkich mięśni klatki piersiowej. A gdy trafiłem na stół operacyjny, on leżał martwy w swoim domu.

Do znudzenia opowiadałem – Derryn w ostatnich tygodniach, zanim w końcu przegrała walkę z rakiem, oraz Liz, która zajęła jej miejsce – o długu, jaki w moim odczuciu mam do spłacenia zaginionym; o tym, że wydobycie ich na światło dzienne uważam za swój obowiązek. W późniejszych latach jeszcze bardziej utwierdzałem się w tym przekonaniu, kiedy siedząc z ich rodzinami, czułem się, jakbym patrzył w lustro. Ból, jaki odczuwali po utracie bliskich, smutek, konieczność poszukiwań i kurczowego trzymania się nadziei… znałem to od podszewki. Kiedy wróciłem po tych siedmiu minutach, poczucie długu i obowiązku nasiliło się, skonkretyzowało, i zdałem sobie sprawę, że mimo tego, co się stało, to jestem cały ja.

Moje życie nadal obracało się wokół zaginionych.

7

Plażę oświetlały pomarańczowe latarnie, osadzone w wale nadmorskim co pięćdziesiąt metrów, oraz słaby blask z pubu, którego światło rozlewało się po kamykach jak farba z przewróconej puszki. Szyld na szczycie łuszczącego się czerwonego słupa od frontu kołysał się na wietrze; za każdym razem, gdy wracał na środek, skrzypiał jak zardzewiałe zawiasy. Wszystko było wyblakłe od wody morskiej: ściany, drzwi, futryny, płyty posadzki na tarasie. W ciągu dwudziestu czterech lat od mojego wyjazdu zmieniła się tylko nazwa pubu. Gdy dorastałem, zawsze nazywał się Piła, jak ta ryba. Teraz przemianowano go na Po Morzach i Oceanach – zapewne właściciel uznał, że nowa nazwa skusi więcej turystów. Tak naprawdę jednak turystów zwabiłby raczej gruntowny remont. Z zewnątrz bar wyglądał na walącą się ruderę, w środku prezentował się niewiele lepiej. Ciasny i mroczny, był dwupokojowym hołdem dla wystroju z lat siedemdziesiątych, z koszmarnymi, wytartymi wzorzystymi dywanami, wyblakłą farbą i niezliczonymi bibelotami upchanymi gdzie tylko się da, jak gdyby nie można było zostawić ani kawałka wolnego miejsca. Poza tym był zatłoczony. We wtorkowe wieczory przeważnie świecił pustkami, ale nie dzisiaj. Dziś cała wioska ściągnęła do pubu i wszyscy gadali wyłącznie o zwłokach.

Rozejrzałem się po sali i dostrzegłem Healy’ego. Siedział na swoim stałym miejscu z tyłu, zwrócony plecami do ściany, by móc obserwować, co się dzieje. Stały przed nim dwa kufle – jeden prawie pusty, drugi nietknięty. Przecisnąłem się przez tłum, usiadłem i przysunąłem sobie piwo.

– Zdrówko! – rzuciłem, na co skinął głową, wpatrując się w coś ponad moim ramieniem. Odwróciłem się i spojrzałem w ślad za jego wzrokiem. Healy obserwował faceta z wioski – pływającego na trawlerze rybaka nazwiskiem Prouse – który tłumaczył coś grupce mężczyzn.

– Gdzieś się podziewał? – spytał, nie spuszczając wzroku z rybaka.

– Kiedy?

– Dzwoniłem wcześniej i kazałem ci przyjść do urzędu gminy.

– Akurat coś robiłem.

Rzucił na mnie okiem.

– Naprawdę?

– Skoro ten glina chce ze mną pogadać, to przecież powiedziałeś mu, gdzie mieszkam.

– Czyś ty w ogóle słuchał, co mówiłem?

– Nie jesteś już gliniarzem, Healy – rzekłem.

Zmarszczył czoło.

– Jak mam to rozumieć? – zapytał.

– A tak, że nic im nie jesteś winny. Nie do ciebie należy zgarnianie podejrzanych i wrzucanie ich na tył furgonetki. Ani dla tego całego Rocastle’a, ani dla nikogo innego.

– Wiem.

– Czyżby?

Spojrzał na mnie, ale nie odpowiedział. W ciągu tych kilku miesięcy, odkąd go poznałem, stał się bardziej opanowany, ale nadal nie bardzo potrafił trzymać język za zębami. Przywykł do walenia prosto z mostu, w razie potrzeby także do kłamania i wpuszczania w maliny, a tymczasem obecne życie – z dala od miasta, z dala od byłej żony i dwóch synów – stanowiło dla niego nowość i prawdopodobnie go zniechęcało. To nie było jego podwórko. Nie występował z pozycji siły. Musiał się wyrwać z Londynu, ponieważ się tam dusił; wylano go z pracy, nadal opłakiwał stratę córki i krótko przed tym, nim mnie napadnięto, był o krok od zrobienia czegoś głupiego. Kiedy w końcu wypisano mnie ze szpitala, ja również musiałem uciec, a ponieważ – przynajmniej częściowo – zawdzięczałem Healy’emu życie, zaproponowałem mu pokój w domku, który odziedziczyłem po rodzicach. Nie ograniczałem tej oferty w czasie – pewnie dlatego, że oczyma wyobraźni widziałem, jak po dwóch tygodniach zagryziemy się na śmierć – ale jakimś cudem minęły cztery miesiące, a on wciąż tu był.

– Twoja kobieta znów dzwoniła w związku z tobą – oznajmił, bawiąc się wieczkiem pudełka papierosów, podczas gdy wicher napierał na ściany pubu. – Zamierzasz się do niej kiedyś odezwać?

– Wygląda na to, że znakomicie sobie z nią radzisz bez mojej pomocy.

Uśmiechnął się drwiąco.

– Zimny z ciebie drań.

– Wcale nie jestem zimny.

– Aha, chcesz powiedzieć, że jesteś cieplutki i przytuliński?

– Dlaczego w ogóle z nią rozmawiasz? – spytałem.

– Bo ty tego nie robisz.

Spojrzałem na niego.

– Zaczęła do mnie wydzwaniać, kiedy przestałeś odbierać od niej telefony. – Przyjrzał mi się uważnie, nie doczekał się odpowiedzi, dopił duże piwo. – Jest zrozpaczona. Co powinienem robić?

– Przestań odbierać, jak dzwoni.

– A co złego jest w tym, że z nią rozmawiam?

– To jest moje życie, nie twoje.

– Tak czy siak, wątpię, żeby jeszcze kiedyś zadzwoniła – oświadczył po chwili, wzruszając ramionami. Odsunął od siebie kufel. – Powiedziałem jej, że odszedłeś bezpowrotnie.

– Dlaczego to zrobiłeś?

– No cóż, wyjaśniłem jej z grubsza, jak się sprawy mają, prawda?

Znów nie odpowiedziałem. Nigdy nie rozmawiałem z nim o powodach separacji z Liz i przyczynach, dla których nie mogłem do niej wrócić, ale czasami czułem, że sam się tego domyślił. Zanim zostałem pchnięty nożem, uświadomiłem sobie, że ona nie pojmuje, dlaczego zajmuję się tym, czym się zajmuję, nie rozumie, jaki dług mam do spłacenia wobec zaginionych, i zdałem sobie sprawę, że nie wyobrażam sobie przyszłości, w której na okrągło będę musiał się z nią kłócić na ten temat. Healy rozumiał to – bo jego również nawiedzały te same upiory – i czasami miałem wrażenie, że się rozumiemy i coś nas łączy, a z drugiej strony potrafił powiedzieć coś takiego albo spojrzeć na mnie w taki sposób, że od razu widziałem człowieka, z którym nie byłem w stanie całkiem się zbratać: pełnego gniewu, urazy i zgorzkniałego. Nasza więź, zazwyczaj przemilczana, wynikała ze straty, jaką obaj ponieśliśmy, oraz ze sposobu, w jaki połączyło nas życie zawodowe; byliśmy też związani ze sobą emocjonalnie, aczkolwiek niezbyt silnie – kiedyś uratowałem mu życie, a potem on mi się zrewanżował tym samym. Przeważnie jednak stanowił mur, którego nie potrafiłem zburzyć. Czasami zastanawiałem się, czy uważa, że mi pomaga, odbierając telefony od Liz; inna część mojego ja – przypuszczalnie ta, która poznała go w ciągu ostatniego roku – sądziła, że robi to w tym celu, by mieć na mnie haka. Dopóki nie zyskam pewności, nie mogłem z nim jednak o tym porozmawiać, więc cokolwiek nas łączyło – znajomość czy wręcz przyjaźń – pozostawało niezdefiniowane.

– Oni sądzą, że to mężczyzna – odezwał się.

– Te zwłoki?

– Ano. – Skinął głową, kciukiem i palcem wskazującym zdejmując z ust okruch tytoniu. – Sęk w tym, że nie ma śladów rozkładu ciała. A przynajmniej ja nie zauważyłem.

– Czyli to świeży trup.

– Albo zamrożony.

– Przy tej temperaturze powietrza?

– W lodówce. – Wzruszył ramionami. – Nic mi nie powiedzieli. Opieram się tylko na tym, co widziałem. Nigdzie ani śladu rozkładu. Poza tym zwłoki były w dobrym stanie, wyjątkowo dobrym, więc jeśli chcesz znać moje zdanie, ktoś go trzymał w lodzie, zanim rozdęły go gazy.

Jeżeli zamrozi się zwłoki, zanim nastąpią procesy gnilne, można je trzymać w zasadzie w nieskończoność, właściwie bez żadnych oznak rozkładu. Dopóki się ich nie rozmrozi, bakterie nie mogą się nimi żywić, więc ciało się nie rozpada. Żadnych gazów. Ani kwasów. Patrząc, jak Healy, pogrążony w zadumie, obraca pustym kuflem po piwie, wiedziałem, co dzieje się w jego głowie: poczuł smak swojego dawnego życia, napalił się – wprawdzie tylko na chwilę – na prowadzenie śledztwa, więc teraz próbował powstrzymać ciekawość. Nie sądziłem, żeby zechciał kibicować temu z daleka; a jednak kiedy ta myśl przyszła mi do głowy, odwróciłem się i znów spojrzałem na człowieka, któremu tak się przyglądał.

– Czego od niego chcesz? – zapytałem.

Rzucił na mnie wzrokiem.

– Hę? – bąknął.

– Od tego, na którego tak się gapisz.

– Wiesz może, jak zarabia na życie?

– Jest szyprem kutra rybackiego. Dlaczego się nim interesujesz?

– To on znalazł zwłoki.

– I co z tego?

Healy nie odpowiedział. Chwycił swój płaszcz, wziął ze stołu papierosy i wstał. Nie podobało mu się, że go przejrzałem, więc teraz nadszedł czas na obojętność. Stał tam bez ruchu, jak kołek, z twarzą kompletnie wypraną z wszelkich uczuć. Tyle że ja znałem tę minę. Widywałem ją wielokrotnie – i nigdy nic dobrego z niej nie wynikało.

– Odpuść sobie, Healy – ostrzegłem go.

– Nie mów do mnie jak do dziecka.

– Wiesz, jak to się skończyło ostatnim razem.

Przeszył mnie wściekłym wzrokiem, ale wiedział, że mam rację. Główny powód, dla którego wylądował w tej dziurze, był taki, że nie potrafił wyznaczyć sobie granicy.

– Wobec tego może ty powinieneś się tym bliżej zainteresować – zwrócił się do mnie, wyjmując z kieszeni papierosy. – Zajmij czymś myśli, dzięki temu szybciej wyzdrowiejesz. – Zabrzmiało to sztucznie, nie dałem się złapać na ten haczyk. Ruchem głowy wskazał kontuar. – Słyszałem, jak dwóch miejscowych mówiło, że ta wioska jest przeklęta… Kto wie, do czego to może prowadzić?

– Przeklęta?

– Chodzi o jakąś kobietę, która mieszkała tu z rodziną.

– O czym ty gadasz?

Zapiął płaszcz.

– Idę zapalić.

8

Gdy wychodziłem z pubu, wiatr zelżał, za to znad wody wciąż zacinał deszcz. Odkąd Healy wyszedł na papierosa, minęło piętnaście minut, a wciąż nie wracał. Wyjrzałem przed budynek, gdzie grupa palaczy zebrała się w jednym miejscu, pod wystającą za krawędź dachu strzechą – trzech mężczyzn, których znałem z widzenia, ale nie osobiście. Pozdrowiłem ich skinieniem głowy. Odpowiedzieli mi tym samym gestem. Wtedy popatrzyłem na plażę.

Na jej dalszym skraju, obok zatoczki, ustawiono dwie potężne lampy – jedna, wycelowana w plażę, oświetlała drogę do urzędu gminy; druga stała w zatoczce i, częściowo zasłonięta, była skierowana na miejsce, gdzie znaleziono zwłoki. Healy, chociaż w przeszłości nieraz popisał się rozmaitymi głupotami, nie węszyłby na miejscu zbrodni, gdyby wciąż kręciła się tam policja. A jednak coś mu przyszło do głowy, więc zapewne miał obmyślany jakiś plan.

Coś nierozważnego.

– Davidzie?

Odwróciłem się. W progu pubu stanęła kobieta – siwowłosa, nieco zgarbiona, w wieku sześćdziesięciu kilku lat, a może i po siedemdziesiątce; przez chwilę jej sylwetka odcinała się na tle jasnego wnętrza lokalu. Kiedy wyszła spod dachu na mżawkę, przypomniałem sobie, że widziałem ją przy kontuarze – siedziała na stołku i rozmawiała z tutejszym rzeźnikiem. Wtedy nie zwróciłem na nią uwagi, lecz teraz, gdy światło z pubu padło na jej twarz, ten widok poruszył we mnie jakąś strunę.

– Davidzie? – powtórzyła.

Zrobiłem krok w jej kierunku. Skinąłem głową.

– Nie pamiętasz mnie?

Uśmiechnąłem się, jakbym ją pamiętał, ale po prawdzie nie potrafiłem sobie przypomnieć, gdzie ją widziałem – czy w wiosce w ciągu ostatnich kilku miesięcy, czy może wcześniej, kiedy mieszkałem tu jako chłopiec. Od czasu przeprowadzki z Londynu nie wychylałem się, rzadko wychodziłem z domu, kurując się w izolacji, więc bardziej prawdopodobna była ta druga możliwość.

Wybawiła mnie z niezręcznej sytuacji.

– To ja. Vera Kane.

I wtedy sobie przypomniałem – ciotka dziewczyny, z którą chodziłem jako nastolatek przez blisko osiemnaście miesięcy; zakończyliśmy ten związek ze łzami w oczach, kiedy dostałem się na uniwersytet w Londynie. Zrobiłem krok w kierunku staruszki i przeszliśmy z powrotem pod okap ze strzechy.

– Pani Kane. Jak się pani miewa?

– Całkiem nieźle… jak na starą babę. A co u pana?

– Świetnie. Dobrze pani wygląda.

– Kłamca – odparła, puszczając do mnie oko.

– Dziwię się, że dotychczas nie spotkałem pani w tej okolicy.

– Bo ja tu nie mieszkam – wyjaśniła. – Przeniosłam się do Kingsbridge. Nie wracam tutaj zbyt często, te sakramenckie biodra nieźle dają mi w kość, a poza tym nie mam tu już żadnej rodziny. Ale kiedy usłyszałam, co się dzieje… – Urwała, ruchem głowy wskazując plażę. – Wie pan, mam jeszcze w wiosce kilku przyjaciół, więc bałam się, że ktoś z nich mógł być tą osobą, którą…

Spojrzałem w ślad za jej wzrokiem.

– Jasne.

– Dawno pan wrócił?

– Cztery miesiące temu.

– I mieszka pan w dawnym domu rodziców?

– Zgadza się.

Kiwnęła głową.

– Ciekawa jestem, któż to mógł być?

Znowu zerknąłem na plażę.

– Nie mam pojęcia.

– Myślałam, że pański znajomy z policji może coś powiedział.

Miała na myśli Healy’ego.

– Nie. Niestety, nie pisnął ani słowa.

Przez jej twarz przemknęło rozczarowanie. Wówczas zrozumiałem – przyszła po jakąś pożywkę, którą mogłaby zanieść do pubu, po coś nowego, co mogłaby wykorzystać. Nie miałem jej tego za złe. W wiosce, w której wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, wiedza to potęga. Nie miała jak poznać historii Healy’ego, nie wiedziała, że jest byłym gliną i że ma życie równie popaprane jak moje. Widziała tylko, jak Prouse, ten rybak, prowadzi go do zwłok, a potem ekipa śledczych zabiera go do urzędu gminy na miłą pogawędkę.

– Jak się ma Emily? – spytałem.

Trwało chwilę, zanim się przestawiła na zmianę tematu.

– A, świetnie, skarbie.

– Wciąż mieszka w tych stronach?

– Tak, w Totnes. Zobaczę się z nią jutro.