Opis

Czas gna jak szalony i chyba nikt nie odczuwa tego tak bardzo jak oni. Jeszcze wczoraj poznali się w barze, dziś ze sobą zamieszkali, a jutro? Jutro okaże się, że czas najwyższy spoważnieć. Powracamy do Tobiasza i Michała wciąż zmagających się z upływem czasu, licząc na to, że po drodze nie przeoczą nic ważnego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


B.D.B.

Zniknąć w południe

Czas na Wyczerpaniu Część II

© B.D.B., 2017

Czas gna jak szalony i chyba nikt nie odczuwa tego tak bardzo jak oni. Jeszcze wczoraj poznali się w barze, dziś ze sobą zamieszkali, a jutro? Jutro okaże się, że czas najwyższy spoważnieć.

Powracamy do Tobiasza i Michała wciąż zmagających się z upływem czasu, licząc na to, że po drodze nie przeoczą nic ważnego. Tylko co będzie, jeśli nagle okaże się, że nic nie jest takie, jak pamiętaliśmy?

Obudź się! Marzenia i koszmary już

dawno stały się jawą. Co teraz zrobisz?

ISBN 978-83-8126-239-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Zniknąć w Południe

Obudź się! Marzenia i koszmary już dawno stały się jawą. Co teraz zrobisz?

2017

© Copyright by danceORnothing BDB

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży.

1. Tobiasz

powroty

Znów leżałem na białej sali, ale tym razem wszystko wydawało mi się inne. Zapach nie był już tak drażniący, ściany i łóżko tak przygnębiające, a personel tak nieprzyjazny. Po raz kolejny czekała mnie, w gruncie rzeczy, ta sama operacja. Kiedy przypomniałem sobie siebie sprzed ponad dziesięciu lat, uśmiechałem się tylko do własnych wspomnień. Młodość bywa głupia, a do tego strasznie narwana. Tym razem nie panikowałem tak, jak poprzednio. Leżałem sam, czekając na następny dzień. Lojalnie uprzedziłem wszystkich, co się dzieje i poprosiłem, żeby przed operacją nikt się nie zjawiał. Potrzebowałem chwili spokoju od ich współczujących spojrzeń i przestraszonych min. Ja tym razem nie bałem się zupełnie. Bo czegóż tu się bać? Miałem pracę, mieszkanie, kontakt z rodziną i kilku przyjaciół, przeżyłem miłość swojego życia, która trafia się raz, na nigdy. Czego mogłem się bać? Moje życie było spełnione, więc nawet, jeśli coś pójdzie nie tak, nie mogę niczego żałować. Z kolei, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie mam, po co się przejmować. Tak więc ostatnie chwile przed operacją spędzałem na czytaniu książek i odprężaniu się, póki jeszcze mogę. Niestety wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Zostały ostatnie badania, ostatnie przygotowania, a następną rzeczą, którą pamiętam była twarz lekarza, mówiącego:

— Witamy z powrotem, panie Piórecki. Już drugi raz się panu udało. Widać ma pan dobre układy na górze.

— Dziękuję doktorze. To drugi raz się panu udało. — odpowiedziałem cicho. Czułem się dość osłabiony, jednak tym razem guz był umiejscowiony nieco wyżej, przez co ominęły mnie te skutki uboczne, z którymi walczyłem ostatnim razem.

— Dobra, dobra, ja swoje wiem. Proszę teraz odpoczywać, niczym się nie przejmować, wszystko zmierza ku lepszemu. — powiedział tylko z uśmiechem mój lekarz i po sprawdzeniu wszystkiego opuścił pomieszczenie, a ja znów zasnąłem. W pewnym sensie, miałem wrażenie, że sen, to jedyne na co mam i będę miał siłę i ochotę w najbliższym czasie.

Gdy obudziłem się ponownie, był już ranek, a ja leżałem na tej samej sali, co przed operacją. Westchnąłem i przeciągnąłem się. Czułem się zaskakująco dobrze. Ostrożnie dotknąłem bandaży na głowie, ze zdziwieniem stwierdzając, że nie odczuwam większego bólu, co jednak mogło być sprawką kilku rurek, które podłączone były tu i tam. Obstawiałem, że jedną z nich, płynęła do moich żył morfina. Mogłoby to tłumaczyć mój dobry humor i zaskakująco dobrą kondycję. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Chyba miałem jakiś monopol na uzdrawianie, albo dziewięć żyć, jak kot. Ciekawe, ile zmarnowałem do tej pory? W tym momencie zobaczyłem, że nie jestem sam. Zamrugałem kilkakrotnie. Na stołeczku obok mojego łóżka siedział Michał. Z wrażenia rozdziawiłem usta, a po chwili zreflektowałem się, że gapię się na niego jak głupek i usiadłem na łóżku, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Zawsze istniała niewielka szansa, że to wszystko, to tylko jakaś halucynacja wywołana przez zbyt dużą dawkę leków przeciwbólowych.

— No co? Brudny jestem, czy coś? Zresztą, hola, hola, Ty to chyba powinieneś leżeć! — powiedział, jak gdyby nigdy nic.

— Daj spokój, jak mnie do tej pory nie zabiło to i teraz będę żył. Co Ty tu robisz? — odpowiedziałem szybko i wciąż mierzyłem go uważnym spojrzeniem.

— Trochę późno się dowiedziałem o Twojej sytuacji, więc przyjechałem tu tuż przed operacją i nie pozwolili mi już się z Tobą zobaczyć, więc siedzę i czekam, tak po krótce. — wzruszył ramionami.

— Serio? Matko, tyle lat! Dobrze Cię widzieć! Byś chociaż się przywitał! — naprawdę cieszyłem się widząc go tutaj. Wstał i uścisnął mnie mocno na powitanie. Mimo upływu lat, dalej był przystojny. Kto by pomyślał, że zostawi te swoje długie kłaki. Mimo kilku zmarszczek tu i ówdzie i delikatnej siwizny, która nawiasem mówiąc nie rzucała się wybitnie w oczy przy kolorze jego włosów, dalej mógł z powodzeniem powalić na kolana tłumy wielbicieli. Byłem tego pewien.

— Jak Tyś się dowiedział, co? — zapytałem.

— Mam tu znajomych, wiesz? I ojca. — rzucił, z właściwym sobie, kpiącym uśmieszkiem.

— No tak, Twój tata ma wtyki wszędzie.

— Lepiej Ty mi powiedz, czemu nie zadzwoniłeś. — zmierzył mnie spojrzeniem i przez chwilę wydawało mi się, że zobaczyłem w nich błysk zawodu. Tak, jakby oczekiwał po mnie czegoś więcej. Starałem się jednak na tym nie skupiać i odpowiedziałem wymijająco.

— Minęło sporo czasu, nie widziałem sensu w zawracaniu Ci głowy. — słysząc to prychnął tylko. — A tak poza tym, to nie mam numeru.

— Tobiasz, ja w życiu nie zmieniłem numeru telefonu.

— Jak to? Od jakiegoś czasu mówi mi, że nie ma takiego numeru.

— Niemożliwe, coś ściemniasz. — zawyrokował właściwym sobie tonem.

— Poważnie mówię. Trochę zły byłem, że zmieniłeś numer i nie dałeś mi znać, ale ostatecznie stwierdziłem, że w sumie to już nie ma większego znaczenia.

— Nie ma znaczenia, powiadasz? Już ja sobie zapamiętam! — zaśmiał się, ale mimo to, w jego oczach widziałem dawny błysk przekory. Nie zmienił się ani o jotę. — Gdzie masz telefon?

— Gdzieś w szafce. A co? — jednak zamiast udzielić mi odpowiedzi, zaczął przegrzebywać moje rzeczy. Dokładnie tego mogłem się po nim spodziewać.

— Jest! Czekaj. — mówiąc to, szperał już w moim telefonie. — O! Nie usunąłeś go, dobrze. — to powiedziawszy zaczął się śmiać. Przez dłuższą chwilę zwijał się na stołeczku ze śmiechu, ściskając mój telefon w ręku.

— No, o co Ci chodzi? — zapytałem lekko podirytowany.

— Nie denerwuj się, nie powinieneś. — rzucił próbując przestać się śmiać. — Wybacz, ale Ty to jednak jesteś głupi. Zmieniałeś telefon i przepisywałeś ten numer z pamięci czy co?

— Tak, chyba tak, ale o co Ci chodzi?

— Zamieniłeś miejscami trzy ostatnie cyfry i trzy środkowe! — mówiąc to, na nowo wybuchnął śmiechem, a ja po chwili dołączyłem do niego.

— No to by wiele wyjaśniało. Napraw to od razu, będzie z głowy.

Przez chwilę siedzieliśmy patrząc na siebie w milczeniu. Nie widzieliśmy się około dziesięciu lat.

— Dobrze, że tym razem też wszystko poszło gładko. — westchnął mój były partner, patrząc na mnie. — Jak tam? Jak żyjesz? Co u Ciebie?

— Wszystko w najlepszym porządku.

— Na pewno? — spojrzał na mnie przymrużywszy oczy.

— Tak, na pewno.

— Mam uzasadnione obawy. — wyszczerzył się w moją stronę.

— Ty się lepiej tak nie szczerz, ot co. Wszystko jest w porządku. Mam pracę, stały kontakt z rodziną i przyjaciółmi i wszystko jakoś się kula. Wiesz, sam nie mam dzieci, to jestem najlepszym wujkiem wszechczasów, bo zabawki kupuję tylko chrześniakom i reszcie dzieci w rodzinie i po znajomych. Trzeba się starać. Zresztą, lubię się z tymi urwisami bawić.

— No tak, w końcu znalazłeś kogoś na swoim poziomie.

— Zejdź ze mnie i lepiej opowiadaj, co u Ciebie. Słyszałem tylko od Kuby, że wyprowadziłeś się do stolicy.

— No tak, teraz tam mieszkam. U mnie pozmieniało się niemal wszystko.

— Nie mów, że znalazłeś sobie żonę. — tym razem to ja dla odmiany zmierzyłem go ironicznym spojrzeniem.

— Powiedziałem niemal, tak? Nie uwierzysz, ale niedawno obroniłem doktorat. — w tym momencie oniemiałem. Michał i doktorat?!

— Z czego? — udało mi się tylko wykrztusić.

— Z psychologii. — rzucił odwracając głowę i rozmasowując kark. Zawsze tak robił, kiedy był zakłopotany. — Znaczy… Po tym, jak tu skończyłem zaocznie szkołę, po wyjeździe zrobiłem licencjat z resocjalizacji, a potem magistra i doktorat z psychologii. Pracuję z młodzieżą ze środowisk patologicznych, poprawczaków i w grupie młodzieżowej w ośrodku uzależnień.

— Wow. — powiedziałem tylko. Na nic bardziej ambitnego nie było mnie w tej chwili stać.

— No i tak się kula. — po tych słowach zapadła cisza, a ja, gdy przetrawiłem wszystkie informacje odezwałem się znowu.

— Gratulacje, Stary. Zawsze wiedziałem, że będzie Cię na to stać, jeżeli tylko zechcesz.

— O ile dobrze pamiętam, to ostatnio w tej sytuacji nazwałeś mnie nieukiem.

— Gorzej, jak z kobietą. Po trzynastu latach Ci wypomni. — pokręciłem głową.

— No, widzę, że w końcu nauczyłeś się latka liczyć, brawo. — znowu wygrał.

— Oj przestań. — machnąłem tylko ręką. — Wracając do tematu, właściwy człowiek, na właściwym miejscu.

— Czy Ty właśnie zasugerowałeś, że jestem patologią? — zmarszczył brwi, a ja zauważyłem, że wziął to dość poważnie.

— Nie, zasugerowałem, że swoje przeszedłeś i powinieneś wiedzieć, jak do tej młodzieży dotrzeć. Założę się, że jesteś świetny w tym, co robisz.

Tu Michał trochę się rozluźnił i zaczął opowiadać o swojej pracy. Skupił się głównie na pracy w domu dziecka, chociaż nie omieszkał to tu, to tam, wtrącić kilku historyjek z pracy z dzieciakami z odwyku. Miejscami brzmiał trochę, jak ojciec, opowiadający o sukcesach swoich pociech.

— Wiesz, te dzieciaki są świetne, tylko trzeba czasem trochę ich popchnąć w dobrą stronę. Jestem z nich dumny, kiedy wiedzę, jakie postępy robią. — zakończył.

— Cieszę się, że się odnajdujesz w tym wszystkim. W ogóle wygląda na to, że mamy doktorat z tej samej dziedziny. — uśmiechnąłem się nieznacznie.

— No nie mów! W końcu poszedłeś po rozum do głowy i zrobiłeś, co trzeba.

— Już kilka lat temu. Szef powoli zaczął naciskać, a ja w sumie nie miałem nic przeciwko. Nawet się opłacało.

— Tak właściwie, to gdzie teraz pracujesz?

— Na policji i czasami współpracuję z sądem. W policji jestem odpowiedzialny za portrety psychologiczne sprawców, czasem orzeczenia w sprawie uszczerbku na zdrowiu psychicznym i tym podobne, no i później, w przypadku spraw nieletnich, spotkania muszą odbywać się w obecności rodzica i często też psychologa, a w sądzie również po części przy dzieciach, a po części przy niektórych sprawach, gdy jest potrzebne orzeczenie o ewentualnej niepoczytalności sprawcy. Ogółem, analizuję ludzi i babram się z ich głowami.

— Czyli pełne ręce roboty.

— Żebyś wiedział… — westchnąłem.

— Ale dobra, na razie nie myśl o pracy, tylko odpoczywaj, póki możesz. — puścił do mnie oczko.

— Tak, tak, łatwo się mówi.

— Żadne łatwo się mówi. Widzę, że nic się nie zmieniło. Dalej trzeba Cię pilnować, bo się zajeździsz.

— Nie, to Ty dalej jesteś przewrażliwiony.

— Spieprzaj, nie kłócę się z chorymi. Wiesz, co Stary, muszę lecieć. Miałem wpaść do Kuby i do ojca. Przy okazji ogarnę się trochę, bo tak jak przyjechałem tu dwa dni temu, tak tu tkwię. Także póki co, spadam i wpadnę do Ciebie jutro.

— Okej. Dzięki, że byłeś. Dobrze Cię znów widzieć. Do jutra. — przytulił mnie jeszcze na pożegnanie i wyszedł. Nie bardzo wiedziałem, co z tym wszystkim zrobić. Z braku lepszego zajęcia, a także żeby ukryć moją nagłą poprawę humoru, wziąłem się za czytanie książki, którą przygotowałem jeszcze przed operacją, ale nie mogłem się na niej skupić. Leki widocznie dawały o sobie znać, ponieważ jedno zdanie czytałem nieskończoną ilość razy, wciąż nie mając pojęcia, co tak naprawdę było tam napisane. Oczywiście jeszcze tego dnia musiałem przejść kolejną serię badań, żeby mieć pewność, że wszystko będzie w porządku, ale prawdę powiedziawszy, poczułem się znów o dziesięć lat młodziej i mało przejmowałem się wszystkim w około.

— Zawsze byli panowie nierozłączni, widzę, że wizyta Pana Michała działa cuda. — rzucił mój lekarz w pewnym momencie.

— I tu się pan myli. Nie widziałem go od dziesięciu lat. Ale faktycznie dobrze go znów widzieć.

— W życiu bym nie powiedział!

— Dziwne, prawda? Nie spodziewałem się, że skubany przyjedzie.

Mina lekarza była bezcenna. Prawdopodobnie podobna do mojej w momencie, w którym zobaczyłem go siedzącego obok mojego łóżka. Zapowiadało się względnie ciekawie. Nie umiałem ukryć ekscytacji. Gdy tylko obudziłem się następnego ranka, czekałem na jego przyjście, karcąc się za to w duchu. Na Boga, jestem czterdziestodwuletnim mężczyzną, a zachowuję się, jakbym miał niespełna piętnaście lat. Jednak muszę przyznać, że serce mi nieco podskoczyło, gdy po południu zobaczyłem go w drzwiach mojej sali. Ogolony, w świeżych ciuchach, które wystawały spod zielonego, ochronnego fartucha wymaganego na oddziale… Nie wiem czy to moje serducho zabiło znów mocniej, czy obiektywnie wyglądał powalająco, ale był cudny.

— Cześć Stary! — zawołał już od progu. — I jak się miewasz?

— Cześć, cześć. Wszystko gra. Tak sobie czytam. Przynajmniej teraz mam na to czas. — powiedziałem wkładając zakładkę do książki i odkładając ją na bok. — I co tam? Poodwiedzałeś stare zakątki?

— Jasne, że tak! Nawet do klubu na chwilkę wpadłem, ale akurat nie zastałem Igora. Był w operze.

— W operze? Po co?

— Ty tu mieszkasz, czy ja? Dobre piętnaście lat są przecież z Danielem.

— A no tak, racja. Wybacz, ostatnio raczej kluby mi nie w głowie. Nie jestem na bieżąco.

— Poważny i stateczny człowiek.

— Dokładnie, tak, jak na mój wiek przystało.

— Staruszek się znalazł. — powiedział z kpiną w głosie.

— Oj, milcz gówniarzu. Cokolwiek nie zrobisz, to ja zawsze będę starszy. — wyszczerzyłem się w jego stronę.

— Lepiej uważaj na słowa, bo wypadki chodzą po ludziach. — wycelował we mnie palcem.

— A Ty uważaj na groźby karalne, bo teraz kodeks karny mam w małym palcu i dobre układy na policji. — odbiłem piłeczkę.

— Kurde, mam przesrane. — odpowiedział z pełną powagą, po czym oboje zaczęliśmy się śmiać. Dawno się tyle nie śmiałem, co przy nim.

— Fajnie było poszwendać się po starych zakątkach. Nigdy nie przypuszczałem, że będę za tym miejscem tak tęsknił.

— Mhm. — mruknąłem tylko.

— Za ludźmi także. Za Tobą też, wiesz? — przekrzywił głowę i spojrzał na mnie z takim uśmiechem, jak tylko on potrafił.

— Weź, bo za stary jestem na roztkliwianie się. — machnąłem ręką i starałem się na niego nie patrzeć.

— Ha! Tu Cię mam! Ty za mną też! No, powiedz to, Ty skurczybyku.

— Tak, ja za Tobą też, zadowolony? — spojrzałem na niego z politowaniem.

— Ależ oczywiście! Kupę lat Cię nie widziałem i jeszcze muszę to z Ciebie wyciągać. Nieczuły się zrobiłeś. — powiedział marudnym tonem i mrugnął do mnie, a ja w tym momencie załapałem. Otwarcie się ze mnie nabijał. Nie wiedziałem czy powinienem się wkurzyć, czy po prostu to olać. Taki miał styl bycia. Był zwyczajnie irytujący.

— Nie denerwuj mnie, Michał. Dość się nadenerwuję, jak mi się urlop skończy, teraz byś mógł mi odpuścić.

— Po takiej operacji raczej nie zagonią Cię szybko do roboty, co?

— Mhm… raczej nie. — mruknąłem w odpowiedzi. Nie chciałem się przyznać, że wziąłem zaległy urlop, zamiast poinformować w pracy, jak wygląda moja sytuacja zdrowotna. Zaraz po zakończeniu urlopu miałem w planach, jak gdyby nigdy nic, wrócić do pracy. Wypisanie się ze szpitala na własne żądanie nie stanowiło większego problemu.

— Nie wydajesz się być przekonany, ale dobra. Jakoś sobie na bank z nimi poradzisz. — na szczęście odpuścił temat. — Tylko serio, postaraj się za bardzo nie przemęczać.

— Dobrze, już dobrze. Nie przesadzaj. — uśmiechnąłem się, na co on wziął mnie za rękę i zaczął gładzić kciukiem po wierzchu dłoni. Pomijając szybkie uściski na powitanie czy pożegnanie, to był nasz pierwszy kontakt fizyczny od dziesięciu lat. Musiałem uważać, żeby nie dać po sobie poznać, jak bardzo tęskniłem się za dotykiem jego dłoni.

— Ja swoje wiem. Nigdy nie dbałeś o siebie, kiedy było to konieczne. Aż cud, że doczekaliśmy do następnego spotkania. A teraz wybacz Stary, ale muszę znowu lecieć. Ojciec znalazł sobie kogoś i od niedawna mieszkają razem, więc nie chcę im za bardzo przeszkadzać. Muszę trochę poszperać za hotelem w okolicy na najbliższe dwie noce.

— Hotelem? Daj spokój! — oburzyłem się i przerzuciłem kilka drobiazgów w szafce, a po chwili wyciągnąłem w jego stronę pęk kluczy. — Po co masz płacić za hotel. Dom i tak stoi pusty, więc nikt nie będzie Ci przeszkadzał. Wiele się nie zmieniło, więc połapiesz się spokojnie.

— Nie powinienem… — zawahał się chwilę.

— Daj sobie spokój. Bierz i się zamknij. — wziął klucze z mojej ręki.

— Dzięki Stary. Postaram się nie nabałaganić. To teraz lecę rzeczy od ojca wziąć i zwalić się do Ciebie. — rzucił tylko i tyle go widziałem.

2. Tobiasz

kontakt

Następne dwa dni upłynęły mi w doborowym towarzystwie. Na przemian wpadali Michał i Sylwek, a w pewnym momencie nawet zaszczyciła mnie swoją obecnością Dora, która na szczęście nie miała tej przyjemności spotkać mojego byłego partnera. Kiedy przyszła, on akurat był się spotkać z Kamilem, do czego niemal musiałem go zmusić. Ona zaś weszła do Sali, jak zwykle energiczna i uśmiechnięta, niosąc ze sobą torbę wypchaną owocami, książkami i jak się okazało, kartkami z życzeniami, które namalowały dzieci. Serce mi kompletnie zmiękło na ten widok. Nie tylko jej bliźniacy, ale też dzieciaki Sylwka i Olka narysowały dla mnie różnorakie kartki. Zaraz po przejrzeniu wszystkich, ustawiłem je na stoliku obok łóżka, żeby przypominały mi o rodzince, czekającej na mój powrót do zdrowia.

— Gdzie zgubiłaś dzieciaki? — zapytałem na wstępie.

— Zostały z dziadkami. Romek niestety w pracy. Wszyscy kazali Cię wyściskać. Tylko cudem nie wiszą tu na Tobie.

— I chwała im za to. — zaśmiałem się. — O ile uwielbiam wasze towarzystwo, to ostatnio trzyma mnie wieczne zmęczenie i nie wiem czy wytrzymałbym takie pielgrzymki.

— Właśnie, jak się czujesz? — zapytała z troską, przysiadając na brzegu łóżka.

— Jest dobrze. W porównaniu do ostatniego razu, to jestem okazem zdrowia. Nie mogę narzekać. — uśmiechnąłem się blado, nie chcąc jej dodatkowo martwić. Faktycznie wszystko było raczej dobrze. Poza wycieńczeniem oczywiście. Wydaje mi się, że Dora mimo wszystko mnie przejrzała, bo po krótkiej rozmowie znalazła pretekst do tego by zmyć się do domu. Nie dziwiłem się jej, że nie chciała siedzieć dłużej w szpitalu, a poza tym rozmowa ze mną potrafiła przypominać ostatnio monolog.

Mimo, że czułem się kompletnie wykończony chemią, to jednak cieszyłem się, że wciąż na mnie działa. Przed podjęciem leczenia, lekarze mieli wątpliwości, ponieważ już raz przez to przechodziłem. Mój organizm mógł w pewien sposób się uodpornić, ale na szczęście wszystkie reakcje mieściły się w granicach normy. Zdecydowanie uspokoiło to wszystkich, którzy zaryzykowali odwiedziny, ale w pewien sposób, trzymało ich to na dystans. Nikt nie chciał dokładać mi stresu ani męczyć mnie bardziej, niż to konieczne, więc wizyty były zazwyczaj krótkie, a większość czasu pomiędzy nimi przesypiałem. Dopiero w tym momencie tak naprawdę zdałem sobie sprawę z faktu, że się starzeję. W miarę, jak zaczynali mi zmniejszać dawkę leków przeciwbólowych, czułem, że moje ciało już nie chciało zwalczać zmęczenia, jak kiedyś, a raczej chętnie się mu poddawało. Tak więc, mimo, że miałem pod ręką mojego byłego partnera, co pewnie nie prędko się znów powtórzy, większość jego wizyt kończyła się na krótkich rozmowach i nic nie mogłem z tym zrobić. Jedyną pozytywną stroną tej sytuacji było to, że i tak spędzał ze mną sporo czasu, po prostu milcząc, lub nucąc mi coś pod nosem, gdy po raz kolejny moje powieki zamykały się same, mimo, iż usilnie starałem się pozostać przytomny, by móc jak najdłużej czuć przy sobie jego obecność. Niestety, czas leciał szybko. Po dwóch dniach, Michał wpadł z wypchaną torbą i położył klucze na szafce obok mojego łóżka.

— Dobrze było Cię widzieć w jednym kawałku. Za godzinkę mam pociąg, więc muszę już spadać. Dzięki za użyczenie lokum. — uśmiechnął się.

— Ciebie też dobrze było zobaczyć. Szkoda, że tak krótko. — przyznałem szczerze.

— Niestety, tylko tyle urlopu udało mi się dostać na poczekaniu. — w tym momencie podszedł i pocałował mnie czule, po czym uśmiechnął się ciepło i wyprostował się. — Zadzwonię, jak dojadę. Trzymaj się, Tobi!

— Tak, pa! — podniosłem tylko rękę w geście pożegnalnym, jednak jeszcze jakąś chwilę pozostawałem w kompletnym szoku. Podniosłem rękę do ust i przez chwilę myślałem nad tym, co się właściwie stało. Michał zawsze był poza kontrolą. Spojrzałem na zegarek. Tym razem dla odmiany zniknął w południe zamiar wymykać się w środku nocy, ale jak zawsze pozostawił po sobie dobre wrażenie. Wiedziałem, że czasem mi go mimo wszystko trochę brakuje, ale dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak bardzo. Cały dzień cierpliwie czekałem, aż usłyszę dzwonek telefonu i jego głos w słuchawce. Gdy nie widziałem go przez te dziesięć lat, nauczyłem się żyć z tym, że zwyczajnie nie ma go obok, ale kiedy znów się pojawił, dawne uczucia zaczynały odżywać. W końcu usłyszałem upragniony sygnał. Momentalnie złapałem za telefon i odebrałem połączenie.

— Halo?

— O, aleś Ty szybki. — usłyszałem po drugiej stronie i mógłbym przysiąc, że się uśmiechał.

— Akurat miałem w ręku telefon. — skłamałem gładko.

— No to wiele wyjaśnia. — zaśmiał się. — Wybacz, że tak późno, ale dopiero wchodzę do domu. Po drodze musiałem jeszcze wpaść do biura i przejrzeć papiery. Mamy nowego dzieciaka i chciałem się przygotować przed spotkaniem jutro.

— Nic nie szkodzi. Kurczę, wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że pracujesz w tym zawodzie.

— Wszystko się zmienia i idzie do przodu. — uśmiechnął się do słuchawki. — Nie, nie chcę nic do jedzenia, dzięki.

— Co? — zmarszczyłem brwi. Ta ostatnia kwestia nie miała żadnego sensu.

— Sorki, Stary. Nie do Ciebie. — odpowiedział szybko, a w tle usłyszałem, jakieś szmery. Chyba dopiero się rozbierał i odkładał rzeczy, bo co jakiś czas słyszałem go słabiej.

— Czyżby partner? — zapytałem z zaciekawieniem w głosie, chociaż tak naprawdę starałem się ukryć walące serce i gulę w gardle, która rosła w oczekiwaniu na odpowiedź.

— Nie, nie, no coś Ty. Mieszkam z koleżanką z pracy, tak jest taniej. — wyjaśnił krótko. — A co, zazdrosny?

— A jeśli powiem, że tak, to co? — rzuciłem z udawaną ironią.

— To zależy, czy to powiesz, czy nie. — znowu zaczynał wygrywać naszą małą grę słowną.

— Może. — starałem się wybrnąć dyplomatycznie.

— Co może? Może powiesz czy może jesteś zazdrosny? — szlag, kiedy za często wygrywał, gra przestawała mi się podobać.

— Zgaduj. — rzuciłem mu wyzwanie, licząc na to, że poprawi to moją sytuację. Miałem rację.

— Jeżeli sam mi nie powiesz, to będę obstawiał to, co jest wygodniejsze dla mnie. — nawet przez telefon słyszałem, jak uśmiecha się ironicznie i dałbym sobie rękę uciąć, że jego oczy błyszczą z satysfakcją, jak zawsze w takich chwilach.

— No to powiedz, co jest dla Ciebie wygodniejsze? Chętnie się dowiem.

— Może.

— Co może? Może mi powiesz, czy obstawiasz, że może jestem zazdrosny? — próbowałem odbić piłeczkę.

— Dobra Tobiasz, koniec gierek. Mów.

— Mowy nie ma. Mój słodki sekret.

— Mów, bo uznam, że nie zwodzisz i będę miał złamane serce, a potem będę siedział w kącie sam i płakał.

— Może wysłać Ci tępe żyletki, co? — skomentowałem ironicznie.

— Dla mnie to akurat słabo śmieszne, bo za dużo tego widuję. No dobra, nie ważne. Nie chcesz, nie mów. Szkoda. — powiedział rozczarowany, a ja przez chwilę chciałem już przyznać się do tego, że poczułem wcześniej ukłucie zazdrości, ale zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę to kolejna jego gra. Chciał wzbudzić we mnie poczucie winy.

— Michał. Mieliśmy skończyć gierki. — zauważyłem przytomnie.

— Szlag, myślałem, że nie zauważysz. No dobra, już dobra. Chciałbym zmienić temat, ale niestety muszę już kończyć. Muszę jeszcze dzisiaj trochę popracować. W każdym razie, dojechałem w jednym kawałku.

— Cieszę się. No to powodzenia z tym nowym dzieciakiem jutro. Do usłyszenia.

— Jasne, dzięki. Słuchaj, postaram się załatwić jeszcze trochę wolnego w najbliższym czasie i wpaść. Odpoczywaj tam. — powiedział spokojnie i rozłączył się.

Odłożyłem telefon na stolik i zacząłem rozmyślać nad tym, co tak faktycznie właśnie się stało. Dzisiejszy dzień przyniósł mi niespodziankę w formie odrobiny czułości z jego strony. Tego rodzaju czułości, za którym tęskniłem od dłuższego czasu, ale nigdy nie chciałem się sam przed sobą przyznać. Co najważniejsze, usłyszałem dobre wieści. Michał znów miał w planach się tu zjawić i sądząc po jego słowach, wcale nie myślał o jakiejś dalekiej przyszłości. Czułem się trochę tak, jak wtedy, kiedy miałem osiemnaście, może dziewiętnaście lat i oczekiwałem jego kolejnego powrotu do miasta. Gdy byliśmy młodzi czekałem na kolejną noc spędzoną z nim. Teraz bardziej zależało mi na tym, by poświęcił mi chociaż jeszcze jeden dzień, by posiedział przy mnie rozmawiając o wszystkim i o niczym, jak za dawnych dobrych czasów. Oczywiście, nocą również bym nie pogardził, ale byłe za stary, żeby robić sobie nadzieje. To nie miało sensu. Nauczyłem się cieszyć tym, co miałem. Nierealne oczekiwania pozostawiłem gdzieś za sobą, chociaż czasem miałem wrażenie, że siedzą mi z tyłu głowy, szepcząc słowa zachęty i powoli krusząc mur, za którym chciałem je pochować.

3. Michał

wspomnienia

Rozsiadłem się wygodnie na fotelu i postawiłem sobie laptopa na kolanach. Przez chwilę wpatrywałem się tępo w ekran, nie wiedząc, co dokładnie chcę zrobić. Rozejrzałem się po pokoju. Był to niewielki salon z aneksem kuchennym. Całość urządzona była raczej nowocześnie, chociaż nie do końca w moim stylu. Nie miałem jednak tu zbyt wiele do gadania i mówiąc szczerze, nie przejmowałem się tym za bardzo. Przeprowadziliśmy się do tego mieszkania z Karoliną może z półtora roku temu. Ot, zwykłe mieszkanie na Bemowie. Niewątpliwym atutem był dobry dojazd praktycznie wszędzie, a i samo lokum nie było najgorsze. Usytuowane we względnie nowych blokach, stanowiło przyjemne zacisze, w którym można się wieczorami zaszyć. Mieszkanie miało trzy pokoje. Dwa mniejsze, które podzieliliśmy między siebie oraz jeden większy, w którym teraz siedziałem, stanowiący część wspólną. Moja koleżanka z pracy była raczej bezproblemową współlokatorką, tak więc ten układ odpowiadał mi jak najbardziej. Zapewniał mi potrzebne minimum prywatności i stały dostęp do rozrywki w postaci jej koleżanek wpadających na drinka, bądź też naszych wspólnych wieczorków filmowych, na których zawsze dałem się wrobić w jakąś komedię romantyczną i kończyłem, jako ramię do wypłakiwania się. Filmy były przecież takie smutne, a ten świat okrutny. Wielka miłość oczywiście nigdy się nie zdarza, a wszystkie tego typu historie to czysta fikcja. Słyszałem taką śpiewkę średnio dwa, może trzy razy w miesiącu. Zazwyczaj przytakiwałem jej cicho, czekając, aż się uspokoi i zmieni temat. Nie miałem zamiaru w kółko jej tłumaczyć, że miłość owszem istnieje, a życie pisze dla nas różne scenariusze. Sama będzie musiała się o tym kiedyś przekonać.

Chłonąłem więc widok pomalowanych na szaro ścian, zastanawiając się czy to, co przyszło mi wcześniej do głowy, miałoby rację bytu. Podczas podróży pociągiem, wpadłem na szalony pomysł. Zacząłem myśleć o tym, co by było, gdyby udało mi się przenieść do Gdańska, gdzie znajduje się jedna z licznych filii naszego ośrodka. Tym sposobem mógłbym znów być bliżej Tobiego. Nie miałem pewności czy on by tego chciał, ale przez cały mój pobyt na Pomorzu, nigdy nie pisnął ani słówkiem, jakoby miało mu się cokolwiek nie podobać. Wydawał się nawet zadowolony z mojej obecności. Pracując zaledwie kilkadziesiąt minut od niego, mógłbym przypilnować go, by znów nie zaczął wyrywać się do pracy, a przy okazji, może powoli nasze stosunki znów miałyby okazję się zacieśnić? Nie wiedziałem, co we mnie wstąpiło, ale coś mówiło mi, że to jest najlepsze możliwe rozwiązanie i serducho wciąż szeptało mi, żebym spróbował znów o niego zawalczyć.

— Michał, co Ty tam tak zawzięcie przeglądasz, co? — Karola uczepiła się mnie.

— Nic, nic. Szukam czegoś. — mruknąłem tylko, mając nadzieję, że odpuści temat. Niestety zaczęła zaglądać mi przez ramię.

— Czemu przeglądasz inną filię ośrodka? — zmarszczyła brwi.

— Myślisz, że udałoby mi się załatwić przeniesienie? — spojrzałem na nią niemal z błaganiem o potwierdzenie. Westchnęła i usiadła naprzeciwko mnie.

— Nie wiem. Wszystko zależy od kadry, zapotrzebowania, woli dyrektora. Czemu miałbyś się przenosić?

— U nas mamy sporo wykwalifikowanej kadry, ale tam nie mają tylu ludzi, a wydaje mi się, że też jest zapotrzebowanie.

— Może i tak, ale czemu? Źle Ci u nas? Czemu tak nagle się tym zajmujesz?

— Tak jakoś.

— Michał, nie uwierzę, że wstąpiła w Ciebie Matka Teresa i nagle postanowiłeś zaszczycić swoją obecnością ośrodki, w których brakuje ludzi. No proszę Cię, o co chodzi? — tak samo, jak ona uparcie drążyła temat, tak ja uparcie milczałem. — Czekaj, czekaj, czy Ty nie jesteś z tamtych okolic?

— Jestem.

— Mów, coś się stało. Dlatego tak nagle wyjechałeś. — bardziej stwierdziła, niż zapytała.

— Nie, nic szczególnego. — wciąż chciałem się wykręcić od odpowiedzi.

— A może ma to coś wspólnego z tym, że, od kiedy wróciłeś, to uśmiech nie schodzi Ci z ust? — spojrzała na mnie podejrzliwie.

— A nie schodzi? — dopytałem, a ona w odpowiedzi tylko pokiwała głową. Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy.

— Jeżeli nie masz pojęcia, a ostatnie kilka godzin szczerzysz się do niczego, to coś musi być na rzeczy. Ile jeszcze mam to z Ciebie wyciągać? Mów rzesz!

— Dobra, słuchaj.. Pojechałem tam, bo mój były partner miał nawrót nowotworu i miał operację. Dowiedziałem się w ostatniej chwili od ojca, bo mi nic skubany nie powiedział.

— O matko! I co z nim? — wpatrywała się we mnie ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. Nawet go nie znała i nie miała pojęcia, o kim mówię, a mimo to już zaczynała się przejmować. Cała Karola. Główna święta naszego ośrodka.

— Wszystko w porządku. Uparty jest skurczybyk, nie da się tak łatwo stąd zabrać. — uśmiechnąłem się na samo wspomnienie jego twarzy.

— Czyli już powinno być dobrze? — zapytała powoli.

— Tak, pewnie tak. Chociaż znając jego, to zaraz będzie rwał się znowu do pracy. Nigdy nie umiał usiąść i spokojnie odpocząć.

— Długo byliście razem?

— Długo… Prawie dziesięć lat. Rozeszliśmy się na krótko przed dziesiątą rocznicą.

— Matko, to szmat czasu! Czemu się rozstaliście?

— Wiesz… Tu jest pewien problem. Nie mam bladego pojęcia. Czasem sam zadawałem sobie to pytanie. Nie było jakiegoś szczególnego powodu. Tak się po prostu stało. Nie widziałem go ostatnie dziesięć lat, nie rozmawiałem z nim od około dziewięciu.

— To długo. Dogadaliście się jakoś, kiedy tam byłeś?

— Właściwie to rozmawialiśmy tak, jakbyśmy widzieli się zaledwie dzień wcześniej. Przez jakąś chwilę czułem się, jakby między nami nigdy się nic nie zmieniło. Zacząłem czuć się, jak małolat. Dosłownie.

— Miłość uskrzydla, wiesz? — uśmiechała się od ucha do ucha. Była młodsza ode mnie o trzynaście lat i nie miała stałego partnera, ale, jak już wspomniałem, uwielbiała wszelkie historie miłosne.

— Za dużo romansideł czytasz. — rzuciłem.

— Oj, nie przesadzaj. No więc, chcesz się przenieść, żeby być bliżej niego?

— O tym myślałem.

— Jesteś pewny, że nie znalazł sobie kogoś? — w jej głosie było słychać czystą troskę. — To znaczy, ja nic nie sugeruję, po prostu wiesz… — zmieszała się.

— Spokojnie. Jestem prawie pewien. Nocowałem u niego w domu. Nie było żadnych śladów, by kogoś miał. Nikt też się nie zjawił, kiedy byłem u niego w szpitalu.

— Mówiąc krótko, liczysz na to, że ponownie się zejdziecie. — oświadczyła tryumfalnie.

— Tak. Krótko mówiąc, tak. Chciałbym, żeby tak było. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo za nim tęsknię dopóki tam nie pojechałem.

— To urocze. — uśmiechnęła się z rozrzewnieniem.

— Daruj sobie. Nie ma w tym nic uroczego.

— Tak czy owak, nie wiem czy Adam będzie chciał się Ciebie od tak pozbyć. Masz na dzieciaki dobry wpływ i szybko łapiesz z nimi kontakt. Takiego pracownika ot tak się nie oddaje.

— Nie przesadzaj, to raz, a dwa, mam nadzieję, że jednak będzie chciał się mnie pozbyć.

— Szkoda, nudno będzie bez Ciebie. No i będę musiała szukać współlokatora. — zrobiła smutną minkę.

— Wybacz. Czasem tak bywa. Może będziesz miała szczęście i kolejny będzie po właściwej stronie mocy i to z porządną chcicą? — rzuciłem patrząc na nią z ironicznym półuśmieszkiem.

— Nie kombinuj. Stary jesteś, a zachowujesz się jak szczeniak. — naburmuszyła się.

— Kto z kim przystaje, moja droga. Tak to już bywa. Rozglądaj się już, bo chcę załatwiać wszystko jak najszybciej. Znając życie ten skubaniec już kombinuje, jakby tu wrócić do roboty.

— Masz jakieś jego zdjęcie? — zapytała nagle zaciekawiona.

— Mam, ale wszystkie maksymalnie sprzed dziesięciu lat, chodź, to Ci pokażę. — rzuciłem i zacząłem szperać w folderach ze zdjęciami. Karolina znów znalazła się na moimi plecami opierając się łokciami o oparcie fotela. Zacząłem pokazywać jej kolejne zdjęcia z różnych lat i różnych imprez. Mówiąc szczerze, nigdy nie zorientowałem się, że mieliśmy tego aż tyle. Poza małą prywatną kolekcją zdjęć robionych z zaskoczenia, o których on w większości w ogóle nie wiedział, miałem też całkiem pokaźny zbiór zdjęć z imprez organizowanych przez pub, w którym pracowałem, a także kilka wspólnych fotek zrobionych przez znajomych.

— Ty, niezłe z niego ciacho. Na pewno jest gejem? — powiedziała wpatrzona w zdjęcia, które jej pokazywałem.

— Tak, od ponad czterdziestu lat. Jest dla Ciebie za stary i do tego niedługo będzie zajęty. — nieco wbrew sobie, poirytowałem się.

— Oj, już się tak nie wściekaj. Dla mnie bomba. Muszę go kiedyś poznać. Przez ostatnie sześć lat zachowujesz się, jak stara panna z wiecznym okresem. Przynajmniej znam powód. Może jak znowu się zejdziecie to Ci przejdzie.

— Hamuj się, bo znam na Ciebie broń idealną. — odwróciłem głowę w jej stronę z trudem odrywając wzrok od fotografii i uśmiechnąłem się z przekorą.

— Już jestem grzeczna. — wyszczerzyła się do mnie i spróbowała potem zmienić nieco temat. — Bardzo się zmienił od czasu, kiedy się ostatnio widzieliście?

— Nie bardzo. Przybyło mu trochę zmarszczek i posiwiał. Nagle wygląda poważnie… Zachowuje się też nieco bardziej poważnie, ale generalnie dalej znam go, jak własną kieszeń.

— Eh, też chcę takiego faceta. — westchnęła ciężko i oparła głowę na moim ramieniu.

— Nawet go nie znasz. — zaśmiałem się.

— O Tobie mówię. — zdębiałem.

— Nie wiesz, co mówisz. Uwierz mi, że nie chcesz. — rozczochrałem jej włosy.

— Jasne, że wiem! Znam Cię od sześciu lat, tak? Poza tym, jak o nim mówisz to się tak uśmiechasz… Też bym chciała, żeby ktoś mówił o mnie w ten sposób. Rozstaliście się dziesięć lat temu, a Ty wciąż masz w oczach ten błysk, jak patrzysz na jego zdjęcia. Spotkać takiego faceta, to skarb! Na jego miejscu w życiu bym Cię w ogóle nie wypuściła! — zapewniała mnie żarliwie. Szczerość w jej oczach była rozbrajająca. Odetchnąłem głęboko i uśmiechnąłem się do niej.

— Dzięki Karola, ale wiesz… To nie jest takie łatwe. Kiedy poznaliśmy się z Tobiaszem, byłem zerem. Sypiałem, z kim i gdzie popadnie, jeżdżąc po kraju, nie wiadomo, po co. Byłem nikim, nie mam pojęcia, co on we mnie zobaczył. Nie policzę, ile razy się z nim kłóciłem, ile razy go wyzwałem i ile razy uderzyłem. Nie pozostawał dłużny. Chyba tylko dlatego przy sobie wytrwaliśmy. Byłem dobrym ziółkiem i nigdy nie sądziłem, że skończę inaczej, jak w rowie. Gdyby nie on, to tak właśnie by było. — spojrzałem na nią ukradkiem. Wpatrywała się we mnie okrągłymi jak pięciozłotówki oczami. — No, koniec tej szczerości na dziś. Mam jeszcze papiery do przejrzenia i kiedyś muszę się wyspać.

— Naprawdę? — szepnęła cicho.

— Tak, naprawdę. Czasem też potrzebuję snu. — wyszczerzyłem się.

— Michał! Wiesz, o co mi chodzi! — zdenerwowała się momentalnie. Westchnąłem i spojrzałem jej w oczy.

— Tak, naprawdę. Życie nie jest takie proste, Karolka. Po prostu uznaj to, za dobrą lekcję. Nie skreślaj kogoś zbyt pochopnie. Ale w Twoim wypadku, gdyby facet podniósł na Ciebie rękę to bym raczej jednak uciekał i zgłaszał sprawę na policję. — puściłem do niej oczko i podniosłem się przeciągając długo. — Dobranoc. Wyśpij się, bo jutro czeka nas niemała przeprawa.

— Uhm, dobranoc. I dzięki. — wciąż nie bardzo mogła wyjść z szoku. Cały czas była pewna, że jestem poukładanym chłopcem z dobrego domu, któremu nigdy nie zdarzają się żadne wpadki. Od kiedy się tu przeprowadziłem, faktycznie byłem wyjątkowo grzeczny. Jednak, kiedy przypominałem sobie stare, dobre czasy nie mogłem ulec wrażeniu, że to wszystko, co działo się po naszym rozstaniu, to jakiś głupawy sen i zaraz obudzę się, a Tobiasz będzie leżał obok. Na samą myśl o nim, uśmiechałem się do siebie. Z biegiem lat zaczynałem go coraz bardziej doceniać i coraz częściej śmiać się z tego, co kiedyś oboje wyprawialiśmy. Jak mogliśmy być aż tak głupi? Jednak gdyby nie to wszystko, teraz nie byłoby, czego wspominać, do czego wracać i na czym budować motywacji w ciężkich chwilach. Dopiero teraz, kiedy po tylu latach go zobaczyłem, zdałem sobie sprawę z tego, jak często, mimo wszystko, o nim myślałem. O nim i o wszystkim, co było z nim związane. Czemu przez cały ten czas nie ciągnęła mnie do niego tak silna tęsknota, a teraz, kiedy go zobaczyłem wszystko uderzyło we mnie, jak młot? Kiedy wracałem do tego myślami, przypomniała mi się gula, jaką poczułem w gardle, gdy usłyszałem, że Tobiasz znów jest w szpitalu i czeka na operację, że choroba wróciła… Przez chwilę bałem się, że już zawsze będę żałował, że przez ostatnie dziesięć lat nie przeszło mi przez myśl, żeby tam wrócić. Ale kiedy zobaczyłem te jego piękne, ciemne oczy patrzące się na mnie ze zdziwieniem… Wróciła mi nadzieja na to, że to wszystko może jeszcze nie jest skończone. Może kiedyś znów uda nam się razem zamieszkać? W jednej chwili byłem w stanie porzucić swoje dotychczasowe życie, przeorganizować wszystko i zostawić miejsce, w którym już się zadomowiłem i przyjaciół, których tu mam, tylko po to, by być z nim. Musiałem do reszty zwariować.

4. Michał

starania

Następnego ranka, jeszcze przed rozpoczęciem swojej zmiany, poszedłem do gabinetu szefa, żeby dowiedzieć się czy istnieje jakakolwiek realna szansa na to, żebym dostał przeniesienie do innej placówki. Postanowiłem, że jeżeli nie zadziałam od razu, to pewnie nie zrobię tego wcale, tak więc warto próbować. Jeżeli nie będzie takiej opcji, to znajdę jakieś inne rozwiązanie, ale musiałem najpierw zaryzykować. Zapukałem i nie czekając na odpowiedź, wszedłem i usiadłem naprzeciwko Adama. Chwilę patrzałem na niego, nie mogąc się zdecydować, jak powinienem ten temat w ogóle zacząć, ale w końcu jakoś to poszło. Po chwili wysłuchałem jego litanii o tym, jak to nie powinienem odchodzić i że się na to kompletnie nie zgadza, ale ostatecznie, spojrzał się na mnie poważnie i wyglądał, jakby się poddał, widząc moje zacięcie..

— Myślę, że mogę Ci załatwić to przeniesienie, ale muszę znać powód. — powiedział w końcu mój szef, odchylając się na krześle.

— Na ile mam być szczery? — uśmiechnąłem się ironicznie.

— Michał, przestań. Gadaj i tyle.

— Słuchaj, Adam… Powiedzmy, że coś tam zgubiłem.

— To żadna odpowiedź. Jesteśmy dorosłymi facetami, nie raz razem piliśmy i razem pracowaliśmy. Komu, jak komu, ale mi chyba możesz powiedzieć. Coś się stało?

— I tak, i nie. Uprzedzam pytanie, wszystko jest w porządku i zmierza ku lepszemu. Mój były miał nawrót choroby. Guz mózgu. Dlatego tak nagle potrzebowałem wolnego. Jest po operacji, szybko wraca do siebie. Jeszcze czeka go trochę leczenia, ale raczej będzie w porządku. Byliśmy razem dziesięć lat, nie mogę go tak zostawić.

— Tego się nie spodziewałem. — pochylił się nad biurkiem i oparł brodę na splecionych dłoniach. — Nie ma teraz nikogo, kto mógłby się nim zająć? Nowy partner, rodzina, przyjaciele…?

— Znowu i tak, i nie. Ma kilku przyjaciół, kontakt z kuzynostwem… Ale to wciąż nie to samo. Nawet, jeżeli się tego wyprze, to będzie potrzebował kogoś obok, a nie z doskoku raz w tygodniu.

— Słuchaj, zapytam wprost. Zamierzasz tu kiedykolwiek wracać?

— Raczej nie. Nie wiem, ale wątpię.

— Michał… Ten facet, ten Twój były… Jest tego wart? — zapytał poważnie. Uśmiechnąłem się pod nosem.

— Jest. — odpowiedziałem niemal natychmiast.

— Nie jesteś dzieckiem, nie będę prawić Ci morałów. Tylko chcę mieć pewność, że wiesz, że rzucasz wszystko, co tu masz i wyjeżdżasz dla kogoś, z kim byłeś dziesięć lat temu.

— Wiem. Słuchaj, lubię tę pracę i będzie mi brakować Was i dzieciaków. Ale wiem, że bez niego, to za miesiąc pójdę do baru, uchleję się, zrobię burdę i będziesz mnie odbierał z komisariatu, jako mój najukochańszy szef i przyjaciel.

— Od kiedy Cię znam, to nic takiego nie zrobiłeś.

— Wiem. Od kiedy tu jestem, byłem wyjątkowo poukładanym człowiekiem. Tylko, że trochę późno zdałem sobie sprawę, że cały czas myślałem o nim i bez niego chyba dłużej nie umiem dalej być tak grzeczny. Poza tym, teraz po operacji, jak go siłą nie zaciągnę do łóżka, to za nic nie odpocznie, tylko pobiegnie do pracy i się zajeździ w ciągu tygodnia. Zawsze tak było.

— Siłą do łóżka zaciągniesz? — rzucił Adam z rozbawieniem, unosząc znacząco brwi.

— Bez podtekstów. Wytrzymały jest skurczybyk, ale nikt mi nie zabroni się martwić. Swoje lata ma, mógłby w końcu przestać uprawiać namiętnie pracoholizm w najgorszym do tego momencie.

— Dobra, zgłoś się do mnie za pół godziny, a Ci powiem, co z tym przeniesieniem i idź do nowego. Tobie się powinien szybko poddać z tym swoim buntowniczym nastawieniem. Cholera, dlatego nie chcę Cię oddawać. Dzieciaki Cię szanują i czują wobec Ciebie respekt, a to pozwala im na to, żeby szybko się przed Tobą otworzyć i utrzymuje ich w ryzach.

— Dzięki szefie. — uśmiechnąłem się i skierowałem się do wyjścia.

— Tak, teraz to „dzięki szefie”, a jak chcesz do kochasia lecieć to „Adam zrób coś”. — mruknął tylko za mną.

Czekała mnie ciężka przeprawa, jednak nie był to pierwszy i zapewne również nie ostatni, raz, kiedy do placówki trafiała nowa osoba, która przyzwyczajona była do zupełnie innego życia. Młodzież, która jest do nas przysyłana, w dużej mierze, w ogóle nie chce tu być. Owszem, zdarzają się przypadki, że są wdzięczni za to, że mają dach na głową, ciepłe posiłki i stałą opiekę, jednak wielu z nich nauczone jest radzić sobie samemu. To naprawdę nie są złe dzieciaki. Po prostu nie miały do tej pory łatwego życia, więc jeżeli nagle zjawia się ktoś, kto wywraca wszystko, co znali, do góry nogami, a do tego próbuje narzucić zasady, do których nigdy wcześniej nie musieli się stosować, normalnym staje się, że się z początku buntują. Na szczęście Arek okazał się być, może nieco wulgarny, ale za to względnie ugodowy, tak więc wystarczyło z nim porozmawiać. Najtrudniejszą rzeczą na początek było zmuszenie go do tej rozmowy, ale gdy już się na nią zgodził, to wszystko poszło gładko. Udało mi się omówić z nim wszystkie zasady, a nawet przekonać go do tego, żeby na niektóre z nich zgodził się od razu. Nie było sensu zarzucać go nagle całym regulaminem. Powoli, krok po kroku, dojdziemy do wszystkiego, ale zdecydowanie lepiej to wyjdzie, gdy postawimy na współpracę, niż na stawianie nakazów i zakazów. Gdy skończyliśmy wszystko omawiać, tak jak zostało mi to powiedziane, stawiłem się w gabinecie Adama. Co prawda, rozmowa z chłopakiem zajęła mi nieco ponad godzinę zamiast przewidywanego pół godziny, ale mimo to, pozwoliła mi ona skupić myśli na czymś innym, więc wchodząc ponownie do biura, nie czułem już takiego stresu, jak rano, mimo, że teraz miałem poznać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.

— I jak? — zapytałem z nadzieją.

— Załatwione. Od przyszłego poniedziałku pracujesz u nich. Wygląda na to, że to Twój ostatni tydzień w Warszawie.

— Dzięki. Nie wiem, jak się odwdzięczę. Jak tylko będę mógł, to będę wpadał. — odpowiedziałem oszołomiony.

— Jasne. — westchnął. — Pusto tu będzie bez Ciebie, Stary. Wpadnij kiedyś z tym swoim, żebym wiedział, że naprawdę było warto.

— Dzięki jeszcze raz. Wpaść wpadnę, ale znając jego, to prędzej sam.

— Co, taki odludek? — mój szef zmarszczył brwi.

— Nie. — zaśmiałem się. — Tylko ma podwójny etat i nie wiem, jak uda mi się go wyciągnąć.

— A właściwie to czym się zajmuje? Żebym potem nie musiał słuchać, że go utrzymujesz, bo sprząta gdzieś po firmach wieczorami.

— O nie… — roześmiałem się konkretnie i nie mogłem przez dłuższy czas przestać. — Jest psychologiem, na policji i w sądzie. Także będę bezpieczny. — wykrztusiłem w końcu.

— No, no. Obaj panowie z jednej dziedziny.

— On był pierwszy. Studia kończył dobre piętnaście lat temu, a nawet lepiej.

— Jakie to słodkie, poszedłeś w ślady partnera.

— Bujaj się, że tak to ujmę.

— Jak Ty się do szefa odnosisz? To, że został Ci tydzień to jeszcze nic nie znaczy. — wyszczerzył się, po czym dodał poważniej. — Słuchaj, w weekend Marcel miał jakiś problem, ale nie chce z nikim rozmawiać. Może Tobie się uda, zawsze jakoś bardziej się przy Tobie otwierał. Pogadasz z nim?

— Jasne. Już lecę. Myślisz, że powinienem mu powiedzieć o przeniesieniu? W ogóle wszystkim powiedzieć?

— Myślę, że tak. Twoje nagłe zniknięcie to może być dla nich niemały szok. Są z Tobą zżyci.

— Dobra, to powiem mu od razu, a potem zajmiemy się resztą. Adam. Jeszcze raz dziękuję. Musiałem to zrobić, wiesz?

— Dobra, dobra. Widzę was tu obu jeszcze w tym roku, nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. A teraz spadaj, mam trochę papierków, a przez Ciebie więcej. — mówiąc to uśmiechnął się ironicznie, a ja tylko skinąłem głową i poszedłem do pokoju, w którym znajdował się Marcel.

— Cześć Młody, słyszałem, że były jakieś przeboje, jak mnie nie było, co? — zagadnąłem od progu. — Mogę wejść?

— Jasne, wchodź. — odburknął tylko.

— No to, co się dzieje?

— Nic. — szedł w zaparte. Jak zawsze zresztą.

— Marcel, nie ma żadnego „nic”. Zaczynaj od początku.

— Nie, bo się wkurzysz. — odwrócił wzrok.

— Czy ja się kiedyś na Ciebie, chłopie, wkurzyłem? — uniosłem brwi i spojrzałem na niego pytająco siadając na skraju jego łóżka.

— Tym razem się wkurzysz.

— No to chyba tym bardziej powinienem wiedzieć, co? Im szybciej tym lepiej. — westchnąłem.

— Nie. Nie lubię, jak jesteś zawiedziony. — wciąż uciekał wzrokiem.

— A będę? — zapytałem łagodnie.

— Będziesz.

— No dobra. — wypuściłem głośno powietrze i przymknąłem oczy. — No to dawaj, przyjmę to na klatę.

— Bo widzisz, ja… — zawahał się, ale wyraźnie zaczynał pękać. Z nim zawsze trzeba było obchodzić się dość ostrożnie. Łatwo wybuchał i popadał w skrajności. Robił postępy, ale zdarzały mu się jeszcze momenty, kiedy nie panował nad sobą.

— Obiecuję, że nie będę gryzł. — uśmiechnąłem się ponownie. — No to trzy, dwa, jeden…

Zamiast powiedzieć cokolwiek, ściągnął bluzę. Miał kilka siniaków i wyraźny ślad po igle. Westchnąłem.

— Co to było? — zapytałem.

— Nie wiem… — jęknął tylko w odpowiedzi.

— Marcel, co to było? — powtórzyłem pytanie starając się nie brzmieć zbyt ostro.

— Naprawdę nie wiem, przysięgam… Znaleźli mnie starzy znajomi… W pewnym momencie podali mi to… to coś. Nie pytałem, nie mogłem. Potem niewiele pamiętam. Kilka razy oberwałem od nich, ale po tym nawet nie pamiętam, żeby mnie bolało.

— Dobrze, wierzę Ci. Mówiłeś o tym komuś?

— Nie… — wciąż nie odważył się spojrzeć w moją stronę.

— Marcel, to ważne. Powinieneś mówić o takich rzeczach od razu. — upomniałem go delikatnie. W końcu odwrócił się w moją stronę.

— Czekałem na Ciebie. Oni tego nie zrozumieją, tylko Ty reagujesz tak, a nie oskarżeniami i krzykiem.

— To wcale nie tak. Wszyscy jesteśmy tu dla was. Nie spróbowałeś nawet, więc nie masz pojęcia, co? Musisz się trochę przełamać, ale warto, naprawdę warto. Zresztą, muszę Ci coś ważnego powiedzieć.

— Co? Nie mów, że mnie stąd wyrzucą. Proszę, nie… — skulił się w sobie.

— Nie, oczywiście, że nie. Skąd taki pomysł? Ale za to ja stąd odchodzę. Od przyszłego poniedziałku będę pracował w ośrodku w Gdańsku.

— Co? Tak daleko? Ale czemu? Czemu Cię przenoszą?! To jest niesprawiedliwe! Ja porozmawiam z dyrekcją! Nie mogą Ci tego zrobić! Ani Tobie, ani nam! — krzyczał coraz bardziej i zerwał się z łóżka z wyraźnym zamiarem natychmiastowego udania się do gabinetu Adama. W ostatniej chwili chwyciłem go mocno na ramiona i przytrzymałem chwilę, po czym podprowadziłem znów do łóżka mówiąc:

— Nie, nie, słuchaj Marcel, to nie tak. Przenoszą mnie na moją prośbę. — powiedziałem spokojnie. On wbił jednak we mnie spojrzenie i powiedział zimno.

— Już się nami znudziłeś?

— Nie, Marcel. To nie jest tak. Jakbym mógł się wami znudzić? Co Ty za głupoty opowiadasz?

— Przestań pieprzyć, taka jest prawda! — krzyknął odwracając głowę. Musiałem zachować spokój.

— Spójrz na mnie. — poprosiłem. Starałem się utrzymywać spokojny ton i nie kontynuowałem, dopóki nie spełnił mojej prośby. — Po pierwsze, uważaj na słownictwo. Po drugie, to nie jest tak. Nie chcę was tu zostawiać i będę za wami tęsknił, ale mam tam kilka niedokończonych spraw, do których chcę wrócić i coś bardzo ważnego do załatwienia.

— Więc wrócisz? — zapytał z nadzieją w głosie.

— Nie wiem. — pokręciłem głową. — Nie chcę Cię okłamywać. Nie mam pojęcia, ale mówiąc szczerze, to nie wydaje mi się, żebym tu wrócił na stałe.

— Dlaczego? — skulił się w sobie i wtulił twarz w ramiona.

— Wiesz, stamtąd pochodzę…

— Ale teraz mieszkasz tutaj! — przerwał mi gwałtownie, wciąż pozostając w tej samej pozycji.

— To prawda, kilka lat mieszkałem w Warszawie, ale czas bym wrócił tam. Ktoś dla mnie bardzo ważny, z kim byłem związany długie lata, ciężko zachorował. Muszę teraz tam być i się wszystkim zająć. Niestety, nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli.

— Czyli ten ktoś jest ważniejszy od nas? — ukuło mnie to pytanie. Niestety, musiałem bardzo uważać podczas odpowiedzi.

— To nie tak, że jest ważniejszy, ale czasem trzeba w życiu dokonać ciężkich wyborów. Sam sporo już o tym wiesz. Gdyby nie ta osoba, w ogóle by mnie tu nie było. Nie wiem nawet czy jeszcze chodziłbym po tej ziemi. Przyszedł czas, żeby się odwdzięczyć.

— Będziesz utrzymywał z nami kontakt?

— Nie obiecuję, jak częsty, ale postaram się chociaż maile pisać albo czasem dzwonić i dopytać co się u was dzieje. Tobie pierwszemu mówię, reszta ośrodka dowie się pewnie wieczorkiem. Postarajcie się, żebym za każdym razem słyszał coraz lepsze wieści i żebym był z was dumny, okej? — uśmiechnąłem się, a on w końcu podniósł na mnie oczy i po chwili skinął głową.

— A teraz, jesteś zawiedziony?

— Trochę jestem. Przede wszystkim tym, że nie powiadomiłeś kogoś od razu. Ukrywanie takich wypadków w niczym Ci nie pomoże. Jeżeli chcesz, żeby Ci ufali, to musisz sam pokazać, że ufasz. A teraz chodź, zobaczymy, co powie pielęgniarka na Twoje siniaki. I chyba wypadałoby badanie krwi zrobić? I przygotuj się na sikanie do kubeczka.

— Ale ja… — jęknął i zrobił umęczoną minę.

— Wiem, że to nie jest przyjemne. Tylko posłuchaj, to, że musisz to robić, to nie jest tak, że Cię o coś oskarżamy. Po prostu musimy mieć pewność, co to było i że wszystko z Tobą w porządku. Za bardzo się wszyscy martwimy, żeby ot tak odpuszczać.

— Jasne. — burknął nieprzekonany, ale zdawał sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. — Naprawdę musisz tam jechać?

— Muszę, klamka zapadła. Nie przejmuj się, przeżyjesz. — puściłem do niego oczko i zaprowadziłem do gabinetu pielęgniarki.

— Spoko. Tylko naprawdę. Odzywaj się. Zobaczysz, jeszcze będziesz dumny. — powiedział z uporem.

— Wiem, że będę. Już jestem. Przynajmniej, jak się w nic nie pakujesz. A teraz nie marudź. Masz kubeczek i idź czynić swoją powinność. — podałem mu małe plastikowe naczynko i trąciłem go łokciem, a on tylko westchnął i poszedł do toalety.

— Masz na nich dobry wpływ. Słuchają się Ciebie, jak ojca, a traktują, jak przyjaciela. — stwierdziła Asia, jedna z pielęgniarek.

— Niestety, będą musieli radzić sobie beze mnie. Miej na nich oko Aśka. Na niego szczególnie. Dobry z niego chłopak, tylko trochę trzeba jeszcze mu pomóc. Dobrze by było, gdyby Tobie zaufał. Komuś musi. Ja od przyszłego tygodnia przenoszę się do Gdańska.

— Co? Jak to? Zostawiasz nas? — zrobiła smutną minkę.

— Niestety, czasem tak bywa.

— To z kim ja teraz będę flirtować?

— Hm… Ten dziesięcioletni Adaś wydaje się być chętny. — podsunąłem.

— Nie, z Tobą było zabawnie. Kurde Michał, no czemu?

— Nie martw się Aśka, znajdzie się zastępstwo. Nie ma ludzi niezastąpionych.

— W Gdańsku też. Mogą kogoś znaleźć.

— To nie tak. To sprawa typowo prywatna. Tobiasz ma nawrót nowotworu, jest po operacji. Dobrze by było, gdybym tam był. — rzuciłem, rozcierając kark. Byłem nieco zakłopotany. Asia była kuzynką Kuby, więc sporo wiedziała i nie raz zdążyła nasłuchać się różnych historii o naszych przebojach. Kiedy się o tym dowiedziałem kilka lat temu, sam nie mogłem się nadziwić, jaki ten świat potrafi być mały.

— O matko. Pozdrów go czy coś. Faktycznie, lepiej, żebyś tam był. A tak właściwie, to Ty i on znowu…?

— Jeszcze nie, ale nadzieję zawsze trzeba mieć. — zaśmiałem się krótko.

— Trzymam kciuki. — poklepała mnie po ramieniu i wróciła do przygotowań do dalszych badań Marcela.

5. Tobiasz

przyznanie

Wciąż leżałem na tej samej sali, usilnie gapiąc się w kalendarz. Przed pójściem do szpitala, wzięcie urlopu wypoczynkowego wydawało mi się genialnym wyjściem, ale teraz nie byłem tego taki pewien. Korzystałem więc z ostatnich chwil spokoju, bo za trzy dni, w czwartek, miałem stawić się w pracy. Coraz częściej łapałem się na tym, że kompletnie nie byłem w stanie sobie tego wyobrazić. Mimo, iż ominęło mnie wiele komplikacji i możliwych skutków ubocznych, wciąż byłem nieludzko wręcz, zmęczony. Czy tego chciałem, czy nie, musiałem przyznać, że chemia nie działała na mnie szczególnie korzystnie. Wieczny brak siły, przewlekły ból i ciągłe nudności i wymioty, stanowiły stałe części składowe mojego dnia. Mimo, iż ostatnio coraz lepiej się czuję i nie odczuwam już potrzeby zwrócenia całej treści mojego żołądka za każdym razem, gdy tylko coś przełknę, to jednak wciąż towarzyszy mi chroniczne zmęczenie. Przysypiałem nieco, kiedy zawibrował telefon. Sięgnąłem po niego i nie patrząc na ekran, odebrałem połączenie.

— Halo? — wymamrotałem zaspany.

— O kurde, spałeś. Zadzwonię później. — usłyszałem dobrze znany głos i momentalnie się rozbudziłem.

— Nie, nie. W porządku, tak tylko leżę i kimam z braku konstruktywnego zajęcia.

— Na pewno? To aż do Ciebie nie podobne! — zaśmiał się do słuchawki. — Słuchaj, mam do Ciebie romans.

— Wal. — uśmiechnąłem się pod nosem na dźwięk ostatniego słowa.

— Masz wolny kawałek kapany żeby mnie przekimać?

— Jasne! Nawet wolny kawałek łóżka. Do wyboru do koloru. A co? Znowu wpadasz? — ożywiłem się na samą myśl.

— Tak jakby. — powiedział tajemniczo.

— Michał, daj spokój, powiedz, o co chodzi.

— Nie tam, nie marudź. Będę w niedzielę przed południem, pewnie około jedenastej. Pasuje? — zapytał beztrosko, a mi ścisnęło się gardło. Miałem wtedy być na komisariacie i nie wiedziałem, jak mu to powiedzieć. — Jesteś tam?

— Tak, jestem. Słuchaj, w niedzielę rano mam być na komisariacie i pewnie nie wrócę przed pierwszą… — zacząłem ostrożnie.

— Co? Ty sobie chyba jaja robisz! Powinieneś być jeszcze w szpitalu.

— Tym razem poszło dość gładko, więc wypiszą mnie wcześniej…

— Nie ściemniaj. Wypisujesz się sam. Już ja Cię znam. Kiedy masz zamiar wrócić do pracy? — nagle przeszedł na poważny, nieznoszący sprzeciwu ton głosu.

— Michał, ja nie jestem jednym z Twoich podopiecznych. — zauważyłem, chcąc jakoś go uspokoić.

— Kiedy? — powtórzył twardo, na co westchnąłem.