Znikająca Europa -  - ebook
Opis

Wspólne przedsięwzięcie niemieckiego wydawnictwa Suhrkamp i Wydawnictwa Czarne.

Autorzy: Jurij Andruchowycz, Christoph Ransmayr, Marius Ivaškevičius, Vetle Lid Larssen, Geert Mak, Carola Susani, Karl-Markus Gauß, Dagmar Leupold, Fatos Lubonja, Mircea Cărtărescu, Lavinia Greenlaw, Lidia Jorge, Tatjana Gromača, Swietłana Wasilenko, Andrzej Stasiuk.

Opowieść o „mówiących ruinach, przesuniętych granicach i niewidzialnych miastach” czyli o tych miejscach na mapie Europy, w których coś nieodwołalnie zmierza ku końcowi, zmienia się nie do poznania, podupada. O miejscach opuszczonych, zdradzonych, skazanych na wegetację, nikomu już niepotrzebnych. O miejscach niszczonych czasem przez człowieka, historię, naturę, czasem przez obojętność i zaniechanie. Książka-inwentarz znikającej Europy. Alternatywna historia oraz geografia naszego kontynentu, a zarazem esej z dziejów mentalności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Znikająca Europa

Pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Zdjęcie na okładce przedstawia Dunwich Beach (pocztówka z 1890 roku)

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2006

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Czarne, 2006

Copyright © 1997 by S. Fischer Verlag, Frankfurt am Main

Dziękujemy Christophowi Ransmayrowi za esej Trzeci krąg powietrza czyli scena nad morzem, a wydawnictwu S. Fischer Verlag za zgodę na przedruk

Redakcja i korekta Filip Modrzejewski, Monika Sznajderman

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-006-2

KATHARINA RAABE, MONIKA SZNAJDERMAN

O mówiących ruinach, przesuniętych granicach i niewidzialnych miastach

Na początku maja 2004 roku, podczas spaceru po Scheunenviertel, berlińskiej dzielnicy, która nie tyle znika, co już dawno zniknęła, rozmawiałyśmy o pomyśle, który parę miesięcy wcześniej zrodził się – chyba nieprzypadkowo – w miasteczku Sulina w rumuńskiej delcie Dunaju: o pomyśle wydania książki o zapomnianych, opuszczonych miejscach współczesnej Europy, miejscach, w których coś nieodwołalnie zmierza ku końcowi, zmienia się nie do poznania lub po prostu upada. Zniszczone przez człowieka lub siłami natury.

Last & Lost – zapożyczone z angielskiego ­określenie, którym spontanicznie zaczęłyśmy posługiwać się w naszych rozmowach i które w efekcie stało się także tytułem niemieckiego wydania książki – znakomicie pasuje do wielu pejzaży zarówno wschodniej jak i zachodniej ­Europy – wszędzie tam, gdzie napotkać można pozostałości epoki naznaczonej przez wojny, wysiedlenia, ludobójstwo i bezwzględne poskramianie przyrody, ale także tam, gdzie ciągną się kilometrami aleje, puszcze, jeziora, na których brzegach przetrwały zapuszczone posiadłości ziemskie i uzdrowiska, przypuszczalnie dzięki czystej obojętności i gospodarczej inercji.

Utracone, opuszczone, zdradzone przez historię i przyrodę przestrzenie mają dziwny, nierzeczywisty urok, którego opisanie i nazwanie jest celem Znikającej ­Europy. Gdy rzeczy i miejsca tracą kontekst, który nadawał im funkcję, można w nich czytać. Bezużyteczne, w pewnym sensie wyzwolone, zyskują osobliwą aurę. Nie tylko my widzimy je na nowo, również one kierują na nas zdziwiony wzrok i próbują zadać nam pytanie. Stają się przedmiotem ­doświadczenia estetycznego.

Prawie wszyscy autorzy od razu mieli przed oczyma jakiś krajobraz lub miejsce. Niektórzy od dawna chcieli o tym napisać. Czasem wystarczy przypadkowe spojrzenie, żeby na lata poddać się sile jakiegoś miejsca. Czasem miejsce mieszka w człowieku od dzieciństwa. Powstały prozy, eseje i reportaże, próby fikcyjnego krajoznawstwa, opowieści z dzieciństwa, poetyckie epitafia. Na geografię „rzeczywistą” nakłada się geografia wewnętrzna, głęboka, mentalna – geografia wspomnień i wyobraźni. Podróżujemy od Zakarpacia po Litwę, od Istrii, ­Sycylii i Albanii na południu aż po zawieszone na końcu Norwegii miasteczko Vardø z „najbardziej na wschód wysuniętym domem Europy Zachodniej”; zwiedzamy środek kontynentu: Austrię, Niemcy, Holandię. Oglądamy stare dworce, nieistniejące miasta, opuszczone górnicze osady, porty, które utraciły swoje znaczenie, niszczejące sanatoria – pomniki kultury, ale także materialne świadectwa obłąkanych, szalonych, daleko poza architekturę ­wykraczających pomysłów dyktatorów. Przyglądamy się, jak znika wielki dworzec na granicy Rosji i Niemiec i ostatni ślad po nim: carska wanna stojąca na litewskim podwórku. Wraz z miastami­-ogrodami, zonami, kraj­obrazami industrialnymi, rajami wręcz stworzonymi dla tych, co chcieli żyć poza społeczeństwem, znikają również świadkowie wielkich eksperymentów XX wieku. Długo po upadku dyktatur w Hiszpanii, Włoszech, ­Albanii i Niemczech swoją dziwną, widmową egzystencję wiodą Hohenlychen, Borgo Schirò lub Blok, dzielnica w Tiranie… A również one zostały często zbudowane na ruinach, między gruzami i pomnikami dużo wcześniej upadłych cywilizacji, jakich wiele znajdujemy między Bałtykiem a Morzem Czarnym, Atlantykiem a Morzem Śródziemnym.

Kultura europejska zna wiele legend o zatopionych wyspach i miastach. Do najpiękniejszych należy staroruska legenda o zagrożonym przez Tatarów grodzie Kitieżu. Modlitwa dziewicy Fiewronii zostaje wysłuchana, Kitież opada, spowity gęstą mgłą, na dno jeziora, i to chroni go przed zniszczeniem. Tam miasto stoi nietknięte i słychać bicie jego dzwonów. Jakże wiele miejsc i krajobrazów XX wieku życzyłoby sobie tego samego: w porę, wraz z mieszkańcami, umknąć w niewidzialność.

Berlin–Wołowiec

VETLE LID LARSSEN

Vardø revisited

Po dziesięciu latach wracam do Vardø samolotem. Mały Dash 8 wspiął się na dziesięć tysięcy stóp i kołysze się na wietrze. Pod prawym skrzydłem widać kraniec Europy. Ostra, ciemna wstęga, o którą rozbija się Morze Arktyczne. Mam napisać artykuł o piekle do czasopisma literackiego. Jak większość czasopism literackich również i to jest sekciarskie, pozbawione poczucia humoru i bezgranicznie nudne. Ale gdy chce się zdobywać nagrody literackie, należy obracać się w odpowiednich kręgach. Miałem nadzieję, że będę mógł dorzucić garść świeżych obserwacji, które uczynią mój artykuł zabawnym i oryginalnym. Przed dziesięcioma laty pewien stary geolog opowiedział mi, że według podań zejście do piekła znajdowało się właśnie tutaj, na najbardziej wysuniętym na wschód skraju Skandynawii. Wówczas interesowało mnie wiele rzeczy, ale bynajmniej nie piekło. Kobieta. Więcej nie warto na ten temat mówić. Czym jest dziesięć lat? Niczym. Żartem. Wszystko jest jak dawniej.

Oto i Vardø. Pode mną, niczym małe wykrzywione koło, pojawia się wyspa. Ciemny punkt oddzielony od stałego lądu, jakby kontynent wypluł Vardø do morza. Wyspa. Miasto. To jest koniec Europy, dalej na północ nie można już dotrzeć. Ani na wschód. Oto jest Ultima Thule. Najbardziej wysunięty punkt. Miasto, które doświadczało wszystkiego, kaprysów pogody, wojny, samotności, przez siedemset lat. Daleko w dole, w oślepiającym czerwcowym świetle, pojawiają się kwadratowe domki, wieża kościelna, port. Nie, dziesięć lat jest niczym. Ale istnieje różnica między podróżą a powrotem.

Kopuła nieba z błękitnego, przejrzystego światła. Ciemno­szare morze, które rozciąga się na wszystkie strony. Ostry wiatr wiejący znad tundry niesie z sobą słodkawy zapach bażyny i chrobotka. Jestem jedynym, który tu wysiada. Na lotnisku wisi zdjęcie kandydata na premiera z partii socjaldemokratycznej: „Zapraszamy. Spotkanie z kandydatem na premiera. Poniedziałek, godzina 19:00. W hotelu”. Kieruję wzrok nad zatokę, na wyspę po drugiej stronie. Stąd Vardø wygląda jak ogromny szkier. Długi, płaski grzbiet ledwie wystaje ponad wodę i daje przestrzeń miasteczku, które kuli się w sobie, niespokojne; ze wszystkich sił trzyma się ziemi, jakby się bało, że lada chwila spadnie. Zaledwie kilka kilometrów kwadratowych – i to wszystko – ze wszystkich stron nadgryzane przez morze. Pachnie morzem. Cuchnie morzem. Powietrze jest przesycone solą. Tutaj wszystko staje się małe. Nawet marzenia o przeszłości i przyszłości wydają się malutkie i bezradne wobec tego ogromnego wszechświata z morza i wiatru. W głębi lądu pasą się stada reniferów. Zwierzęta są równie wynędzniałe jak tutejsza ziemia i podnoszą głowy, gdy samolot ponownie podrywa się do lotu.

Opuszczone. Dziewięćset trzydzieści kilometrów do najbliższego dużego miasta.

Taksówka zbliża się do lotniska; biała ruchoma plama na tle brunatno­-zielonego, nagiego krajobrazu gór. Na wschodzie czarne rosyjskie skały opadają ku morzu. Nie tylko Europa ma swój kres w tej rozrzedzonej mgle, ale i cały świat. Od tego punktu są dwa tysiące kilomet­rów w prostej linii do Bieguna Północnego. Lód, zimno i ciemność. Słońca nie ma przez dwa miesiące w roku. A kiedy wreszcie wróci, mści się srogo; białe, diabelskie oko wisi na niebie i wypala w sercach szaleństwo, upojenie i szczęście. Ludzie tu, na północy, mają wspaniałe poczucie humoru, są otwarci i pozbawieni przesądów. Nauczyli się patrzeć z dystansem na świat – i na siebie. Dziesięć lat temu. Czy nie spędziłem najlepszych dni w moim życiu na tej anorektycznej wyspie? Kobieta dawno już została zapomniana, nie pamiętam nawet jej imienia, ale ludzie, światło, ta dziwaczna euforia i stary geolog, ogorzały od wiatru i niepogody, który opowiedział mi o zejściu do piekła: wąskim przejściu w warstwach mułowca i pias­kowca, szczelinie o głębokości dwustu metrów – jak twierdził – otchłani z późnego prekambru, której dna nikt jeszcze nie zbadał. Surowe i nieznane. Obraz życia na tym wybrzeżu. Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate. „Musisz pamiętać”, mówił geolog, „że jest coś osobliwego w Vardø”. Tak, jest coś osobliwego w Vardø. Dziesięć lat temu przypłynąłem tu promem. Wśród pasażerów była znana osobistość. W Vardø czekała orkiestra dęta i port był pełen ludzi. Jeden z wielkich synów Vardø wracał do domu. Nigdy nie dowiedziałem się, kim był. Być może nawet sami mieszkańcy tego nie wiedzieli. Ale to wystarczyło jako pretekst do świętowania. Święto trwało trzy dni.

W tym samym momencie, gdy taksówka wyjeżdża z podmorskiego tunelu łączącego miasto Vardø ze stałym lądem, wiem, że wróciłem. Tych dziesięć lat nie istnieje. Przede mną ratusz, ze swą szarą wieżą w kształcie głowy cukru, jak dawniej. Szkoła, jak dawniej. Elektrohjørnet, przystań, falochron, który chroni Vardø przed zatopieniem. Wszystko po staremu. Krzyki mew, ulice, basen portowy, wrażenie przebywania w scenografii teatru lalkowego: to szczęście móc wrócić i zastać miejsce niezmienionym. Zmiany to coś, czego życzymy sobie – i naszym wrogom. Ale w naszych wspomnieniach wszystko powinno pozostać tak, jak było.

I wtedy dostrzegam: budynki niszczeją. Sklepy są pozamykane. Ulice opustoszałe. Wzdłuż przystani, gdzie jeszcze dziesięć lat temu widać było łodzie, ludzi, roz­ładunek i załadunek towarów, nie ma żadnego ruchu, nic się nie dzieje. Na przewodzie elektrycznym przed kościołem dynda na wietrze para butów. Szyld reklamujący suszarki do włosów leży przewrócony. Główna ulica cała jest w dziurach. Nie widać ani jednego samochodu. Stara kobieta w oknie bacznie obserwuje taksówkę. Za płotem z desek szczeka pies. Ale gdzie się podziali ludzie? Wygląda, jakby wszyscy mieszkańcy uciekli stąd pięć minut temu. Na słupie wisi zdjęcie kandydata na premiera. Dwie mewy skrzeczą na dachu. Jest środek dnia.

Vardø jest stolicą mitów. Nie tylko zejście do piekła znajdowało się, według podań, nieopodal miasta – za lotniskiem leży góra Domen, która przez wieki była ponoć ulubionym miejscem sabatów czarownic. Ludzkie pragnienie odkrywania nieznanych miejsc, duch zdobywcy i marzenia często gościły w tym najbardziej wysuniętym na wschód mieście Skandynawii. Począwszy od Pyteasza z Massalii i wizji Ultima Thule – znajdującego się sześć dni żeglugi na północ od Anglii – zawartej w jego zaginionym dziele Ooceanie z 330 roku p.n.e., geografowie, odkrywcy, badacze i królowie pragnęli zdobyć te bezlitosne wybrzeża. Tędy w IX wieku, w drodze do Morza Białego, żeglował w swej otwartej łodzi podróżnik i poszukiwacz przygód Ottar. Tędy siedemset lat później podążał Wilhelm Barents w poszukiwaniu morskiego przejścia północnego do Azji. Tutaj w 1769 roku przybył królewski i cesarski nadworny astronom, ojciec Maksymilian Hell, aby przeprowadzić obserwacje astronomiczne. I stąd właśnie w 1893 roku wyruszył na swą słynną wyprawę na Biegun Północny wielki humanista Fridtjof Nansen – wyprawę, która zaprowadziła go na północ dalej, niż ktokolwiek inny zdołał dotrzeć – po czym zmuszony był zimować trzy lata w lodzie i śniegu. Tak, któż nie śnił o wielkiej, czystej, zimnej Północy? Pliniusz, Pope, Shelley, Brontë. Grecy wierzyli, że to właśnie w tych arktycznych stronach żył szczęśliwy lud hiperborejczyków – krzepkich i beztroskich – ponoć tutaj Nietzsche znalazł wzór dla swego nadczłowieka. Ten, kto ląduje tu w XXI wieku w poszukiwaniu wspomnień, nie wątpi nawet przez chwilę, że znalazł się na prowincji. ­Najbardziej ­prowincjonalnej z prowincji, która jednocześnie jest najlepiej opisaną, najbardziej mityczną i najmniej peryferyjną z nich wszystkich.

Ile prowincji odwiedzanych jest przez kandydata na premiera? To nie tylko wybudowany niedawno radar na szczycie góry nad Vardø, mający rzekomo łączność ze Stanami Zjednoczonymi, jest tego przyczyną. Przyczyną są prawdopodobnie również potencjalne złoża ropy i gazu w Morzu Barentsa, których ewentualne odkrycie przyczyniłoby się do uczynienia narodu norweskiego, z jego niewyobrażalnym bogactwem, jeszcze bogatszym. Nie bez znaczenia jest też bliskość rosyjskiego kontynentu, który leży zaledwie kilka kroków dalej na wschód.

Geolog miał rację. W Vardø zawsze było coś osobliwego. W wyobrażeniach Norwegów z południa kraju ten obszar, ze swym ekstremalnym klimatem, bez­nadziejnymi szlakami komunikacyjnymi oraz klnącymi mieszkańcami, których jeszcze całkiem niedawno uważano za ludzi niższej kategorii, jawił się jak samo piekło. Gdyby opisywać piekło nie w kategoriach ontologicznych, ale geograficznych, znajdowałoby się ono właśnie tutaj. To ze średniowiecza wywodzi się legenda o istnieniu otworu w ziemi, leżącego 70 stopni na północ i 31 stopni na wschód. Tak, niektórzy przekonani są o istnieniu staronordyckich źródeł, według których zejście do Hèl – Eljudnir – znajdowało się w tej smaganej wiatrami okolicy. „Pokażę ci, gdzie dokładnie leży”, obiecywał geolog dziesięć lat temu. „Być może to działalność fal morskich podczas ostatniego zlodowacenia wydrążyła otwór”, powiedział. „Albo pionowe ruchy skorupy ziemskiej sprzed kilku tysięcy lat. Albo nieznane siły sześćset milionów lat temu, zanim powstało życie. Geologowie nie są co do tego zgodni”. To tak samo jak z zorzą polarną. Wydaje nam się, że mamy naukowe wytłumaczenie tego zjawiska, ale tak naprawdę jest na odwrót.

Tak, mity i nauka przeplatają się ze sobą. Chodzi w każdym razie o podziemną grotę, ogromną i mroczną. Bez dna, jak twierdzą niektórzy. Górska szczelina prowadzi w głąb groty. Zawsze kojarzono ją z siłami nieczystymi. W 1564 roku pewien pastor luterański obliczył, że w zwykły dzień z owej czeluści wychodziły 2 665 866 746 664 małe diabły.

Jest coś pociągającego w Vardø. Podczas niekończących się zimowych miesięcy to tu pali się ostatnie światło w Europie, potem jest już tylko wielka nicość. Badania naukowe, rozwój komunikacji, topnienie lodowców na biegunie nie były w stanie zmienić zadziwiającego faktu, że Vardø jest nie tylko obszarem geograficznym, ale i fragmentem duszy, metafizyczną strefą graniczną, gdzie znajdzie się miejsce dla Boga i diabłów, piękna i brutalności, pamięci i wiecznego zapomnienia.

Jestem jedynym gościem w hotelu. Prostokątne pudło wciśnięte w piasek plaży. Z okna mam widok na opuszczony port, kilka łodzi rybackich, porozrzucanych wokoło, żółte i czerwone domy po drugiej stronie portu. Nie widziałem jeszcze nikogo oprócz kobiety w oknie, taksówkarza i recepcjonisty. „Gdzie się podziali wszyscy ludzie?”, pytam w recepcji, zostawiając klucz przed wyjściem z hotelu. Recepcjonista patrzy na mnie i uśmiecha się dziwnie, tak jakbym znał odpowiedź na własne pytanie.

Kilkaset metrów dalej wzdłuż ulicy jest knajpka „Nordpolen”. Tutaj w każde czwartkowe popołudnie geolog organizował spotkania dla grona zainteresowanych i przypadkowych słuchaczy.

Dlaczego geolog skończył w Vardø? Powodem była jego słabość do różnych typów skał, zagadnień związanych z powstawaniem jaskiń i do kobiety, rzecz jasna, o kościach policzkowych tak wydatnych, że mógłby na nich wieszać swoje młoteczki.

„Najstarsza karczma północnej Norwegii”, głosi szyld. Wchodzę do środka. Nie ma nikogo. Naciskam dzwonek. Wreszcie pojawia się mężczyzna. To recepcjonista z hotelu. Zamawiam kanapkę i udaję, że wszystko w porządku. On również. Zastanawiam się, czy nie zapytać go raz jeszcze, gdzie się podziali wszyscy ludzie, ale ponieważ nie udzielił mi odpowiedzi na to pytanie jako recepcjonista, to jako karczmarz raczej na nie nie odpowie. Wymieniam nazwisko geologa. Wzrusza ramionami. „Gdzie będzie mieszkał kandydat na premiera podczas wizyty w Vardø?”, pytam. Coś przecież muszę powiedzieć. „Będzie mieszkał w hotelu”, odpowiada mężczyzna.

Chwilę później wychodzę.

Rodzajów upadku jest równie wiele co miejsc. Węd­rowałem po Wenecji i słyszałem za moimi plecami Skandynawów poruszonych widokiem, wedle ich opinii, miasta popadającego w ruinę. Ale różnica między patyną a rozkładem jest mniej więcej taka jak między pięćdziesięciolatkiem a wypchanymi zwłokami. Patyna zawsze miała swoich zwolenników i obrońców w historii duchowości europejskiej. Nie tylko romantycy czcili to, co porośnięte mchem i roślinnością, zniszczone, organiczne. Czas sam w sobie zawsze miał wartość. Fakt, że jakaś rzecz była stara, nadawał jej szczególną jakość. Dzieło, budowla, człowiek miały swoją wartość i dodatkowo wartość, jaką nadawał im czas. Dzieło sztuki szlachetniało z upływem czasu, wchłaniało go i stawało się jeszcze piękniejsze, przyciemnione, wyblakłe. Do chwili, gdy dobrobyt umożliwił Europejczykowi odnowić i wyremontować świat. Wieki zostały starte z obrazów i budynków. Pojawiły się detale. Ale dusza się ukryła. Renesansowe pałace nabrały wyglądu udekorowanych tortów. Freski Michała Anioła przekształciły się w Kaczora Donalda.

Ale Vardø nie odnowił nikt. Dziesięć lat temu Vardø było jeszcze uroczym miastem. Zaniedbane przetwórnie ryb, domki z bladymi resztkami farby na ścianach, lekko przekrzywione sklepiki, tak, nawet w ludziach tlił się zawzięty, przytłumiony, przygaszony żar. Zrośnięci byli z morzem i czasem. A teraz: wytłuczone szyby wzdłuż głównej ulicy. Otwarte drzwi, które trzaskają na wietrze. Zerwany dach, zburzone ściany. I tuż obok starannie pomalowany dom z ogrodzeniem i żywopłotem, tak jakby metastaza upadku rozprzestrzeniała się w tym małym miasteczku chaotycznie, bez wyraźnego planu.

Sklepy i zakłady usługowe, które dziesięć lat temu pełne były życia, dziś wpatrują się pustymi oczami w przechodniów. Nawet handlarze z Azji dali za wygraną. To śmierć podgryza kości Vardø.

Po kilku godzinach mam pełen obraz sytuacji: w ciągu dziesięciu lat liczba mieszkańców z trzech tysięcy spadła do dwóch tysięcy. Czterysta miejsc pracy w przemyśle rybnym zredukowano do ośmiu. Biuro pośrednictwa pracy zostało zamknięte, urząd podatkowy – zamknięty, sąd powiatowy – zamknięty, kancelaria notarialna – zamknięta, urząd celny – zamknięty, bezrobocie najwyższe w Norwegii i trzy razy więcej ludzi na zasiłku niż w pozostałej części kraju.

W czym mogą pomóc nowe osiedla domków na wzgórzu, ze swymi ozdobnymi żywopłotami i świeżo malowanymi ścianami? Najbardziej północny punkt Skandynawii jest siedzibą zwątpienia. Miasto jest ruiną in spe, Pompejami przed wybuchem wulkanu, przyszłym domem dla duchów i zapomnianych. A może wciąż jest czas, by ratować Vardø?

Ludzie zamieszkiwali te obszary przez pięć tysięcy lat. Przetrwali zimno, noce polarne, ciemne morze, izolację i choroby. Bez technologicznych nowinek, Unii Europejskiej, dobrych połączeń komunikacyjnych i przy braku rozrywek innych niż seks i suszone ryby wytrzymali całe stulecia. Przeżyli powstanie i rozwój nowoczesnej Norwegii. Przez tysiąc lat mieszkańcy tego miejsca byli oczerniani, dyskryminowani, notorycznie ignorowani i zapominani. Ale przetrwali. Przetrwali wszystko. Aż nadeszła socjaldemokracja i liberalizm rynkowy.

Również w Norwegii socjaldemokracja i liberalizm rynkowy stały po przeciwnych stronach. Każde z nich znajdowało się na swoim skrzydle politycznym, wspierane przez odpowiednią warstwę społeczną, i aż do końca ­zeszłego wieku toczyły ze sobą pełną wzajemnej nienawiści walkę. I nagle wzięły ślub. To było małżeństwo równie zaskakujące, jak gdyby córka armatora nagle przyprowadziła do domu bezrobotnego hydraulika. Powstała unia nie do pobicia. Dzieci nosiły imiona Komercjalizm, Centralizacja i Chciwość. Ale nikt nie ma odwagi przyznać, że poszło tak źle: Vardø ma wszak jeszcze znaczenie strategiczne. To ostatni przyczółek przed Rosją. Coś przecież można by tu utrzymać, budkę z kiełbaskami albo stację meteorologiczną?

Już czas, by przyjechał kandydat na premiera. To zdolny polityk. Młody. Przystojny. Potrafiący słuchać. Jest człowiekiem. Ale cóż może uczynić człowiek wobec czasu, historii, prastarych i bezlitosnych sił, oraz zwolenników postępu we własnej partii? Sześćdziesiąt pięć procent mieszkańców Vardø nadal głosuje na to ugrupowanie. To jakby całować swego mordercę, mówią niektórzy. Inni mówią: pozostałe partie są jeszcze gorsze. W hotelu nic nie wskazuje, by recepcjonista czynił jakieś przygotowania do tej szczególnej wizyty. Pozostało jeszcze kilka dni, a poza tym co za różnica: jeden kandydat na premiera w tę czy w tamtą, to w końcu człowiek jak każdy. W tym mieście wszyscy wiedzą, jak należy obchodzić się z gośćmi honorowymi. Vardø miało wielkich synów na pęczki. Wszyscy wyjechali. Niektórzy wrócili. I zbankrutowali. Na przykład były minister rybołówstwa. Najsłynniejszy syn Vardø. Postawił na jedno: „Produkty niszowe” – określenie ze słownika przyszłości. To dopiero było życie! Przez chwilę. Panowie przechadzali się po niebieskiej przetwórni ryb we wschodniej części portu i głośno ­mówili o Europie. Spluwali dziarsko do morza jak tutejsza ludność i założyli klub miłośników wina.

Teraz nikogo tam nie ma. Tylko wiatr głaszcze belki w dachu i mewy, które uwiły sobie gniazdo pod ciemnymi oknami.

Czasami odczuwa się ulgę, gdy nie trzeba uczestniczyć w cudzym upadku. Jestem tu tylko gościem. Dopiero wylądowałem. Za trzy dni stąd wyjeżdżam. Kiedyś przeżyłem szczęśliwe chwile na tych ulicach. Kupuję mapę w księgarni, ponownie pytam o geologa, którego nikt nie zna, wertuję książkę telefoniczną, nie znajdując jego nazwiska, udaję się na poszukiwania w bocznych uliczkach we wschodniej części miasta: pamiętam jego dom z małą oszkloną werandą. Pamiętam gabinet na parterze, z półkami pełnymi książek i materiałów na temat ruchów tektonicznych, rodzajów skał i piekła. Ponad sto czarownic zostało żywcem spalonych na tych terenach w XVII wieku, zdumiewająco wysoka liczba, ale geolog nie był skłonny łączyć tego faktu z rzekomym istnieniem w tej okolicy zejścia do piekła. Tutaj, znad zjazdu do podmorskiego tunelu, w którym to miejscu niegdyś wznosiły się stosy dla czarownic, dobrze widać szczyt Domen, dokąd wiedźmy latały w noc Walpurgi. W archiwach można odnaleźć wiele świadectw, według których miejscowe kobiety z pewną pomocą przesłuchujących je sędziów przyznawały się do utrzymywania stosunków cielesnych ze „złym” na szczycie góry.

Oto staję przed domem geologa. Poznaję go natychmiast. Weranda wygląda jak dawniej. Ale jest pusto. W oknach ciemno. Szyba w drzwiach wybita. Wspinam się na skrzynię z tyłu domu i zaglądam do środka. W małym salonie stoi mahoniowy barek. Wydaje mi się, że go sobie przypominam. Wszystkie pokoje są puste. Śmieci, brud i ciemne plamy od wilgoci. Pytam człowieka, który przechodzi obok: „Co się stało z tymi, co tu mieszkali?”. „Wyjechali”, odpowiada. „Ale to było wiele lat temu. Znałeś ich?”.

Tylko dwie drogi biegną z Vardø. Jedna prowadzi w lewo. Druga w prawo. Drogą w lewo dotrze się do stolicy regionu, Vadsø. Martwe i pozbawione uroku miasteczko, pełne szarych, gnuśnych lokalnych polityków, przesiedleńców z południa kraju, biurokratów i drobnomieszczańskich handlarzy. Miasto bez stylu i czegokolwiek, co by je wyróżniało, miasto dla zachłannych, nieciekawych ludzi, dla tych, którzy chcą, by to miejsce w możliwie jak najkrótszym czasie zaczęło wyglądać jak wszystkie inne: przyszłość. Druga droga prowadzi do Hamningberg: przeszłość. Kiedyś był to jeden z najważniejszych portów rybackich. Teraz miejsce jest wyludnione, opuszczone. Niegdyś zamieszkiwane przez ludzi, którzy wierzyli w przyszłość. Ale przyszłość ich ominęła. Przyszłość powędrowała do Vardø. Tak jak teraz przyszłość Vardø wędruje do Vadsø. Bo przyszłość jest zdradziecka. Nie przychodzi do tego, kto na nią czeka. Nie przychodzi do tego, kto jest sprawiedliwy. Przyszłość przychodzi do tego, kto jest przedsiębiorczy, oraz do oszustów i ludzi powierzchownych, przyszłość trzyma tylko z najsilniejszymi.

Przyszłość to świnia.

Dlatego nie widać żadnych samochodów na wąskiej drodze do Hamningberg. Droga biegnie niczym wstęga przez rozległy księżycowy krajobraz, ostre kamienie, dzikie góry, głębokie fiordy – gdzie białe piaszczyste plaże lśnią dziewiczo w jaśniejącej nocy. To jakby podróżować przez Dorè’owską wizję piekła w ilustrowanym wydaniu Boskiej Komedii. Wszystko jest wyraźne, ostre, ponure. Płaty śniegu zwisają ze zboczy gór i liżą cienką linię drogi koniuszkiem języka. Zielone, lodowate potoki wlewają się do morza. Tak wyglądał świat, zanim wszystko się zaczęło. Albo tak będzie wyglądał po tym, jak wszystko się skończy. Czy kandydat na premiera przyjedzie tutaj? Hamningberg. Tak bezwstydnie zdradzone przez państwo norweskie, uwiedzione, okłamane i zapomniane. Kościół jest pusty, szkoła jest pusta, przychodnia lekarska pusta, przetwórnie ryb puste. Co lato przyjeżdżają tu letnicy – krewni tych, którzy przed laty zostali wysiedleni – i wypełniają miejsce odrobiną życia. Lecz gdy tylko kula słońca ponownie zatonie w lodowatym morzu i ciemność wyłoni się znikąd, domy pustoszeją. Uderzenia fal stają się cięższe, wiatry silniejsze, temperatura spada.

I miejsce znów jest puste. Miesiąc po miesiącu. Przyszłość Vardø? Nic nie pomogło tym, co mieszkali w Hamningberg. Ani modlitwy, ani akcje protestacyjne, ani przekonywanie. Państwo dało im drogę, prąd, wodę – i nadzieja rosła. Ale państwo nie dotrzymuje obietnic. Falochronu nie dostali; falochronu, który chroniłby ich przed morzem, mimo że im to obiecano, mimo że była to jedyna rzecz, której potrzebowali, aby przetrwać. Pozostał im wiatr, śnieg, upadek. Przyszłość Vardø? Tutaj nie będą mieszkać ludzie, postanowiło państwo. A może jednak będą? Czy to, że ktoś mieszka tutaj wśród nocy, ma jakieś znaczenie, którego sobie nie uświadamiamy? Że w oknach nadal pali się światło na przekór morzu, zimie i ciemności, tam, gdzie kończy się Europa? Że to jest wszystkim tym, czym jest Europa: sercem, które bije – na przekór nocy?

Kapitan niewielkiego promu pochyla się w moją stronę i coś krzyczy. Trudno zrozumieć, co mówi. Przed nami wyłania się z morza zdecydowanie najbardziej wschodni punkt Skandynawii, Hornøya – leżący na tej samej długości geograficznej co Kijów, Stambuł i piramida Cheopsa – skała na otwartym morzu, tuż za basenem portowym Vardø, z latarnią morską, kolonią ptaków i dob­rym widokiem w bezchmurne dni na rozległe rosyjskie ziemie. Vardø leży zaledwie kilkaset metrów za nami, jak zapomniane koło ratunkowe. Tutaj ma się wrażenie, jakby wiatr wiał ze wszystkich stron. Nawet w ciche, bezwietrzne dni fale morskie napływają z Morza Arktycznego i rzucają lśniący welon piany w kierunku latarni. Latarnia stoi tam jak biały menhir, ze swym pomarańczowym nakryciem głowy, wyprostowana, pewna siebie, samotna, dumna; jakby oddawała cześć morzu i wiatrowi, dowód ludzkiej woli i walki. To nadzieja tu stoi. Wszystko, co dobre, bezpieczne, stare i znajome, ludzkie zalety i słabości, wszystko zostało zebrane w tej wieży – dalej jest już tylko ciemność i wszechświat.

Czy nie jest zastanawiające, że ludowe podania umieściły zejście do piekła właśnie tutaj? Piekło już tu przecież istniało. Iluż to ludzi zabrało morze, rybaków, którzy przepadli w tutejszych wodach; ilu mężczyzn, synów, ojców nie wróciło z połowu? Kapitan nigdy nie słyszał o tym, jakoby zejście do piekła miało znajdować się tutaj. Słyszał, co prawda, jak ktoś opowiadał o szczelinie w okolicy Vardø, ale nie wie, gdzie ona jest. Dlaczego o to pytam? „Piszę artykuł o piekle do czasopisma literackiego”, mówię. Kapitan wpatruje się we mnie. Mówi, że na wyspie mieszka kilku ornitologów. Mogę ich zapytać.

Wielkie stado mew, skrzecząc, przelatuje nad latarnią. Słońce odbija się w halogenowej lampie latarni i na moment nas oślepia. Światła tej latarni widzieli Pomorcy – kupcy i rybacy rosyjscy, którzy aż do pierwszej wojny światowej tłumnie żeglowali do Vardø, wioząc liny, mąkę, smołę, masło, korę brzozową i nadzieję na lepsze życie. Z powrotem zabierali ryby. Ci, którym się nie udało, pochowani zostali w lichej ziemi Vardø i leżą tam ­nadal, Sabotin, Burkow, Koklin, po lewej stronie zjazdu do tunelu, i patrzą tęsknie za życiem, które poświęcili w zamian za ryby i śmierć.

Sto lat temu port w Vardø pełen był Rosjan. Lenin drukował w Vardø rewolucyjne pisma, które prze­mycane były tą drogą, tuż obok latarni, i przyczyniły się do katastrofy – powstania reżimu, który miał istnieć przez siedemdziesiąt lat.

Komunizm był duszą Vardø. Dla przeważającej części społeczności lokalnej raj leżał na wschodzie. Ale nawet raj nie jest już tym, czym był kiedyś.

Jeszcze przez kilka minut latarnia wznosi się nad nami, zanim łódź nie schowa się w cieniu skalistego klifu. Latarnia jest człowiekiem, myślę. Pozornie stoi nieruchomo, a chmury płyną jak dni, lata, podczas gdy świat prześlizguje się obok. W rzeczywistości to latarnia ulega przemianie, niszczeniu, rozkładowi, a świat pozostaje bez zmian.

„Kandydat na premiera wybiera się pojutrze na wędkowanie”, krzyczy kapitan. „I ja go będę wiózł!”

„Zabierz go tutaj”, mówię. „Zabierz go do latarni!”.

Nie ma zbyt wielkiej różnicy między koloniami ptaków a miastami. Obydwa miejsca przyciągają miliony jednostek, wszystko jest zapaskudzone i instynktownie wiadomo, że ci, którzy krzyczą najgłośniej, są najmniej interesujący. Dziesiątki tysięcy ptaków podrywają się z wrzaskiem w moją stronę, nurzyki, alki, mewy, nurniki, masywne maskonury, z przykrótkimi skrzydłami, zbyt małymi w stosunku do ciężaru ciała. Ze swymi ciemnymi kreskami wokół oczu i kolorowymi, papuzimi dziobami przelatują tuż nad moją głową. To wygląda jak atak latających klaunów. Gdy przemykam pod klifem, ptasie szyje się wyciągają, oczy mrugają, ze skalistych szczelin i zza pagórków wychylają się główki. Zaczarowany świat. Brnę dalej ścieżką, pozostawiony samemu sobie, bez jakiegokolwiek Wergiliusza, który uspokoiłby mnie przy spotkaniu z tymi krwistoczerwonymi gardłami i desperackim trzepotem skrzydeł. Gigantyczny kruk ląduje przede mną, przysiada i przez kilka sekund kołysze się na kamieniu, odwrócony swym ciężkim ogonem do wiatru, a w jego czarnej, kulistej źrenicy odbija się cały świat. Po chwili odlatuje, zawiedziony, wściekły, podniecony. Powietrze jest gęste od okrzyków godowych i gardłowego gdakania, zazdrości i agresji; przedsmak piekła albo sam warunek istnienia raju: parzenie się i żer. Ptaki są tu i teraz, ściśnięte jeden obok drugiego przeciw lodowatemu morzu, żywa, krzycząca masa – i w następnej chwili ich nie ma. Za kilka tygodni zostanie tu tylko skała pokryta warstwami ptasich odchodów i z resztkami gniazd, cywilizacja, która powstała i upadła w ciągu jednego lata.

Nie widzę żadnych innych ludzi na wyspie. Wyspie, która jest mała i zielona, otoczona wieńcem czarnych, ostrych kamieni. Wspinam się w stronę latarni. Zejście do szczeliny może znajdować się gdziekolwiek, także tutaj, ale w tym miejscu jest jakiś szczególny spokój, jakby cały świat, tam za Vardø, dryfował w przeciwną stronę. W bujnej trawie szumi wiatr, morze już wkrótce będzie słychać tylko jak cichy szmer. To nie jest właściwe miejsce dla tego, co nieziemskie.

Wchodzę do mieszkania latarnika, drzwi są otwarte. Wszędzie, na stole i krzesłach, leżą porozrzucane skarpetki i ubrania, ładowarki do telefonów i laptopy. Na parapecie stoi jedzenie, chodzi pralka, w salonie jest ­włączone radio. Ale ornitologów nie ma.

Stąd rozpościera się widok na Morze Arktyczne, z miliardami welonów z fal, kutrami rybackimi – na achterdeku widać śnieżne zaspy białych mew – i na długą linię biegnąca znikąd donikąd: horyzont na 70. stopniu szerokości geograficznej północnej. Wieje wiatr. To kojące, pełne ulgi uczucie stać tutaj, z Vardø i resztą świata za plecami, a twarzą zwróconą ku miejscu, do którego nigdy się nie wybiorę. Życie, myślę sobie, jest właśnie tutaj.

„Zaczynał się dzień polarny, nocy już wcale nie było”[1], pisał Hamsun w powieści Pan. Słońce turla się po sklepieniu nieba. Ale nigdy nie zachodzi. Człowiek wariuje od światła, jest podniecony, niespokojny, pijany. To jedno z najbardziej zadziwiających zjawisk, gdy krajobraz, który przez całe miesiące jest pogrążony w ciemności i śniegu, w ciągu kilku zaledwie tygodni przemienia się w coś przeciwnego: światło wgryza się w duszę. Nie ma dokąd pójść, by odzyskać spokój. Można zrobić tylko jedną rzecz. Wyjść. Różnica między dniem a nocą w Vardø jest taka, że mewy na pozór śpią w ciągu dnia. I to samo robią wszyscy inni. Po północy widzę, jak zza zasuniętych do połowy zasłon w niektórych domach prześwituje błękitna poświata telewizora, słyszę płacz dzieci, muzykę, krzyki mew. Ktoś się śmieje. Kot zatrzymuje się pośrodku ulicy i patrzy na mnie podejrzliwie. Ale gdzie są wszyscy ludzie? Przecież zostało ich jeszcze dwa tysiące. Wyjechali na wakacje? A może na zewnątrz jest zbyt zimno? Na co czekają?

W Vardø pachnie solą. Rybami. Benzyną. Wszędzie widać pozostałości życia: porzucony autobus, dwa wraki samochodów, butwiejące łodzie na plaży, kilka zardzewiałych narzędzi przed fabryką filetów, która porosła mchem i trawą. W pustym sklepie rybnym na haku wiszą dwie rękawice. Raporty z produkcji leżą na stole. Drzwi do pozostałych biur są otwarte; popielniczka; kolorowy tygodnik sprzed roku wygląda jak tajemniczy zwój znad Morza Martwego. Czy to ślady pozostawione umyślnie? Znaki dla tych, którzy przyjdą później?

Cała kultura zanika. Całe pokolenia w Vardø żyły z morza, dla morza, na morzu. To miało wpływ na język, mity, sposób bycia, humor, kuchnię, godziny snu, sposób chodzenia. Morze przenikało wszystko, aż do najmniejszej cząsteczki. I nagle minęło. Ludzie mieszkają w Vardø, pośrodku morza, ale jednocześnie są od niego odcięci. Sprzedaje się kutry rybackie. Zamyka przemysł rybny. Nie ma nawet porządnego sklepu z rybami, gdzie można by kupić dorodnego dorsza na obiad. A miasto nadal jest zwrócone ku morzu. To na morze wciąż patrzą mieszkańcy, każdego ranka, każdego wieczora. To morze wciąż przelewa się w ich świadomości.

Kultura umiera. Nie ulega przemianie w coś innego, nowego i bliskiego. Jest duszona. Na południowym wybrzeżu Norwegii – dziesięć tysięcy kilometrów stąd – ten proces już się zakończył. Kultura nadmorska została zlikwidowana. Nowobogaccy Norwegowie stoją w kolejce wzdłuż wybrzeży, w swoich nie łodziach, a wypolerowanych zamrażarkach na wodzie, jachtach z silnikiem o mocy tysiąca koni mechanicznych i osobnym stolikiem na koktajlowe kieliszki. Jachtach, z których nawet nie mogą skakać do wody, łowić ryb ani rzygać. Jachtach, na których jedyną rzeczą do roboty jest szybkie pływanie w tę i z powrotem i gapienie na innych w podobnych jachtach, wpatrywanie się w cudze drinki z parasolkami oraz rękawice do grilla, podczas gdy lato i życie przemijają w smudze piany za rufą.

Pytam recepcjonistę w hotelu, czy wie, gdzie leży zejście do piekła? Jego twarz się rozjaśnia. Nie, ale jego ojciec wie. Ojciec odwiedzał to miejsce w młodości wiele razy. Położone jest jednak w stromym i trudnym terenie, gdzie nie ma dróg. Gdzie to mniej więcej jest, patrząc od hotelu? Tego nie wie. Ale zadzwoni wieczorem do ojca. Po czym uśmiecha się do mnie krótko, ustami. Nabija się? Jestem jedynym gościem w hotelu. Mam do dyspozycji dwanaście kanałów telewizyjnych i widok na nabrzeże dla statków i promu, który dwa razy dziennie wypełnia pole widzenia. Po drugiej stronie zatoki, niczym gigantyczna pieczarka, wznosi się nowy radar: Globus II. Wybudowany pięć lat temu, dookoła poustawiane znaki z napisem WSTĘP SUROWO WZBRONIONY, w środku kilku wiernych mieszkańców Vardø, którzy jak szepczą złe języki, złożyli państwu amerykańskiemu przysięgę milczenia. Praca tutaj – w odizolowanym, błyszczącym, industrialnym herbarium, z dala od rozpadających się budynków i pomocy społecznej – oznacza niemały prestiż.

Co prawda, gazety pełne są artykułów na temat rakotwórczego wpływu radaru. Podobno zarówno ci, którzy tu pracują, jak i ci, którzy mieszkają w sąsiedztwie, są szczególnie narażeni. Ale nikt niczego nie wie na pewno. Mlecznobiała kopuła unosi się nad Vardø niczym tajemnicze jajo. Pracownicy mają coś szczególnego w spojrzeniu, idą pod rękę z przyszłością, nowoczesnym człowiekiem, należą do tego samego świata, co Friends, Irak i podwójny cheese: welcome to the secret world of Vardø.

Space­-debris – tego oficjalnie szuka radar, śmieci w kosmosie. Ale Rosjanie rozgryźli obiekt. A w każdym razie wydawało im się, że rozgryźli. Wściekli się. Stwierdzili, że radar jest częścią antyrakietowego systemu Stanów Zjednoczonych. Pewien generał postawił sprawę jasno: odpowiedzią na radar jest teraz rosyjska broń jądrowa skierowana dokładnie na Vardø.

Biedne Vardø. Jeszcze tego brakowało. Bezrobocie, mroczne morze, wyludnienie, upadek, rakotwórcze radary i groźba ataku jądrowego ze strony Rosji. „Wkrótce będzie nas tu trzymać już tylko dobra pogoda”, napisał jeden z mieszkańców w lokalnej gazecie. I to prawda. Średnia temperatura w czerwcu to plus dziewięć stopni. Jeśli zanurzy się stopę w morzu przy hotelu, to tak, jakby włożyło się ją do wiadra z lodem.

Bóg zabrał mieszkańcowi Vardø wszystko, ale pozwolił mu zachować poczucie humoru. To humor go ratuje. Na starym nabrzeżu stoją dziwaczne nowoczesne lampy. Są wysokie i cienkie, z kloszami z długich prostokątnych płyt, powykręcanych w różne strony. Poczucie humoru? Przypatruję im się długo. Szare i anemiczne, wyróżniają się na tle surowego nabrzeża i zrujnowanych przetwórni ryb po drugiej stronie; wyglądają jak znawcy literatury, którzy przypadkowo znaleźli się na zlocie kierowców tirów. Pytam recepcjonistę: „Cóż to za lampy?”. „To sztuka”, odpowiada.

Teraz dostrzegam inne dziwne rzeczy; na nabrzeżu budują nowy pawilon, o nieregularnych, nowoczesnych liniach. W betonie widać szereg małych zagłębień wielkości kapelusza, biegną jak ślady w kierunku hotelu. „Co to jest?”, pytam przechodzącą obok kobietę. „To sztuka”, odpowiada. Sztuka? Okazuje się, że miasto pięć lat temu zostało wybrane na miejsce obchodów tysiąclecia regionu. Ogłoszono wielki konkurs na upiększenie Vardø, wygrany przez firmę architektoniczną spoza miasta. Lampy ze zwisającymi uszami, dzieła sztuki w betonie i kilka płyt chodnikowych na plaży przed hotelem, które tworzą deptak wiodący do miasta, są częścią nowej nadbrzeżnej promenady za osiemnaście i pół miliona koron. Nareszcie, wygląda na to, że Vardø robi krok w przyszłość.

Wychodzę na spacer po promenadzie. Kamienne płyty leżą w takiej odległości jedna od drugiej, że trudno jest utrzymać równowagę. Kilkoro ludzi przechadza się tutaj chwiejnym krokiem; wyglądają tak, jakby potrzebowali wkładek do butów.

Z hotelu dzwonię do eks­-przewodniczącej komisji kultury i pytam, czy były inne propozycje, na co można by przeznaczyć osiemnaście milionów w Vardø? Odpowiada, że mieszkańcy Vardø dostali to, czego sobie życzyli. Zwycięski projekt nazywa się „Rzadki ptak”. Ale miasto przecież się rozpada?

„To niegrzeczne, co mówisz”, odpowiada. „Zrobiliśmy przedłużenie nabrzeża z modrzewia syberyjskiego”.

Odkładam słuchawkę.

Modrzew syberyjski?

W starej bibliotece wypożyczam całe mnóstwo literatury na tematy lokalne i kartkuję materiały o rybo­łówstwie, prześladowaniach czarownic, polowaniach na wieloryby i wybudowaniu najbardziej wysuniętej na północ twierdzy na świecie. Nie ma nic o piekle. Ale dwie starsze panie, z którymi rozmawiam w supermarkecie, zgodnie twierdzą, że leży ono po drugiej stronie zatoki, pod górą Domen. „W dawnych czasach podobno zaginęło tam bez śladu wielu ludzi”, mówi starsza z kobiet, ale sama tam nigdy nie była. „Co chcesz tam robić?”, pyta mnie. „To tutaj jest piekło”. Machnięciem ręki wskazuje na rozpadające się miasto.

Dzwonię do burmistrza i proszę o krótkie spotkanie.

„Mam mnóstwo pracy”, mówi. „Już odmówiłem dwóm osobom, które chciały dzisiaj ze mną rozmawiać. Wkrótce wyjeżdżam na urlop. Ale jeśli możesz przyjść natychmiast…”.

Burmistrz jest przystojnym mężczyzną w średnim wieku, ma przyjemny wyraz twarzy i podwinięte rękawy. Uśmiecha się uprzejmie, ale coś czai się za tym uśmiechem, coś autorytarnego i podejrzliwego. Z gabinetu ma widok na falochron i prosto na ocean. Biurko jest tak ogromne, że nie sięgam przez nie, żeby mu podać rękę. W powietrzu zamkniętym za nieumytymi oknami unosi się zapach pasztetu i słaba woń siarki ze zniszczonej podłogi.

Burmistrz wstaje. „Ropa i gaz”, mówi, „to na to teraz czekamy. I na rozwój północnych terenów. Wszyscy wiedzą, że nastąpi. Inwestorzy już zaczynają wykupywać nieruchomości w Vardø. Sam to widziałem”. Pytam go, czy to pewne, że pieniądze z ewentualnego wydobycia ropy i gazu przypadną Vardø, a nie popłyną dalej do kraju?

„Jeśli cały kraj będzie miał dobrobyt, to i my. Majorka”, mówi i uśmiecha się. „Tam się właśnie wybieram”.

Schodzę po schodach w ratuszu, mijając sennych urzędników w małych okienkach. Wpatrują się we mnie. Norwegia posiada fundusz naftowy w wysokości tysiąca dwustu miliardów koron. To wystarczyłoby na wybudo­wanie autostrady do Księżyca. Ile jeszcze dobrobytu potrzeba, żeby dało się go odczuć w Vardø?

W hotelu czeka na mnie wiadomość: ojciec recepcjonisty wytłumaczył, gdzie znajduje się szczelina. Na górskim płaskowyżu po drugiej stronie fiordu. Samochód parkuje się przy dawnej drodze dla dwukołowych bryczek, dalej idzie się kilkaset metrów na północny wschód. Ścieżkę w dół trudno znaleźć. Teren jest stromy. Pożyczam lornetkę i przygotowuję się do wyprawy. Ale nad Vardø napływają ciężkie chmury z północnego zachodu. „Zostań w Vardø”, mówi kobieta w sklepie z butami i patrzy na niebo. „Tak będzie bezpieczniej”.

Tak, w Vardø jest najbezpieczniej. Tu nadal jest nadzieja, myślę sobie.

Sam fakt mieszkania tutaj, na końcu świata, jest optymistyczny: zostań w Vardø.

Kiedy państwo chciało zamknąć lotnisko w Vardø przed trzema laty – oprócz wszystkich innych rzeczy, które zlikwidowało – miasto wreszcie powiedziało „stop!”. Gmina w proteście zawiesiła działalność. Miasto było bez władz. To była dramatyczna decyzja, prowokacyjna i bezprawna. Kiedy nadęty sekretarz stanu przybył ze stolicy na północ, aby przemówić im do rozumu, zastał miasto, gdzie wszystko było zamknięte. Szkoły, sklepy, biura. Sekretarz stanu – późniejszy minister modernizacji – wpadł w gniew. Ale ludzie byli nieugięci. Mieli jeden cel: zostać w Vardø. Sekretarz stanu zmuszony był pojechać z powrotem i przekazać tę wiadomość rządowi.

Pomogło. W Vardø powstało kilka urzędów publicznych. Czy czuło się, że to nowy początek, słaba nadzieja? Czy też był to ostatni uśmiech losu przed nadejściem końca?

Wchodzę na mały cmentarz skąpany w świetle zachodzącego słońca, patrzę na przetwórców ryb, handlarzy, rybaków i lokalnych działaczy. Leżą tutaj ramię w ramię i czekają. I w tym momencie nagle dociera do mnie, dlaczego na ulicach Vardø nie widać ludzi.

Ludzie siedzą w swych domach i czekają. Czekają na cokolwiek, co może stać się podstawą nowego rozwoju. Nowej nadziei. Ruchu. To tak jak w starej dziecięcej zabawie: nie mają odwagi się poruszyć, w obawie, że to mogłoby wszystko popsuć. Czekają na nowych mieszkańców. Czekają na siebie nawzajem. Czekają na pomysły, które nigdy się nie pojawiają. Czekają na najbogatszego człowieka w Norwegii, który przed dwoma laty nagle pojawił się w momencie największego kryzysu, gdy nawet niedawno otwarta nowoczesna przetwórnia ryb ­zbankrutowała. A ściślej mówiąc: zstąpił. Zstąpił z chmur – deus ex machina – w swym wartym trzysta milionów koron prywatnym samolocie. Wylądował na lotnisku i został natychmiast przeniesiony na złotym tronie między zniszczone budynki. Był zainteresowany Vardø. To było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.

Tak więc czekają. Najbogatszy człowiek w Norwegii musi się wkrótce zdecydować. Czekają na tych, co wyjechali, ale przyjeżdżają do domu co roku, w czerwcu. Czekają na dotacje od państwa i regionu, które zawsze są za małe. Czekają na lato. I czekają na kandydata na premiera.

Przyjedzie tu już niedługo. Kandydat na premiera z ludzką twarzą. Ale jeśli będzie rządził, to żelazną ręką. Ludzie nie mają złudzeń. A mimo to czekają. Biblio­tekarz czeka. Właściciel sklepu czeka. Żywi czekają. Martwi czekają. Historia czeka.

Ale w zlikwidowanej przetwórni ryb po drugiej stronie fiordu, która została okrzyknięta najbardziej nowoczesną przetwórnią w Europie – fabryce, gdzie pracownicy nosili mikrochipy, które automatycznie zapewniały im dostęp do czerwonych, zielonych i niebieskich stref – w tej właśnie zlikwidowanej przetwórni, najdroższej ruinie Europy, siedzi człowiek, który nie czeka. On jest przedsiębiorcą. Widać to na pierwszy rzut oka. Ma wąskie, zacięte usta, nosi brodę, a jego głos jest stanowczy. „Przyszłość należy do mnie”, mówi.

Na początku go wyśmiewali. Teraz przestali. Tutaj, w przetwórni, mógł tanio – do czasu – wynajmować lokale z wielkimi basenami, w których roi się od tysięcy gigantycznych krabów królewskich. Kraby wędrują z Rosji, wzdłuż dna morskiego. Dziesiątki tysięcy. Przed dziesięcioma laty nie docierały dalej niż do Vardø. ­Teraz osiągnęły Tromsø, dziewięćset kilometrów dalej na południe. I jest ich coraz więcej. Miliony.

Przedsiębiorca łapie je i prowadzi badania nad ich hodowlą. Chce je eksportować żywe do drogich restauracji w Europie, gdzie trzymane będą w akwariach, by klient sam mógł wybrać sobie swój obiad. Są naprawdę wielkie. Z wystającymi oczami i ogromnymi szczypcami leżą jeden na drugim, ściśnięte, i patrzą na znienawidzonych oprawców. Odległość między szczypcami może dochodzić do półtora metra. Mnożą się jak króliki i rosną jak słonie. Co jeśli stłuką akwarium w połowie obiadu i skorzystają z okazji, żeby połknąć dobrze sytuowanego socjaldemokratę? Jutro pierwszy krab jedzie do Paryża. Przedsiębiorca pokazuje mi oszroniony poliuretanowy pojemnik, w którym krab poleci nad kontynentem, schłodzony i apatyczny. A tam pewna znana sieć restauracji zwołała już dziesięciu mistrzów kuchni, którzy będą z nim eksperymentować. Pojedzie krab Fritz. Pierwszy na świecie interkontynentalny krab królewski. Wpatruje się w nas z basenu, drepcze w bok i wolno porusza wielkimi szczypcami, ani na chwilę nie spuszczając z nas wzroku. Nagle podnosi się gwałtownie, wynurza nad powierzchnię wody i wystawia do przodu oczy. Jakby próbował coś powiedzieć. Ale słowa zastygają w grymasie, który liczy sobie sześćset milionów lat. „To jest piekło”, mówi.

Zaczynał się dzień polarny, nocy już wcale nie było. Chmury przetaczają się znad morza. Zrzucają swój ładunek w pionowych kreskach nad miastem i spieszą dalej. Zdecydowałem się odłożyć moją wyprawę do szczeliny na następny dzień. Przyjemnie chodzi się po ulicach w deszczu. Ludzie tu są, teraz to wiem, ale niewidzialni. Wędruję wzdłuż Østervågen, mijam komendę policji, która otwarta jest tylko od ósmej do szesnastej, i podchodzę do rozpadających się baraków rybackich, stojących na tej samej wysokości co falochron. Autostrada E75, która ma swój początek w miejscowości Sitia na Krecie, kończy się tutaj. Na wale. Dalej już nie ma drogi.

Po drugiej stronie, na wzgórzu, przy końcu wąskiej uliczki, stoi żółty dom z zielonymi oknami. To nie jest dom, który mógłby wzbudzić zainteresowanie. Jest porządny i niedawno pomalowany. Na zewnątrz stoi świeżo umyty opel. Na schodach leżą zabawki. Zwykły dom. Ale pod jednym względem jest absolutnie wyjątkowy: to najbardziej wysunięty na wschód dom Europy Zachodniej.

Tak, tu kończy się Europa Zachodnia. Kontynent naszego dzieciństwa, część świata z czasów, kiedy zło i dobro były jasno zdefiniowanymi pojęciami. Europa Zachodnia: nadzieja powojennych lat, lider wolności, demokracji, pluralizmu, dobrobytu, bezpieczeństwa – i oto kończy się to wszystko tutaj, w tym małym domku, przyciśniętym do morza i muskanym lodowatą bryzą, wiejącą od bieguna. To najdalej wysunięty na wschód dom naszej starej części świata.

Przyglądam się domowi. Chodzę w tę i z powrotem, poruszony, przejęty moimi myślami. Muszę zapukać.

Nikt nie otwiera. Pukam raz jeszcze, po czym podchodzę do okna kuchennego i zaglądam do środka. Słyszę różne dźwięki. Ktoś jest w przedpokoju. Otwierają się drzwi. Stoi w nich rosły mężczyzna, w zielonym poliestrowym podkoszulku i z rudą brodą, na palcu ma obrączkę. Przepraszam go. Wyjaśniam, że pracuję nad artykułem. Mężczyzna nie spuszcza ze mnie wzroku. „Naprawdę nie chciałem przeszkadzać”, powtarzam. „Ale jak to jest mieszkać w ostatnim domu na wschodnim krańcu Europy Zachodniej?”.

Mija kilka sekund. Mężczyzna ciągle wpatruje się we mnie. „Co?”, wydusza z siebie w końcu.

„To najdalej wysunięty na wschód dom w Europie Zachodniej”, powtarzam. „Ach tak?”, mówi. „Mieszkam tu z dwójką dzieci”.

W środku słyszę szybkie kroki, śmiech, coś upada na podłogę; dzieci w każdym razie jeszcze nie śpią. Mężczyzna nie przestaje na mnie patrzeć. Ale nie zaprasza mnie do środka, nic nie mówi, patrzy tylko w milczeniu.

„Tak, w takim razie dziękuję bardzo”, mówię.

To moja ostatnia noc w Vardø. A jutro przyjeżdża kandydat na premiera.

Stoję na szczycie góry Domen i obserwuję lądujący samolot. Mam stąd widok na lotnisko i mały samochód, który czeka na kandydata na premiera. Samolot kołuje w stronę niskiego terminalu, zatrzymuje się i wyłącza silniki.

Szukam zejścia do szczeliny. Mam ze sobą mapę, kompas i linę. Poruszam się według wskazówek, brnę przez wrzosowisko tuż przy krawędzi urwiska, schodzę na ustęp skalny. Drapieżny ptak podrywa się do lotu i z ostrym „kirrr” błyskawicznie kieruje w moją stronę, mijając mnie o włos. Nade mną wznoszą się maszty telewizyjne na Domen. Jak dwie gigantyczne wieże wiertnicze rozpostarte są nad piekłem: wypompowują z głębi świństwa, reality, fuck me, płaskie twarze telewizyjne i ułomnych dostawców rozrywki, po czym przesyłają to do reszty kraju.

Maszty skrzypią. Wieje wiatr.

Tyle śladów krzyżuje się ze sobą tutaj na Domen. Stare szlaki. Rozpadające się mury. Rosjanie. Finowie. Samowie. Norwegowie. Odkrywcy. Kandydaci na premiera. Nagi krajobraz rozciąga się na południe, faluje, gdzieniegdzie przebłyskują w nim jasnobłękitne oczka wodne. Pstrąg pluska się w wodzie. Stada kuropatw żerują pod nawisami skalnymi. Bagniste łąki będą wkrótce pełne ciemnożółtych malin moroszek. Raj. I tuż obok – szczelina.

Mam do wyboru trzy źródła z pierwszej ręki, które podają, gdzie znajduje się zejście. Główną tezą mojego artykułu do czasopisma literackiego będzie istnienie piekła. To wzbudzi sensację w środowisku literackim. Piekło zdekonstruowane, taki dam tytuł. Przygotowałem już szereg najważniejszych argumentów.

I nagle znajduję to, czego szukałem. Przy samej krawędzi urwiska, u dołu zagłębienia w skale, znajduje się metrowej szerokości rozpadlina. Czuć z niej słaby ciąg powietrza, ma zapach ziemi i stęchlizny. Próbuję dojrzeć coś na dole, ale jest zbyt ciemno. Kamień stacza się i spada do jamy. Nie słychać, żeby uderzył w dno. To tutaj.

Stoję nieruchomo. Przede mną na wszystkie strony rozciąga się ocean i świat, z Vardø jako małą pływającą plamą. Nigdzie nie widać znaku życia.

To dziwne uczucie stać tutaj samotnie, po dwóch i pół tysiąca lat europejskiej historii, i mieć świadomość, jak niewyobrażalnie dużo diabelstwa wydostało się z tego otworu. Być może właśnie tego brakowało: zlokalizowania siedziby zła. Dopiero wtedy udałoby się coś z nim zrobić.

Rozglądam się dookoła. Nie mogę się powstrzymać. Pochylam się nad szczeliną i wołam: „Hop, hop!”.

Żadnej odpowiedzi.

„Hop, hop!”, wołam raz jeszcze.

Bez odpowiedzi. Żadnego znaku życia. Wtedy dociera do mnie prawda: piekło też jest wyludnione.

Ale gdzie podziały się wszystkie małe diabły?

Siedzą w departamentach i radach. W biurach pro­jektantów i pracowniach architektów. Zostały przewodniczącymi komisji kultury i zagospodarowania regionu. Ubierają północną część kraju w artystyczne lampy i modrzew syberyjski. A duże diabły?

Po raz pierwszy nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie siądę do pisania artykułu.

Siedzę w restauracji hotelowej i pochylam się nad kotletami z renifera.

Kandydat na premiera siedzi kilka stolików dalej. Wygląda bardzo dobrze. Widać po nim, że ma przyjazne nastawienie. Jest otoczony ważnymi i mniej ważnymi przedstawicielami regionu. Burmistrz przybył również, w świeżo wyprasowanej koszuli; w blasku zachodzącego słońca przez sekundę wygląda, jakby miał dwa małe rogi na czole.

Naradzają się, jakich odpowiedzi na pytania ma udzielić kandydat na premiera. Słyszę, jak burmistrz mówi: „To będzie duże spotkanie z mieszkańcami. Musisz się liczyć z tym, że może zjawić się kilku miejscowych rozrabiaków”. „A może poszlibyśmy na spacer po mieście?”, słyszę, jak kandydat na premiera kilkakrotnie powtarza to pytanie, bez zauważalnej reakcji pozostałych.

Panuje radosny nastrój. Burmistrz, niestety, nie może dołączyć do nich po wystąpieniu kandydata na premiera. Jego urlop właśnie się teraz zaczyna. Majorka.

Wszyscy są w dobrych humorach. Kandydat ponownie proponuje spacer po mieście.

Wstaję. Czas już ruszać.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

PRZYPISY

[1] Knut Hamsun, Pan. Z papierów porucznika Thomasa ­Glahna­, przełożyła Anna Marciniakówna, Świat Literacki, Izabelin 1997, s. 21.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: [email protected],

[email protected], [email protected],

[email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected],

[email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected],

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl, ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków,

tel. +48 12 432 08 52, e­-mail: [email protected]

Wołowiec 2015

Wydanie II