Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Londyn spowity mgłą. Piękna kobieta otrzymuje co roku, w tym samym dniu, anonimową przesyłkę – wielką, lśniącą perłę. Aż pewnego dnia przychodzi list. Tajemniczy nadawca prosi o spotkanie i obiecuje wyjawić prawdę o zaginionym ojcu oraz o skarbie, który zmienił bieg wielu istnień.
Mary Morstan puka do drzwi domu przy Baker Street 221B. Sherlock Holmes, zatopiony w siedmioprocentowym roztworze i znudzony szarością codzienności, ożywia się natychmiast. Doktor Watson – również, choć z zupełnie innych powodów.
To, co zaczyna się jako zagadka znikającego dziedzictwa, prowadzi w głąb mrocznej historii sięgającej powstania w Indiach, fortuny skradzionej w forcie Agra i przysięgi czterech ludzi, którzy złożyli na niej swój znak. Po Tamizie pomknie najszybsza pościg w dziejach kryminału, a Holmes stanie twarzą w twarz z przeciwnikiem nie mniej osobliwym niż on sam.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 180
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sherlock Holmes
Znak Czterech
Arthur Conan Doyle
Przetłumaczył Wacław Widigier
Sherlock Holmes zdjął zrogu kominka flaszeczkę, po czym zsafianowego futerału wyjął strzykawkę. Długimi, białymi, nerwowymi palcami osadził cienką igłę izakasał lewy mankiet koszuli. Wzrok jego na chwilę spoczął wzadumie na żylastym przedramieniu pocętkowanym licznymi ukłuciami. Wkońcu wbił igłę wciało, nacisnął tłok strzykawki iz głębokim westchnieniem zadowolenia zpowrotem opadł na wyściełany aksamitem fotel.
Od wielu miesięcy trzy razy dziennie byłem świadkiem tego zabiegu, ale nigdy nie mogłem się znim pogodzić. Przeciwnie, zkażdym dniem widok ten drażnił mnie coraz bardziej, asumienie wyrzucało mi brak odwagi przeciwdziałania. Codziennie niemal obiecywałem sobie nie dopuścić więcej do czegoś podobnego, ale chłodne, swobodne obejście przyjaciela miało wsobie coś nieokreślonego, co nie pozwalało na zbytnią poufałość. Nauczyłem się cenić jego wielkie zdolności iniepospolite zalety, onieśmielał mnie niekiedy wręcz jego ton despotyczny, wyniosły, inie chciałem mu się narażać.
Tego dnia jednak, bądź pod wpływem kilku kieliszków Beaune, wypitych przy lunchu, bądź że postępowanie Holmesa doprowadziło mnie do ostateczności, uczułem nagle, że dłużej nie wytrzymam.
– Na co dzisiaj kolej? – spytałem. – Morfina czy kokaina?
Holmes zwolna uniósł oczy znad kart starej książki.
– Kokaina – odparł – roztwór siedmioprocentowy. Chcesz spróbować?
– Dziękuję – rzekłem szorstko. – Mój organizm nie uporał się jeszcze ze skutkami wyprawy do Afganistanu, nie mogę sobie pozwalać na żadne wybryki.
Rozdrażniony ton odpowiedzi wywołał uśmiech Holmesa.
– Może masz słuszność, Watsonie – rzekł. – Zdaje się, że pod względem fizycznym te narkotyki źle na mnie wpływają. Niemniej tak niesłychanie pobudzają irozjaśniają umysł, że wobec tego tamto ich oddziaływanie jest głupstwem.
– Zastanów się – rzekłem poważnie. – Pomyśl, czym to opłacasz! Twój umysł być może podnieca się iożywia, ale jednocześnie odbywa się wtwoim ustroju chorobliwy proces patologiczny, który pociąga za sobą spotęgowaną przemianę tkanek iw końcu może doprowadzić do zupełnego stanu osłabienia iwyczerpania. Wiesz także dobrze, jaka reakcja przychodzi później. Doprawdy gra nie warta świeczki. Po co, na miłość boską, dla przelotnej przyjemności narażasz się na utratę tych wielkich zdolności, jakimi obdarzyła cię natura? Pamiętaj, że mówię nie tylko jako przyjaciel, ale ijako lekarz do człowieka, za którego zdrowie jestem do pewnego stopnia odpowiedzialny.
Holmes nie wyglądał na obrażonego. Przeciwnie; złożył dłonie, ałokcie oparł na poręczach fotela, jak ktoś, kto zupodobaniem prowadzi rozmowę.
– Mój umysł – rzekł – buntuje się przeciw bezczynności. Daj mi jakieś zagadnienie do rozwikłania, daj mi pracę, daj najtrudniejszy kryptogram albo najzawilszą analizę, azobaczysz mnie we właściwej atmosferze. Wówczas mogę się obywać bez sztucznej podniety. Ale mam wstręt do powszedniej, nudnej rzeczywistości. Trawi mnie gorączka pracy umysłowej. Dlatego właśnie obrałem swój specjalny zawód, albo raczej stworzyłem go, bo... jestem na świecie unikatem.
– Jedynym prywatnym detektywem? – spytałem.
– Jedynym prywatnym detektywem-doradcą – poprawił. – Jestem ostatnim inajwyższym trybunałem apelacyjnym wsprawach śledczych. Gdy Gregson, Lestrade albo Athelney Jones tracą głowę, co nawiasem mówiąc, jest ich stanem normalnym, przedstawiają mi sprawę. Ja zaś badam rzecz jako ekspert iwydaję opinię specjalisty. Nie domagam się sławy. Mojego nazwiska nie znajdziesz wżadnej gazecie. Praca dla samej pracy, zadowolenie, że znajduję pole dla swych specjalnych zdolności to moja najwyższa nagroda. Ale miałeś przecież pewne doświadczenie zmoją metodą pracy wsprawie Jeffersona Hope'a.
– Tak – rzekłem szczerze. – Nic nie wprawiło mnie wtakie zdumienie. Opisałem nawet tę sprawę pod nieco fantastycznym tytułem: Studium wszkarłacie.
Holmes ze smutkiem pokiwał głową.
– Przeglądałem tę książkę – rzekł. – Prawdę mówiąc, nie mogę ci jej powinszować. Śledztwo policyjne jest, albo raczej powinno być, nauką ścisłą itrzeba je traktować wsposób chłodny, trzeźwy. Ty zaś usiłowałeś zabarwić je romantyzmem, co wywołuje taki sam skutek, jakbyś próbował włączyć wpiąty aksjomat Euklidesa jakąś przygodę miłosną.
– Ale to naprawdę była romantyczna historia! – broniłem się. – Nie mogłem przecież przekręcać faktów.
– Niektóre fakty trzeba pomijać albo przynajmniej wtraktowaniu ich należy zachować właściwą miarę. Jedyny punkt zasługujący wtej sprawie na wzmiankę to ciekawe analityczne snucie przyczyn ze skutków, dzięki czemu zdołałem wyjaśnić tę sprawę.
Podrażniła mnie ta jego krytyka książki, którą napisałem specjalnie, żeby zrobić mu przyjemność. Wyznaję też, że gniewał mnie egotyzm przyjaciela domagający się widocznie, aby każda linijka mojej powieści poświęcona była wyłącznie jego wyczynom. Niejednokrotnie wciągu szeregu lat, jakie przemieszkałem zHolmesem przy Baker Street, zauważyłem, że pod pokrywką spokojnego, dydaktycznego zachowania mego towarzysza kryje się trochę próżności. Nie odpowiedziałem jednak, tylko siedziałem wmilczeniu, masując nogę, którą mi przeszyła kula wAfganistanie, aktóra pomimo zagojenia dawała mi się mocno we znaki przed każdą zmianą pogody.
– Moja praktyka rozszerzyła się ostatnio na kontynent – rzekł Holmes po chwili, nabijając fajkę tytoniem. – Wubiegłym tygodniu mojej porady zasięgał Françoise le Villard, który, jak ci zapewne wiadomo, zdobywa wostatnich czasach coraz wybitniejsze stanowisko we francuskiej policji śledczej. Posiada prawdziwie celtycką zdolność szybkiej intuicji, brak mu jednak szerszego poglądu iwiedzy ścisłej, co jest niezbędne dla wyższego rozwoju naszej sztuki. Sprawa dotyczyła testamentu ibyła dość zajmująca. Wskazałem mu dwie analogiczne sprawy: jedną wRydze wroku 1857, drugą wSt. Louis wroku 1871, co ułatwiło mu rozwikłanie. Oto list, który dostałem dziś rano zpodziękowaniem za pomoc.
Mówiąc to, podał mi arkusik papieru listowego. Przebiegłem go wzrokiem idostrzegłem mnóstwo wyrazów uwielbienia, jak „magnifique”, „coup de maître”, „tour de force”, świadczących ogorącym podziwie Francuza dla mego przyjaciela.
– Pisze jak uczeń do mistrza – zauważyłem.
– Przecenia moją pomoc – rzekł Sherlock Holmes zimno. – Sam jest bardzo zdolny. Ztrzech przymiotów niezbędnych dla idealnego detektywa posiada dwa: zmysł obserwacyjny iumiejętność dedukcji. Brak mu tylko, jak mówiłem, wiedzy, ale ta przyjdzie zczasem. Tłumaczy teraz moje drobne prace na język francuski.
– Twoje prace?
– Nie wiedziałeś? – rzekł, śmiejąc się. – Tak, popełniłem kilka monografii wkwestiach wyłącznie technicznych. Jedna na przykład traktuje O różnicach między popiołami zróżnych gatunków tytoniu. Wyliczam sto czterdzieści gatunków tytoniu cygar, papierosów ifajek, akolorowe ilustracje wykazują różnice popiołów. Jest to szczegół, który występuje ciągle wsprawach kryminalnych ibywa nieraz niesłychanie ważny jako poszlaka. Jeśli możesz stwierdzić, na przykład, że jakieś morderstwo zpewnością popełnił człowiek palący cygaro indyjskie, sfera poszukiwań znacznie się zacieśni. Dla wprawnego oka różnica między czarnym popiołem cygara „Trichinopoly” abiaławym „Hawanny” jest tak wielka, jak między kapustą akartoflem.
– Masz niesłychany dar obserwacyjny – zauważyłem.
– Oceniam tylko właściwe znaczenie szczegółów. Napisałem też monografię ośladach stóp idodałem kilka uwag osposobie używania gipsu jako środka do zachowania odcisku śladów. Wydałem także ciekawą książkę owpływie zawodu człowieka na kształt dłoni idołączyłem fotografie rąk blacharzy, marynarzy, zecerów, tkaczy iszlifierzy diamentów. Rzecz ta ma duże znaczenie praktyczne dla detektywa-naukowca, zwłaszcza wwypadkach, kiedy nie można stwierdzić tożsamości zwłok, albo przy badaniu trybu życia przestępców. Ale nudzę cię może swoim ulubionym konikiem?
– Bynajmniej. Zajmuje mnie to niesłychanie, zwłaszcza od czasu, kiedy mam sposobność przyglądać się, jak teorię stosujesz wpraktyce. Wspomniałeś jednak oobserwacji idedukcji. Aprzecież jedna obejmuje do pewnego stopnia drugą.
– Nie bardzo – odrzekł, rozpierając się wygodnie wfotelu ipuszczając kółka dymu. – Na przykład obserwacja wykazuje mi, że byłeś dziś rano wurzędzie pocztowym przy Wigmore Street, dedukcja zaś doprowadza mnie do wniosku, że wysłałeś stamtąd depeszę.
– Zgadłeś! – zawołałem. – Nie omyliłeś się ani co do jednego, ani co do drugiego. Nie mam tylko pojęcia, wjaki sposób doszedłeś do tego wniosku. Przyszło mi to nagle do głowy inie wspominałem otym nikomu.
– To takie proste – odparł, śmiejąc się zmego zdumienia. – Tak zabawnie proste, że wyjaśnienie nawet jest zbyteczne; nie poskąpię go jednak, bo może posłużyć ci do określenia granic obserwacji idedukcji. Zmysł obserwacji powiedział mi, że twoje stąpnięcia pozostawiają czerwonawe ślady. Otóż naprzeciw poczty przy Wigmore Street wyjęto bruk iporuszono ziemię akurat wmiejscu wejścia do urzędu. Ziemia ma tam specyficzny czerwonawy odcień. Tu kończy się obserwacja. Reszta to rzecz dedukcji.
– W jaki sposób zatem doprowadziła cię do wniosku, że wysłałem depeszę?
– Wiedziałem, że nie pisałeś listu, skoro siedziałem naprzeciwko ciebie cały ranek. Widzę też na twoim biurku cały arkusz znaczków isporą paczkę kartek pocztowych. Po cóż więc poszedłeś na pocztę, jeśli nie po to, żeby wysłać depeszę? Wyeliminuj wszystkie inne czynniki, aten, który pozostanie, musi być prawdą.
– W tym przypadku masz rację – odparłem po chwili. – Lecz sam mówisz, że to przypadek bardzo prosty. Czy nie posądzisz mnie ozarozumiałość, jeśli poddam twoje teorie cięższej próbie?
– Przeciwnie – rzekł – uchroni mnie to przed wzięciem drugiej dawki kokainy. Będę szczęśliwy, jeśli dzięki tobie znajdę się wobec jakiegoś nowego zagadnienia.
– Mówiłeś mi niegdyś, że człowiek zwykle zostawia na rzeczach codziennego użytku swoje indywidualne piętno, tak że wprawny obserwator dostrzeże je nieomylnie. Mam tu zegarek, który niedawno dostałem. Czy zechciałbyś łaskawie powiedzieć swoje zdanie oprzyzwyczajeniach ostatniego posiadacza zegarka?
To mówiąc, podałem mu zuśmiechem zegarek, ubawiony swoim pomysłem, bo zdawało mi się, że tej próbie nie sprosta. Chciałem mu dać wten sposób nauczkę za dogmatyczny ton, jaki niekiedy miewał. Holmes ważył zegarek wdłoni, obejrzał uważnie cyferblat, otworzył kopertę iprzyglądał się bacznie werkowi, najpierw gołym okiem, anastępnie przez lupę. Po chwili zamknął zegarek ipodał mi go, abył przy tym tak zbity ztropu, że ledwie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
– Nie ma tu prawie żadnych danych – rzekł. – Zegarek był niedawno czyszczony, ato pozbawia mnie najważniejszych wskazówek.
– Masz słuszność – odparłem. – Został oczyszczony, zanim mi go przysłano.
W duszy oskarżałem jednak towarzysza, że podaje bardzo niedorzeczną wymówkę dla zamaskowania swej porażki. Jakich danych mógł się spodziewać wzegarku nieczyszczonym?
– Jakkolwiek moje badanie nie dało pożądanych wyników, niemniej nie było zupełnie jałowe – zauważył Holmes, spoglądając wsufit zamglonymi oczyma. – Jestem prawie pewny, że zegarek ten należał do twego starszego brata, który go odziedziczył po ojcu.
– Wnosisz to zapewne zliter H. W. na kopercie, prawda?
– Tak. Litera Wkaże mi się domyślać twego nazwiska. Data zegarka jest sprzed pięćdziesięciu lat, ainicjały są równie stare jak zegarek; należał zatem do kogoś zpoprzedniego pokolenia. Biżuteria przechodzi zwykle na najstarszego syna, który najczęściej nosi imię ojca. Ojciec twój zmarł, oile się nie mylę, dość dawno temu. Zegarek tedy był wrękach twego najstarszego brata.
– Jak dotąd nie mylisz się we wnioskach – rzekłem. – Cóż dalej?
– Był to człowiek nieporządny. Nieporządny iniedbały. Miał bardzo dobre widoki na przyszłość, ale nie skorzystał znich; żył przez czas jakiś wubóstwie, potem znów powodziło mu się lepiej, aw końcu rozpił się iumarł. To wszystko, czego zdołałem się dowiedzieć.
Podrażniony, zsercem pełnym goryczy, zerwałem się zkrzesła izacząłem kuśtykać po pokoju.
– To niegodne ciebie, Holmesie – rzekłem. – Nigdy bym nie przypuszczał, że zniżysz się do czegoś takiego. Dowiedziałeś się skądś szczegółów życia mego nieszczęśliwego brata, ateraz twierdzisz, że dedukujesz je wjakiś fantastyczny sposób. Nie możesz chyba wymagać, żebym uwierzył, iż wyczytałeś to wszystko zjego zegarka! To nieładnie ztwojej strony, amówiąc szczerze, zakrawa na szarlatanerię.
– Drogi doktorze – rzekł łagodnie – bardzo cię przepraszam. Rozpatrując całą sprawę jako zagadnienie abstrakcyjne, zapomniałem, jak dalece ta sprawa dotyczy cię osobiście ijak może ci być przykra. Zapewniam cię jednak, że nie wiedziałem, iż miałeś brata, dopóki mi nie wręczyłeś tego zegarka.
– W takim razie, wjakiż cudowny sposób domyśliłeś się tych wszystkich faktów? Są zgodne zprawdą wkażdym szczególe.
– To szczęśliwy zbieg okoliczności, bo mogłem tylko robić przypuszczenia. Nie spodziewałem się, że będę tak ścisły.
– Ale przecież to nie było proste zgadywanie?
– Nie, nie. Nigdy nie zgaduję. To złe przyzwyczajenie... zgubne dla logiki. Niejedno wydaje ci się osobliwe dlatego, że nie śledzisz biegu moich myśli albo też nie zwracasz uwagi na drobne fakty, zktórych można nieraz wysnuć ważne wnioski. Na przykład zacząłem od twierdzenia, że twój brat był niedbały. Gdy się przyjrzysz niższej części koperty zegarka, dostrzeżesz, że jest nie tylko wgnieciona wdwóch miejscach, ale cała porysowana, ato skutkiem tego, że wtej samej kieszeni noszono inne przedmioty, jak drobne pieniądze lub klucze. Niewielka zatem sztuka wywnioskować stąd, że człowiek obchodzący się wtaki sposób zzegarkiem za pięćdziesiąt gwinei jest człowiekiem niedbałym. Nietrudny jest tu również domysł, iż kto dziedziczy jeden przedmiot tak znacznej wartości, jest ipod innym względem dobrze sytuowany.
Skinąłem głową na znak, że śledzę bieg jego rozumowania.
– Lombardy wAnglii, przyjmując zegarek, mają zwyczaj wydrapywania szpilką wewnątrz koperty numeru kwitu. Jest to wygodniejsze niż kartka, aprzy tym wten sposób numer nie może zaginąć. Otóż przez lupę dojrzałem aż cztery takie numery wewnątrz koperty. Stąd wniosek pierwszy, że brat twój bywał często wkłopotach finansowych, adrugi, że miewał okresy dobrobytu, inaczej bowiem nie mógłby wykupywać zastawu. Wkońcu spójrz na kopertę wewnętrzną, wktórej znajduje się otwór na kluczyk. Patrz na te rysy dokoła dziurki... to znak, że kluczyk się obsuwał. Czy trzeźwy człowiek zrobiłby coś podobnego? Nie zobaczysz zaś nigdy zegarka pijaka bez takich zadrapań. Pijak nakręca go wnocy ipozostawia ślady niepewnej ręki. Gdzie tu wtym wszystkim tajemnica?
– Ależ to jasne jak słońce – odparłem. – Przykro mi, że byłem taki niesprawiedliwy. Powinienem był mieć więc zaufanie do twoich zdumiewających zdolności. A wolno spytać, czy masz jakieś zajmujące śledztwo na warsztacie?
– Nie. Dlatego wracam do kokainy. Nie mogę żyć bez pracy umysłowej. Bo icóż życie bez tego warte? Spójrz przez okno. Jaki ten świat ponury, okropny, nudny! Patrz, jak mgła włóczy się po ulicach, jak osiada na tych szpetnie malowanych domach. Czy może być coś prozaiczniejszego? Na co się zda mój szczególny talent, jeśli nie mam pola do jego zastosowania? Zbrodnia jest banalna, życie banalne i... tylko banalne, pospolite zdolności znajdą zawsze pole do popisu.
Otworzyłem już usta, chcąc coś odpowiedzieć, gdy rozległo się krótkie pukanie do drzwi iweszła nasza gospodyni, niosąc na tacy bilet wizytowy.
– Jakaś młoda dama do pana – rzekła, zwracając się do Holmesa.
– Mary Morstan – przeczytał Sherlock. – Hm... nie pamiętam, żebym kiedyś słyszał to nazwisko. Niech pani poprosi tę panią. Doktorze, nie odchodź.
Miss Morstan weszła do pokoju pewnym krokiem, zupełnie spokojna. Była to drobna, młoda blondynka, ubrana zdużym smakiem. Pomimo tego strój jej uderzał skromnością iprostotą, która pozwalała domyślać się, że jej środki materialne są ograniczone. Suknia zciemnego, popielatego beżu nie była niczym przybrana ani obszyta, na jasnych włosach miała toczek koloru sukni, przybrany białym piórkiem, przypiętym zboku. Twarz jej nie odznaczała się regularnością rysów ani pięknością cery, ale miała wyraz słodki imiły, awielkie błękitne oczy były niezwykle bystre iszlachetne. Widziałem kobiety rozmaitych narodowości itrzech różnych kontynentów, lecz nie zdarzyło mi się spotkać oblicza, na którym wyraźniej odbijałyby się natura subtelna iwrażliwa. Zauważyłem, że kiedy siadała na krześle, które podsunął Sherlock Holmes, miss Morstan była wzburzona, usta jej drżały, ręce poruszały się nerwowo.
– Przyszłam do pana, panie Holmes – rzekła wreszcie – bo pan dopomógł niegdyś mojej chlebodawczyni, Cecylii Forrester, wrozwiązaniu pewnego domowego problemu. Nie może zapomnieć pańskiej uprzejmości iumiejętnego prowadzenia śledztwa.
– Pani Cecylia Forrester... – powtórzył Holmes wzamyśleniu. – Zdaje się, że byłem jej pomocny. Lecz, oile pamiętam, była to jakaś bardzo prosta sprawa.
– Jej zdaniem nie. Wkażdym razie nie będzie pan mógł powiedzieć tego omojej sprawie. Trudno sobie wyobrazić coś dziwniejszego, bardziej niejasnego niż sytuacja, wjakiej się znalazłam.
Holmes zatarł ręce, oczy mu rozbłysły. Rozparł się wygodnie wfotelu, ana twarzy osiadł mu wyraz skupienia.
– Proszę, niech pani powie, oco chodzi – rzekł urzędowym tonem.
Moje położenie zaczynało być kłopotliwe, czułem, że jestem zupełnie zbyteczny.
– Przepraszam, wychodzę – rzekłem, wstając.
Ku memu wielkiemu zdziwieniu miss Morstan wyciągnęła ku mnie drobną dłoń, odzianą welegancką rękawiczkę.
– Gdyby pański przyjaciel – rzekła do Holmesa – zechciał pozostać, mógłby mi oddać nieocenioną przysługę.
Usiadłem.
– Krótko mówiąc – ciągnęła dalej – oto parę faktów. Ojciec mój służył wpułku indyjskim iodesłał mnie do kraju, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem. Matka nie żyła, nie miałam wAnglii żadnych krewnych. Umieszczono mnie wpensjonacie wEdynburgu i tam pozostałam do siedemnastego roku życia. Wroku 1878 ojciec, wówczas wrandze kapitana, otrzymał roczny urlop iprzyjechał do kraju. Telegrafował do mnie zLondynu, że przybył szczęśliwie iwezwał, abym niezwłocznie przyjechała izgłosiła się do Hotelu Langham, gdzie się zatrzymał. Wybrałam się natychmiast. Przybywszy do Londynu, pojechałam do wskazanego hotelu idowiedziałam się, że kapitan Morstan tu mieszka, ale wyszedł poprzedniego wieczora ijeszcze nie wrócił. Czekałam przez cały następny dzień. Wieczorem, idąc za radą hotelarza, zawiadomiłam policję, anazajutrz dałam ogłoszenie do gazet. Poszukiwania pozostały bez skutku iod owego czasu po dziś dzień nie mam oojcu żadnej wieści. Powrócił pełen nadziei, spodziewając się znaleźć wypoczynek ispokój, atymczasem...
Podniosła dłoń do oczu, łkanie przerwało jej dalsze słowa.
– Kiedy to miało miejsce? – spytał Holmes, otwierając notatnik.
– Znikł trzeciego grudnia 1878 roku... blisko dziesięć lat temu.
– A jego bagaże?
– Zostały whotelu. Nie było wnich nic, co mogłoby dać jakąkolwiek wskazówkę. Trochę ubrania, kilka książek ispory zbiór osobliwości zWysp Andamańskich, gdzie był oficerem straży więziennej.
– Czy miał jakichś przyjaciół wLondynie?
– Wiem tylko ojednym, majorze Sholto ztego samego trzydziestego czwartego pułku piechoty bombajskiej. Major opuścił służbę na krótko przed ojcem izamieszkał wUpper Norwood. Porozumiałam się znim oczywiście, ale nie wiedział nawet, że jego kolega przybył do Anglii.
– Szczególna sprawa – zauważył Holmes.
– Nie powiedziałam panu jeszcze, co wtym jest najszczególniejsze. Oto sześć lat temu, dla ścisłości dodam, że było to czwartego maja 1882 roku, ukazało się w„Timesie” ogłoszenie zzapytaniem oadres Mary Morstan. Zaznaczono przy tym, że podanie adresu będzie leżeć wmoim własnym interesie. Wogłoszeniu nie było adresu ani nazwiska. Wowym czasie właśnie zaczęłam pracować jako nauczycielka upani Forrester. Za jej radą podałam swój adres. Tego samego dnia przysłano mi pocztą małe tekturowe pudełeczko, wktórym znalazłam bardzo dużą, piękną perłę. Lecz poza tym nic: ani listu, ani nawet kartki. Odtąd co roku tego samego dnia otrzymywałam analogiczne pudełko, zawierające taką samą perłę, bez jakichkolwiek danych co do osoby nadawcy. Pewien jubiler powiedział mi, że perły są niezwykłej piękności imają dużą wartość. Niech się pan sam przekona, są bardzo ładne.
Mówiąc to, wyjęła zkieszeni małe, płaskie pudełko, otworzyła je ipokazała nam sześć pereł tak pięknych, jakich wżyciu nie widziałem.
– Pani opowieść jest nader ciekawa – rzekł Sherlock Holmes. – Czy zdarzyło się pani jeszcze coś szczególnego?
– Tak, ito nie dalej jak dziś. Dlatego właśnie przyszłam do pana. Dziś rano otrzymałam ten oto list, który może zechce pan przeczytać.
– Dziękuję – rzekł Holmes. – Proszę też okopertę. Znaczek zLondynu, data siódmego lipca. Hm... wrogu odcisk męskiego kciuka... Prawdopodobnie listonosza. Papier najlepszego gatunku. Koperty po sześć pensów paczka. Człowiek dbający oswoje materiały piśmienne. Bez adresu... „Proszę być dzisiaj osiódmej wieczorem pod trzecią kolumną zlewej strony wprzedsionku Lyceum Theatre. Jeżeli się pani obawia, proszę przyprowadzić ze sobą dwóch przyjaciół. Jest pani kobietą pokrzywdzoną isprawiedliwości powinno stać się zadość. Niech pani nie zawiadamia policji”... Ha, ha!... „Jeśli to pani uczyni, wszystko przepadnie. Nieznany przyjaciel”. No, no, niezła tajemnica! I cóż pani zamierza uczynić, miss Morstan?
– Przyszłam właśnie, żeby się pana poradzić.
– W takim razie pójdziemy stanowczo... pani ija... tak, doskonale, idoktor Watson. Ten jegomość pisze odwóch przyjaciołach. Doktor nieraz już był mi pomocny.
– Tylko czy zechce pójść? – zapytała zprośbą wgłosie ispojrzeniu.
– Będę dumny iszczęśliwy – rzekłem skwapliwie – jeśli zdołam się pani przydać.
– Jesteście panowie obaj bardzo uprzejmi – podjęła. – Prowadzę samotne życie inie mam przyjaciół, do których mogłabym się zwrócić. Przyjdę oszóstej, nie będzie za późno?
– Nie; ale nie później – rzekł Holmes. – Jeszcze jedno pytanie. Czy list iadresy na przesyłkach zperłami są pisane jednym charakterem pisma?
– Mam je przy sobie – odparła, wyjmując sześć karteczek papieru.
– Jest pani doprawdy wzorową klientką. Zobaczmy. – Rozłożył kartki na stole iprzyglądał im się uważnie.
– Wszystko pisane zmienionym charakterem, zwyjątkiem listu – rzekł wkońcu – ale nie ulega kwestii, że to ręka jednej itej samej osoby. Proszę spojrzeć na to „e” ina zakręt przy „s”. Wszędzie powtarzają się jednakowo. Niewątpliwie pisane tą samą ręką... Nie chciałbym budzić w
