Znajomy i inne niepokojące opowiadania - Grzegorz Roch Bajorek - ebook
lub
Opis

Znajomy i inne niepokojące opowiadania to tytuł zbioru opowiadań wprowadzających czytelnika w stan niepokoju. Pozornie zwykłe wydarzenia z życia bohaterów, którymi są zwykli, współcześnie żyjący ludzie, przybierają nieoczekiwany, zagadkowy obrót.  Ich przygody mogą przytrafić się każdemu z nas, przez co czujemy się w środku tych wydarzeń, jakby dotyczyły nas samych. Akcja rozgrywa się w doskonale znanych miejscach: na Podkarpaciu, na warszawskich Bielanach, na drodze do Świecka...

Oberwanie chmury zaskoczyło ich po południu na odcinku Torzym–Rzepin w stronę Świecka. Niebo poczerniało, jakby dziecko pomazało kartkę czarną kredką. W ciągu kilku minut na drogę krajową numer dziewięćdziesiąt dwa obsunęła się ściana wody.
Ulewa była tak silna, że w samochodzie przestało działać radio, a wycieraczki nie nadążały z odgarnianiem deszczu. Andrzej automatycznie zablokował szyby i drzwi, włączył długie światła przeciwmgielne oraz zmniejszył prędkość. Wtedy to usłyszał…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 249


Grzegorz Roch Bajorek

ZNAJOMY

I INNE NIEPOKOJĄCE OPOWIADANIA

Wydawnictwo Akcent · Warszawa 2014

Redakcja i korektaMonika Buraczyńska ·kropki-kreski.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie, projekt okładki, przygotowanie edycji elektronicznej Maciej Matejewski · zecerstwo.pl

© Copyright bybc Edukacja sp. z o.o., Warszawa 2014

Wydanie pierwsze Warszawa 2014

isbn 978-83-7802-196-4

Wydawnictwo Akcent · bc Edukacja sp. z o.o. ul. Żurawia 43 lok. 320, 00-680 Warszawa tel. 22 862 17 [email protected]

www.wydawnictwoakcent.pl

ZNAJOMY

1.

Oberwanie chmury zaskoczyło ich po południu na odcinku Torzym – Rzepin w stronę Świecka. Niebo poczerniało, jakby dziecko pomazało kartkę czarną kredką. W ciągu kilku minut na drogę krajową numer dziewięćdziesiąt dwa obsunęła się ściana wody.

Ulewa była tak silna, że w samochodzie przestało działać radio, a wycieraczki nie nadążały z odgarnianiem deszczu. Andrzej automatycznie zablokował szyby i drzwi, włączył długie światła przeciwmgielne oraz zwolnił prędkość. Wtedy to usłyszał.

Na początku myślał, że hałas związany jest z szalejącą na dworze wichurą. Ale stukot dochodził z wewnątrz, coś metodycznie uderzało o spód auta, jakby wielki szczur miotał się w bagażniku.

Korzystając, że na moment znaleźli się w prześwicie i nic nie jechało z naprzeciwka, zjechał w stronę przeciwległego pasa ruchu i obserwował przez chwilę uważnie zachowanie pojazdu względem środka szosy. Niestety, tył opla znosiło w prawo. Widocznie poluzował się drążek poprzeczny albo resor. Albo jeszcze coś innego.

– Matko święta, dlaczego akurat teraz? – pomyślał.

Koło nich przemknął spóźniony japończyk mrugając światłami, trąbiąc i pryskając spod kół fontannami błota. Widoczność była minimalna, do tego, jak to w listopadzie, na dworze szybko zapadał zmrok. W obawie przed stłuczką Andrzej zwolnił lewy pas, pozwalając się wyprzedzać maruderom. Znowu jechali krawędzią szosy, w ciemnościach, wzdłuż szpaleru drzew. Skóra mu ścierpła, gdy pomyślał, co mogłoby się stać, gdyby wpadli w poślizg przy tej pogodzie.

Spojrzał w lusterko. Ona też zauważyła zmianę w sposobie jazdy, bo poruszyła się nerwowo.

– Jedź wolniej, Jędruś – poprosiła, splatając ręce na wypukłym brzuchu. – Strasznie trzęsie.

Zacisnął palce na kierownicy, aż pobielały mu kostki.

– Chcesz poprowadzić? – spytał. – Jeśli jesteś na siłach, to proszę, zamieńmy się. Zobaczymy, czy przy tej pogodzie dasz radę ominąć wyboje i garby na dojazdówce lepiej ode mnie.

– To było nie fair! – zaprotestowała. – W moim stanie? Poza tym wiesz, misiu, że nie mam prawa jazdy.

Wiem – pomyślał. – To akurat wiem bardzo dobrze.

Zakasłał.

– Z tyłu w kieszeni marynarki znajdziesz moją komórkę. Weź ją i wyślij matce wiadomość, że będziemy trochę później, na kolację – zakomenderował.

Kłamał. Już dawno w myśli obliczył, ile zajęłoby im dotarcie do domu rodziców, i doskonale zdawał sobie sprawę, że jest to niewykonalne. W taką pogodę, przy uszkodzonym zawieszeniu dłuższa podróż równała się samobójstwu. Nawet jazda tylko do Boczowa po relatywnie prostej drodze stawała się w tych okolicznościach ryzykowna. Tak, powinni się zatrzymać. Powinni…

Minęli przejazd kolejowy, potem stację benzynową. Z każdą minutą Andrzej czuł narastające napięcie, jakby niewidzialna siła skierowała go w tę stronę, a teraz kazała się zatrzymać.

– Powinieneś był, ośle, wybrać inną drogę! – szepnął do siebie. – Przez Ośno Lubuskie albo od strony Cybinki. Każdą, byle nie tę!

Wycieraczki pulsowały regularnie, odganiając cierpliwie natrętne strugi. Serce Andrzeja biło coraz szybciej, współgrając z odgłosem dochodzącym spod podwozia. Na zewnątrz wiatr monotonnie kołysał przydrożnymi drzewami. Kilka gałęzi wychyliło się pod wpływem silniejszego podmuchu na szosę i prześlizgnęło po przedniej szybie, szorując z chrzęstem o blachę. Jezu! Andrzej w ostatniej chwili opanował panikę, utrzymał auto na swoim pasie i zapobiegł zderzeniu z jadącą z naprzeciwka ciężarówką.

Nie dam rady – pomyślał zrezygnowany. – Przegrałem.

Narzeczona jakby czytała w jego myślach.

– Andrzej… Zatrzymajmy się na trochę. Gorąco mi – poprosiła.

Podkręcił klimatyzację.

– Lepiej?

Uśmiechnęła się wstydliwie. – Nie bardzo. Muszę… muszę skorzystać z toalety – szepnęła. – Wiesz, kobiece sprawy.

Tak naprawdę wytrzymałaby, ale martwiła się o niego. Ścisnęło jej się serce, gdy zobaczyła, jaki jest blady na twarzy. Wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć.

– Widziałam przed chwilą drogowskaz, tu gdzieś powinien być zajazd… – zasugerowała. – Tanie obiady u Marii, czy jakoś tak. Podana też była odległość, nie pamiętam dokładnie, ale na pewno blisko. Stańmy, proszę… Odświeżymy się. Odpoczniemy chwilkę. A w międzyczasie może przestanie padać. Co, misiu?

Nie odpowiedział. Przejechali jeszcze kilkaset metrów, aż na wprost od strony pasażera wyrosła – wciśnięta między topole – drutowana kapliczka Matki Boskiej obwieszona kolorowymi żółto-niebieskimi wstążkami. Zaraz po niej zza zakrętu w kierunku na Grodzisk wyłonił się stojący w polu budynek. Miał spadzisty czerwony dach, osadzony mocno jak czapka na głowie krasnala na szarych, świeżo odmalowanych ścianach, z wprawionymi dużymi, brązowymi oknami. Kwadratowy szyld zawieszony nad gankiem tańczył wesoło na wietrze, bijąc po oczach namalowanymi grubą fluoroscencyjną farbą skrzyżowanymi sztućcami.

Dopiero kiedy zbliżyli się na tyle, że litery na metalowej tablicy stały się możliwe do odczytania, Jędrek zwolnił, pozwalając, by niemiecki samochód siłą rozpędu ześlizgnął się na brukowany podjazd.

Gdzieś w pobliżu zaszczekał pies. W oknach gospody paliły się światła. Odetchnęła z ulgą, kiedy wyłączył silnik opla i odpiął pasy. Nachyliła się, chcąc go pocałować, i poczuła, że jego koszula jest lepka od potu.

– Dobrze się czujesz, kochanie? – zapytała z lękiem. Narzeczony oczy miał bowiem szeroko otwarte i dyszał jak ryba wyrzucona na piasek.

Przez kilka długich sekund Andrzej milczał w stojącym samochodzie, przecierając twarz dłońmi, jak człowiek wybudzony z głębokiego snu.

– Nic mi nie jest – mruknął wreszcie. – Chyba to jedzenie mi zaszkodziło.

2.

Pierogi udały się kuchni wyśmienicie. Andrzej skończył jeść, odłożył z brzękiem sztućce i oparł się na krześle, delektując się posiłkiem. Podniebienie wciąż przyjemnie łaskotał mu smak przysmażanej cebulki ze skwarkami. Syty i szczęśliwy znajdował teraz przyjemność w przyglądaniu się Magdalenie. Narzeczona jeszcze nie skończyła swego dania, maczała resztki nadzianej na widelec potrawy w śmietanie, zbierając ostatki z talerza, tak by nic się nie zmarnowało. Bardzo dobrze. Nawet w takich drobnych gestach odnajdował ślady świadczące o tym, że jego wybranka wychowała się w domu, w którym po południu piło się herbatę i tylko herbatę. Od starannie pomalowanych paznokci po upięte w górę ciemnoblond włosy była damą, a już najbardziej była damą teraz, w blasku świec, gdy jej profil z mocno zarysowanym podbródkiem odbijał się pięknie w szybie zajazdu.

Za oknem spadł pierwszy śnieg. Na dworze było ciemno choć oko wykol i mroźno, w jadalni dworku natomiast panowało przyjemne ciepło, błyszczały zapalone lampy i świece ustawione na masywnych stołach. Wrażenie przyjemnej błogości podsycała sącząca się leniwie z głośników umieszczonych na belkach pod sufitem muzyka. W kominku buzował ogień.

Jeśli tak ma wyglądać najszczęśliwszy dzień mojego życia – pomyślał Andrzej – to nie mam nic przeciwko temu.

Chrząknął głośno i otarł dyskretnie otłuszczone palce w skórę, którą wyłożone były siedziska, tak, by partnerka nie widziała. Następnie zerknął w stronę baru, gdzie Marek zajęty był czyszczeniem szklanek. Przywołał barmana gestem. W kieszeni zawczasu miał już przygotowany napiwek.

– Wezmę dwa piwa – zwrócił się do swojej kobiety. – Posiedzimy jeszcze trochę, a potem pójdziemy na górę, dobrze?

Sięgnął pod stół, wymacał pod obrusem krągłe kolano i uszczypnął. Mógł sobie na to pozwolić, oprócz nich i syna gospodyni na sali znajdował się tylko jeden gość i to odwrócony plecami. Magda pisnęła więc tylko i spojrzała na niego z wyrzutem. Nie lubiła takich zachowań, bardzo nie lubiła. Co tam, przyciągnął ją mocno do siebie i pocałował. Bierwiona w ogniu zatrzeszczały zazdrośnie. Zapach jej perfum w połączeniu ze słodkim smakiem ust pobudził go. I chociaż Magda bardzo szybko odsunęła się, Andrzej zdążył poczuć, jak krew napływa mu do podbrzusza. Miał ochotę zerwać się, iść z nią prosto do pokoju i kochać całą noc. Z trudem powstrzymał się, by nie zaproponować jej teraz seksu („Zachowuj się!” – pewnie by syknęła, zgorszona jego manierami). Nie potrzebował kłótni, więc spojrzał tylko z ociąganiem na zegarek.

– Nie ma jeszcze dziewiątej, skarbku, więc z kwadransik pogadam sobie jeszcze z Markiem – ziewnął. – Równy z niego facet, znamy się kopę lat, więc powinienem. Aha – przypomniał sobie – umówiłem się z właścicielką, panią Martą, że jutro, chociaż doba hotelowa jest do dwunastej, policzy nam po starej znajomości tylko za jedną noc. Dzięki temu bez pośpiechu zjemy śniadanie, a przed południem na odchodnym pokażę ci staw. Bawiłem się nad nim jako szczeniak, goniąc z kijkiem gęsi. Tak było – roześmiał się – uwierzysz? No więc taki mam plan. Jutro najpierw coś przekąsimy, potem zafundujemy sobie spacer, a po południu śmigniemy do Berlina na zakupy. Kupimy ci jakąś fajną sukienkę. A potem…

Przerwał, bo zauważył nagle, że narzeczona go nie słucha, patrzy za to intensywnie przed siebie. Andrzej poprawił okulary w złoconej oprawce i spojrzał w tym samym kierunku. Magdalena, nie wiedzieć czemu, wpatrywała się w samotnego mężczyznę w przeciwległym kącie sali. Blondyn, na oko trzydziestoletni, w brązowym kożuszku. Siedział samotnie i pił wolno jasne piwo. Andrzej zamrugał, próbując przypomnieć sobie, kiedy nieznajomy się pojawił. Jak wchodzili, byli sami, na pewno. Ki diabeł?

Magda była piękną kobietą, nic dziwnego, że obcy mężczyzna szybko zauważył zainteresowanie swoją osobą. Odwrócił się, szerokim gestem podniósł kufel i zamachał nim przyjaźnie w powietrzu.

Narzeczona poderwała się z miejsca, wywracając kieliszek. Reszta wina zachlapała obrus i Andrzejowe buty z wężowej skóry.

– Ojej, przepraszam! – rzuciła mu rozkojarzone spojrzenie, obciągając golf. Oczy jej błyszczały.

– Coś się stało, Magdalena? – spytał Jędrek, ale kończył mówić już do jej pleców. Ona bowiem, stukając obcasami i kołysząc zalotnie pupą, maszerowała w stronę stolika, przy którym siedział nieznajomy. Zaskoczony Andrzej wyciągnął szyję jak żuraw, w sam raz, by zobaczyć, jak ten drugi mężczyzna również podnosi się z miejsca i wylewnie całuje Magdę – jego Magdę! – w policzek. Zupełnie, jakby się znali, na pewno się znają! Inaczej by się przecież do niego nie dosiadła i z nim nie rozmawiała, a właśnie to robi. Jego kulturalna Magda! Coś takiego!

Na moment widok przesłonił mu Marek niosący dwa zimne tyskie.

– Dla ciebie – mruknął prawnik, podając barmanowi zgięty niebieski banknot. – Słuchaj, wiesz coś o tym gościu na końcu sali, który tak nagle zainteresował moją narzeczoną?

– Ach, ten lamus! – syn pani Marty uniósł brew. – Nazywa się Kostkiewicz czy jakoś tak. Przyjechał wkrótce po was, zameldowałem go niecałe dwie godziny temu. Pewnie złapała go śnieżyca. Wziął podwójny pokój bez targowania się i zamówił karkówkę z grilla. Jeździ hondą civic, to ten niebieski wózek zaparkowany od strony spiżarni. Ma polski paszport. Więcej nie wiem. Pierwszy raz go tu widzę na oczy.

Spojrzeli. Magda nachylona przez stół szeptała coś blondynowi do ucha. Na jej odsłoniętej szyi migotały kolczyki. Pod zielonym swetrem jej piersi były doskonale widoczne, jak dwa pełne jabłka.

– Twoja kobieta odważnie sobie poczyna – Marek podrapał się znacząco po fioletowej kropce pod okiem. – Gdyby moja sztuka gadała bez krępacji z jakimś fagasem, dałbym jej popalić. Ale nie martw się – pstryknął palcami. – Najwyżej dosypie się frajerowi coś do kawy na sen i po kłopocie.

No proszę, jest rozwiązanie. Andrzej roześmiał się głośno, Marek zawtórował mu i obaj już bez skrępowania zerknęli na tamtych dwoje, szczerząc zęby w uśmiechu. Magda musiała zorientować się, że jest obserwowana już przez dwie pary oczu, bo poprawiła spódnicę od Dolce & Gabana, pokazała na Andrzeja i powiedziała coś do obcego. Widocznie tłumaczyła mu, że są z Jędrkiem parą, bo nawet z daleka widać było, jak twarz tamtemu się ściągnęła. Z widocznym ociąganiem dźwignął się z miejsca i pozwolił, by towarzyszka poprowadziła go za rękę do stolika narzeczonego.

– Spływam. Jak coś, jestem w pobliżu – szepnął Marek. – A ty wrzuć na luz, pogadaj chwilę, a potem spław łachudrę. To w końcu twoja dupa, no nie?

Jędrek zdążył tylko skinąć twierdząco głową. Krew w nim wciąż buzowała. By się opanować, na chwilę zacisnął powieki. Pomogło, bo gdy je otworzył, zły sen prysł. Magda stała tuż obok, uśmiechając się niewinnie, jak zawsze. A za nią, z głupawą miną, sterczał jej znajomy. Z bliska nie wydawał się już kimś wyjątkowym. Wysoki, trochę niezgrabny facet. W kożuchu wytartym na rękawach przypominał bardziej rolnika niż biznesmena. Przestępował z nogi na nogę i rozcierał odmrożone ręce.

– To jest Norbert, a to Andrzej. Poznajcie się, chłopcy – dokonała prezentacji Magdalena.

Czerwona łapa mocno ścisnęła jego dłoń.

– Andrzej, narzeczony Magdy – powiedział może trochę zbyt ostentacyjnie prawnik. Nadal czuł rozdrażnienie z powodu zachowania swojej kobiety. Postanowił jednak, że zwróci jej uwagę później, gdy zostaną sam na sam. – Skoro już jesteś, siadaj, może piwa? – podsunął mu łaskawie kufel.

– O, chętnie! – Znajomy zdjął kożuch, położył z boku i w kraciastej koszuli usiadł wygodnie na ławie. – Powiadasz, przyjacielu, że jesteś narzeczonym tej pięknej kobiety? – powtórzył melodyjnie i jakby z lekkim rozczarowaniem w głosie, drapiąc się szkłem w brodę. – W takim razie gratuluję decyzji, Magdaleno.

Magda nic nie powiedziała. Natomiast Andrzejowi zdawało się, że wyczuł lekką ironię w głosie drugiego mężczyzny.

– Może na początek powiecie mi, skąd się znacie? – Andrzej upił łyk browara i spojrzał wyczekująco na narzeczoną, oczekując odpowiedzi.

– Och, ze studiów – skrzywiła się jak dziecko, któremu rodzice kazali zdradzić tajemnicę zabawy w Indian.

– No proszę! Myślałem dotąd, że znam wszystkich twoich znajomych z polonistyki – mruknął zaskoczony, podkreślając jednocześnie wobec intruza, że ich związek również ma charakter długoletniej znajomości.

– Jak widać, myliłeś się, kochanie – odparła spokojnie jego przyszła druga połowa. Przesunęła się i siedziała teraz troszkę dalej od Andrzeja niż poprzednio, ze stopami skierowanymi w stronę trzeciej osoby przy stole. Mimo to nadal czuł zapach jej słodkawych chaneli.

– Zdradźcie mi, proszę, o czym tak żywo rozmawialiście przy tamtym stoliku? – chciał wiedzieć.

Tym razem odpowiedź padła prawie natychmiast.

– Norbert opowiadał mi o pobycie w Wenecji. Mają z ojcem firmę, robią krzesła i inne lekkie meble na tamten rynek. Norbi więc regularnie bywa we Włoszech w interesach. A to taki piękny kraj…

Andrzejowi nie podobał się sposób, w jaki narzeczona wypowiedziała słowo „Włoszech”. Z przesadną emfazą, jak pensjonarka. I to podniecenie w jej głosie! – Mhm… To ciekawe – bąknął, starając się nadać głosowi normalny ton. – Aa… Jak jest w Wenecji, Norbert?

Głupie pytanie, ale nic mądrzejszego nie przychodziło mu teraz do głowy.

– Wspaniale! – Norbert posłał Magdzie wdzięczny uśmiech. – Wiesz, stary, może to trochę niemęskie, ale sporo rysuję – powiedział, chowając głowę w ramionach, jak bocian. – W Wenecji jest pełno zabytków jakby stworzonych do tego, by je szkicować. Siadasz na schodach i oddajesz się pasji. Wodę masz pod stopami, a czarne gondole czuwają pod balkonami. Bardzo plastyczny widok. Łodzie stoją i czekają, wierne, choć nie wiadomo na co… – urwał. – Zresztą, co ja będę opowiadał. Na pewno wybierzecie się tam razem po ślubie, kochani…

Kaszlnął i odjął kufel od ust. – Nie gniewaj się, Madziu, ale chyba nie będę już dzisiaj pił zimnego piwa – powiedział przepraszającym tonem. – Zmarzłem w drodze na kość, ledwo żyję. Pójdę się zaraz położyć.

Przez chwilę wyglądał, jakby rzeczywiście miał taki zamiar.

– Ale, ale, bo nie zdążyłem się dowiedzieć, czym ty się zajmujesz Andrzeju? – szczere, jasne oczy Norberta zwróciły się na narzeczonego Magdaleny.

– Prawo – Andrzej natychmiast pospieszył z odpowiedzią. – Jestem radcą prawnym, prowadzę kancelarię w stolicy – uzupełnił. – Zresztą, proszę, o, tu masz wszystkie dane.

Poprawił okulary i sięgnął do kieszeni po wizytówki. Tylko sekundę zastanawiał się, którą dać: tę zwykłą, czy tę wydrukowaną na kredowym papierze, chowaną na specjalne okazje.

Obcy zachował się bez zarzutu. Spojrzał z szacunkiem na wytłoczone złote litery, odwrócił bilet wizytowy i schował do kieszonki koszuli, przyklepując starannie.

– Przyda się na pewno – powiedział. – Ostatnio firma nam się rozrasta, jak będę potrzebował porady, to się z pewnością odezwę. Po starej znajomości, prawda?

Błysnął zębami jak uczniak i poklepał Magdę po dłoni, tej z pierścionkiem. I spojrzał ponownie na zegarek.

– Słuchajcie, gołąbeczki, bardzo fajne się gaworzy, ale naprawdę, czas na mnie! Nie chcę wam przeszkadzać, pewnie chcecie posiedzieć sami. Ile ci jestem winien za piwo? – zwrócił się do Jędrka.

– Przestań! – żachnął się demonstracyjnie Andrzej. – Stać mnie.

– W takim razie serdeczne dzięki, przyjacielu. – Blondyn podrapał się w kudłatą głowę. – Musicie mi wybaczyć, jako typowy potomek mazowieckiej szlachty z piasków, która nigdy nie nosi sakiewki, nie mogę się wam teraz odwdzięczyć. To może jutro? Ja stawiam. Rano na pewno zlokalizuję w okolicy jakiś bankomat.

Arystokrata? Dopiero teraz Andrzej zwrócił uwagę, że na palcu serdecznym zamiast obrączki znajomy nosił ozdobny sygnet. Prawnik mrużył oczy, ale z powodu wady wzroku nie udało mu się dostrzec, co to za herb.

– Świetnie! Skoro tak, to może i śniadanie zjemy razem? – usłyszał nad uchem głos Magdy.

– Co? A tak, z przyjemnością… – Norbert, który już dźwigał się z miejsca, wydawał się autentycznie zaskoczony zaproszeniem. – Jeśli oczywiście Andrzej nie ma nic przeciwko temu…

– Nie ma – zapewniła Magda, nim narzeczony zdołał coś rzec, posyłając jednocześnie gościowi promienny uśmiech. – Moi przyjaciele są także przyjaciółmi mojego męża.

Jędrek błyskawicznie zasłonił się kuflem, bo kłamstwo było szyte zbyt grubymi nićmi. Ale znajomy jakby nie zwrócił uwagi na to ostatnie zdanie. Uwadze Jędrzeja nie uszło natomiast, że Magda – świadomie czy nie – wyraziła się tak, jakby już byli po ślubie.

– W takim razie jeszcze raz: do zobaczenia jutro – powiedział cicho znajomy. Tym razem nie pocałował jej w policzek ani nie podał jemu ręki. Przytknął tylko dwa palce do czoła i zasalutował niezgrabnie. – Dobrej nocy, młoda paro!

Czy w głosie Norberta w ostatnich słowach znowu zabrzmiała ironia, czy to było tylko złudzenie? Andrzej spojrzał spod zmarszczonych brwi na oddalające się szerokie plecy tamtego mężczyzny, wciąż zastanawiając się, skąd u licha potomek herbowych znał się z Magdą. Czy bywał u jej rodziny w domu na podwieczorkach?

– Andrzej! Nie gap się tak! – Narzeczona szturchnęła go łokciem. Zła, z furią ustawiała na blacie szklanki w rządku.

– Nie gapię się! – zaprotestował. Nie było zresztą na co. Norbert poszedł precz. I bardzo dobrze.

Nareszcie zostali sami. Gdzieś na piętrze trzasnęły drzwi. Andrzej przeciągnął się jak kot.

– Dziwny okaz z tego twojego kolegi – ziewnął. – Założę się, że ma sporo do czynienia z morzem. Sądząc po jego sposobie chodzenia, to całkiem prawdopodobne…

– Ma albo nie ma – przerwała mu bezlitośnie narzeczona. – W każdym razie będziesz miał okazję jutro go o to wypytać. Pod warunkiem, że tym razem nie będziesz siedział jak kołek, wytrzeszczając gały. Eh, wy, mężczyźni…

Nie dokończyła. Sięgnęła do torebki i wyjęła paczkę vogue’ów. Trzymając długiego papierosa w ustach, pochyliła się nad świeczką. Paliła wolno, patrząc w okno i odwracając się tylko po to, by celowo puścić w stronę narzeczonego ciemny obłoczek dymu. Andrzej nie cierpiał nikotyny, ale nie chciało mu się teraz kłócić. Zdjął tylko okulary, bo zaczęły szczypać go oczy, i siedział wyprostowany nieruchomo z założonymi na piersi rękami, jak stary Indianin, czekając, aż narzeczona skończy i zdusi niedopałek w popielniczce.

– Jeśli już się nawdychałaś do woli tego świństwa, chodźmy na górę – powiedział ponurym głosem. – Zmęczyłem się.

3.

Mimo późnej pory nie kładła się jeszcze. Siedziała naga na brzegu łóżka tyłem do niego i patrząc w lustro, szczotkowała włosy spadające jej szeroką falą na plecy. On zaś, w piżamie, walczył ze snem, przeglądając po raz tysięczny kolorowy magazyn, który wziął ze stojącej obok łóżka etażerki.

– Byłeś zazdrosny – powiedziała ni stąd, ni zowąd. Nie pytała. Po prostu stwierdziła fakt.

Wyrwany z letargu roześmiał się niepewnie.

– Na początku może trochę – odparł ostrożnie. – Żaden normalny mężczyzna, kochanie, nie lubi, jak jego kobieta flirtuje z innym. Powinnaś to rozumieć.

Przerwała toaletę i spojrzała na niego, wydymając wargi.

– Ach, więc uważasz, że z nim flirtowałam? – zaśmiała się. – Kochany, ty mnie jeszcze nie znasz…

Odłożył pismo na miejsce.

– Tak, uważam, że go celowo podrywałaś – powtórzył głośniej.

Nie odpowiedziała. Podeszła do lustra, kołysząc biodrami, i obróciła się dwa razy, patrząc na swoje odbicie, a zwłaszcza na brzoskwiniowego koloru tyłek, z bladą, wąską obwódką wokół bioder.

– Miałam na myśli to, co stało się później – powiedziała, podchodząc do okna i zaciągając firanki. – Wtedy, kiedy patrzyłeś na sygnet na jego dłoni. Gapiłeś się na pierścień jak sroka w gnat, aż mi się ciebie żal zrobiło – zaśmiała się – Biedny chłopski synek. Mój mały zazdrośnik.

Poczerwieniał ze złości. Zadowolona z efektu wsunęła się w pościel i dotknęła jego policzka.

– Mój dzielny bohater romantyczny – powiedziała miękko. – Założę się, że miałeś wielką ochotę rzucić się na niego z pięściami, choć jest od ciebie większy. Spokojny pan prawnik, a taki ogier, no patrz pan…

W ostatniej chwili ugryzł się w język, bo zdał sobie sprawę, jakiej odpowiedzi oczekiwała.

– Dobrze, masz rację, nie lubię go – powiedział gniewnie. – Nie muszę lubić wszystkich twoich znajomych. Mam do tego prawo.

– Masz.

– Jak i do tego, że mogło mi się nie podobać twoje zachowanie, kiedy zostawiłaś mnie samego przy stole na oczach Marka – ciągnął.

– Marek? – Zmrużyła oczy. Za każdym razem, gdy tak robiła, jej twarz przybierała inny wyraz. Delikatnie skośne oczy zmieniły się u Magdaleny w dwie poziome kreseczki.

– Na oczach Marka… – powtórzyła. – To nadal dla ciebie aż takie ważne, co myślą twoi koledzy? Okej, skoro rozmawiamy szczerze, powiedz mi, co jeszcze twoim zdaniem zrobiłam źle?

Nie, ta dyskusja stanowczo nie miała sensu. Westchnął i sięgnął po wyłącznik po swojej stronie łóżka.

– Nic. Ale nie musiałaś go zapraszać na jutro do stołu – wymamrotał, nakrywając się kołdrą.

Sama chciała. Powiedział, co mu leżało na wątrobie. Teraz czekał na reakcję.

– A więc jednak jesteś zazdrosny – szepnęła.

Nie widział po ciemku jej twarzy, ale domyślał się, że patrzy w sufit i intensywnie myśli.

– Nie jestem. Jeśli chce, niech z nami je. To tylko jeden raz.

Odwróciła się nagle w jego stronę tak, że prawie stykali się twarzami. Czuł jej gorący oddech na policzku. I paznokcie wbijające się w rękę.

– Posłuchaj, nie musisz lubić wszystkich moich znajomych, fakt. Ale nie wolno ci tego dać po sobie poznać, jasne? – syknęła. – Tego od ciebie wymagam, Andrzeju. Musisz umieć się zachować w każdych okolicznościach, jeśli chcesz być ze mną. Zapamiętaj.

Jeszcze mocniej ścisnęła skórę na jego przedramieniu.

– Hola, hola! Nie jesteś jeszcze moją żoną ani ja twoim mężem – odparował. – Pozwól więc, że przez pozostałe miesiące dzielące nas od ślubu to ja będę decydował, co mi wolno, a czego nie.

Dawno nie mieli tak ostrej wymiany zdań. Odkąd się zaręczyli, starał się jej nie sprzeciwiać, ale teraz przebrała miarkę.

– Ach, tak?

Uniosła się na łokciu, patrząc na niego. Dwa sztywne sutki błyszczały znad poszewki, jak wielkie, ciemne wilcze jagody.

– Mylisz się, mój drogi – powiedziała słodkim głosem. – To ja decyduję za nas oboje. I będziesz się mnie słuchał. Bo jestem z tobą, wybrałam ciebie i masz mnie za to szanować i poważać. A jeśli ci jest tak źle, to na co czekasz? Dostosuj się albo odejdź.

Zanim zaprotestował, położyła się z powrotem, ściągając z niego całą kołdrę i odwracając się tyłem.

– Dziwi mnie tylko, Andrzeju, że nadal, mimo że jesteśmy zaręczeni, jesteś taki niepewny siebie – mruknęła w poduszkę.

Koniec tematu. Zdał sobie sprawę, że zrobił przed chwilą głupstwo, tracąc nerwy. Wyciągnął rękę pojednawczo, ale strąciła ją i przesunęła się jeszcze bardziej na skraj łóżka, ciągnąc za sobą kołdrę. Upokorzony, poruszył się niepewnie w przestrzeni, którą mu zostawiła. Próbował ją przyciągnąć do siebie, ale stawiała opór.

– Nie chcę! – syknęła.

Więc poddał się, choć po prawdzie miał straszną ochotę na seks. Jakiś czas leżał bezradnie, słuchając szelestu drzew za oknami, aż wreszcie zasnął.

4.

Rano ona wstała pierwsza i poszła pod prysznic. Po niej zrobił to Jędrek. Umył twarz w chłodnej wodzie i starannie się ogolił. Wyszorował zęby. Następnie spryskał się wodą kolońską Ermenegildo Zegna, założył świeżą bieliznę, białą koszulę i eleganckie szare spodnie od garnituru. Chwilę wiązał krawat mokrymi palcami. Sprawdził, czy portfel leży w kieszeni marynarki. Leżał. Przed samym wyjściem, już w płaszczu, przepłukał jeszcze dla pewności usta płukanką.

Narzeczona w międzyczasie umalowała się przed lustrem, upięła włosy i założyła granatowy żakiet do oliwkowych spodni z wysokim stanem. W klapę wetknęła broszkę w kształcie jaszczurki. Nad tą broszką zastanawiała się najdłużej.

Gdy schodzili na dół po krętych schodach do jadalni, za oszronionym oknem było jeszcze ciemno. W pomieszczeniu na parterze panował lekki chłód, w piecu drzemała ułożona w stożek podpałka z gazet i bierwion. W wiklinowych koszykach jaśniały pulchne bułki. Niska, krępa dziewczyna o płaskiej twarzy ziewając, rozstawiała nakrycia. Zegar nad kominkiem pokazywał siódmą czterdzieści. Wcześnie. Tak się złożyło, że znowu byli z Magdaleną jedynymi gośćmi. Prawie.

Ponieważ znajomy już czekał. Gdy przyszli, stał przy nakrytym różowym obrusem stole i nalewał sobie ostrożnie kawę z termosu. Tym razem, co Andrzej zauważył, gdy podeszli bliżej, Norbert ubrał się dużo wytworniej: w niebieską bluzę, spod której wystawał błękitny kołnierzyk, i ciemne dżinsy z widoczną literą B na kieszeniach. Sygnet zastąpiła złota bransoletka na przegubie. Tylko ubłocone sportowe buty kontrastowały z resztą stroju.

Zobaczywszy parę w progu, skinął do nich przyjaźnie dłonią.

– Dzień dobry! Siadajcie! Zamówiłem dla nas jajecznicę. Tak coś czułem w kościach, że zaraz się zjawicie.

Odstawił kawę, pozwalając, by wokół ust powstała brązowa obwódka, i poprowadził ich z uśmiechem do stołu, na którym czekały już trzy dymiące talerze.

– W razie czego jest też fasola, jeśli ktoś nie lubi jajek. Andrzej, masz ochotę na fasolę?

Andrzej przede wszystkim nie miał najmniejszej ochoty na towarzystwo namolnego znajomego narzeczonej. Jednak chciał uniknąć nowej kłótni z Magdą, bo już na myśl o jej wczorajszych pretensjach bolały go zęby.

– Może być jajecznica – wzruszył ramionami.

Usiedli tak, że znowu Norbert siadł naprzeciwko obojga, tylko tym razem nie na rogu, a centralnie po środku, tak że razem we troje tworzyli wierzchołki trójkąta. Żeby nie patrzeć mu w oczy, prawnik zaczął się rozglądać po pomieszczeniu. Boczna ściana jadalni była ślepa, bez okna, choć ze szpar w drewnie i tak ciągnęło zimne powietrze. Czarno-białe fotografie, nisko zawieszone, kontrastowały z barwnymi litografiami przedstawiającymi wiatraki, jasnowłosą dziewczynę w spódnicy i bluzce z rękawami, las z wijącą się rzeką układającą się w gotycki napis Silesia.

Norbert od razu sięgnął po szynkę.

– Jestem głodny jak wilk – powiedział z pełnymi ustami. – To pewnie przez to powietrze. Wczoraj byłem tak skonany, że prosto stąd poszedłem do łóżka i zasnąłem w ubraniu, tylko buty zdjąłem. Spałem jak zabity, ale krótko po szóstej obudził mnie jakiś ptak i już nie mogłem zasnąć.

Ugryzł kęs chleba.

– Na dole w recepcji powiedzieli mi, że śniadanie wydają od siódmej trzydzieści. Więc postanowiłem się przejść. Ładna okolica. Zajrzałem do lasu i zrobiłem rundkę dookoła domu.

– Byłeś na spacerze, tak wcześnie? – Magda pokiwała głową z aprobata. – Nie marnujesz dnia, widzę.

– Nie marnuję – zgodził się znajomy. – Na zewnątrz złapałem zasięg, więc sprawdziłem konto przez komórkę. Przelew z Italii doszedł, więc humor na resztę poranka mam doskonały. No i znalazłem bankomat – poklepał się po kieszeni. – Ale dość o mnie, jak wam minęła nocka, gołąbeczki? Pewnie całą nie mogliście zasnąć, prawda?

Andrzej zbladł zaskoczony pytaniem. Spojrzał odruchowo na Magdę.

– Normalnie, bez sensacji – wzruszyła ramionami kobieta. – Po kolacji poszliśmy grzecznie spać, to wszystko.

– Aha – pokiwał głową Norbert. – Rozumiem.

Choć ton jego głosu wskazywał, że nie, nie rozumie.

Milczeli. Chwilę trwało, zanim znajomy zadał następne pytanie.

– I co, jakie macie teraz plany, kochani? Kiedy ślub? – spytał między jednym kęsem jajecznicy a drugim. – Andrzeju, wypowiesz się?

Prawnik odłożył na moment widelec.

– Marzec – odparł, pocierając nos. – To chyba będzie najrozsądniejszy termin. Nie mamy na co czekać. Skoro się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Myślę…

– Zapomniałeś spytać mnie o zdanie – Magda wpadła mu w słowo. – To ty jesteś za tym, by wesele odbyło się wiosną. Ja jeszcze nie podjęłam decyzji.

Wyprostowała palce i zaczęła obracać pierścionek, by obaj mężczyźni doskonale widzieli iskrzący się brylant.

– Tak więc oficjalna wersja jest taka, że nie mamy jeszcze terminu, Norbert – oznajmiła słodkim głosem.

Przy stole zapadła taka cisza, że Jędrek miał wrażenie, że słyszy skrzypienie przesuwającego się śniegu na dachu. Oblizał nerwowo wargi.

– Myślałem, Madziu, że to już jest ustalone – powiedział, siląc się na spokój, choć w środku aż kipiał ze złości. – To nie czas i miejsce, ale sądzę, że parę rzeczy powinniśmy sobie wyjaśnić, skarbie, jak zostaniemy sami – podkreślił z naciskiem ostatnie słowo.

Nie przejęła się groźbą ukrytą w jego głosie.

– Proszę bardzo, kombinuj – powiedziała, oglądając sobie pod światło paznokcie. – Ja też ci będę miała coś niecoś do powiedzenia na osobności, Jędruś. Bo widzę, że nasza wczorajsza nocna rozmowa nie przyniosła rezultatu.

Norbert nie przerywał im. Zmrużył oczy jak kot, obserwując wymianę zdań po drugiej stronie stołu.

– Skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B – odezwał się wreszcie Norbert, powtarzając wolno za Andrzejem, jakby chciał utrwalić sobie tę sentencję, i cmoknął ustami. – Słusznie prawisz, Andrzeju. A ty, Magdaleno – błyskawicznie zmienił temat – choć zawsze wyglądałaś uroczo, dziś prezentujesz się naprawdę olśniewająco. Nie dziwię się żadnemu mężczyźnie, który chciałby się z tobą natychmiast ożenić, bo…

Urwał i zakrył usta dłonią, jak mały chłopiec.

– Dziękuję, Norbert! – Magda posłała mu promienny uśmiech. – Jesteś prawdziwym dżentelmenem. Cieszę się, że ktoś potrafi mnie docenić. Widzisz, Andrzejowi czasem zdarza się zapomnieć o tym, że kobieta jak kwiat, potrzebuje ciepła…

Zabolało. Jędrek nerwowo zabębnił palcami po stole, udając, że nie o nim mowa.

– A ty jakie masz plany na najbliższy czas, Norbercie? – odbił piłeczkę.

Znajomy chyba czekał na takie pytanie. Poluzował kołnierzyk i rozparł się wygodnie na krześle, zakładając nogę na nogę.

– Plan mam taki, by w ciągu pięciu lat odłożyć tyle, żeby do końca życia wygodnie żyć z procentów – rzekł wesołym tonem. – I żeby jeszcze starczyło na rejs dookoła świata.

Pewność siebie i ton, jakim to powiedział, działały Andrzejowi na nerwy.

– Na przyjemności trzeba sobie zapracować – odparł trochę za głośno i z przyganą w głosie.

– Wiem. Właśnie to robię – uśmiechnął się Norbert.

– Uważaj, żebyś się nie przeliczył.

Sekundę po tym, jak to powiedział, do Andrzeja dotarło, że posunął się za daleko. Norbert też tak widocznie pomyślał, bo przestał się kiwać i otworzył usta.

– Co masz na myśli, panie prawniku? Wytłumacz mi, bo nie jestem widocznie taki mądry jak ty – powiedział wolno, oblizując wargi. Już się nie uśmiechał.

– Nic – Andrzej rozłożył ręce przepraszająco. – Tak tylko powiedziałem.

Spodziewał się kontry, ale ona nie nastąpiła. Zamiast odpowiedzieć, Norbert przyglądał się z uwagą porożom zawieszonym koło kominka.

– Zawsze mnie ciekawiło, skąd się bierze tyle rogów – mruknął, na tyle głośno, by być usłyszanym.

W drzwiach pojawiła się para starszych ludzi w kolorowych kurtkach, ale zaraz poszli. Znajomy Magdaleny jakby ich nie zauważył. Dał spokój jeleniom. Teraz z kolei przymknął oczy i bawił się bransoletą.

– Polujesz? – spytał nieoczekiwanie rywala.

Andrzej chwilę się zastanowił nad odpowiedzią.

– Raz – powiedział zdecydowanie. – I dziękuję. Nie widzę nic bohaterskiego w tym, że dwudziestu ludzi z karabinami strzela do jednego lisa, celując mu w jądra i śmiejąc się, jak oszalałe zwierzę kręci się w kółko, krwawiąc i wyjąc z bólu. Nie, to nie dla mnie.

Magda sięgnęła po torebkę i zaczęła czegoś w niej intensywnie szukać.

– A ja tak, popatrz – jasne oczy znajomego nie były już uśpione. Wpatrywały się teraz intensywnie w źrenice Andrzeja. Ich właściciel pochylił się do przodu tak, że prawie stukali się czołami.

– Kiedy byłem młody – podjął Norbert – ojciec zabierał mnie na wilki. Potrafiliśmy godzinami stać na ambonie, choć nogi drętwiały, a od trzymania strzelby dostawało się pęcherzy na palcach. Czasem mijało pół dnia, zanim któryś z tych szarych skurwysynów, co dobierały się do naszych owiec, pojawił się na polanie, byśmy mogli go dorwać.

Pstryknął palcami.

– Podczas jednej z pierwszych wypraw o świcie koło leśniczówki we wnyki dostał się młody wilczek. Rozorało mu łapę do kości. Ujadał tak, że aż się drzewa trzęsły.

Ostatnie zdanie wypowiedział, przeciągając sylaby jak Linda w Psach.

– Zwierzak miał takie smutne oczy. Cierpiał. Poruszony widokiem, chciałem go uwolnić. Przysięgam, gotów byłem tam biec i sam wyjąć mu kończynę z kleszczy.

Westchnął głęboko.

– Ale jak tylko powiedziałem o tym ojcu, strasznie się rozgniewał. Uniósł broń i położył go jednym strzałem. Wyobrażasz to sobie, Andrzeju?

W dalszym ciągu zachowywał się tak, jakby Magdalena nie istniała.

– Myślisz, że nie płakałem wtedy? Płakałem. Ojciec uznał, że jestem mięczakiem. Nie odzywał się do mnie przez resztę dnia. Dopiero wieczorem przy ognisku powiedział mi tak: Ilekroć się zawahasz, gdy będziesz miał któregoś z nich na muszce, pomyśl, że on nie będzie miał najmniejszych skrupułów, by ci skoczyć do gardła. Ani twojej przyszłej żonie, ani twemu dziecku. Ani mnie. Takie jest życie i musisz być na nie przygotowany. Więc miej zawsze pod ręką strzelbę i pilnuj swoich owiec, bo ktoś ci je może ukraść.

– Homo homini lupus – szepnęła cicho Magda.

– Dokładnie, taki z tego morał – Norbert przestał mówić, ale nadal patrzył kosym okiem na Andrzeja. Nie było to miłe spojrzenie. W półmroku sali znajomy przypominał teraz wilka. Dużego, niesytego wilka.

Dopiero po chwili rozkminiania opowieści prawnik zrozumiał, że przed chwilą został ostrzeżony.

Ty wstrętny cwaniaczku! – pomyślał.

Odeszła mu ochota na jedzenie. Skubiąc bułkę, przyglądał się z irytacją dwojgu współbiesiadników. Norbert niespiesznie kończył jeść. Smarował chleb miodem, co chwila przekrzywiając głowę i zerkając na Magdę, która również uporała się z jajecznicą i pieściła demonstracyjnie błyszczykiem usta. Dla Andrzeja śniadanie mogło się skończyć. Kiełkowało w nim podejrzenie.

– Pójdę po herbatę – burknął.

Nawet nie zwrócili na niego uwagi. Nalewając gorący płyn, widział, jak po jego odejściu momentalnie się rozgadali. Może wspominali dawne dzieje? Nie, miał raczej wrażenie, że śmieją się z niego za plecami. Bo kiedy wrócił do stołu, ostrożnie niosąc parującą szklankę, umilkli.

Zły jak osa usiadł na starym miejscu i czekał, co będzie dalej. Ostentacyjnie spojrzał na zegarek, a potem na narzeczoną, dając widomy znak, że towarzystwo mu nie odpowiada.

Skrzywiła się. Kiedy Norbert na moment odwrócił głowę, bezgłośnie powiedziała mu: gbur.

Złośnica! Pochylił się nad naparem, gorączkowo zastanawiając się, jak przerwać tę żenującą sytuację.