Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Znajomi z Los Angeles - Jackie Collins

Jackie Collins, autorka, której powieści rozchodzą się w milionowych nakładach, o grupie przyjaciół oraz tajemniczym morderstwie w wyższych sferach.

Ulubione przez czytelniczki na całym świecie tematy: silne, niezależne kobiety, pewni siebie mężczyźni, seks, pieniądze, kariera i władza.

Opinie o ebooku Znajomi z Los Angeles - Jackie Collins

Fragment ebooka Znajomi z Los Angeles - Jackie Collins

Jac­kie Col­lins

ZNA­JO­MI Z LOS AN­GE­LES

Przełożyła: Ka­ta­rzy­na Ma­li­ta

Tytuł ory­gi­nału: L.A. Con­nec­tions

Co­py­ri­ght © Chan­ces Inc., MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ka­ta­rzy­na Ma­li­ta, MMXIV

Wy­da­nie II

War­sza­wa

Część pierw­szaWŁADZA

Zbliżała się północ, gdy przed za­mkniętą księgar­nią przy Far­mer’s Mar­ket w Fa­ir­fax za­trzy­mał się lśniący, błękit­ny mer­ce­des. Kie­row­ca w czar­nej li­be­rii, w czar­nych skórza­nych ręka­wicz­kach i ciem­nych oku­la­rach wy­siadł i ro­zej­rzał się wokół.

Siedząca w za­par­ko­wa­nym nie­opo­dal che­vro­le­cie ca­ma­ro ładna dziew­czy­na szyb­ko pożegnała się z przy­ja­ciółką, z którą roz­ma­wiała przez te­le­fon komórko­wy. Wy­siadła z sa­mo­cho­du, za­my­kając za sobą drzwi.

– Cześć – po­wie­działa, zbliżając się do oso­bli­wie wyglądającego kie­row­cy. – Je­stem Kim­ber­ly. Czy przy­je­chałeś w imie­niu pana X?

Skinął głową i otwo­rzył tyl­ne drzwi.

Kie­dy wsiadła, za­trzasnął je i zajął miej­sce z przo­du.

– Pan X życzy so­bie, żebyś założyła opaskę na oczy – po­wie­dział, nie od­wra­cając się. – Leży obok na sie­dze­niu.

„Okay – pomyślała Kim­ber­ly. – Jakiś zakręcony gość. Ale to prze­cież nic no­we­go”.

Kim­ber­ly (właści­wie Mary Ann Jo­nes, nie­gdyś miesz­kan­ka De­tro­it) od osiem­na­stu mie­sięcy pra­co­wała w Hol­ly­wo­od jako call girl i zdążyła już wie­le zo­ba­czyć. Miękka, ak­sa­mit­na opa­ska na tyl­nym sie­dze­niu li­mu­zy­ny była w isto­cie ni­czym w porówna­niu z in­ny­mi rze­cza­mi, o które ją pro­szo­no.

Założyła opaskę i roz­siadła się wy­god­nie, nie­omal za­sy­piając w pędzącej do miej­sca prze­zna­cze­nia li­mu­zy­nie.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach sa­mochód zwol­nił i Kim­ber­ly usłyszała zgrzyt otwie­ra­nej bra­my.

– Czy mogę już zdjąć opaskę? – spy­tała, po­chy­lając się do przo­du.

– Po­cze­kaj jesz­cze – od­parł kie­row­ca.

Chwilę później li­mu­zy­na za­trzy­mała się. Kim­ber­ly po­pra­wiła su­kienkę – skąpy ciu­szek zna­ne­go pro­jek­tan­ta, który kupiła na wy­prze­daży u Bar­neya. Potrząsnęła ja­sny­mi, kędzie­rza­wy­mi włosa­mi.

Kie­row­ca otwo­rzył drzwi.

– Wy­sia­daj – rzu­cił.

Już bez py­ta­nia zdjęła z oczu opaskę i ru­szyła za nim w stronę wejścia do wiel­kie­go domu. Mężczy­zna otwo­rzył za­mknięte na klucz drzwi i wpro­wa­dził ją do ciem­ne­go holu.

– Jezu! – wy­rwało się Kim­ber­ly, gdy ukrad­kiem spoj­rzała na wiszący nad nimi ogrom­ny żyran­dol. – Nie chciałabym zna­leźć się pod czymś ta­kim w cza­sie trzęsie­nia zie­mi!

– To pie­niądze dla cie­bie – po­wie­dział kie­row­ca, wręczając jej pękatą ko­pertę.

Wzięła ją i scho­wała do brązo­wej to­reb­ki na ramię – ory­gi­nal­ne­go mo­de­lu Co­ach, który kupiła tego sa­me­go dnia w Cen­tu­ry City.

– Gdzie jest pan X? – spy­tała. – W sy­pial­ni?

– Nie – od­parł mężczy­zna. – Na zewnątrz.

– Nie ma spra­wy – po­wie­działa, wy­pi­nając dum­nie biust o roz­mia­rze 90 C, po­pra­wio­ny za­raz po przy­jeździe do Hol­ly­wo­od, gdzie zja­wiła się jako zwy­ciężczy­ni kon­kur­su piękności w ro­dzin­nym mieście.

– Nie ma spra­wy – prze­drzeźniał ją mężczy­zna, uj­mując pod ramię.

Ra­zem prze­szli przez ele­ganc­ki, bo­ga­to urządzo­ny sa­lon w stronę oszklo­nych drzwi. Tamtędy wy­szli nad nieoświe­tlo­ny ba­sen.

Mężczy­zna trzy­mał ją bar­dzo moc­no – jej zda­niem na­wet zbyt moc­no. Jak śmie ją prze­drzeźniać, pomyślała. I gdzie, do diabła, jest pan X? Chciała z tym jak naj­szyb­ciej skończyć, by wrócić do domu i do chłopa­ka, z którym miesz­kała – byłego mo­de­la i ak­to­ra ostrych filmów por­no, o mięśniach jak ze sta­li.

– Pan X chciałby wie­dzieć, czy umiesz pływać – spy­tał kie­row­ca, za­trzy­mując się nad brze­giem ba­se­nu.

– Nie – od­parła, za­sta­na­wiając się, dla­cze­go nie za­pa­lo­no świa­teł. Wokół pa­no­wały bo­wiem głębo­kie ciem­ności. – Za­mie­rzam jed­nak wziąć parę lek­cji.

– To le­piej weź je od razu – mruknął mężczy­zna. Za­nim zdążyła się zo­rien­to­wać, co się dzie­je, we­pchnął ją gwałtow­nie do głębo­kiej wody.

Opadła na dno, by po paru se­kun­dach wy­nu­rzyć się, krztusząc się i dławiąc. Gwałtow­nie wy­ma­chi­wała rękami.

– Ra­tun­ku! – Spa­zma­tycz­nie usiłowała złapać po­wie­trze. – Mówiłam, że… nie… umiem… pływać…

Kie­row­ca stał obnażony nad brze­giem, ostro pra­cując prawą ręką.

– Na po­moc! – wrzasnęła Kim­ber­ly, walcząc roz­pacz­li­wie, za­nim po raz dru­gi za­padła się pod wodę.

Mężczy­zna da­lej robił swo­je, szczy­tując nad głową dziew­czy­ny w chwi­li, gdy po­now­nie się wy­nu­rzyła.

– Zwa­rio­wałeś! – krzyknęła i po raz trze­ci poszła na dno.

Po­tem była już tyl­ko ciem­ność.

ROK PÓŹNIEJRoz­dział 1

Ma­di­son Ca­stel­li nie prze­pa­dała za pi­sa­niem ar­ty­kułów o Hol­ly­wo­od. Nie prze­ma­wiał do niej styl życia bo­ga­tych de­ka­dentów – dla­te­go też jej na­czel­ny, Vic­tor Si­mons, uznał, że jest właściwą osobą do wy­ko­na­nia tego zle­ce­nia.

– Nie in­te­re­sują cię bzdu­ry ro­dem z Hol­ly­wo­od – po­wie­dział. – Nie po­trze­bu­jesz ni­cze­go od tej tak zwa­nej eli­ty władzy. I dla­te­go właśnie je­steś ide­alną kan­dy­datką do opi­sa­nia hi­sto­rii Pana Wszech­moc­ne­go, Fred­die­go Le­ona. A poza tym je­steś piękną ko­bietą, więc na pew­no zwróci na cie­bie uwagę.

„Już to widzę – pomyślała Ma­di­son po­nu­ro, wsia­dając na pokład sa­mo­lo­tu Ame­ri­can Air­li­nes lecącego do Los An­ge­les. – Je­stem taka piękna, że trzy mie­siące temu Da­vid, mój uko­cha­ny, z którym miesz­kałam od dwóch lat, wy­szedł po pa­pie­ro­sy i już nie wrócił”.

Jak tchórz zo­sta­wił jej liścik, w którym oświad­czył, że nie jest go­to­wy na po­dej­mo­wa­nie życio­wych zo­bo­wiązań i nig­dy nie po­tra­fiłby dać jej szczęścia. Pięć ty­go­dni później do­wie­działa się, że ożenił się ze swoją uko­chaną z dzie­ciństwa – bez­barwną blon­dynką z wiel­kim biu­stem i poważną wadą zgry­zu.

To tyle, jeśli cho­dzi o uni­ka­nie zo­bo­wiązań.

Ma­di­son miała dwa­dzieścia dzie­więć lat i była nie­zwy­kle atrak­cyjną ko­bietą, choć ukry­wała swą urodę, nosząc pro­ste, prak­tycz­ne ubra­nia i nie­mal całko­wi­cie re­zy­gnując z ma­ki­jażu. Jed­nak mimo tych wysiłków nic nie mogło ukryć mig­dałowych oczu, ostro za­ry­so­wa­nych kości po­licz­ko­wych, zmysłowych ust, gład­kiej oliw­ko­wej cery i czar­nych włosów, które najczęściej związywała w pro­sty koński ogon. Wszyst­ko to uzu­pełniała smukła, mierząca 170 cen­ty­metrów syl­wet­ka o pełnych pier­siach i szczupłej ta­lii oraz długie nogi tan­cer­ki.

Ma­di­son wca­le nie uważała sie­bie za piękność. Ideałem uro­dy ko­bie­cej była dla niej mat­ka, Stel­la – posągowa blon­dyn­ka, której roz­ma­rzo­ne oczy i drżące war­gi u wie­lu osób przy­woływały sko­ja­rze­nia z Ma­ri­lyn Mon­roe.

Ma­di­son odzie­dzi­czyła urodę po ojcu, Mi­cha­elu – naj­przy­stoj­niej­szym pięćdzie­sięcioośmio­lat­ku w Con­nec­ti­cut. Od nie­go też otrzy­mała w ge­ne­tycz­nym spad­ku zde­cy­do­wa­nie w dążeniu do celu i nie­od­par­ty urok – dwie god­ne po­dzi­wu ce­chy, które na pew­no nie sta­no­wiły prze­szko­dy na dro­dze do suk­ce­su i ka­rie­ry sza­no­wa­nej au­tor­ki wni­kli­wych por­tretów lu­dzi bo­ga­tych, potężnych oraz tych, którzy nie za­wsze cie­szy­li się naj­lepszą sławą.

Ma­di­son uwiel­biała swoją pracę – do­cie­ra­nie do źródeł i odsłania­nie skrzętnie skry­wa­nych ta­jem­nic osób pu­blicz­nych. Jej ulu­bio­ny­mi rozmówca­mi byli po­li­ty­cy i oszałamiająco bo­ga­ci li­de­rzy biz­ne­su. Gwiaz­dy fil­mo­we, po­pu­lar­ne oso­bi­stości ze świa­ta spor­tu i gru­be ryby z Hol­ly­wo­od zaj­mo­wały na jej liście bar­dzo ni­skie po­zy­cje. Ma­di­son nie uważała sie­bie wca­le za bez­li­tosną i go­tową na wszyst­ko dzien­ni­karkę. Pisała jed­nak z doj­mującą szcze­rością, która cza­sa­mi de­ner­wo­wała oso­by będące bo­ha­te­ra­mi jej ar­ty­kułów, gdyż za­zwy­czaj tkwiły one w bez­piecz­nych ko­ko­nach utka­nych przez tro­skli­wych opie­kunów spod zna­ku pu­blic re­la­tions.

Jeśli nie byli za­do­wo­le­ni, to już ich pro­blem; Ma­di­son pisała tyl­ko prawdę i całą prawdę.

Sa­do­wiąc się wy­god­nie przy oknie w fo­te­lu pierw­szej kla­sy, ro­zej­rzała się po wnętrzu sa­mo­lo­tu. Do­strzegła od razu Bo De­aco­na, do­brze zna­ne­go go­spo­da­rza pro­gramów te­le­wi­zyj­nych o równie do­brze zna­nym zamiłowa­niu do nar­ko­tyków. Nie wyglądał naj­le­piej – miał na­brzmiałą twarz i lek­ko ob­wisłą szczękę. Nadal jed­nak ożywiał się, gdy w ruch szły ka­me­ry i roz­po­czy­nał się jego nada­wa­ny późnym wie­czo­rem po­pu­lar­ny talk-show.

Ma­di­son miała na­dzieję, że miej­sce obok niej po­zo­sta­nie wol­ne – nie­ste­ty, stało się in­a­czej. W ostat­niej chwi­li dwaj oszołomie­ni swą rolą przed­sta­wi­cie­le li­nii lot­ni­czych wpro­wa­dzi­li na pokład – nie­mal za­nosząc ją na miej­sce – biuściastą blon­dynkę w ku­sej czar­nej skórza­nej su­kien­ce. Ma­di­son roz­po­znała w niej Sal­li T. Tur­ner, obecną ulu­bie­nicę pra­sy bul­wa­ro­wej. Sal­li była gwiazdą se­ria­lu Te­ach!, którego półgo­dzin­ne od­cin­ki po­ja­wiały się raz w ty­go­dniu na ekra­nach te­le­wi­zorów. Grała w nim rolę uro­dzi­wej in­struk­tor­ki pływa­nia, która co ty­dzień od­wie­dza inną wspa­niałą re­zy­dencję – wywołując swoją osobą wiel­kie za­mie­sza­nie i przy oka­zji ra­tując komuś życie. Cały zaś czas ma na so­bie skąpy, ob­cisły, jed­noczęścio­wy ko­stium kąpie­lo­wy, którego głównym za­da­niem jest pod­kreśla­nie jej na­pom­po­wa­nych pier­si, pięćdzie­sięcio­cen­ty­me­tro­wej ta­lii i nie­kończących się nóg.

– O, Jezu! – wy­krzyknęła Sal­li, opa­dając na fo­tel. – W ostat­niej chwi­li!

– Wszyst­ko w porządku, pan­no Tur­ner? – za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny przed­sta­wi­ciel li­nii lot­ni­czych nu­mer je­den.

– Co mogę pani podać? – spy­tał przed­sta­wi­ciel nu­mer dwa.

Obaj mężczyźni jak za­hip­no­ty­zo­wa­ni wpa­try­wa­li się w buj­ny de­kolt Sal­li, jak­by nig­dy przed­tem nie wi­dzie­li cze­goś równie ponętne­go.

„I praw­do­po­dob­nie nie wi­dzie­li” – pomyślała Ma­di­son.

– Wszyst­ko jest cacy, chłopcy – po­wie­działa Sal­li, ob­da­rzając ich pro­mien­nym uśmie­chem. – Mój mąż będzie na mnie cze­kał w Los An­ge­les. Gdy­bym się spóźniła na sa­mo­lot, wściekłby się jak cho­le­ra!

– W to nie wątpię – od­parł przed­sta­wi­ciel nu­mer je­den, nie od­ry­wając ani na chwilę wzro­ku od de­kol­tu.

– Ja również – zgo­dził się z nim nu­mer dwa.

Ma­di­son pogrążyła się w lek­tu­rze „New­swe­eka”. Ostat­nią rzeczą, ja­kiej po­trze­bo­wała, była roz­mo­wa z tą pustą la­lu­nią. Jak przez mgłę usłyszała jesz­cze głos ste­war­de­sy proszącej mężczyzn, by opuścili pokład i umożli­wi­li przy­go­to­wa­nia do star­tu. Chwilę po­tem wiel­ka ma­szy­na zaczęła po­wo­li to­czyć się po pa­sie.

Na­gle, bez uprze­dze­nia, Sal­li chwy­ciła Ma­di­son za ramię, nie­omal wytrącając jej z ręki ty­go­dnik.

– Nie cier­pię latać! – pisnęła, mru­gając gwałtow­nie błękit­ny­mi ocza­mi. – Choć nie, nie tyle boję się la­ta­nia, ile ka­ta­stro­fy.

Ma­di­son de­li­kat­nie, ale sta­now­czo zdjęła jej zaciśnięte pal­ce ze swe­go ra­mie­nia.

– Proszę za­mknąć oczy, ode­tchnąć głęboko i li­czyć po­wo­li do stu – po­ra­dziła. – Po­wiem pani, gdy będzie­my już w po­wie­trzu.

– O Jezu, dzięki – po­wie­działa Sal­li z wdzięcznością. – Coś ta­kie­go nig­dy nie przyszło mi do głowy.

Ma­di­son zmarsz­czyła brwi. To będzie długi lot. Że też nie mogła tra­fić na kogoś bar­dziej in­te­re­sującego!

Złożyła ty­go­dnik i wyj­rzała przez okno. Sa­mo­lot właśnie star­to­wał. W prze­ci­wieństwie do Sal­li uwiel­biała latać. Nagłe na­bie­ra­nie prędkości, ożywiające po­czu­cie pod­nie­ce­nia, gdy koła unoszą się nad zie­mię, po­wol­ne osiąga­nie pełnej wy­so­kości – to za­wsze przy­pra­wiało ją o szyb­sze bi­cie ser­ca, mimo że spo­ro latała.

Sal­li sie­działa obok niej w mil­cze­niu, z moc­no zaciśniętymi po­wie­ka­mi. Z ru­chu warg było widać, że pra­co­wi­cie li­czy do stu. Kie­dy otwo­rzyła oczy, byli już w po­wie­trzu.

– O, cho­le­ra ja­sna, działa! – wy­krzyknęła, od­wra­cając się do Ma­di­son. – Je­steś nie­sa­mo­wi­ta!

– Nic z tych rze­czy – mruknęła ci­cho Ma­di­son.

– Ależ tak – nie dawała za wy­graną Sal­li. – Two­ja rada cud­nie się spraw­dziła!

– Cieszę się – od­parła Ma­di­son, pragnąc gorąco, by Pan­na Ob­cisły Ko­stium (wi­działa je­den od­ci­nek se­ria­lu – bzdu­ra rzad­kie­go ga­tun­ku) sie­działa z za­mkniętymi ocza­mi przez cały lot.

Ra­tu­nek nad­ciągnął w oso­bie Bo De­aco­na, który pod­szedł do nich spo­koj­nym kro­kiem ze szkla­neczką whi­sky w ręce.

– Sal­li, ko­cha­nie! – wy­krzyknął. – Wyglądasz słodko jak cu­kie­re­czek.

– O, wi­taj, Bo – rzu­ciła Sal­li za­lot­nie. – Też le­cisz tym sa­mo­lo­tem?

„Mądre py­ta­nie – pomyślała Ma­di­son z go­ryczą. – Jakże miło podróżuje się w to­wa­rzy­stwie in­te­lek­tu­alistów”.

– Tak, skar­bie. Siedzę tam – po­wie­dział, wska­zując ręką prze­ciw­legły rząd fo­te­li. – Obok ja­kie­goś sta­re­go pudła. Może prze­ko­na­my ją, żeby za­mie­niła się z tobą miej­scem?

Sal­li za­mru­gała długi­mi, sztucz­ny­mi rzęsami.

– A jak się mie­wają two­je wy­ni­ki oglądal­ności? – spy­tała, jak­by to miało wpłynąć na jej de­cyzję o za­mia­nie fo­te­la.

– Nie tak wspa­nia­le jak two­je, ma­lut­ka – spoj­rzał na nią z uko­sa. – To co, pójdę i po­proszę to bab­sko, żeby się prze­niosło.

– Tu­taj jest mi całkiem do­brze.

– Nie bądź głupia. Po­win­niśmy sie­dzieć ra­zem. Będzie­my mo­gli spo­koj­nie po­roz­ma­wiać o two­im następnym występie w moim pro­gra­mie. Ostat­ni raz, gdy się po­ja­wiłaś, mie­liśmy lepszą oglądal­ność od Ho­war­da.

Sal­li za­chi­cho­tała, za­do­wo­lo­na z kom­ple­men­tu.

– Wystąpiłam u Ho­war­da w pro­gra­mie E! nada­wa­nym przez kablówkę w No­wym Jor­ku – po­wie­działa, ob­li­zując małym, różowym języcz­kiem lep­kie war­gi. – Jest ta­aaki nie­grzecz­ny, ale tak przy tym słodki.

– Je­steś pierwszą ko­bietą, która na­zwała Ho­war­da Ster­na słod­kim – po­wie­dział Bo, potrząsając głową.

– Bo to praw­da. Jest taki duży i nie­zgrab­ny i za­wsze opo­wia­da o swo­im fiut­ku. Po­dej­rze­wam, że ma się czym po­chwa­lić.

Ma­di­son uświa­do­miła so­bie na­gle, że sie­dzi obok uoso­bienia banału – od­wiecz­nej hol­ly­wo­odz­kiej blon­dyn­ki. Jeśli zre­la­cjo­no­wałaby tę wy­mianę zdań swo­im przy­ja­ciołom w No­wym Jor­ku, na pew­no by jej nie uwie­rzy­li.

– Mam pro­po­zycję. – Ma­di­son po­chy­liła się do przo­du i zwróciła bez­pośred­nio do Bo. – Jeśli to w czymś pomoże, chętnie za­mie­nię się z pa­nem na miej­sca.

Bo do­pie­ro te­raz ją za­uważył.

– To bar­dzo miłe z pani stro­ny, mała damo – od­parł to­nem, który dawał wyraźnie do zro­zu­mie­nia: „Je­stem gwiazdą, ale po­tra­fię być miły dla ma­lucz­kich”.

„Mała damo? Czy on się zgry­wa?”.

– Pod jed­nym wa­run­kiem – wtrąciła Sal­li.

– O co cho­dzi, skar­bie? – spy­tał Bo.

– Muszę sie­dzieć obok tej pani, kie­dy będzie­my lądować. Jest wspa­niała. Dzięki niej wy­trzy­małam start. Ma chy­ba w so­bie jakąś ma­giczną moc, jak ci in­diańscy cza­row­ni­cy.

Bo uniósł w górę brwi.

– Na­prawdę? – spy­tał, przyglądając się bacz­niej Ma­di­son. – Je­steś jedną z tych ko­biet ob­da­rzo­nych mocą, ko­cha­nie? Może to ty po­win­naś wystąpić w moim pro­gra­mie?

– Dziękuję za pro­po­zycję, pa­nie De­acon – od­parła chłodno Ma­di­son. „Coś mi jed­nak mówi, że po­wi­nien się pan trzy­mać szym­pan­sa Maxa”.

Bo mrugnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Oglądasz więc mój pro­gram?

„Kie­dy nie mogę zasnąć” – chciała od­po­wie­dzieć. „Kie­dy obej­rzałam już wszyst­kie sta­re fil­my, kie­dy po­wta­rzają pro­gra­my Let­ter­ma­na i Leno, a ja już na­prawdę nie wiem, co robić”.

– Cza­sa­mi – od­parła z miłym uśmie­chem. Ze­brała swo­je rze­czy i prze­niosła się na miej­sce zaj­mo­wa­ne wcześniej przez Bo.

Ko­bie­ta, którą opi­sał jako „sta­re pudło”, była atrak­cyjną biz­ne­swo­man po czter­dzie­st­ce, stu­kającą pra­co­wi­cie w kla­wia­turę lap­to­pa.

– Wi­tam – po­wie­działa Ma­di­son. – Za­mie­niłam się na miej­sca z pa­nem De­aco­nem. Nie ma pani nic prze­ciw­ko temu?

Ko­bie­ta pod­niosła wzrok.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie – od­rzekła. – Już się bałam, że będę mu­siała z nim roz­ma­wiać.

Roześmiały się obie.

Ma­di­son uśmiechnęła się za­do­wo­lo­na. Ta to­wa­rzysz­ka podróży od­po­wia­dała jej o wie­le bar­dziej.

Roz­dział 2

– Gówno mnie to ob­cho­dzi – wy­ce­dził Fred­die Leon, wpa­trując się zim­nym wzro­kiem w ni­skie­go, bro­da­te­go mężczyznę, który sie­dział nie­pew­nie w bie­der­me­ie­row­skim fo­te­lu po dru­giej stro­nie wiel­kie­go biur­ka ze sta­li i szkła.

– Po­wta­rzam ci – po­wie­dział lek­ko zde­ner­wo­wa­ny mężczy­zna – ta suka tego nie zro­bi.

– Posłuchaj – od­parł Fred­die. – Jeśli ja mówię, że zro­bi, to tak będzie.

– To le­piej z nią po­roz­ma­wiaj.

– Taki mam za­miar.

– I to szyb­ko.

– Nie na­ci­skaj, Sam.

Z za­cho­wa­nia Fred­die­go wionęło lo­dem. Nie lubił, by udzie­la­no mu rad. Nie zo­stał prze­cież naj­potężniej­szym agen­tem w Hol­ly­wo­od dzięki wysłuchi­wa­niu in­nych lu­dzi, a już na pew­no nie ta­kich jak Sam Low­ski, przygłupia­sty me­nedżer, którego wyłącznym po­wo­dem do chlu­by była jed­na ważna klient­ka – Lu­cin­da Ben­nett, wiel­ka diwa, wiel­ka zołza i wiel­ki ta­lent.

Fred­die Leon był czter­dzie­sto­sześcio­let­nim mężczyzną o twa­rzy po­ke­rzy­sty. Miał re­gu­lar­ne rysy, pro­ste brązowe włosy, tego sa­me­go ko­lo­ru oczy i za­wsze był gotów uśmiechnąć się do­bro­tli­wie. Uśmiech ten jed­nak nig­dy nie napełniał ciepłem jego oczu. Fred­die był sze­fem i współwłaści­cie­lem IAA – In­ter­na­tio­nal Ar­ti­sts Agen­cy – a z upływem lat za­pra­co­wał so­bie na przy­do­mek „Wąż”, gdyż po­tra­fił zręcznie wkręcić się lub wykręcić z każdej umo­wy. Oczy­wiście nikt nig­dy nie odważył się na­zwać go „Wężem” w jego obec­ności. Raz zro­biła to jego żona Dia­na. Wte­dy – pierw­szy i ostat­ni raz – pod­niósł na nią rękę.

Sam wstał i zaczął zbie­rać się do wyjścia. Fred­die nie za­trzy­my­wał go, nie miał nic więcej do po­wie­dze­nia.

Kie­dy tyl­ko Sam za­mknął za sobą drzwi, Fred­die od­cze­kał parę se­kund, po czym pod­niósł słuchawkę te­le­fo­nu i wy­brał pry­wat­ny nu­mer Lu­cin­dy Ben­nett. Po chwi­li usłyszał jej za­spa­ny głos.

– Jak się mie­wa moja ulu­bio­na klient­ka? – spy­tał, wkładając w swój zim­ny, bez­barw­ny ton głosu cały urok, na jaki umiał się zdo­być.

– Śpi – od­parła Lu­cin­da zrzędli­wie.

– Sama?

Usłyszał fi­glar­ny śmiech.

– Nie two­ja spra­wa.

Fred­die odchrząknął.

– Słyszałem, że za­cho­wu­jesz się ostat­nio jak bar­dzo nie­grzecz­na dziew­czyn­ka.

– Nie trak­tuj mnie tak pro­tek­cjo­nal­nie, mój dro­gi – rzu­ciła Lu­cin­da za­spa­nym jesz­cze głosem. – Je­stem za sta­ra i zbyt bo­ga­ta, by wysłuchi­wać ta­kich bzdur.

– Źle mnie zro­zu­miałaś – od­parł Fred­die. – Przy­po­mi­nam ci je­dy­nie, że do­bre za­cho­wa­nie za­wsze w końcu popłaca.

– Po­dej­rze­wam, że miałeś wątpliwą przy­jem­ność wi­dzieć się z Sa­mem – po­wie­działa, a w to­nie jej głosu za­brzmiała wyraźnie po­gar­da dla me­nedżera.

– W rze­czy sa­mej. Po­in­for­mo­wał mnie, że chcesz wy­co­fać się z fil­mu z Ke­vi­nem Page’em.

– I ma ab­so­lutną rację.

Fred­die opa­no­wał zde­ner­wo­wa­nie. Za­cho­wy­wa­nie zim­nej krwi było nie­odłącznym ele­men­tem jego pro­fe­sji.

– Dla­cze­go miałabyś zro­bić coś ta­kie­go te­raz, gdy przy­go­to­wa­no już umowę, a ty masz do­stać dwa­naście mi­lionów do­larów? – spy­tał.

– Bo Ke­vin Page jest dla mnie za młody – rzu­ciła szorst­ko Lu­cin­da. – Nie mam ocho­ty wyglądać na ekra­nie jak sta­re bab­sko.

– Mówiliśmy już o tym trzy ty­go­dnie temu, Lu­cin­do. Masz za­gwa­ran­to­wa­ne w kontr­ak­cie, że za­an­gażują ope­ra­to­ra, którego sama wy­bie­rzesz. Będziesz mogła wyglądać na osiem­naście lat, jeśli tyl­ko ze­chcesz.

– Mam pra­wie czter­dziestkę, Fred­die – rzu­ciła. – Nie mam ocho­ty wyglądać na osiem­naście lat.

Wie­dział na pew­no, że Lu­cin­da li­czy co naj­mniej czter­dzieści pięć wio­sen.

– W porządku – po­wie­dział spo­koj­nie. – Dwa­dzieścia osiem, trzy­dzieści osiem, ile tyl­ko za­pra­gniesz. By­le­byś była za­do­wo­lo­na.

– Nie próbuj mnie ułago­dzić. Ke­vin Page jest prze­cież two­im klien­tem. Nakręcił dwa prze­bo­jo­we fil­my, a te­raz chcesz po­de­przeć jego ka­rierę, ob­sa­dzając go ra­zem ze mną.

– To nie­praw­da. Tu cho­dzi o cie­bie. Mu­sisz do­cie­rać do młod­szej pu­blicz­ności. Li­czy się de­mo­gra­fia – urwał na chwilę, po czym ciągnął da­lej. – Je­steś wielką gwiazdą, Lu­cin­do, żadna inna ak­tor­ka nie może się z tobą równać. Mu­sisz jed­nak zro­zu­mieć, że po zie­mi cho­dzi całe mnóstwo młodych lu­dzi, którzy nig­dy o to­bie nie słysze­li.

– Spa­daj, Fred­die – rzu­ciła wściekła. – Mogę robić to, na co mam tyl­ko ochotę.

– Nie – od­parł bar­dziej sta­now­czym to­nem. – Nie możesz. Zro­bisz to, co ci każę.

– A jeśli odmówię?

– Prze­stanę być two­im agen­tem.

– Fred­die, ko­cha­ny, cza­sa­mi od­noszę wrażenie, że ty nic nie ro­zu­miesz – po­wie­działa Lu­cin­da, a jej lo­do­wa­ty głos wwier­cał się ostro w jego ucho. – Agen­ci po­win­ni całować mnie po sto­pach, żeby tyl­ko móc re­pre­zen­to­wać moje in­te­re­sy.

– Jeśli tego właśnie pra­gniesz, Lu­cin­do.

– Może rze­czy­wiście. – W jej głosie za­brzmiało wy­zwa­nie.

– W ta­kim ra­zie daj mi znać, co po­sta­no­wiłaś – uciął, po czym wyłożył na stół swo­je­go asa atu­to­we­go. – A tak przy oka­zji, czy pamiętasz, jak daw­no temu pro­siłaś mnie, żebym od­zy­skał two­je wcze­sne zdjęcia zro­bio­ne przez two­jego pierw­sze­go męża? Pamiętasz na pew­no, że udało mi się je zdo­być.

– Tak.

– To dziw­ne – ce­dził po­wo­li. – Jakiś czas temu przeglądałem za­war­tość mo­je­go sej­fu i wygląda na to, że nadal je­stem w po­sia­da­niu ne­ga­tywów.

W jej pod­nie­sio­nym głosie dało się wyraźnie słyszeć pełne gnie­wu nie­do­wie­rza­nie.

– Fred­die, czyżbyś próbował mnie szan­tażować?

– Nie. Próbuję je­dy­nie nakłonić cię do pod­pi­sa­nia kon­trak­tu, który od po­nad ty­go­dnia leży na two­im biur­ku. Kon­trak­tu, który przy­nie­sie ci dwa­naście mi­lionów do­larów, da ci główną rolę u boku naj­po­pu­lar­niej­sze­go młode­go ak­to­ra w kra­ju i utrzy­ma cię na szczy­cie, czy­li tam, gdzie jest two­je miej­sce.

Urwał, po­zwa­lając jej prze­tra­wić to, co właśnie po­wie­dział.

– Prze­myśl to, Lu­cin­do, i skon­tak­tuj się ze mną jesz­cze przed końcem dnia.

Odłożył słuchawkę, za­nim zdążyła od­po­wie­dzieć.

Te ak­tor­ki! Mu­siały się prze­kotłować przez tyle łóżek w dro­dze na szczyt, że kie­dy już tam do­tarły, stać je było tyl­ko na stwa­rza­nie pro­blemów. Fred­die­mu Le­ono­wi nikt jed­nak nie będzie robił pro­blemów. Miał władzę i nie wahał się z niej ko­rzy­stać.

Roz­dział 3

Na­ta­lie de Bar­ge spoj­rzała na ze­ga­rek mar­ki Bul­ga­ri Swatch, który nie­daw­no kupiła so­bie w pre­zen­cie, i ci­cho zaklęła pod no­sem. Dla­cze­go ten czas tak szyb­ko leci? Znów była spóźnio­na, a to do­pro­wa­dzało ją do szału. Miała jesz­cze tyle do zro­bie­nia przed wy­jaz­dem na lot­ni­sko, gdzie cze­kała na nią Ma­di­son, jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka i współmiesz­kan­ka w cza­sach col­le­ge’u. A na do­da­tek po po­wro­cie z lot­ni­ska mu­siała pędzić do stu­dia, by zdążyć na swo­je okien­ko w wia­do­mościach o szóstej. Była bo­wiem w lo­kal­nej sta­cji te­le­wi­zyj­nej re­dak­torką od­po­wie­dzialną za show-biz­nes. I choć lubiła swoją pracę, miała bez wątpie­nia większe aspi­ra­cje niż prze­ka­zy­wa­nie try­wial­nych plo­tek i opo­wia­da­nie o jesz­cze bar­dziej try­wial­nych wy­da­rze­niach z tego świat­ka.

Na­ta­lie była nie­zwy­kle ener­giczną dwu­dzie­sto­dzie­więcio­let­nią Mu­rzynką o lśniącej skórze, dużych brązo­wych oczach i pełnej ape­tycz­nych krągłości fi­gu­rze. Radość życia mącił jej jed­nak fakt, że mie­rzyła tyl­ko 155 cen­ty­metrów. Często wście­kała się z tego po­wo­du, żałując, że nie uro­dziła się tak wy­so­ka i smukła jak Ma­di­son. Nie mogła się już do­cze­kać spo­tka­nia z nią. Wpraw­dzie roz­ma­wiały ze sobą przez te­le­fon co naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu, lecz to nie było to samo, co miesz­ka­nie w jed­nym mieście. Na­ta­lie roz­stała się nie­daw­no ze swo­im przy­ja­cie­lem, bez­ro­bot­nym ar­tystą Den­ze­lem. Do­brze się złożyło, gdyż Ma­di­son też nie była już z Da­vi­dem. O tak, pomyślała Na­ta­lie, będą na pew­no miały mnóstwo spraw do ob­ga­da­nia.

Na­ta­lie zdążyła już prze­ko­nać samą sie­bie, że wca­le nie tęskni za Den­ze­lem, mimo że miał na­prawdę piękne ciało. Nie­ste­ty, smut­na praw­da wyglądała tak, że cza­sa­mi piękne ciało to nie wszyst­ko. Den­zel żył na jej koszt przez po­nad rok, a kie­dy prze­stała płacić ra­chun­ki, zniknął w środ­ku nocy, za­bie­rając ze sobą jej dro­gi sprzęt ste­reo i całą ko­lekcję płyt kom­pak­to­wych z kla­syką mu­zy­ki soul. Te­raz bra­ko­wało jej bar­dziej Ma­rvi­na Gaye’a i Ala Gre­ena niż Den­zela.

– Cześć – ode­zwał się na­gle Jim­my Sica, re­dak­tor i pre­zen­ter wie­czor­nych wia­do­mości, po­zy­ska­ny nie­daw­no z De­nver. – Co zro­biłaś z włosa­mi?

Na­ta­lie odwróciła się i ob­rzu­ciła go uważnym spoj­rze­niem. Jim­my miał 180 cen­ty­metrów wzro­stu i był niesłycha­nie przy­stoj­ny, co nie robiło na niej naj­mniej­sze­go wrażenia, gdyż nig­dy nie sta­wiała uro­dy na pierw­szym miej­scu. Zde­cy­do­wa­nie wolała mężczyzn, którzy mie­li w so­bie to „coś”.

– Obcięłam – od­parła, mu­skając bez­wied­nie swoją krótką, ele­gancką fry­zurę. – Po­do­ba ci się?

– Wyglądasz na dwa­naście lat.

Uśmiechnęła się sze­ro­ko.

– Och, dzięki. W tym mieście to chy­ba jest kom­ple­ment.

– Długie włosy czy krótkie, za­wsze wyglądasz re­we­la­cyj­nie – po­wie­dział z uśmie­chem. A uśmiech miał cu­dow­ny – i cu­downą, ja­snowłosą żonę, której zdjęcie zaj­mo­wało eks­po­no­wa­ne miej­sce na jego biur­ku.

– Dzięki, Jim­my – od­parła, przy­bie­rając prze­sad­ny południo­wy ak­cent. – Nig­dy nie przyszło mi do głowy, że do­strze­gasz ta­kie rze­czy.

Jim­my za­pre­zen­to­wał swój naj­lep­szy te­le­wi­zyj­ny uśmiech, odsłaniając równiut­kie zęby i mocną linię szczęk.

– Wpadłaś tu­taj w oko wszyst­kim fa­ce­tom.

„Przy­sta­wia się do niej? Nie­możliwe”.

– Wyjeżdżam niedługo po moją przy­ja­ciółkę – oznaj­miła Na­ta­lie, szyb­ko zmie­niając te­mat. – Przy­la­tu­je z No­we­go Jor­ku, żeby ze­brać ma­te­riały do ar­ty­kułu o Fred­diem Le­onie.

To wy­warło na Jim­mym spo­re wrażenie.

– Tym agen­cie?

– A jest jakiś inny Fred­die Leon?

– Ma całkiem in­te­re­sujące za­da­nie.

– Ma­di­son sama jest in­te­re­sującą ko­bietą.

Jim­my rzu­cił jej prze­ciągłe spoj­rze­nie.

– Jeśli to two­ja przy­ja­ciółka, to na pew­no tak jest.

– Może przy­jadę z nią kie­dyś do stu­dia i opro­wadzę po wszyst­kich za­ka­mar­kach.

– Mam lep­szy po­mysł. W so­botę ra­zem z żoną wy­da­je­my u nas nie­wielką ko­lację. Może wpad­niesz ze swoją przy­ja­ciółką? Mój brat też zje­chał do mia­sta i jesz­cze kil­ku kum­pli z col­le­ge’u. Za­po­wia­da się niezła im­pre­za.

– Ja­kie­go ro­dza­ju im­prezę masz na myśli, Jim­my? – spy­tała z wa­ha­niem.

– Na pew­no nie TAKĄ, skar­bie – od­parł ze śmie­chem. – Muszę cię roz­cza­ro­wać, ale je­stem naj­porządniej­szym i naj­le­piej pro­wadzącym się fa­ce­tem w mieście.

– Wiem o tym – od­rzekła, flir­tując z nim lek­ko, mimo że nie był w jej ty­pie. – I to mi się właśnie w to­bie po­do­ba.

Uniósł brwi.

– Na­prawdę?

– Tak.

Wy­mie­ni­li uśmie­chy. „Hmm – pomyślała. – On zde­cy­do­wa­nie się do mnie przy­sta­wia”.

Po­czuła się tym lek­ko zakłopo­ta­na, bo prze­cież był żona­ty. I na do­da­tek o wie­le dla niej za wy­so­ki.

– Ob­ga­dam to z Ma­di­son i dam ci znać – po­wie­działa.

– Świet­nie.

„Tak. Świet­nie. Może jego brat okaże się wielką miłością jej życia – księciem, którego szu­ka od za­wsze. Czar­ny, biały, ko­lo­ro­wy – ten właściwy fa­cet musi prze­cież gdzieś tam być.

Pew­nie. A John F. Ken­ne­dy ju­nior jest ge­jem. Nie licz za bar­dzo na właści­wych fa­cetów”.

– Zmy­kam stąd – wes­tchnęła, ma­chając mu lek­ko na pożegna­nie. – Do zo­ba­cze­nia.

Jim­my Sica rzu­cił jej swój pro­mien­ny uśmiech.

– Możesz być pew­na, że już nie mogę się do­cze­kać.

Roz­dział 4

W urządzo­nym w od­cie­niu bla­dej brzo­skwi­ni apar­ta­men­cie należącym do Kri­stin Carr za­dzwo­nił te­le­fon. Minęło już południe, a ona wciąż spała. Jak przez mgłę usłyszała na­tar­czy­wy dzwo­nek i cze­kała, by Chiew pod­niosła słuchawkę. Ku jej zde­ner­wo­wa­niu, le­ni­wa go­spo­sia zi­gno­ro­wała te­le­fon.

Nie całkiem roz­bu­dzo­na Kri­stin uświa­do­miła so­bie, że to jej pry­wat­na li­nia. „Cho­le­ra!”.

Nie czuła się naj­le­piej. Zeszłej nocy wypiła za dużo dom pe­ri­gno­na do­pra­wio­ne­go ko­ka­iną, a po­tem połknęła dwie ta­blet­ki, żeby szyb­ciej zasnąć. „Cho­le­ra!”.

Wyciągnęła smukłą białą rękę spod brzo­skwi­nio­wej, atłaso­wej poście­li i po omac­ku od­na­lazła słuchawkę.

– Tak? – spy­tała za­chryp­niętym głosem.

– Pan X chciałby się z tobą zo­ba­czyć – po­wie­dział ko­bie­cy głos.

– O Boże, Dar­le­ne. Nie! Po ostat­nim ra­zie po­wie­działam ci, że to mnie już nie in­te­re­su­je.

– Czy czte­ry tysiące do­larów po­mogą ci zmie­nić zda­nie?

– Dla­cze­go to mam być ja? – jęknęła.

– Bo je­steś naj­lep­sza.

Kri­stin przy­po­mniała so­bie dwa po­przed­nie spo­tka­nia z pa­nem X. Po raz pierw­szy zgod­nie z in­struk­cja­mi zja­wiła się na pod­ziem­nym par­kin­gu w Cen­tu­ry City. Przy­je­chał ciem­nym pick-upem bez ta­blic re­je­stra­cyj­nych, a sam był ubra­ny na czar­no – włącznie z oku­la­ra­mi prze­ciwsłonecz­ny­mi i naciągniętą ni­sko na czoło cza­peczką ba­se­bal­lową. Nie wy­sia­dając z sa­mo­cho­du, kazał jej się ro­ze­brać na par­kin­gu – na którym na szczęście nie było ni­ko­go – i kie­dy krążyła wokół jego pick-upa z gołymi poślad­ka­mi, on pra­co­wi­cie zaj­mo­wał się sobą. Gdy skończył, bez słowa wręczył jej przez okno ko­pertę za­wie­rającą dwa tysiące do­larów, po czym szyb­ko od­je­chał.

Dru­gi raz spo­tka­li się w samo południe w ki­nie w West-wood. Mrocz­na sala świe­ciła pust­ka­mi. Na ekra­nie swo­je umiejętności de­mon­stro­wał Ed­die Mur­phy, a pan X po raz ko­lej­ny przy­był w kryjącym wszyst­ko prze­bra­niu. Kie­dy usiadł obok niej, kazał jej zdjąć majt­ki i podać mu, po czym spuścił się pro­sto na nie. Oddał je wraz z ko­pertą za­wie­rającą gotówkę. Gdy wyszła z kina, po nim nie było już ani śladu.

Otrzy­my­wa­ne od nie­go pie­niądze przy­cho­dziły jej najłatwiej, lecz był to jed­no­cześnie naj­dziw­niej­szy sposób za­ra­bia­nia. Pan X bu­dził w niej naj­gor­sze uczu­cia.

– To zbo­cze­niec – po­wie­działa.

– Zmuś się – od­parła Dar­le­ne.

– Do­bra – rzu­ciła zrzędli­wie, sku­szo­na za­ofe­ro­waną jej sumą, choć in­stynkt ostrze­gał ją, by odmówiła.

– Nie będzie tak źle.

– A skąd ty możesz to wie­dzieć?

– Prze­cież cię nie bije ani nic w tym sty­lu. Sama mi mówiłaś, że ostat­nim ra­zem na­wet cię nie do­tknął.

– Wolałabym, żeby to zro­bił – od­parła Kri­stin za­pal­czy­wie. – Wie­działabym przy­najm­niej, że jest człowie­kiem.

– To wiesz dzięki jego pie­niądzom. Po­win­no ci wy­star­czyć.

– Do­brze już, do­brze – po­wie­działa z wes­tchnie­niem Kri­stin. – W ja­kiej dziu­rze mam się spo­tkać z nim tym ra­zem?

– Przy Hol­ly­wo­od Bo­ule­vard. Mo­tel za La Brea. Prze­fak­suję ci dokładny ad­res. Masz tam być o siódmej. I ubierz się na biało. Cała – łącznie z bu­ta­mi, raj­sto­pa­mi i oku­la­ra­mi prze­ciwsłonecz­ny­mi.

– Czy to ozna­cza, że do­stanę spe­cjal­ne fun­du­sze na ciu­chy? – rzu­ciła Kri­stin uszczy­pli­wie.

– Czte­ry tysiące to niezła sum­ka – za­uważyła Dar­le­ne. – To tysiąc więcej niż ostat­nim ra­zem.

– Też mi cho­ler­ny in­te­res.

– Baw się do­brze.

„Dar­le­ne to wspa­niała opie­kun­ka – pomyślała z go­ryczą Kri­stin. – Trosz­czy się wyłącznie o wszech­potężne do­lce. I ma gdzieś bez­pie­czeństwo”.

Wy­sunęła się z łóżka i weszła pod prysz­nic. Była uoso­bie­niem złotej dziew­czy­ny – wszyst­ko otrzy­mała w da­rze od na­tu­ry: gęste ja­sne włosy, ty­po­wo ame­ry­kańskie rysy, krągłe ciało o dużych pier­siach i moc­no skręcony pu­szek ja­snych włosów łono­wych, który w doj­rzałych mężczy­znach bu­dził pożąda­nie god­ne na­pa­lo­nych na­sto­latków.

Kri­stin wyglądała jak anioł. Miała jed­nak ser­ce z ka­mie­nia, a za­miast mózgu kal­ku­la­tor.

Miała też swój plan. W chwi­li, kie­dy w skryt­ce ban­ko­wej zgro­ma­dzi pół mi­lio­na do­larów w gotówce, wy­co­fa się z tego in­te­re­su. Do celu pro­wa­dziła każda suma, każde czte­ry tysiące do­larów.

„Ale mimo wszyst­ko… znów pan X, już dru­gi raz w tym ty­go­dniu” – zadrżała na samą myśl.

Sięgnęła po miękki, różowy szla­frok i owinęła nim swo­je wspa­niałe ciało.

„No do­brze, jesz­cze je­den dzień. Ko­lej­ny krok na dro­dze do wiel­kie­go celu. W końcu prze­cież będzie wol­na”.

Roz­dział 5

– Co za kre­tyn! – wy­krzyknęła Sal­li T. Tur­ner. Kąciki jej moc­no uma­lo­wa­nych, różowych ust lek­ko opadły, co było wi­do­mym zna­kiem dez­apro­ba­ty.

– Słucham? – spy­tała Ma­di­son. Wróciła właśnie na swo­je po­przed­nie miej­sce i oddała się roz­myśla­niom o wy­wia­dzie z Fred­diem Le­onem. Jeśli wszyst­ko pójdzie gładko, do­trze do nie­go bar­dzo szyb­ko. Vic­tor obie­cał wszyst­ko usta­wić dzięki wspólne­mu przy­ja­cie­lo­wi, mimo że Fred­die słynął z tego, iż nig­dy nie roz­ma­wia z przed­sta­wi­cie­la­mi pra­sy. Do tego cza­su Ma­di­son za­pla­no­wała spo­tka­nia z jego przy­ja­ciółmi, zna­jo­my­mi, klien­ta­mi i wro­ga­mi. Z każdym, kto miał na jego te­mat coś do po­wie­dze­nia.

Sal­li po­chy­liła się w jej stronę, pre­zen­tując zbliżenie po­kry­tych grubą warstwą tu­szu sztucz­nych rzęs.

„Jest za ładna na tak moc­ny ma­ki­jaż – pomyślała Ma­di­son. – Dla­cze­go nikt jej tego nie po­wie?”.

– Bo – szepnęła Sal­li. – To strasz­nie na­pa­lo­ny du­pek.

– Ja… ja go nie znam – od­parła Ma­di­son, za­sta­na­wiając się, dla­cze­go Sal­li po­sta­no­wiła jej się zwie­rzyć.

– Nie mu­sisz go wca­le znać – rzu­ciła dziew­czy­na z po­gardą. – To prze­cież fa­cet. I na do­da­tek sławny – zmarsz­czyła lek­ko za­dar­ty nos. – Wszy­scy ci sławni fa­ce­ci są prze­ko­na­ni, że mogą mieć każdą. Czy wiesz, o co mnie po­pro­sił?

– O co? – Ma­di­son nie mogła ukryć swo­jej wro­dzo­nej cie­ka­wości.

– Chciał iść do to­a­le­ty, żebyśmy mo­gli to tam zro­bić – szepnęła Sal­li. – Tyle tyl­ko, że nie ujął tego tak ele­ganc­ko.

– Poważnie?

– Słowo skau­ta – od­parła Sal­li. – Już lecę zro­bić to z nim jesz­cze raz! Przez ten duży biust, ja­sne włosy i opi­nię głupiej la­lecz­ki mężczyźni myślą, że nic nie robię, tyl­ko cze­kam na ich pro­po­zy­cje.

– To rze­czy­wiście pro­blem – mruknęła współczująco Ma­di­son, za­sta­na­wiając się, co też Sal­li miała na myśli, mówiąc „jesz­cze raz”.

– Jakoś so­bie z tym radzę – po­wie­działa Sal­li zde­cy­do­wa­nie. – Szcze­rze mówiąc, pod­nie­ca mnie to całe za­mie­sza­nie. – Wzru­szyła ra­mio­na­mi i obciągnęła lek­ko króciutką, skórzaną su­kienkę. – Wiem, że Bo­zia dała mi co trze­ba, ale nie je­stem prze­cież głupia ani nic ta­kie­go.

– Oczy­wiście, że nie – stwier­dziła łagod­nie Ma­di­son.

– Na­prawdę tak jest – po­twier­dziła za­pal­czy­wie Sal­li. – Wy­ko­rzy­stałam dary od Bozi, by osiągnąć po­zycję, którą dziś zaj­muję. Prze­cież tyl­ko w ten sposób mogłam się prze­bić. Clint Eastwo­od też wy­ko­rzy­stał swo­je dary, by zo­stać gwiazdą. Trochę się tyl­ko różnimy, to wszyst­ko.

Ma­di­son nie uznała za sto­sow­ne przy­po­mi­nać jej, że Clint Eastwo­od pra­cu­je w tym biz­ne­sie od po­nad trzy­dzie­stu lat i że zdążył wy­pro­du­ko­wać oraz wyreżyse­ro­wać wie­le filmów. Ma też własną wytwórnię oraz nie­ska­laną re­pu­tację za­wo­dow­ca. Może za trzy­dzieści lat Sal­li też tyle osiągnie – zda­rzały się już prze­cież dziw­niej­sze rze­czy.

– Po­wiem ci całą prawdę. – Sal­li na­chy­liła się jesz­cze bar­dziej, tak że Ma­di­son czuła te­raz jej pachnący miętą od­dech. – Mój biust jest si­li­ko­no­wy, bo wiem, że to pod­nie­ca fa­cetów. Ode­ssałam też cały tłuszcz z ud, a część kazałam prze­szcze­pić do warg. Roz­jaśniam włosy i noszę sek­sow­ne ciu­chy. Je­stem naj­lep­szym do­wo­dem na to, że cała ta ma­gia działa. Dzięki temu zdo­byłam rolę w se­ria­lu i fan­ta­stycz­ne­go męża. Po­cze­kaj, aż po­znasz Bob­by’ego. Będzie cze­kał na lot­ni­sku.

– Z przy­jem­nością – od­parła Ma­di­son.

– To praw­dzi­wy ogier! – po­chwa­liła się Sal­li. – Zabiłby Bo De­aco­na, gdy­by tyl­ko się do­wie­dział, jak pa­skud­nie mnie po­trak­to­wał.

– Może le­piej nic mu nie mów.

Sal­li otwo­rzyła sze­ro­ko oczy.

– Taka głupia to już nie je­stem.

– Znałaś wcześniej Bo? – spy­tała Ma­di­son.

– Daw­no temu… za­nim doszłam do tego wszyst­kie­go – po­wie­działa Sal­li. – Po­tem, kie­dy już stałam się sławna, parę razy wystąpiłam w jego pro­gra­mie i trochę po­flir­to­wa­liśmy przed ka­me­ra­mi. Nie ma w tym zresztą nic dziw­ne­go. Flir­tuję z nimi wszyst­ki­mi – z Let­ter­ma­nem, Leno, Ho­war­dem. Wszyst­kie to robią: Pa­me­la An­der­son, He­ather Loc­kle­ar, na­wet Ju­lia Ro­berts. To część umo­wy. Tego się od nas ocze­ku­je. – Wzięła do ręki drin­ka. – Te­raz, kie­dy je­stem już mężatką, nie po­wi­nien się do mnie przy­sta­wiać. To nie jest wca­le miłe.

– Masz rację – zgo­dziła się Ma­di­son.

– Mam na­dzieję – ciągnęła da­lej Sal­li – że nie je­steś znu­dzo­na wysłuchi­wa­niem tych mo­ich opo­wieści. Czym ty się zaj­mu­jesz?

– Nie spodo­ba ci się to – po­wie­działa Ma­di­son, krzy­wiąc się lek­ko. Może po­win­na była wspo­mnieć o tym wcześniej.

– Słucham?

– Je­stem dzien­ni­karką.

Sal­li wy­buchnęła per­li­stym, dziewczęcym śmie­chem.

– O nie! Pi­smacz­ka! A ja tu ga­dam jak najęta. Pew­nie za­raz znajdę się na okładce „Star” albo „Enqu­irer”. Praw­dzi­we wy­zna­nia królo­wej sek­su. Ależ ze mnie głupol!

– To nie moja branża – szyb­ko za­re­ago­wała Ma­di­son. – Pi­suję dla ma­ga­zy­nu „Man­hat­tan Sty­le”.

– O kurczę! – wy­krzyknęła Sal­li, a w jej oczach ma­lo­wało się pełne za­sko­cze­nie. – To ma­ga­zyn z klasą. Nig­dy nie puści­li­by ar­ty­kułu o kimś ta­kim, jak ja – nastąpiła krótka, pełna na­dziei pau­za. – Praw­da?

– Dla­cze­go nie? Wy­wiad z tobą byłby na pew­no bar­dzo in­te­re­sujący.

– Tak myślisz? – pod­chwy­ciła Sal­li ocho­czo.

– Jeśli tyl­ko chciałabyś opo­wie­dzieć o całej tej hol­ly­wo­odz­kiej ma­chi­nie sek­su. Gdy­byś po­wie­działa całą prawdę, mógłby po­wstać nie­zwy­kle in­try­gujący ar­ty­kuł. Je­stem pew­na, że masz dużo do opo­wie­dze­nia.

– Po­win­naś posłuchać niektórych hi­sto­rii. – Sal­li przewróciła ocza­mi. – Mogłabym ci opo­wie­dzieć ta­kie re­we­la­cje, że aż by ci się zakręciło w głowie. Fa­ce­ci w tym mieście! Nie ma ta­kiej rze­czy, której bym o nich nie wie­działa.

– Może po­win­nam po­roz­ma­wiać z moim na­czel­nym.

– No nie! – wy­krzyknęła Sal­li, wiercąc się na swo­im miej­scu. – Mogłabym tra­fić na okładkę?

– Mamy tyl­ko dwa­naście okładek w roku – wyjaśniła Ma­di­son. – Z cze­go tyl­ko czte­ry poświęcone są show-biz­ne­so­wi. Ciężko na taką tra­fić.

– Wszyst­kie ma­ga­zy­ny chcą za­miesz­czać moje zdjęcie na okładce – po­wie­działa nie­win­nie Sal­li. – Dzięki mnie le­piej się sprze­dają.

– Je­stem tego pew­na. Ale mój na­czel­ny ma własną po­li­tykę.

– Pamiętasz te zdjęcia Demi Mo­ore na okładce „Va­ni­ty Fair”, kie­dy po­zo­wała nago w ciąży? – spy­tała radośnie Sal­li. – Nakład wy­strze­lił w górę jak ra­kie­ta. Co po­wiesz na moje zdjęcie nago? Czy twój na­czel­ny pisałby się na coś ta­kie­go?

– Pew­nie bar­dziej „Play­boy” niż my.

Sal­li za­chi­cho­tała.

– Wiem, wiem. Tyl­ko żar­to­wałam. Byłam na okładce „Play­boya” już trzy razy. Uwiel­biają mnie tam – znów za­chi­cho­tała. – Albo ra­czej uwiel­biają mój duży biust!

– Wy­obrażam so­bie, że je­steś bar­dzo po­pu­lar­na.

– Co cię spro­wa­dza do Los An­ge­les? – spy­tała Sal­li.

– Mam prze­pro­wa­dzić wy­wiad z Fred­diem Le­onem, tym agen­tem. Chy­ba go nie znasz?

– Sam Fred­die Leon – wes­tchnęła Sal­li. – To jest ktoś.

– Ro­zu­miem, że na two­jej liście ważnych osób zaj­mu­je wy­so­kie miej­sce?

– Fred­die Leon jest naj­potężniej­szym agen­tem w Hol­ly­wo­od – po­wie­działa Sal­li, z sza­cun­kiem ki­wając głową i potrząsając złoty­mi lo­ka­mi. – Bar­dzo bym chciała, żeby pew­ne­go dnia re­pre­zen­to­wał moje in­te­re­sy.

– Spo­tkałaś go kie­dyś? – spy­tała za­cie­ka­wio­na Ma­di­son.

Sal­li za­wa­hała się na chwilę.

– Tak – po­wie­działa z ociąga­niem. – Raz… daw­no temu.

– I co? – zachęciła ją Ma­di­son, wy­czu­wając od razu do­bry te­mat. – Co z tego wy­nikło?

– Nie byłam w jego ty­pie – od­parła bez­barw­nie Sal­li, jak gdy­by wspo­mnie­nie tego wy­da­rze­nia nie było naj­przy­jem­niej­sze.

Ma­di­son na­tych­miast ru­szyła tym tro­pem.

– Nie byłaś w jego ty­pie, jeśli cho­dzi o seks, czy też jako po­ten­cjal­na klient­ka?

Sal­li po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie.

– Pew­ne­go dnia wyśle­dziłam go na pod­ziem­nym par­kin­gu przy jego biu­rze. Ale on mnie szyb­ko i sku­tecz­nie spławił – zmarsz­czyła brwi. – Może nie prze­pa­da za sek­sem. Uwierz mi – mnie nig­dy, ale to PRZE­NIG­DY nikt nie spławia!

– Poszłaś tam, żeby upra­wiać z nim seks? – spy­tała Ma-di­son, za­sko­czo­na jej szcze­rością.

– Nie! – od­parła za­pal­czy­wie Sal­li. – Poszłam tam, żeby zwrócić na sie­bie uwagę. Nie byłam wte­dy mężatką, moja ka­rie­ra zmie­rzała do­nikąd, więc po­sta­no­wiłam za­ry­zy­ko­wać.

Ma­di­son doszła do wnio­sku, że szcze­rość Sal­li wpro­wa­dza nastrój nie­zwykłej świeżości. Pod roz­jaśnio­ny­mi włosa­mi i im­po­nującym biu­stem kryła się ty­po­wa dla młodych dziewcząt na­iw­ność.

– Je­steśmy już pra­wie na miej­scu? – spy­tała Sal­li i po­wo­li zaczęła się de­ner­wo­wać.

– Tak – od­parła Ma­di­son. – Czas się przy­go­to­wać. Pamiętaj, co ci mówiłam: za­mknij oczy, ode­tchnij głęboko i licz po­wo­li do stu. Po­wiem ci, kie­dy będzie­my już na zie­mi.

– Je­steś bo­ska! – wy­krzyknęła Sal­li. – Wiesz, nie mam żad­nej praw­dzi­wej przy­ja­ciółki. Wszyst­kie one są ta­kie za­zdro­sne – uśmiechnęła się bla­do. – Nie wiem zresztą cze­mu. Prze­cież mogłyby mieć to, co ja. Oczy­wiście, płacąc za to pewną cenę. No nie, nie wszyst­ko – dodała po chwi­li na­mysłu. – Na pew­no nie mogłyby mieć Bob­by’ego – jest tyl­ko mój!

– Jak długo je­steście małżeństwem?

– Dokład­nie sześć mie­sięcy, dwa ty­go­dnie, trzy dni i – gdy­bym tyl­ko miała ze­ga­rek, pew­nie po­wie­działabym, że ja­kieś trzy­dzieści trzy se­kun­dy – roześmiała się, lek­ko zakłopo­ta-na. – Nie ga­dam jak za­ko­cha­na po uszy, praw­da?

– Czym się zaj­mu­je Bob­by?

– To fa­cet od bar­dzo nie­bez­piecz­nych przygód. Jeździ na mo­to­cy­klach i szyb­ki­mi sa­mo­cho­da­mi. Prze­ska­ku­je nad czter­dzie­sto­ma dwo­ma au­to­bu­sa­mi. Daw­no temu, za czasów mo­jej bab­ci, zaj­mo­wał się tym osob­nik o na­zwi­sku Ewel Knie­vel.

– Ach tak, czy­tałam o nim. Bob­by Skorch. Człowiek, który co­dzien­nie ry­zy­ku­je życie.

– To właśnie mój Bob­by – po­wie­działa z dumą Sal­li. – A ty je­steś mężatką?

Ma­di­son potrząsnęła głową.

– Za bar­dzo się boję – od­parła, myśląc przez ułamek se­kun­dy o Da­vi­dzie, który nig­dy jej się nie oświad­czył. Przez dwa lata byli nie­rozłączni, te­raz sta­li się dwoj­giem zupełnie ob­cych so­bie osób.

– Ja przed ślu­bem z Bob­bym byłam już mężatką – oświad­czyła Sal­li. – Wyszłam za zupełnego świra i dup­ka, a na do­da­tek ak­to­ra.

Ma­di­son roześmiała się.

– Po­wiedz mi, jaki był na­prawdę.

Sal­li po­now­nie zmarsz­czyła brwi, roz­myślając o swo­im byłym.

– Po­zwał mnie do sądu, do­ma­gając się ali­mentów. Możesz w to uwie­rzyć? Nadal jest prze­ko­na­ny, że pew­ne­go dnia przyjmę go z po­wro­tem. Co za idio­tycz­ne mia­sto!

– Jak długo byliście małżeństwem?

– Na tyle długo, by ten drań zdążył mi parę razy złamać rękę. Nie wspo­mi­nając już o pod­bi­tych oczach, si­nia­kach i tym po­dob­nych.

– Wygląda na niezłego przy­jem­niacz­ka.

– On był święcie prze­ko­na­ny, że jest uro­czy.

Sal­li nie ode­zwała się już więcej, dopóki sa­mo­lot nie wylądował. Do­pie­ro wte­dy otwo­rzyła oczy i roz­pięła pas.

– Poszło jak z płatka! – wy­krzyknęła. – Chcesz u mnie pra­co­wać jako in­struk­tor­ka do spraw la­ta­nia?

Ma­di­son uśmiechnęła się.

– Chy­ba muszę zre­zy­gno­wać z tej ofer­ty – od­po­wie­działa, wstając i prze­ciągając się.

– Jeśli nikt po cie­bie nie wy­cho­dzi, możemy cię pod­rzu­cić li­mu­zyną – za­pro­po­no­wała Sal­li. – Bob­by uwiel­bia te naj­większe, z ja­cuz­zi z tyłu. To strasz­li­wie hol­ly­wo­odz­kie, ale po­nie­waż obo­je po­cho­dzi­my z małych mia­ste­czek, bar­dzo nas to pod­nie­ca!

– Dziękuję – uśmiechnęła się Ma­di­son. – Ma po mnie wyjść przy­ja­ciółka.

– Ko­niecz­nie mu­sisz mnie od­wie­dzić – po­wie­działa Sal­li, za­pi­sując swój nu­mer te­le­fo­nu na menu i po­dając Ma­di­son. – Je­steś wspa­niała i bar­dzo piękna, tak nor­mal­nie piękna.

Ma­di­son roześmiała się.

– Chy­ba po­win­nam ci po­dziękować.

– Mówię se­rio – od­parła Sal­li z en­tu­zja­zmem. – Nasz dom w Pa­li­sa­des jest na­prawdę nie­sa­mo­wi­ty.

– Na pew­no.

– O, Boże! – jęknęła Sal­li, wzdry­gając się prze­sad­nie. – Nad­ciąga ten roz­pust­nik.

Za­raz stanął przy nich Bo De­acon – świeżo umy­ty, ucze­sa­ny i cały ob­la­ny wodą kolońską. Próbował wziąć Sal­li pod rękę, ale była dla nie­go za szyb­ka, zgrab­nie i ele­ganc­ko wy­co­fując się. Wpadła przy tym na tęgie­go biz­nes­me­na, który nie po­sia­dał się z radości, że mógł do­tknąć sa­mej roz­kosz­nej Sal­li T. Tur­ner.

Wzdłuż przejścia prze­py­chał się przed­sta­wi­ciel li­nii lot­ni­czych, by do­trzeć do swo­ich dwóch gwiazd. Ma­di­son usłyszała, jak Bo za­sy­czał do Sal­li nie­przy­jem­nym szep­tem:

– Co się stało, zdzi­ro? Próbu­jesz za­po­mnieć o lu­dziach, Mu­rzy­ni po­mo­gli ci się zna­leźć na szczy­cie?

Ma­di­son potrząsnęła głową i wyszła z sa­mo­lo­tu, prze­chodząc szyb­ko przez salę przy­lotów do taśmy z bagażami.

– Dziew­czy­no! – krzyknęła Na­ta­lie, po­ja­wiając się na­gle jak spod zie­mi. – Wresz­cie tu je­steś!

Ma­di­son nie po­sia­dała się z radości.

– Na­resz­cie – po­wie­działa, uśmie­chając się pro­mien­nie. – To był bar­dzo długi lot.

Uści­skały się ser­decz­nie.

– Ruch jest nie­sa­mo­wi­ty – tłuma­czyła Na­ta­lie. – Le­d­wo zdążyłam.

– Oca­liłaś mnie przed jazdą li­mu­zyną.

– O czym ty mówisz?

Ma­di­son po­ka­zała jej Sal­li T. Tur­ner i Bob­by’ego Skor­cha, połączo­nych namiętnym uści­skiem w po­bliżu wyjścia.

– Mogłam się z nimi załapać.

– Nie wierzę – zdzi­wiła się Na­ta­lie. – Roz­kosz­na Sal­li. Królowa bry­ga­dy mo­krych snów.

– Na­prawdę. To moja nowa naj­lep­sza przy­ja­ciółka.

Na­ta­lie roześmiała się.

– Czy to ozna­cza, że prze­han­dlo­wałaś moje wdzięki za blon­dynę o buj­nych kształtach?

– Żebyś wie­działa – od­parła Ma­di­son chłodno. – Nie możesz so­bie wy­obra­zić mnie i Sal­li połączo­nych do­zgonną przy­jaźnią? Mamy ze sobą wie­le wspólne­go.

– Hmm. – Na­ta­lie przyj­rzała się bacz­nie przy­tu­lo­nej pa­rze. – Mężuś jest całkiem ni­cze­go so­bie. Słod­ziut­ki.

Ma­di­son rzu­ciła okiem na Sal­li i Bob­by’ego, którzy nadal namiętnie się przy­tu­la­li mimo – a może właśnie z po­wo­du – kil­ku bar­dzo tym za­in­te­re­so­wa­nych pa­pa­raz­zich.

– Widzę tyl­ko czarną skórę, długie włosy i ta­tuaże.

Na­ta­lie wy­buchnęła nie­co nie­przy­zwo­itym śmie­chem.

– Cza­sem lubię, żeby byli nie­oszli­fo­wa­ni i ko­lo­ro­wi.

„O, Boże – pomyślała Ma­di­son. – Kłania się col­le­ge. Spędziłyśmy ze sobą za­le­d­wie dwie mi­nu­ty i już roz­ma­wia­my o fa­ce­tach”.

– Jest moja wa­liz­ka – po­wie­działa, ściągając bagaż z taśmy. – Chodźmy już.

– Za­nim dasz się sku­sić na jazdę li­mu­zyną? – do­ku­czała jej Na­ta­lie.

– Daj spokój! – od­parła, śmiejąc się, Ma­di­son.

Po kil­ku mi­nu­tach sie­działy już w sa­mo­cho­dzie, zmie­rzając w stronę Hol­ly­wo­od Hills, gdzie Na­ta­lie miesz­kała w nie­wiel­kim dom­ku, który dzie­liła ze swo­im bra­tem Cole’em, spe­cja­listą od fit­nes­su.

Ma­di­son wyj­rzała przez okno. Słońce, pal­my, re­stau­ra­cje ofe­rujące fast food i sta­cje ben­zy­no­we. Och, to Los An­ge­les, cóż to jest za mia­sto!

Po­mi­mo jej uprze­dzeń w sto­sun­ku do Hol­ly­wo­od i jego miesz­kańców, była bar­dzo pod­nie­co­na no­wym za­da­niem. Fred­die Leon był prze­cież bar­dzo zna­nym, potężnym agen­tem, któremu uda­wało się nie wy­pusz­czać na światło dzien­ne zbyt wie­lu szczegółów z życia pry­wat­ne­go. Jed­na żona. Dwo­je dzie­ci. Żad­nych skan­da­li. A był prze­cież człowie­kiem, który roz­ta­czał kon­trolę nad naj­większy­mi ta­len­ta­mi w Hol­ly­wo­od. Kimś, kto przy­ku­wał uwagę pu­blicz­ności.

Ma­di­son po­sta­no­wiła, że do­wie się wszyst­kie­go – od­naj­dzie praw­dzi­we­go człowie­ka pod szczel­nym pu­blicz­nym wi­ze­run­kiem.

To było wiel­kie wy­zwa­nie.

A Ma­di­son za­wsze uwiel­biała wy­zwa­nia.

Roz­dział 6

– Wy­chodzę te­raz – Fred­die Leon po­in­for­mo­wał swoją asy­stentkę, Rię San­tia­go.

Gdy ją mijał, Ria pod­niosła wzrok znad biur­ka. Była bar­dzo atrak­cyjną La­ty­noską po czter­dzie­st­ce, która pra­co­wała dla Le­ona od po­nad dzie­sięciu lat. Znała go tak jak wszy­scy – czy­li nie­zbyt do­brze, gdyż Fred­die był mężczyzną za­mkniętym w so­bie, zaj­mo­wał się wyłącznie in­te­re­sa­mi.

– Czy mam za­dzwo­nić do pani Leon i po­wie­dzieć jej, że już pan je­dzie? – spy­tała, stu­kając ostro za­tem­pe­ro­wa­nym ołówkiem w blat biur­ka.

– Nie – od­parł. – Muszę się za­trzy­mać po dro­dze. Sam do niej za­dzwo­nię z sa­mo­cho­du.

– W porządku – po­wie­działa Ria, która wie­działa, że nie należy go pytać, dokąd się wy­bie­ra.

Fred­die wszedł do pry­wat­nej win­dy, którą dzie­lił z Ma­xem Ste­ele’em, swo­im wspólni­kiem w IAA, i przy­cisnął gu­zik pod­ziem­ne­go par­kin­gu. Kie­dy wy­szedł z win­dy, cze­kał już na nie­go rolls-roy­ce w ko­lo­rze kasz­tanów, sta­ran­nie wy­wo­sko­wa­ny i lśniący. Fred­die ucie­szył się na jego wi­dok, gdyż był bar­dzo pe­dan­tycz­ny w sto­sun­ku do swo­ich sa­mo­chodów – naj­mniej­sza rysa lub plam­ka do­pro­wa­dzała go do szału.

Par­kin­go­wy Wil­lie na­tych­miast do nie­go do­sko­czył.

– W pro­gno­zie mówili, że może padać, proszę pana – ode­zwał się wesoło, zwra­cając się ostrożnie w drugą stronę, by za­pach whi­sky, której do­pie­ro co pociągnął z bu­tel­ki, nie ude­rzył Le­ona pro­sto w twarz.

– Na pew­no się mylą, Wil­lie – od­parł Fred­die. – Wy­czu­wam deszcz, gdy tyl­ko za­czy­na się do nas zbliżać.

– Tak jest, proszę pana – po­wie­dział Wil­lie z sza­cun­kiem, co­fając się jesz­cze bar­dziej. Le­piej niż kto­kol­wiek wie­dział, jak się pod­li­zy­wać, dzięki cze­mu w każde święta Bożego Na­ro­dze­nia do­sta­wał na­pi­wek w wy­so­kości pięciu­set do­larów.

Fred­die wsiadł do sa­mo­cho­du i ostrożnie od­je­chał spod bu­dyn­ku IAA – ar­chi­tek­to­nicz­nej perły – a w myślach prze­bie­gał wy­da­rze­nia dnia, upew­niając się, że pamięta każdy szczegół. Im mniej in­for­ma­cji tra­fiało na pa­pier, tym le­piej – taka była jego fi­lo­zo­fia. Nie za­wiodła go ani razu przez te wszyst­kie lata.

Miał na­dzie­je, że Lu­cin­da Ben­nett nie będzie już stwa­rzać pro­blemów. Wy­ne­go­cjo­wał dla niej bar­dzo do­bry kon­trakt – do­sta­nie więcej pie­niędzy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem – a z nią u boku Ke­vi­na Page’a, mie­li szansę na wiel­ki przebój ekra­nu. Te­raz Lu­cin­da próbowała robić ja­kieś trud­ności, ale oczy­wiście to się jej nie uda. Nie­wiel­ka wzmian­ka o ne­ga­ty­wach ukry­tych w sej­fie z pew­nością dała jej dużo do myśle­nia.

Co się po­ro­biło w tym Hol­ly­wo­od, sko­ro mu­siał na­ma­wiać ak­torkę, której ka­rie­ra do­bie­gnie końca za pięć lat, do przyjęcia dwu­na­stu mi­lionów do­larów?

Ach, te gwiaz­dy. Są je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju. Ego­istycz­ne, nie­wdzięczne i tak łatwe do roz­gry­zie­nia. Dla­te­go też Fred­die za­wsze po­tra­fił je prze­ko­nać, że ma rację. Głęboko w ser­cu były dziećmi, które po­trze­bo­wały twar­dej, acz ko­chającej ręki, która mogłaby nimi po­kie­ro­wać. Fred­die ofe­ro­wał im dokład­nie to, cze­go po­trze­bo­wały. Max – gładki i mi­lut­ki – był jego zupełnym prze­ci­wieństwem. Roz­wie­dzio­ny, za­wsze szu­kający no­wych, świeżych ta­lentów. Wy­pra­co­wał so­bie wi­ze­ru­nek play­boya – szyb­kie po­rsche, gar­de­ro­ba złożona z gar­ni­turów Brio­nie­go, apar­ta­ment na bul­wa­rze Wil­shi­re i cała ko­lek­cja pięknych ko­biet. Ten brak po­do­bieństwa między nimi rzu­to­wał na ich działanie. Fred­die zaj­mo­wał się su­per­gwiaz­da­mi, Max roz­ta­czał opiekę nad nie­co mniej sław­ny­mi klien­ta­mi.

Fred­die uśmiechnął się do sie­bie, lecz uśmiech ten za­le­d­wie musnął jego war­gi. Max był prze­ko­na­ny, że jest naj­by­strzej­szym fa­ce­tem w mieście, a praw­da wyglądała tak, że był pośmie­wi­skiem – oso­bi­stym źródłem radości Fred­diego – którego nikt nig­dy nie wy­sta­wił do wia­tru. Wie­dział na pew­no, że od trzech mie­sięcy Max pro­wa­dzi taj­ne ne­go­cja­cje, by za­pew­nić so­bie pracę w potężnym stu­diu. Jeśli uda mu się tam za­cze­pić, opuści IAA i Fred­diego bez żad­nych skru­pułów, sprze­dając swe udziały temu, kto za­ofe­ru­je naj­więcej.

Fred­die mu­siał myśleć o własnej przyszłości. Max Ste­ele był zdrajcą. A Fred­die – le­piej niż kto­kol­wiek – wie­dział, jak ra­dzić so­bie ze zdraj­ca­mi.

* * *

Nieświa­dom fak­tu, że Fred­die wie wszyst­ko o jego po­czy­na­niach, Max Ste­ele kończył długi lunch w The Grill. Jego to­wa­rzyszką była nie­zwy­kle piękna mo­del­ka ze Szwe­cji, po­dob­na do młodej Gra­ce Kel­ly.

Inga Cru­el­le bar­dzo chciała do­ko­nać trud­ne­go po­su­nięcia: za­mie­nić ka­rierę su­per­mo­del­ki na ka­rierę gwiaz­dy fil­mo­wej.

Max Ste­ele zaś pragnął ze­rwać z niej ko­ron­kową bie­liznę fir­my Vic­to­ria’s Se­cret i pie­przyć ją do nie­przy­tom­ności.

Obo­je mie­li ja­sno spre­cy­zo­wa­ne pla­ny.

– Wi­dzisz więc – po­wie­działa Inga, gdy sie­dzie­li przy bez­ko­fe­ino­wym cap­puc­ci­no. Długi­mi pal­ca­mi gładziła brzeg filiżanki. – Nie chcę iść śla­da­mi Cin­dy. Główna rola będzie za trud­na na moją pierwszą ekra­nową próbę.

„Ego tych dziewcząt przy­bie­ra nie­sa­mo­wi­te roz­mia­ry – pomyślał Max. – Fakt, była bar­dzo piękna, ale co po­zwa­lało jej myśleć, że prze­bi­je się na dużym ekra­nie, gdy w ko­lej­ce cze­kały set­ki ak­to­rek? Te dziewczęta na­prawdę wie­działy, o co w tej grze cho­dzi, a nie mogły do­stać się na­wet na przesłucha­nie”.

– To bar­dzo mądre z two­jej stro­ny – zgo­dził się. Max nie miał uro­dy gwiaz­do­ra fil­mo­we­go, ale w wie­ku czter­dzie­stu dwóch lat mógł się po­szczy­cić nie­od­par­tym chłopięcym uro­kiem, masą kręco­nych brązo­wych włosów, za­dba­nym ciałem i do­sko­nałym wy­czu­ciem sty­lu. A jego łóżkowe wy­czy­ny były już le­gendą.

– Elle robi to tak, jak należy – za­sta­no­wiła się Inga, ob­ra­cając w długich, smukłych pal­cach łyżeczkę do kawy. – Całkiem nieźle się za­pre­zen­to­wała w tym fil­mie Stre­isand.

Był to ich dru­gi wspólny lunch i Max od­gry­wał swoją rolę per­fek­cyj­nie. Agent i jego po­ten­cjal­na klient­ka. Nic więcej. Inga, która przy­wykła już do spro­wa­dza­nia mężczyzn do sta­nu śliniących się idiotów, na pew­no za­sta­na­wiała się, dla­cze­go Max nie wy­ko­nu­je żad­ne­go zde­cy­do­wa­ne­go ru­chu.

– Elle to mądra dziew­czy­na – za­uważył. – Bar­dzo ciężko pra­cu­je.

– Ja też będę ciężko pra­co­wać – od­parła Inga, a na jej pięknej, po­zba­wio­nej ma­ki­jażu twa­rzy od­ma­lo­wał się pełen szcze­rości wy­raz. – Wezmę na­wet lek­cje ak­tor­stwa, jeśli uznasz, że to ko­niecz­ne.

„Nie, ma­lut­ka. Po co ci to? Je­steś znaną mo­delką, wszyst­ko ci się do­brze układa. Nie za­da­waj so­bie tyle tru­du”.

– Do­brze – przy­taknął. – To niezły po­mysł.

– Tyle ro­zu­miesz, Max, i tak bar­dzo mi po­ma­gasz – położyła mu na ra­mie­niu de­li­katną dłoń.

„Do­bra. To ona zro­biła pierw­szy ruch”.

– Posłuchaj, Ingo – sta­rał się, by jego głos za­brzmiał jak naj­szcze­rzej. – Chcę ci pomóc, więc umówię cię na spo­tka­nie z moim przy­ja­cie­lem, reżyse­rem. Jeśli mu się spodo­basz, może namówię go na próbne zdjęcia.

– Ta­kie praw­dzi­we?

– Tak, żeby zo­ba­czyć, jak za­cho­wu­jesz się przed ka­merą.

Inga roześmiała się, jak­by usłyszała naj­bar­dziej nie­do­rzeczną rzecz w życiu.

– Wi­działeś moje zdjęcia, Max – po­wie­działa, nie siląc się na skrom­ność. – Wiesz, że ka­me­ra mnie ko­cha.

– Zdjęcia to zupełnie co in­ne­go. Ka­me­ra fil­mo­wa rządzi się własny­mi pra­wa­mi – tłuma­czył Max, dzi­wiąc się jej tu­pe­to­wi. – Wspo­mniałaś o Cin­dy. Jest nie­sa­mo­wi­ta i w fil­mie wyglądała fan­ta­stycz­nie. Pro­blem po­le­gał na tym, że nie po­tra­fiła prze­ka­zać żad­nych emo­cji. Była jak czy­sta kart­ka.

– Dla­te­go właśnie w pierw­szym fil­mie nie chcę grać głównej roli – po­wie­działa Inga, jak­by pro­du­cen­ci cze­ka­li już w ko­lej­ce, byle tyl­ko ją za­trud­nić.

– Mógłbym też coś usta­wić na te­re­nie to­wa­rzy­skim – rzu­cił obojętnie Max, przy­go­to­wując pułapkę. – Może ko­lację u Leonów.

– U two­je­go wspólni­ka?

– Ko­la­cje u Fred­die­go stały się już le­gendą.

– W porządku. Czy mam przyjść z na­rze­czo­nym?

„A cóż to zno­wu za bzdu­ry?”. O na­rze­czo­nym słyszał po raz pierw­szy.

– Nie wie­działem, że je­steś zaręczo­na – powie­dział lek­ko po­iry­to­wa­ny.

– Mój na­rze­czo­ny miesz­ka w Szwe­cji – wy­znała Inga i widać było wyraźnie, że jej ak­cent może stać się poważną prze­szkodą na dro­dze do fil­mo­wej ka­rie­ry. – Przy­jeżdża ju­tro, żeby spędzić ze mną dwa dni w ho­te­lu Bel Air. Po­tem wróci do domu.

– Tak? – rzu­cił Max jesz­cze bar­dziej po­iry­to­wa­ny. – A czym się zaj­mu­je?

– Jest biz­nes­me­nem i od­no­si spo­re suk­ce­sy – od­parła Inga. – Zna­my się jesz­cze ze szkoły.

Maxa nie in­te­re­so­wały szczegóły.

– Kie­dy wra­casz do No­we­go Jor­ku? – spy­tał, za­sta­na­wiając się, jak so­bie ra­dzi z sek­sem oral­nym.

– Chy­ba w przyszłym ty­go­dniu – od­rzekła. – Moja agen­cja za­czy­na się nie­cier­pli­wić. Po­wie­działam im jed­nak, jak ważne jest, żebym zo­stała tu­taj do cza­su, gdy po­dejmę de­cyzję w spra­wie ka­rie­ry fil­mo­wej.

– Brzmi rozsądnie – zgo­dził się Max, do­chodząc do wnio­sku, że chy­ba nie jest naj­lep­sza w te kloc­ki. Piękne dziew­czy­ny nie paliły się do tego tak bar­dzo, jak ich brzyd­sze sio­stry. – Po­wi­nie­nem cię jed­nak ostrzec. Żad­nych na­rze­czo­nych na spo­tka­niach w in­te­re­sach. Zo­staw go w ho­te­lu.

– Nie będzie z tym pro­ble­mu – oświad­czyła chłodno Inga.

Max strze­lił pal­ca­mi w stronę kel­ne­ra, który na­tych­miast przy­niósł mu ra­chu­nek.

„Jest więc na­rze­czo­ny – pomyślał. – Mar­nuję tyl­ko czas.

Chy­ba jed­nak nie. Ma ten głodny wy­raz twa­rzy. Tak jak te wszyst­kie dziew­czy­ny, które chcą zo­stać gwiaz­da­mi fil­mo­wy­mi”.

– Czas wra­cać do pra­cy – po­wie­dział. Pod­pi­sał ra­chu­nek i wstał.

Inga z gracją wy­sunęła się zza sto­li­ka. Miała na so­bie białe spodnie i bla­doróżowy swe­te­rek z an­go­ry, który łagod­nie opi­nał jej nie­duże, zgrab­ne pier­si. Max wie­dział, że są ide­al­ne i po­zba­wio­ne wspo­ma­ga­nia si­li­ko­nu, gdyż wi­dział jej nagą rozkładówkę, którą zro­biła dla „Vo­gue’a” ze słyn­nym fo­to­gra­fem Hel­mu­tem New­to­nem. Osiem stron pełnych Ingi, czar­ne pończo­chy, pa­sek, wy­so­kie szpil­ki i wiel­ki dog siedzący spo­koj­nie u jej stóp. Duża kla­sa. Duża nagość. I całko­wi­ty brak wy­uz­da­nia.

Max do­szedł do wnio­sku, że już czas popróbować sma­ko­wi­te­go kąska ze Szwe­cji. Chciał po­czuć jej smak na ustach – to jego spe­cjal­ność – bez żad­nych za­ha­mo­wań.

I to szyb­ko.

Zaręczo­na czy nie, nie miał wątpli­wości, że mu się nie oprze.

Roz­dział 7

Kri­stin nie miała białych raj­stop, co ozna­czało wy­prawę do Ne­ima­na Mar­cu­sa. Nie było to złe, gdyż bar­dzo lubiła prze­cha­dzać się po luk­su­so­wym skle­pie, ku­po­wać ciu­chy, których nie po­trze­bo­wała, i mysz­ko­wać po kuszących la­dach z ko­sme­ty­ka­mi. Za­ku­py były jej te­ra­pią – dzięki nim prze­sta­wała myśleć o wszyst­kim i pogrążała się w świe­cie miękkiej, zmysłowej bie­li­zny, to­re­bek Ju­dith Le­iber i butów Ma­no­lo Blah­ni­ka.