Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 557

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 15 godz. 30 min Lektor: Marta Grzywacz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 15 godz. 30 min Lektor: Marta Grzywacz

Opis ebooka Znajdź ją - Lisa Gardner

„Od lat spod pióra Lisy Gardner wychodzą jedne z najlepszych thrillerów na rynku. Niemniej Znajdź ją to nowa jakość: pełna napięcia i suspensu, urzeka misternie skonstruowaną intrygą. Ogromny ładunek emocjonalny i niezwykła siła, jaka z niej emanuje, czynią tę powieść lekturą obowiązkową”. Harlan Coben Flora Dane była ofiarą. Siedem lat temu Flora, beztroska studentka college’u, została porwana podczas wiosennych ferii. Przez kolejne 472 dni dowiadywała się, jak wiele potrafi znieść człowiek. Flora Dane ocalała. Cudem przetrwała, a potem przez pięć lat przyzwyczajała się do rytmu normalnego życia, pracując ze specjalistą FBI ds. ofiar, Samuelem Keynesem. Ma matkę, która zawsze ją kochała, i brata, lękającego się osoby, którą się stała. I ma też ścianę w sypialni pokrytą zdjęciami innych dziewcząt, które nigdy nie powróciły do domu. Flora Dane jest lekkomyślna. Czyżby? Gdy detektyw D.D. Warren z Bostonu zostaje wezwana, na miejscu zdarzenia znajduje trupa mężczyzny oraz kobietę, która go zabiła – nagą i ze skrępowanymi dłońmi. Okazuje się, że Flora od czasu kiedy została uwolniona, zadarła już z trzema innymi podejrzanymi. Czy jest ofiarą, czy też myśliwym? Czy mając wiedzę o zachowaniu kryminalistów, mogłaby być kluczem do uratowania zaginionej studentki, której porwanie wstrząsnęło Bostonem? Gdy znika sama Flora, detektyw uświadamia sobie obecność prawdziwego drapieżnika. Drapieżnika, który za nic nie pozwoli, by Flora kiedykolwiek uciekła. I tylko D.D. Warren może ją znaleźć.

Opinie o ebooku Znajdź ją - Lisa Gardner

Fragment ebooka Znajdź ją - Lisa Gardner

Tytuł oryginału:

FIND HER

Copyright © 2016 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński/Szara Sowa

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-322-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Wszystkim, którzy ocaleli

Rozdział 1

TO, CZEGO NIE WIEDZIAŁAM:

Gdy po raz pierwszy budzisz się w ciemnej drewnianej skrzyni, mówisz sobie, że to się nie dzieje. Próbujesz oczywiście pchnąć wieko. Nic dziwnego. Uderzasz w boki pięściami, kopiesz piętami dno. Walisz głową, raz za razem, choć to sprawia ci ból. I krzyczysz. Krzyczysz, krzyczysz i krzyczysz. Smarki lecą ci z nosa. Łzy ciekną z oczu. Aż chrypniesz i dostajesz czkawki. A potem docierają do ciebie jakieś dziwne, smutne i żałosne dźwięki i zaczynasz rozumieć, naprawdę to pojmować – tak, jestem uwięziona w ciemnej drewnianej skrzyni – w chwili gdy uświadamiasz sobie, że to ty wydajesz te dźwięki.

Sosnowe deski wcale nie są gładkie. Dziurki na powietrze wycięto nierówno. Kiedy ich dotykasz, kiedy wsuwasz w nie palce, rozpaczliwie szukając… czegokolwiek… w opuszki wbijają ci się drzazgi. Przeklinasz drewniane zadry. A potem ssiesz skaleczony palec, zlizujesz krew z jego czubka i wydajesz z siebie kolejny przypominający szczenięce skomlenie jęk.

Jesteś sama w ciemnej skrzyni. To przerażające. Obezwładniające. Okropne. Przede wszystkim dlatego, że wciąż jeszcze nie wiesz, jak bardzo powinnaś się bać.

Starasz się poznać skrzynię, bo to jest teraz twój dom. Rozpychasz się ramionami, żeby określić jej szerokość. Mierzysz odległość dłońmi, próbujesz podciągnąć stopy. Za mało miejsca, żeby zgiąć kolana. Za mało miejsca, żeby się obrócić. Skrzynia ma dokładnie twoje wymiary. Jakby była zrobiona specjalnie dla ciebie. Twoja własna sosnowa trumna, twarda pod plecami, siniacząca łopatki, uwierająca tył głowy.

Jedyna wygoda: dno wyłożone gazetami. Na początku nie zauważasz tego szczegółu. A jeśli zauważasz, to nie rozumiesz. Dopóki po raz pierwszy się nie zsikasz. A potem leżysz całe dnie we własnym moczu. Jak zwierzę, myślisz. Tylko że nawet zwierząt nie traktuje się w ten sposób.

Zaschnie ci w gardle, popękają usta. Zaczniesz wpychać palce do dziurek na powietrze, rozdzierając skórę tylko po to, żeby móc cokolwiek posmakować, połknąć, possać. Poznasz siebie taką, jakiej nigdy dotąd nie znałaś. Złamaną. Prymitywną. Odór własnego moczu. Słony smak własnej krwi.

A jednak nadal nic nie wiesz.

Gdy wreszcie słyszysz jakieś kroki, nie możesz wprost uwierzyć. To omamy, wmawiasz sobie. To tylko ci się śni. Jesteś zagubioną, żałosną namiastką człowieka. Głupią, bezdennie głupią dziewuchą, która powinna mieć swój rozum, a tymczasem jak skończyła? Lecz w końcu dociera do ciebie metaliczne pobrzękiwanie kłódki po drugiej stronie ściany skrzyni, kilkanaście centymetrów od twojego ucha…

Może znowu płaczesz. Albo płakałabyś, gdybyś nie była tak odwodniona.

Gdy po raz pierwszy widzisz jego twarz, twarz człowieka, który ci to zrobił, czujesz ulgę. A nawet jesteś szczęśliwa. Patrzysz na jego pulchne policzki, oczy jak paciorki, otwarte usta, pożółkłe zęby i myślisz: Bogu niech będą dzięki. Bogu niech będą dzięki, Bogu niech będą dzięki, Bogu niech będą dzięki.

Wypuszcza cię ze skrzyni. Tak naprawdę to cię podnosi, bo nie jesteś w stanie ruszyć nogami, twoim mięśniom brakuje siły, nawet głowa ci się zwiesza. Chichoczesz. Głowa się zwiesza. Wyrażenie, które bawiło cię na lekcjach w szkole i wydawało się bezsensowne. A jednak. Głowa się zwiesza. Twoja głowa.

Boże, co za zapach. Czosnek, odór spoconego ciała, nieświeżych ubrań i brudnych włosów. Czy to ty? Czy on? Mdli cię. Nic na to nie poradzisz. A jego to śmieszy. Wyciąga w twoją stronę butelkę wody. I mówi, co dokładnie będziesz musiała zrobić, żeby na nią zasłużyć. Jest tłusty. Stary. Obrzydliwy. Odrażający. Splątana broda, przetłuszczone włosy, plamy po keczupie na taniej koszuli w kratę.

Jesteś dla niego zbyt dobra. Za młoda, za świeża, za piękna. Dziewczyna, która może wybierać pomiędzy najfajniejszymi chłopakami na imprezie w college’u. Która ma wszystko przed sobą. Miała?

Płaczesz za matką. Błagasz go, żeby cię wypuścił, gdy leżysz skulona u jego stóp. A potem w końcu, resztką sił, zdejmujesz ubranie. Pozwalasz mu robić to, co chce. Krzyczysz, ale twoje gardło jest zbyt wyschnięte, żeby mógł się z niego wydobyć jakikolwiek dźwięk. Wymiotujesz, lecz twój żołądek jest zbyt pusty, by wyrzucić jakąkolwiek treść.

Przeżywasz.

Kiedy wreszcie on wysuwa dłoń z butelką wody, ale po to tylko, żeby wylać ci ją na głowę, bez wstydu unosisz ręce, by schwytać tyle wilgoci, ile się da. Zlizujesz ją z własnych dłoni. Wysysasz z tłustych, brudnych włosów. Czekasz na moment jego nieuwagi i ssiesz plamę po keczupie na koszuli, którą rzucił wcześniej na ziemię.

Z powrotem do skrzyni. Do skrzyni. Do skrzyni.

Wieko opada z hukiem. Szczęka kłódka. Odrażający człowiek odchodzi. Znowu zostawia cię całkiem samą. Nagą. Posiniaczoną. Pokrwawioną. Wiedzącą rzeczy, których nigdy nie chciałaś poznać.

Mamusiu – szepczesz.

Ale ten potwór jest prawdziwy. I nikt nie może zrobić nic, żeby cię uratować.

TO, CO WIEM:

Niewiele można robić, tkwiąc w skrzyni wielkości trumny. Tak naprawdę jest tylko jedna rzecz, o której warto myśleć, którą warto kontemplować, wyobrażać ją sobie, minuta po minucie, godzina po każdej kolejnej koszmarnej godzinie. Jedna myśl, która utrzymuje cię przy życiu. Jedna idea, która daje ci siłę. Znajdziesz ją. Doprowadzisz do perfekcji. A potem, jeśli choć trochę mnie przypominasz, nigdy o niej nie zapomnisz.

Zemsta.

Lecz uważaj na to, czego pragniesz, zwłaszcza gdy jesteś głupią dziewuchą zamkniętą w skrzyni wielkości trumny.

Rozdział 2

Zaczęła od martini z sokiem z granatów. Oczywiście przepłaciła. Bary w Bostonie są cholernie drogie. A sok z granatów jest bardzo modny. Ale to był piątkowy wieczór. Przetrwała kolejny tydzień i, na Boga, zasłużyła sobie przynajmniej na owocowy koktajl w horrendalnej cenie.

Poza tym wierzyła w siebie. Rozpięła kolejny guzik białej obcisłej bluzki, wyciągnęła spinki z sięgających ramion jasnych włosów. Miała dwadzieścia siedem lat, była zgrabna, a jej tyłek przyciągał wzrok. Może i zapłaciła za swojego pierwszego drinka, ale za kolejne już płacić nie powinna.

Wypiła łyk. Chłodne. Słodkie. Mocne. Rozgrzała alkohol na języku, a potem przełknęła. Wart każdego centa z tych czternastu dolarów.

Na chwilę zamknęła oczy. Bar zniknął. Brudna podłoga, stroboskopowe światła, przenikliwe piski otwierającego wieczór zespołu, który dopiero się rozgrzewał.

Znalazła się w pustce pełnej ciszy. W miejscu, które należało tylko do niej.

Gdy z powrotem otworzyła oczy, on już tam był.

Kupił jej drugiego drinka. A potem trzeciego i nawet zaproponował czwartego. Ale wtedy mieszanka alkoholu i dyskotekowych świateł zaczęła już zapowiadać bardzo nieprzyjemny poranek. Poza tym nie była głupia. Przez cały czas pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali poił ją martini, a sam pił piwo.

Pod koniec drugiego koktajlu uznała, że facet wygląda całkiem nieźle. Muskularny, ewidentnie widać, że ćwiczy. Chociaż raczej byle jak ubrany, brązowe spodnie, koszula w niebieskie paski. Udaje młodego profesjonalistę, stwierdziła, choć zauważyła, że spodnie ma poprzecierane na brzegach nogawek, a koszulę lekko spłowiałą po wielu praniach. Gdy zapytała, czym się zajmuje, zaczął czarować. Och, trochę tym, trochę tamtym, powiedział z uśmiechem i mrugnięciem oka. Lecz jego wzrok był dziwnie beznamiętny, wręcz odległy, a ona poczuła pierwsze ukłucie niepokoju.

Szybko się zrehabilitował. Zorganizował martini numer trzy. Spostrzegła, że nie nosi zegarka, gdy próbował zwrócić uwagę barmana dwudziestką, ale przegrał, bo inni klienci wymachiwali setkami. Nie miał też obrączki. Bez zobowiązań. Dobrze zbudowany. Wieczór zapowiadał się coraz lepiej.

Uśmiechnęła się, lecz nie wyglądała na szczęśliwą. Coś przemknęło przez jej twarz, znowu ta pustka, ta świadomość, że po tylu godzinach, dniach i tygodniach nadal czuje się samotna. I zawsze będzie się tak czuć. Nawet w miejscach pełnych ludzi.

Dobrze, że wtedy on wciąż był zwrócony w stronę baru.

W końcu złapał barmana – biała koszula, czarny krawat, muskularne ciało, czyli to, co zapewnia wysokie napiwki – i dostarczył jej nowego drinka.

Zdecydowała się na czwarty koktajl. Dlaczego nie? Mogła po nim potrajkotać trochę o tym i o tamtym z uśmiechem i mrugnięciem, które współgrały z blaskiem w jej oczach. Gdy jego wzrok zaczął błądzić po jej dekolcie, po kolejnym guziku, który przed chwilą rozpięła, nie wycofała się. Pozwoliła mu gapić się na skrawek różowej koronki seksownego stanika. Pozwoliła mu podziwiać swój biust.

Dlaczego nie? Piątkowa noc. Koniec tygodnia. Zasłużyła.

Chciał wyjść z baru o północy. Namówiła go, żeby poczekali do zamknięcia. Zespół był zaskakująco dobry. Podobało jej się uczucie, które wywoływała w niej muzyka. Czuła, jakby krew wciąż krążyła jej w żyłach, jakby serce wciąż biło jej w piersi. Nie najlepiej radził sobie na parkiecie, ale to nie miało znaczenia, tańczyła za nich oboje.

Zawiązała obcisłą bluzkę tuż pod biustem w stylu Daisy Duke. Czarne dżinsy biodrówki uwydatniały każdą krągłość jej ciała, a wysokie skórzane botki energicznie wystukiwały rytm. Po jakimś czasie porzucił zmagania z tańcem i po prostu kołysał się w miejscu, obserwując ją. Uniosła ramiona, uwydatniając piersi. Zataczała biodrami koła, a jej napięty nagi brzuch lśnił potem.

Zauważyła, że ma brązowe oczy. Ciemne. Beznamiętne. Czujne. Jak u drapieżnika, pomyślała. Ale o tej porze, zamiast się wystraszyć, poczuła przypływ adrenaliny. Wymuskany barman też się na nią gapił. Zrobiła pokaz na parkiecie dla nich obu. Po czwartym martini odleciała, czuła słodycz w ustach, a jej ruchy stały się niezwykle płynne.

Mogłaby tańczyć przez całą noc. Zdobyć ten parkiet, zdobyć ten bar, zdobyć to miasto.

Tyle że pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali nie tego chciał. Żaden facet nie kupuje dziewczynie trzech cholernie drogich drinków dla samej przyjemności oglądania jej w tańcu.

Zespół się zwijał, pakowali instrumenty. Boleśnie odczuła brak muzyki. Niczym ukłucie w sercu. Nie było już basu, który zapewniałby siłę jej stopom, maskował jej ból. Była już tylko ona, pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali i zapowiedź koszmarnego kaca.

Zaproponował, żeby wyszli zaczerpnąć świeżego powietrza. Miała ochotę się roześmiać. Powiedzieć mu, że o niczym nie ma pojęcia.

Ale zamiast tego wyszła za nim na wąską boczną uliczkę zasypaną niedopałkami papierosów. Zapytał, czy chce zapalić. Odmówiła. Złapał ją za rękę. A potem przycisnął do metalowego niebieskiego kontenera na śmieci i zaczął ugniatać jej pierś, ściskając brodawkę.

Nie miał już beznamiętnego wzroku. Roztopił się. Drapieżnik dopadł swoją ofiarę.

– Do mnie czy do ciebie? – zapytał.

Nie potrafiła się powstrzymać. Zaczęła się śmiać.

I wtedy wieczór zamienił się w koszmar.

Pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali nie lubił, gdy się z niego śmieją. Uderzył szybko. Otwartą dłonią w policzek. Jej głowa poleciała do tyłu prosto na metalowy kontener. Usłyszała trzask. Poczuła ból. Ale po czterech martini wszystko wydawało jej się odległe, jakby ten fatalny wieczór przytrafiał się komuś innemu.

– Lubisz się drażnić?! – wrzasnął na nią, drugą ręką wciąż ściskając jej pierś i przysuwając wykrzywione oblicze do jej twarzy.

Z tak małej odległości poczuła piwo w jego oddechu i zauważyła charakterystyczną siateczkę czerwonych żyłek na nosie. Alkoholik. Powinna była zorientować się wcześniej. Taki typ, który upija się przed przyjściem do baru, żeby było taniej. A to znaczy, że nie przyszedł się upić, tylko przelecieć laskę. Znaleźć dziewczynę taką jak ona i zabrać ją do siebie.

Innymi słowy, był dla niej idealny.

Powinna coś powiedzieć. Albo wbić obcas w jego stopę. Albo chwycić go za mały palec – nie za całą dłoń, tylko właśnie za mały palec – i wykręcić go tak mocno, aż dotknie nadgarstka.

Zacząłby wrzeszczeć. Puściłby ją.

Popatrzyłby jej w oczy i zrozumiał swój błąd. Bo w Bostonie, podobnie jak w innych dużych miastach, takich jak on było pełno.

Ale takich jak ona też.

Nie miała okazji.

Wrzeszczał. Ona się uśmiechała. Może nawet śmiała. Z szumem w uszach i słonym smakiem krwi na języku. A wtedy pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali przestał istnieć.

Był tam. A potem zniknął. Zastąpił go elegancki barman z piękną muskulaturą i zmartwionym wyrazem twarzy.

– Wszystko w porządku? – zapytał. – Skrzywdził panią? Potrzebuje pani pomocy? Zadzwonić na policję?

Podał jej rękę. Wsparła się o nią, przechodząc nad leżącym nieprzytomnie na ziemi panem Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali.

– Nie powinien był dotykać pani w taki sposób – stwierdził rzeczowo barman. I wyprowadził ją z tłumku gapiów. Zabrał głębiej w cień, poza zasięg migających neonów baru. – Już dobrze. Teraz ja się tobą zajmę.

A ona dopiero w tym momencie zauważyła, że barman zbyt mocno ściska ją za ramię. I nie puszcza.

Próbowała przekonać go słowem. Nawet jeśli jest na to inny sposób, od tego się zwykle zaczyna. Hej, wielkoludzie, co ci się tak śpieszy? Nie możemy trochę zwolnić? Hej, to boli. Ale on oczywiście ani nie zwolnił kroku, ani nie rozluźnił żelaznego uścisku tuż nad jej łokciem.

Śmiesznie szedł, przyciskając ją do swojego boku. Wyglądali niczym para zakochanych na szybkim spacerze. Głowę miał jednak dziwnie pochyloną i lekko wykręconą. Nie chce pokazać twarzy – uświadomiła sobie. Żeby nikt go nie rozpoznał.

I wtedy zrozumiała. Jego postawa, sposób poruszania się. Widziała go już. Nie twarz, rysy, ale sylwetkę, linię karku. Trzy albo cztery miesiące temu, latem, w wieczornych wiadomościach, gdy studentka Boston College wyszła poimprezować i nigdy nie wróciła. Lokalne stacje telewizyjne nadawały w kółko nagranie z monitoringu, ostatni ślad, gdzie widać było, jak prowadzi ją jakiś mężczyzna idący bardzo szybko i starannie ukrywający twarz.

– Nie – szepnęła.

Nie zwrócił uwagi na jej protest. Doszli do skrzyżowania. Bez wahania skręcił w lewo w jeszcze ciemniejszą i węższą uliczkę, w której cuchnęło moczem, śmieciami i całą masą podejrzanych spraw.

Zaparła się piętami, szybko trzeźwiejąc i próbując stawić jak największy opór. Ale jej pięćdziesiąt kilo wobec jego prawie dziewięćdziesięciu nic nie znaczyło. Przycisnął ją mocniej do siebie, objął drugą ręką w pasie i szedł dalej.

– Stój! – chciała krzyknąć.

Nie wydała z siebie jednak żadnego dźwięku. Głos utknął jej w gardle. Nie miała tchu, płuca były zbyt ściśnięte. Rozległo się tylko ciche skomlenie, dźwięk, do którego w innych okolicznościach wstyd byłoby jej się przyznać.

– Mam rodzinę – wydyszała w końcu.

Nie odpowiedział. Kolejne skrzyżowanie, znowu skręt. Przemykanie pomiędzy wysokimi budynkami, byle nie na widoku. Zgubiła się, nie wiedziała już, gdzie są.

– Proszę… stój… – wydusiła z siebie. Tak mocno zaciskał ramię wokół jej pasa, że bolały ją żebra. Chciało jej się wymiotować. Miała nadzieję, że to zrobi, bo to by go zniechęciło i przekonało, żeby ją puścił.

Nic z tego. Poczuła gwałtowne mdłości, fioletowy płyn trysnął jej z ust, brudząc jej buty i jego nogawki. Skrzywił się, cofnął instynktownie, ale szybko się opanował i pociągnął ją dalej, szarpiąc za łokieć.

– Zaraz znowu zwymiotuję – jęknęła i potknęła się, co wreszcie zwolniło jego pęd.

– Za dużo wypiłaś. – W jego głosie brzmiała pogarda.

– Nie rozumiesz. Nie znasz mnie.

Zatrzymał się tylko po to, żeby poprawić uścisk.

– Nie powinnaś była przychodzić do tego baru sama.

– Ale ja zawsze jestem sama.

Nie rozumiał. Może go to nie obchodziło. Patrzył na nią obojętnym wzrokiem, z twarzą pozbawioną wyrazu. A potem jego ręka wystrzeliła i mocno ją uderzył.

Jej głowa gwałtownie poleciała do tyłu.

Policzek ją palił. Oczy napełniły się łzami.

Przemknęła jej przez głowę myśl. Ulotna. Niewyraźna. Być może sekret zrozumienia wszechświata. Ale zniknęła.

I podobnie jak pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali przestała istnieć.

Piątkowy wieczór. Koniec długiego tygodnia. Zasłużyła.

Przetransportował ją. Przeniósł na rękach albo przewiózł, nie miała pojęcia. Gdy odzyskała przytomność, nie znajdowała się już pośród nędznych zaułków Bostonu, ale w jakimś ciemnym i wilgotnym pomieszczeniu. Bosymi stopami wyczuwała zimną podłogę. Beton. Pokruszony, nierówny. Piwnica, pomyślała, albo garaż.

Ledwo co widziała. Trzy małe okienka wysoko na jednej ze ścian. Nie wpuszczały światła, tylko mętną żółtawą poświatę. Jakby tam na zewnątrz stała uliczna lampa, zapewniająca odrobinę oświetlenia.

Wykorzystała to nędzne światło, żeby stwierdzić kilka faktów: ręce skrępowano jej z przodu za pomocą plastikowego zacisku, była kompletnie naga i zupełnie sama. Przynajmniej w tym momencie.

Serce zaczęło jej szybciej bić. Głowa ją bolała, miała gęsią skórkę i zakładała, że ten stan względnego bezpieczeństwa nie potrwa długo. Facet, który nokautuje dziewczynę i zdejmuje z niej ubranie, nie zostawi jej w spokoju. Pewnie przygotowuje się teraz na resztę wieczoru. Nuci pod nosem. Rozważa, w co pobawi się ze swoją nową zabawką. Czuje się tak, jakby był największym, najgorszym draniem w całym mieście.

I wtedy się uśmiechnęła. Choć to nadal nie był wyraz szczęścia.

Najpierw inwentaryzacja. Piwnica czy garaż to miejsca, gdzie odkłada się różne rzeczy, a jak wiadomo, to, co dla jednych jest śmieciem, dla innych stanowi skarb.

Postąpił głupio, nie krępując jej również nóg. Czyli nie jest tak doświadczony, jak mu się wydaje. Nie jest tak sprytny, jak chciałby być. Cóż, ludzie widzą to, co chcą widzieć. Nabrała się na jego muskulaturę. On zaś bez wątpienia uznał ją za naiwną blondynkę. Okazuje się, że dla obojga będzie to wieczór pełen niespodzianek.

Znalazła ciężki stół roboczy. Uniosła związane nadgarstki i przesunęła palcami po drewnianej powierzchni. Na jednym z rogów wyczuła duże metalowe imadło. Szybko zaczęła szukać zestawu narzędzi. Ale nie, aż taki głupi to on nie był. Albo ona nie miała aż tyle szczęścia.

Żadnych porzuconych ostrzy, pilników, młotka. Zaczęła przesuwać się wzdłuż ściany i niemal przewróciła metalowy kubeł, ale w ostatniej chwili udało jej się go złapać. Lepiej nie ujawniać tak szybko, że odzyskała przytomność. Zdenerwowana przytrzymała pokrywę, po czym zmusiła się, by szukać dalej.

W kuble był wypełniony czymś worek na śmieci. Odstawiła go na razie, a potem obeszła pozostałe dwie ściany. Znalazła kilka pustych kanistrów i dwie plastikowe butle. Sądząc po zapachu, jedna z nich zawierała resztki płynu do spryskiwaczy, a druga płyn do odmrażania szyb. Więc to najprawdopodobniej garaż. Jeśli w Bostonie, to raczej osobny budynek, zapewniający barmanowi prywatność.

Nie dywagowała, co to może oznaczać, nie zastanawiała się, po co komuś takiemu jak on potrzebne było odizolowane miejsce. Z tego samego powodu nie zainteresowała się kleistą plamą na podłodze w kącie. Ani trudnym do wytrzymania zapachem. Odorem, który pasował do smaku krwi w jej ustach.

Chwyciła butlę z płynem do odmrażania i przysunęła ją do drewnianego stołu roboczego. To był jego pierwszy błąd. A jej pierwsze zwycięstwo.

Znalazła opartą o ścianę łopatę. Natychmiast przystawiła plastikowy zacisk do jej krawędzi i zaczęła mocno trzeć. Po minucie czy dwóch ciężko dyszała, a lejący się pot szczypał ją w opuchnięte oko. Jednak wydawało jej się, że opaska… Nie. Krawędź łopaty była zbyt tępa albo plastik zacisku zbyt mocny. Próbowała jeszcze przez chwilę, a potem z niechęcią zrezygnowała.

Plastikowe zaciski to trudna sprawa. Szczerze mówiąc, wolałaby metalowe kajdanki. Przynajmniej jednak wyświadczył jej przysługę i skrępował dłonie z przodu, więc mogła coś nimi zrobić bez naciągania plastiku tak mocno, że straciłaby czucie w palcach.

Mogła też poruszać stopami. I ramionami.

Mogła stanąć zupełnie nieruchomo i poczuć pustkę, tu i teraz. Ciemną. Niosącą ukojenie. Cichą.

Samotna w miejscu pełnym ludzi – pomyślała i przez chwilę jej ciało kołysało się do muzyki, którą słyszała tylko ona.

A potem spoważniała. Śmieci. Już pora.

Palcami rozerwała cienki plastik worka. Najpierw uderzył ją odór. Zepsute jedzenie, zgniłe mięso, coś gorszego. Poczuła mdłości, łzy napłynęły jej do oczu, przełknęła wzbierającą żółć. Nie pora na grymasy, wsunęła palce w ciemną wilgotną masę. Papierowe ręczniki. Kupa czegoś mokrego, nie wiadomo czego. Pojemniki po jedzeniu. Na wynos. Z domu albo jedzenie, które przyniósł tutaj, żeby nakarmić swoją ofiarę lub najeść się samemu w przerwie od rozrywki. W połowie worka poczuła nową falę odoru czegoś zepsutego, bardzo organicznego. Szybciej przesunęła palce. Suche płatki, miękkie łodygi. Kwiaty. Wyrzucony bukiet. Poza jedzeniem obsypywał swoje zabawki upominkami?

Pewnie był to ostatni etap podstępu, jakim zwabił niczego niepodejrzewającą ofiarę. I wtedy, w następnej sekundzie, uświadomiła sobie: tam, gdzie jest tani bukiet z kwiaciarni…

Skrępowane dłonie poruszają się w szybkim tempie. Zanurzają w cuchnącym stosie. Z determinacją przekopują się przez nieświeżą chińszczyznę i lepki słodko-pikantny sos. Odrzucają na bok puste kubki po kawie i kolejne rozmiękłe badyle. Pakiecik, chciała wyczuć mały pakiecik. Mały, kwadratowy, z ostrymi krawędziami…

Bum.

Dźwięk rozległ się tuż za nią. Odgłos uderzenia dłonią albo stopą w metalowe drzwi garażu. Nie potrafiła się opanować. Zamarła. Naga. Drżąca. Po łokcie w śmieciach. I zaczęła nasłuchiwać kolejnego dźwięku, którym zapowiadał swoje przybycie.

Bo chciał, żeby wiedziała, że idzie. Chciał, żeby trzęsła się przerażona, zwinięta w kłębek, spodziewająca się najgorszego. To był właśnie tego rodzaju człowiek.

Uśmiechnęła się.

Lecz tym razem jej twarz wyrażała szczęście. W prawej dłoni trzymała to, czego szukała: płaską saszetkę z odżywką do kwiatów ciętych, jaką zwykle dołącza się do bukietów.

Nie okłamała go. Nie znał jej. I to był jego pierwszy i ostatni błąd.

Drzwi do garażu za jej plecami zaczęły się podnosić z grzechotem. Dozował napięcie, nie śpiesząc się z ich otworzeniem.

Nie ma czasu, by czekać. Nie ma czasu, by planować. Wsunęła saszetkę między nadgarstki i złapała butlę z resztką płynu do odmrażania szyb. Przemknęła po nierównej betonowej podłodze i zatrzymała się pod szeregiem wysokich okienek. Słabe światło sączyło się nad nią, rzucając delikatną poświatę na środek garażu, a ją chowając w cieniu.

Drzwi do garażu. Otwarte w jednej czwartej. Jednej trzeciej. W połowie.

Wysunęła saszetkę. Chwyciła mocniej butlę, przytrzymując ją stopami, po czym obiema rękami odkręciła zabezpieczoną przed dziećmi nakrętkę. Nakrętka potoczyła się po podłodze, lecz stukot metalowej bramy zagłuszył wszelkie hałasy.

Drzwi otwarte w dwóch trzecich. W trzech czwartych. Wystarczy, by zmieścił się dorosły mężczyzna.

Odsunęła płyn do odmrażania na bok. Zmusiła się, by spokojnie potrząsnąć saszetką, żeby kryształki przesypały się na dół. Jeśli miało się udać, nie mógł zmarnować się ani jeden.

On wszedł do garażu.

Barman z piękną muskulaturą. Koszulę już zdjął. Mięśnie lśniły w blasku księżyca. Niesamowite ciało.

Powinna mieć wyrzuty sumienia z powodu tego, co za chwilę zrobi.

Ale nie miała.

Weszła w krąg przytłumionego światła. Wyeksponowała swoją nagość. I związane ręce.

Uśmiechnął się i od razu sięgnął do paska dżinsów.

– Nie znasz mnie – powiedziała wyraźnie.

Zatrzymał się, rzucił jej pytające spojrzenie, jakby zadała mu jakieś skomplikowane matematyczne zadanie.

A potem… ruszył w jej kierunku.

Rozerwała saszetkę, zrobiła trzy szybkie kroki i sypnęła zawartością w jego twarz.

Cofnął się, kaszląc i mrugając, gdy odżywka do kwiatów trafiła mu do oczu, nosa i ust.

– Co do…

Chwyciła otwartą butlę z płynem do odmrażania szyb, zakręciła nią trzy razy i…

Sekunda zawieszenia. Spojrzał na nią. Uważnie. I w tym momencie wreszcie się zobaczyli. Nie półnagi barman. Nie głupia blondynka. Tylko zła dusza i zagubiona dusza.

Trysnęła płynem do odmrażania prosto w jego twarz. Na jego nagą skórę i na granulki nadmanganianu potasu, które wciąż się do niej lepiły.

Jeszcze jedna sekunda. A potem…

Pierwsze smużki dymu. Z jego włosów. Z policzków. Z rzęs. Mężczyzna uniósł dłoń do twarzy.

I wtedy nastąpiła podstawowa reakcja chemiczna i skóra barmana stanęła w ogniu.

Zaczął krzyczeć. Biegać. Okładać się po głowie, jakby to mogło cokolwiek pomóc. Spanikował i robił wszystko, tylko nie to, co powinien. A powinien zatrzymać się, rzucić na ziemię i przetaczać się z jednej strony na drugą.

Stała tam. Nie drgnął jej nawet mięsień. Nie wypowiedziała ani słowa. Obserwowała, aż w końcu runął jak dymiące truchło. Wówczas dotarły do niej inne dźwięki. Sąsiedzi wołali w ciemnościach, pytając, co się dzieje. Odległe wycie syren, najwyraźniej jakiś bardziej rozgarnięty już zadzwonił pod 911.

Kobieta wreszcie się poruszyła. Spojrzała na szczątki napastnika, na smużki dymu unoszące się z jego poczerniałej skóry.

Piątkowa noc, pomyślała. Zasłużyła.

Rozdział 3

– Kim ona jest?

– Nie wiem. Jeden z sąsiadów, Kyle Petrakis, twierdzi, że stała nad ciałem. Naga, ze związanymi rękami i podbitym okiem.

– Zrobiła to ze związanymi rękami? – Detektyw D.D. Warren przyklęknęła, żeby przyjrzeć się zwęglonym szczątkom… ofiary? sprawcy? Ciało młodego mężczyzny było skulone niemal w pozycji embrionalnej, a jego ręce mocno przyciśnięte do twarzy. W ochronnym geście, który jednak, sądząc po śladach poparzeń na głowie, ramionach i twarzy, nie na wiele się zdał.

– Ogień chemiczny – odezwał się trzeci detektyw, również kobieta. – Wystarczy połączyć nadmanganian potasu z płynem do odmrażania szyb i puf!

D.D. zignorowała ją i spojrzała na Phila.

– Co wiemy?

– To dom Allena i Joyce Gouldingów – wyrecytował jej dawny partner z patrolu. – Starsi państwo, przeczekują właśnie zimowe chłody na Florydzie. Ale zostawili w domu najmłodszego syna, dwudziestoośmioletniego Devona Gouldinga. W dzień prowadzi treningi na siłowni, a wieczorami pracuje jako barman.

– To jest Devon? – zapytała D.D., wskazując ciało.

– Hm… Będziemy musieli poczekać na odciski palców.

D.D. skrzywiła się. Popełniła błąd, biorąc wdech przez nos, i skrzywiła się jeszcze bardziej.

– A gdzie nasza ofiara, która zamieniła się w kata?

– Z tyłu radiowozu. Nie chciała pomocy ratowników. Czeka na federalnych, do których od razu zadzwoniła.

– Do federalnych? – zapytała oschle D.D. i wstała. – Twierdzisz, że ta dziewczyna osobiście zaprosiła federalnych na naszą prywatkę? To kim ona, do diabła, jest?

Detektyw numer trzy – ostatni nabytek wydziału zabójstw bostońskiej policji – miała okazję się wykazać.

– Zadzwoniła do ich biura w Bostonie i poprosiła doktora Samuela Keynesa. Dodam, że numer znała na pamięć. Nadal uważasz, że to prywatka? – rzuciła tonem towarzyskiej pogawędki. – Czy może raczej grill?

D.D. odwróciła się na pięcie, zostawiła ciało i wyszła z garażu. Na nowym, wyższym stanowisku mogła sobie na to pozwolić. A może zrobiła tak dlatego, że przy ograniczonym zakresie obowiązków musiała teraz inaczej ustalać priorytety?

To, że detektyw numer trzy zajęła jej miejsce w patrolu – ze względu na niedawno odniesione obrażenia Warren nie mogła wypełniać tego zadania – nie było powodem, by szykanować trzydziestopięcioletnią debiutantkę. Nie, tak naprawdę D.D. miała jej za złe imię. Carol. Carol Manley. Jak agentka ubezpieczeniowa albo zajmująca się domem mamuśka. Ale na pewno nie glina. Poważny detektyw nie mógł mieć na imię Carol.

Oczywiście poważny dowódca zespołu w wydziale zabójstw nie miałby obsesji na punkcie imienia nowego rekruta i nie byłby tak małostkowy, by mieć mu je za złe. Teoretycznie.

Rok temu D.D. nie martwiła się kobietami o imieniu Carol. Ani przyszłością swojej trzyosobowej jednostki. Ani swoją pozycją w wydziale zabójstw policji w Bostonie. Żyła kolejnymi śledztwami w sprawach zabójstw i to dawało jej szczęście. Aż pewnego wieczoru wróciła na miejsce zbrodni, żeby czemuś się przyjrzeć, i natknęła się na wciąż czającego się tam mordercę. Po krótkiej wymianie zdań spadła ze schodów i doznała złamania kości lewej ręki z przemieszczeniem. Nie mogła w niej nosić broni. Ani swojego dziecka.

Przez sześć miesięcy musiała siedzieć w domu, liżąc rany, martwiąc się o przyszłość i niemal dostając świra. Lecz powoli i nieuchronnie, jak obiecał jej terapeuta Russ, ciężka praca zaczęła przynosić efekty. I pewnego dnia zdołała poruszyć ramieniem, a kolejnego udało jej się wolno unieść rękę.

Jeszcze nie odzyskała pełni sił. Ani pełnego zakresu ruchów. Nie potrafiła na przykład przyjąć klasycznej dwuręcznej pozycji Weavera podczas strzelania. Ale ból stał się znośny, kość się zrastała, a poza tym cieszyła się doskonałym zdrowiem. To wystarczyło, żeby przekonać zwierzchników, że może wrócić do pracy w ograniczonym zakresie obowiązków. Co oznaczało, że spędzała teraz więcej czasu jako nadzorujący oficer niż jako detektyw biorący bezpośredni udział w śledztwach. Powtarzała sobie, że wytrzyma. Robota to robota i tak czy siak rozwiązuje sprawy kryminalne.

Oczywiście nadal chodziła trzy razy w tygodniu na terapię zajęciową, gdzie zamiast pistoletu używała hantli, ćwicząc raz za razem ruch rozpinania kabury, wyciągania pistoletu i oddawania strzału. Spędzała też czas na strzelnicy. Jednoręka. Nie tak dobra. Wprawdzie wciąż nie spełniała standardowych procedur operacyjnych wydziału, ale od czegoś trzeba było zacząć.

W przeciwnym razie Phil i Neil, najlepsi detektywi w wydziale, na zawsze zostaliby z nowicjuszką.

Garaż Gouldingów był osobnym budynkiem na tyłach posiadłości, z miejscem na jeden samochód. D.D. wymaszerowała z niego, przeszła przez niewielkie podwórko i wyszła na ulicę. Słońce właśnie wschodziło. Szary, chłodny świt, który wydawał się zupełnie nie pasować do ożywionej aktywności wokół. Po obu stronach ruchliwej osiedlowej uliczki stały zaparkowane radiowozy, a także karetka pogotowia i kilka sporych, robiących wrażenie wozów transmisyjnych.

Funkcjonariusze, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce, wykonali kawał dobrej roboty: żółtą taśmą policyjną odgrodzili cały teren, od szarego dwupiętrowego domu w stylu kolonialnym aż po zaniedbany garaż na tyłach, i zdecydowanie ułatwili D.D. zadanie. Wścibscy sąsiedzi zebrani na chodniku po drugiej stronie ulicy? Tak jest. Rozgorączkowani reporterzy trzymani w odległości czterdziestu metrów od najbliższego policjanta? Tak jest. No to do kompletu brakuje…

D.D. dostrzegła kobietę siedzącą z tyłu trzeciego radiowozu. Jej ramiona drżały lekko pod niebieskim kocem bostońskiej policji, ale patrzyła prosto przed siebie. Obok siedziała policjantka z miejscowego posterunku. Drzwi były otwarte, jakby kobiety czekały na coś lub na kogoś. Milczały.

– Margaret. – D.D. przywitała się z funkcjonariuszką. Zbliżywszy się do radiowozu, zrozumiała, dlaczego jego drzwi pozostawiono szeroko otwarte. Na miejscu zdarzenia śledczy oznaczyli worek z zepsutym jedzeniem, który został wyciągnięty z metalowego kubła i rozerwany. Kobieta grzebała w nim chyba aż po łokcie, sądząc po odorze zgniłego mięsa i skwaśniałego mleka, jaki się wokół niej unosił, nie wspominając o smugach czegoś oślizgłego na jej policzkach i włosach.

– D.D. – odparła krótko policjantka. – Słyszałam, że wróciłaś. Cieszę się.

– Dzięki. – D.D. cały czas przyglądała się kobiecie. Rzekomej zabójczyni. Rzekomej ofierze. Dziewczyna wydawała się młoda, na oko dwudziestoparoletnia. Jasne włosy do ramion, delikatne rysy, byłaby bardzo atrakcyjna, gdyby nie szpecące ją siniaki, smugi krwi i smarki. Dziewczyna nie odwzajemniła spojrzenia, tylko cały czas skupiała wzrok na fotelu kierowcy przed sobą.

Otępienie emocjonalne – uznała D.D. Często spotykane u gliniarzy z wydziału zabójstw albo u ofiar długotrwałego molestowania.

Stojąc przy wozie, D.D. nachyliła się tak, by jej twarz znalazła się na poziomie twarzy kobiety.

– Sierżant D.D. Warren – przedstawiła się. – A pani?

Dziewczyna w końcu odwróciła głowę. Spojrzała na D.D. Przez chwilę przyglądała się jej tak, jakby czegoś szukała, po czym znów zajęła się obserwacją tyłu fotela.

D.D. się nie śpieszyła.

– Niezła scena w tym garażu. Mówią, że to ogień chemiczny. Spaliła pani człowieka żywcem za pomocą nawozu i płynu do odmrażania szyb. Gdzie się pani tego nauczyła? W skautach?

Zero reakcji.

– Niech zgadnę. Devon wydawał się całkiem miły, gdy się poznaliście. Przystojny, pracowity. Postanowiła pani dać mu szansę.

– Devon? – Kobieta wreszcie się odezwała, choć nadal patrzyła przed siebie. Głos miała ochrypły. Jakby za dużo paliła. Albo za dużo krzyczała.

– Tak się nazywała ofiara. Devon Goulding. Co, nie miała pani okazji zapytać?

Chłodne niebieskie oczy. Szare – poprawiła się D.D., gdy dziewczyna na nią spojrzała.

– Nie znałam go – powiedziała. – Nigdy się nie poznaliśmy.

– No proszę.

– Jest barmanem – zasugerowała dziewczyna, jakby to miało coś D.D. powiedzieć. I powiedziało.

– A więc wyszła pani wieczorem na miasto. I trafiła do baru, w którym pracował. Tak się poznaliście.

– Nie poznaliśmy się – upierała się dziewczyna. – Byłam tam z kimś innym. Barman… poszedł za nami. – Znowu spojrzała na D.D. – Zrobił to już wcześniej – stwierdziła rzeczowo. – W sierpniu. Ta dziewczyna, która zaginęła. Stacey Summers. Sposób, w jaki mnie chwycił, to, jak pochylał głowę, żeby nie było widać jego twarzy, gdy ciągnął mnie ulicą… Pasuje do wizerunku człowieka z wideo z porwania. Przeszukałabym dokładnie jego dom.

Stacey Summers była studentką Boston College, która zaginęła w sierpniu. Młoda piękna blondynka, miała promienny uśmiech i świetne zdjęcia, dzięki którym mogła trafić do ogólnokrajowych mediów. I trafiła. Niestety, trzy miesiące później policja nadal miała jedynie rozmazane wideo pokazujące, jak jakiś wysoki mężczyzna ciągnie Stacey po wyjściu z lokalnego baru. I tyle. Żadnych świadków. Żadnych podejrzanych. Żadnych tropów. Sprawa utknęła, nawet jeśli zainteresowanie mediów nie słabło.

– Zna pani Stacey Summers? – zapytała D.D.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Jest pani przyjaciółką rodziny? Koleżanką ze studiów? Poznała ją pani kiedyś w jakimś barze?

– Nie.

– Jest pani gliną?

– Nie.

– FBI?

Kolejne potrząśnięcie głowy.

– Więc interesuje się pani sprawą Stacey Summers…

– Oglądam wiadomości.

– Oczywiście. – D.D. przechyliła głowę, przyglądając się swojej rozmówczyni. – Ma pani znajomości wśród agentów federalnych – stwierdziła. – Przyjaciel rodziny? Sąsiad? W każdym razie ktoś na tyle bliski, że znała pani jego bezpośredni numer telefonu.

– Nie jest moim przyjacielem.

– W takim razie kim?

Lekki uśmiech.

– Nie wiem. Będzie pani musiała jego spytać.

– Jak się pani nazywa? – D.D. się wyprostowała. Lewe ramię zaczynało jej dokuczać. Nie wspominając o nadwerężonej cierpliwości.

– On tego nie wiedział – powiedziała dziewczyna. – Ten barman… Devon. Było mu wszystko jedno. Przyszłam do baru sama. Jego zdaniem to wystarcza, by stać się ofiarą.

– Była pani w barze sama? I sama pani piła?

– Tylko pierwszego drinka. Tak to zwykle działa.

– A ile drinków pani wypiła?

– A co? Upiłam się, to zasłużyłam?

– Nie, ale jeśli jest pani pijana, to nie będzie pani wiarygodnym świadkiem.

– Większość wieczoru przetańczyłam z jednym gościem. Widzieli nas ludzie. Mogą to poświadczyć.

D.D. zmarszczyła brwi, nadal nie podobały jej się odpowiedzi tej kobiety ani użycie przez nią słowa „poświadczyć”. Takiego użyłby funkcjonariusz, zwykły cywil powiedziałby „potwierdzić”.

– Nazwisko tego gościa?

– Pan Czy Myśmy Się Już Kiedyś Nie Spotkali – mruknęła dziewczyna.

Policjantka po drugiej stronie wozu przewróciła oczami. Najwyraźniej D.D. nie była pierwszą osobą, która zadawała pytania i uzyskiwała na nie podobne odpowiedzi.

– A czy on może to poświadczyć? – D.D. zaakcentowała ostatnie słowo.

– Zakładając, że odzyskał przytomność.

– Skarbie…

– Powinniście przeszukać ten garaż. Na podłodze z tyłu w lewym rogu jest krew. Czułam ją, gdy grzebałam w śmieciach, szukając jakiejś broni.

– I tam znalazła pani nadmanganian potasu?

– Wyrzucił bukiet, pewnie użył go do zwabienia poprzedniej ofiary. Nie byłam pierwsza, zapewniam. Był zbyt pewny siebie, zbyt dobrze przygotowany. Jeśli to jest jego dom, sprawdźcie jego sypialnię. Będzie miał trofea. Drapieżnicy jego pokroju lubią na osobności napawać się swoimi dawnymi zdobyczami.

D.D. wpatrywała się w młodą kobietę. W trakcie wielu lat służby w wydziale zabójstw przesłuchiwała ofiary, które wpadały w histerię. Radziła sobie z takimi, które były w szoku. Jeśli w grę wchodzi zbrodnia, nie ma żadnych norm dla emocji. A mimo to nigdy nie spotkała takiej ofiary. Reakcje kobiety daleko odbiegały od standardowych. Do diabła, w ogóle do niczego nie pasowały.

– Czy wiedziała pani, co Devon…

– Barman.

– …co barman zrobił tamtym kobietom? Może ktoś znajomy pani powiedział? Albo sama miała pani złe doświadczenia? A może słyszała pani plotki o tym, co przydarzyło się kiedyś jakiejś dalekiej znajomej?

– Nie.

– Ale coś pani podejrzewała? – D.D. kontynuowała surowym tonem. – A przynajmniej uważała pani, że miał coś wspólnego ze zniknięciem innej młodej kobiety, o którym było bardzo głośno w mediach. I co? Postanowiła pani wziąć sprawy w swoje ręce, zamienić się w superbohaterkę i też trafić na pierwsze strony gazet?

– Spotkałam go dopiero wczoraj wieczorem. Wyszłam z baru z innym dupkiem. To jego chciałam zaliczyć. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, skierowała wzrok z powrotem na fotel kierowcy. – Wieczór pełen niespodzianek. Zdarzają się nawet komuś takiemu jak ja.

– A kim pani jest?

Znowu ten uśmiech, ten, który nie jest uśmiechem, lecz czymś niepokojącym, co przemknęło przez jej twarz.

– Nie znałam tego barmana. Słyszałam o sprawie Stacey Summers, ale kto nie słyszał? Nie przyszłoby mi do głowy… Powiedzmy wprost, nie planowałam, że jakiś umięśniony pracownik baru znokautuje mnie i zabierze sobie jak jakąś zabawkę. Ale skoro tak się stało… Wiem, jak przetrwać. Wiem, jak się bronić. Wykorzystałam zasoby, jakie były dostępne…

– Grzebała pani w jego śmieciach.

– Pani by tego nie zrobiła?

Patrzyła na nią. W tym momencie to D.D. odwróciła wzrok.

– To on zaczął wojnę – oznajmiła zdecydowanie dziewczyna. – A ja ją tylko zakończyłam.

– A potem zadzwoniła pani po FBI.

– W tej kwestii nie miałam wyboru.

D.D. nagle coś tknęło. To nie było dobre przeczucie. Przyjrzała się swojej ofierze, dwudziestoparolatce doświadczonej w procedurach sądowo-policyjnych i w samoobronie.

– Ten agent specjalny, do którego pani zadzwoniła, to pani ojciec?

Dziewczyna wreszcie zaczęła traktować ją poważnie.

– Gorzej – odpowiedziała.

Rozdział 4

Na początku płakałam. Po pewnym czasie już tylko bezsensownie mruczałam, wydając z siebie dźwięki jedynie po to, żeby je wydawać, bo bardzo trudno jest być samej w ciemnej drewnianej skrzyni. Zero bodźców. Deprywacja sensoryczna. Rodzaj tortury wykorzystywanej do łamania zatwardziałych zabójców i zradykalizowanych terrorystów. Bo działa.

Najgorszy był ból. Bezlitosna twarda powierzchnia wbijająca się w miękkie miejsce z tyłu głowy, gniotąca mnie w krzyż i obijająca pięty. Czułam ten ból niczym ogień na skórze, aż cały mój system nerwowy zaczął się buntować. Ale nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam zmienić pozycji. Nie mogłam się w żaden sposób przekręcić czy przesunąć, żeby zmniejszyć ucisk. Uwięziona, dosłownie przygwożdżona na płasko do twardej sosnowej deski, minuta za minutą, sekunda za sekundą.

Wydaje mi się, że momentami, zwłaszcza na początku, traciłam rozum.

Jednak ludzie to intrygujące istoty. Nasze zdolności adaptacyjne są naprawdę imponujące. Nasz sprzeciw wobec cierpienia. Nieustępliwe dążenie do znalezienia rozwiązania, do zrobienia czegokolwiek, do poprawienia naszego losu.

Pierwszy raz poprawiłam swoją sytuację przypadkiem. W przypływie wściekłości na ból z tyłu głowy uniosłam ją i uderzyłam czołem o drewniane wieko. Chyba miałam nadzieję, że dzięki temu stracę przytomność. Wcale by mnie to nie zaskoczyło.

Zamiast tego pojawił się palący ból czoła, który przynajmniej na jakiś czas zmniejszył ból z tyłu głowy. To był dopiero początek moich odkryć. Bolą cię plecy? Walnij się w kolano. Boli cię kolano? Obij palucha. Boli cię paluch u stopy? Uderz się w palec ręki.

Ból to symfonia. Pieśń o rozmaitej intensywności i mnóstwie, mnóstwie różnych nut. Nauczyłam się na nich grać. Nie byłam już bezradną ofiarą pośród morza cierpienia, tylko szalonym genialnym kompozytorem, który układa muzykę z własnego życia.

Sama, uwięziona w skrzyni wielkości trumny, szukałam najdrobniejszego dyskomfortu i opanowałam takie doznania do perfekcji.

Unosiłam na milimetr nogi, wzruszałam ramionami i markowałam ćwiczenie bicepsów.

Przyszedł. Otworzył kłódkę. Zdjął wieko. Wyjął mnie z głębokości i upajał się swoją boską mocą. Odrobina wody i ochłap czegoś do jedzenia, jakby rzucał psu kość. Został, żeby popatrzeć. Śmiał się, gdy łamałam wysuszone kurze udko i łapczywie wysysałam szpik.

A potem z powrotem do skrzyni. Poszedł. Znowu byłam sama.

Sama w ciemnościach.

Pani własnego bólu.

Płakałam. Przeklinałam Boga. Błagałam, by ktoś, ktokolwiek, mnie uratował.

Ale tylko na początku.

Powoli, lecz nieuchronnie, najpierw mętnie, ale później coraz wyraźniej, zaczynałam myśleć, planować, knuć.

W ten czy inny sposób wydostanę się stąd. Zrobię wszystko, żeby przetrwać.

A potem…

Wracałam do domu.

Rozdział 5

D.D. znalazła Neila na piętrze domu, w sypialni na tyłach. Neil, najmłodszy członek trzyosobowego zespołu, słynął z szopy rudych włosów i bardzo młodzieńczej twarzy. Większość podejrzanych lekceważyła go, uważając za żółtodzioba, co D.D. i Phil skrzętnie wykorzystywali.

Ostatnio Neil trochę spoważniał. Przez ostatnie lata D.D. i Phil zachęcali go, by więcej działał, by przejmował dowodzenie. Skończyło się to paroma utarczkami, bo Neil wolał zostać w domu, niż brać udział w autopsji w kostnicy. Ale D.D. lubiła myśleć, że dobrze go wychowała. Byłoby lepiej, gdyby teraz, kiedy jej nie ma, a dowodzenie przejął Phil, Neil porozstawiał trochę Carol po kątach. Przynajmniej tyle mógł zrobić dla swojej dawnej szefowej.

Neil spojrzał na nią, gdy stanęła w progu. Klęczał na podłodze obok dużego niepościelonego łóżka, trzymając w dłoniach pudełko po butach wyciągnięte spod materaca. D.D. weszła do wąskiej zawilgoconej sypialni i się skrzywiła. Cuchnęło niepraną pościelą, tanią wodą kolońską i przepoconymi skarpetkami. Innymi słowy, typowe królestwo kawalera.

– Sypialnia Devona Gouldinga? – zapytała.

– Na to wygląda.

– Zatrzymany w rozwoju – mruknęła.

Neil uniósł brew.

– Nie każdy jest jak Alex – stwierdził.

Alex był mężem D.D. Specjalista od rekonstrukcji zbrodni i wykładowca akademii policyjnej. Wyjątkowy reprezentant gatunku, jak lubiła myśleć D.D., którego cechował nieskazitelny gust, jeśli chodzi o ubranie, kuchnię czy żonę. Wyglądał też całkiem nieźle z rozciapanymi płatkami Cheerios przyklejonymi do policzka, bo tak zwykle kończyły się śniadania z ich czteroletnim synkiem. Alex lubił robić pranie. W przeciwieństwie do Devona Gouldinga…

– Znalazłeś coś? – D.D. wskazała pudełko. – Czy to stos trofeów po poprzednich ofiarach? Według naszej femme fatale, która najwyraźniej poznała pana Gouldinga dopiero wczoraj wieczorem, on robił to już wcześniej i może być nawet odpowiedzialny za porwanie studentki Boston College, tej, która zaginęła w sierpniu.

Neil zamrugał.

– Masz na myśli Stacey Summers?

– Tak mi powiedziała.

– Kobieta, która ze związanymi rękoma zrobiła z Devona płonącą pochodnię w jego własnym garażu?

– Dokładnie ta.

– To kim ona w końcu jest?

– Co ciekawe, była bardziej rozmowna na temat rzekomych przestępstw Devona niż swoich własnych. Ale jest przekonana, że Goulding to drapieżca i że powinniśmy poszukać trofeów.

– Ta dziewczyna wygląda jakoś znajomo – stwierdził Neil. – Nie potrafię sobie przypomnieć. Ale gdy przyjechałem tutaj i ją zobaczyłem… Pomyślałem, że skądś ją znam.

– Quantico? – podpowiedziała D.D., bo Neil brał tam ostatnio udział w szkoleniu dla detektywów, a to wyjaśniałoby, skąd kobieta zna zachowanie sprawców.

Neil pokręcił głową.

– Nie sądzę. Ale mimo wszystko…

– Słyszałeś kiedyś o tym ogniu chemicznym? – zapytała, bo miał najlepsze wykształcenie techniczne w jej patrolu. W jej dawnym patrolu.

– Owszem. Jedna ze sztuczek przydatnych, jeśli ktoś zgubi się w lesie. Ale trzeba przyznać, że gdybym ocknął się uwięziony w garażu ze skrępowanymi dłońmi… Nie jestem pewien, czy byłaby to pierwsza rzecz, jaka przyszłaby mi do głowy.

– Wskazuje na ponadprzeciętne umiejętności przetrwania.

– Jest jeden problem – kontynuował Neil, wstając z podłogi. – To nie powinno było zabić Gouldinga. Unieruchomić, okaleczyć, pozbawić przytomności, z pewnością. Ale miejscowe oparzenia, stosunkowo niewysoka temperatura… Ludzkie ciało jest niebywale wytrzymałe. Widziałem ofiary wyciągane z płonących wraków ze spaloną w dwóch trzecich powierzchnią ciała, a mimo to, po pewnym czasie i przy odpowiednim leczeniu, przeżywały.

D.D. się wzdrygnęła. Nie lubiła oparzeń. Wysłano ją kiedyś na przesłuchanie świadka leżącego na szpitalnym oddziale oparzeń, któremu dosłownie zdrapywano martwą skórę z pleców. Sądząc po jego wrzaskach, założyła, że właśnie kona, ale okazało się, że to element leczenia. „Nie starczyłoby morfiny z całego świata” – wyjaśniła pielęgniarka, dręcząc go dalej.

– Cóż, możliwe, że Devon wciągnął ogień i dym do ust – powiedział Neil. – Może zatkał mu się przez opuchliznę przełyk i się udusił. Ale z opisu świadka wynika, że śmierć nastąpiła bardzo szybko. Więc może doznał wstrząsu i jego serce przestało bić.

– Okej – powiedziała D.D. Wciąż nie wiedziała, dokąd zmierzają, lecz Neil pracował jako ratownik medyczny, zanim przeszedł do policji, i często dostrzegał coś, czego ona i Phil nie widzieli.

– Oczywiście to był młody sprawny mężczyzna. Uprawiał kulturystykę, sądząc po wyglądzie.

– Dostrzegłeś to? – zapytała z niedowierzaniem D.D., przypominając sobie skulone w pozycji embrionalnej zwęglone szczątki.

– A ty nie?

– Nieważne.

– To też daje do myślenia. Kulturyści słyną ze stosowania sterydów anabolicznych, które wywołują rozmaite schorzenia, między innymi wysokie ciśnienie i powiększenie komór serca.

– I pokurczone jądra – dodała D.D. – O wysokim ciśnieniu nie słyszałam, ale tych pokurczonych jąder jestem pewna.

Neil przewrócił oczami.

– Poprośmy ratowników, żeby mu je zmierzyli – rzucił. – W każdym razie prawdopodobnie oboje mamy rację. – Potrząsnął pudełkiem po butach, a D.D. usłyszała pobrzękujące szklane fiolki. – Devon Goulding z pewnością stosował anaboliki. Jak długo, nie mam pojęcia. Ale nawet krótkotrwałe stosowanie mogło wpłynąć na funkcjonowanie jego serca i przyczynić się do jego śmierci.

– A co z niekontrolowanymi atakami agresji? – zapytała D.D. – Zawsze myślałam, że chodzi o utratę kontroli nad sobą, ale może właśnie przez to porwał dziewczynę z baru?

– Dla mnie to już zbyt skomplikowane. – Neil wzruszył ramionami. – W teorii długotrwałe stosowanie anabolików prowadzi do zmniejszenia popędu płciowego, co nasuwa pytanie, po co w ogóle miałby porywać dziewczynę z baru.

– Oddawanie się prymitywnym instynktom było jedynym sposobem, by go pobudzić? Przemoc jako ostatnia działająca na niego podnieta?

Neil ponownie wzruszył ramionami.

– Twoja hipoteza jest równie dobra jak moja. Biorąc pod uwagę zawartość tego pudełka, możemy spokojnie założyć, że Devon Goulding stosował sterydy i to prawdopodobnie przyczyniło się do jego śmierci. Jeśli chodzi o ślady poprzednich zbrodni, inne ofiary, to jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić.

Neil odstawił pudełko, podszedł do stojącej pod ścianą wąskiej komody i zaczął wyciągać szuflady.

D.D. czekała. W końcu miała ograniczony zakres obowiązków. Pozwoliła, by to Neil przetrząsnął pokój. Podeszła do łóżka i przyjrzała się zawartości pudełka po butach. Poza fiolkami z różnymi kolorowymi naklejkami były tam torebki z nieoznakowanymi tabletkami, suplementami, hormonami i Bóg wie czym jeszcze. Czy nadużywanie sterydów mogło skłonić Devona do popełnienia przestępstwa? Jedyny świadek twierdzi, że w ogóle go nie znała, że była w barze z innym mężczyzną, aż Goulding znokautował kawalera numer jeden i sam oddalił się z panną. Wydawało się to dość prymitywne. I zdaniem D.D. także impulsywne. Drapieżcy raczej obserwowali swoje ofiary, planowali ich uprowadzenie. Natomiast porwanie dziewczyny prosto spod baru…

– Hej. – Neil przerwał jej rozważania. Porzucił szuflady i znowu klęczał, badając ręką w rękawiczce podłogę pod komodą.

– Masz coś?

– Może.

Musiał pociągnąć kilka razy, aż wreszcie wydobył dużą żółtą kopertę, która była przyklejona taśmą do dna komody. Potrząsnął kopertą, a D.D. dostrzegła w środku jakieś przesuwające się prostokąty.

Nie była zaklejona, tylko spięta metalowymi klipsami. Neil odgiął je, a potem uroczystym gestem otworzył kopertę i wysypał jej zawartość na łóżko.

D.D. zobaczyła dwa przedmioty wielkości karty kredytowej. Tylko że to nie były karty kredytowe.

– Prawa jazdy – stwierdził Neil. – Dwie kobiety. Kristy Kilker. Natalie Draga.

– Ale nie ma Stacey Summers?

– Nie. Lecz wygląda na to – Neil podniósł jeden z dokumentów, by pokazać zakrwawiony odcisk palca – że nasza najniebezpieczniejsza na świecie skautka miała jednak rację.

Przeszukali dokładnie resztę pokoju. D.D. zaczęła od łóżka, a Neil kontynuował z komodą. Pracowali metodycznie i sprawnie, jak zespół, który robił to już niejeden raz. Później technicy przyjdą tutaj z proszkiem do znajdowania odcisków, luminolem i specjalnymi lampami. Zdobędą odciski palców, ślady płynów ustrojowych i, miejmy nadzieję, drobniutkie pasemka włosów czy włókien.

Na razie D.D. i Neil szukali czegoś oczywistego. Kobiecych ubrań, biżuterii, czegokolwiek, co mogłoby mieć związek z ofiarami. Pasków wypłat i rachunków z barów, które wskazywałyby na inne tereny łowieckie. I, a niech to, pamiętnika mordercy. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydarzy łut szczęścia.

D.D. musiała poprosić Neila o pomoc przy podnoszeniu górnego materaca. Niesprawne ramię zaczynało ją pobolewać, a drugą rękę miała zbyt słabą. Neil nic nie powiedział. Podszedł do łóżka, razem podnieśli materac, a potem wrócił do swojego kąta, a ona przystąpiła do dalszych poszukiwań.

Była wdzięczna swojemu partnerowi za milczenie. Byłemu partnerowi. Za to, że nie skomentował warstewki potu, która już lśniła na jej czole, ani dokuczającej jej zadyszki. D.D. upomniała samą siebie, że przecież superwizorzy zwykle nie pracują na miejscach przestępstw. Owszem, domagają się raportów, przeglądają notatki służbowe. Ale taka konkretna robota… Nie, powinna sobie wygodnie siedzieć w komendzie głównej, gdzie jej brak zdolności do noszenia broni nie stanowiłby obciążenia dla niej ani dla innych.

Przeszukała każdy centymetr pod górnym materacem, a potem zajęła się tym pod spodem, ze sprężynami. Później będzie się musiała okładać lodem i znosić pełne wyrzutu spojrzenie Alexa. Ale była tym, kim była. I on o tym wiedział. Podobnie jak Neil. Musiała oszukiwać jedynie komendę policji w Bostonie.

– Mam coś. – Wyczuła to. Twarde zgrubienie tuż przy górnym prawym rogu materaca. Z bliska dostrzegła, że szew łączący mocny materiał boków materaca z delikatną poszewką jest porwany. Pomacała jeszcze palcami w gumowych rękawiczkach i, mając już pewność, wsunęła rękę między sprężyny.

– To jakieś pudełko. Czekaj. Wyślizguje mi się. A… mam to!

Ostrożnie wyciągnęła metalowe pudełko. Jej lewa ręka aż drżała z wysiłku. Powinnam więcej ćwiczyć, przemknęło jej przez myśl. Podnoszenie ciężarów, fizjoterapia, cokolwiek, byle nie odczuwać takiej słabości, byle nie okazywać takiej słabości publicznie.

Ale i tym razem Neil zachował milczenie. Po prostu wyjął metalową skrytkę z jej drżących rąk i położył ją na narożnym biurku, gdzie mieli więcej światła.

To była standardowa skrytka. Stalowoszary metal. Piętnaście centymetrów długości i pięć wysokości. Na kilka cennych pamiątek. Albo takich, które mają dla właściciela wartość sentymentalną. Takich mniejszych.

– Zdjęcia – powiedział Neil.

– Co? – D.D. nachyliła się, próbując dostrzec coś na stosiku zdjęć pod lampą na biurku.

– Brunetka. Na wszystkich. – Neil przewertował stosik. Na każdej fotografii była ta sama osoba. Spacerująca po parku, siedząca z kubkiem kawy, czytająca książkę, śmiejąca się do kogoś niewidocznego na zdjęciu. Piękna kobieta po trzydziestce, nieco mroczna, ponętna. – Może była dziewczyna?

– Zamknięta w skrytce w materacu? – D.D. pokręciła głową. – Nie sądzę. Przypomina kogoś? Stacey Summers? Czekaj, to drobna blondynka, a ta dziewczyna…

– To nie Stacey Summers – zgodził się Neil. – A co z naszą ofiarą na dole? Z tego co pamiętam, była cała ubabrana w śmieciach. Nawet nie wiem, jakiego koloru ma włosy.

– Też blondynka, z jasnoszarymi oczami. To nie ta kobieta.

– D.D. – powiedział cicho Neil. Sięgnął po ostatnie kilka zdjęć. Oboje umilkli. Ta sama kobieta. Tyle że już się nie śmiała ani nie uśmiechała. Jej ciemne oczy były olbrzymie, blada twarz wykrzywiona. Patrzyła prosto w aparat, a wyraz jej twarzy…

Teraz to ręka Neila zadrżała, a D.D. nic nie powiedziała.

Neil odłożył zdjęcia, a potem wrócił z dwoma prawami jazdy, które znaleźli pod komodą.

– Natalie Draga – oznajmił. Położył prawo jazdy obok zdjęcia, po czym oboje przesunęli wzrok z fotografii na zdjęcie w prawie jazdy i z wolna pokiwali głowami. – Trzydzieści jeden lat, zamieszkała w Chelsea.

– Ale nie ma zdjęć drugiej ofiary?

– Nie. Tylko Natalie.

– Osobista relacja – mruknęła D.D. – Kimś dla niego była. Stąd te wszystkie zdjęcia.

– Może wielbił ją na odległość – zasugerował Neil.

– A może nawet była jego dziewczyną. Tylko że to się źle skończyło. Może z nim zerwała. A wtedy on ją zaatakował.

– A druga ofiara, Kristy? I do tego ta kobieta na dole? – zapytał Neil. Zajrzeli do skrytki, więcej zdjęć nie było.

– Może mu się spodobało – zaczęła głośno myśleć D.D. – Pierwszy raz to była sprawa osobista. Drugi i trzeci już dla frajdy.

– Nie da się zidentyfikować miejsc, w których zrobiono te zdjęcia – stwierdził Neil. – Za duże zbliżenia, za mało tła.

– Nasza ocalała twierdzi, że w garażu jest krew.

– Czułem tam coś – potwierdził Neil.

– Niech technicy zbiorą próbki. I poślijcie więcej mundurowych do baru, w którym pracował Devon Goulding, ze zdjęciami wszystkich trzech znanych ofiar. Sprawdźmy, jak daleko od domu polował. Weźcie też zdjęcie Stacey Summers. Sprawdźcie, czy bywała w tym barze.

– Ostatni raz widziano ją gdzie indziej, w Birches przy Lex.

– Wiem. Ale jeśli widziano ją też w barze Gouldinga… Na ilu psychopatów może trafić jedna biedna dziewczyna?

D.D. wyprostowała się i skrzywiła, bo ruch podrażnił jej ramię i wzmógł narastający ból pleców.

– Powinnaś pójść do domu – powiedział Neil. – Zajęcie się tym wszystkim to nasze zadanie, a ty masz nam tylko mówić, co mogliśmy zrobić lepiej.

Lecz D.D. go nie słuchała. Myślała. O garażu, o Devonie Gouldingu, o ostatniej ofierze, która wygrała z nim w jego własną grę, a teraz siedziała z tyłu radiowozu. Blondynka z kontaktami w FBI i umiejętnością robienia ognia chemicznego. Kobieta, która wydała się Neilowi znajoma.

Powinnam wiedzieć, pomyślała. Czuła, że w tyle jej głowy coś zaskoczyło.

Usłyszała pukanie do drzwi. Ta nowa, detektyw Carol Manley, wsunęła głowę do pokoju.

– D.D., ten agent z FBI, do którego dzwoniła nasza ofiara. Już tu jest.

Rozdział 6

Dawno, dawno temu mogłabym opowiedzieć wam o sobie wszystko.

Powiedziałabym z pewnością, że nazywam się Florence Dane. Moja mama, która miała wobec swoich dzieci wielkie plany, dała mi imię po Florence Nightingale, a mojemu starszemu bratu po Karolu Darwinie.

Powiedziałabym, że najszczęśliwszym miejscem na Ziemi jest farma mojej matki w centralnej części stanu Maine. Góry jagód latem i pola ziemniaków jesienią. Wyrastałam w miłości do zapachu świeżo zaoranej gleby. Do rozsypujących się w palcach grudek ziemi. Moja matka wzdychała pod koniec dnia, gdy patrzyła na to, co udało jej się zrobić, i czuła satysfakcję.

Naszymi sąsiadami były lisy, a także niedźwiedzie i łosie. Mojej matce ci lokalni wędrowcy nie przeszkadzali, ale stanowczo sprzeciwiała się dokarmianiu dzikiej zwierzyny. Mieliśmy współegzystować z naturą, a nie ją psuć. Moja matka dorastała w komunie. Miała wiele teorii na temat życia, które nie przekonywały ani mojego brata, ani mnie.

Mnie osobiście najbardziej podobały się lisy. Przesiadywałam godzinami pod ich norą, mając nadzieję, że zobaczę szczenięta. Lisy lubią się bawić, są jak kocięta skrzyżowane ze szczeniakami. Uwielbiają ganiać za piłeczką do golfa albo zabawkami rzucanymi w powietrze. Wiedzę tę zdobyłam w sposób, w jaki dawniej uczyły się dzieci: bawiąc się na zewnątrz, w promieniach słońca, i eksperymentując. Przyniosłam lisom starą gumową piłkę, myszkę wypchaną kocimiętką, a nawet małą gumową kaczuszkę. Dorosłe osobniki obwąchiwały te dary niechętnie, natomiast lisiątka wybiegały z nory, zataczając się, i rzucały się na nowe zabawki bez chwili wahania. Czasem zostawiałam im marchewkę. Albo jeśli matka była wyjątkowo zajęta i nie zwracała na nic uwagi, resztki po hot dogu.

Po prostu staram się być miła dla sąsiadów, próbowałam tłumaczyć, gdy pewnego popołudnia matka po raz pierwszy przyłapała mnie na rozrzucaniu sera przed wejściem do nory. Nie kupiła tego: „Każde stworzenie musi nauczyć się radzić sobie samo. Zachęcanie do zależności nikomu nie służy, Floro”.

Ale potem, po wyjątkowo silnej śnieżycy na początku listopada, to ja przyłapałam ją, jak wynosiła resztki obiadu pod tę samą norę.

Nic nie powiedziała i ja też nie. To był nasz wspólny sekret, bo wtedy żadna z nas nie wyobrażała sobie czegoś bardziej skandalicznego niż udomawianie dzikich lisów.

Więc dawno, dawno temu mogłabym wam coś o sobie opowiedzieć: uwielbiam lisy. A przynajmniej uwielbiałam. To nie jest coś, co łatwo komuś odebrać. Ale nie przesiaduję już przed ich norą i nie obserwuję ich ani nie przynoszę im zabawek i nie przemycam jedzenia. Po czterystu siedemdziesięciu dwóch dniach… próbuję odnaleźć spokój w lesie. Zdecydowanie wolę niezmierzone przestrzenie niż małe zamknięte pomieszczenia.

Coś we mnie, pewne uczucia… zmieniły się. Mogę robić to samo co kiedyś, odwiedzać te same miejsca, spotykać tych samych ludzi. Ale już nie czuję tego samego. W niektóre dni nie jestem pewna, czy czuję cokolwiek.

Kwiecień to mój ulubiony miesiąc. Jestem przekonana, że nadal tak jest.

Na farmie stała stara zrujnowana szklarnia. Nie mieliśmy pojęcia, jak przetrwała te wszystkie długie wietrzne zimy. Ale pod koniec kwietnia, gdy śnieg w końcu topniał, przedzieraliśmy się przez błoto i z trudem otwieraliśmy wypaczone drzwi. Cała konstrukcja aż jęczała w proteście. Darwin wchodził do środka pierwszy, jedyny mężczyzna i samozwańczy obrońca rodziny.

Potem szła matka z taczkami pełnymi worków z ziemią próchniczą i gliną. Ja zamykałam pochód, niosąc plastikowe tacki i torebki z nasionkami.

Mój brat stawiał na szybkość. Rzucał garście ziemi i wtykał nasionka. Już wtedy był niecierpliwy i chciał być wszędzie, tylko nie tam, gdzie był. Matka dała mu odpowiednie imię. Kochał nas, ale od początku obie wiedziałyśmy, że nie zostanie w domu. Jeśli do nas przemawiała głębia lasu, to do niego przemawiał cały świat. Pracował obok nas, szybko, efektywnie, ale myślami zawsze był gdzie indziej. Matka patrzyła na niego i wzdychała. To młoda dusza, mawiała, o czułym sercu.

Martwiła się o niego. Ale o mnie nigdy. Ja byłam tą szczęśliwą. Tak przynajmniej miało być.

Darwin przyjechał z college’u, natychmiast gdy dowiedział się o moim zniknięciu. Trwał u boku matki, najpierw jako wsparcie, a potem, kiedy przyszła pierwsza pocztówka i stało się jasne, że zostałam porwana, mój odważny brat przeobraził się w wojownika. Facebook, Twitter to były jego pola bitwy. Tworzył całe kampanie, by zgromadzić zupełnie obcych ludzi, żeby mnie szukali. Przywrócił mnie do życia, spersonalizował swoją małą siostrzyczkę dla mas, zamieścił zdjęcia z moich pierwszych urodzin, zdjęcia mnie na farmie i mnie siedzącej na pagórku z lisiątkami. Tylko że tak naprawdę te zdjęcia nie były dla mas. One były skierowane do mojego porywacza, żeby dostrzegł we mnie małą dziewczynkę, siostrę, córkę. Mój brat postawił sobie za cel uczłowieczenie mnie, żeby ocalić mi życie.

I chyba dlatego najgorzej zniósł to, że gdy wróciłam do domu, nie byłam już tamtą młodą kobietą z tych wszystkich zdjęć. Nie uśmiechałam się. Nie śmiałam się. Nie bawiłam się w błocie i nie szukałam lisków. Bo wiecie, mój porywacz też miał swój cel: chciał mnie całkowicie odczłowieczyć. Wybebeszyć, złamać, zamienić w totalne nic.

Wydaje ci się, że będziesz walczyć, a przynajmniej postarasz się przetrwać. Obiecujesz sobie, że będziesz silna. Ale po czterystu siedemdziesięciu dwóch dniach…

Darwin musiał wyjechać z farmy po moim powrocie. Musiał uciec od siostry, którą już nie byłam. Patrzyłam, jak wyjeżdża, i byłam za to wdzięczna. Jedna para oczu mniej do obserwowania mnie, dokądkolwiek szłam. Jedna osoba mniej do dziwienia się nowej i zdecydowanie nie lepszej Florze Dane.

Dawno, dawno temu zasmuciłby mnie wyjazd brata. Powiedziałabym wam, że go kocham, że za nim tęsknię, czekałabym na jego szybki powrót.

Dawno, dawno temu powiedziałabym wam, że kocham mamę. Że jest moją najlepszą przyjaciółką na całym świecie i że choć pójście do college’u było cudownym wydarzeniem, to nadal nie mogłam się doczekać weekendów w domu.

Dawno, dawno temu byłam taką właśnie dziewczyną. Uwielbiającą spędzać czas na świeżym powietrzu, lubiącą się bawić, szczęśliwą.

Ale są rzeczy, których wciąż nie mogę wam o sobie opowiedzieć.

Są rzeczy, do których będę musiała dotrzeć sama.

Słońce już wzeszło. Siedząc z tyłu radiowozu, z kocem ciasno owiniętym wokół ramion, ze śmieciami wysychającymi na twarzy, czuję, że niebo się rozjaśnia. Nie podnoszę wzroku. Nie muszę widzieć, żeby wiedzieć, co się dzieje.

Po lewej stronie, wewnątrz domu mojego niedoszłego napastnika, technicy kryminalni badają centymetr po centymetrze. Paru detektywów przechodzi z pokoju do pokoju, zbierając urządzenia elektroniczne, przeglądając pocztę, i przeczesuje uważnie sypialnię barmana.

Nie kłamałam. Nie jestem ani gliną, ani agentem FBI. Nie znałam dziewczyny, która zaginęła trzy miesiące temu, Stacey Summers. Podobnie jak reszta mieszkańców Bostonu czy wręcz całego kraju po prostu śledziłam jej sprawę w telewizji.

A jednak… znam ją. Rozpoznaję jej promienny uśmiech na zdjęciach z liceum, same długowłose, niebieskookie blondynki. Poznaję jej entuzjazm na fotografiach cheerleaderek, czerwone pompony wyrzucone wysoko w górę. A potem złowieszczy zapis z monitoringu: drobna blondynka, którą uprowadza potężny brutal. Rano, po południu, wieczorem. Każdy moment był dobry dla mediów, by pokazać, jak porywacz prowadzi wstawioną dziewiętnastolatkę, byłą cheerleaderkę, w ciemną uliczkę.

Przeczytałam wszystko o porwaniu Stacey Summers. Siedziałam oszołomiona widokiem jej rodziców w nadawanym na cały kraj programie śniadaniowym, choć teoretycznie odcięłam się od takich rzeczy. Patrzyłam na jej ojca, mężczyznę w typie silnego biznesmena, jak stara się trzymać fason, podczas gdy jej matka, starsza, ale wciąż piękna kobieta, ściskając męża mocno za rękę, błaga, by jej córka wróciła cała do domu.

Śliczna, szczęśliwa, tryskająca energią Stacey Summers. Która, według słów rodziców, nigdy nie skrzywdziłaby nawet muchy.

Zastanawiam się, czego dotąd nie wiedziała. I czego musiała się dowiedzieć.

Prawda jest taka, że znam Stacey Summers. Nie chcę tego. W najmniejszym stopniu. Ale znam Stacey Summers. Nie potrzeba doktoratu z psychologii, żeby rozumieć, że za każdym razem gdy patrzę na jej zdjęcie albo czytam kolejny artykuł, tak naprawdę patrzę na siebie.

Nikt nie zadzwonił do mojej matki w ciągu dwudziestu czterech godzin od mojego zaginięcia. Nikt nie wiedział, że zniknęłam. Mama odebrała niejasną wiadomość od mojej koleżanki z pokoju w akademiku, cztery dni po rozpoczęciu ferii wiosennych: „Flora jest u was? Dlaczego nam nie powiedziała, że jedzie do domu wcześniej?”.

Oczywiście nie miała pojęcia, o co chodzi Stelli. Dobre dwadzieścia minut zajęło jej zrozumienie, że nie jestem na Florydzie ze Stellą ani nie wróciłam w magiczny sposób na farmę w Maine, ani nie zjawiłam się jakimś cudem z powrotem w akademiku. Tak naprawdę nikt nie widział mnie już od kilku dni.

Moja matka nie jest typem histeryczki. Odłożyła telefon i skupiła się na tym, co najważniejsze. Skontaktowała się z moim starszym bratem. Sprawdziła skrzynkę mailową. Przejrzała moją stronę na Facebooku. Tętno lekko jej przyśpieszyło, a ręce zaczęły się trząść.

Pojechała na posterunek policji. Opowiadała mi potem, że czuła, że trzeba z kimś porozmawiać osobiście. Ale ta rozmowa okazała się dość trudna. Matka mieszka w Maine, a ja chodziłam do szkoły w Bostonie i teoretycznie zniknęłam, będąc na feriach wiosennych na Florydzie. Policjant z Maine był miły. Wysłuchał mojej matki, wydawał się zgadzać z tym, że nie jestem tego rodzaju dziewczyną, która mogłaby uciec, choć biorąc pod uwagę okoliczności, nie mogli wykluczyć, że się upiłam i gdzieś zadekowałam. Zachęcił mamę, żeby złożyła oficjalne zgłoszenie zaginięcia, które zostało przesłane faksem do policji na Florydzie.

A potem… nic.

Słońce wschodziło i zachodziło. Moje koleżanki ze studiów rozmawiały z policją na Florydzie. Wróciły do kampusu do Bostonu. Zaczęły znów chodzić na wykłady. A moja matka siedziała przy telefonie, który wciąż nie dzwonił.

A potem… Kartka przesłana pocztą. Moje pismo, ale słowa kogoś innego. I nagle nie byłam już zaginioną studentką college’u. Byłam prawdopodobną ofiarą porwania, którą wywieziono do innego stanu. W ciągu jednej nocy moja sprawa stała się głównym newsem, a świat mojej rodziny legł w gruzach.