Wydawca ebooka: Bernardinum Wydawca audiobooka: Qes Agency Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 600 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 54 min Lektor: Adam Szyszkowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 54 min Lektor: Adam Szyszkowski

Opis ebooka Znaczy kapitan - Karol Olgierd Borchardt

,,Znaczy kapitan to najlepsza i najpopularniejsza książka marynistyczna wydana w Polsce. Zaliczana jest do kanonu literatury polskiej XX wieku. Karol Olgierd Borchardt na kartach swego dzieła najważniejszego dzieła jest piewcą i kronikarzem pionierskiej epoki w dziejach naszej floty morskiej. Ukazuje słynnych kapitanów, statki parowe z pierwszej połowy minionego wieku oraz transatlantyki, a także legendarne żaglowce szkolne.

Karol Olgierd Borchardt (1905-1986) urodził się w Moskwie. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Wilnie. Ukończył szkołę Morską w Tczewie. Całe swoje życie służył morzu. Przed wojną pływał m.in. na transatlantykach ,,Polonia”, ,,Kościuszko” i ,,Piłsudski”. Podczas wojny pełnił służbę na morzu. Po powrocie do kraju w 1949 pracował już tylko na lądzie, pozbawiony decyzją polityczną prawa uprawiania zawodu oficera Marynarki Handlowej. Wykładał w Wyższej Szkole Morskiej, ucząc przyszłych oficerów floty handlowej i rybackiej m.in. astronawigacji, nawigacji, locji, oceanografii i wiedzy okrętowej. Pisał książki o tematyce morskiej, krzewiąc wśród Polaków miłość do morza. 

Opinie o ebooku Znaczy kapitan - Karol Olgierd Borchardt

Cytaty z ebooka Znaczy kapitan - Karol Olgierd Borchardt

Był to chyba pierwszy na świecie statek, na którym starszy oficer z radością wstawał o godzinie czwartej na wachtę, by przy świetle jutrzenki napawać się widokiem windy ładunkowej. Winda w porannym oświetleniu wyglądała najefektowniej.

Fragment ebooka Znaczy kapitan - Karol Olgierd Borchardt

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

83-130 Pel­plin, ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

e-mail:ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

Opra­co­wa­nie re­dak­cyj­ne:

Ewa Ostrow­ska

Ko­rek­ta:

Do­ro­ta Ko­bie­row­ska-Dę­biec

Co­py­ri­ght by Ewa Ostrow­ska

Fo­to­gra­fie z ar­chi­wum Ewy Ostrow­skiej

Wy­da­nie pięt­na­ste

ISBN 978-83-7823-294-0

All ri­ghts re­se­rved.

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­wych – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Tenanga

Za to, żeś ura­to­wał mi ży­cie w pu­sty­ni, da­ro­wu­ję ci pchnię­cie mnie no­żem w ha­cjen­dzie Del Ve­na­do i strzał do mnie nad je­zio­rem Sal­to del Auga. Ale za to, żeś za­mor­do­wał moją mat­kę, giń, nędz­ni­ku!

Po tych sło­wach Fa­bian pchnął Ku­chił­łę, któ­ry usi­ło­wał zła­pać ra­mię Te­nan­gi, ale już nie zdą­żył i gło­wą po­le­ciał w prze­paść.

Te­nan­ga, opar­ty na łuku, w mil­cze­niu przy­glą­dał się sce­nie sądu w pu­sty­ni nad strasz­li­wym ło­trem Ku­chił­łą. Za­mor­do­wał on w be­stial­ski spo­sób mat­kę przy­ja­cie­la Te­nan­gi – Fa­bia­na, chcąc za­wład­nąć ol­brzy­mią for­tu­ną, któ­rej spad­ko­bier­cą po mat­ce był Fa­bian.

Te­nan­ga po­gła­dził ol­brzy­mie­go oswo­jo­ne­go niedź­wie­dzia griz­zli, sto­ją­ce­go obok nie­go i go­to­we­go do wy­ko­na­nia każ­de­go roz­ka­zu. Dłu­gie czar­ne wło­sy Te­nan­gi, opa­da­ją­ce w pu­klach na ple­cy, przy­stro­jo­ne były kil­ko­ma or­li­mi pió­ra­mi, ozna­ką syna wo­dza. Gdy ucichł głu­chy ło­skot cia­ła spa­da­ją­ce­go po pio­no­wej nie­mal ska­le, po­wie­dział:

– Uff, uff! Mój bia­ły brat uniesz­ko­dli­wił naj­bar­dziej pod­łą bia­łą twarz, jaka pla­mi­ła swy­mi śla­da­mi zie­mię jego czer­wo­nych bra­ci. Mój bia­ły brat nie po­trze­bu­je wię­cej po­mo­cy Te­nan­gi. Te­nan­ga pój­dzie te­raz z po­mo­cą Bia­łe­mu Kwiat­ko­wi Pre­rii, któ­re­go chcą po­rwać Pa­rin­tin­tin­so­wie.

Pod­niósł rękę i gło­śnym Howgh! po­że­gnał Fa­bia­na i jego to­wa­rzy­szy.

Kil­ka dni biegł Te­nan­ga ze swym wier­nym griz­zlim na wschód. Mi­nę­li dwa ka­nio­ny, we­szli na pła­sko­wyż i wie­czo­rem zna­leź­li się przy wspa­nia­łej ha­cjen­dzie Don Fer­nan­da, ojca pięk­nej Ro­si­ty.

Przy­by­li za póź­no: pa­łac pło­nął! Pa­rin­tin­tin­so­wie – nie mo­gąc zdo­być ha­cjen­dy – pod­pa­li­li wszyst­ko.

Te­nan­ga zo­sta­wił tor­bę oraz łuk pod opie­ką niedź­wie­dzia Ura i do­biegł do drze­wa, któ­re­go ol­brzy­mi zwa­lo­ny pień opie­rał się ga­łę­zia­mi o pa­ra­pet okna. Po pniu wspiął się Te­nan­ga do wnę­trza po­ko­ju, skąd wy­do­by­wa­ły się kłę­by dymu. Po ja­kimś cza­sie uka­zał się po­now­nie, nio­sąc prze­rzu­co­ną przez ra­mię bia­łą ko­bie­tę w mo­krych sza­tach. Trzy­ma­jąc ją prze­do­stał się przez za­sło­nę ognia do miej­sca, gdzie griz­zli Ur pil­no­wał łuku i tor­by. W tej chwi­li po­ja­wi­ła się gru­pa jeźdź­ców. To była spóź­nio­na po­moc. Te­nan­ga pod­niósł rękę, aby zwró­cić na sie­bie uwa­gę jeźdź­ców, a gdy go do­strze­żo­no, zło­żył na zie­mi ze­mdlo­ne cia­ło se­nio­ri­ty Ro­si­ty. Sam z griz­zlim usu­nął się w cień dżun­gli.

Po do­ko­na­niu tego czy­nu mógł wresz­cie od­po­cząć.

*

Wszyst­ko to mia­ło miej­sce na Bo­uf­fa­ło­wej Gó­rze – w Wil­nie, w środ­ku mia­sta. Po spo­tka­niu z ko­le­ga­mi i ode­gra­niu scen z prze­czy­ta­nych ksią­żek Te­nan­ga wra­cał te­raz ze swym psem do domu.

W tym okre­sie po­zo­sta­ją­ca w pier­wot­nej dzi­ko­ści Bo­uf­fa­ło­wa Góra do­star­cza­ła wszyst­kich moż­li­wych do wy­obra­że­nia sce­ne­rii: od sa­mot­nej urwi­stej ska­ły, z któ­rej spa­dał kil­ka­na­ście me­trów w dół Ku­chił­ło (za­wcza­su przy­go­to­wa­ny ma­ne­kin), do roz­my­tych wodą wy­ko­pów po gli­nie, speł­nia­ją­cych rolę ka­nio­nów, oraz ukry­te­go wśród dzi­ko ro­sną­cych krze­wów roz­wa­lo­ne­go sta­re­go domu pod cmen­ta­rzem Ewan­ge­lic­kim, za­mie­nia­ją­ce­go się w ha­cjen­dę Don Fer­nan­da.

Te­nan­ga – jesz­cze gdy li­czył lat sie­dem – po prze­czy­ta­niu „Du­cha Pusz­czy” po­sta­no­wił zo­stać In­dia­ni­nem. In­diań­ski wo­jow­nik mu­siał być za­har­to­wa­ny. A za­tem Te­nan­ga w se­kre­cie przed wszyst­ki­mi sy­piał pod łóż­kiem na za­ko­piań­skim ser­da­ku, któ­ry był skó­rą pumy. Pod gło­wą za­miast po­dusz­ki miał psa – se­te­ra, nie­od­łącz­ne­go to­wa­rzy­sza za­baw. Po­tra­fił tak sy­piać mie­sią­ca­mi.

Jed­nak­że pew­ne­go dnia Te­nan­ga uprzy­tom­nił so­bie, że bar­wy skó­ry nie zmie­ni i że ma­rze­nia o zo­sta­niu In­dia­ni­nem na za­wsze po­zo­sta­ną tyl­ko ma­rze­nia­mi.

W tej sa­mej książ­ce, z któ­rej była od­twa­rza­na sce­na sądu w pu­sty­ni nad Ku­chił­łą, no­szą­cej ty­tuł „Czar­ny Ptak i Orzeł Śnież­nych Wier­chów”, znaj­do­wał się opis prze­my­tu to­wa­rów z Hisz­pa­nii i uciecz­ki Ku­chił­ły z tego kra­ju. Była tam też ilu­stra­cja przed­sta­wia­ją­ca rufę stat­ku ze zwi­sa­ją­cą liną i wspi­na­ją­cym się po niej ma­ry­na­rzem. Pod ry­sun­kiem wid­niał pod­pis: „Jako ostat­ni wspiął się ma­ry­narz ol­brzy­mie­go wzro­stu”.

Szu­ka­jąc w książ­ce tyl­ko przy­gód In­dian, Te­nan­ga po­cząt­ko­wo nie zwró­cił na ten ry­su­nek uwa­gi. Do­pie­ro po uświa­do­mie­niu so­bie, że „fach” In­dia­ni­na jest nie­osią­gal­ny, Te­nan­ga, czy­ta­jąc po raz wtó­ry „Czar­ne­go Pta­ka i Orła Śnież­nych Wier­chów”, za­trzy­mał się na opi­sie głów­ne­go bo­ha­te­ra książ­ki: Orła Śnież­nych Wier­chów, któ­ry był wła­śnie owym ol­brzy­mim ma­ry­na­rzem, wspi­na­ją­cym się po li­nie na rufę stat­ku. Te­nan­ga po­sta­no­wił zo­stać ma­ry­na­rzem.

Orzeł Śnież­nych Wier­chów był ol­brzy­mem o nad­ludz­kiej sile. Tyl­ko tacy prze­cież mo­gli być do­bry­mi ma­ry­na­rza­mi. Te­nan­ga za­czął więc ćwi­czyć. Dzień w dzień przez lata całe upo­rczy­wie ćwi­czył mię­śnie. Pod­no­sił cię­ża­ry, upra­wiał wszyst­kie do­stęp­ne sys­te­my gim­na­sty­ki: Mül­le­ra, Prosz­ka, San­do­wa, Ha-rvink Han­hoc­ka, gim­na­sty­kę szwedz­ką, dżiu-dżit­su, lek­ko­atle­ty­kę, gim­na­sty­kę na przy­rzą­dach, ba – na­wet gim­na­sty­kę cyr­ko­wą i akro­ba­ty­kę.

W domu, na ko­ry­ta­rzu, miał Te­nan­ga wmu­ro­wa­ne dwa drąż­ki, na któ­rych ćwi­czył jak w cyr­ku. Cho­dził na rę­kach tak jak na no­gach. Co dzień la­tem i zimą bie­gał do rze­ki ką­pać się. Nie uzna­wał – na­wet w zi­mie – ani czap­ki, ani pal­ta. Pod­no­sił co­raz więk­sze cię­ża­ry. Wresz­cie wy­stą­pił w cyr­ku jako… za­pa­śnik-ama­tor.

Do Wil­na przy­był kie­dyś cyrk, w któ­rym pro­du­ko­wa­ła się tru­pa za­wo­do­wych za­pa­śni­ków. Przed roz­po­czę­ciem walk ama­to­rzy-ochot­ni­cy mo­gli so­bie wy­bie­rać do­wol­ne­go za­pa­śni­ka i pró­bo­wać na nim swych sił. Wy­bra­ny przez Te­nan­gę za­pa­śnik wal­czył lek­ce­wa­żą­co i opie­sza­le. Wal­ka trwa­ła pół mi­nu­ty. Sto­so­wa­na przez nie­go sta­le jed­na i ta sama po­sta­wa na­su­nę­ła Te­nan­dze po­mysł tak­tycz­ne­go ro­ze­gra­nia spo­tka­nia. Po po­da­niu ręki na po­wi­ta­nie Te­nan­ga udał, że chce prze­ciw­ni­ka zła­pać za gło­wę. Gdy za­pa­śnik przy­jął swo­ją ulu­bio­ną po­sta­wę, zła­pał go nie­spo­dzie­wa­nie w tak zwa­ny „przed­ni pas”. Nim za­wo­do­wiec zo­rien­to­wał się, o co cho­dzi, le­żał po­ko­na­ny.

Te­nan­ga zde­cy­do­wał, że te­raz już może zo­stać ma­ry­na­rzem.

*

Zda­rzy­ło się, że w tym sa­mym cza­sie mat­ka i oj­czym Te­nan­gi przez parę ty­go­dni go­ści­li w swym domu Bo­le­sła­wa Li­ma­now­skie­go. Wiel­ki ten czło­wiek po­tra­fił zna­leźć czas na słu­cha­nie opo­wia­dań Te­nan­gi o wy­ma­rzo­nym za­wo­dzie. Po wy­jeź­dzie nie za­po­mniał o obiet­ni­cy wy­sta­ra­nia się i przy­sła­nia wa­run­ków przy­ję­cia oraz pro­gra­mu eg­za­mi­nów do jed­nej ze szkół mor­skich we Fran­cji, za­pew­nia­jąc po­moc w do­sta­niu się do niej, oczy­wi­ście je­śli zda prze­wi­dzia­ny eg­za­min.

Przed Te­nan­gą wy­rósł ogrom­ny „fran­cu­ski” mur, któ­ry na­le­ża­ło prze­bić gło­wą, wtła­cza­jąc w nią ol­brzy­mi za­pas wie­dzy ma­te­ma­tycz­nej, do­sko­na­łą zna­jo­mość ję­zy­ka fran­cu­skie­go i li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej. Mie­sią­ce mi­ja­ły na żmud­nej na­uce no­wych przed­mio­tów, któ­re trze­ba było opa­no­wać.

Jak zbaw­cę po­wi­tał Te­nan­ga in­ży­nie­ra Wi­tol­da Ko­moc­kie­go, wy­kła­dow­cę Szko­ły Mor­skiej w Tcze­wie, któ­ry ba­wiąc z żoną w Wil­nie przy­pad­ko­wo spo­tkał się z oj­czy­mem Te­nan­gi. Oj­czym na­tych­miast za­pro­sił pań­stwa Ko­moc­kich do domu. Te­nan­ga za­mie­rał z za­chwy­tu, słu­cha­jąc opo­wia­dań o po­dró­żach na wspa­nia­łym ża­glow­cu szkol­nym „Lwów”, za­ku­pio­nym w roku 1920 i po­ma­lo­wa­nym wte­dy jesz­cze w czar­no-bia­łe pasy, tak jak on­giś ka­zał ma­lo­wać swe okrę­ty Nel­son; o Szko­le Mor­skiej w Tcze­wie i jej wy­dzia­łach – na­wi­ga­cyj­nym i me­cha­nicz­nym; o wy­kła­dow­cach – ka­pi­ta­nach z ża­glow­ców i okrę­tów wo­jen­nych…

Barw­ne, pul­su­ją­ce ży­ciem opo­wia­da­nia in­ży­nie­ra Ko­moc­kie­go zbli­ży­ły na­gle do re­al­nych i uchwyt­nych gra­nic za­się­gu to, co do­tąd wy­da­wa­ło się po­zo­sta­wać je­dy­nie w kra­inie ma­rzeń. Dla zisz­cze­nia za­mia­rów nie trze­ba było „zdo­by­wać” Fran­cji. Wy­star­czy­ło zło­żyć ma­tu­rę i po­je­chać do Tcze­wa. Pani Wan­da, żona in­ży­nie­ra Ko­moc­kie­go, za­śmie­wa­ła się ser­decz­nie, wi­dząc za­pał Te­nan­gi, go­to­we­go je­chać z nimi na­tych­miast do Tcze­wa i zda­wać eg­za­min z ma­te­ma­ty­ki i ję­zy­ka fran­cu­skie­go. Zna­jo­mość tych przed­mio­tów, po prze­stu­dio­wa­niu fran­cu­skich pro­gra­mów, wy­da­wa­ła się Te­nan­dze tak samo nie­odzow­na jak nad­ludz­ka siła fi­zycz­na Orła Śnież­nych Wier­chów. Pod ko­niec wi­zy­ty in­ży­nier Ko­moc­ki mó­wił już do Te­nan­gi: „ko­le­go-ma­ry­na­rzu!”

Na ra­zie jed­nak trze­ba było po­że­gnać prze­mi­łych, „z nie­ba ze­sła­nych” pań­stwa Ko­moc­kich i skoń­czyć gim­na­zjum. Do­pie­ro po zda­niu ma­tu­ry, gdy moż­na już było po­my­śleć o przy­ję­ciu do Szko­ły Mor­skiej w Tcze­wie, Te­nan­ga wy­sto­so­wał list do in­ży­nie­ra Ko­moc­kie­go, roz­po­czy­na­ją­cy się „nie­sły­cha­nie po mor­sku”: UES! UES! UES! Ko­le­go-Ma­ry­na­rzu!

Tak wy­glą­dał – jak mu się wy­da­wa­ło – sy­gnał wo­ła­nia o po­moc na mo­rzu (SOS), za­pa­mię­ta­ny przez Te­nan­gę z opo­wia­dań PIERW­SZE­GO KO­LE­GI-MA­RY­NA­RZA.

*

Na ko­mi­sji le­kar­skiej w Szko­le Mor­skiej w Tcze­wie zo­sta­łem od­rzu­co­ny przez sta­re­go le­ka­rza okrę­to­we­go Wil­kan­sa. Orze­cze­nie brzmia­ło: „Nie na­da­je się do służ­by mor­skiej z po­wo­du skłon­no­ści do reu­ma­ty­zmu”.

Wró­ci­łem do domu zła­ma­ny na du­chu i po­świę­ci­łem się pra­wu. Ale na­wet po roku stu­diów na uni­wer­sy­te­cie ol­brzy­mi ma­ry­narz wspi­na­ją­cy się po li­nie na rufę ża­glow­ca nie da­wał mi spo­ko­ju. Prze­ła­mu­jąc opo­ry w po­sta­ci in­nej ko­mi­sji le­kar­skiej, do­sta­łem się wresz­cie na wy­ma­rzo­ny i je­dy­ny wów­czas ża­glo­wiec szkol­ny „Lwów”. Po­je­cha­łem do Gdań­ska. Uj­rza­łem rufę – taką samą jak na ob­raz­ku; taką samą linę z wę­zła­mi na­zy­wa­ną tu­taj szken­tel. Masz­ty, reje, ża­gle… Mia­łem te­raz sześć stóp wzro­stu, po­dob­nie jak Orzeł Śnież­nych Wier­chów. Ale czy tyle samo siły?

Po­ra­nek pierw­sze­go dnia na ża­glow­cu ze­szedł na za­opa­try­wa­niu się w rze­czy oso­bi­ste­go użyt­ku, w któ­re sta­tek wy­po­sa­żał kan­dy­da­tów i uczniów. Na in­sta­lo­wa­niu się w szaf­kach. Na roz­pa­ko­wy­wa­niu wor­ków ma­ry­nar­skich i uzbra­ja­niu ha­ma­ków.

Po śnia­da­niu – zbiór­ka do ro­bót. Przy­dzie­lo­no mnie do po­mo­cy ucznio­wi za­trud­nio­ne­mu przy za­cią­ga­niu lin na pod­nieb­ny bom­bram. Cho­dzi­ło o wy­pró­bo­wa­nie, w jaki spo­sób za­re­agu­ję i jak będę się po­ru­szał na czter­dzie­sto­me­tro­wej wy­so­ko­ści. Po­nie­waż by­łem przy­zwy­cza­jo­ny do wie­lo­go­dzin­nych ćwi­czeń na tra­pe­zie, kół­kach i drąż­ku, wy­so­kość nie zro­bi­ła na mnie żad­ne­go wra­że­nia. Znacz­nie więk­sze wy­warł bez­lik skom­pli­ko­wa­nych i zu­peł­nie ob­cych nazw ta­kie­lun­ku, któ­re usły­sza­łem przy tej oka­zji.

Po obie­dzie – znów zbiór­ka do ro­bót. Wy­zna­czo­no mnie tym ra­zem do ob­słu­gi ka­be­sta­nu, za po­mo­cą któ­re­go mia­no pod­no­sić spusz­czo­ne na okres zi­mo­wy bram­sten­gi i reje. Zmie­nio­ny w ko­nia wprzę­gnię­te­go do kie­ra­tu, pcha­łem z ca­łej siły je­den z dłu­gich drą­gów wło­żo­nych w gło­wi­cę ka­be­sta­nu. Drą­gi na­zy­wa­no tu po pol­sku… handsz­pa­ka­mi.

Ko­le­dzy, chcąc wy­pró­bo­wać moją siłę, pcha­li co­raz sła­biej, zo­sta­wia­jąc cały cię­żar dla mnie. Sku­tek był na­tych­mia­sto­wy: handsz­pak – wy­ko­na­ny ze spe­cjal­ne­go, twar­de­go drew­na – prysł jak za­pał­ka! Wy­wo­ła­ło to sza­lo­ny en­tu­zjazm. Cze­goś po­dob­ne­go jesz­cze nie wi­dzia­no. Na­stęp­ne handsz­pa­ki pę­ka­ły szyb­ko je­den po dru­gim. „Duma roz­pie­ra­ła pierś Te­nan­gi”. Szy­ko­wa­łem się wła­śnie do po­ła­ma­nia po­zo­sta­łych jesz­cze czte­rech za­pa­so­wych handsz­pa­ków, gdy nad­szedł pierw­szy ofi­cer. Za­miast cie­szyć się ra­zem z nami, wpadł w ist­ny szał.

Po­dob­no zo­sta­ło mu to po służ­bie na ro­syj­skim okrę­cie pod­wod­nym, na któ­rym się to­pił w cza­sie ma­new­rów. „Dzię­ki” ku­cha­rzo­wi. Ku­charz po roz­ka­zie przy­go­to­wa­nia okrę­tu do za­nu­rze­nia po­zo­sta­wił otwar­ty wen­ty­la­tor, woda wdar­ła się do wnę­trza. Nasz pierw­szy ofi­cer, któ­ry i w tam­tej ma­ry­nar­ce był „pierw­szym”, zo­ba­czył to jed­no­cze­śnie z do­wód­cą okrę­tu pod­wod­ne­go. Do­wód­ca wsko­czył do wody i po­pły­nął do sto­ją­cej opo­dal jed­nost­ki. „Pierw­szy”, nie chcąc po­zo­sta­wić za­ło­gi sa­mej bez opie­ki, za­mknął za sobą właz i po­grą­żył się w do­bro­wol­nie przez sie­bie wy­bra­nej sta­lo­wej trum­nie. W dzio­bo­wych po­miesz­cze­niach okrę­tu zdo­łał opa­no­wać pa­ni­kę i ura­to­wać część za­ło­gi. Za­le­d­wie paru ma­ry­na­rzy zgi­nę­ło przy wy­do­by­wa­niu się z głę­bin wod­nych, kil­ku tra­fi­ło do szpi­ta­la z nad­we­rę­żo­ny­mi płu­ca­mi. „Pierw­szy” zdo­był w tej przy­go­dzie zdol­ność do krzy­ku tak strasz­ne­go, ja­kie­go nie sły­sza­łem nig­dy przed­tem i nig­dy już po­tem.

Te­raz cały port za­peł­nił się jego wi­bru­ją­cym na naj­wyż­szej okta­wie gło­sem:

– Da dźja­aaaabła­aaa! Cały sta­tek pa­ła­aaaaamiiii!

Ten prze­raź­li­wy krzyk wy­wo­łał ka­pi­ta­na. Zja­wił się na ru­fie i pod­szedł do pierw­sze­go ofi­ce­ra. „Pierw­szy” po­dob­ny był w tej chwi­li do du­szą­ce­go się na ko­klusz no­wo­rod­ka, przy czym twarz „no­wo­rod­ka” przy­po­mi­na­ła ob­li­cze sław­ne­go w owe cza­sy ar­ty­sty fil­mo­we­go, Maxa Lin­de­ra, o ma­łych, czar­nych szczo­tecz­kach wą­sów.

Ka­pi­tan w wy­twor­nym czar­nym mun­du­rze o czte­rech zło­tych pa­sach i ko­twi­cy na każ­dym rę­ka­wie, z pięk­ną mar­mu­ro­wą twa­rzą pół­bo­ga, nie oce­nił sy­tu­acji tak szyb­ko, jak „pierw­szy”. Może przez prze­zor­ność, by nie oka­zać się omyl­nym.

W mo­men­cie gdy du­szą­cy się „no­wo­ro­dek” z wą­sa­mi Maxa Lin­de­ra wy­dał ostat­ni dźwięk, usły­sza­łem po raz pierw­szy głos ka­pi­ta­na:

– Zna­czy, pa­nie Kon­stan­ty, zna­czy… co się sta­ło?

Ka­pi­tan każ­de swe prze­mó­wie­nie, każ­dą roz­mo­wę zwykł był za­czy­nać od sło­wa „zna­czy”. Mó­wił przy tym wol­no, ce­dząc sło­wa przez za­ci­śnię­te zęby.

Trzy­ma­nie sta­le za­ci­śnię­tych zę­bów przy mó­wie­niu na­le­ża­ło po­dob­no do naj­bar­dziej wy­twor­ne­go spo­so­bu wy­sła­wia­nia się gar­de­ma­ri­nów, czy­li wy­cho­wan­ków car­skie­go kor­pu­su mor­skie­go. Żad­nej mi­mi­ki, żad­nych gry­ma­sów twa­rzy – ka­mien­ne, za­sty­głe ob­li­cze o olim­pij­skim wy­ra­zie. I oto te­raz ka­pi­tan zo­stał na­gle zmu­szo­ny do zni­że­nia się do spraw ziem­skich.

W mia­rę jak „pierw­szy” od­kry­wał co­raz to nowe po­ła­ma­ne handsz­pa­ki, głos jego z naj­wyż­szej okta­wy, do­stęp­nej dla męż­czy­zny, prze­cho­dził w wy­cie czer­wo­no­skó­rych to­wa­rzy­szą­ce skal­po­wa­niu przez nich bla­dych twa­rzy:

– Pa­ła­aaami!!! Wszyst­ka pa­ła­aaami!! Cały sta­tek pa­ła­aaami! Nu, wszyst­ka pa­ła­mał, wszyst­kie handsz­pa­ki pa­ła­aaamał. Da dźja­bła­aaa! Bie­za­bra­zje!

„Ogień” pierw­sze­go ofi­ce­ra udzie­lił się ka­pi­ta­no­wi, ale wy­łącz­nie w for­mie za­cie­ka­wie­nia. Ża­den mię­sień na twa­rzy mu nie drgnął, gdy spo­glą­dał na za­chły­stu­ją­ce­go się wrza­skiem pierw­sze­go ofi­ce­ra.

„Pierw­szy” zdą­żył już po­li­czyć wszyst­kie po­ła­ma­ne handsz­pa­ki. Wił się te­raz i nadal ry­czał:

– Wszyst­ka pa­ła­mał! Wszyst­kie handsz­pa­ki pa­ła­mał!

Chcia­łem się wtrą­cić i po­wie­dzieć, że jesz­cze czte­ry zo­sta­ły, ale wo­bec ka­pi­ta­na nie śmia­łem. Na­raz znów usły­sza­łem głos ka­pi­ta­na:

– Zna­czy, pa­nie Kon­stan­ty, zna­czy co? Zna­czy, za sil­ny?

A po­tem znów strasz­ny, prze­raź­li­wy ryk „pierw­sze­go”:

– Nu, tak, za sil­ny! Za sil­ny! Wszyst­ka łami! Wszyst­ka! Cały sta­tek pa­ła­mi! Cały sta­tek!!!

I zwra­ca­jąc się już bez­po­śred­nio do mnie, wrza­snął:

– Nu, won stąd! WO­OOOON!!!…

Nig­dy w ży­ciu tak szyb­ko nie ucie­ka­łem, jak w tam­tej chwi­li. Nie zda­wa­łem so­bie zu­peł­nie spra­wy, któ­rę­dy i jak zna­la­złem się w mię­dzy­po­kła­dzie, w po­miesz­cze­niach uczniow­skich.

Co te­raz bę­dzie? Pa­ko­wać rze­czy? Opu­ścić sta­tek? W mo­men­cie gdy ma­rze­nia się zi­ści­ły i gdy się na nie­go z ta­kim tru­dem do­sta­łem…

Star­si ucznio­wie wpa­dli do mię­dzy­po­kła­du. Po­kła­da­li się ze śmie­chu. Nie chcia­łem ni­ko­go o nic py­tać, tyl­ko cały czas po­wta­rza­łem w my­śli: Co ro­bić? Co te­raz bę­dzie?

Nikt z ofi­ce­rów się nie zja­wił. Za­szy­ty w naj­ciem­niej­szy kąt mię­dzy­po­kła­du sie­dzia­łem na ża­glach wy­cią­gnię­tych z ża­giel­koi i przy­go­to­wa­nych do re­pe­ra­cji. Prze­sie­dzia­łem tak do ko­la­cji.

Ko­la­cji nie ja­dłem. Jed­no było tyl­ko waż­ne: spi­szą mnie ze stat­ku, czy nie spi­szą?

Nikt do mnie nie przy­cho­dził, nikt nic nie mó­wił. Wie­czo­rem z tru­dem roz­wie­si­łem ha­mak. Pierw­sza noc na ża­glow­cu. Nie wie­dzia­łem w ogó­le, co ro­bić. Czy się po­ło­żyć? Czy cze­kać sąd­ne­go dnia?

Znu­żo­ny do osta­tecz­no­ści po­ło­ży­łem się w ha­ma­ku i le­żąc usi­ło­wa­łem ze­brać my­śli. Ale nic nie po­ma­ga­ło. Wi­dzia­łem wciąż sie­bie opusz­cza­ją­ce­go sta­tek, z wor­kiem ma­ry­nar­skim na ple­cach. Ten wy­ma­rzo­ny, cud­ny sta­tek. Taki sam jak ten, na któ­rym Orzeł Śnież­nych Wier­chów roz­po­czął swą służ­bę na mo­rzu. A ja mu­szę ju­tro opu­ścić ten naj­pięk­niej­szy na świe­cie ża­glo­wiec. Ju­tro! Ju­tro przyj­dzie ta okrop­na chwi­la.

Mio­ta­ny po­twor­ną roz­pa­czą, po­wta­rza­łem strasz­ne dla mnie sło­wa ka­pi­ta­na:

– Zna­czy, za sil­ny! ZA SIL­NY…

Naj…

Dłu­gi świst bos­mań­skiej gwiz­daw­ki i głos ucznia peł­nią­ce­go służ­bę bos­mań­ską ob­wie­ści­ły po­ran­ną zbiór­kę do ro­bót. Po­nie­waż do tej chwi­li nikt mi nie przy­po­mniał wczo­raj­szej awan­tu­ry z po­ła­ma­niem handsz­pa­ków, po­sze­dłem na zbiór­kę.

Roz­dzie­lo­no ro­bo­ty. Z drże­niem ser­ca cze­ka­łem, co się sta­nie, gdy bos­man doj­dzie do mnie. Czy mnie „spi­szą” ze stat­ku? Czy da­dzą ro­bo­tę? Na do­miar złe­go o kil­ka kro­ków od bos­ma­na stał pierw­szy ofi­cer.

Tym­cza­sem bos­man zbli­żył się do mnie i jak gdy­by nig­dy nic po­wie­dział:

– Z after­pi­ku1 ba­last wo­zić!

Ra­dość za­la­ła mi ser­ce. Więc mnie nie wy­rzu­ca­ją? Więc zo­sta­ję na tym wspa­nia­łym ża­glow­cu?! Z ra­do­ści go­tów by­łem po­ła­mać nie tyl­ko głu­pie handsz­pa­ki, ale i ko­lum­ny masz­tów.

Za­pro­wa­dzo­no mnie na dół. Prze­szli­śmy mrocz­ną pro­wian­tu­rę, po­tem jesz­cze da­lej – na sam tył. Prze­cho­dzi­li­śmy przez drzwi o wy­so­kich me­ta­lo­wych pro­gach. Były one że­la­zne, ze wszyst­kich stron za­opa­trzo­ne w sze­reg ol­brzy­mich za­krę­tek z dłu­gi­mi rącz­ka­mi. Każ­de ta­kie drzwi moż­na było za­mknąć i za­śru­bo­wać. Po ich za­mknię­ciu po­szcze­gól­ne prze­dzia­ły stat­ku sta­wa­ły się wo­dosz­czel­ne i w wy­pad­ku zde­rze­nia nie prze­pusz­cza­ły wody.

Pra­ca moja po­le­gać mia­ła na prze­wo­że­niu sta­no­wią­cych ba­last ol­brzy­mich gła­zów, któ­re le­ża­ły już przy otwo­rze luku wio­dą­ce­go do niż­szych cze­lu­ści stat­ku. Mu­sia­łem je sam na­kła­dać na ol­brzy­mią tacz­kę zbi­tą z po­twor­nych bali. Kto i kie­dy mógł coś po­dob­ne­go zbu­do­wać? Chy­ba Ro­bin­son Cru­soe, i to w po­śpie­chu.

Prze­cią­gnię­cie sa­mej tyl­ko tacz­ki przez drzwi wo­dosz­czel­ne, do­kład­niej mó­wiąc – przez ol­brzy­mi próg, wy­ma­ga­ło siły paru lu­dzi. Tacz­ka na­ła­do­wa­na ka­mie­nia­mi sta­no­wi­ła ła­du­nek dla ko­nia. Kie­dy to zo­ba­czy­łem, zro­zu­mia­łem, dla­cze­go pierw­szy ofi­cer uśmie­chał się, gdy bos­man wy­zna­czał mi tę wła­śnie ro­bo­tę.

Ka­mie­nie ba­la­sto­we na­le­ża­ło prze­wieźć znad after­pi­ku pod ru­fo­wy luk mię­dzy­po­kła­du, czy­li przez je­den wy­so­ki próg (po gru­bych de­skach, uwa­ża­jąc, by tacz­ka nie spa­dła), przez całą pro­wian­tu­rę, dru­gi próg drzwi wo­dosz­czel­nych, warsz­tat cie­śli, trze­ci próg i część mię­dzy­po­kła­du. Po wy­sy­pa­niu ka­mie­ni na­le­ża­ło z pu­stą tacz­ką znów wró­cić na after­pik.

Po prze­wie­zie­niu trze­ciej tacz­ki pra­co­wa­łem ubra­ny już tyl­ko w trój­kąt ką­pie­ló­wek. Od cza­su do cza­su przy­bie­gał któ­ryś z uczniów po­pa­trzeć na moją mu­sku­la­tu­rę. Pić mi się chcia­ło strasz­nie, ale ba­łem się od­cho­dzić, by nie „pod­paść” pierw­sze­mu ofi­ce­ro­wi. Po­my­ślał­by może, że nie mogę dać so­bie rady i ucie­kam od ro­bo­ty. Po­sta­no­wi­łem wy­trwać i za wszel­ką cenę utrzy­mać się na stat­ku.

W tym cza­sie przy­je­cha­li z urlo­pu ucznio­wie, któ­rzy mnie jesz­cze nie wi­dzie­li. Do­my­śli­łem się, że to oni, po­nie­waż byli wy­stro­je­ni w wyj­ścio­we mun­du­ry – scho­dząc na dół przy­glą­da­li mi się z za­cie­ka­wie­niem.

Je­den z nich za­trzy­mał się dłu­żej. Pod­szedł bli­żej. Obej­rzał mnie bar­dzo uważ­nie, ale nic nie po­wie­dział i od­szedł. Po ja­kimś kwa­dran­sie wró­cił, aku­rat w mo­men­cie, gdy śpie­wa­jąc na całe gar­dło pio­sen­kę Mic­kie­wi­czow­ską: „W mi­nach kru­szec ku­jąc mło­tem…”, pcha­łem przed sobą „ro­bin­so­now­ską” tacz­kę.

Nie­zna­jo­my uczeń wy­su­nął do mnie rękę. Na dło­ni le­ża­ła paj­da chle­ba o po­wierzch­ni czte­rech du­żych dło­ni, od­kro­jo­na z ol­brzy­mie­go pół­boch­na wiej­skie­go. Bia­ły, świe­ży chleb po­sma­ro­wa­ny był ma­słem, na tym le­ża­ła ol­brzy­mia por­cja go­to­wa­nej szyn­ki. Nie­zna­jo­my pod­su­wał paj­dę co­raz bli­żej i co­raz wy­żej pod same oczy.

Wo­bec tego że był to kla­sycz­ny ruch „bla­dej twa­rzy” ofia­ro­wu­ją­cej przy­jaźń „czer­wo­ne­mu bra­tu”, bez wa­ha­nia po­sta­wi­łem tacz­kę i wzią­łem w mil­cze­niu po­da­ną mi krom­kę chle­ba.

Nie­zna­jo­my pil­nie śle­dził moje ru­chy. Za­to­pi­łem zęby w chle­bie. Wszyst­ko było świe­że, pro­sto z domu. Wi­dząc ob­łok roz­ko­szy na mo­jej twa­rzy, nie­zna­jo­my zde­cy­do­wał, że może się przed­sta­wić. Wy­cią­gnął pra­wi­cę: – Wło­dzi­mierz Cy­bul­ski je­stem!

Pra­gnie­nie do­ku­cza­ło mi nie na żar­ty. Pot lał się ze mnie stru­mie­nia­mi. Po­go­dzi­łem się już jed­nak z my­ślą, że do śmier­ci będę wo­ził na tacz­ce ka­mie­nie. Po zje­dze­niu krom­ki chle­ba z ma­słem i z szyn­ką wstą­pi­ła we mnie otu­cha. Za­czą­łem roz­glą­dać się po pro­wian­tu­rze. W jaki spo­sób stwo­rzyć so­bie lżej­sze ży­cie? Prze­cież mu­szą mieć tu coś do pi­cia?…

W środ­ku pro­wian­tu­ry, tuż koło miej­sca, przez któ­re prze­py­cha­łem swą tacz­kę, sta­ły małe ba­rył­ki. Z li­te­ra­tu­ry wie­dzia­łem, że słod­ka woda jest na każ­dym stat­ku skar­bem i prze­wo­zi się ją nie­kie­dy w ma­łych ba­rył­kach. Zde­cy­do­wa­łem się na otwo­rze­nie jed­nej. Po­ru­szy­łem nią – plu­ska­ło we­wnątrz. Wzią­łem z tacz­ki gła­zik i puk­ną­łem nim w be­czuł­kę. Dno pry­sło, po­la­ła się pach­ną­ca, orzeź­wia­ją­ca woda. W be­czuł­ce były świe­żo po­so­lo­ne ogór­ki, prze­zna­czo­ne na szyb­kie spo­ży­cie. Wspa­nia­łe!

Te­raz mo­głem już spo­koj­nie pra­co­wać. Za każ­dym ra­zem gdy prze­jeż­dża­łem z moją tacz­ką, wy­cią­ga­łem z becz­ki je­den ogó­rek i de­lek­to­wa­łem się jego sma­kiem i aro­ma­tem.

Szyb­ko mi­nął czas do obia­du. W do­sko­na­łym na­stro­ju zja­dłem obiad i po go­dzin­nej prze­rwie znów za­bra­łem się do tacz­ki oraz… do ogór­ków. W mo­men­cie gdy usły­sza­łem gwiz­dek i okrzyk: „Koń­czyć ro­bo­ty!”, zja­wił się pro­wian­to­wy – aku­rat kie­dy od­świe­ża­łem się ogór­kiem.

– Becz­kę roz­bi­łeś!

– My­śla­łem, że woda. Bar­dzo mi się pić chcia­ło.

Po­pa­trzył na mnie, ocie­ka­ją­ce­go po­tem. Zaj­rzał do becz­ki:

– Czę­sto­wa­łeś wszyst­kich ogór­ka­mi? – za­py­tał.

Obu­rzy­łem się:

– Nie swo­imi ogór­ka­mi? Za kogo pan mnie ma? Przy­kro mi bar­dzo, ale ba­łem się odejść od ro­bo­ty, by nie wpaść w nowy kon­flikt z pierw­szym ofi­ce­rem. By­łem tak zmę­czo­ny i spra­gnio­ny, że…

– Czło­wie­ku, ty sam to wszyst­ko zja­dłeś? – prze­rwał z naj­wyż­szym zdu­mie­niem.

– Tych kil­ka ogór­ków? – od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem na py­ta­nie.

– Prze­cież zja­dłeś sam pół becz­ki ogór­ków! Cze­goś po­dob­ne­go w ży­ciu nie wi­dzia­łem!

Wów­czas ja spy­ta­łem:

– Pa­nie, a ile koł­du­nów li­tew­skich, ta­kich so­lid­nych, zje pan na raz?

– No, z dwa­dzie­ścia kil­ka – od­po­wie­dział.

– Wi­dzi pan! A ja zja­dam sto dwa­dzie­ścia kil­ka. Prze­szło dwie kopy! To co mam ro­bić?

Pro­wian­to­wy był z za­wo­du ma­la­rzem. Za­ko­cha­ny w ża­glow­cu – ma­lo­wał i ma­lo­wał. Pro­wian­tu­ra nie ob­cho­dzi­ła go zbyt­nio. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że miał wy­obraź­nię i mnie zro­zu­miał.

Handsz­pa­ki i ogór­ki w dwa dni usta­li­ły moją sła­wę.

*

Z ksią­żek Con­ra­da (Ko­rze­niow­skie­go) na­uczy­łem się wie­lu rze­czy o prak­tycz­nym za­sto­so­wa­niu, ale jed­na jego rada tra­fi­ła mi szcze­gól­nie do prze­ko­na­nia: „Je­śli chcesz spo­koj­nie przejść przez ży­cie, nie draż­nij nig­dy trzech osób: ko­bie­ty, ku­cha­rza i czło­wie­ka z no­żem”.

Na „Lwo­wie” wszy­scy cho­dzi­li z no­ża­mi. Każ­dy że­glarz musi mieć nóż. Na ża­glow­cu że­glarz bez noża nie ist­nie­je.

Ko­biet na ża­glow­cu nie było.

Ku­charz był je­den. Po­zy­ska­łem jego sym­pa­tię jako cier­pli­wy słu­chacz nie­koń­czą­cych się opo­wie­ści o woj­nie ro­syj­sko-ja­poń­skiej z roku 1904, w któ­rej uczest­ni­czył. Z opo­wia­dań tych wy­ni­ka­ło, że śmia­ło moż­na mu było przy­pi­sać po­wie­dze­nie We­rgi­liu­sza i Za­gło­by: Et qu­orum pars ma­gna fui2.

Z tego „ogrom­ne­go” wkła­du w woj­nę ro­syj­sko-ja­poń­ską po­zo­sta­ło mu przy­zwy­cza­je­nie, za­po­ży­czo­ne od jeń­ców ja­poń­skich. Otóż jeń­cy ci zgod­nie ze swym na­ro­do­wym zwy­cza­jem, gdy tyl­ko była po temu oka­zja, ką­pa­li się w becz­kach z go­rą­cą wodą. Ku­charz, na­śla­du­jąc Ja­poń­czy­ków, grzał na pły­cie ku­chen­nej sło­ną wodę i wle­wał ją do ol­brzy­miej ka­dzi, oli­no­wa­nej i za­bez­pie­czo­nej przed wszel­ki­mi prze­chy­ła­mi. W becz­ce tej sie­dział tak dłu­go, aż mu woda nie wy­sty­gła, i opo­wia­dał o swych przy­go­dach spod „czung-czung” i „ping-pong”.

Ku­charz zo­sta­wiał mi za­wsze coś nie­coś do zje­dze­nia. Szcze­gól­nie gdy było sil­niej­sze ko­ły­sa­nie lub gdy cze­goś za wie­le zo­sta­ło. Z re­gu­ły ja­dłem za wszyst­kich, któ­rzy nie mie­li ape­ty­tu w cza­sie sztor­mu. W kuch­ni czę­sto tra­fia­ło mi się pół mied­nicz­ki sma­żo­nych ryb, ryżu czy ka­szy.

Wpa­dłem rów­nież w oko ża­glo­mi­strzo­wi. Któ­re­goś dnia za­brał mnie z sobą na reje, by po­ka­zać, jak się za­bez­pie­cza sza­kle. Gdy trze­ba było jed­ną sza­klę wy­jąć i wsta­wić inną, ża­glo­mistrz ka­zał mi przy­nieść li­no­blok dla zwol­nie­nia przy­sza­klo­wej liny. Za­pro­po­no­wa­łem, że linę na­cią­gnę bez ta­lii, a on niech tyl­ko szyb­ko zmie­ni sza­klę. Ża­glo­mistrz, choć znał hi­sto­rię po­ła­ma­nych handsz­pa­ków, nie chciał wie­rzyć, że tego do­ko­nam. Roz­par­łem się no­ga­mi na per­cie, pier­si opar­łem o reję i ma­jąc obie ręce wol­ne, na­cią­gną­łem linę. Ża­glo­mistrz onie­miał z za­chwy­tu. Od­tąd za­wsze do tej ro­bo­ty za­bie­rał mnie ze sobą.

Ko­le­gom spra­wia­łem ucie­chę, gdy po­zwa­la­łem pod­czas roz­bra­ja­nia stat­ku ła­do­wać so­bie na kark ol­brzy­mi zwój grot lub fok­szo­ta i hal­su ra­zem z blo­ka­mi. Za­zwy­czaj no­si­ło to czte­rech lu­dzi.

Po pierw­szym ćwi­cze­niu wio­sło­wa­nia na ło­dziach, uwią­za­nych za stat­kiem, ich za­ło­gi wcho­dzi­ły po szken­tlu do góry na rufę. Tak się zło­ży­ło, że wcho­dzi­łem ostat­ni. Gdy za­wi­słem na szken­tlu mię­dzy wodą a rufą ża­glow­ca, przy­po­mniał mi się Orzeł Śnież­nych Wier­chów i ob­ra­zek wi­dzia­ny w książ­ce. Nie mo­głem nie wy­szep­tać: „Jako ostat­ni wspiął się ma­ry­narz ol­brzy­mie­go wzro­stu”.

Wkrót­ce po­tem, gdy w pierw­szej mo­jej po­dró­ży na „Lwo­wie” sta­li­śmy w jed­nym z por­tów za­gra­nicz­nych, przy­je­cha­ła z wi­zy­tą miej­sco­wa Po­lo­nia z am­ba­sa­do­rem pol­skim na cze­le. Go­ście w to­wa­rzy­stwie ka­pi­ta­na zwie­dza­li sta­tek od dzio­bu do rufy. Gdy zna­leź­li się w mię­dzy­po­kła­dzie, ka­pi­tan ka­zał mnie za­wo­łać. Ubra­ny w wyj­ścio­wy mun­dur, za­mel­do­wa­łem się prze­pi­so­wo.

Po­ka­zu­jąc mnie to­wa­rzy­stwu zło­żo­ne­mu z wy­kwint­nych pań i dys­tyn­go­wa­nych pa­nów, ka­pi­tan oświad­czył:

– Zna­czy, on u nas naj­wię­cej je, naj­wię­cej waży i, zna­czy, naj­sil­niej­szy!

„Ach, tak spra­wy sto­ją!” – po­my­śla­łem. A po­nie­waż pra­wo rzym­skie do tego cza­su nie wy­wie­trza­ło mi jesz­cze z gło­wy i każ­dą sy­tu­ację na­uczy­łem się uj­mo­wać au­to­ma­tycz­nie w pięk­ną, la­ko­nicz­ną ła­ci­nę, i tym ra­zem za­mkną­łem w my­ślach oce­nę wy­po­wie­dzi ka­pi­ta­na sen­ten­cją: Re­bus sic stan­ti­bus3.

W tym mo­men­cie przy­po­mniał mi się wy­stęp w cyr­ku i tak zwa­na pa­ra­de al­lée atle­tów pod­czas pre­zen­ta­cji. Wspa­nia­ły Ja­poń­czyk, Ona-O-Gi­ta­ro, z tej sa­mej tru­py, z któ­rej wy­bra­łem kie­dyś za­wod­ni­ka do wal­ki, ro­bił za­wsze wy­krok pra­wą nogą, pod­no­sił pra­wą rękę nad gło­wę, a po­tem wy­ko­ny­wał unik ca­łe­go cia­ła do tyłu na wznie­sio­nych sto­pach.

Na oczach prze­świet­ne­go to­wa­rzy­stwa z za­wo­do­wą pre­cy­zją do­ko­na­łem iden­tycz­nej cyr­ko­wej „pre­zen­ta­cji”, trzy raz ob­ra­ca­jąc się do­oko­ła, by wszy­scy mo­gli mnie obej­rzeć i by ni­ko­go nie ob­ra­zić.

Ka­pi­tan po­czuł się tym jak gdy­by zmu­szo­ny, by jesz­cze raz po­wtó­rzyć z na­ci­skiem:

– Zna­czy, on u nas NAJ­wię­cej je, NAJ­wię­cej waży i, zna­czy, NAJ­sil­niej­szy!

Omne trinum perfectum

Z trój­po­kręt­ny­mi li­na­mi, do­wią­za­ny­mi do ciał, wspi­na­li­śmy się na trzy masz­ty szkol­ne­go ża­glow­ca, by za­snuć każ­dy na kształt nici pa­ję­czej przez wszyst­kie prze­wi­dzia­ne blo­ki i otwo­ry. Stwo­rzy­li­śmy w ten spo­sób mi­ster­ną sieć od rej do po­kła­du. Pra­wie już mie­siąc trwa­ła ta na­sza wspi­nacz­ka.

Kwie­cień był wy­jąt­ko­wo zim­ny. Prze­cho­dzi­ły szkwa­ły z drob­nym śnie­giem i krysz­tał­ka­mi lodu, któ­re gna­ne wia­trem wci­ska­ły się w każ­dą szpa­rę w ubra­niu. Ucze­pie­ni – jak pa­ją­ki – na pod­nieb­nych wy­so­ko­ściach, szy­ku­jąc nasz „Lwów” do lotu na szla­ki wiel­kich ża­glow­ców, mar­z­li­śmy nie­kie­dy do szpi­ku ko­ści.

Co dzień do ob­słu­gi gru­bych płó­cien­nych ża­gli przy­by­wa­ły set­ki me­trów lin. Ci, któ­rzy lu­bi­li li­czyć, twier­dzi­li, że gdy­by uło­żyć wszyst­kie liny uży­wa­ne na „Lwo­wie” jed­na za dru­gą – mia­ły­by ra­zem szes­na­ście ki­lo­me­trów dłu­go­ści.

Na­szą ja­dal­nię, sy­pial­nię i ba­wial­nię sta­no­wił mię­dzy­po­kład. Pach­nia­ło tu smo­łą, ko­no­pia­mi i było prze­raź­li­wie zim­no. Gwiz­dek bos­mań­ski na po­bud­kę przyj­mo­wa­li­śmy jako za­po­wiedź lo­do­wa­te­go tu­szu, któ­ry otrzy­my­wa­li­śmy na­tych­miast po opusz­cze­niu na­grza­nych wła­sny­mi cia­ła­mi ha­ma­ków. Zwi­ja­li­śmy je szyb­ko i ukła­da­li­śmy na szaf­kach. Spusz­cza­li­śmy pod­cze­pio­ne pod su­fi­tem sto­ły i ław­ki. Sy­pial­nia za­mie­nia­ła się w ja­dal­nię.

Gna­li­śmy do umy­wal­ni. W por­cie było mnó­stwo słod­kiej wody. Go­li­li­śmy się, my­li­śmy się. Wody nie oszczę­dza­li­śmy, my­jąc się na za­pas. Wie­dzie­li­śmy, że póź­niej w mo­rzu star­szy ofi­cer nie da wię­cej niż wy­li­czo­ny na jed­ną oso­bę je­den litr na dzień.

My­cie rąk było czczą pan­to­mi­mą. Dło­nie mie­li­śmy zro­go­wa­cia­łe, ob­ra­mo­wa­nia pal­ców przy­bie­ra­ły kwa­dra­to­wy kształt, w stward­nia­ły na­skó­rek wgry­za­ła się smo­ła i nie było siły, żeby ją stam­tąd usu­nąć. Była to ochro­na, dzię­ki któ­rej po ty­go­dniu pra­cy przy li­nach skó­ra rąk prze­sta­wa­ła do­tkli­wie pa­lić.

Tyl­ko je­den kurs – pierw­szy, naj­licz­niej­szy, li­czą­cy kil­ku­na­stu lu­dzi – przy­sła­no ze Szko­ły Mor­skiej w Tcze­wie dla przy­go­to­wa­nia „Lwo­wa” do po­dró­ży. Resz­ta uczy­ła się jesz­cze, zda­wa­ła eg­za­mi­ny i mia­ła zja­wić się do­pie­ro na go­to­we, tuż przed rej­sem.

Roz­po­czę­li­śmy pra­cę od po­sta­wie­nia gór­nych czę­ści masz­tów, któ­re na zimę spusz­czo­no wraz z gór­ny­mi re­ja­mi. Z ma­ga­zy­nu wy­do­by­li­śmy wszyst­kie ru­cho­me czę­ści ta­kie­lun­ku, skła­da­ją­ce się z lin i łań­cu­chów. Z ża­giel­koi wy­cią­ga­li­śmy ża­gle. Na­le­ża­ło usu­nąć z ta­kie­lun­ku śla­dy zi­mo­wej kon­ser­wa­cji, usta­wić go, umo­co­wać, czę­ścio­wo po­ma­lo­wać, za­bez­pie­czyć. Trze­ba było pra­co­wać bez wzglę­du na po­go­dę, tak przy tym roz­kła­da­jąc ro­bo­tę, by na przy­kład ma­lo­wać wte­dy, gdy jest bez­wietrz­nie i gdy deszcz nie pada.

Każ­de­go wie­czo­ra, po skoń­czo­nej pra­cy, pęcz­nie­li­śmy z dumy, wi­dząc, ile już do­ko­na­li­śmy i „cze­go to my nie umie­my”. Myśl, że szy­ku­je­my skrzy­dła, na któ­rych po­le­ci­my z wia­trem na Atlan­tyk, ogrze­wa­ła nas, ale nikt się z nią nig­dy nie zdra­dził.

Przy­szedł maj. Po­go­da w ni­czym go nie przy­po­mi­na­ła. Zim­ne szkwa­ły ze śnie­giem lub kru­pą były ta­kie same jak w kwiet­niu.

Dru­gie­go maja by­li­śmy go­to­wi do przy­ję­cia ła­dun­ku. W tym roku, tak samo jak i w ze­szłym, mie­li­śmy roz­po­cząć po­dróż od prze­wie­zie­nia ła­dun­ku pod­kła­dów ko­le­jo­wych do An­glii, praw­do­po­dob­nie do Lon­dy­nu. Od roz­pie­ra­ją­cej nas dumy nie mie­ści­li­śmy się w ha­ma­kach. W ogó­le przez cały czas po kil­ka razy dzien­nie każ­dy czuł się bo­ha­te­rem. Ale nie było przed kim się po­chwa­lić. Żyło się prze­cież wśród sa­mych bo­ha­te­rów. Do­pie­ro w świę­ta, w domu, bę­dzie moż­na coś nie­coś o so­bie opo­wie­dzieć. Tu­taj, w mię­dzy­po­kła­dzie, moż­na by się tyl­ko na­ra­zić na śmiesz­ność mó­wiąc o swych bo­ha­ter­skich czy­nach; były za­wsze bar­dzo ni­kłe w po­rów­na­niu z tymi, któ­rych do­ko­nał słu­cha­ją­cy.

Trze­cie­go maja wy­le­gi­wa­li­śmy się w ha­ma­kach – po­bud­ka ma być dzi­siaj o całą go­dzi­nę póź­niej. Jesz­cze z wie­czo­ra przy­go­to­wa­li­śmy WIEL­KĄ GALĘ. Przy­wią­za­ne do lin fla­gi kodu sy­gna­ło­we­go punk­tu­al­nie o ósmej po­ja­wią się nad po­wierzch­nią mo­rza, prze­su­ną po­przez rufę i wierz­choł­ki wszyst­kich trzech masz­tów aż po ko­niec buksz­pry­tu, a stam­tąd znów do­tkną wody. W ten spo­sób umiesz­czo­ne róż­no­ko­lo­ro­we fla­gi sy­gna­ło­we sym­bo­li­zu­ją opa­sa­nie ca­łej kuli ziem­skiej – wraz z okrę­tem. W por­cie pod­nie­sie­my ban­de­rę na ru­fo­wym drzew­cu – flagsz­to­ku, na grot­masz­cie wy­wie­si­my fla­gę ar­ma­to­ra, w tym wy­pad­ku Mi­ni­ster­stwa Prze­my­słu i Han­dlu, zaś na fok­masz­cie – ban­de­rę kra­ju, do któ­re­go pój­dzie­my. Dzi­siaj bę­dzie to ban­de­ra an­giel­ska.

Po raz pierw­szy świę­to Trze­cie­go Maja spo­ty­kam na ża­glow­cu. Bar­dzo jest przy­jem­nie le­żeć w ha­ma­ku całą go­dzi­nę dłu­żej i roz­my­ślać, za­miast zry­wać się i go­nić do ro­bo­ty. My­śla­mi wra­ca­my do ob­cho­dów tej uro­czy­sto­ści, gdy by­li­śmy jesz­cze w szko­łach.

Data ogło­sze­nia Kon­sty­tu­cji –  t r z e c i  maja,  t r z y  sta­ny w niej wy­mie­nio­ne, po­dział na  t r z y  wła­dze: pra­wo­daw­czą, wy­ko­naw­czą i są­do­wą – wszyst­ko to na­pro­wa­dza myśl na licz­bę TRZY. Tę licz­bę­sym­bol czczo­no w In­diach, Egip­cie i Rzy­mie. Stąd prze­cież rzym­skie OMNE TRI­NUM PER­FEC­TUM – wszyst­ko, co po­trój­ne, naj­lep­sze. Do­sko­na­łym ma też być czło­wiek, któ­ry tak samo my­śli, mówi i czy­ni.

Wszyst­kie za­pa­mię­ta­ne przez nas ob­cho­dy trze­cio­ma­jo­we roz­po­czy­na­ły się od prze­mó­wień, wy­gła­sza­nych nie­kie­dy przez lu­dzi, któ­rzy byli wy­cho­wa­ni i wy­kształ­ce­ni w ob­cych szko­łach, w trzech roz­ma­itych za­bo­rach. Nie­któ­re z tych prze­mó­wień prze­szły jako te­ma­ty do we­so­łych opo­wia­dań i aneg­dot. Cy­to­wa­ny był na przy­kład taki frag­ment: „Otczi­zna na­sza zo­sta­ła po­dzie­lo­na na trzy czen­sti. Jed­ną wzię­li Ger­mań­cy, dru­gą – Aw­stryj­cy, a trze­cią – my!” Albo inny: „Po­wsta­ła otczi­zna na­sza, Pol­ska, któ­ra po­dzie­lo­na była na trzy nie­rów­ne po­ło­wy, a te­re­ny jej za­chwy­co­ne woj­ną”.

W jed­nej ze szkół naj­lep­szy wy­kła­dow­ca i spe­cja­li­sta po­wie­dział kie­dyś pod­czas kre­śleń na ma­pie: – Nu, a te­raz na­czer­tim na pa­pie­ru! Po­nie­waż sto­sun­ki po­mię­dzy wy­kła­dow­cą i ucznia­mi były pra­wie ko­le­żeń­skie, ci ostat­ni po­zwo­li­li so­bie zwró­cić mu uwa­gę, że po­praw­nie po pol­sku na­le­ża­ło po­wie­dzieć: – a te­raz na­kre­śli­my na pa­pie­rze!

Wy­kła­dow­ca zgo­dził się tyl­ko po­ło­wicz­nie: – Nu, niech ben­di na­kre­ślim na pa­pie­ru! – i do­dał: – Pa­pie­żu jest w Rzy­mie. Mnie nie na­bie­rze­cie!

Nasz ka­pi­tan oraz star­szy ofi­cer „Lwo­wa” otrzy­ma­li po­dob­ne wy­kształ­ce­nie. Ka­pi­tan mó­wił po pol­sku po­praw­nie. Star­szy ofi­cer był jesz­cze po­mię­dzy „pa­pie­ru” i „pa­pie­żu”. Prze­mó­wie­nie trze­cio­ma­jo­we wy­gło­si chy­ba ka­pi­tan? Co po­wie ten czło­wiek, wy­cho­wa­ny w ob­cej szko­le, dla któ­re­go – w pew­nym sen­sie – wszyst­ko, co się tu dzie­je, musi być dość jesz­cze da­le­kie i obce? On miał za sobą dłu­go­let­nią służ­bę w du­żej flo­cie o wie­ko­wej tra­dy­cji. My wszy­scy uzy­ska­li­śmy nie­daw­no ma­tu­ry w pol­skiej szko­le. Na mo­rze, oprócz chę­ci przy­gód, przy­gna­ła nas rów­nież chęć od­ro­bie­nia wie­ko­wej krót­ko­wzrocz­no­ści na­ro­du, któ­re­mu wy­star­cza­ło „po­sia­da­nie tyle mo­rza, iżby koń mógł się ską­pać, a nie uto­nąć”. Dla ogó­łu spo­łe­czeń­stwa by­li­śmy w dal­szym cią­gu wy­łącz­nie po­szu­ki­wa­cza­mi przy­gód, w naj­lep­szym wy­pad­ku – bez­in­te­re­sow­ny­mi ro­man­ty­ka­mi, któ­rzy je­śli chcą tych po­dró­ży po mo­rzach, to niech so­bie sami na nie za­pra­cu­ją. Po­gląd ten re­pre­zen­to­wa­li wte­dy pra­wie wszy­scy w Pol­sce, z wy­jąt­kiem paru osób, któ­rych dzie­łem było stwo­rze­nie Szko­ły Mor­skiej.

Uro­czy­sta zbiór­ka wy­zna­czo­na była na go­dzi­nę je­de­na­stą. Po po­bud­ce i pod­nie­sie­niu wiel­kiej gali po­szli­śmy na śnia­da­nie. Jesz­cze tyl­ko osta­tecz­ne po­rząd­ki w mię­dzy­po­kła­dzie. Po pod­nie­sie­niu sto­łów mię­dzy­po­kład za­mie­nia się w ba­wial­nię. Prze­bie­ra­my się w wyj­ścio­we, gra­na­to­we mun­du­ry i sta­je­my na zbiór­ce.

Na prze­mian pró­szy drob­niut­ki su­chy śnieg i wy­glą­da słoń­ce. Od pierw­sze­go maja obo­wią­zu­ją bia­łe po­krow­ce na czap­kach. Na­kroch­ma­lo­ne i wy­pra­so­wa­ne jesz­cze w domu rę­ka­mi ma­tek i sióstr wy­glą­da­ją na­praw­dę bar­dzo uro­czy­ście.

Z po­kła­du ru­fo­we­go zstę­pu­je ka­pi­tan w asy­ście wszyst­kich ofi­ce­rów.

– Bacz­ność! Na pra­wo patrz!

– Czo­łem, ucznio­wie! – wita nas ka­pi­tan, sto­jąc przed nami na bacz­ność i sa­lu­tu­jąc.

– Czo­łem, pa­nie ka­pi­ta­nie! – skan­du­je­my.

Ka­pi­tan prze­cho­dzi te­raz na pra­wą bur­tę i wita się z za­ło­gą stat­ku. Po chwi­li znów wra­ca na lewą bur­tę. Że za­cznie prze­mó­wie­nie od sło­wa „zna­czy”, nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, że tych „zna­czy” bę­dzie wię­cej niż in­nych słów, też wia­do­mo. Ale co po­wie? Z ja­kie­go pod­ręcz­ni­ka przy­go­to­wał prze­mó­wie­nie? Kart­ki nie wi­dzi­my, na­uczył się pew­nie na pa­mięć.

Przy­glą­da­my się ka­pi­ta­no­wi z wiel­ką uwa­gą. Wi­dać, że jest nie­za­do­wo­lo­ny z roli, jaka mu dzi­siaj przy­pa­dła w udzia­le. Ka­pi­tan czer­wie­nie­je. Jego wy­dat­na szczę­ka wy­su­wa się w ten spo­sób, jak gdy­by miał nam udzie­lić su­ro­wej na­ga­ny za wiel­kie prze­wi­nie­nia. Szczę­ka co­raz groź­niej prze­su­wa się do przo­du. Na­ga­na bę­dzie sil­na i pło­mien­na.

Ka­pi­tan za­ci­ska zęby i mówi:

– Zna­czy, ro­zu­mie­cie! Zna­czy, pra­oj­co­wie nasi kon­sty­tu­cję uło­ży­li! Zna­czy, dzi­siaj ob­cho­dzi­my ta­kie świę­to na­ro­do­we. Ro­zu­mie­cie?… Zna­czy, dzi­siaj jest jesz­cze ta­kie po­dwój­ne świę­to. Pa­pież, zna­czy Oj­ciec Świę­ty, Mat­kę Bo­ską kró­lo­wą Ko­ro­ny Pol­skiej zro­bił! Ro­zu­mie­cie?… Zna­czy, dzi­siaj jest jesz­cze ta­kie trze­cie, małe świę­to! Zna­czy, wy­ście do­ło­ży­li swo­jej ma­łej in­te­li­gen­cji i sta­tek przy­go­to­wa­li­ście do po­dró­ży… Zna­czy, dzi­siaj jest ta­kie PO­TRÓJ­NE świę­to: Zna­czy, pra­oj­co­wie – kon­sty­tu­cję, pa­pież – Mat­kę Bo­ską, a wy – sta­tek! Zna­czy, Rzecz­po­spo­li­ta Pol­ska niech żyje!

– Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!

Niedziela

Przez całą so­bo­tę szy­ko­wa­li­śmy się do nie­dzie­li w mo­rzu. Od so­bot­nie­go ran­ka za­czy­na­ło się na „Lwo­wie” my­cie i czysz­cze­nie wszyst­kie­go, co tyl­ko moż­na było oczy­ścić strasz­nym pły­nem „su­dżi-mu­dżi”. Jego skład che­micz­ny po­zo­stał na za­wsze ta­jem­ni­cą ża­glo­mi­strza „Waju”.

W każ­dej ma­ry­nar­ce sto­su­je się taki płyn. Ma tyl­ko od­mien­ną na­zwę, a prze­pis na jego wy­ko­na­nie za­le­ży od wy­obraź­ni tego, kto go spo­rzą­dza. W skład tego pły­nu wcho­dzi na ogół wszyst­ko, co czy­ści i „wy­bie­ra” z po­kła­du pla­my po smo­le, sma­rach i far­bie. Po­nie­waż płyn „żre” drew­no – na­le­ży go szyb­ko wy­skro­bać, szo­ru­jąc po­kład ce­głą i pia­skiem.

W so­bo­tę czy­ści­ło się wszyst­ko, co ist­nia­ło na stat­ku, do sza­fek oso­bi­stych włącz­nie. Mo­siądz okrę­to­wy i miedź gło­wic po­kryw kom­pa­su, dzwo­nu okrę­to­we­go i krat chro­nią­cych szy­by w po­kła­dzie nad ka­jut­kom­pa­nią – mu­sia­ły świe­cić jak samo słoń­ce.

W so­bo­tę nie było na­wet ćwi­czeń z astro­na­wi­ga­cji, nie od­mie­rza­li­śmy wy­so­ko­ści słoń­ca i – je­śli był – księ­ży­ca, nie ob­li­cza­li­śmy po­zy­cji astro­no­micz­nej… Re­pe­ro­wa­li­śmy gar­de­ro­bę i ce­ro­wa­li­śmy skar­pet­ki, a te wach­ty, któ­re mia­ły służ­bę, szo­ro­wa­ły mię­dzy­po­kład, sto­ły i ław­ki. Na nie­dzie­lę wszyst­ko na stat­ku mu­sia­ło być do­pro­wa­dzo­ne do ide­ału. Spraw­dzał ten „ide­ał” wła­sny­mi ocza­mi ka­pi­tan od go­dzi­ny dzie­sią­tej do je­de­na­stej przed po­łu­dniem.

Już w so­bo­tę wie­czór, po umy­ciu się, na­kła­da­li­śmy wy­pra­ne, wy­re­pe­ro­wa­ne i wy­ma­glo­wa­ne dre­li­chy. Po ko­la­cji w mię­dzy­po­kła­dzie, zmie­nio­nym w ba­wial­nię, od­by­wa­ły się nie­kie­dy po­pi­sy akro­ba­tycz­no-gim­na­stycz­ne albo kon­cer­ty or­kie­stry uczniow­skiej, roz­po­czy­na­ją­cej swój pro­gram wspa­nia­łym mar­szem „Sa­lem alej­kum”.

W nie­dzie­lę nie było ro­bót, ale mo­gły być za­rzą­dzo­ne ćwi­cze­nia i alar­my, ta­kie jak „po­żar” czy „czło­wiek za bur­tą”. Nie­kie­dy or­ga­ni­zo­wa­li­śmy za­wo­dy atle­tycz­ne. Je­śli było zbyt zim­no na po­kła­dzie, to po nie­dziel­nym śnia­da­niu, w ocze­ki­wa­niu na in­spek­cję, któ­rą prze­pro­wa­dzał ka­pi­tan w asy­ście star­sze­go ofi­ce­ra i le­ka­rza okrę­to­we­go, słu­cha­li­śmy w mię­dzy­po­kła­dzie opo­wia­dań ko­le­gów. Dzię­ki tym opo­wia­da­niom zna­li­śmy do­kład­nie ro­dzi­nę każ­de­go, wszyst­kich jego krew­nych i wszyst­kie ich we­so­łe przy­go­dy. Żad­nych dra­ma­tów!

Du­żym po­wo­dze­niem cie­szy­ły się opo­wia­da­nia jed­ne­go z ko­le­gów, któ­ry z po­wo­du „sar­mac­kie­go” nosa przy­po­mi­nał nam ry­ce­rza z „Po­to­pu” – Char­łam­pa. Nic w so­bie wię­cej z nie­go nie miał, ale nos wy­star­czał za wszyst­ko.

„Char­łamp” miał szwa­gra, le­ka­rza-pod­puł­kow­ni­ka. Pod­puł­kow­nik na­to­miast miał or­dy­nan­sa. Ko­sma – tak się na­zy­wał or­dy­nans – wy­cho­wy­wał się na ba­gnach Po­le­sia i ni­cze­go poza naj­bliż­szą ro­dzi­ną i ro­dzin­ną cha­tą nie wi­dział. Nie uda­ło się ni­ko­mu zro­bić z nie­go żoł­nie­rza, wo­bec cze­go od­by­wał służ­bę woj­sko­wą jako or­dy­nans. Pod­puł­kow­ni­ka słu­chał śle­po.

Zda­rzy­ło się raz, że pod­puł­kow­nik ka­zał mu szyb­ko iść po do­roż­kę. Ko­sma jak po­szedł, tak zgi­nął. Mi­nę­ła go­dzi­na, a Ko­smy jak nie ma, tak nie ma. Na­gle przy­szła ko­muś do gło­wy myśl, by wyj­rzeć przez okno. Zo­ba­czy­li na dróż­ce, wio­dą­cej przez ogród od domu do bram­ki, cho­dzą­ce­go szyb­ko Ko­smę. Za­py­ta­ny: co robi? – od­po­wie­dział, że prze­cież pan puł­kow­nik ka­zał mu szyb­ko cho­dzić po „do­roż­ce”.

In­nym ra­zem sio­strze Char­łam­pa zgi­nął pa­miąt­ko­wy pier­ścio­nek. Ty­dzień już trwa­ła z tego po­wo­du ża­ło­ba w domu, bo był po bab­ce i w do­dat­ku – z ka­mie­nia­mi. Nikt nie wie­dział, gdzie by pier­ścio­nek mógł się za­wie­ru­szyć. Po ty­go­dniu ktoś od nie­chce­nia spy­tał or­dy­nan­sa, czy nie wi­dział pier­ścion­ka? Ko­sma po­krę­cił gło­wą, nie ro­zu­mie­jąc o co cho­dzi. Gdy po­ka­za­no mu pal­cem na ob­rącz­kę, roz­ja­śnił się i po­wie­dział ki­wa­jąc gło­wą: – Kol­co! – a po­tem, pa­trząc na wszyst­kich, jak­by byli nie­speł­na ro­zu­mu, wzru­szył ra­mio­na­mi i oświad­czył:

– Prze­cież kol­co leży tam, gdzie go pani puł­kow­ni­ko­wa po­ło­ży­ła!

– Gdzie???

– W rogu pod łóż­kiem!

Zgod­nie z roz­ka­zem pod­puł­kow­ni­ka Ko­sma wszyst­ko omia­tał i sprzą­tał, ale nig­dy nic z miej­sca – za żad­ne skar­by – nie prze­niósł i nie prze­sta­wił. Pod­puł­kow­nik za­bro­nił prze­cież ru­szać. To „kol­co” pod łóż­kiem co dzień ob­mia­tał, ale nie ru­szał…

Ostat­nio zda­rzy­ły się nowe kło­po­ty z Ko­smą. Pod­puł­kow­ni­ka prze­nie­sio­no na za­stęp­cę ko­men­dan­ta szpi­ta­la gar­ni­zo­no­we­go do mia­stecz­ka na po­łu­dniu Pol­ski. Po­je­chał ra­zem z Ko­smą. Na ra­zie tyl­ko we dwój­kę, by wszyst­ko urzą­dzić i przy­go­to­wać.

Pod­puł­kow­nik, po roz­lo­ko­wa­niu się w przy­dzie­lo­nym mu miesz­ka­niu, po­szedł za­mel­do­wać się do puł­kow­ni­ka, ko­men­dan­ta szpi­ta­la. Ten przy­jął swe­go za­stęp­cę bar­dzo ser­decz­nie i za­trzy­mał go na obiad.

Na­stęp­ne­go dnia szwa­gier Char­łam­pa po­czuł się prze­zię­bio­ny i po­sta­no­wił prze­cze­kać cho­ro­bę w łóż­ku. Ko­sma miał ja­dać w kuch­ni per­so­ne­lu szpi­tal­ne­go, pod­puł­kow­nik na ra­zie w ka­sy­nie. Dał więc Ko­smie dwa zło­te i po­le­cił przy­nieść obiad z ka­sy­na. Ko­sma przy­niósł obiad. Zdu­miał się pod­puł­kow­nik, wi­dząc tak wspa­nia­łe po­tra­wy.

– Ile żeś za­pła­cił za ten obiad? – spy­tał Ko­smę.

– Praw­dę mó­wiąc, to nic nie za­pła­ci­łem – od­po­wie­dział or­dy­nans.

– Skąd­żeś przy­niósł ten obiad? – ba­dał go pod­puł­kow­nik.

– A stam­tąd, gdzie pan puł­kow­nik wczo­raj jadł!

I do­dał, że ta pani, co da­wa­ła obiad, śmia­ła się bar­dzo, gdy po­pro­sił o obiad dla puł­kow­ni­ka, a jesz­cze bar­dziej, gdy jej za­pła­cił te dwa zło­te, któ­re pan puł­kow­nik dał. Od­da­ła mu pie­nią­dze i po­wie­dzia­ła, żeby nic panu puł­kow­ni­ko­wi nie mó­wił.

Pod­puł­kow­nik sły­sząc to, siadł na łóż­ku. Dał dwa­na­ście zło­tych Ko­smie, ka­zał mu pójść do kwia­ciar­ni, ku­pić za te pie­nią­dze do­nicz­kę z kwia­ta­mi i za­nieść tam, skąd przy­niósł obiad. – Tyl­ko szyb­ko! – do­dał. Ko­sma po­szedł i Ko­sma wró­cił.

– Ku­pi­łeś?! Za­nio­słeś?! – py­tał za­nie­po­ko­jo­ny pod­puł­kow­nik.

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku! – za­mel­do­wał służ­bi­ście Ko­sma. – Ale ta pani chcia­ła nas oszu­kać, pa­nie puł­kow­ni­ku. Jak ja jej da­łem kwia­ty, to ona mi od­da­ła tyl­ko dwa zło­te. Więc ja jej po­wie­dzia­łem, że nam się na­le­ży od niej jesz­cze dzie­sięć zło­tych. Ta pani śmia­ła się jesz­cze bar­dziej, ale od­da­ła wszyst­kie pie­nią­dze. O, tu­taj przy­nio­słem!

Te­raz pod­puł­kow­nik wy­sko­czył z łóż­ka, od razu na rów­ne nogi. Na­ło­żył naj­przed­niej­szy mun­dur, przy­pa­sał pa­łasz i szyb­ko po­biegł do cu­kier­ni, gdzie ku­pił naj­więk­sze, ja­kie tyl­ko moż­na było do­stać, pu­dło we­dlow­skich cze­ko­la­dek. Za chwi­lę uro­czy­ście wkra­czał do domu do­wód­cy szpi­ta­la. W sa­lo­nie sie­dzie­li jesz­cze go­ście i pili czar­ną kawę po obie­dzie. Na wi­dok ol­brzy­mie­go pu­dła cze­ko­la­dek w rę­kach pod­puł­kow­ni­ka wszy­scy obec­ni za­py­ta­li zgod­nym chó­rem: – Pa­nie puł­kow­ni­ku, ile trze­ba panu zwró­cić za cze­ko­lad­ki?!

Do­no­śny gwiz­dek bos­mań­ski prze­ry­wa opo­wia­da­nia: in­spek­cja! Gło­śny roz­kaz ob­wiesz­cza: – Szaf­ki do prze­glą­du!

Bie­gnie­my wszy­scy do sza­fek. Usta­wio­ne są po­środ­ku, przez całą dłu­gość mię­dzy­po­kła­du. Każ­da szaf­ka skła­da się z trzech czę­ści: w gór­nej sto­ją „na bacz­ność” wy­czysz­czo­ne kub­ki, a obok nich – nóż, wi­de­lec, łyż­ka oraz ły­żecz­ka; z le­wej stro­ny szaf­ki leży na wy­sła­nych czy­stym pa­pie­rem pó­łecz­kach bie­li­zna wła­sna i po­ście­lo­wa; z pra­wej wi­szą na ra­miącz­kach: mun­du­ro­wa kurt­ka-bos­man­ka, blu­za, nie­prze­ma­kal­na kurt­ka i spodnie oraz „südwest­ka”; pod nimi sto­ją wy­czysz­czo­ne buty ro­bo­cze, wyj­ścio­we i nie­prze­ma­kal­ne.

Z obu stron, przy bur­tach, przy­mo­co­wa­ne są ni­skie szaf­ki, któ­re słu­żą jed­no­cze­śnie za sie­dze­nia. W nich znaj­du­je się brud­na bie­li­zna. Ża­den przed­miot w któ­rej­kol­wiek z sza­fek nie może być rzu­co­ny nie­dba­le. Każ­da rzecz musi być sta­ran­nie uło­żo­na na wła­ści­wym miej­scu.

Ka­pi­tan z mar­mu­ro­wą twa­rzą i w nie­ska­zi­tel­nie za­pra­so­wa­nym mun­du­rze zbli­ża się ko­lej­no do każ­dej szaf­ki. Obok nie­go po­stę­pu­je star­szy ofi­cer w „sła­biej” za­pra­so­wa­nym mun­du­rze oraz le­karz okrę­to­wy, któ­re­go dziś nic nie ob­cho­dzi poza wła­sną cho­ro­bą mor­ską. Wi­dać, że cier­pi na nią bar­dzo. Jest to pierw­sza po­dróż dok­to­ra.

W szaf­kach z za­sa­dy za­wsze wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Go­rzej na ogół po paru mie­sią­cach po­by­tu w mo­rzu wy­pa­da prze­gląd bie­li­zny po­ście­lo­wej, kie­dy ka­pi­tan spraw­dza ha­ma­ki. Każ­dy ha­mak musi być roz­wią­za­ny i uło­żo­ny na pod­ło­dze, a prze­ście­ra­dła i po­dusz­ka usta­wio­ne „na bacz­ność”.

In­spek­cja mi­ja­ła spo­koj­nie. Na­gle, w wol­nej prze­strze­ni po­mię­dzy szaf­ka­mi, ude­rzył wszyst­kich wi­dok ol­brzy­miej wa­li­zy wtło­czo­nej mię­dzy czte­ry sto­ja­ki że­la­zne, pod­trzy­mu­ją­ce po­kład­ni­ki. Wa­li­za w żad­nym wy­pad­ku nie mia­ła pra­wa się tu­taj zna­leźć. Do­pusz­czal­na była ma­lut­ka wa­li­zecz­ka, w prze­dzia­le na buty. Ale taka ol­brzy­mia wa­li­za po­win­na być od­da­na na prze­cho­wa­nie do ma­ga­zy­nu.

Moc­no zdu­miał się na jej wi­dok star­szy ofi­cer. Zdu­miał się na­wet ka­pi­tan. Tyl­ko w dok­to­rze wa­liz­ka nie wzbu­dzi­ła naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. My wszy­scy by­li­śmy zdu­mie­ni nie mniej niż star­szy ofi­cer: w jaki spo­sób nie do­strze­gli­śmy jej przed in­spek­cją?

Zna­le­zie­nie wa­li­zy w mię­dzy­po­kła­dzie pod­czas in­spek­cji było dla star­sze­go ofi­ce­ra wspa­nia­łą oka­zją do uka­ra­nia nas przez wy­zna­cze­nie do­dat­ko­wych ro­bót. Nig­dy nie miał do­sta­tecz­nej licz­by lu­dzi do wy­ko­na­nia za­pla­no­wa­nych prac. Do­dat­ko­we ro­bo­ty wy­zna­czał nie tyle z po­wo­du, by chciał nas ka­rać, ile żeby mieć lu­dzi do pra­cy. Jest to chy­ba spe­cjal­na „cho­ro­ba” wszyst­kich star­szych ofi­ce­rów na wszyst­kich stat­kach.

Po­nie­waż jed­nak in­spek­cję prze­pro­wa­dzał ka­pi­tan, star­szy ofi­cer mu­siał mil­czeć. Ka­pi­tan przez prze­pi­so­wo za­ci­śnię­te zęby za­py­tał:

– Zna­czy, CZY­JA to wa­li­za?

W na­stęp­nej chwi­li na trzy kro­ki przed ka­pi­ta­nem wy­prę­żył się gra­na­to­wy dre­lich me­cha­ni­ka. „Lwów” miał dwa po­moc­ni­cze mo­to­ry ob­słu­gi­wa­ne przez sta­łych mo­to­rzy­stów oraz sze­ściu uczniów wy­dzia­łu me­cha­nicz­ne­go na­szej Szko­ły Mor­skiej w Tcze­wie. W dre­li­chu znaj­do­wa­ło się cia­ło ucznia wy­dzia­łu me­cha­nicz­ne­go o so­czy­stych, wi­śnio­wych war­gach i twa­rzy Lu­dwi­ka Szes­na­ste­go. Był prze­ra­żo­ny do ostat­nich gra­nic.

– To moja wa­li­za, pa­nie ka­pi­ta­nie – wy­szep­tał z tru­dem.

– Zna­czy, dla­cze­go ona… – ka­pi­tan za­pew­ne chciał za­py­tać o po­wód, dla któ­re­go wa­li­za zna­la­zła się w mię­dzy­po­kła­dzie, ale na wi­dok wy­krzy­wio­nej prze­ra­że­niem twa­rzy ucznia wy­szło zu­peł­nie coś in­ne­go:

– Zna­czy, dla­cze­go ona taka duża?

Prze­ra­że­nie me­cha­ni­ka w gra­na­to­wym dre­li­chu wzro­sło do gra­nic pa­ni­ki. Chwy­ta­jąc po­wie­trze usta­mi jak ryba wy­rzu­co­na na brzeg, od­po­wie­dział:

– Ja nie wiem, pa­nie ka­pi­ta­nie. Na fa­bry­ce taką zro­bi­li…

Te­raz szczę­ka ka­pi­ta­na cof­nę­ła się do szyi, przez co twarz przy­bra­ła wy­raz  p o g o d n y. Ka­pi­tan za­czął nowe zda­nie:

– Zna­czy… – ale z tru­dem utrzy­mu­ją­ce się w or­bi­tach oczy ucznia oraz otwar­te z prze­ra­że­nia usta przy­po­mnia­ły mu może Lu­dwi­ka Szes­na­ste­go i gi­lo­ty­nę, bo nie do­koń­czył roz­po­czę­te­go zda­nia i prze­szedł do in­spek­cji na­stęp­nej szaf­ki.

„Guarneri”

Na ra­zie mamy ła­du­nek do Lon­dy­nu: pod­kła­dy ko­le­jo­we – krót­kie, gru­be klo­ce. Za­ła­do­wa­ne są nimi wszyst­kie ła­dow­nie oraz więk­sza część na­sze­go miesz­ka­nia, to jest mię­dzy­po­kła­du. Z pod­kła­dów mamy na­wet „po­sadz­kę” w za­miesz­ka­łej czę­ści mię­dzy­po­kła­du. Ży­je­my w drew­nie i na drew­nie, cie­sząc się, że za­ra­bia­my na sie­bie. To zna­czy „Lwów” musi za­pra­co­wać na swo­je po­dró­że, na liny, płót­no ża­glo­we, ma­te­ria­ły kon­ser­wa­cyj­ne. Za swo­je utrzy­ma­nie pła­ci­my sami. Nikt się nie śpie­szy z utrzy­my­wa­niem stat­ku ro­man­ty­ków oraz fi­nan­so­wa­niem ich po­dró­ży.

Z chwi­lą wej­ścia uczniów tczew­skiej Szko­ły Mor­skiej na po­kład „Lwo­wa” ktoś na­zwał tę cząst­kę spo­łe­czeń­stwa, któ­ra się zna­la­zła na mo­rzu – „na­ro­dem”. Ma­ry­na­rze na du­żych ża­glow­cach fran­cu­skich okre­śla­li sie­bie sło­wem le mon­de4.

NA­RÓD na „Lwo­wie” re­pre­zen­to­wał wszyst­kie sta­ny. Moż­na to było za­ob­ser­wo­wać szcze­gól­nie w mo­rzu, na noc­nych wach­tach oraz przy ro­bo­cie, kie­dy to na­kła­da­li­śmy naj­star­sze ubra­nia cy­wil­ne, ja­kie tyl­ko dały się no­sić. Nie ma­jąc jesz­cze „hi­sto­rycz­nych” ma­ry­nar­skich ubrań do zdar­cia, do­na­sza­li­śmy te z lądu.

Nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, jak mu­szą się za­cho­wy­wać praw­dzi­wi „pro­ści” ma­ry­na­rze na ża­glow­cu. U więk­szo­ści prze­wa­żał po­gląd, że na­le­ży kląć, im do­sad­niej – tym le­piej. Mimo to nasz „na­ród” na „Lwo­wie” moż­na było śmia­ło scha­rak­te­ry­zo­wać sło­wa­mi Mic­kie­wi­cza:

Nasz na­ród jak lawa,

Z wierz­chu zim­na i twar­da, su­cha i plu­ga­wa,

Lecz we­wnętrz­ne­go ognia sto lat nie wy­zię­bi;

Plwaj­my na tę sko­ru­pę i zstąp­my do głę­bi.

Przed paru za­le­d­wie laty skoń­czy­ła się stu­let­nia nie­wo­la. Po­cho­dzi­li­śmy z trzech za­bo­rów, roz­po­czy­na­li­śmy na­ukę w ob­cych szko­łach i w ob­cym ję­zy­ku, no­si­li­śmy w so­bie po­zo­sta­ło­ści po­glą­dów wdro­żo­nych nam przez obce na­ro­dy. Ale wie­rzy­li­śmy, że zbu­du­je­my wspa­nia­łą pol­ską flo­tę han­dlo­wą mimo bra­ku po­ję­cia o niej i wbrew „mę­dr­com” kształ­tu­ją­cym opi­nię pu­blicz­ną, że nie ma­jąc tra­dy­cji mor­skich nie bę­dzie­my nig­dy w sta­nie stwo­rzyć praw­dzi­wej ma­ry­nar­ki.

Pierw­szy obcy ląd w tej po­dró­ży to Niem­cy: Hol­te­nau, wej­ście do Ka­na­łu Ki­loń­skie­go. Prze­rzu­co­ne po­nad ka­na­łem mo­sty nie znaj­du­ją się do­sta­tecz­nie wy­so­ko, by­śmy mo­gli przejść pod nimi nie za­cze­pia­jąc masz­ta­mi. Mu­si­my spu­ścić gór­ne czę­ści dwóch masz­tów, tak zwa­ne bram­sten­gi. Na każ­dej są po dwie reje: bram i bom­bram. A więc czte­ry reje i dwie bram­sten­gi – na dół! Jest to pra­ca prze­wi­dzia­na w pro­gra­mie let­niej prak­ty­ki. Wy­obraź­nia twór­ców pro­gra­mu za­jęć nie wy­cho­dzi jesz­cze zbyt da­le­ko poza nasz sta­ry ża­glo­wiec. Mi­ja­ne stat­ki, na­wet to­wa­ro­we, wy­da­ją się luk­su­sem, na jaki nas nie­pręd­ko bę­dzie stać. O pa­sa­żer­skich – na­wet nie śmie­my my­śleć.

Sta­ra­my się wy­ko­ny­wać wszyst­ko moż­li­wie naj­bar­dziej po „zej­mań­sku”: ci­cho, szyb­ko i spraw­nie. Nie chce­my pro­wo­ko­wać drwią­cych uśmie­chów, któ­rych i tak nam nikt nie ża­łu­je. Po­la­cy – ma­ry­na­rze! Wy­da­je­my się za­baw­ni nie tyl­ko w na­szym kra­ju. Tu­taj też: Po­la­kom za­chcia­ło się ba­wić w ma­ry­na­rzy…

Wie­czo­ra­mi na zbiór­ce śpie­wa­li­śmy za­wsze „Rotę”. Przed zbiór­ką wie­czor­ną w Hol­te­nau ofi­cer wach­to­wy za­po­wie­dział, że nie bę­dzie­my śpie­wa­li „Roty”, lecz – „Toń spo­koj­ną”. W „na­ro­dzie” za­wrza­ło. Skąd ta na­gła kur­tu­azja wo­bec Niem­ców?

– Niech wie­dzą, że tam­ten okres skoń­czył się już bez­pow­rot­nie! Ka­pi­tan słu­żył w car­skiej ma­ry­nar­ce i nie czu­je się wi­dać Po­la­kiem. Chce się Niem­com przy­po­do­bać! – wo­ła­li naj­bar­dziej roz­go­ry­cze­ni, wśród któ­rych prze­wa­ża­li ci, co po­cho­dzi­li z by­łe­go za­bo­ru pru­skie­go.

Od­zy­wa­ły się i gło­sy od­mien­ne.

– By­li­śmy kie­dyś wiel­kim mo­car­stwem. Jacy Niem­cy są i do cze­go dążą, wie­dzie­li­śmy od wie­ków. Na­le­ża­ło utrzy­mać swą pań­stwo­wość, a nie wi­nić te­raz Niem­ców, że nas ger­ma­ni­zo­wa­li. Ka­pi­tan chy­ba mi­ło­ści dla Niem­ców nie ma, sko­ro wal­czył z nimi przez całą woj­nę!

Wresz­cie prze­wa­ży­ła opi­nia, że śpie­wa­niem „Roty” przed Niem­ca­mi nie przy­spo­rzy­my so­bie chwa­ły. W mil­cze­niu zgo­dzi­li się wszy­scy na za­cy­to­wa­ne z „Ksiąg Piel­grzym­stwa” zda­nie: „O ile po­więk­szy­cie i po­lep­szy­cie du­szę Wa­szą, o tyle po­lep­szy­cie pra­wa Wa­sze i po­więk­szy­cie gra­ni­ce Wa­sze”.

Wy­gła­sza­nie tego ro­dza­ju sen­ten­cji, gło­śno – przy wszyst­kich – nie było po­pu­lar­ne w „na­ro­dzie”. Tym bar­dziej że wśród nas znaj­do­wa­ło się wie­lu by­łych „fron­tow­ców” z od­zna­cze­nia­mi za udział w po­wsta­niach ślą­skich. Ci umie­li głę­biej pa­trzeć na wie­le spraw, mie­li do­syć woj­ny, a przede wszyst­kim – gło­śne­go pa­trio­ty­zmu.

Choć po­tra­fi­li­śmy sami uzgod­nić na­sze sta­no­wi­sko w sto­sun­ku do Niem­ców, tak że po­kry­wa­ło się z wy­da­nym roz­po­rzą­dze­niem, nie­mniej jed­nak cie­ka­wi­ło nas sta­no­wi­sko ka­pi­ta­na i po­bud­ki, któ­re nim kie­ro­wa­ły. Ostat­nie lata na­uki już w szko­le pol­skiej do­sta­tecz­nie po­tra­fi­ły nam wpo­ić Mic­kie­wi­cza na co dzień, ale cze­mu ka­pi­tan za­bro­nił śpie­wać „Rotę”?

Młod­si ofi­ce­ro­wie na­wi­ga­cyj­ni byli na­szy­mi star­szy­mi ko­le­ga­mi, to­też nim jesz­cze wy­szli­śmy na zbiór­kę wie­czor­ną, wie­dzie­li­śmy, jak ka­pi­tan umo­ty­wo­wał swo­je za­rzą­dze­nie:

– Zna­czy, nie ma czym się chwa­lić!

„Na­ród” sta­no­wi­sko to za­ak­cep­to­wał.

Szyb­ko mi­nę­li­śmy ka­nał wraz z wi­szą­cy­mi nad nim mo­sta­mi. Sta­wia­my spusz­czo­ne bram­sten­gi i reje. Z Bruns­büt­tel­ko­og wy­cho­dzi­my na Elbę. Nie śpie­wa­my „Roty”, ale pil­nu­je­my się i sta­ra­my się wy­ka­zać, że po­tra­fi­my być że­gla­rza­mi.

Pod­czas pod­no­sze­nia ban­de­ry na ga­flu lin­ka, nie do­wią­za­na jesz­cze do dol­ne­go koń­ca, wy­su­nę­ła się z ręki jed­ne­go z uczniów i ban­de­ra po­le­cia­ła do góry. Na ru­fie koło ka­pi­ta­na stał pi­lot, Nie­miec. Ci z „na­ro­du”, co byli na ru­fie, od­czu­li to jak wy­sta­wie­nie się na po­śmie­wi­sko. Naj­szyb­ciej zo­rien­to­wał się nasz wi­ce­mistrz War­sza­wy w bok­sie, Siaś, o ce­rze dziec­ka i błę­kit­nych, nie­win­nych oczach (im to za­wdzię­czał tego „Sia­sia”). Sko­czył do liny, po któ­rej moż­na było do­stać się na wierz­cho­łek ga­fla, i na rę­kach tyl­ko, bez po­mo­cy nóg, prze­był tę kil­ku­na­sto­me­tro­wą od­le­głość, jak gdy­by to było zwy­kłe, nic nie zna­czą­ce ćwi­cze­nie. Zła­pał ko­niec lin­ki, któ­ra „ucie­kła” do góry, po czym tak samo lek­ko i zwin­nie wró­cił na dół. Pi­lot zwró­cił się do ka­pi­ta­na ze sło­wa­mi uzna­nia dla ta­kie­go wy­czy­nu. Ale ka­pi­tan, po­dob­nie jak „na­ród”, na­zbyt był pod wra­że­niem oka­za­nej przy pod­no­sze­niu ban­de­ry nie­uwa­gi, by za­li­czyć wy­czyn Sia­sia do zja­wisk od­bie­ga­ją­cych od nor­mal­nych na „Lwo­wie”.

Za­szło słoń­ce. Mie­li­śmy przed sobą dłu­gi od­ci­nek dro­gi z pi­lo­tem, aż do la­tar­niow­ca „Elbe I”. By zwięk­szyć pręd­kość, ka­pi­tan na pew­no każe przy­go­to­wać do po­sta­wie­nia wszyst­kie ża­gle trój­kąt­ne. Prze­czu­wa­jąc ten roz­kaz, „na­ród” po­sta­no­wił zre­ha­bi­li­to­wać się szyb­ko­ścią ma­new­rów i w ten spo­sób wy­ma­zać pla­mę na ho­no­rze za­ło­gi, po­wsta­łą pod­czas pod­no­sze­nia ban­de­ry. Nikt nie ka­zał pod­wach­tom zo­stać na po­kła­dzie. „Na­ród” zdjął buty, by nie było sły­chać, ilu jest lu­dzi na po­kła­dzie, i za­nim ka­pi­tan po­my­ślał o wy­da­niu roz­ka­zu przy­go­to­wa­nia ża­gli do po­sta­wie­nia – wszyst­ko było go­to­we. Przy każ­dej li­nie pod­no­szą­cej ża­giel cze­kał już „na­ród”. Ofi­cer wach­to­wy po­wtó­rzył ko­men­dę ka­pi­ta­na: – Przy­go­to­wać się do po­sta­wie­nia ża­gli! – i na­tych­miast za­mel­do­wał go­to­wość.

– For­stensz­tak­sel po­sta­wić! – „za­śpie­wał” przez me­ga­fon ka­pi­tan.

– For­stensz­tak­sel po­sta­wić – po­wtó­rzył roz­kaz ofi­cer.

Na­tych­miast wy­le­ciał ci­cho do góry wska­za­ny ża­giel. Było zu­peł­nie ciem­no, tyl­ko na tle nie­ba za­ry­so­wa­ły się jego czar­ne kon­tu­ry.

– Kli­wer po­sta­wić!

– Bom­kli­wer po­sta­wić!

– Grot­stensz­tak­sel po­sta­wić!

I już ko­lej­no pa­da­ły ko­men­dy, po­wta­rza­ne przez ofi­ce­ra wach­to­we­go, i za każ­dym ra­zem ci­cho, nie­wi­dzial­ną siłą po­ru­sza­ny, wy­strze­lał ku gó­rze, zna­cząc się czar­ną pla­mą na nie­bie, wy­mie­nio­ny ża­giel. Aż do ostat­nie­go – żad­ne­go zgrzy­tu, żad­ne­go za­cze­pie­nia się któ­rejś z lin, ani jed­ne­go sło­wa poza ko­men­dą ofi­ce­ra.

Pi­lot znów nie mógł po­wstrzy­mać się od oka­za­nia swe­go zdu­mie­nia, chwa­ląc ci­szę, szyb­kość i spraw­ność w wy­ko­ny­wa­niu ma­new­rów. Ale ka­pi­tan w dal­szym cią­gu po­zo­stał chłod­ny, nie oka­zu­jąc żad­ne­go zdzi­wie­nia, po­mi­mo iż wie­dział, że pod­wach­ty nie były wy­wo­ła­ne na po­kład.

Sztorm z za­cho­du prze­dłu­żył na­szą po­dróż o „wy­ciecz­kę” na redę Yar­mo­uth, na któ­rej rzu­ci­li­śmy ko­twi­cę, ma­jąc pęk­nię­tą bram­re­ję na grot­masz­cie. To nie­spo­dzie­wa­ne od­wie­dze­nie zu­peł­nie nie­prze­wi­dzia­ne­go w roz­kła­dzie po­dró­ży por­tu cał­ko­wi­cie uza­sad­ni­ło prze­strze­ga­ną na ża­glow­cach za­sa­dę, że ru­bry­kę „port prze­zna­cze­nia” po­zo­sta­wia się za­wsze w dzien­ni­ku okrę­to­wym nie­wy­peł­nio­ną aż do mo­men­tu rzu­ce­nia ko­twi­cy.

Po wy­ła­do­wa­niu drew­na w Lon­dy­nie nad­spo­dzie­wa­nie szyb­ko otrzy­mu­je­my do prze­wie­zie­nia ła­du­nek glin­ki ka­oli­no­wej z Fo­wey do Ge­nui. Rze­ka Fo­wey, nie­gdyś za­my­ka­na łań­cu­cha­mi w oba­wie przed na­pa­ścią pi­ra­tów, pły­nie wśród ma­low­ni­czych wzgórz, na któ­rych ro­sną pal­my. Nie­licz­ne, ale sta­no­wią­ce dumę An­gli­ków. Ma­jąc kil­ka dni cza­su, wy­ko­nu­je­my z za­pa­so­wych ma­te­ria­łów nową bram­re­ję. Za­kła­da­my ją jesz­cze przed przy­ję­ciem okrop­ne­go ła­dun­ku, o ja­kim nie mamy po­ję­cia. A po­tem dzień i noc, dzień i noc ele­wa­to­ry sy­pią do ła­dow­ni miał­ką glin­kę, z któ­rej moż­na wy­ra­biać por­ce­la­nę. Drob­ny pył jest wszę­dzie – w ła­dow­niach, w mię­dzy­po­kła­dzie, ha­ma­kach, je­dze­niu i wresz­cie w nas sa­mych.

Tak za­ła­do­wa­ni ru­sza­my na gra­na­to­wy oce­an. Przy po­myśl­nym wschod­nim wie­trze omi­ja­my z da­le­ka strasz­ną dla ża­glow­ców Bi­ska­ję, któ­ra przy wie­trze za­chod­nim sta­je się czę­sto dla idą­ce­go po jej wo­dach ża­glow­ca cmen­ta­rzem. Ol­brzy­mie fale prze­su­wa­ją się jak nie­skoń­cze­nie dłu­gie łań­cu­chy gór­skie. Ciem­no­gra­na­to­we pod­nó­ża gór na­bie­ra­ją ja­śniej­szej bar­wy w mia­rę wzro­stu wy­so­ko­ści, prze­cho­dząc w ja­sno­zie­lo­ne wierz­choł­ki, któ­re dy­mią bia­łym opa­rem. Nad ki­pią­cą bia­łą pia­ną two­rzy się tę­cza. Fale, w bia­łych opa­rach uno­szą­ce­go się ja­sne­go pyłu, ob­ra­mo­wa­ne są nie­zli­czo­ną ilo­ścią tęcz. Trze­ba szczy­pać się moc­no, by uwie­rzyć, że to się wi­dzi, a nie śni.

Za­czy­na­my ro­zu­mieć, co ozna­cza słyn­na na­zwa ro­aring for­ties – „ry­czą­ce czter­dziest­ki” – nada­na on­giś przez że­gla­rzy ob­sza­rom wód Po­łu­dnio­we­go Atlan­ty­ku na czter­dzie­stych stop­niach sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej, gdzie tak­że wie­ją pa­sa­ty. My w tej chwi­li znaj­du­je­my się też na czter­dzie­stych stop­niach sze­ro­ko­ści, ale na pół­ku­li pół­noc­nej. Dla nas są to rów­nież „ry­czą­ce czter­dziest­ki”.

„Lwów” idzie szyb­ko, fale wdzie­ra­ją się na po­kład. W oba­wie o ła­du­nek, by nie do­pu­ścić do jego za­mok­nię­cia, ro­bi­my do­świad­cze­nia z „uśmie­rza­niem” fal za po­mo­cą oli­wy. Le­je­my sma­ry przez szpi­ga­ty, wy­pusz­cza­my za bur­tę wór z pa­ku­ła­mi prze­sy­co­ny­mi oli­wą. Nie wąt­pi­my, że bar­dzo by to po­mo­gło, ale oli­wy mamy zbyt mało. Wo­bec tego z za­do­wo­le­niem przyj­mu­je­my zmia­nę kie­run­ku i siły wia­tru.

Przy lek­kim za­chod­nim wie­trze kie­ru­je­my się wprost na Gi­bral­tar. Jest bar­dzo cie­pło, nie­dzie­la. Dzień alar­mów. Strasz­ny okrzyk: – Czło­wiek za bur­tą! – pod­ry­wa wszyst­kich. Wi­dzę, jak Ta­dek Me­is­sner po­grą­ża się w ciem­no­gra­na­to­wej wo­dzie Atlan­ty­ku. W ślad za nim lecą: pas i koło ra­tun­ko­we. Wszyst­kie wach­ty są na po­kła­dzie. Ćwi­cze­nia – ćwi­cze­nia­mi, ale Ta­dek NA­PRAW­DĘ wy­sko­czył za bur­tę, by oży­wić alarm i zmu­sić wszyst­kich do naj­wyż­sze­go wy­sił­ku. Gra idzie rze­czy­wi­ście o ży­cie czło­wie­ka.

Ta­dzio na­tych­miast gi­nie nam z oczu. Wi­dzi go tyl­ko wy­sła­ny na maszt ob­ser­wa­tor. Służ­bo­wa wach­ta jest już w ło­dzi ra­tun­ko­wej, na wo­dzie. Ster­nik sza­lu­py, nie wi­dząc „czło­wie­ka za bur­tą”, kie­ru­je ło­dzią we­dług wska­zó­wek ob­ser­wa­to­ra znaj­du­ją­ce­go się na trzy­dzie­sto­me­tro­wej wy­so­ko­ści z cho­rą­giew­ka­mi i lor­net­ką. Czer­wo­na cho­rą­giew­ka daje znak ster­ni­ko­wi, że ma iść w lewo, zie­lo­na – w pra­wo, żół­ta – że „czło­wiek” znaj­du­je się na kur­sie, przed dzio­bem sza­lu­py.

Wśród gór wod­nych Ta­dzio może wi­dzieć tyl­ko wierz­choł­ki masz­tów „Lwo­wa” i ucznia z cho­rą­giew­ka­mi. Do­pó­ki wi­dzi, może być spo­koj­ny, że go znaj­dzie­my. Na ra­zie „Lwów” stoi pra­wie w miej­scu. „Na­ród” przy li­nach cze­ka na ko­men­dę zmia­ny po­ło­że­nia rej, by pójść po łódź ra­tun­ko­wą z chwi­lą, gdy ta znaj­dzie „czło­wie­ka za bur­tą”.

Młod­szy na­wi­ga­cyj­ny, peł­nią­cy rolę ob­ser­wa­to­ra na masz­cie, wy­da­je ra­do­sny okrzyk, oznaj­mia­ją­cy, że Ta­dzio już jest w sza­lu­pie. „Lwów” po­wo­li za­ta­cza łuk, pod­cho­dzi do ło­dzi ra­tun­ko­wej, któ­ra do­bi­ja spraw­nie do bur­ty. Wha­czo­ne ta­lie wcią­ga­ją łódź na ro­stry. Kła­dzie­my się na po­wrót na kurs wio­dą­cy do Gi­bral­ta­ru.

Ko­niec alar­mu! Pod­wach­ty scho­dzą do mię­dzy­po­kła­du. Każ­dy czu­je się w pew­nej mie­rze bo­ha­te­rem, któ­ry ura­to­wał „czło­wie­ka za bur­tą”. Nikt się nie dzi­wi, że Ta­dek wy­sko­czył za bur­tę. Ska­cze on do wody z fo­krei. Sta­je wy­pro­sto­wa­ny na jabł­ku masz­tu, na wy­so­ko­ści czter­dzie­stu paru me­trów nad wodą, z wy­cią­gnię­ty­mi do lotu rę­ka­mi, niby Ikar. Ta­dek – po­dob­nie jak wie­lu in­nych bar­dzo mło­dych we­te­ra­nów pierw­szej woj­ny świa­to­wej – ma cały mun­dur za­wie­szo­ny or­de­ra­mi, a zło­śli­wi twier­dzą, że uro­dził się z krzy­żem Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri na pier­siach.

Dziś po­win­ni­śmy uj­rzeć Afry­kę. Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­my po­ran­nej wach­ty, na któ­rej bę­dzie ją już wi­dać. Wy­bie­ga­my na po­kład. Afry­ki jesz­cze nie ma, ale przy dru­giej ła­dow­ni leży dwóch lu­dzi skrę­po­wa­nych trzy­ca­lo­wy­mi li­na­mi. Leżą twa­rza­mi do po­kła­du, mają zwią­za­ne nogi i ręce, oprócz tego gru­by­mi li­na­mi przy­mo­co­wa­ni są do ob­ra­mo­wa­nia ła­dow­ni.

Przy­glą­da­my się le­żą­cym. Je­den jest wy­so­ki, dru­gi śred­nie­go wzro­stu, obaj bru­ne­ci. To bra­cia, Wa­cek i Hen­ryk Lip­kow­scy, z wach­ty, któ­rą mamy zmie­nić.

– Co się sta­ło? Dla­cze­go ich zwią­za­li­ście? Co zro­bi­li?

– Nic nie zro­bi­li, ale bo­imy się, że uciek­ną, gdy zo­ba­czą Afry­kę.

Wa­cek zna­ny był po­wszech­nie jako „Struś Star­szy”, He­nio – jako „Struś Młod­szy”…

*

Dziś ran­kiem, po­waż­nie i dum­nie,

Do por­tu za­wi­nął nasz „Lwów”.

Na re­jach i masz­tach – tak tłum­nie.

Na ląd do­sta­nie­my się znów.

Tak za­czy­nał się wiersz, któ­rym Ka­zi­mierz Po­czo­butt z dru­giej wach­ty uczcił nie­ocze­ki­wa­ne rzu­ce­nie przez nas ko­twi­cy w al­me­riya, co w ję­zy­ku Mau­rów ozna­cza­ło wie­żę straż­ni­czą i port. Dziś jest to port Al­me­ria. Daw­niej na­le­żał on do kró­le­stwa Gra­na­dy. Wy­czer­pa­nie się za­pa­sów słod­kiej wody, po­cząt­ki szkor­bu­tu i brak świe­że­go pro­wian­tu zmu­si­ły „Lwów” do za­wi­nię­cia na redę tej miej­sco­wo­ści.

Nad mia­stem już przed wie­ka­mi za­wisł Ca­stel­lo de San Cri­sto­bal; za­mek ten po dziś dzień cza­ru­je przy­by­szów swy­mi ru­ina­mi i czte­re­ma wie­ża­mi – po­zo­sta­łość po Mau­rach. Na nie­któ­rych uli­cach gó­rzy­stej Al­me­rii, zwłasz­cza na przed­mie­ściach, nie ma do­mów, miesz­ka­nia wy­ku­te są wprost w ska­łach; mają drzwi i okna, ale nie prze­sta­ją być przez to sku­pi­skiem ta­jem­ni­czych ja­skiń, peł­nych uro­ku i gro­zy.

Ko­rzy­sta­jąc z po­sto­ju na re­dzie, usi­łu­je­my do­pro­wa­dzić „Lwów” do pięk­ne­go wy­glą­du. Rdza­we za­cie­ki na bia­łych bur­tach, po­zo­sta­łość po przej­ściu przez „ry­czą­ce czter­dziest­ki”, my­je­my słod­ką wodą z pia­skiem. My­dli­ka nie uży­wa­my, by nie zmyć sa­mej far­by. Każ­dą naj­mniej­szą na­wet plam­kę rdzy trze­ba wy­stu­kać młot­kiem i za­kon­ser­wo­wać mi­nią. Po jej wy­schnię­ciu po­kry­wa­my wszyst­kie te miej­sca bia­łą olej­ną far­bą, naj­oszczęd­niej jak moż­na.

Sto­imy z ko­le­gą na wy­wie­szo­nej za bur­tę de­sce, zwa­nej ste­lin­gą, i szo­ru­je­my pia­skiem gór­ne za­oble­nie rufy, w któ­rym umiesz­czo­no ilu­mi­na­to­ry. Te­raz, w por­cie, wszyst­kie są otwar­te. W jed­nym z ilu­mi­na­to­rów spo­strze­ga­my dziw­ne owo­ce, po­dob­ne do fio­le­to­wej ce­bu­li. Ta­kich nig­dy jesz­cze nie mie­li­śmy moż­no­ści po­dzi­wiać. Przy­glą­da­my się im z cie­ka­wo­ścią. Leżą w nie­oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu i nie mo­że­my ich do­brze obej­rzeć. Ko­le­ga nie na­my­śla się dłu­go, wsu­wa rękę przez ilu­mi­na­tor, by wy­do­stać eg­zo­tycz­ny owoc. W tej sa­mej chwi­li do­cho­dzi nas głos „z nie­ba”:

– Zna­czy, dla­cze­go tak żar­tu­je­cie?!

Nad nami, opar­ty o re­ling, stoi ka­pi­tan i przy­glą­da się na­szej ro­bo­cie oraz za­mia­rom wy­do­sta­nia owo­cu świe­żej figi z jego pry­wat­ne­go ma­ga­zyn­ku.

Sło­wa ka­pi­ta­na, wy­mó­wio­ne do­bit­nie przez za­ci­śnię­te zęby, pod­cię­ły nogi ko­le­dze. Za­nim się zo­rien­to­wa­li­śmy, co się dzie­je, uj­rza­łem, jak od­chy­la się do tyłu i leci gło­wą w dół – do wody! W tej tra­gi­ko­micz­nej chwi­li naj­bar­dziej za­fra­po­wa­ło mnie, czy zdą­ży wy­pu­ścić owoc, czy też za­bie­rze go ze sobą do Mo­rza Śród­ziem­ne­go? Ode­tchną­łem: ręka, któ­ra wy­su­nę­ła się z ilu­mi­na­to­ra, była pu­sta.

Po chwi­li usły­sza­łem znów głos „z nie­ba”, tym ra­zem za­nie­po­ko­jo­ny:

– Zna­czy, on umie pły­wać?

– Tak jest, pa­nie ka­pi­ta­nie! – od­po­wie­dzia­łem na­tych­miast, ale nie by­łem pew­ny, czy ko­le­ga nie zdrę­twiał z prze­ra­że­nia. Mia­łem już za­miar sko­czyć za nim do wody, gdy uka­zał się na po­wierzch­ni i pra­wi­dło­wo, z twa­rzą pra­wie za­nu­rzo­ną, pod­pły­nął do tra­pu.

I wresz­cie – Ge­no­va la Su­per­ba! Ge­nua – mia­sto ro­dzin­ne Ko­lum­ba. Skoń­czy się wresz­cie to ży­cie w por­ce­la­nie, je­dze­nie por­ce­la­ny i od­dy­cha­nie por­ce­la­ną. Ła­du­nek przy­szedł w do­brym sta­nie. Od­bior­cy są za­do­wo­le­ni. Nas cie­szy, że roz­sta­je­my się już z glin­ką i nie bę­dzie­my w niej spa­li. Na ra­zie bi­je­my się na po­że­gna­nie jej grud­ka­mi jak śnież­ka­mi w ob­ło­kach bia­łe­go pyłu.

Je­den z ko­le­gów rzu­cał brył­ka­mi po­nad otwar­tą ła­dow­nią, za któ­rej ob­ra­mo­wa­niem ukrył się jego prze­ciw­nik. W chwi­li gdy pu­ścił w nie­go spo­rą bry­łę, ata­ko­wa­ny scho­wał się za ko­mings5, a bry­ła tra­fi­ła w czo­ło star­sze­go, ele­ganc­ko ubra­ne­go pana, pod­cho­dzą­ce­go wła­śnie do ła­dow­ni.

Wy­two­rzo­na sy­tu­acja była nad wy­raz przy­kra. Uczeń, któ­ry rzu­cił bry­łę, miał oko­ło sze­ściu stóp wzro­stu, do szko­ły przy­szedł z pierw­sze­go roku pra­wa, nie lu­bił lu­dzi umun­du­ro­wa­nych, po­sta­wił na wy­so­kim po­zio­mie or­kie­strę okrę­to­wą, zło­żo­ną z man­do­lin i gi­tar, ład­nie ma­lo­wał i rzeź­bił w drew­nie, był naj­lep­szym obroń­cą w dru­ży­nie pił­ki noż­nej.

Uzna­jąc swą winę, przy­jął naj­bar­dziej wy­szu­ka­ną po­sta­wę wy­ra­ża­ją­cą proś­bę o wy­ba­cze­nie, ale nie po­zba­wia­ją­cą god­no­ści. Stał z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­siach i po­chy­lał się w ukło­nach jak wcie­le­nie Da­laj­La­my. Był to Mi­chał Nicz­ko.

Po­szko­do­wa­ny – wy­twor­ny dy­rek­tor fir­my od­bie­ra­ją­cej ła­du­nek – zo­stał kom­plet­nie roz­bro­jo­ny. Uśmiech­nął się przy­jaź­nie i ręką dał znak, iż to za­szczyt zwró­cić na sie­bie uwa­gę wiel­kie­go Da­laj­La­my. Ocie­ra­jąc z twa­rzy śla­dy glin­ki, oświad­czył ka­pi­ta­no­wi, któ­ry zna­lazł się wła­śnie koło nie­go, że za­zdro­ści mu tak sym­pa­tycz­nych ma­ry­na­rzy. Mi­chał od tej chwi­li po­zo­stał na za­wsze „Da­laj­La­mą”.

Wśród nie­zli­czo­nej licz­by stat­ków wcho­dzą­cych i wy­cho­dzą­cych z Ge­nui na­szą uwa­gę naj­bar­dziej przy­ku­wa­ły ża­glow­ce. Były nam bli­skie, zro­zu­mia­łe. Uwa­ża­li­śmy je za swo­ich krew­nych. Zna­li­śmy już te, któ­re sta­ły w por­cie, wszyst­kie jed­nak były mniej­sze od na­sze­go. Któ­re­goś dnia zo­ba­czy­li­śmy idą­cy do por­tu duży ża­glo­wiec. Przez lu­ne­tę od­czy­ta­li­śmy na­zwę: „Bay­ard”, je­den z nie­licz­nych już long-co­ur­riers6 ma­ry­nar­ki fran­cu­skiej.

Nie na­sy­ci­li­śmy się jesz­cze wi­do­kiem „Bay­ar­da”, gdy w nie­dzie­lę po­ja­wił się na ho­ry­zon­cie inny duży ża­glo­wiec. Ten no­sił na so­bie śla­dy zmę­cze­nia cięż­ką dro­gą. Duże za­cie­ki rdzy świad­czy­ły, że mu­siał być do­brze spłu­ka­ny sło­ną wodą. Na gro­cie miał zła­ma­ną bram­sten­gę. Wi­docz­ny był brak jed­nej ło­dzi ra­tun­ko­wej. Wy­gląd ża­glow­ca mó­wił o Przy­go­dzie, pach­nia­ło od nie­go „niedź­wie­dzim mię­sem”, jak Jack Lon­don na­zy­wał po­ko­na­ne trud­no­ści po­nad co­dzien­ną mia­rę.

Ża­glo­wiec niósł ban­de­rę nie­miec­ką. Na dzio­bie wy­czy­ta­li­śmy na­zwę: „Gu­ar­ne­ri”. Imię skrzy­piec, z któ­rych moż­na było wy­do­być tony znacz­nie sil­niej­sze niż ze słod­ko brzmią­cych Ama­tich lub Stra­di­va­riu­sów.

„Gu­ar­ne­ri” przy­ku­wał wciąż na­szą uwa­gę; po­sta­no­wi­li­śmy wy­brać się do nie­go na ło­dzi ra­tun­ko­wej, tak jak to za­wsze ro­bi­li­śmy, ile­kroć któ­ryś ze stat­ków moc­niej nas in­te­re­so­wał. Za­nim jed­nak spu­ści­li­śmy na­szą sza­lu­pę, od „Gu­ar­ne­ri” od­bi­ła łódź ra­tun­ko­wa, kie­ru­jąc się wprost na nas.

Wio­sło­wa­li ład­nie. Gdy po­de­szli bli­żej, z przy­jem­no­ścią przy­glą­da­li­śmy się wio­śla­rzom. Po­do­ba­ły nam się ich duże noże, któ­re mie­li przy pa­sach. Przy ste­rze sie­dział dru­gi ofi­cer.

Cze­go Niem­cy mogą chcieć od nas? Ob­ser­wo­wa­li­śmy ich, ale dys­kret­nie. Ża­den z nas nie po­ło­żył się na bur­cie. Służ­bo­wi przy­ję­li sza­lu­pę i za­mel­do­wa­li o niej służ­bo­we­mu ofi­ce­ro­wi. Po chwi­li przy­by­ły ofi­cer znik­nął za drzwia­mi pro­wa­dzą­cy­mi do ka­jut­kom­pa­nii.

Ma­ry­na­rze na­tych­miast opo­wie­dzie­li nam swo­je dzie­je. Przy­szli z Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Mie­li cięż­ką dro­gę, stra­ci­li ża­gle, reje na gro­cie i bram­sten­gę, mo­rze za­bra­ło im łódź ra­tun­ko­wą. Po­dróż prze­dłu­ży­ła się przez to znacz­nie. Przy­szli do Ge­nui bez pro­wian­tu i bez wody. Po raz ostat­ni je­dli wczo­raj rano. Wczo­raj też wy­pi­li ostat­nią wodę. Przy­je­cha­li pro­sić o pro­wiant. Wodę otrzy­ma­li już od Wło­chów. Jest świę­to, w mie­ście ni­cze­go nie do­sta­ną…

Z miej­sca wszy­scy po­zaz­dro­ści­li im tylu przy­gód. „Na­ród” nie wi­dział w nich Niem­ców, lecz bli­skich so­bie lu­dzi z Przy­go­dy. Nie wy­czy­ta­li­śmy o nich w książ­kach, lecz mie­li­śmy ich przed sobą ży­wych, opo­wia­da­ją­cych o swych twar­dych przej­ściach jak o co­dzien­nych spra­wach. By­li­śmy go­to­wi od­dać im wszyst­ko, co po­sia­da­my, tyl­ko za to, że zwró­ci­li się do nas.

Nikt nie chciał ich za­py­tać, dla­cze­go zwró­ci­li się wła­śnie do nas, ale to wszyst­kich naj­bar­dziej in­try­go­wa­ło. W „na­ro­dzie” znów za­wrza­ło od dys­ku­sji. Zno­wu wy­szły na jaw za­ko­rze­nio­ne dziel­ni­co­we róż­ni­ce.

– Bo uwa­ża­ją nas za do­brych! – twier­dzi­li jed­ni.

– Bo uwa­ża­ją, że nadal mu­si­my im za­wsze wszyst­ko da­wać! – go­rącz­ko­wa­li się dru­dzy.

I na­raz po­wsta­ło py­ta­nie: – Więc nie da­wać? – Ale wte­dy wszy­scy wspól­nie orze­kli, że trze­ba dać: – Gdy­by­śmy mie­li tyl­ko brać wszyst­ko od wszyst­kich, by­li­by­śmy tak samo jak oni na­ro­dem po­zba­wio­nym ety­ki. Na­tu­ral­nie że dać!

I te­raz, nie wia­do­mo dla­cze­go, „na­ród” wy­obra­ził so­bie, że ka­pi­tan nic Niem­com nie da i wiel­ki za­pa­no­wał z tego po­wo­du nie­po­kój. My już go­to­wi by­li­śmy dać wszyst­ko. Ale czy da ka­pi­tan?

Po chwi­li zja­wił się ofi­cer nie­miec­ki i wy­wo­łał z sza­lu­py dwóch swo­ich ma­ry­na­rzy. We trój­kę, wraz z cze­ka­ją­cym już na nich na­szym pro­wian­to­wym, uda­li się do ma­ga­zy­nów. „Na­ród” ode­tchnął. Z za­do­wo­le­niem przy­glą­da­li­śmy się, jak z wor­ka­mi peł­ny­mi żyw­no­ści od­bi­ja­li od na­sze­go tra­pu.

Cie­ka­wi­ła nas roz­mo­wa ka­pi­ta­na z nie­miec­kim ofi­ce­rem. Wie­le o niej nie do­wie­dzie­li­śmy się, ale je­den z na­szych ofi­ce­rów wy­ja­wił, że ka­pi­tan wi­docz­nie rów­nież czy­ta Mic­kie­wi­cza, bo po­wie­dział po odej­ściu go­ścia:

– Zna­czy, „i Niem­cy są lu­dzie!”

Ojciec Wirgiliusz

Po­stój „Lwo­wa” w Ge­nui prze­dłu­żył się z po­wo­du bra­ku ła­dun­ku. Dużo ża­glow­ców, po­dob­nych do na­sze­go, sta­ło na re­dzie. Wszy­scy cze­ka­li.

Zdo­by­cie ła­dun­ku było dla nas ko­niecz­no­ścią: mu­sie­li­śmy za­opa­trzyć się w żyw­ność, bo z po­wo­du bra­ku chłod­ni część za­pa­sów się ze­psu­ła. Mu­sie­li­śmy tak­że za­opa­trzyć się w płót­no ża­glo­we i liny. Sta­re ża­gle wciąż po­trze­bo­wa­ły na­pra­wy.

Ocze­ki­wa­nie uroz­ma­ica­li­śmy so­bie wy­ciecz­ka­mi na ląd. Co trze­ci dzień mie­li­śmy „wyj­ście” od rana. Zwie­dza­li­śmy, co się dało, przy czym sami so­bie ukła­da­li­śmy pro­gram wy­cie­czek. Je­śli była duża róż­ni­ca w za­in­te­re­so­wa­niach, cho­dze­nie w kil­ku bez ści­śle okre­ślo­ne­go pla­nu koń­czy­ło się zwy­kle nie­po­ro­zu­mie­niem. Do­pie­ro te­raz mo­gli­śmy oce­nić mą­drość łu­dzi sta­ro­żyt­no­ści i śre­dnio­wie­cza, któ­rzy za­miast czę­sto nic nie mó­wią­ce­go na­zwi­ska do­da­wa­li do imie­nia na­zwę ro­dzin­ne­go mia­sta lub miej­sco­wo­ści. Na przy­kład: Ta­les z Mi­le­tu, Ary­starch z Sa­mos, Erazm z Rot­ter­da­mu. Cel­ność ta­kie­go na­zy­wa­nia lu­dzi spraw­dzi­li­śmy na so­bie.

Z ja­kie­go mia­sta każ­dy z nas po­cho­dzi, wie­dzie­li­śmy do­brze z „za­wo­dów bur­to­wych”. Wie­czo­ra­mi przed za­śnię­ciem roz­gry­wa­li­śmy wal­ki po­mię­dzy ster­bur­tą a bak­bur­tą, dzie­ląc się na dwa obo­zy w za­leż­no­ści od tego, po któ­rej bur­cie kto spał. Za­wo­dy były po­etyc­kie i mię­dzy­mia­sto­we. Po­etyc­kie po­le­ga­ły na wy­re­cy­to­wa­niu przez sie­bie uło­żo­ne­go wier­sza, któ­ry by ośmie­szał ko­goś ze śpią­cych po prze­ciw­nej bur­cie. Gdy tyl­ko skoń­czył się wiersz z jed­nej bur­ty, dru­ga mu­sia­ła na­tych­miast od­po­wie­dzieć. In­a­czej prze­gry­wa­ła wal­kę. Po­ezji było w tym nie­wie­le, ale wszyst­ko mu­sia­ło być ry­mo­wa­ne.