Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 250 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zmyślona - Katarzyna Michalak

Trzeci tom historii bohaterów znanych czytelnikom z Poczekajki  i Zachcianka: Patrycji, Łukasza, Hanki i Gabriela. Losy tej czwórki splotą się w pewnym momencie z losami młodego mężczyzny Patryka, za sprawą uroczych dzieci: Lusi, Adasia i Anielki, a także ich opiekunki - Dominiki.

Trójka kilkuletnich urwisów wkroczy w uporządkowane życie Patryka z siłą huraganu. Z dnia na dzień, zupełnie nieprzygotowany do tej roli mężczyzna, będzie musiał sprostać opiece nad nimi. Okaże się to naprawdę trudnym wyzwaniem, gdyż dzieci, jak to dzieci, mają tysiąc pomysłów na minutę. Wyczyny z piekła rodem, nie raz i nie dwa przyprawią Patryka o palpitację serca i wybuchy serdecznego śmiechu.

Zmyślona jest piękną opowieścią o prawdziwej Miłości, takiej, która przeciwstawia się złu, przezwyciężając wszystkie przeszkody. Ta Miłość, tak jak cała historia o Patrycji i jej najbliższych, miała swój początek w domku koloru słońca. Tam trwa. I właśnie tam się kończy...

Opinie o ebooku Zmyślona - Katarzyna Michalak

Fragment ebooka Zmyślona - Katarzyna Michalak

© Copyright by Katarzyna Michalak © Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015 PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Katarzyna Michalak ILUSTRACJE: © fotoskaz / Fotolia REDAKTOR PROWADZĄCY: Barbara Górska KOREKTA: Krzysztof Lisowski, Anna RudnickaWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05783-4 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ROZDZIAŁ I

Żółty jak pisklę maluch podjechał pod dom i zatrąbił akurat w chwili, gdy Patryk wynosił resztki kolacji kurom. Pepsi, włochaty owczarek niemiecki, poderwała się, podcinając mężczyznę, a ten wypuścił talerz z dłoni, chwytając się framugi drzwi, bo byłby spadł ze schodów.

Pies biegł w podskokach witać listonosza, Patryk zaś, patrząc na szczątki talerza i rozrzucone jedzenie, zaklął cicho. Podniósł głowę, by zrugać — już na głos — dowcipnego Wojtka-listonosza, który zawsze musiał mu wyciąć jakiś numer, z wjazdem przez płot do ogródka włącznie, gdy głos zamarł mężczyźnie w gardle.

Z malucha wysiadała właśnie nieznajoma kobieta, czy może raczej dziewczyna, a za nią dwójka dzieciaków: ciemnowłosy chłopiec, na oko dziesięcioletni, i młodsza od niego o kilka lat dziewczynka o wesołych oczach i uśmiechniętej buzi umazanej czekoladą.

Jako ostatni wygramolił się Wojtek, podniósł maskę i wyciągnął spod niej skromny bagaż przyjezdnych.

— Ej, zaraz, zaraz! — Patryk rzucił się w dół schodów. — Co ty wyprawiasz? — Dopadł listonosza, wyrywając mu torbę z dłoni i z powrotem upychając ją pod maską malucha. — W tym roku nie przyjmuję letników!

Dzieci, rozglądające się dookoła z zaciekawieniem, znieruchomiały, wbijając szeroko otwarte oczy w górującego nad nimi mężczyznę. Dziewczyna, wcale niestropiona wybuchem, zrobiła krok naprzód, wręczając Patrykowi kopertę. Przyjął odruchowo i stał, obracając prostokąt papieru w dłoni, aż roześmiała się i rzekła:

— Proszę otworzyć. Raczej nie ma w niej wąglika, tylko my.

Mężczyzna patrzył przez chwilę na uśmiech, rozświetlający oczy nieznajomej, po czym oddał jej kopertę.

— Tym bardziej nie będę otwierał.

Odwrócił się i podążył do domu.

— Patryk, to co ja mam z nimi zrobić? — Usłyszał głos listonosza.

Wzruszył ramionami.

— Odeślij tam, skąd przybyli. Najlepiej pocztą lotniczą.

— Ale oni właśnie pocztą lotniczą! Nawet nalepki na bagażach mają!

Rzeczywiście. Na dwóch stojących obok samochodu torbach widniały charakterystyczne paskowane nalepki.

— Przylecieliśmy pocztą lotniczą — odezwała się nieśmiało dziewczynka, unosząc zawieszoną na piersiach torebkę z dokumentami, w jaką w samolotach zaopatruje się dzieci.

Patryk pokręcił głową, stając ponownie przed nieproszonymi gośćmi.

— Nie przyjmuję letników w te wakacje. Przykro mi.

— Jesteśmy rodzina, a nie żadni letnicy — żachnął się chłopiec, wyrwał dziewczynie kopertę i wcisnął w dłoń Patryka. — A ja jestem cholernie głodna rodzina.

— Adaś, jeśli się będziesz tak od początku wyrażał… — zaczęła, ale przerwał jej:

— Nie wolno mi mówić tych najbrzydszych słów. Nie zabraniałaś mi „cholernie”.

Listonosz stał przy samochodzie, z trudem powstrzymując się od śmiechu, a Patryk patrzył z niedowierzaniem to na chłopca, to na dziewczynę, to w końcu na kopertę. Wreszcie desperackim ruchem rozerwał papier, przeleciał pismo wzrokiem, jęknął i usiadł na najniższym schodku, wpatrując się w list.

— Wujku Patryku — poczuł nagle na ramieniu dotyk małej rączki. — Nie będzie tak źle…

Dzieci wpadły do środka, mijając gospodarza na schodach. Dziewczyna odebrała od Wojtka-listonosza trzy torby i chciała zapłacić mu za podwiezienie, ale obraził się na to śmiertelnie, wsiadł do swego żółtego rzęcha i odjechał.

— Pomoże mi pan czy sama mam targać te bagaże?

Patryka wyrwało z osłupienia pytanie nieznajomej.

— „Pan”? To my dwoje nie jesteśmy rodzina? — zapytał głupio, mnąc w dłoniach list.

— Adaś i Lusia są dziećmi pani Hani, ja jestem ich opiekunką. I ma pan cholerne szczęście, że jestem. — Minęła go z dwiema torbami, wchodząc do środka.

Jak weszła, tak stanęła, równie zachwycona, co dzieci.

Z ganku wchodziło się wprost do kuchnio-jadalni, obitej od podłogi po sufit pociemniałą ze starości boazerią. Belki sufitu zdawały się jeszcze starsze, dywan zaścielający sosnową podłogę również.

Na ścianach zamiast trofeów, których można się było spodziewać po leśniczym, wisiały najpiękniejsze fotografie zwierząt, jakie cała trójka kiedykolwiek widziała.

Dzieci chodziły od jednej do drugiej, wykrzykując co chwila w zachwycie:

— To bizon!

— Głupiaś, gdzie tu bizony. Żubr!

— Właśnie że bizon — upierała się dziewczynka. — Ma łeb jak bizon.

— Żubr też ma łeb jak bizon, idiotko — prychnął chłopiec.

— Adaś, nie mów tak na nią! — usłyszał za plecami groźny głos opiekunki. — To żubr, Lusia, nie bizon.

— A to pelikan… — Dziewczynka wcale się nie przejęła porażką, wskazując następne zdjęcie.

— Dzięcioł nie pelikan! — wykrzyknął chłopiec. — Dominika, powiedz jej coś! Ona celowo się ze mną drażni!

Patryk stał na progu swego domu z trzecią torbą w ręce, przyglądając się trójce przybyszów z innego świata. W pamięci miał słowa swej siostry, nakreślone pospiesznie:

Zaopiekuj się nimi, dopóki ja nie będę mogła zabrać ich z powrotem. To dobre dzieci, a Dominika umie sobie z nimi radzić. Możesz jej ufać bezgranicznie. Jeżeli nie poradzę sobie ze sobą do września (września?! — krzyczał w tym momencie mężczyzna bezgłośnie), poślij je do miejscowej szkoły.

I — błagam Cię, braciszku! — nie oddawaj dzieci jemu!

Kocham Cię, choć rzadko to mówiłam.

H.

PS Wiem, że proszę o zbyt wiele, ale spróbuj pomóc Patrycji.

— Podobno byłeś cholernie głodny — odezwał się mrukliwie, natychmiast zwracając na siebie uwagę.

— On zawsze jest głodny. — Machnęła ręką dziewczyna.

— Ale dzisiaj pożarłbym żubra z kopytami. Wiesz, wujku, co oni podają w tych samolotach? Wyrzygane kluski!

— Adam, jeśli się będziesz tak wyrażał… — zaczęła groźnie Nika.

— Jak on będzie tak mówił, to ja wyrzygam! — jęknęła dziewczynka.

— Lusia, jeśli się będziesz tak…

— Dosyć! — ryknął nagle mężczyzna. — Dosyć, bo wrócicie samolotem z wyrzyganymi kluskami! — W tym momencie chłopiec spojrzał na opiekunkę z triumfem. — Umyjcie ręce i siadajcie do stołu. Zrobię wam kanapki…

— Kanapkami napchałem się po drodze — zaprotestował Adaś.

— Milczeć! — ryknął powtórnie Patryk. — Teraz mówi przewodnik stada. Z listu wynika, że wasza mama, a moja siostra (też sobie przypomniała) jest chora i mam się wami (też sobie wybrała opiekuna) zająć. Czy tak?

Dzieci zgodnie pokiwały głowami.

— Ja ewentualnie mogę zająć się sama sobą — wtrąciła uprzejmie dziewczyna.

— Ewentualnie to zaraz ręczniki dostaniesz i pościel — wycedził w odpowiedzi.

— Więc pan ewentualnie zajmie się nimi sam — odcięła się, a Patrykowi ręce opadły.

— Jeden zero dla Nikusi — zaśmiał się chłopiec. — Czy masz wujku komputer? Mama mówiła, że tu psy, wiesz czym, szczekają, ale Internet… Ała! — krzyknął, kopnięty przez Lusię.

Patryk stał wstrząśnięty. W najgorszych, najkoszmarniejszych snach nie spodziewał się, że dostanie na wychowanie dwójkę dzieciaków i rozwydrzoną pannicę. Albo natychmiast weźmie ster w swoje ręce, albo może wyprowadzać się już teraz do stajni, oddając tym dzikusom dom.

— Słuchaj, moja panno, i was też to dotyczy — wskazał dzieci — w tym domu rządzę ja. Komu się nie podoba: droga wolna. Odwiozę na stację i bilet do Warszawy kupię. Kto zostaje ten…

— Zostaję pod warunkiem, że jest kompu… — Adaś nie zdążył skończyć.

— Zasada numer jeden: nie przerywaj przewodnikowi stada, gdy ten przemawia. Za karę obierasz ziemniaki na kolację.

— Tylko baby obierają!…

— Zasada numer dwa: jeśli nie zastosowałeś się do zasady numer jeden, obierasz ziemniaki przez cały tydzień.

Chłopiec zamrugał i przeniósł spojrzenie z mężczyzny na dziewczynę. Ta wzruszyła ramionami, bojąc się odezwać. Patryk wskazał mu stojący w kącie kuchni kosz z ziemniakami i zydel. Chłopiec zrobił wielkie oczy, ale posłusznie usiadł na niskim stołku.

— Jedno ci powiem, chłopie — Patryk uśmiechnął się lekko — nóż do tego niemęskiego zajęcia dostaniesz czadowy. — Wysunął szufladę ze sztućcami, wziął jeden z noży o pięknie rzeźbionej rękojeści, podrzucił go w dłoni, chwytając za ostrze, i cisnął przez całą kuchnię. Nóż wbił się we framugę drzwi, drgając jeszcze chwilę.

Adaś wydał pełne zachwytu westchnienie.

— Nauczysz mnie tak, wujku Patryku?

— Wszystko w swoim czasie — odparł mężczyzna, podchodząc do kredensu. Wyciągnął pachnący słońcem ręcznik i takim samym ruchem cisnął nim w Dominikę. Złapała odruchowo.

— We mnie, wujku, nie rzucaj. Mogę się przewrócić — uprzedziła rzeczowo Lusia, co wywołało pierwszy tego dnia uśmiech na surowej męskiej twarzy. — Czy gdy Adaś będzie wykonywał niemęskie zajęcie, ja mogę obejrzeć świnki Babe?

— Słucham? — Patryk uniósł brwi.

— Mama mówiła, że prowadzisz ekolologiczne gospodarstwo… — zaczęła z namaszczeniem dziewczynka.

— Ekologiczne, głupia — poprawił ją z kąta chłopiec.

— To ja idę wziąć kąpiel. — Nika ruszyła po schodach na górę, mimo że Patryk nie przypominał sobie, by jej wskazał drogę.

— Babe, wujku Patryku, świnki Babe! — Dziewczynka wzięła go za rękę i pociągnęła ku drzwiom.

Kosmaty owczarek poderwał się, machając ogonem, gotów do wyjścia. Mężczyzna bezwolnie dał się wyciągnąć na dwór.

Lusia stała z brodą opartą na poręczy, absolutnie oczarowana. Patryk, widząc zachwyt w zielonych jak liść brzozy oczach, po raz drugi tego dnia musiał się uśmiechnąć.

— Boże — westchnęła z głębi duszy dziewczynka — dwanaście świnek Babe. Coś nieprawdopodobnego! — Pokręciła głową, patrząc na różowiutkie prosięta, pracowicie ssące lochę. — Ich mama szaleju dostanie…

— Słucham?

— Nasza mama, jak daliśmy jej w kość, mówiła: „ja przez was szaleju dostanę”, a ta tutaj ma aż dwanaścioro dzieci… Jak ma na imię? — zaciekawiła się, nim zdążył odpowiedzieć, że już chyba wolałby dwanaścioro prosiąt niż ich dwoje. Teraz mała znów o coś pyta.

— Locha — odparł. — Ich mama nazywa się locha.

— Niee… — Lusia pokręciła głową. — Każda świnia samica to locha. Ja pytam jak ta locha ma na imię.

Boże — zdumiał się, myśląc o siostrze — skąd ona wzięła takie mądre dziecko?

— Nie ma imienia.

— Nie ma?! — wykrzyknęła dziewczynka z taką rozpaczą, że aż się przestraszył. — To jak się do niej zwracasz, wujku Patryku? „Ty locho”?!

— Eee… — Nic mądrego nie przychodziło do głowy temu wykształconemu bądź co bądź człowiekowi.

Lusia ponownie westchnęła i machnęła ręką.

— Jakoś temu zaradzimy. Czy mogę ją nazwać?

— Możesz — zgodził się słabym głosem.

Dziewczynka podeszła do wiadra z wodą, nabrała obie garści i chlapiąc na śpiącą spokojnie świnię, aż ta podskoczyła z kwikiem, rzekła pełnym powagi tonem:

— Chrzczę cię Marilyn Monroe.

Patryk wytrzeszczył oczy, a potem parsknął śmiechem.

— Skąd ci przyszło do głowy, dziecko, nazywać świnię „Marilyn”?!

— Na Discovery Channel widziałam, jak wodowali statek. I jeden taki ważny tak właśnie powiedział: „Chrzczę cię Marilyn Monroe”. Wziął butelkę i tą butelką…

Ale to był statek! — chciał wykrzyknąć Patryk, lecz przerwało mu wejście Adasia.

— Skończyłem, kapitanie. A Nisia nastawiła te pyrki. Tylko zapomniała jak zwykle posolić, radzę się pospieszyć, bo niezjadliwe będą…

— Chłopcze, tutaj mówimy na to ziemniaki albo kartofle. — Patryk ruszył ku domowi.

— O — zdziwił się Adaś — to jak u nas, w Warszawie.

— Z tego, co wiem, mieszkaliście na wsi — zauważył kąśliwie Patryk.

— W Zaborowie — zgodził się chłopiec. — Ale w porównaniu z tą głuszą to była Warszawa — dodał bez cienia złośliwości.

Nim ziemniaki były gotowe, Patryk zdążył rozdysponować pokoje gościnne na poddaszu, przenieść torby podróżne i pościelić łóżka. Dzieciaki mimo całodniowej podróży trzymały się dzielnie, ale widać było, że po kolacji padną na buzie. Ich opiekunka również była zmęczona. Może i nie przyleciała tego samego dnia z Irlandii, ale wielogodzinna konwersacja z tą dwójką i Sokratesa zniechęciłaby do życia.

Przy stole zachowywali się wzorowo. Może i nie używali noża i widelca — zresztą Patryk też nie (Dominika z początku próbowała trzymać się manier, ale widząc, że każdy je samym widelcem, poszła w ich ślady), lecz byli oboje grzeczni, a przede wszystkim małomówni. Oczy Lusi zaczęły kleić się do snu.

— Co napisała mama? — zapytał nagle Adaś, wskazując widelcem leżący na kredensie list. — Nie czytałem, a mogłem — dodał.

— Nie mogłeś, bo tata by cię oskalpował za czytanie cudzych listów — zauważyła dziewczynka.

— Taty tutaj nie ma — mruknął, markotniejąc nagle.

Właśnie. Dlaczego Hanka wywozi dzieci tysiące kilometrów od domu, potem odsyła je do z dawna nie widzianego brata, zamiast, skoro zachorowała, zostawić je z ojcem?

— Więc? Co napisała?

— Że jest chora i prosi, bym się wami zajął do września, a nawet dłużej — odparł, bo czekały na odpowiedź.

Adaś pokiwał smutno głową.

— I z obozu nici. A ja się z chłopakami poumawiałem… To przez niego! — krzyknął z wściekłością, rzucając widelcem o talerz.

Opiekunka posłała mu miażdżące spojrzenie, ale nim zdołała wyrzec słowo, chłopiec wycedził:

— Kazał mamie wy-pier-da-lać!!

Patryka zatkało.

Dominikę także, ale tylko na moment, w następnej chwili wstała, chwyciła chłopca pełną garścią za kołnierz i pociągnęła do zlewu. Tam — na oczach oniemiałego mężczyzny — odkręciła zimną wodę, wsadziła głowę parskającego wściekle Adasia pod kran i wyszorowała mu buzię szorstką szczotką unurzaną w płynie do naczyń.

— To nic nie zmieni!!! — wrzasnął, gdy go w końcu puściła. — Możesz mi zedrzeć jęzor, ale to nic nie zmieni! On tak właśnie powiedział! I to nie mnie powinnaś wyszorować jadaczkę, tylko jemu!!!

Pobiegł na górę z zaciśniętymi pięściami, ociekając wodą. Dominika opadła na swoje krzesło, bez apetytu dłubiąc widelcem w ziemniakach ze skwarkami.

— Tak powiedział — zwróciła się do niej z wyrzutem Lusia.

— Co nie znaczy, że wam wolno tak mówić — odwarknęła Nika.

Mała umilkła, wpatrując się w swój talerz, z którego jeszcze przed chwilą wtryniała pyszne wiejskie jedzenie. Adam zszedł, wycierając włosy.

— Gdybym nie był głodny, więcej byś mnie tu nie zobaczyła — rzucił opiekunce złe spojrzenie, siadając na swoim miejscu.

— Gdybym nie była zmęczona, wyszorowałabym ci jęzor dokładniej.

— Dosyć! — uciął Patryk. — Była wina, była kara. Skończyliśmy na tym, jak wasz tata…

— Może jej — Adam wskazał brodą Lusię — bo nie mój.

— Chłopcze, już mówiłem, czym grozi przerywanie przewodnikowi stada. Chcesz obierać te ziemniaki przez dwa tygodnie?

Dzieciak pokręcił głową, a w jego oczach błysnęły łzy. Patryk nagle się zawstydził. I swoich pytań, które powinien kierować do opiekunki, i swego zachowania, które winno być nieco cieplejsze, bo jak widać, dzieci są po przejściach.

— Pocieszę cię, że następnym razem obierasz z przewodnikiem. Tym samym czaderskim nożem. — Klepnął Adasia w plecy, ale dzieciak nie zareagował.

— Mój tata jest też twoim, tylko czasem nie ma humoru. — Dziewczynka próbowała udobruchać brata, ale ten wzruszył ramionami:

— Nasz prawdziwy tata nie żyje, jak pamiętasz, nie, ty nie pamiętasz, bo gnojek byłaś. Gabriel jest p r z y s p o s o b i o n y — to ostatnie słowo wycedził jak obelgę.

— To ty jesteś przysposobiony, jeśli już — przerwała mu Dominika. — Pan Gabriel jest twoim ojcem i w mojej obecności masz się o nim wyrażać z szacunkiem.

— Mam dosyć twojej obecności! — krzyknął chłopiec, podrywając się tak gwałtownie, że talerze szczęknęły w proteście.

Rzucił się do schodów na poddasze, ale Patryk był szybszy. Chwycił dzieciaka za nadgarstek i mimo że ten wił się, łkając, pociągnął go za sobą na ganek, a potem dalej, do ogrodu.

Tam przycisnął szlochające dziecko do piersi i trzymał dotąd, aż ucichło, opadając z sił.

— Ja też zostałem adoptowany. Wiedziałeś o tym? — zapytał cicho.

Chłopiec podniósł nań oczy mokre od łez i pokręcił głową.

— Chodź. Dokończysz kolację, prześpisz się, a rano spokojnie pogadamy. Tylko my dwaj. Bez dziewczyn. Okej?

Dzieciak pokiwał tylko głową, niezdolny jeszcze do wypowiedzenia słowa.

W jadalni Dominika kończyła zmywać naczynia, Lusia siedziała przy stole, z brodą opartą na splecionych dłoniach, patrząc przed siebie. Cała radość, z jaką tu przyjechała, zgasła nagle. Podniosła pytający wzrok na brata, przeniosła na Patryka i przyglądała się chwilę, jak dojadali zimne ziemniaki, a potem zaczęła, głosem zupełnie pozbawionym emocji:

— Mama pokłóciła się z tatą. Bardzo. Tak bardzo, że schowaliśmy się pod łóżka. Tata wyrzucił ją z domu i zakazał wracać, dopóki nie wyzdrowieje. W nocy nas wykradła i uciekliśmy do babci. Ale gdy wyjechała do sanatorium, babcia nie mogła się nami zajmować, bo jest stara jak węgiel drzewienny, i przyjechaliśmy tutaj.

Patryk słuchał, wstrząśnięty nie tyle słowami dziewczynki — w każdym małżeństwie zdarzają się kłótnie (oni z Hanką też nieraz czmychali do swoich pokojów i zatykali uszy poduszkami, by nie słyszeć), co tym tonem: martwym głosem dziecka, które przeżyło za dużo.

— Miel ozorem przed obcymi, głupia babo — prychnął Adam, znów zły i nieszczęśliwy.

— Wujek nie jest obcy. Jest rodziną! — posłała mu mordercze spojrzenie.

Chłopiec chciał sprostować, że wujek nie jest żadnym wujkiem, ale napotykając wzrok mężczyzny, ciekawego, czy to zrobi, dokończył tylko, jeszcze bardziej wściekły:

— Powiedz jeszcze, o co się pokłócili.

— Dosyć tego! — Nika zakręciła wodę. — To nie są tematy dla dzieci…

— To jak z tym przekleństwem — wpadł jej w słowo. — To, że zabronisz o tym mówić, nie zmieni tego, że…

— Idziesz na górę do swojego pokoju. Natychmiast! — Dziewczyna pochyliła się ku Adamowi. — Kładziesz się spać. Teraz!

Patryk pokręcił głową, pełen uznania dla jej postawy i głosu. On chyba nigdy nie był tak stanowczy. Dzieciak posłusznie wstał, podziękował, powiedział dobranoc i pobiegł na poddasze. Dominika tylko spojrzała na Lusię, a ta równie posłusznie ruszyła w ślady brata.

Dziewczyna patrzyła za znikającymi na schodach nóżkami, by po chwili przenieść wzrok na gospodarza domu:

— Nie zdradzę tu niczyich sekretów, bo one wszystko wiedzą, a pan powinien się dowiedzieć, tak mi przykazała pani Hania, więc powiem to teraz, żeby nie przyszło panu do głowy znów wypytywać dzieci: pan Gabriel wyrzucił panią Hanię z domu po tym, jak mało nie spadła ze schodów z Lusią na rękach. Pani Hania była wtedy kompletnie pijana. Jest teraz w Irlandii. Na odwyku.

Patryk słuchał w milczeniu.

— Czy pan pije alkohol?

Zaprzeczył.

— To dobrze. Gdyby zobaczyły pana pijanego, próbowałyby uciec, a ja miałabym wtedy problem.

— Nie piję. W ogóle — wyjąkał.

— Pewnie dlatego przysłano je właśnie tutaj — skwitowała dziewczyna. — Pójdę na górę. Adaś zbyt grzecznie mnie posłuchał. Będzie pewnie coś kombinował…

— Kombinował?

— To naprawdę fajny dzieciak, ale jak jest nieszczęśliwy, a teraz jest, czasem mu odbija i próbuje uciekać. Muszę go ugłaskać przed snem. — Uśmiechnęła się, mimo smutku i zmęczenia, a on nagle docenił i jej poświęcenie, i… urodę.

Gdy zniknęła na górze, wyszedł, zabierając ze sobą psa, pozamykał zwierzęta, a potem siadł na schodkach ganku, by w spokoju przemyśleć wydarzenia tego długiego dnia.

Z Hanką — przybraną siostrą, której rodzice adoptowali go, gdy miał siedem lat, a ona cztery — nie utrzymywał właściwie żadnego kontaktu. Drogi ich dorosłego życia po prostu się rozeszły i stykały jedynie w najważniejszych momentach. Ostatnim były chrzciny maleńkiej Anielki — córeczki Patrycji i Łukasza. Uśmiechnął się na to wspomnienie, czując ciepło w okolicy serca, po czym wrócił myślami do siostry.

Wiedział, że jej małżeństwo nie jest idealne — obydwoje z Gabrielem pasowali do siebie temperamentem i darli przysłowiowe koty, o czym było głośno również w prasie bulwarowej: Hanka była przecież gwiazdą seriali.

Do tej pory Patryk myślał, że to jest główną przyczyną kłótni w domu hrabiostwa Romockich — sława Hanki, zazdrość o piękną żonę i obecność dwójki adoptowanych dzieci, bo nie mogli mieć własnych. O tym wiedział właśnie z gazet — ilekroć widział na okładce zdjęcie siostry, nie mógł się oprzeć, by nie zajrzeć do środka i nie czytać plotkarskich bredni — okazuje się jednak, że w zaborowskim dworze rządził inny pan, z którym i tutaj Patrykowi przyszło się nie tak dawno zmierzyć: alkohol. Przeklęty po tysiąckroć alkohol…

Potarł twarz, przypominając sobie własne zmagania. Ciężko było… Z tym że on walczył w samotności, w czterech ścianach leśniczówki. Nie krzywdził nikogo oprócz siebie. Nie miał dzieci, które chowały się przed nim pod łóżkiem. I nie spadał ze schodów.

Poczuł na siostrę i jej męża nagłą złość. Sami mogli się pozabijać — to znaczy nie, nie mogli, a niech idą w diabły! — ale dlaczego robili to na oczach Adama i małej Lusi?!

Patryk lubił dzieci. Co roku przyjmował na wakacje dzieciate rodziny, nie mając nic przeciwko temu, że małe łapki przewracają mu dom do góry nogami. To dla dzieci — obcych, bo do własnych jeszcze mu się nie spieszyło — założył gospodarstwo agroturystyczne ze świnkami Babe — uśmiechnął się na wspomnienie „Marilyn Monroe” — dżersejkami, w których zakochał się po wizycie w Poczekajce, łagodnymi jak muły końmi i ptactwem, mimo że wystarczało mu obowiązków i pracy. Patrzył na zachwyt małych ludzików, śmiał się z ich zdziwienia, że mleko pochodzi od krowy, a nie z łaciatego kartonika, i dokupował nowego zwierzaka, żeby w przyszłe wakacje zachwytów i zdziwienia było jeszcze więcej.

Patryk lubił też kobiety. Dziewczęta zawsze kręciły się wokół przystojnego leśniczego, a i on nie stronił od mniej czy bardziej poważnych miłostek. Lubił kobiety: ich dotyk, zapach, głos, smak. Lubił kochać i być kochanym. Rzadko jednak wpuszczał którąś do swej samotni: leśniczówki w Zmyślonej. To była jego jaskinia. Jego terytorium.

Swe „ukochane” zapraszał do restauracji czy hotelu — stać go było, bo też na grafice zarabiał duże pieniądze. Czasem wybierał bardziej ekstremalne miejsca na skonsumowanie co apetyczniejszego dziewczęcia: przednie siedzenie toyoty, polanę głęboko w lesie, rozpadający się tapczan w opuszczonym siedlisku, siano w czyjejś stodole czy nawet stary poniemiecki nagrobek na leśnym cmentarzyku — seks z Patrykiem Jeziorowskim nie był nudny, o nie! Ale żadna z kobiet nie mogła się poszczycić, że rozdziewiczyła jego łóżko.

Żadna też nie przekroczyła progu jego kuchni — nie licząc oczywiście wczasowiczek, ale na goszczące u niego kobiety Patryk dla zasady nigdy nie zapolował. Były nietykalne nie tylko jako goście, ale dlatego że każda miała męża i dzieciaki. I choć niejedna obrzucała pana leśniczego głodnym wzrokiem, nigdy żadnej nie sprowokował do niczego więcej: pozwalał się podziwiać, czy nawet konsumować w marzeniach, jednak gościna była świętością. Nie zależało mu również na nożu w plecach, wbitym przez zazdrosnego małżonka.

Panowie więc, po pierwszych dniach podejrzliwego popatrywania na rywala, nabierali pewności, że Patryk albo nie chce, albo nie może, i z pełnym zaufaniem, szczególnie wzmocnionym paroma głębszymi, oddawali swe rodziny w jego ręce.

Oni całymi dniami siedzieli nad stawem, usiłując wyłuskać z mętnej wody coś więcej niż smętnego karaska, ich żony zaś, pogodziwszy się z faktem, że do pięknego gospodarza mogą li tylko powzdychać, znikały wraz z dziećmi na całe dnie w lesie, by wieczorami smażyć konfitury z jagód, objadać się poziomkami z cukrem czy wreszcie obierać i suszyć grzyby.

Przez siedem lat od ukończenia studiów Patryk wiódł więc spokojny żywot samotnika z wyboru, otoczony sympatią i adoracją płci pięknej.

Tę sielankę zburzyła Martyna. Śliczna jak marzenie stażystka, która trafiła podczas ferii zimowych do nadleśnictwa. Stała się natychmiast obiektem westchnień wszystkich zatrudnionych tam mężczyzn: od najmłodszego — Piotrka, po najstarszego — nadleśniczego, który nie mógł jednak pozwolić sobie na nic więcej, niż dogadzanie młodej pracownicy a to herbatką z konfiturą malinową domowej roboty, a to drożdżowym rogalikiem, upieczonym poprzedniego wieczoru przez żonę, a to…

Martyna przyjmowała te karesy niemal ze znudzeniem, bo też przywykła do takiego traktowania. Do nadleśniczego uśmiechała się promiennie, Piotrka obdarzała wyniosłym spojrzeniem księżnej pani, lecz modre oczy Miss Nadleśnictwa rozbłysły dopiero na widok Patryka, który wrócił z delegacji dwa dni po nastaniu stażystki. Ten również, obrzuciwszy zgrabne, apetycznie krągłe, lecz szczupłe ciało dziewczyny jednym długim spojrzeniem, uśmiechnął się lekko, a w tym półuśmiechu było więcej obietnic niż w całym słoiczku malinowych konfitur.

Od pierwszej chwili zaczął się namiętny romans Patryka i Martyny, z którego nie robili specjalnie tajemnicy, wychodząc z założenia, że w tak małym środowisku wszyscy wcześniej czy później — raczej jednak wcześniej niż później — będą wiedzieli nie tylko kto, gdzie, z kim, ale również kiedy i jak.

W pracy trzymali przyzwoity dystans, za to po godzinach… wybuchał szał ciał.

Patryk miał wiele kobiet, ale Martyna w sztuce miłosnej biła tamte na głowę. Niezmordowana, chętna, pełna inwencji i magicznych doprawdy sztuczek, uzależniła od siebie młodego mężczyznę tak szybko i tak skutecznie, że gdy po tygodniu — nadąsana, bo nie kupił jej jedwabnej koszulki, kosztującej ni mniej, ni więcej tylko połowę jego pensji — odmówiła wyjazdu „w teren”, Patryk wrócił do domu niemal chory.

Zarwał noc, a to próbując powściągnąć palące pożądanie, a to walcząc z godnością, by nie włamać się do sklepu z bielizną, nie ukraść koszulki i nie zanieść trofeum wybrance, błagając o wybaczenie, to znów przerzucając szuflady w poszukiwaniu c z e g o k o l w i e k, co ułagodzi obrażoną Martynę. Gdy odzyskiwał zdolność rozumowania, siadał ciężko na łóżku, do którego nie zaprosił żadnej kobiety, i rozmyślał, jak uwolnić się od „ukochanej”, bo zauroczenie zaczynało przeradzać się w obsesję. Chwilę potem znów zalewała go fala pożądania, gdy przypomniał sobie dziewczynę w… albo z… albo nad… albo… i znów zaczynał krążyć po domu, jak oszalały kocur poszukujący choć namiastki kotki.

Nad ranem, wymęczony jak po seksualnym maratonie, powlókł się pod dom Martyny, poczekał, aż ukochana spłynie w ślicznej, dziewczęcej, a co najważniejsze przykrótkiej, sukience wprost w jego spragnione ramiona, i wyrzekł głosem nabrzmiałym pożądaniem:

— Kupię ci tę koszulkę.

Martynka obdarzyła go w nagrodę słodkim buziakiem prosto w usta, aż przechodząca sąsiadka sapnęła z oburzenia, po czym miauknęła, uśmiechając się figlarnie:

— Nie chcę już koszulki. Chcę pierścioneczek. Ten z brylantem i rubinami. Pokazywałam ci go, gdyśmy pojechali do Wielunia. I żebyś w kościółku mi go nałożył.

Patryk, tulący do siebie dziewczynę, zesztywniał. I to niekoniecznie tak, jakby sobie tego życzyła. Już mniejsza o to, że pierścionek był parę razy droższy od jedwabnego ciuszka. Jednak koszulka w zamian za namiętne chwile to jedno, a zaręczyny w „kościółku” to zupełnie co innego. Gdy miotał się po domu nocną porą, taka myśl przychodziła do głowy zrozpaczonemu samcowi, jakim wtedy był, ale teraz, w chłodzie poranka, ślub z dziewczyną, o której wiedział tylko tyle, że jest dobra w łóżku, był pomysłem co najmniej niepokojącym. Wypuścił więc ukochaną z objęć, mamrocząc coś o zwózce drewna.

I wtedy piękna Martyna, niczym przekupka z rynku, wzięła się pod boki i jak się nie wydrze na pół wioski:

— Jak dupę obrabiać na sianie, toś pierwszy, a gdy chcę po bożemu, przed ołtarzem przysięgać, to zwózkę masz? A bachora kto będzie wychowywał? Bo ja sama na pewno nie!

— Jakiego bachora? — zdołał wykrztusić.

— Jak to jakiego?! Twojego! A kto mnie od tygodni dzień w dzień obraca?! Nadleśniczy?!

Tu Patryk mało się pod ziemię nie zapadł z podwójnego — gdzie tam podwójnego! — z potrójnego wstydu. Nie dość, że ujrzał Martynkę taką, jaka była, rozwrzeszczaną bazarówę, nie dość, że skompromitowała i jego, i siebie na oczach całej wsi, to jeszcze rzucała podejrzenie na szefa, a ten reputację miał nieskalaną. Bo słoiczki z konfiturami nie były jeszcze zdradą.

W momencie olśnienia Patryk odzyskał swą niewątpliwą inteligencję, która w ostatnich dniach, widać, wzięła wolne, chwycił Martynkę za rękę, zaciągnął do apteki i rzucił do pani magister:

— Test ciążowy proszę.

Potem wyrywającą się dziewczynę wepchnął na zaplecze, otworzył kopnięciem drzwi do ubikacji i warknął:

— Sikaj.

Martyna próbowała sztuczki z awanturą, ale zakneblował ją słowami:

— Sikaj albo dzwonię do twoich rodziców, że córkę na dziwkę wychowali.

— Korzystać to korzystałeś!

— Ale nie szantażowałem prostacko i po nadleśniczych nie jeździłem. Więc? — Podetknął jej pod nos opakowanie z testem.

Strzeliła go w twarz i wypadła z apteki, płacząc i złorzecząc.

Wyjechała następnego dnia, mszcząc się donosem i na Patryka, i na nadleśniczego, i na Bogu ducha winnego Piotrka nawet. Wszyscy trzej mieli nieprzyjemności, lecz tamci znieśli to ze stoickim spokojem — ot klęska żywiołowa, była, minęła, ale Patryk… Patryk nie mógł sobie Martyny darować, bo też żadna z przelotnych miłostek i zauroczeń nie zrobiła zeń takiego idioty.

Tłumaczył mu nadleśniczy, że kobiety już są takie wredne: „Jak dajesz, to dobre, jak się postawisz, to do gardła skaczą, z torbami puszczą”. Tłumaczyli przyjaciele: „Masz szczęście, chłopie, że cię o molestowanie nie oskarżyła!”. Nawet biedny Piotrek, któremu też się dostało, pocieszał: „Nic to, szefie, dobrze, że mamy furiatkę z głowy”. Lecz Patryk czuł się jak idiota, bo choć znienawidził piękną i durną Martynę, to nadal na każde jej wspomnienie robiło mu się ciasno w spodniach. A na to żadne tłumaczenia nie pomagały. Tylko wódka. Patryk zrobił więc to, co każdy normalny mężczyzna zrobiłby na jego miejscu: zaczął pić.

Uśmiechnął się do siebie na te niewesołe wspomnienia, wstał, przeciągnął się, aż zaprotestowały zmęczone brakiem ruchu mięśnie. Przyłożył odruchowo dłoń do blizny na obojczyku. Zamyślony spojrzał w stronę majaczącej za łąkami ściany lasu. Ciemnej, nieruchomej, przyzywającej i odpychającej zarazem. Mało brakowało, a ten właśnie las, który Patryk kochał bardziej niż cokolwiek na świecie (a już na pewno bardziej od zdradliwej Martyny), stałby się jego grobem…

Do dziś miał w pamięci wieczór, gdy — czuwając z kumplem na ambonie — zalewali smutki czystą z sokiem porzeczkowym. Patryk „świętował” stratę sympatii, Robuś to samo, z tym że swoją sympatię zdążył poślubić. Ucztowali więc, mniejsza o buszujące w oziminie dziki, zagryzając palący trunek chlebem ze smalcem i ogóreczkiem, gdy Robert podniósł się, wymierzył i strzelił.

— Yba trawiłem — wybełkotał do Patryka. — Ide sprawziź.

— Ja pójdę — zaofiarował się nieco trzeźwiejszy Patryk. — Tylko mnie nie ustrzel.

Powiedział to w złą godzinę.

Zszedł po drabinie, ruszył przez pole i zniknął w mroku. Strzał padł, gdy wracał z nieudanego „polowania”. Krzyknął z bólu, chwytając się za bark. Koszula momentalnie nasiąkła krwią. Po chwili dopadł go nagle trzeźwy Robert.

— Trzymaj się, bracie — błagał, wybierając drżącymi rękami numer pogotowia, ale Patryk wytrącił mu telefon z ręki, mdlejąc niemal z bólu.

— Wsadzą cię — wyszeptał. — Zawieź mnie do domu. Wcisnę im jakiś kit.

Pamiętał do dziś bladą jak śmierć twarz przyjaciela. Krew na rękach jego i własnych. Ból odbierający zmysły. I tę pełną determinacji pewność, że to był wypadek, że on — Patryk — sam sobie zasłużył na kulę. Że to on Roberta mógł po pijaku postrzelić, a nawet zabić, więc jest Robertowi winien alibi.

Tej nocy właśnie, gdy samotnie leżał w szpitalnym łóżku, już po tym, jak klnący go niewybrednie lekarz zszywał ranę, przyrzekł sobie, że: po pierwsze kończy z polowaniem, po drugie kończy z sekscesami, po trzecie i najważniejsze — kończy z piciem. Na drugi dzień po wypisie wychylił ostatnią flaszkę. Nieprzytomnego znalazł w oborze właśnie Robert. I to on docucił przyjaciela, by rano zawieźć Patryka wprost na odwyk.

Jeszcze teraz, na samo wspomnienie oddziału pełnego alkoholików telepanych delirką i narkomanów na głodzie, dostawał gęsiej skórki, choć sam pewnie wyglądał nie lepiej, gdy po raz pierwszy stanął w drzwiach oddziału, które po chwili zamknęły się za nim na długie tygodnie. Właśnie to było najlepszą motywacją, by wytrwać: pozbawienie wolności i to straszne miejsce, które po paru pierwszych dniach mógł swobodnie nazwać drugim domem. Domem wariatów. Ku swemu zdumieniu, po początkowym szoku, skonstatował, że zamknięci tu są tak samo potłuczeni jak on — owszem, nałogowcy, którzy zrujnowali nie tylko swoje życie, ale i życie swych najbliższych, niektórzy wyciągnięci z samego dna, ale też nie gorsi od niego: wykształceni, oczytani, niebiedni, w sile wieku. Choroba, podstępnie jak jadowity wąż, wślizgnęła się do uporządkowanego życia tych mężczyzn, zostawiła po sobie zgliszcza, a na koniec sprawiła, że musieli zmienić lokum z rodzinnego domu na oddział leczenia uzależnień.

I tak jak Patryk byli zdecydowani: nigdy więcej.

Gdy po dwóch miesiącach żegnał się z towarzyszami niedoli, wiedział, że już nigdy nie przekroczy progu tego przybytku — ta nauczka wystarczyła na resztę życia.

Był początek wakacji. Patryk miał zamiar rzucić się w wir pracy i domowych obowiązków, by zapomnieć o piekle, przez które przeszedł, ale ta sama pani doktor doradziła mu odpoczynek.

— Zachetać się zawsze zdążysz, moje dziecko — tak rzekła do niewiele młodszego Patryka. — Teraz masz czas i okazję, by odpocząć od życia. Być może ostatnią, bo kochliwy jesteś i tylko patrzeć, jak przygruchasz przyszłą panią Jeziorowską. Młoda żona, potem jedno dziecko, drugie i z nostalgią wspomnisz ostatnie kawalerskie lato w Zmyślonej…

— Pani Aniu, jeśli pani ma na myśli siebie, sugerując rychły ślub, to jestem za, a nawet przeciw. Pal licho wakacje od życia. Żona, dzieciaki, stosy pieluch suszących się w ogrodzie, i te małe słoiczki, wszędzie, wszędzie! Co sobie będę żałował!

Już przy rychłym ślubie zaczęła chichotać, przy słoiczkach śmiała się serdecznie.

— Mam własne słoiczki, o które mój Tomek się potyka. A Karolek produkuje tyle pieluch, że nie nadążam z dostawą. Tak więc dziękuję za te z serca płynące oświadczyny, ale może w innym wcieleniu…

— Serce mi pani łamie! — Chwycił się teatralnym gestem za pierś i osunął na oparcie krzesła. — Ale co racja to racja — spoważniał. — Jestem tym wszystkim zmęczony. Wakacje to wakacje.

I tak zamknął dom przed letnikami.

Czarcia trójka — Adaś, Lusia, Dominika — spadła nań jak piorun z jasnego nieba. Ale w przeciwieństwie do pioruna nie było szans na uziemienie gości. Burza była dopiero przed nim.

— Cholera — mruknął, przeciągając dłonią po twarzy. Pepsi natychmiast do niego podeszła, położyła mu głowę na kolanach i spojrzała z miłością w oczy. — Ty jesteś Pepsi, nie cholera. — Uśmiechnął się, gładząc sukę po łbie. — Coś mi się zdaje, że tym razem będziemy mieć same kłopoty…

Wstał i poszedł na górę, by zajrzeć do dzieci, z nadzieją, że Adasiowi nie odbiło i jednak nie będzie uciekał tej nocy, i… serce zamarło mu w pół uderzenia, gdy ujrzał puste łóżko dzieciaka. Nie pukając, wpadł do pokoju Dominiki, by budzić ją, wzywać policję, najlepiej z psami tropiącymi… Wpadł, zatrzymał się jak wryty i wypadł tak samo nagle, zawstydzony swoim wtargnięciem. Odwrócił się przez ramię, nie mogąc oderwać wzroku od łapiącego za serce obrazka: na wąskim łóżku gnieździli się we trójkę, dziewczyna obejmowała przez sen wtulonego w nią chłopca, a do jej pleców przylgnęła Lusia, ssąc kciuk.

Patryk przełknął głośno, bo gardło ścisnęło mu się niczym pięść, po czym zamknął cicho drzwi.

Wstał skoro świt, nieco nieprzytomny — przyjazd gości zawsze wytrącał go z wypracowanego przez lata rytmu — i w towarzystwie wiecznie radosnej Pepsi doczłapał do obory. Podłączył do dojarek krowy, które patrzyły na swego właściciela ze zdziwieniem w wielkich oczach: co też on, na Boga, wyrabia o tej nieludzkiej porze?! W odpowiedzi na to całkiem słuszne pytanie przysnął w pustym boksie, w którym składował siano, czekając na koniec udoju. Zlał mleko do chłodziarki i wypuścił zwierzęta, nadal zdegustowane — „dałbyś nam pospać, człowieku!” — na pastwisko.

Przeszedł do stajni, by przeprowadzić na dalszą łąkę równie zaspane konie. Gdy skończył oporządzać świnie, słońce wskazywało na siódmą rano. Zwykle zjadłby o tej porze śniadanie i ruszył do pracy lub zajął się gospodarstwem, dziś jednak nie chciał budzić gości tłuczeniem się po kuchni. Poszedł więc na obchód. Jak zawsze sam. Z nieodłącznym psem.

Wrócił koło dziesiątej, czując się, jakby miał kaca. Nie dość, że był wściekle głodny, to jeszcze słońce, świecące prosto w czerwone z niewyspania oczy, sprawiało Patrykowi niemal fizyczny ból. Marzył o szybkiej kąpieli i krótkiej drzemce, ale całkiem apetyczny widok roznegliżowanej dziewczyny sprawił, że zapomniał i o głodzie, i o zmęczeniu…

Dominika wybrała sobie na opalanie się dosyć dziwne miejsce: mając dookoła łąki, sad i ogród, rozłożyła leżak pośrodku zakurzonego podwórka. Podchodząc do dziewczyny, obrzucił wzrokiem konesera zgrabne opalone na brąz nogi, szczupłą talię i pełne piersi. Podniosła nań wzrok znad książki. Przechylił głowę: Diuna Herberta. Dosyć dziwna lektura jak na takie dziewczę.

— Cześć. Gdzie dzieciaki?

Cisza w obejściu wydała się Patrykowi, który często gościł rodziny z dziećmi, podejrzana.

— Lusia w chlewie, Adaś kombinuje — poinformowała go, wracając do książki.

— Chyba nie weszła do tej lochy?! — wykrzyknął przerażony. — Ona potrafi być niebezpieczna!

— Kto? Lusia? — Dziewczyna parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała. — Gdyby weszła do lochy, nie opalałabym się tutaj tak spokojnie. Odsypia.

— Kto? Locha?

— Nie. Lusia. — Nika spojrzała na mężczyznę jak na półgłówka. — Nie wyspała się w nocy i odsypia.

Ale ten już nie słuchał, pędząc przez podwórko do chlewni.

Wpadł i stanął jak wryty.

Kojec, który zajmowała locha o imieniu Marilyn Monroe, przedzielony był na dwie części metalowymi prętami, tak by prosięta, bez obawy o przygniecenie, mogły spać po drugiej stronie, w głębokiej słomie, pod grzejącą je od góry żarówką. Zagrzebana w tej właśnie słomie pod tą właśnie żarówką, obejmując przytulone do niej prosiaczki, spała dziewczynka, ssąc kciuk. Był to widok tak niesamowity i rozczulający, że Patrykowi, który uważał się za twardego faceta, stanęły łzy w oczach. Otarł je pospiesznie, przypominając sobie drugą część odpowiedzi na pytanie o dzieci. Wypadł na zewnątrz.

— Gdzie Adaś i co kombinuje?

Nika podniosła nań oczy po raz drugi.

— W tym największym pokoju. Stoi pod gablotą ze sztucerem i kombinuje, jak się do niego dobrać.

— Ze… ze sztucerem?! I ty mówisz o tym tak spokojnie?!

— Tak właśnie: spokojnie. Dopóki kombinuje, ma zajęcie. Gdybym zobaczyła go z bronią w ręku, nogi bym mu z cytopyge powyrywała, o czym Adaś doskonale wie. — Odwróciła kartkę, pogrążając się w lekturze.

— Boże, dziewczyno, ty to masz nerwy — rzucił, mijając ją biegiem.

Wzruszyła ramionami, a jego nagle olśniło: „opalała się” dokładnie pośrodku, między kombinującym Adasiem — słysząc, co się dzieje w domu, i śpiącą Lusią — słysząc, co się dzieje w chlewni. Obejrzał się na Nikę, kręcąc głową z szacunkiem. Nawet on by tak nie wykombinował.

— Cześć, mały. — Potargał chłopcu włosy, stając za nim. Spodziewał się, że Adaś zareaguje czymś w rodzaju: „nie jestem mały”, ale nie. Wpatrzony w zawieszony wysoko pod sufitem piękny sztucer myśliwski i zanurzony we własne mroczne myśli, dzieciak nie odpowiedział.

— Nic z tego, facet. — Patryk podążył za jego spojrzeniem. — Jest zamknięty na klucz.

— Wiem — odmruknął Adaś. — Próbowałem otworzyć.

Mężczyznę zatkało.

— Zołza Nika tak mi przylała, że spadłem ze stołu.

— I dobrze! — krzyknął Patryk, nagle odzyskując głos.

— Ale co dobrze? Że wiem, że spadłem, czy że mi przylała? — Chłopiec spojrzał nań ponuro.

— To broń. Prawdziwa! — odrzekł groźnie Patryk. — Jeżeli zobaczę, że po nią sięgasz…

— To też wiem: nogi z dupy mi powyrywasz. To nie moje słowa, tylko Dominiczki! To jej jęzor przydałoby się wyszorować — uprzedził potencjalny protest opiekuna. — Tak tylko stoję i wzrok sycę… — Utkwił ów nienasycony wzrok z powrotem w strzelbie, a Patryk z trudem pohamował śmiech. — Po co ci on, wujku Patryku? Na bandytów?

— Jestem leśniczym — przypomniał mu tamten. — Czasem muszę odstrzelić chore zwierzę.

— Ale nie wiszą tu żadne wypchane łby. — Adaś rozejrzał się.

I tutaj ciemną boazerię zdobiły tylko obrazy i fotografie.

— Nie gustuję w cmentarzu na ścianach — skrzywił się lekko Patryk. — W zabijaniu też nie.

— Trochę szkoda — westchnął chłopiec. — Zabrałbyś mnie kiedyś na łowy. Chociaż… ja też nie gustuję w zabijaniu.

Patryk wybuchnął głośnym śmiechem. Nie mógł się powstrzymać.

— Ale broń mi kiedyś pokażesz, wujku Patryku? Żebym nie musiał kombinować?

— Pokażę. Chodź, przygotujemy kobietom śniadanie…

Biedna Lusia, ze źdźbłami słomy w kasztanowych włoskach, kiwała się przy stole. Zasypiała na siedząco, mimo to dzielnie usiłowała coś przełknąć i nie paść twarzą w talerz.

— Jakie one słodkie — mruknęła, nadgryzając parówkę.

— Parówki? Słodkie? — zdziwił się Adaś, z ciekawości sięgając po jedną.

— Prosiaczki, głupku — mruknęła Lusia.

— Dominika, jak ona będzie mówiła do mnie „głupku”, to ja będę mówił do niej „idiotko” — uprzedził chłopiec.

— Czy moglibyście przynajmniej na początku pokazać się z lepszej strony? — westchnęła dziewczyna.

— Pokazuję się z najlepszej, pod warunkiem, że ona nie mówi do mnie „głupku” — odparł Adaś, wskazując widelcem siostrę. — Ej, coś z nią nie tak — zauważył.

Lusia pozieleniała nagle na twarzy. Nika złapała ją wpół i skoczyła do zlewu. Zdążyły w ostatniej chwili.

Gdy przypadł do nich Patryk, dziecko przelewało się przez ręce.

— Ona nie jest śpiąca! Ona ma gorączkę! — wykrzyknął przerażony.

— Widzę. I to sporą — skwitowała dziewczyna, siląc się na spokój. Wiedziała, że w takich przypadkach panika nic nie da. — Jest tu jakiś lekarz? Nie. Myślę, że trzeba wezwać pogotowie, znów zaczyna… — Przechyliła głowę dziecka do przodu.

— To te kluski samolotowe — zawyrokował Adaś ponuro. — Stracę przez nie jedyną siostrę…

Dalszych jego wywodów Patryk już nie słyszał, dzwoniąc po karetkę.