125 osób interesuje się tą książką

Opis

Wydaje się to niemożliwe, ale kolejna książka Jess Ryder wkręca jeszcze bardziej niż "Wszystkie nasze tajemnice"

Związki to nie jest prosta sprawa. A miłość wymaga poświęceń.

Gdy Stella znajduje wymarzony dom, Jack godzi się z tym, że muszą opuścić tętniący życiem Londyn. Kiedy Jack mężnie znosi niekończący się remont i długie dojazdy, Stella przymyka oko na jego coraz późniejsze powroty. A kiedy w ich nowym domu pojawia się uciekająca przed mężem Lori, Jack zgadza się dać jej schronienie – wie, że to ważne dla Stelli.

Ale miłość też ma swoje granice.

W tym thrillerze kłamią wszyscy. Cena, jaką za to zapłacą, ich zaskoczy.

Z każdym kolejnym ustępstwem Jack i Stella brną w coraz większe i większe kłamstewka. Wymarzony (albo jak woli Jack: cholerny) dom nie ułatwia sprawy: dziecięce rysunki pod tapetą w jednym z pokoi napawają grozą, znalezione w innym zapiski wprowadzają niepokój, a przeszłość budynku będącego kiedyś schroniskiem dla ofiar przemocy domowej nie daje nadziei na szczęśliwe rodzinne gniazdko.

Do tego wszystkiego Lori, która wie o domu zaskakująco dużo. A nawet – podejrzanie dużo. I ochoczo nie tylko pomaga Stelli w remoncie, lecz także doradza w problemach z Jackiem. Pytanie tylko: jaki ma w tym interes?

Wyśniony dom staje się pułapką. Podobnie jak sieć kłamstw, w którą wszyscy zdają się wplątani. Ale nie wszystkim uda się uciec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkim kobietom ocalałym z przemocy domowej

Prolog

Nocne niebo przypominało pole bitwy: płonęło, skrząc się kolorami. Odgłosy eksplozji sprawiały, że serce raz po raz skakało jej do gardła. Kręciło się jej w głowie, jakby sama miała zaraz wzbić się w górę i rozpaść na milion błyszczących kawałeczków. Była rzymskim ogniem, petardą, cudowną fontanną złotego deszczu.

Powietrze zgęstniało od przesiąkniętego siarką dymu, który można było poczuć tylko w Noc Guya Fawkesa. Dymu przenikającego ubrania i utrzymującego się na włosach jeszcze przez wiele dni. Ten zapach przywodził jej na myśl dzieciństwo. Spotkania z sąsiadami w przydomowych ogródkach, wypisywanie swojego imienia w powietrzu zimnym ogniem, tupanie nogami, żeby odzyskać czucie w zmarzniętych palcach u stóp. Przypalone kiełbaski, smażona cebula i keczup. Ojcowie wyjmujący sztuczne ognie ze starych puszek po herbatnikach i organizujący mizerne widowiska – ogniste koła, które nie chciały się kręcić, fajerwerki bez przekonania plujące ogniem i lądujące w krzakach róż. „To były proste, niewinne czasy”, pomyślała. Jednak teraz zapach prochu już zawsze będzie się jej kojarzył z tą konkretną nocą.

Grunt był grząski po wielodniowych opadach deszczu. Doszła aż do krańca ogrodu, długa trawa lizała jej kostki, a błoto przesiąkało przez podeszwy kapci. O dziwo, nie czuła zimna. Oddychała szybko i płytko – dziecko było tak duże, że nie mogła swobodnie napełnić płuc. Chwyciła się płotu, żeby odzyskać równowagę. Maleństwo kopnęło, przyciskając się do ściany jej łona.

Fajerwerki huczały, syczały i trzaskały, podpalając niebo. Gorące iskry migotały wokół i rzucały blask na jej postać. Obeszła pryzmę kompostową, badając stopą grunt. Kucnęła, nie przejmując się tym, że skraj szlafroka ciągnie się jej po wilgotnej ziemi, i podniosła kilka martwych liści zgniłych od deszczu.

Tak, to odpowiednie miejsce. Wokół nie było świadków, wszyscy zgromadzili się w parku. Obejrzą wielki finał pokazu sztucznych ogni, zaliczą jeszcze kilka atrakcji w wesołym miasteczku, przespacerują się po straganach, a potem powoli zaczną się rozchodzić, zatrzymując się po drodze na frytki czy ostatniego drinka. Wrócą do domów i pójdą prosto do łóżek. Mogłaby tu spędzić całą noc i nikt by nie zauważył.

Przewidział ten wieczór, ostrzegał ją przed nim tysiące razy. Ostateczny atak, którego wyczekiwała, ale tylko dlatego, że nie mogła już dłużej znieść napięcia.

Strach, jaki przed nim czuła, naznaczył ją trwale niczym tatuaż. Chociaż sińce oraz ślady po oparzeniach i ugryzieniach zbladły, nigdy nie miały do końca zniknąć. Stanowiła dla niego dzieło w toku. „Pewnego dnia cię wykończę”, mawiał często, a ona nie miała powodów, by wątpić w jego słowa.

Głośny krzyk przeszył powietrze. Podniosła wzrok i zobaczyła ogromną rakietę wzbijającą się w przestworza. Fajerwerk na moment wstrzymał oddech, po czym eksplodował, ochlapując niebo kroplami ognia czerwonymi jak krew.

Nowe życie, które w sobie nosiła – miała nadzieję, że to dziewczynka – zwinęło się w kłębek w jej łonie.

– To tylko sztuczne ognie, głuptasku – wyszeptała, gładząc twardy brzuch. – Nie masz się czego bać. Jesteśmy już bezpieczne.

1

Stella

Teraz

Otulam się ciaśniej kocem i spoglądam w morze. To mój ulubiony pokój – mała narożna wieżyczka na samej górze. Przez okrągłe wykuszowe okno widać słońce wędrujące ze wschodu na zachód. Pomieszczenie znajduje się dość wysoko i mogę obserwować wodę, ignorując wszelkie ślady ludzkiej egzystencji – podwójne żółte linie, wiatę autobusową, zielony trawnik upstrzony ławkami, dachy kabin plażowych układające się w zygzakowaty wzór. Mogę udawać, że otaczają mnie tylko błoto, morze i niebo.

Czy raczej mogłabym, gdyby mój majster tak nie hałasował. Zasłaniam uszy dłońmi, daremnie próbując stłumić odgłosy uderzeń. Łoskot trwa od samego rana i nie da się od niego uciec nawet tu. Mam wrażenie, jakby robotnik siedział mi w głowie i tłukł w moją czaszkę.

Ten malutki pokoik tuż pod okapem dachu to najcieplejsze miejsce w całym domu. Wspinam się tutaj co rano, gdy Jack już wyjdzie do pracy, i obserwuję przypływy i odpływy. Nie potrafię się oderwać od tego widoku. Nawet, gdy szaleje sztorm i morze jest wzburzone, wciąż wydaje mi się spokojne w porównaniu z tym, co dzieje się na dole.

Piłowanie, wiercenie, łomotanie, dudnienie, zrywanie i wyburzanie… Dom przypomina teren rozbiórki, jednak w przeciwieństwie do naszego majstra my nie możemy go opuścić pod koniec dnia. Od tygodni obozujemy w jednym z salonów na dole, zdani na łaskę zawodnego bojlera i prysznica, z którego ledwie cieknie woda. Jest tak zimno, że wieczorami nie mogę znieść rozbierania się do snu.

Styczeń to idiotyczna pora na zaczynanie robót, ale nie mieliśmy wyboru. Minęło sześć miesięcy, nim transakcja zakupu została sfinalizowana, bo dom należał uprzednio do organizacji charytatywnej i członkowie zarządu odczuwali potrzebę głosowania nad każdą, nawet najdrobniejszą decyzją. Potem nie mogliśmy znaleźć ekipy budowlanej, która podjęłaby się remontu za kwotę, jaką byliśmy gotowi zaoferować. Koniec końców wywiesiłam ogłoszenie na tablicy w lokalnym supermarkecie i na szczęście zgłosił się Alan. To miły gość, ale prawie wszystko robi sam, a jest po pięćdziesiątce i nie należy do najszybszych pracowników na planecie.

Zanim się tu przeprowadziliśmy, stworzyłam tablice inspiracji dla każdego z pomieszczeń, wybrałam próbki farb, materiałów i tapet, powycinałam z czasopism zdjęcia dywanów i lamp. Wiedziałam dokładnie, jak będzie wyglądać każda przestrzeń, które meble kupimy i gdzie je postawimy. Ale z czasem mój entuzjazm osłabł. Trudno mi sobie wyobrazić obskurne pokoje na pierwszym piętrze przeistoczone w cztery obszerne sypialnie. Im więcej czasu spędzam w ponurej kuchni rodem z lat siedemdziesiątych, tym większe mam problemy z wizualizacją jasnej, przestronnej dobudówki, którą planujemy zaaranżować, z wielkimi świetlikami i podwójnymi harmonijkowymi drzwiami.

Mewa ląduje na dachu tuż przed oknem i stroszy na zimnie tłuste pióra. Wbijam wzrok w wodnisty horyzont i próbuję wzbudzić w sobie ekscytację, którą czułam, gdy po raz pierwszy oglądaliśmy to miejsce. Był wtedy czerwiec, jeden z najgorętszych dni w roku. Słońce świeciło na chabrowoniebieskim niebie, a kanał La Manche migotał niczym Morze Śródziemne.

Nigdy wcześniej nie byliśmy w Nevansey. Wiedzieliśmy tylko, że leży kilka mil od modnego Whitstable, pełnego galerii sztuki, sklepów ze starociami i restauracji serwujących ostrygi. Domy tam były też znacznie tańsze. Wystarczyło jedno spojrzenie na zaniedbane nabrzeże, sklepiki z pamiątkami, kręconą zjeżdżalnię i gigantyczny dmuchany zamek, żeby zrozumieć dlaczego. Może kiedyś to miasteczko uchodziło za przyjemny nadmorski kurort, ale czasy świetności miało już dawno za sobą.

Jack od razu chciał zawrócić na dworzec, ale mieliśmy umówione spotkanie z agentką nieruchomości i uznałam, że to byłoby niegrzeczne z naszej strony, gdybyśmy się nie pojawili. Towarzyszyło mi też dziwne przeczucie – pomimo mało obiecującego otoczenia – że dom, który mieliśmy obejrzeć, mógł się okazać „tym jedynym”.

Pozostawiliśmy za sobą kiczowaty salon gier i ruszyliśmy nadmorską drogą, szumnie nazywaną tu esplanadą. Upał był nieznośny i czułam, że się odwodniłam. Żałowałam piwa, którym popiłam wcześniej rybę z frytkami. Gdy wspinaliśmy się na wzgórze, wachlowałam się prospektem reklamowym. Mijając po drodze kilka nudnych bungalowów, zastanawialiśmy się, gdzie też może się znajdować nieruchomość zwana Westhill House. Wzięliśmy zakręt i nagle ukazała się naszym oczom – oddalona od innych domów, postawiona na rozległej narożnej działce.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. W każdym razie dla mnie, bo dla Jacka nie za bardzo. Dom wydawał się jeszcze większy niż na zdjęciach w internecie. Miał okna po obu stronach wejścia, parter i dwa piętra. Osiem sypialni, cztery pokoje na dole, piwniczkę, oranżerię i ogromny, zarośnięty ogród. Wymagający generalnego remontu, lecz z nieograniczonym potencjałem. Rewelacyjny dom dla dużej rodziny, twierdzili agenci. Staliśmy w milczeniu, zaskoczeni, patrząc na popękaną kamienną elewację, gnijące ramy okienne, połamane, porośnięte mchem dachówki, kamery nadzorujące na ścianach i zardzewiałą skrzynkę alarmową nad frontowymi drzwiami. Pomarańczowe smugi spływały po brudnej białej fasadzie niczym łzy po twarzy dziecka.

– Jest idealny – powiedziałam.

Jack prychnął lekceważąco.

– Muszę przyznać, że widoki są tu niesamowite, ale ten dom to rudera. Remont pochłonąłby cały twój spadek, do ostatniego pensa.

– Nie obchodzi mnie to – wyszeptałam. – Właśnie tego by dla mnie chcieli.

Zbliża się już druga po południu, a wozu dostawczego jak nie było, tak nie ma. Powinnam zejść do kuchni i przygotować sobie lunch, jednak Alan hałasuje tak bardzo, że nawet nie usłyszę pukania do drzwi. Z głodu burczy mi w brzuchu, więc niechętnie opuszczam swój punkt obserwacyjny i schodzę piętro niżej.

Przenośne radio ryczy jak zwykle, nastawione na złote przeboje. Alan podśpiewuje, uderzając do rytmu młotkiem kamieniarskim. Zaglądam do środka akurat w chwili, gdy część ścianki działowej pada na podłogę. Grudy tynku rozsypują się po ziemi, a chmura szaroróżowego pyłu wzbija się w powietrze i przyprawia mnie o kaszel.

– Nie wchodź tutaj! – Alan przekrzykuje muzykę. – Jest niebezpiecznie, reszta ściany może runąć lada chwila.

– Nastawiam wodę na herbatę. Napijesz się?

Uśmiecha się szeroko.

– Nigdy nie odmawiam filiżanki. Dzięki, złotko.

Pozwalam mu kontynuować wyburzanie i schodzę na parter do kuchni, jak zawsze krzywiąc się na widok pokrytych tłuszczem starych szafek, lakierowanej sosnowej boazerii na suficie i pomarańczowo-brązowych płytek. Włączam czajnik i w momencie, gdy sięgam po pudełko herbaty, słyszę auto wtaczające się na podjazd.

Otwieram drzwi frontowe, a zimny podmuch morskiego powietrza uderza mnie mocno w twarz. Średniej wielkości furgonetka z różowym, pełnym zawijasów napisem „Słodkich Snów” parkuje na popękanym bruku. Kierowca wysiada i rusza w moją stronę.

– Czy to Westhill House?

Kiwam głową z entuzjazmem.

Drugi koleś wysiada i otwiera tylne drzwi wozu.

– Duże podwójne łóżko i materac z pianki wysokoelastycznej. Mamy to dla pani złożyć, zgadza się?

– Tak, bardzo proszę. Śpimy w tej chwili na dole, więc gdyby mogli panowie przynieść to tutaj.

Podnoszą materac i idą za mną do naszej prowizorycznej sypialni służącej jednocześnie za salon.

Zerkają na panujący w niej bałagan, a ja czuję, że się czerwienię. Pod ścianami piętrzą się kartonowe pudła, nasze ubrania zwisają z haczyków niczym wątpliwe dzieła sztuki, pudło po pizzy leży porzucone na biurku, kable elektryczne ciągną się niebezpiecznie po podłodze. Dmuchany materac, na którym do tej pory spaliśmy, jest niepościelony, a brudne ciuchy kłębią się w jednym z kątów. Chyba powinnam była posprzątać przed ich przyjazdem. Nie żebym miała gdzie pochować wszystkie te rzeczy.

Zabierają się za składanie ramy łóżka, a ja wycofuję się do kuchni, żeby dokończyć parzenie herbaty. Trzymam kciuki, żeby ta niespodzianka poprawiła humor Jackowi. Dąsa się od czasu naszej kłótni sprzed kilku dni, jednej z tych szybkich, paskudnych pyskówek, które biorą się znikąd, wywoływane zmęczeniem i alkoholem.

– Mam już dość życia w takich warunkach – powiedział. – Plecy mnie bolą od tego dmuchanego materaca, od tygodni nie wziąłem porządnego prysznica, a jeśli będę musiał zjeść jeszcze jedno gotowe danie, chyba się zabiję.

– Ja mam gorzej. Ty przynajmniej spędzasz cały dzień w eleganckim biurze. A ja muszę tkwić w tym jednym pokoju.

– To ty chciałaś kupić ten dom.

– To była wspólna decyzja!

– Nieprawda. To były twoje pieniądze, nie mogłem cię powstrzymać.

– Tak, moje pieniądze, bo moi rodzice nie żyją – podsumowałam, wybuchając płaczem.

Czułam się okropnie, że wykorzystałam ich śmierć, aby wygrać kłótnię. Następnego dnia pojechałam do jednego z tych ogromnych podmiejskich centrów handlowych i kupiłam najlepszą ramę łóżka i najwygodniejszy materac, jaki znalazłam. To niespodzianka. Można nawet powiedzieć, że przeprosiny.

Dziś wieczorem zmuszę się, żeby wyczyścić płytę kuchenną i chociaż raz ugotować dla nas domowy posiłek. Zaledwie spaghetti bolognese, ale kupiłam też świeży parmezan i butelkę przyzwoitego chianti. Zaczniemy od nowa. Porządne jedzenie, porządne wino, porządne łóżko. Może dla odmiany czeka nas nawet porządny seks.

Pięć godzin później serce mi skacze na dźwięk klucza obracającego się w zamku. Biegnę do lustra, sprawdzam makijaż i poprawiam fryzurę. Zamiast zwyczajowej workowatej bluzy i dżinsów mam na sobie obcisłą czarną sukienkę. Założyłam błyszczące kolczyki, które kupił mi na urodziny.

– Hej, wróciłem! – woła Jack.

Szybko rozglądam się po salonie. Nowe łóżko jest świeżo pościelone. Świeczki migoczą na półce nad kominkiem, butelka wina stoi wyczekująco na biurku, którego używamy jako stołu. Pomimo panującego wokół chaosu atmosfera jest niemal romantyczna.

Jack wchodzi, rozpinając kurtkę.

– Mój Boże! Cóż to za niespodzianka? – pyta z uśmiechem.

– Uznałam, że miarka się przebrała. To podwójne łóżko, większe niż to, które mieliśmy w starym mieszkaniu.

– No właśnie widzę. – Siada i zaczyna podskakiwać na materacu. – Nie za twardy, nie za miękki. Świetny wybór, Stello.

– Tak się cieszę, że jesteś zadowolony. Mieliśmy co prawda zaczekać, aż nowa sypialnia będzie gotowa, ale…

– Nie, nie, dobrze zrobiłaś. – Pada na plecy, rozciąga wszystkie kończyny niczym rozgwiazda i wciąga powietrze w płuca. – Czy ty coś gotujesz?

Pędzę do kuchni, żeby nałożyć jedzenie, tymczasem Jack otwiera butelkę chianti i nalewa nam po kieliszku.

– Ta-dam! – Wkraczam z powrotem do środka z talerzami parującego spaghetti. – Wiem, że to nie MasterChef, ale przynajmniej zjemy domowy posiłek.

– Wszystko będzie lepsze od tego gówna, które jadaliśmy ostatnio – mówi, po czym się reflektuje: – To znaczy… jestem pewien, że będzie przepyszne.

Makaron i wino najwyraźniej robią swoje, bo już wkrótce leżymy przytuleni na nowym łóżku i oglądamy film, chociaż bardziej zajmuje nas gra wstępna. Dłoń Jacka wślizguje się pod mój biustonosz i czuję, jak sutek mi twardnieje. Przytulam się do niego mocniej, delikatnie pieszczę jego kark. Nie kochaliśmy się od tak dawna, że niemal zapomnieliśmy, jak się to robi. Spoglądam w jego ciemne brązowe oczy i uśmiecham się figlarnie. Kiwa powoli głową na ten sygnał i zamyka pokrywę laptopa.

Sprawy szybko nabierają tempa. Ściągamy z siebie ubrania i już wkrótce miotamy się po łóżku i całujemy zapamiętale.

– Kocham cię – szepczę. – Przepraszam za to wszystko. Myślisz, że kupno tego domu to był błą…

– Przymknij się – mruczy, rozsuwając mi nogi. – Nie chcę teraz o tym myśleć. Chcę tylko ciebie.

Przywieram do niego, zaciskając palce na jego zgrabnych pośladkach, i zaczynamy się kołysać.

Nagle rozlega się łomot. Wzdrygam się nerwowo.

– Co to było?

– Mmm… nic. Pocałuj mnie.

– Nie, posłuchaj! Ktoś dobija się do drzwi.

– No i co z tego?

Łup, łup, łup. Brzmi to tak, jakby ktoś uderzał w drzwi pięścią.

– Jak myślisz, kto to może być? Co powinniśmy zrobić?

Jack unosi głowę.

– Olej to.

Uderzenia stają się coraz głośniejsze i bardziej natarczywe.

– Może Alan czegoś zapomniał?

– Jeśli to on, to niech poczeka sobie do jutra.

– Nie, to nie może być Alan. Przecież on ma klucze.

Łup, łup. Ktokolwiek to jest, nie ustępuje. Wyplątuję się z objęć Jacka i sięgam po szlafrok.

– Nie otwieraj. Pewnie jakiś dostawca pomylił adresy.

Łup, łup, łup.

– O tej porze? Może to policja.

– A czego chciałaby od nas policja? – pyta Jack, siadając. – To niedorzeczne.

Ale ja wiem, że walenie do drzwi nie ustanie, dopóki nie otworzę. Wybiegam boso do lodowatego przedpokoju, szybko zawiązując pasek szlafroka.

– Kto tam?! – krzyczę.

Widzę ciemną postać przyciśniętą do zbrojonego szkła.

– Proszę, wpuść mnie! Proszę! – To kobiecy głos.

Pochylam się i wołam przez otwór na listy:

– Kim jesteś?! Czego chcesz?!

– Potrzebuję pomocy!

W przedpokoju pojawia się Jack owinięty ręcznikiem.

– Co się tu dzieje?

– Na zewnątrz jest kobieta. Mówi, że potrzebuje pomocy.

– Co? To może być jakiś podstęp, Stello. Nie otwieraj.

Ale przed oczami stają mi rodzice. Wyobrażam sobie, jak leżeli zakrwawieni na poboczu w tamten ciemny, deszczowy wieczór. Może oni też wołali o pomoc, ale nikt nie zareagował. Gdyby jakiś kierowca się zatrzymał, gdyby jakiś przechodzień zauważył wypadek i zadzwonił po karetkę, udałoby się ich uratować. A ja nie musiałabym żyć z tym poczuciem winy. Może właśnie dostałam szansę, by się zrehabilitować za te wszystkie okropne rzeczy.

Nie zastanawiam się dłużej i otwieram drzwi na oścież.

2

Stella

Teraz

Kobieta robi kilka chwiejnych kroków, po czym osuwa się na ziemię. Mocno uderza o zimne płytki i przetacza się na bok. Przez chwilę leży kompletnie nieruchomo, słychać tylko jej ciężki oddech. Spoglądamy na nią.

– Co do…? – mruczy Jack.

Twarz kobiety jest paskudnie posiniaczona, warga opuchnięta, a z kącika ust sączy się krew. Smugi zaschniętej krwi znaczą też przód jej sportowej bluzy, a spodnie do joggingu są brudne i poplamione. Na nogach ma kapcie. Żadnego płaszcza, żadnych skarpetek. Do piersi przyciska brązową damską torebkę. Za nią, na progu, stoi mała czarna walizeczka, w rozmiarze, jakiego używam, gdy wyjeżdżam gdzieś tylko na weekend.

– Co się stało? – pytam, kucając przy niej.

– Drzwi – mamrocze przez opuchnięte wargi.

– Co? Ktoś tam jest? Jack, zamknij te drzwi, na litość boską! Ona jest przerażona.

Jack staje w progu i wygląda na zewnątrz, w ciemność.

– Nikogo nie widzę.

Wraca do środka, wprowadza walizkę do przedpokoju i zamyka za sobą drzwi.

– Ktoś próbował cię okraść?

Kobieta kręci głową.

– Nie martw się – mówię łagodnym głosem. – Zaopiekujemy się tobą. – Podnoszę wzrok na Jacka. – Powinniśmy wezwać policję? Karetkę?

– Nie! Żadnej policji! – Kobieta gwałtownie kręci głową. – Żadnej karetki.

– Ale zostałaś napadnięta.

– Nie! Oni powiedzieli, że to w porządku… Żadnej policji…

– Kto powiedział, że to w porządku? Ten drań, który ci to zrobił?

– Nie! Nie… telefon… Przez telefon.

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

– Kim jesteś? – pyta Jack nieufnie. – Co tutaj robisz?

– Nie przejmujmy się tym teraz. W którymś kartonie jest podręczna apteczka – zwracam się do niego. – Spróbuj ją znaleźć.

Jack ani drgnie.

– Ale my nic o niej nie wiemy…

– W tej chwili to nie ma znaczenia. Jest ranna. Znajdź jakąś maść odkażającą, plastry, cokolwiek. I włącz czajnik. Potrzebujemy gorącej wody.

– Powinniśmy zadzwonić na policję.

– Ale ona tego nie chce. Proszę, po prostu poszukaj apteczki. I włóż coś na siebie.

Jack odwraca się na pięcie, obrażony, i znika w salonie.

Z powrotem skupiam uwagę na kobiecie.

– Jesteś w stanie usiąść? – pytam, a gdy kiwa głową, mówię: – Pozwól, że ci pomogę. Jestem Stella. Jak ty się nazywasz? – Ostrożnie ją podtrzymuję.

– Lori – mamrocze. – Cześć. – Sztywno porusza głową i rozgląda się wokół, zdezorientowana.

– Jesteś pewna, że nie chcesz pojechać na ostry dyżur?

– Nie. To znaczy tak, jestem pewna. Nie potrzebuję szpitala. I żadnej policji.

– Ale zostałaś napadnięta, Lori. Musisz to zgłosić. Jak to się stało? Kto ci to zrobił? Ktoś obcy, czy ktoś, kogo znasz?

Lori zaciska powieki.

– To jest Westhill House, zgadza się?

– Tak… – potwierdzam ostrożnie.

– Przyjmujecie każdego, bez żadnych pytań. Nie wzywacie policji, chyba że o to poprosimy. Nigdy nikogo nie odsyłacie, tak powiedzieli.

– Kto tak powiedział?

– Pracownica telefonu zaufania.

– Co takiego? Naprawdę mi przykro, ale chyba doszło do jakiejś pomyłki.

– Nie, wszystko się zgadza – mówi ona stanowczo. – To jest Westhill House. Schronisko.

– Schronisko?

– Tak! Dla ofiar przemocy w rodzinie.

Myślę o pomieszczeniach na górze, kamerach, alarmach i zbrojonym szkle we wszystkich drzwiach wejściowych.

– Cóż, nie wiem, może kiedyś to było schronisko, ale już nie jest. Dom długo stał pusty, a teraz to własność prywatna. Naprawdę mi przykro, ale udzielono ci błędnej informacji…

Kobieta łapie mnie za ramię.

– Proszę, kochana, proszę, nie odsyłaj mnie! Nie mam dokąd pójść. Musiałam uciec, żeby ratować życie. On będzie mnie szukał. Jeśli mnie znajdzie, przysięgam, że mnie zabije. Proszę, błagam cię, pozwól mi zostać.

W głowie mi się kręci od sprzecznych myśli. Właśnie wpuściłam do domu kompletnie obcą osobę – chyba oszalałam. Skąd mogę wiedzieć, czy ona mówi prawdę? Ale potem patrzę na jej obitą twarz i opuchnięte, zakrwawione wargi.

– Najpierw cię obmyjemy – decyduję, po czym pomagam jej wstać.

Prowadzę ją do salonu i sadzam na krawędzi naszego nowego łóżka, gdzie zaledwie kilka chwil wcześniej kochaliśmy się tak namiętnie. Lori rozgląda się, obejmując wzrokiem wymowną scenerię – pozostałości romantycznej kolacji wciąż stojące na biurku, migoczące świeczki, wypalone niemal do cna, puste kieliszki splamione rubinową czerwienią. Ubrania, które zerwał ze mnie Jack, leżą na podłodze. Pościel jest skotłowana.

– Przepraszam za bałagan – mówię, dyskretnie wkopując biustonosz i majtki pod łóżko. Skąpy szlafroczek ledwie skrywa moją nagość, a bose stopy skostniały mi z zimna. – Koczujemy tutaj, dopóki remont się nie skończy.

– Aha. – Lori zaciska kolana i mocniej przytula do siebie torebkę, jakby zawierała całe jej życie.

Jack, już ubrany w dżinsy i koszulkę, przynosi mi apteczkę, a ja otwieram opakowanie jałowych gazików. Lori krzywi się, gdy próbuję zmyć jej z twarzy zaschniętą krew.

– Przepraszam. Masz małe skaleczenie na kości policzkowej. I chyba krew ci leci z ust.

– Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, gdy mnie uderzył.

– Powinien cię zbadać lekarz – wtrąca Jack.

Lori kręci głową.

– Nie, nic mi nie będzie… bywało gorzej.

– Proszę. Więcej nie mogę zrobić.

Zaklejam skaleczenie plastrem. Lori podnosi wzrok i posyła mi słaby uśmiech.

– Dziękuję, jesteś aniołem. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybyś mi nie otworzyła.

Jack gapi się na nią, marszcząc nos z obrzydzeniem.

– Kto ci to zrobił?

– Mój mąż – odpowiada kobieta cicho.

– Jezu… Dlaczego?

– Nie wchodźmy teraz w szczegóły – mówię, rzucając mu znaczące spojrzenie. – Uciekła, tylko to się liczy. Jesteś bardzo dzielna – dodaję, zwracając się do Lori.

– No nie wiem. – Patrzy na swoje brudne różowe kapcie. – Pewnie wyglądam okropnie. Nawet nie zdążyłam włożyć butów. – Łzy stają jej w szarych oczach i ociera je rękawem. – Ale przynajmniej żyję, prawda? Ledwie.

Wszyscy milkniemy na moment.

– Napijesz się wody? Albo herbaty?

– Herbaty, proszę, jeśli robisz.

– Chyba wszystkim nam się przyda. – Zerkam na Jacka, a on daje mi sygnał, że chce ze mną porozmawiać. – Zaraz wrócę – rzucam do Lori i wychodzę za nim z salonu.

Idziemy do kuchni, a on zamyka za nami drzwi. Na jego twarzy maluje się irytacja.

– Wiem, co sobie myślisz, ale ona nie może tu zostać – syczy.

– Dlaczego nie?

– Dlatego! Nie wiemy, kim jest ani co tutaj robi…

– Właśnie nam powiedziała. Nazywa się Lori i uciekła od męża, który ją pobił.

– Skąd mamy wiedzieć, czy mówi prawdę?

Napełniam czajnik wodą i włączam go w nadziei, że szum zagłuszy naszą rozmowę.

– Tylko popatrz, w jakim jest stanie! Nie możemy jej wyrzucić. Mąż mógł ją śledzić. Może czai się teraz na zewnątrz i na nią czeka. A co, jeśli zamorduje ją na ulicy? Nigdy byśmy sobie tego nie wybaczyli.

– Jeśli ten koleś jest na zewnątrz, tym bardziej powinniśmy wezwać policję. Niech oni się tym zajmą.

– Ona nie chce ich w to mieszać.

– To głupie. Dlaczego nie, do licha?

– Nie wiem, Jack, musi mieć swoje powody. Może im nie ufa.

Jack prycha. Nie potrafi tego pojąć.

– Cóż, a może ja nie ufam jej. Dlaczego przyszła akurat tutaj? Dlaczego wybrała nas?

– Najwyraźniej w tym domu było kiedyś schronisko.

Jack patrzy na mnie w osłupieniu.

– No wiesz, dla ofiar przemocy domowej. Lokalizacje takich miejsc są trzymane w sekrecie.

– Och. Rozumiem… – Zastanawia się przez chwilę. – Skoro to sekret, skąd o nim wiedziała?

– Zadzwoniła na telefon zaufania i podali jej ten adres.

– Co to była za infolinia?

– Nie wiem. Powiedzieli jej, żeby przyszła tutaj, a ktoś się nią zaopiekuje. To oni się pomylili. To nie jej wina.

Jack bierze głęboki wdech.

– Okej, okej, to chyba ma sens. Ale już nie ma tu schroniska, prawda? – Patrzy na mnie twardo.

Wrzucam torebki z herbatą do kubków i zalewam je wrzątkiem.

– Jest północ. Ta kobieta jest ranna, przestraszona i w szoku. Nie wyrzucimy jej teraz na dwór. Może się przespać w drugim salonie na dmuchanym materacu. Damy jej śpiwór. – Mijam Jacka, żeby wyjąć mleko z lodówki. – To żaden problem.

– Przeciwnie – denerwuje się Jack. – Nic o niej nie wiemy.

– Niech tu zostanie tylko na tę jedną noc. Jutro pomogę jej znaleźć schronisko. – Biorę dwa kubki. – Bądź miły, Jack, proszę. Zrobisz to dla mnie?

Zostawiam go w kuchni, żeby mógł dalej się dąsać, a sama wracam do naszego gościa.

– Słodzisz? – pytam, wchodząc do salonu w nadziei, że nie słyszała naszej rozmowy.

– Nie, dziękuję. Wystarczy, że jest ciepła.

Podaję jej kubek, a ona przyciska go do poplamionego krwią topu.

– Naprawdę przepraszam za to najście. Powiedzieli mi, że mogę się tu pojawić w każdej chwili bez pytania.

– Nie martw się, to nie twoja wina. Udzielono ci błędnej informacji.

– Wiem, ale czuję się okropnie… – Milknie na moment i z niepokojem zerka w stronę drzwi. – Mam wrażenie, że twój mąż nie jest zbyt zadowolony z mojej obecności.

– On nie jest moim mężem. I nie ma nic przeciwko, oboje chcemy ci pomóc. Mamy dmuchany materac, na którym możesz się dziś przespać. Pościelę ci w drugim salonie. Ale niestety cały dom to teraz jeden wielki plac budowy.

– Wszystko będzie lepsze niż noc spędzona na ulicy. Jesteś wspaniała, dziękuję.

– Proszę, przestań mi dziękować. Naprawdę nie ma sprawy. Spróbuj trochę odpocząć, a rano pomyślimy, co dalej robić.

*

Gdy wreszcie kładziemy się do łóżka, jest niemal pierwsza w nocy. Leżę w ciemnościach, nasłuchując oddechu Jacka, i rozmyślam o Lori, którą umieściliśmy w drugim salonie. Padła już ze zmęczenia czy może dalej nie śpi? Zdziwiłabym się, gdyby mogła zasnąć po tym, przez co dziś przeszła.

Przekręcam się na bok i wsłuchuję w odgłosy domu. Mam wrażenie, jakby obudził się z długiego snu, przecierał oczy i rozciągał członki. Słyszę, jak cicho oddycha, deski podłogowe skrzypią niczym stare kości, zardzewiałe rury bulgoczą i kaszlą. Ile zmaltretowanych kobiet zapukało w przeszłości do tych drzwi, rozpaczliwie błagając o pomoc? Mogły być ich setki, a może nawet tysiące.

Jack jest na mnie wściekły, ale ja nie mogłam jej odprawić. Po prostu nie mogłam. Dzięki Bogu, że byliśmy w domu dziś wieczorem. A co, gdybyśmy jej nie otworzyli? Gdyby mąż ją śledził i zadźgał na naszym podjeździe nożem kuchennym? Porzucił umierającą w kałuży krwi? Drżę na samą myśl i odpędzam od siebie brutalną wizję, zastępując ją obrazem kobiety bezpiecznie otulonej śpiworem w salonie naprzeciwko. Wiem, że postąpiłam słusznie. Ten jeden raz mama i tata byliby ze mnie dumni.

3

Kay

Wtedy

Była połowa lutego i w sklepie roiło się od symboli miłości. Plakaty w oknach, czerwone girlandy z proporczyków wiszące między półkami, misie z serduszkami przyszytymi do brzuszków, breloczki do kluczy w kształcie serduszek, foliowe baloniki, które ocierały się o jej twarz za każdym razem, gdy otwierała kasę. Kartki z kondolencjami i życzeniami powrotu do zdrowia zostały ukryte w szufladach, jakby uważano, że nikt nie będzie na tyle bezczelny, by zachorować albo umrzeć o tak romantycznej porze roku.

Kay uporządkowała torebki prezentowe pomieszane przez klienta, zrzędząc cicho pod nosem. Spędzała w tym sklepie pierwsze walentynki i miała nadzieję, że ostatnie. To nie było miejsce dla samotnej matki. Była zdeterminowana, żeby za rok mieć inną, lepszą pracę. Oby w Miss Selfridge.

Przez ostatnie dwa tygodnie z zazdrością patrzyła na młodych mężczyzn przekraczających próg z zażenowaniem, jakby właśnie wchodzili do sex-shopu. Chociaż, jeśli miała być szczera, większość klientów płci męskiej była starsza i nawet, jeśli nie nosili obrączki, wyglądali, jakby byli żonaci. To wydawało się jej trochę głupie, wysyłać kartki walentynkowe do kogoś, kogo już się zdobyło, ale z drugiej strony wspaniale byłoby mieć tak romantycznego męża. Wspaniale byłoby w ogóle mieć męża…

„Teraz już żaden mężczyzna cię nie zechce”, obwieściła jej matka, gdy Kay wyznała, że jest w ciąży. Miała wtedy zaledwie piętnaście lat. Ojcem dziecka był hiszpański kelner, którego poznała podczas rodzinnych wakacji w Torremolinos. Był oszałamiająco przystojny i kochały się w nim wszystkie dziewczęta mieszkające w hotelu Cascada. Nazywał się Miguel Angel, a „g” w drugim imieniu wymawiał jako intrygujące, chrapliwe „h”. Przemycił jej do coca-coli kilka darmowych szotów bacardi, a potem zaproponował, aby spotkali się po tym, jak skończy zmianę. Położyła się do łóżka o tej samej porze, co rodzice, ale godzinę później zakradła się z powrotem na dół. Alkohol ją rozzuchwalił i puszyła się z dumy – ze wszystkich Angielek kelner wybrał akurat ją. Nie przyszło jej do głowy, że zrobił to, bo ją najłatwiej było zbałamucić.

Poszli na plażę i położyli się na ciemnym, chłodnym piasku nieopodal rowerów wodnych. Zadarł jej sukienkę i ściągnął majtki, drażniąc przy tym poparzone słońcem uda. Była dziewicą. Aż do tamtej chwili jej doświadczenia z chłopcami ograniczały się do niezdarnego obmacywania piersi, paskudnej malinki na szyi i nieco zbyt wilgotnego buziaka. Jednak Miguel Angel miał dziewiętnaście lat i uważał, że należy mu się coś więcej niż kilka pocałunków. Nie zamierzała pójść na całość, ale była pijana, a jej znajomość hiszpańskiego ograniczała się do zwrotów por favor i gracias. Zanim zdołała go powstrzymać, już było już po wszystkim. Okazał się raczej diabłem niż aniołem.

– Wybrakowany z ciebie towar – skwitowała jej matka, ale o dziwo rodzice pozwolili Kay zatrzymać dziecko.

Coraz trudniej było jej przypomnieć sobie rysy twarzy Miguela. Każdego dnia widziała jednak jego cudowne ciemne oczy i gładką oliwkową skórę, gdy patrzyła na córkę. Abigail miała teraz cztery latka i właśnie poszła do przedszkola.

Kay zerknęła na zegarek i zaczęła się zastanawiać, co dziewczynka w tej chwili robi. Trwała poranna przerwa, więc pewnie biegała po placu zabaw albo bawiła się w coś z przyjaciółmi. Była rozkosznym dzieckiem, otoczonym przez ubóstwiających je dorosłych. Kay wyrównywała kartki i przekładała je na właściwe miejsca, rozmyślając o tym, że rodzice okazali jej wiele życzliwości. Zawiodła ich, ale oni jej nie wyrzucili. Uwielbiali wnuczkę, wręcz ją rozpieszczali, ale gdy tylko poszła do przedszkola, tata podsunął Kay wieczorną gazetę i powiedział, żeby poszukała sobie pracy.

Ubiegała się o zatrudnienie w kilku miejscach, głównie w sklepach odzieżowych, bo wiedziała, że pracownicy dostają dziesięć procent zniżki na zakupy, ale tylko Many Congratulations zaprosiło ją na rozmowę kwalifikacyjną i z miejsca zaproponowało jej posadę. Szefowa pozwoliła jej tak dopasować grafik, żeby mogła zawozić małą do przedszkola i ją stamtąd odbierać. Od poniedziałku do piątku pracowała od dziewiątej do piętnastej, a potem nadrabiała długą zmianą w soboty. Jej matka pilnowała wtedy dziecka, ale nie zamierzała tego robić cały boży dzień, więc Kay od miesięcy nie miała wolnego sobotniego wieczoru. Czuła, że wciąż odpokutowuje tamtą gorącą sierpniową noc sprzed pięciu lat.

Czyjś kaszel wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się i zobaczyła młodego mężczyznę trzymającego w dłoni kilka walentynkowych kartek. Ułożył je w wachlarz, jakby był iluzjonistą. „Wybierz kartę, dowolną kartę…”

– Czy mogłaby mi pani pomóc? – zapytał. Był wysoki, miał kwadratową szczękę i niebieskie, paciorkowate oczy. Nosił elegancki płaszcz w stylu Crombie i niegniotące się spodnie. – Nie wiem, którą wybrać.

– To dla żony czy dla dziewczyny?

– Ani dla żony, ani dla dziewczyny… jeszcze. – Zarumienił się odrobinę i rozpiął górne guziki płaszcza.

Jeśli się nie myliła, pod spodem miał oryginalną koszulę marki Ben Sherman – bladobłękitną, z kołnierzykiem na guziki. Zgadywała, że był mniej więcej w jej wieku, musiał mieć dwadzieścia jeden, najwyżej dwadzieścia dwa lata. Był zdecydowanie zbyt przystojny, żeby nie mieć partnerki.

Przyjrzała się kartkom, które wybrał, bardzo do siebie podobnym. Ewidentnie był romantykiem, stawiał na serduszka, kwiaty i misie o słodkich mordkach. Niektóre walentynki miały satynowe kokardki i mnóstwo brokatu, który lepił mu się do palców.

– Jaka ona jest?

– Bardzo ładna. – Zmrużył oczy, jakby obserwował ją przez matową szybę. – Szczupła, ale nie za chuda. Piękne włosy. Świetne nogi. Ujmujący uśmiech.

– Chodziło mi raczej o jej charakter.

– Och! Powiedziałbym, że jest bardzo życzliwa. To naprawdę miła osoba, ale szczerze mówiąc, nie znam jej za dobrze.

– W takim razie wybrałabym coś gustownego i niezbyt krzykliwego. Nie chciałby pan jej odstraszyć.

– Słusznie. – Pokiwał głową.

– Ja wybrałabym tę. – Wskazała na kartkę pośrodku wachlarza, przedstawiającą bukiet polnych kwiatów, różowych, niebieskich i fioletowych na białym tle. Srebrny brokat migotał między płatkami, a w prawym górnym rogu było wytłoczone małe srebrne serduszko.

– Zatem postanowione. Dziękuję. – Wyciągnął kartę z talii i podał jej, by zapakowała ją do torebki.

Gdy nadeszła trzecia po południu, ucieszyła się, że wreszcie może wyjść z pracy. Zatrzymała się przy bramie przedszkola, wypatrując śniadej buzi córeczki, i znowu pomyślała o jej ojcu. Zastanawiała się, co teraz robi Miguel Angel. Minęło pięć lat, spokojnie mógł być już żonaty. Może Abigail miała przyrodnich braci lub siostry. Od czasu do czasu Kay bawiła się myślą o powrocie do Torremolinos, by go odszukać. Ale właściwie po co? Nie znała jego nazwiska ani adresu. Pewnie w ogóle jej nie pamiętał, a nawet gdyby sobie przypomniał, wyparłby się ojcostwa. Wycierpiała już wystarczająco dużo upokorzeń.

– Mamusiu! Mamusiu! – Abigail podbiegła do niej i objęła jej nogi.

Kay pogłaskała miękkie, ciemne loki córki i odpędziła głupie myśli.

– Chodź, małpeczko, wracajmy do domu.

Był czwartek, dzień ryby z frytkami. Tata zawsze kupował ją na kolację, gdy wracał z pracy. Jedli prosto z papierowych rożków położonych na tacach, siedząc przed nowym kolorowym telewizorem, i popijali mocną herbatą. Potem Kay kąpała Abigail i kładła ją do łóżka. Dziewczynka nie marudziła i szybko zasypiała, szczególnie od kiedy zaczęła chodzić do przedszkola. Później rodzice wyskakiwali do pobliskiego pubu, żeby pograć w rzutki.

Wszystkie koleżanki Kay miały chłopaków, kilka było zaręczonych, a jedna właśnie wyszła za mąż. Abigail wyglądała ślicznie jako malutka druhna, ale sama uroczystość stanowiła dla Kay udrękę. Stała samotnie wśród gości, nie miała pary przy stole i czuła się zbędnym elementem grupowego zdjęcia. Nie zamierzała więcej przez to przechodzić.

– Pora na kolację! – zawołał tata, przekraczając próg w oparach octu winnego. Za plecami trzymał jeszcze jedną torebkę. Matka Kay zbiegła po schodach w nowej bluzce i z ustami umalowanymi różową szminką.

– Co tam masz? – zapytała, drocząc się z nim. Zawsze kupował jej pudełko czekoladek i kartkę z okazji Dnia Zakochanych.

– Dowiesz się w swoim czasie – odparł, całując ją w policzek. – Jutro wszystko się okaże.

Kay z brzękiem odłożyła sztućce na blat. Cholerne walentynki. Nie dało się przed nimi uciec…

Tata wszedł do kuchni i podał jej torbę z jedzeniem do rozpakowania. Trzy dorsze z frytkami i marynowane cebulki. Zawsze to samo, nigdy nie kupował niczego nowego, nigdy nie pytał, czy dla odmiany nie mieliby ochoty na kurczaka, zapiekankę z pieczarkami albo chociaż łupacza zamiast dorsza. Kay musiała się podzielić swoją porcją z Abigail, ale nie miała nic przeciwko, bo i tak uważała na figurę. Rozłożyła jedzenie na tacach, podczas gdy jej mama robiła herbatę. Usadowili się w salonie i jedli w milczeniu, oglądając lokalne wiadomości. Abigail skakała po sofie, skubiąc frytki i zostawiając tłuste ślady na sukience. Kay zastanawiała się, czy jej sytuacja kiedykolwiek się odmieni. Czy kiedykolwiek będzie miała własną rodzinę?

Następnego ranka wstała wcześnie, żeby zrobić Abigail śniadanie przed wyjściem do pracy. Cieszyła się na ten dzień. Wprawdzie był czternasty lutego, jednak z handlowego punktu widzenia walentynki już się skończyły. Po lunchu wszystko zostanie spakowane, włącznie z kiczowatymi girlandami. Kartki dla chorych i pogrążonych w żałobie wrócą na półki, a na wystawie pojawi się kolekcja z okazji Dnia Matki. Kay lubiła porządkować towar, czuła wtedy, że ma nad czymś kontrolę.

– Dzień dobry, moja droga – zaszczebiotała Sandy, jej szefowa, wpuszczając ją do środka.

Była miłą kobietą, ale odrobinę leniwą. Jeśli klientów nie było za dużo, chowała się na zapleczu i pogrążała w lekturze romansideł. Kay, jako szeregowa ekspedientka, nie mogła usiąść nawet na chwilę i pod koniec dnia stopy paliły ją z bólu. Mimo wszystko starała się nie narzekać. Zresztą czas szybciej mijał, gdy nieustannie była czymś zajęta.

– Coś do ciebie przyszło. Ktoś zostawił to na wycieraczce. – Sandy wskazała na białą kopertę leżącą na kasie. Kay sięgnęła po nią i przeczytała: „Dla dziewczyny o lśniących blond włosach”.

– Skąd wiesz, że to dla mnie? – zapytała z wahaniem, kładąc palce na klapce koperty.

– To proste. Jesteś jedyną blondynką, która tu pracuje.

Puls jej przyśpieszył, gdy rozrywała kopertę. To była walentynkowa kartka. Co zabawne, taka sama jak ta, którą wybrała wczoraj dla tamtego mężczyzny. Otworzyła ją i przeczytała wiadomość.

Na górze róże, na dole fiołki,

Czy mogę zaprosić cię na lunch?

Pierwsza po południu będzie ci odpowiadać?

Zaśmiała się mimowolnie. Jakże była głupia. Nawet przez sekundę nie pomyślała, że z nią flirtował, że to ona była jego tajemniczą walentynką. Jak ją opisał? Szczupła, ładne nogi, uroczy uśmiech – jakoś tak.

Och, był wtedy taki czarujący.

4

Stella

Teraz

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Przeczytaj też inny thriller Jess Ryder

Wspaniały dom, kochający mąż Nicky i Emily, moja piękna córeczka. Żyłabym jak w bajce, gdyby nie ona – Jen, była żona mojego męża. Zawsze w potrzebie, zawsze w pobliżu, nie pozwala o sobie zapomnieć. Nigdy nie zostawi nas w spokoju.

Uciekaj, póki możesz.

Gdy Nicky i Emily przepadają bez śladu, moje życie zmienia się w koszmar.

Muszę odzyskać córkę. Za wszelką cenę.

Przyjmę każdą pomoc, nawet ze strony Jen. Ale czy mogę zaufać kobiecie, której miejsce zajęłam?

Tylko ona wie, kogo poślubiłam…

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32

Tytuł oryginału: The Dream House

Copyright © by Jess Ryder, 2019

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2020

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Kleszcz

Redakcja i korekta: d2d.pl

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: Jayne Szekely / Arcangel, Lushchay / Shutterstock

ISBN 978-83-8053-738-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek