Zmowa milczenia - Chandler Baker - ebook

29 osób właśnie czyta

Opis

„Szczera, aktualna i absolutnie fascynująca”. Reese Witherspoon „Wielkie kłamstewka w świecie korporacyjnych nadużyć. Manifest pracujących matek i kobiecej przyjaźni ery #MeToo”. Entertainment Weekly Sloane, Ardie i Grace od lat pracują w korporacji Truviv. Gdy niespodziewanie umiera prezes firmy, wszyscy pracownicy sądzą, że jego następcą zostanie Ames Garrett, przełożony prawniczek. Mówi się, że z kobietami łączą go raczej trudne relacje, ale dotychczas nikt nie traktował tych plotek poważnie. Niewygodne dla firmy incydenty zamiatano pod dywan i udawano, że podobne zajścia nigdy nie miały miejsca. Świat się jednak zmienia, a pracownice Truvivu nie zamierzają patrzeć na ten awans obojętnie. Zdeterminowane rozpoczynają ujawnianie dawnych kłamstw i sekretów. Miarka się przebrała. Gdybyście tylko nas słuchali, nic z tego by się nie wydarzyło… „Ekscytująca powieść pełna ostrych jak brzytwa spostrzeżeń na temat tożsamości kobiety w dzisiejszym świecie. Błyskotliwa i niezwykle aktualna”.USA Today

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Whisper Network Copyright © 2019 by Chandler Baker. All rights reserved.
Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Alina Siewior-Kuś (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska
Zdjęcie na okładce: Agata Pabian
Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan
Korekta: Aleksandra Pietrzyńska, Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz
ISBN: 978-83-8110-976-5
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.

Każdej kobiecie, która swoją historią podzieliła się ze mnąalbo ze światem, każdej kobiecie, która wzmocniła głos zbiorowyna tych stronicach oraz ruch domagający się, by go dostrzeżono.Słyszymy was.

Prolog

Gdybyście tylko nas słuchali, nic z tego by się nie wydarzyło.

.

Relacje naocznych świadków

12 kwietnia

ŚWIADEK 1:

Właśnie wyszłam z budynku i zobaczyłam błysk... sama nie wiem, coś, jakiś ruch po drugiej stronie placu, i na początku pomyślałam, że to gigantyczny ptak, a potem, że bomba. Po kolejnym ułamku sekundy uświadomiłam sobie, że to człowiek, choć nie potrafiłam stwierdzić, czy mężczyzna, czy kobieta. Ludzie w tej dzielnicy są dość konserwatywni. Wszyscy noszą garnitury. Tradycyjne. Czarne spodnie i rozwiane poły marynarki. Tak czy owak, to był upadek ze sporej wysokości.

ŚWIADEK 2:

Było koło wpół do drugiej po południu. Wychodziłem z lunchu z klientem w knajpce U Dakoty. O mało nie zwymiotowałem steku.

ŚWIADEK 3:

Nie mówię, że nie czuję się źle, bo się czuję. To jest okropne. Ale trzeba być strasznym egoistą, żeby to zrobić. Na ulicy byli ludzie, bo kończyła się pora lunchu. Jeśli ktoś musi to zrobić, naprawdę musi, niech to zrobi w czasie, kiedy dokoła nie ma takiego tłumu. To moje zdanie.

Rozdział 1

TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJDZIEŃ, W KTÓRYM TO SIĘ ZACZĘŁO

20 MARCA

Przed tamtym dniem nasze życie toczyło się po niewidzialnych torach kolejki górskiej, wagonik mknął po szynach dzięki rozwiązaniom technicznym i siłom, których pomimo obfitości naszych dyplomów uniwersyteckich nie potrafiłyśmy w pełni pojąć. Poruszałyśmy się z poczuciem kontrolowanego chaosu.

Byłyśmy koneserkami suchych szamponów. Cztery dni zajmowało nam obejrzenie na naszych DVR-ach całego odcinka Kawalera do wzięcia. Zasypiałyśmy z żarem laptopów na udach. Robiłyśmy dwugodzinne przerwy, żeby kilkulatkom czytać bajki na dobranoc, i starałyśmy się nie obliczać, ile w sumie godzin spędzamy jako matki, a ile jako pracownice, bo nie do końca wiedziałyśmy, co jest ważniejsze. Byłyśmy nadmiernie wykwalifikowane i niedostatecznie wykorzystywane, apodyktyczne i zawsze przekonane o własnej słuszności. Miałyśmy zdecydowane uściski dłoni i wysokie salda na kartach kredytowych. Zapominałyśmy zabierać lunch z kuchennego blatu.

Każdy dzień był taki sam – aż to się zmieniło. Rano, gdy umarł nasz prezes, podniosłyśmy głowy i nagle sobie uzmysłowiłyśmy, że w naszej kolejce zepsuło się kółko i zaraz wylecimy z torów.

Ardie Valdez, cierpliwa i stoicka, w praktycznych włoskich butach doskonałej roboty, pierwsza miała przebłysk nadchodzącej katastrofy. Usłyszała wiadomość i postanowiła się schować.

– Grace? – Stała w korytarzu, sterylnym, choć z niewiarygodnie drogimi dziełami sztuki, i pukała do prostych drzwi z przymocowanym do nich magnesem w kształcie krowy. – To ja, Ardie. Mogę wejść?

Czekała i nasłuchiwała, wreszcie zza drzwi dobiegły szelesty. Szczęknął wymagany przepisami zamek.

Ardie wsunęła się do małego pomieszczenia i zaryglowała drzwi. Grace już na powrót sadowiła się na skórzanej sofie, jedwabna bluzka wisiała krzywo na plastikowych miskach przymocowanych do jej piersi.

Ardie rozejrzała się po pokoju. Minilodówka. Podniszczona sofa. Mały telewizor, w którym nadawano odcinek Ellen. Na zewnątrz słyszała głosy, szybkie kroki, rozmowy telefoniczne, szum kopiarki. Z aprobatą zmarszczyła czoło.

– Masz tu niezłą kryjówkę.

Grace przekręciła gałkę laktatora, który zaczął metodycznie warczeć.

– Albo grób – odparła lekko.

Czarny humor Grace zawsze wytrącał Ardie z równowagi. Pozornie Grace wydawała się taka nieskomplikowana. Miała lekko tapirowane, ufarbowane na blond włosy, była aktywną członkinią TriDelta Alumni Club i uczęszczała do kościoła Preston Hollow Presbyterian ze swoim wysokim, ciemnowłosym mężem Liamem mającym upodobanie do kraciastych koszul. Oboje znaleźli się na liście zaproszonych na otwarcie George W. Bush Presidental Library i określali się jako „współczujący konserwatyści”, co zdaniem Ardie oznaczało, że są za małżeństwami osób homoseksualnych, ale woleliby płacić tak niskie podatki, jak się da. Poza tym posiadali co najmniej jedną sztukę broni, którą przechowywali w sejfie na półce w garderobie. A to, że Ardie lubiła Grace wbrew temu wszystkiemu, wiele mówiło.

– Ile właściwie niemowlęta powinny jeść? Wiecznie pompuję. Kurwa, Ardie, patrz na mnie, oglądam Ellen w środku dnia.

Grace zwykle nie mówiła „kurwa”.

Ardie pamiętała, jakie długie wydawały się dni, kiedy jej syn Michael sypiał tylko kilka godzin na raz. Miała wtedy wrażenie, że cała jest ciężka i nieświeża, jakby ciało niczym niewyszorowane zęby pokrywała cienka warstewka brudu.

Pogrzebała w swojej wielkiej torbie i wyjęła z niej dwie zapocone puszki wody La Croix. Podała jedną Grace i usiadła na podłodze naprzeciwko sofy. Ardie mogła w pracy robić rzeczy w rodzaju siadania na podłodze, ponieważ – i pierwsza by to przyznała – odpuściła sobie. Dawno temu. Rano wysypiała się dłużej, zamiast poświęcać dodatkową godzinę na włosy i makijaż. Prawie nigdy nie chodziła na zakupy. Nie spędziła nawet minuty swojego cennego czasu na pilatesie. To była najbardziej oswobadzająca rzecz, jaką w życiu zrobiła.

Spojrzała na telefon. Nadal nic.

– No więc Bankole umarł – powiedziała. – Dzisiaj rano w domu, kiedy przygotowywał się do wyjścia do pracy. – Przekazała wiadomość rzeczowym tonem. Innego sposobu nie znała, to zawsze było: „Moja matka ma raka” albo: „Tony i ja się rozwodzimy”.

– Co? Jak? – Grace wypuściła rurki, które usiłowała na powrót umieścić w podobnych do lejków ustrojstwach sterczących z jej stanika dla karmiących matek.

– Miał atak serca. Żona znalazła go w łazience. – Ardie oparła łokcie na kolanach i utkwiła wzrok w Grace. – Dowiedziałam się przed chwilą.

Ardie spotkała Desmonda Bankole’a tylko raz, wymienili uściski dłoni w windzie, ponieważ prezes postawił sobie za cel poznanie każdego zatrudnionego w budynku, nie wyłączając ekipy sprzątającej. Miał bardzo białe zęby i był niższy, niż przypuszczała, a z rękawów marynarki wystawały mu ptasie przeguby.

– Przy okazji, ukrywam się – dodała Ardie i zanim Grace zdążyła zapytać o powód, wyjaśniła: – Przed Amesem. Ciągle pyta, gdzie jest Sloane. Powiedziałam, że pewnie wyszła na lunch. Odparł, że nie wyraził zgody na jej wyjście. No to mu powiedziałam, że jest wicedyrektorką departamentu prawnego i nie potrzebuje jego zgody, jeśli chce pójść na lunch...

– Tak mu powiedziałaś? – Grace usiadła prosto. Sloane była ich przyjaciółką, ale formalnie rzecz biorąc, także szefową, a to z Amesa czyniło szefa ich szefowej.

– Jasne, że nie. Zwariowałaś?

– Och. – Grace zamrugała, bawiąc się małym brylantowym krzyżykiem, który zwisał z łańcuszka na jej szyi. Elektryczny warkot laktatora odliczał czas.

– Więc teraz ukrywam się tu jak tchórz – ciągnęła Ardie. – Czekam, aż Sloane mnie wezwie. – Z zasady mężczyźni tacy jak Ames nie zwracali uwagi na Ardie. Ames nie cierpiał słuchać osoby, której widok nie sprawiał mu przyjemności. Kiedy zapytał o Sloane, wzrokiem błądził gdzieś obok Ardie, po czym od razu sobie poszedł. Tę część Ardie pominęła teraz milczeniem.

Wzdrygnęła się. W tym małym pomieszczeniu piersi Grace w żaden sposób nie dało się zignorować.

– Laktator tak je wysysa, że w szczytowym momencie wyglądają jak torpedy. To cię nie boli? – Syn Ardie, Michael, został adoptowany cztery lata temu, co było szczęśliwym zakończeniem wieloletniej walki z bezpłodnością. Nigdy nie karmiła piersią, ale zawsze wyobrażała sobie błogie ssanie, upragniony kontakt skóry ze skórą, luźno narzucony dziergany szal okrywający mamy zbyt skromne, a nie to gwałtowne szarpanie, które teraz z bliska oglądała.

– Nie tak bardzo jak buzia Emmy Kate, jeśli mam być szczera.

(Karmienie piersią jest bezbolesne, tak nam mówili. Karmienie piersią jest piękne, powtarzali. Ha, chętnie przeciągnęłybyśmy ich sutki po asfalcie i przekonały się, jakie to ich zdaniem jest piękne i bezbolesne).

– Boże, wynaleźliśmy inteligentne szczoteczki do zębów – powiedziała Ardie. – Mój robotyczny odkurzacz wieczorem sam trafia do schowka i kładzie się spać, a nie potrafimy skonstruować urządzenia do odciągania mleka działającego lepiej niż to? – Maszyna była groteskowo hipnotyzująca.

– Mężczyźni mają zęby. – Grace uniosła brwi. – Oraz podłogi.

Ardie napiła się wody gazowanej o smaku grejpfruta, na ekranie tymczasem Ellen DeGeneres zaprosiła na scenę młodego człowieka. Wyglądał na nastolatka, Ardie nie miała zielonego pojęcia, kto to może być. Postukała w ekran komórki: nic nowego.

– Do głowy wpadła mi przerażająca myśl – odezwała się po chwili. – Ames może zostać nowym prezesem.

– Nie. Naprawdę tak uważasz?

– Ma wygląd prezesa. Jest wysoki. Ludzie lubią wysokich. – Ardie zaciskała i prostowała dłoń, naciągając kanał nadgarstka stanowiący wieczną groźbę dla jej przegubu. – Mówię ci, ten skurwysyn może zostać szefem firmy, a wtedy co z nami będzie?

Nie chodziło tylko o plotki dotyczące stażystki. Ani o to, co stało się z jego asystentką dwa lata temu podczas turnieju golfowego Byron Nelson, po którym zgadnijcie, kogo wylano. Uwaga, spoiler: nie Amesa. To nie była nawet idea, że kulturze korporacyjnej ton nadają ci na szczycie, a Ames obejmujący stery Truvivu to jak otwarcie sezonu polowań.

Chodziło o to, że Ames Garrett nienawidził Ardie.

– Sama nie wiem – powiedziała Grace. – Mnie zawsze miło traktuje.

Ardie nie rozwinęła tej kwestii. Grace była o kilka lat młodsza od niej i Sloane i nadal trwała w przekonaniu, że ktoś wbrew swoim poczynaniom może być „dobrą osobą”, jakby właśnie poczynania nie były najbardziej istotnym wskaźnikiem charakteru. A Ardie widziała Amesa Garretta w akcji.

Są jednak kwestie, o których się nie dyskutuje nawet z przyjaciółmi: religia, pieniądze i przypuszczalnie Ames.

Grace przekręciła gałkę, by zwiększyć intensywność pompowania. Jedna z rurek wysunęła się i z drżeniem spadła na podłogę, biała kropla spłynęła na spódnicę. Grace zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, wciągając powietrze przez nos. Kiedy znowu uniosła powieki, oczy jej błyszczały. Potarła nos przegubem i z wymuszonym spokojem podniosła rurkę. Dwukrotnie nie trafiła w otwór, próbując umieścić ją w lejku. Udało się za trzecim razem. Ostrożnie oparła się o sofę.

– Ta wiadomość o Bankole’u jest naprawdę przygnębiająca. – Zwróciła szklisty wzrok na ekran telewizora. – To źle, że bardziej nas nie smuci?

Ardie nie odpowiedziała, bo Grace wyglądała na bardzo smutną.

Ponownie sprawdziła telefon. Na ekranie był tylko pasek z ikonkami.

Do diabła, gdzie podziewa się Sloane?

Rozdział 2

20 MARCA

Sloane wpatrywała się w sufit windy, siłą woli nakazując jej poruszać się szybciej, aż wreszcie na piętnastym piętrze drzwi się rozsunęły i przemknęła przez nie niczym koń wyścigowy.

– Wszyscy są w sali konferencyjnej... – Jej sekretarka Beatrice pochyliła się nad biurkiem w swoim boksie, od słuchawki przyciśniętej do ucha ciągnął się pozwijany sznur telefonu.

– Wiem, Beatrice, wiem. – Sloane minęła ją szybkim krokiem. – Już jestem totalnie udupiona.

A tak do protokołu, dwie godziny temu, kiedy zaczynało się spotkanie jej i męża z dyrektorem szkoły ich dziesięcioletniej córki Abigail, wszystko było w porządku. Sloane odpowiedzialnie zagrzebała telefon w wysypisku śmieci, w jakie już dawno zamieniła się jej torebka, bo była dobrą matką, co w tym miejscu oznaczało matkę skupiającą całą uwagę na rozmowie. W każdym razie taką rolę zamierzała odegrać przed dyrektorem Clarkiem.

A teraz patrzcie!

Kiedy po spotkaniu wyłowiła komórkę, znalazła esemesy od Ardie:

Desmond dzisiaj rano wykorkował.

Atak serca.

Ames cię szuka.

OK, poważnie, gdzie jesteś??

Sloane??

Nie miała nawet czasu pożegnać się z mężem.

W końcu stanęła przed drzwiami sali konferencyjnej departamentu prawnego z sercem walącym tak mocno, że się bała, iż ona też może dostać zawału. Zabójca numer jeden kobiet po czterdziestce! Gdzieś to usłyszała, może w programie The View. Nacisnęła klamkę i weszła.

Siedmioro prawników pełniących wysokie funkcje kierownicze siedziało przy stole. Ames, dyrektor departamentu prawnego. Kunal z komunikacji, Mark z zatrudnienia, Ardie z podatków, Philip z ryzyka, Joe ze sporów sądowych i Grace ze zgodności z regulacjami prawnymi. Plus młodsza kobieta z kasztanowymi włosami ostrzyżonymi w stylu pixie i policzkami Królewny Śnieżki, której Sloane nie znała. Wszyscy w sali odwrócili głowy, by obserwować wejście Sloane.

– Przepraszam za spóźnienie. – Wsunęła się na puste miejsce obok Amesa.

Nieznajoma uśmiechnęła się do niej uprzejmie.

Ames uniósł wzrok znad stosu papierów. Białe pasmo przecinało zygzakiem jego gęste włosy, które poza tym miały barwę czarnej kawy, z wyjątkiem miejsc nad uszami, gdzie zaczynały lekko siwieć.

– Gdzie byłaś?

– Byłam... – Sloane urwała na ułamek sekundy, ważąc w myślach, jak zakończyć zdanie. (Wszystkie to robiłyśmy. Nieważne, na randkach czy w pracy zdawałyśmy sobie sprawę z mocy udawania, że nasze dzieci nie istnieją. Mężczyzna może powiedzieć, że bierze dzień wolnego, żeby pojechać z synem na ryby, matka zwykle lepiej wychodzi na ukrywaniu, że przedłużoną przerwę na lunch wykorzystała na wizytę z dzieckiem u lekarza. Dzieci zmieniają mężczyzn w bohaterów, a kobiety w gorsze pracownice, jeśli naszych kart nie rozegramy jak trzeba). – Wyszłam na chwilę. – Odchrząknęła.

– Bez komórki? – Ames polizał palec, kartkując stos. Wszyscy poruszyli się niespokojnie.

– Chwilowo byłam niedostępna. Marny zasięg. – W świecie Sloane to nie była najlepsza wymówka.

Ames wydał nieokreślony odgłos i przesunął w ustach cukierka.

Wpatrywała się w niego, opierając się pokusie spojrzenia w siedem par utkwionych w niej oczu.

Potem Ames mrugnął znacząco. Jak zawsze lewym okiem. Na jego skroni rozprzestrzeniła się siateczka kurzych łapek. Należał do tych wyjątków wśród znanych Sloane mężczyzn, którzy nadal puszczali oczka. Mógł to robić. Oczko oznaczało: „Wszystko między nami w porządku”, ale też: „Ja tu rządzę”.

Wyciągnął ręce do zebranych.

– Sloane Glover, kochani. – Jakby przedstawiał komiczkę na scenie. Sloane się zjeżyła, choć zachowała spokojny wyraz twarzy. Praca z Amesem przypominała siedzenie obok człowieka, który pod stołem nieustannie kopie cię w goleń. – Jak miło, że wreszcie wszyscy jesteśmy. Zaczynamy?

Odpowiedziały mu niezgrabne kiwnięcia głową. Philip spokojnie podsunął Sloane swój notatnik i pióro. Przycisnęła dłoń do luki między żebrami i wypuściła powietrze z płuc. „Dziękuję” – powiedziała bezgłośnie, a Philip, który zawsze miał przekrzywiony krawat, tylko wzruszył ramionami. Ach, gdyby wszyscy faceci w biurze byli bardziej podobni do niego.

– Zakładam, że już wiecie o śmierci naszego prezesa Desmonda Bankole’a – zaczął Ames. – Datę uroczystości pogrzebowych poznamy w najbliższych dniach. Jestem pewien, że się nie mylę, i wielu z was zobaczę na pogrzebie.

Kiedy Ames opowiadał o dokonaniach Bankole’a, Sloane z furią przenosiła na papier plan działania, który sformułowała, jadąc z powrotem do firmy.

Ames spojrzał na nią.

Odłożyła pióro.

– Postarajmy się nadawać na tych samych falach. – Splótł dłonie na stole. – Poprosiłem Grace, żeby zaczęła od omówienia wszelkich prawnych zobowiązań, jakie Truviv ma jako spółka notowana na giełdzie. Grace?

Grace się wyprostowała. Sloane często się zastanawiała, czy jej twarz przechodzi tę samą transformację, kiedy musi autorytatywnie wypowiadać się o kwestiach zawodowych. Wiedziała, że tak się działo, gdy miała dwadzieścia kilka lat. Wtedy czuła, jak wdziewa maskę pewności siebie, obniża głos, usuwa z języka zwroty typu „jakby”, unieruchamia kolano, przypomina sobie, że owszem, ma odpowiednie kwalifikacje. U Grace oznaki były subtelniejsze. U niej dostrzegła zadarcie brody, wyprostowanie ramion. Sloane – jak większość z nas – rzadko zauważała tego rodzaju drobne symptomy zdradzające pewność siebie u kolegów. Czy dlatego, że ich nie było? A może pojawiały się wcześniej?

– Oczywiście – odparła Grace, po czym zajęła się omawianiem kwestii dotyczących Komisji Papierów Wartościowych, formularzy 8-K oraz uaktualnienia witryny internetowej przedsiębiorstwa. W obliczu nagłej nieobecności prezesa przejrzystość, wyjaśniła Grace, jest kluczowa. – Przekażę wam notkę, dzięki której łatwiej będzie wam to wszystko przetrawić – zakończyła.

– A my pracujemy nad oświadczeniem. – Kunal wyciągnął palec i dotknął nim stołu, by podkreślić swoje słowa. – Dopóki go nie wydamy, proszę, żebyście na wszystkie telefony z mediów odpowiadali, że strata Desmonda głęboko nas zasmuciła zarówno pod względem osobistym, jak i zawodowym. – Jego szeroko rozstawione brązowe oczy przesunęły się po twarzach obecnych. – Nie mówcie: „Bez komentarza”, niezależnie od tego, czym się zajmujecie. Udziałowcy nienawidzą tego zwrotu. Zrozumiano? Postaramy się mieć oświadczenie gotowe na jutro rano. To ci pasuje, Sloane?

Sloane usiadła prosto.

– Absolutnie wykonalne – odparła stanowczo. Mężczyznom kręcenie uchodzi płazem, inni odbierają je jako namysł. Gdyby Sloane mówiła niezdecydowanie, zabrzmiałoby to tak, jakby nie miała zielonego pojęcia, co robi. – Musimy położyć nacisk na plan sukcesji i przyjrzeć się firmom, które w ostatnim okresie wyjątkowo dobrze poradziły sobie ze śmiercią lub chorobą prezesa. Kilka przykładów przychodzi mi na myśl, jak Mc...

– A właściwie – przerwał jej Ames. Palce u stóp Sloane odruchowo się skurczyły. – Myślę, że powinniśmy przyjrzeć się McDonald’sowi. Mieli podobną sytuację. Dwóch prezesów umarło w ciągu dwóch lat. Pierwsza śmierć była nagła. Oraz Imation. Ja wziąłbym pod rozwagę te dwa przykłady, Kunal.

Sloane przełknęła frustrację. Do tego momentu w swojej karierze wykorzystała już wszelkie możliwe reakcje. Jej ulubioną było uprzejme: „Interesujące, to brzmi prawie tak samo jak to, co właśnie powiedziałam” wygłoszone z najlepszym południowym akcentem. Dzisiaj jednak ograniczyła się do krótkiego:

– Wspaniały pomysł, Amesie.

Ames z satysfakcją zatarł dłonie.

– W porządku, wszyscy wiemy, co robić. Drzwi mojego gabinetu zawsze są dla was otwarte.

Wszyscy wstali. Sloane zakręciła pióro. Plamki atramentu znaczyły wnętrze jej prawego środkowego palca. Ardie i Grace, które siedziały obok siebie naprzeciwko Sloane, okrążyły salę.

– Przykro mi – szepnęła Ardie, nachylając się i wolno kręcąc głową.

Grace zacisnęła wargi i uścisnęła dłoń Sloane, która dostrzegła wilgotną plamę na jedwabnej bluzce koleżanki i od razu wiedziała, że się nie spierze. Podczas karmienia piersią noszenie rzeczy z jedwabiu nie ma sensu, musi powiedzieć o tym Grace.

– Katherine. – Ames uniósł palec, rozmawiając z nową, która nadal się ociągała, podczas gdy pozostali kierowali się do wyjścia. – Poczekaj tu chwilę, dobrze? Muszę dać brudnopis oświadczenia Sloane. – Spojrzał na Sloane. – Możesz wpaść do mojego gabinetu?

Drzwi gabinetu Amesa wcale nie były, jak mówił, zawsze otwarte. Ani dosłownie, ani w przenośni. Sloane podążyła wąskim korytarzem za wyprzedzającym ją o dwa kroki Amesem.

Otworzył drzwi i oboje weszli do Kapliczki, gdzie na ścianie wisiała galeria zdjęć Amesa ze sławnymi sportowcami. Truviv Inc. był wiodącą marką odzieży sportowej i sponsorował największych sportowców w kraju. Ames gra w golfa z Tigerem Woodsem. Siedzi z boku kortu z kontuzjowanym Kevinem Durantem. A tutaj – patrzcie! – kolejna niepozowana fotka, na której gra w baseball z Justinem Verlanderem i jego żoną Kate Upton. Nawet jeśli Ames zdawał sobie sprawę, że mężczyźni i kobiety uwiecznieni na tej ścianie zostali jego przyjaciółmi tylko dlatego, że Truviv wypisał większość sponsorujących ich czeków, nic go to nie obchodziło. Tak czy owak, Sloane uważała Kapliczkę za w połowie społecznie akceptowalny ekwiwalent fotografii penisa.

– No tak – powiedział, nachylając się nad biurkiem. Był mężczyzną w średnim wieku, który umiał nosić grafitowy garnitur i jakimś cudem z wiekiem coraz lepiej wyglądał. W każdym razie Sloane wiedziała, że taka jest obiektywna prawda, chociaż sama nie potrafiła już tego dostrzec. Wygląd stał się kolejnym faktem dotyczącym Amesa, w który nie do końca wierzyła. – Desmond odszedł. – Kciukami potarł powieki. – Zupełnie się tego nie spodziewałem.

– Ja... tak, bardzo mi przykro. – Nie czekając na zaproszenie, Sloane zrobiła kilka kroków w głąb gabinetu.

Odkąd usłyszała tę wiadomość, po raz pierwszy w myślach połączyła śmierć prezesa z kondolencjami. To było straszne. Miał dzieci, chyba dwoje, niewiele starsze od Abigail. Planowała dzisiaj wieczorem przetrawić jego śmierć z Derekiem przy kieliszku wina, najlepszym chardonnay, jaki ich lodówka miała do zaoferowania. Będzie pamiętała Desmonda dla jego pełnej życia, uważnej twarzy, gdy siedział na pierwszym krześle po lewej stronie stołu konferencyjnego i słuchał jej wygłaszającej prezentacje kwartalne dla członków zarządu.

– Pamiętasz, jak zawsze mówił do ciebie „panno Sloane”? – Ames skrzyżował ręce. Jego ramiona trzęsły się od cichego, dobrodusznego śmiechu. – Jakbyś była przedszkolanką?

Wspomnienie wywołało słaby uśmiech.

– Boże, tak. Choć to mi nie przeszkadzało. On mógł.

– Lubił cię. – Ames odepchnął się od biurka i przeszedł na drugą jego stronę, gdzie na stojąco zaczął stukać w klawiaturę.

Czekała kilka minut niepewna, ile uwagi wymagało to, co robi na komputerze.

– Przepraszam, że zmieniam temat, ale kim była ta kobieta? – zapytała. – Katherine, tak?

Otworzył szufladę, wytrząsnął z opakowania dwa cukierki Hot Tamales – uzależnienie mające na celu trzymać w ryzach nałóg palenia – i wrzucił je do ust.

– To Katherine Bell. Przedstawię was. Przez to wszystko zupełnie wypadło mi to z głowy. Sekunda, dobrze? – Uderzył w kolejne klawisze, po czym ponownie spojrzał na Sloane.

Sloane się orientowała, że Ames czasami cierpi na amnezję wybiórczą, jeśli chodzi o ich pierwsze lata w firmie, niekiedy zaś można by pomyśleć, że tylko o nich w związku z nią pamięta. Dzisiaj najwyraźniej zamierzał udawać, że nic między nimi nigdy nie było.

– To nasz nowy nabytek – powiedział. – Solidne doświadczenie korporacyjne. Będzie pracowała w twoim dziale. Myślę, że uznasz ją za cenną.

Sloane przekrzywiła głowę, jakby źle go usłyszała.

– W moim dziale? – powtórzyła pytająco.

– Tak.

– I nie pomyślałeś, żeby skonsultować ze mną zatrudnienie nowego pracownika do mojego działu? – Jej głos zabrzmiał zanadto wysoko. Ames mógł uznać, że piskliwie. – Jestem wicedyrektorką.

Minęły lata, odkąd Ames wykręcał jej takie numery – lata! A Sloane prawie wszystkie odkręciła, miesiącami zachowywała spokój, radziła sobie z Amesem i jego świństwami pierwszej klasy, z nagłymi wybuchami czystego gniewu.

Ames znowu pochylił się nad komputerem.

– A ja jestem dyrektorem departamentu – oznajmił. – Powinniśmy wymienić się zakresami obowiązków?

Sloane już widziała siebie, jak wieczorem przy myciu zębów odtwarza tę rozmowę i żałuje, że nie potoczyła się inaczej. Zmieniła podejście.

– Gdzie jest gabinet Katherine?

– Uznałem, że to twoja działka. W końcu – posłał jej swój rozbrajający uśmiech, przy którym w brodzie robił mu się dołeczek – jesteś wicedyrektorką.

– Jasne. – Wzięła głęboki wdech i uporządkowała myśli.

Nie mogli przecież pozwolić, żeby prawniczka, nawet taka, o którą Sloane nie prosiła, w nieskończoność leniła się w sali konferencyjnej. Oparła notatnik na przedramieniu i do listy zadań na samym szczycie dopisała: „Znaleźć gabinet dla Katherine”. Co za fatalny dzień. W dodatku ta Katherine wygląda strasznie młodo, skórę ma dobrze nawilżoną, prawda? Na myśl przyszło jej słowo „debiutantka”, choć było idiotyczne. Katherine musiała mieć co najmniej trzydzieści lat, była starsza od niej, kiedy tu zaczynała.

Odwróciła się do wyjścia, zapominając o powodzie, dla którego tu się znalazła.

– Sloane. Brudnopis. – Ames w końcu podjął decyzję o zajęciu miejsca za biurkiem i przeglądał coś, czego nie widziała, bo ekran laptopa miał przechylony. Głową wskazał notatnik na biurku. – Napisałem pierwszą wersję. Chcę to zobaczyć, zanim roześlesz.

Sloane wróciła do jego biurka. Na otwartym notatniku leżały nożyczki – srebrne ostrza odcinały się agresywnym X od żółtego papieru. Władzę nad nią przejęły brak snu, świadomość stosu nieotwartych rachunków i gniew. Jej palce zawisły nad chłodnym metalem. Czasami, kiedy Sloane stała gdzieś bardzo wysoko, martwiła się, że ogarnie ją impuls, by skoczyć, i rzeczywiście poleci w dół, obijając się o ściany budynku. Wszystkie rozumiałyśmy to uczucie, tę pewność, że drobnym ruchem palców Sloane – każda z nas – mogła złapać nożyczki i otworzyć arterię w szyi Amesa.

Przyciągnęła do siebie notatnik, spocone opuszki palców lepiły jej się do papieru.

– Oddam ci to za godzinę. – W jej głos wkradła się fałszywa nuta, gdy nie po raz pierwszy umykała z gabinetu Amesa Garretta.

.

Transkrypcja zeznania

26 kwietnia

P. SHARPE:

Proszę podać swoje imię i nazwisko.

POZWANA 1:

Sloane Glover.

P. SHARPE:

Jaki jest pani zawód, pani Glover?

POZWANA 1:

Jestem prawniczką. W Truviv Inc. zajmuję stanowisko wicedyrektora w departamencie prawnym.

P. SHARPE:

Jak długo pracuje pani w Truvivie?

POZWANA 1:

Około trzynastu lat.

P. SHARPE:

To długi okres. Dłuższy, niż ludzie zwykle spędzają w jednej pracy, tak mi się wydaje. Co trzymało panią w Truvivie przez tak długi czas?

POZWANA 1:

Zajmuję wysoce pożądane stanowisko. Posady etatowe, zwłaszcza dobrze płatne, nie tak łatwo zdobyć. Truviv jest znaną firmą. Wiele osób zabiłoby... przepraszam, nie miałam zamiaru... jest wiele osób, które bardzo chętnie zajęłyby moje miejsce.

P. SHARPE:

Jak poznała pani Amesa Garretta?

POZWANA 1:

Ames był w grupie, która przeprowadzała ze mną rozmowę kwalifikacyjną przed moim przejściem do nich z Jaxona Brockwella, więc chyba wtedy się poznaliśmy.

P. SHARPE:

Współpracowała pani blisko z panem Garrettem?

POZWANA 1:

Chyba dopiero przy zbyciu marki powiązanej. Wydaje mi się, że był wtedy w firmie jakieś pięć lat. Koordynował kompleksowe analizy przekazywane prawnikom drugiej strony, a ja byłam jego asystentką.

P. SHARPE:

Jak scharakteryzowałaby pani wasze ówczesne relacje?

POZWANA 1:

Były w porządku.

P. SHARPE:

Co pani rozumie przez „w porządku”, pani Glover?

POZWANA 1:

Uważałam, że Ames jest bystry i ambitny. Wiele mnie nauczył o procesie sprzedaży. Dogadywaliśmy się.

P. SHARPE:

Rozumiem. A kiedy zaczął się wasz romans?

Rozdział 3

20 MARCA

Czytałyśmy Włącz się do gry. Uwierzcie, to była lektura obowiązkowa w środowisku profesjonalistek w naszym mieście. Jeśli przyjaciółki potrzebowały rady, naszym honorowym obowiązkiem było powiedzieć im żarliwie, mądrze, nagląco: „Przyjaciółko, musisz się włączyć do gry”.

Wszystkie ją czytałyśmy, całe dwieście czterdzieści stron, kiedy robiono nam pasemka, albo słuchałyśmy audiobooka, jadąc autostradą w naszych land roverach. Potrzebowałyśmy kogoś, kto nam powie, co robimy źle i jak to naprawić. Kto nam przypomni, że nie zarabiamy dość pieniędzy, nie dość szybko awansujemy, za mało się staramy. Fantazjowałyśmy o naszych karierach, brałyśmy udział w kobiecych imprezach, zastanawiałyśmy się, jakie ryzyko zawodowe możemy podjąć. Zastosowałyśmy się do przepisu i nastawiłyśmy budzik na półtora roku, przekonane, że wtedy szklany sufit rozpryśnie się w proch pod ciężarem wszystkich włączających się do gry kobiet na świecie.

Kiedy dokładnie uświadomiłyśmy sobie, że to nie działa? W czasie wyborów prezydenckich? Wcześniej? Trudno rejestrować różnice zachodzące w status quo, to jak próby mierzenia drobnych spadków temperatury bez termometru. Ale w jednym pani Sandberg miała rację. Musiałyśmy się włączyć, zbliżyć.

Bo tylko wtedy słyszy się szepty.

Automatyczny odświeżacz powietrza, który co trzy minuty rozpylał środek dezynfekujący o zapachu cytrusów, sprowadził Grace z powrotem do jej obecnego miejsca pobytu. Publiczna toaleta. Siedziała na sedesie i bezmyślnie przewijała swoje konto na Instagramie. Majtki niczym temblak opasywały jej kostki.

Oto do czego zredukowało ją macierzyństwo. Powodem był brak snu. Wszyscy zapewniali, że to minie. Że niedługo nadejdzie dzień, kiedy znowu zacznie się czuć sobą z przeszłości.

Bardzo by chciała, kurwa, żeby ta „ona” z przeszłości się pośpieszyła.

Drzwi się otworzyły i do toalety weszły dwie pary szpilek.

Grace mogłaby ogłosić swoją obecność, odrywając papier toaletowy albo się podnosząc, co uruchomiłoby automatyczną spłuczkę, ale zanim zdążyła coś zrobić, jedna para butów stanęła przed lustrem i powiedziała:

– Danielle przesłała mi ten arkusz. Boże, kto by pomyślał, że w Dallas jest tylu obleśnych facetów.

Grace czujnie uniosła wzrok znad telefonu. Zmrużyła powieki. Przekrzywiła głowę, by lepiej zobaczyć buty stojące przed lustrem: różowe, ładne, choć nieprzesadnie eleganckie. Chyba od Steve’a Maddena.

Młoda kobieta w różowych szpilkach musiała poprawiać makijaż w środku dnia. Druga, w skórkowych butach, weszła do kabiny i się zamknęła.

– Powinnaś była mi powiedzieć. Ja to dostałam no, ze trzy dni temu.

Grace miała problemy z umiejscowieniem tego głosu. (Nasze głosy nie były właściwie niczym więcej niż fałszem. Żyłyśmy w czasach sztucznie obniżonych tonów i werbalnych wypełniaczy. Nienawidziłyśmy się za to). Rozmowa w toalecie łączyła dwie czynności, które nie miały prawa dziać się w tym samym momencie. Grace pamiętała, że kiedy była młodsza, symbol bliskości stanowiło wchodzenie do jednej kabiny, kucanie na zmianę nad budzącym odrazę sedesem i rozmowa. Poczuła słabe ukłucie tęsknoty za tamtymi dniami.

– Zwariowane jest to – ciągnęły Skórkowe Szpilki – że jeden z tych facetów jest najlepszym przyjacielem mojego taty.

– No nie! – odparły Różowe Szpilki. Grace usłyszała szczęk zamykanej puderniczki. – Wobec ciebie nigdy nie zachowywał się, no wiesz, dziwnie?

Grace miała świadomość własnych czółenek z kokardkami marki Ferragamo, które – była tego pewna – można by zobaczyć pod drzwiami, gdyby któraś z dziewczyn zadała sobie trud i popatrzyła. Powinna podnieść nogi? A może posunęłaby się za daleko?

Nie potrafiła się zdecydować, więc nic nie zrobiła.

– Nie, zawsze był bardzo miły. Normalnie miły, jestem tego pewna. W zeszłym miesiącu moja rodzina była z nim na kolacji.

– Możesz sobie wyobrazić, że to twój tata? – zapytały Różowe Szpilki. – Bo wiesz, w tym problem. Oni są czyimiś ojcami. Pomyśl, dostajesz taki mejl, widzisz w nim nazwisko taty, a obok zdanie: „Poprosił, żebym mu włożyła palec do dupy”. Byłabyś w stanie nadal patrzeć na niego jak dawniej?

Grace pomyślała, że Różowe Szpilki to stażystka, studentka pierwszego roku prawa pracująca przez dwa dni w tygodniu w Truvivie. Wcale nie z jednego z lepszych uniwersytetów, o ile dobrze pamiętała. Miała na imię Olivia? Sophia? Jedno albo drugie.

– No wiesz, wybacz – odparły Skórkowe Szpilki. – Mark Souls jest człowiekiem honorowym. A taka wizja naprawdę nie jest mi potrzebna.

Racja, głos należał do Alexandry Souls, jednej z grupy młodych prawników od prawa spółek, których w zeszłym roku Sloane przyjęła do pracy. Grace ją lubiła. A Alexandra i Olivia-albo-Sophia przyjaźniły się od college’u, prawda?

Interesujące było to, że dzisiaj Grace nie słyszała nikogo mówiącego o czymś innym niż śmierć Bankole’a. Może te dziewczyny były po prostu za młode albo zajmowały zbyt niskie stanowiska, żeby się tym przejmować.

A może uważały, że ta wiadomość jest ważniejsza.

Naprawdę powinny były sprawdzić, czy kabiny są puste.

– Myślisz, że to w ogóle jest prawda? To o... o dupie? – zapytała Olivia-Sophia, brzmiąc bardziej na podnieconą niż oburzoną.

Alexandra tylko się roześmiała.

Noski szpilek Olivii-Sophii zwróciły się w kierunku kabin.

– Dodałaś czyjeś nazwisko?

Grace usłyszała szum spłukiwanej toalety.

– Nie... Ja nie... – mówiła Alexandra. Odpowiedź była niczym naładowana broń. Skrzypnęły zawiasy, Alexandra wyszła z kabiny. – A ty?

Wtedy jednak Alexandra musiała myć ręce, bo woda z kranu zagłuszyła słowa. Potem zaszumiała suszarka.

Grace roztarła skronie. Usiłowała poskładać elementy w całość. Istniał jakiś arkusz, który otrzymały Alexandra i Olivia-Sophia. Musiał zawierać rodzaj listy. Powiedziały, że chodzi o obleśnych facetów. Przekazywały go sobie. Omawiały. (Grace nadrabiała zaległości, bo wiele z nas już tę listę widziało. Dodawałyśmy nazwiska. Korzystałyśmy z fikcyjnych adresów mejlowych, fałszywych nazw użytkowników i funkcji „ukryte do wiadomości”, jakby wychodziły z mody szybciej niż kombinezony i rozcięte rękawy).

Nagle woda przestała płynąć.

– To bez znaczenia – mówiła Alexandra. – Ten facet najwyraźniej zrobił coś, co którąś wkurzyło. Więc jestem pewna, że na to zasłużył. Wszyscy powinni wylecieć z roboty.

Grace się wzdrygnęła. A co z procesem, pomyślała, chociaż od razu poczuła się jak studentka wzór wszelkich cnót, którą pewnie rzeczywiście była.

Alexandra i Olivia-Sophia wychodziły, Grace nie słyszała reszty ich rozmowy, tylko ciche głosy ucięte trzaskiem zamykanych drzwi. Została z poczuciem niepokoju dotrzymującym jej towarzystwa.

Po namyśle uznała, że wcześniej też z nią było.

Rozdział 4

20 MARCA

Nie miałyśmy czasu. Wyglądało na to, że na nic. Gdyby czas był walutą, wszystkie chodziłybyśmy bez grosza w kieszeni. Czasami widziałyśmy, że na listę bestsellerów „New York Timesa” trafia obiecujący tytuł w rodzaju Jak to robią kobiety sukcesu albo Overwhelmed. Przez kilka tygodni pożyczałyśmy sobie książkę i usiłowałyśmy skorzystać z rad jak z nowej modnej diety. Ale dla nas wszystkich istniały – jak to ujmują eksperci? – bariery instytucjonalne.

Po pierwsze, miałyśmy do dyspozycji mniej czasu niż nasi koledzy z firmy. To był fakt. Pół godziny na wysuszenie włosów rano. Dziesięć minut na wyprostowanie ich lub pokręcenie. Kwadrans na makijaż. Trzy minuty na biżuterię. Szesnaście minut na wybór stroju. Czterdzieści pięć minut ćwiczeń cardio wieczorem, po nich czasami piętnaście minut ćwiczeń brzucha. Jeśli uważacie, że wymyślamy, sugerujemy szybkie przejrzenie profili personelu na stronie firmy, żeby się przekonać, o co nam chodzi.

Były też korzyści skali. Czas to skończony zasób, kto więc powinien dostać najwięcej? Te z nas, które były mamami, wysuwały najbardziej przekonujący argument: „Miej na uwadze dzieci!”. Ale co z resztą? Siedziałyśmy w gabinetach, słuchając tykania zegarów biologicznych, które odliczały każdą przegapioną randkę, przegapione przypadkowe spotkanie, przegapioną szansę na poznanie kogoś, z kim może naprawdę chciałybyśmy mieć dzieci. A potem – przynęta i zamiana. Jeśli rzeczywiście zostawałyśmy żonami i matkami, wartość naszego czasu rosła, jego ilość gwałtownie malała.

To nie były odliczone koszty stałe. Może postanowiłybyśmy dać sobie spokój z bożonarodzeniowymi fotkami odzianych w tartan dzieci i wcale potomstwa nie mieć, tylko że nazbyt często wydawało się to równoznaczne z wyborem kariery i tylko kariery. Milczącą zgodą, by zmarnować nasz wolny czas w drzwiach, proszę i dziękuję. Ktoś powinien poprowadzić studia magisterskie o zawiłościach naszego czasu. Tak się zastanawiamy, czy może Shonda Rhimes jest nadal dostępna?

Sloane za długo wpatrywała się w ekran komputera. Słońce już zaszło, linia dachów Dallas z połyskliwą kulą i błyszczącymi mostami wiszącymi powoli ustępowała miejsca krzykliwemu elektronicznemu billboardowi hotelu Omni łączącemu beton z niebem.

Potarła oczy, już się nie przejmując, czy w kącikach zostaną jej czarne smugi. Gdyby to było zaraz po studiach, wiedziałaby dokładnie, jak długo przeglądała formularze 8-K. Pracowała wtedy w kancelarii prawnej, a wszystkie kancelarie zmuszały prawników do odmierzania czasu w segmentach sześciominutowych. Ale to było ponad dziesięć lat temu i zdążyła już dwukrotnie zmienić pracę. Teraz niekiedy łapała się na tym, że w myślach prowadzi zapis:

1 godz.: jedzenie pho

2 godz.: esemesowanie z Derekiem i Abigail

1 godz.: czytanie stron internetowych tabloidów

4,5 godz.: redagowanie oświadczeń dla prasy oraz przygotowywanie tabelek z danymi dla Komisji Papierów Wartościowych.

Na biurku z komputerem zawibrowała komórka. Dzwonił Derek. Odebrała po drugim sygnale.

– Ona żyje! – Sloane uwielbiała brzmienie głosu męża. Wyobraziła go sobie pochylającego się nad wyspą w kuchni, miedziane włosy ma odrobinę za długie przy uszach, na sobie rozciągnięty i znoszony T-shirt z Nirvaną, ten sam, w który był ubrany, kiedy się poznali, i który nadal lubiła co najmniej raz w tygodniu ukraść, żeby się w nim przespać.

Miała cztery nieodebrane połączenia.

– Przepraszam, przepraszam. Jestem okropna. Myślałeś o sprawieniu sobie nowej żony?

Wiele lat temu Derek wprowadził dla Sloane zakaz przepraszania za pracę. Ona uważała, że ma prawo go łamać.

– Nie przejmuj się – odparł z charakterystyczną dla siebie swobodą. Co nie znaczy, że jego praca nie była stresująca. Derek uczył w gimnazjum, a chłopcy w wieku od 9 do 13 lat to prawdziwy koszmar. To jednak był inny rodzaj stresu i ich obciążenia zawodowe nigdy nie musiały ze sobą rywalizować. – Dzwonię, żeby sprawdzić, co u ciebie. Aha, wysłałem zgłoszenie Abigail na marsz w przyszłym tygodniu i zapłaciłem za jej recital fortepianowy, więc możesz te dwie pozycje skreślić ze swojej listy.

– Wiesz, jak kocham skreślać – odparła, przesuwając wzrokiem po pozycji w formularzu, którą usiłowała przeczytać już trzy razy. Zgłoszenie kompletnie wyleciało jej z głowy. – Dziękuję.

Zapadło krótkie milczenie, choć to wystarczyło, żeby oboje przypomnieli sobie o kłótni poprzedniego wieczora. Im dłużej byli małżeństwem, tym łatwiej przychodziło im wciśnięcie klawisza „pauza” przy sprawie wywołującej głęboki rozdźwięk i powrót do niej później, byle nie po godzinie, kiedy Sloane kładła się spać. Ale to znowu było jak mały siniak, który oboje mieli, a Sloane właśnie sobie przypomniała, w jakich okolicznościach do tego doszło.

– Jak ona się czuje? – zapytała w tym samym momencie, w którym Derek powiedział, że z ich córką wszystko w porządku.

– Obserwuję ją, odkąd wróciła do domu – dodał.

Kłótnia dotyczyła Abigail. Ostatnio zawsze chodziło o nią. Sloane niemal słyszała w głowie głos Dereka mówiący: „To nie była kłótnia, tylko różnica zdań”. Niech będzie, tyle że Sloane lubiła hiperbole i czuła się do nich upoważniona we wszystkim, co dotyczyło córki.

Zaczęło się dwa miesiące temu. Abigail popadła w ponury nastrój. Przestała bawić się lalkami. Sloane dość łagodnie poprosiła, żeby je posprzątała, na co Abigail wrzasnęła – tu Sloane dokonała parafrazy – że chyba wszyscy byliby szczęśliwsi, gdyby Abigail umarła.

Derek uważał, że Sloane przesadza. Uczył angielskiego w siódmej klasie, co oznaczało – gdyby ktoś pytał – że ma monopol na rynku w dziedzinie wiedzy o rozwoju dziecka we wczesnym dzieciństwie. Sloane jednak miała monopol w dziedzinie wiedzy o Abigail. Zabrała ją do psychologa, a ten zapewnił, że faza „śmierci i umierania” jest absolutnie normalnym etapem rozwoju.

– Mówiłem ci, Sloane, to absolutnie normalne – powtórzył wtedy Derek, gdy wracali do domu, jakby on także miał doktorat z psychologii.

Kilka dni później Sloane zauważyła esemes wyskakujący na komórce Abigail. Dziwka. Suka. Cipa. Każde słowo było jak kula w pierś. Zanim została matką, nikt jej o tym nie mówił. Nie uprzedził, że pracowicie budowana odporność na rzeczy w rodzaju wyzwisk i rywalizacji o popularność nagle rozpadnie się w proch w chwili, gdy ktoś weźmie na cel jej dziecko.

Potrząsnęła Derekowi przed nosem telefonem Abigail i wrzasnęła:

– To jest normalne? Absolutnie normalne, Derek?

Oczywiście, to nie było w porządku wobec Dereka, taty, który znał imiona wszystkich uczniów z klasy Abigail i przynosił pączki nauczycielom. Kiedy przeczytał te esemesy, zareagował tak strasznie po ojcowsku, że właściwie było to podniecające.

Sloane chciała pozwać kuratorium za to, co się stało. Działania naprawcze. Właściwa ochrona. Konsekwencje prawne, jeśli nie potraktują jej poważnie. Ale kuratorium było też pracodawcą Dereka, więc on chciał to „rozegrać po przyjacielsku”. Użył dokładnie tych słów.

Na spotkaniu prezentowali wspólny front, Sloane pozwoliła Derekowi przedstawić problem, tak jak prosił. A właściwie nalegał. To nie było miłe.

Usłyszała w słuchawce, jak mąż skrobie się po zarośniętej brodzie. W czasie tej przerwy Sloane stukała w klawiaturę, bo nie mogła sobie pozwolić na marnowanie czasu.

– Sloane, przykro mi, ja...

Ktoś delikatnie zapukał do drzwi i Sloane okręciła się na krześle. O framugę opierała się Ardie, jej czarny żakiet i spodnie były bardziej pogniecione niż zwykle.

– Derek, przepraszam, ale muszę kończyć. – Usłyszała jego westchnienie i zalała ją fala poczucia winy. – Kocham cię.

– Nie pracuj za ciężko – powiedział na pożegnanie i Sloane wiedziała, że naprawdę tak myśli, że naprawdę mu zależy, żeby nie załamała się nerwowo. Z tego powodu często po jedenastej wieczorem konfiskował jej laptop, bo przeczytał gdzieś, że niebieska poświata źle wpływa na sen.

Przesunęła telefon na drugą stronę klawiatury.

– Długo tu stoisz?

Ardie weszła i oparła dłonie o oparcie fotela dla gości.

– Na tyle długo, żeby wiedzieć, że musisz iść do domu. – Podała Sloane brązową teczkę. – To są odwołania podatkowe dla fabryki Waco. Przykro mi, wiem, kolejna rzecz do sprawdzenia. Jeśli cię to pocieszy, nawet nie zaczęłam jeszcze sprawdzać modeli podatkowych dla zakupów subskrypcyjnych.

Sloane upuściła teczkę na biurko. Bum. Zamierzała porozmawiać z Ardie, odkąd przed kilkoma tygodniami stało się jasne, że ten maleńki sekret, który chowała przed przyjaciółką – nic nieznaczący drobiazg – przekształca się w problem ciągły. Ale cóż, dzisiaj to naprawdę nie był odpowiedni dzień na otwieranie puszki z robakami. Jasne, argument rzeczywiście przypominał wymówkę, ale nie był wymówką, bardziej strategią.

– Słyszałam, że departament sprzedaży wziął wolne na resztę dnia, żeby uczcić śmierć Bankole’a, nie do wiary? – powiedziała.

Ardie dramatycznie otworzyła szeroko oczy.

– Posłuchaj, Sloane, nie możesz tego bagatelizować. Tych dwadzieścia kilka emocji jest ważnych. – Złożyła dłonie jak do medytacji. – Nie można oczekiwać, że będą równocześnie pracować i odczuwać. Okaż empatię, dobra?

Do najlepszych cech Ardie należało to, że bywała odrobinę wredna dokładnie wtedy, gdy Sloane tego potrzebowała. Dogmat, w który Sloane wierzyła najsilniej, brzmiał następująco: kobiety nie mogą zostać prawdziwymi przyjaciółkami, o ile nie są gotowe walić prawdy prosto w oczy. Nie znała niczego bliższego paktowi krwi, w którym udziału nie biorą noże.

– Chciałabym szczerze przeprosić. – Sloane położyła dłoń na sercu i wydęła wargi najlepiej, jak umiała, taką przynajmniej miała nadzieję. Niedawno rozpoczęła kurację wstrzykiwania botoksu, w końcu dopiero nieznacznie przekroczyła czterdziestkę, i przestała mieć pewność, jak jej twarz wygląda w jakimkolwiek momencie. – Gdyby byli sprytni, próbowaliby wykombinować, kto będzie nowym prezesem.

– Gdyby byli sprytni, martwiliby się o cenę swoich akcji pracowniczych.

– Myślisz, że to będzie ktoś z zewnątrz? – zapytała Sloane.

– Twój domysł jest równie dobry jak mój. A na co stawiam? Zatrudnienie kogoś z zewnątrz potrwałoby za długo. A poza tym – Ardie westchnęła – żłobek Michaela liczy dolara za każdą minutę mojego spóźnienia, co oznacza, że już jestem im winna... – Spojrzała na zegarek. – Gazylion dolarów.

– Myślałam, że płacimy ci za to, żebyś dobrze liczyła.

– Owszem. A to dokładna liczba, zapewniam...

Umilkły.

W progu stała Katherine ze sweterkiem przerzuconym przez ramię. Powiodła spojrzeniem po ich twarzach.

– Sloane, jeśli nie masz nic przeciwko temu, to pomyślałam, że już pójdę.

Wykonała powściągliwy gest założenia włosów za uszy. Dziwne, pomyślała Sloane, włosy Katherine są za krótkie, żeby gdziekolwiek je zakładać. To przypominało sięganie po fantomową kończynę.

Pomimo całego swojego słusznego oburzenia Sloane niemal zapomniała o Katherine. Nie miała pojęcia, co z nią zrobić w ten pierwszy dzień. Katherine była śliczna w sposób, który oznaczał, że Sloane musiała siebie napominać, że powinna ją polubić. Im więcej miała lat, tym częściej wolałaby nie cierpieć młodych i ślicznych kobiet. To był okropny impuls, ale ona skrupulatnie trzymała go w ryzach.

Uśmiechnęła się ze znużeniem.

– O tak, proszę, wracaj do domu, a jutro zgłoś się do mnie i zdaj relację, jak wyglądają domy. Są przytulne? Mają łóżka? Puchowe poduszki? Czy to tam ludzie trzymają swoje piż... – urwała. Coś zobaczyła, długi cień w holu. Wstała, boso podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz ponad ramieniem Katherine. – Ktoś się za tobą czai? – zapytała.

Z półmroku wyłonił się Ames i odchrząknął.

– Nie, nie, to tylko ja. – Pomachał do Ardie, kiwnął głową do Sloane. – Obiecałem Katherine, że zaproszę ją na drinka, przywitam na pokładzie, wypytam o jej doświadczenia i tak dalej.

Obiecałem. Słowo zadźwięczało w mózgu Sloane. Brzmiało tak ojcowsko w ustach Amesa.

Zdawała sobie sprawę, że powinna coś powiedzieć. Mózg wolno jej pracował, tyle się dzisiaj wydarzyło. Umarł Desmond, ściśle rzecz biorąc, niecałe dwanaście godzin temu. Jego ciało na pewno jeszcze nie ostygło, a jednak Ames zabiera tę nową kobietę, Katherine, na drinka. To nie może być w porządku, prawda? Ale teraz stali i patrzyli na nią. I owszem, Sloane dobrze usłyszała: Ames zabiera Katherine na drinka. Dzisiaj wieczorem.

Nieproszone pojawiło się wspomnienie.

Elizabeth Moretti, jej mentorka w Jaxon Brockwell, wygłaszająca spokojnym głosem przestrogę w dniu, gdy Sloane oświadczyła, że przechodzi do Truvivu. Przez dwa lata wspólnej pracy Elizabeth odciągnęła ją na bok dokładnie dwa razy z tą krytyczną miną zawierającą podtekst: „Jestem starsza od ciebie i mądrzejsza, widziałam różne rzeczy”. Tamtego dnia spojrzała na Sloane i powiedziała: „Uważaj na Amesa Garretta”. Nic więcej nie dodała.

Jasne. Strasznie dużo dobrego jej to dało, gdy Sloane z pewnością siebie uścisnęła dłoń Amesa w pierwszy dzień w Truvivie. Pół roku później się bzykali.

Teraz Ames się jej przyglądał, Ardie się jej przyglądała. A Katherine wodziła wzrokiem pomiędzy nimi trojgiem, jakby nadal próbowała rozgryźć, o co tu chodzi. Sloane spojrzała na biurko. Telefony, na które powinna odpowiedzieć. Mejle, które powinna napisać. Zacisnęła mocno powieki, to był znak, że zaraz zrobi coś potwornie głupiego.

– Wspaniały pomysł – powiedziała. – Wezmę tylko torebkę.

Ames i Katherine gapili się na nią. A przecież nie powiedziała, że zamierza wstąpić do cyrku, cholera jasna.

Ames sprawiał wrażenie rozbawionego.

– Myślałem, że masz kupę roboty?

– Jak wrócę, ta dziura nadal tu będzie. – Ona też może się cieszyć przejściową amnezją.

Ames wolno pokiwał głową.

– Super – powiedział. – Spotkamy się przy windzie. – Dwukrotnie uderzył we framugę, kiedy odchodził z Katherine.

Ardie okręciła się na pięcie.

– Jesteś pewna?

Sloane spojrzała w sufit, unosząc otwarte dłonie.

– Nie, oczywiście, że nie jestem pewna, Ardie.

– To może mi powiesz, dlaczego...?

– Doskonale wiesz.

Ardie skrzyżowała ręce i wyczekująco uniosła brew.

– Sama nie wiem – przyznała z frustracją Sloane. Wskazała drzwi i zniżyła głos. – Chyba tym razem chciałabym powstrzymać rzeź jagnięcia ofiarnego. Pewnie ją widziałaś, jak biega po firmie. Jakieś sto sześćdziesiąt pięć centymetrów, fryzura pixie, buzia lalki. Zadowolona? – Złapała torebkę i przewiesiła przez prawe ramię. – Tylko jeden drink. – Wyciągnęła palec ku sceptycznej twarzy Ardie.

– Jeden – ustąpiła Ardie. – Zamierzam zwrócić się do karmy i szepnąć dobre słowo o tobie.

Sloane zamknęła oczy wyczerpana. Czuła, jak fantomowe zmarszczki chcą się zebrać na jej nosie. Wiedziała, że gdyby poprosiła, nawet tylko zasugerowała, Ardie poszłaby z nią – żłobek nieważny. Pod tym względem Sloane była szczęściarą.

– Jeśli ty je szepniesz, będą wiele znaczyły. – Chwyciła przyjaciółkę za przegub, żałując, że to nie może trwać dłużej. Nadal trzymały w szafce do połowy wypitą butelkę dżinu z ostatniego razu, gdy musiały ratować kobietę przed Amesem Garrettem. Tylko że wtedy tą kobietą była Sloane.

.

Truviv Instant Messenger

21.04., 16:31

Odbiorca: Sloane Glover

Nadawca: [Ukryty]

Dziwka.

Suka.

Cipa.

Rozdział 5

20 MARCA

Jak mało słów mówiłyśmy do siebie w windzie. Wchodziłyśmy do niej, otoczone świeżym zapachem szamponu i płynu do ust. Gładki napór na nasze stopy pchał nas w powietrze, rozsyłał na piętra. Za każdym razem, gdy drzwi się rozsuwały, pojawiał się mały portal do innego świata.

Stałyśmy się ekspertkami od przyporządkowywania siebie wzajemnie do pięter, zanim jeszcze palec zbliżał się do guzika. Marketing? Witajcie na ósmym piętrze na cmentarzu byłych cheerleaderek w stanie zawieszenia, rozważających, czy pójść na studia magisterskie. Szefowa księgowości na dwunastym? Dostrzegałyśmy jej świeży manikiur, gdy stukała w ekran komórki, i designerską torebkę na ramieniu ogłaszającą, że musi mieć naprawdę dobry rok. Mogłyśmy cicho pytać koordynatorkę prac nad nowymi produktami, skąd ma nowe okulary. Albo zrobić miejsce kobiecie w czarnym kostiumie, która weszła za nami i stanowczo wcisnęła guzik piętnastego piętra.

Ale co tak naprawdę o sobie wiedziałyśmy? Rozdzielały nas stal i rusztowania. Nasze wszechświaty wyglądały na niepołączone, czasami wpadały na siebie wyłącznie z powodu bliskości. Tak przynajmniej myślałyśmy.

Musiałyśmy tylko zapukać do drzwi innego świata, by się przekonać, jak nasze historie się splatają, tkając ze wspólnych nici pętlę będącą dziełem naszych rąk.

O mało tak się nie stało, kiedy Rosalita i Crystal, nowo przyjęta, stały przed gabinetem na piętnastym piętrze.

– Ktoś tam jest – syknęła przestraszona Crystal. Odskoczyła od drzwi, jakby ją sparzyły. Rosalita wypuściła wolno powietrze z płuc, co wcale nie pomogło ukryć jej rozdrażnienia, zresztą o to właśnie chodziło.

Było wpół do dziesiątej wieczorem. Rosalita i Crystal sprzątały pociemniałe piętra, odkurzały, opróżniały kosze na śmieci, wycierały blaty, uzupełniały papier toaletowy. Okna biur były płaskimi czarnymi dziurami wpatrującymi się w przestrzeń. W środku automatyczne światła rozjaśniały kwadrat przestrzeni, na którym obie kobiety pracowały. Gdy szły dalej, światła gasły.

W przeszłości te światła niepokoiły Rosalitę. Czuła się jak na scenie, obserwowana. Co gorsza, czasami zestaw lamp zamigotał na końcu korytarza – nieruchomiała wtedy z walącym sercem, czekając, aż ktoś się pokaże. Nikogo nie było, ale i tak musiała dokończyć robotę, choć zawsze co kilka minut oglądała się przez ramię.

– Ćmy – wyjaśniła jej kiedyś szefowa.

To było wiele lat temu, kiedy Rosalita dopiero zaczynała sprzątać. Kilka miesięcy wcześniej wujek przywiózł tutaj ją i jej siostrę w zapoconym vanie z Doliny Rio Grande. W którymś momencie pozwoliła, żeby inne troski zastąpiły światła.

– Wszystko w porządku – powiedziała do Crystal, stawiając schludne ptaszki na papierze przymocowanym do podkładki, by odhaczyć wysprzątane gabinety.

Na ostatnim zebraniu ucieszyła się, że znowu przydzielono jej te same piętra co zwykle. Jeden z dyrektorów umarł i wkrótce trzeba będzie posprzątać jego gabinet, a Rosalita nie chciała mieć z tym nic wspólnego.

– Powinnam zapukać? – zapytała Crystal.

Rosalita przemknęła obok niej, dwukrotnie zabębniła w drzwi i nie czekając na odpowiedź, pewnym krokiem weszła do środka. Złapała kosze ze śmieciami i do recyklingu, po czym wyniosła je na korytarz.

W taki sposób należało uczyć nową.

Rosalita już dawno się przekonała, że sekret niewidzialności nie polega na chodzeniu na paluszkach po obrzeżach, bo to tylko ściąga uwagę i wprawia w zakłopotanie innych. Nie, tym sekretem była szybkość i celowość działań, cechy, które pozwalały innym się odprężyć i zajmować swoją pracą, jakby ciebie wcale tu nie było.

Rosalita opróżniła kosze do pojemnika na kółkach. Włożyła do nich worki i wróciła do gabinetu. Blondynka oderwała wzrok od ekranu komputera.

– Jak leci? – zapytała miło Rosalitę.

Rosalita umieściła kosze w kącie i otrzepała dłonie w rękawicach.

Rozpoznała tę sprężystą kobietę. Sloane Glover – jej nazwisko widniało na srebrnej tabliczce na drzwiach. Przypominała Rosalicie gospodynię talk-show, elegancką i jaśniejącą. To był dokładnie ten typ białej kobiety, której zaginięcie wywołuje międzynarodową burzę medialną.

– Dobrze, proszę pani – odparła. – A co u pani?

Kobieta westchnęła i przekrzywiła się na krześle.

– Jak po hiszpańsku powiedzieć „gównianie”?

Rosalita parsknęła chrapliwym śmiechem z rodzaju zrodzonego ze wspólnych nieszczęść.

Sloane gwałtownie się wyprostowała.

– Boże, przepraszam. – Pokręciła głową i przycisnęła palce do skroni. Dzisiaj nie wydawała się taka sprężysta ani jaśniejąca. Rosalita zauważyła, że oczy ma czerwone. Na ekranie wyświetlała się nie praca, ale strona z zakupami. – Nie... nie chciałam nikogo urazić. Straszna idiotka ze mnie. Zachowałam się bardzo niegrzecznie, z góry zakładając... – Sloane spojrzała Rosalicie prosto w oczy. – To był ciężki wieczór, chociaż to mnie nie usprawiedliwia. – Podniosła rękę, jakby w obronie przed spoliczkowaniem.

Rosalita cierpliwie czekała, aż Sloane skończy. Miała mnóstwo słów, wszystkie wyraźnie chciały wylać się z niej równocześnie.

– De mierda – powiedziała.

– Słucham?

– Gównianie. De mierda. – Rosalita z namysłem zmarszczyła czoło. – Albo... no vale mierda. De pura mierda. Proszę sobie wybrać. – Wzruszyła ramionami. Nie rozumiała, dlaczego miałoby ją obrazić założenie poczynione przez Sloane. Miała ciemne kręcone włosy i brązową skórę, mówiła z silnym akcentem, a poza tym do dwunastego roku życia mieszkała w Guanajuato. Jasne, bywały chwile, gdy nie lubiła, kiedy proszono ją, by mówiła po hiszpańsku, zwłaszcza gdy robili to mężczyźni (fetysz). Poza tym jednak nie obrażała się jak niektóre młodsze dziewczyny. To kosztowało zbyt wiele energii.

Sloane uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– De mierda, faktycznie. Dziękuję. – Wzrok Sloane machinalnie powędrował do ekranu, potem przypomniała sobie o Rosalicie i znowu na nią spojrzała. – Przepraszam – powtórzyła po raz drugi w niecałe pięć minut.

Rosalita wiedziała, że została odprawiona. Nie miała o to pretensji do Sloane, która wyglądała, jakby wiele godzin temu powinna była pójść do domu.

Wróciła na korytarz i odhaczyła gabinet Sloane Glover na swojej liście.

– Przynieś pani Glover butelkę wody z lodówki – zwróciła się do Crystal. – Ja zajmę się następnym gabinetem. – Crystal posłuchała. Była młoda i prawdopodobnie w ciąży, tak przypuszczała Rosalita, chociaż dziewczyna ukrywała to skutecznie pod obszerną firmową bluzą.

Rosalita wolno, metodycznie pchała wózek po dywanie. Jedno wiedziała na pewno i wynikało to z doświadczeń osoby, która miała z tym do czynienia aż za często, a mianowicie to, że dzisiaj wieczorem Sloane Glover jest pijana.

.

Ardie Valdez

Więc... jak było? Czego się dowiedziałaś? Co mówiła?

Grace Stanton

Jak co było? O czym ty mówisz? O kogo chodzi?

Ardie Valdez

Wczoraj wieczorem Sloane poszła na drinka z Amesem i Katherine. To ta kobieta, która była na zebraniu. Jest nowa. Zaczęła pracę wczoraj. Ames zatrudnił ją, nie uprzedzając o tym Sloane. Klasyka.

Grace Stanton

Przykro mi, nie miałam pojęcia. Drinki... z Amesem? Naprawdę?

Sloane Glover

Przepraszam! Przepraszam! Właśnie wchodzę do biura. No tak... Drinki z Amesem. Bez specjalnych wrażeń. Zachowywał się bardzo grzecznie. Katherine ma się czym pochwalić. Pomyślcie o Westminsterskim Pokazie Psów w Nowym Jorku. Prawo na Harvardzie. Specjalistka u Frosta Kleina. Pochodzi z Bostonu. (Stąd te buty?) Nie za wiele „południowego ciepła”, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Może trochę potrwać, zanim odtaje. Ale, kurwa, jestem w dołku. Podziękujcie Tinie Fey, że jest bystra.

Ardie Valdez

Hej, dlaczego wszystkie sekretarki tłoczą się przy komputerze Beatrice? To jakiś arkusz. Ktoś prowadzi wielki projekt w Excelu?

Grace Stanton

Nie wiem, ale wczoraj słyszałam, jak dwie młode rozmawiały o arkuszu. Coś o obleśnych biznesmenach w Dallas. Zapomniałam wam powiedzieć. Ma któraś baton Clif? Umieram z głodu.

Ardie Valdez

Nie, ale w biurku mam SunChips. Częstuj się.

Rozdział 6

21 MARCA

Zawsze szukałyśmy idealnego faceta. Nawet te z nas, których nie zapisano na tradycyjne, heteronormatywne doświadczenie, były zafascynowane tą antropologiczną pogonią podobną do poszukiwania jednorożca. Zamężne lub samotne, wypatrywałyśmy go albo próbowałyśmy ulepić z materiału, który miałyśmy pod ręką. Ten idealny okaz odznaczał się istotnymi cechami.

Dzielił się swoim jedzeniem i zawsze zamawiał deser. Kiedy polecałyśmy książkę, kupował ją, nie pytając przyjaciela, czy zgadza się z naszą opinią. Nie trzeba było go uczyć, jak pakować torbę z pieluszkami. Był dżentelmenem z Południa i miał matkę ze Wschodniego Wybrzeża, która rozwijała jego umiarkowanie postępową wrażliwość. Mówił „kocham cię” po dwóch i pół miesiąca. Nigdy się nie upijał. Znał się na podatkach. Nie kwestionował naszych feministycznych ideałów, kiedy odmawiałyśmy rozdeptania robaków albo wymiany oleju. Nie siadał, żeby włożyć buty. Miał dość pieniędzy na emeryturę. Gorąco domagał się męskiego hormonalnego środka antykoncepcyjnego. Lekko niepokoił go pomysł ogolonych wagin, ale nie na tyle, by zająć jednoznaczne stanowisko za lub przeciw. Uważał, że Mindy Kaling jest zabawna. Lubił bitwy na poduszki. Nie przejmował się, jeśli zarabiałyśmy więcej niż on. Wolał kobiety w swoim wieku.

Byłyśmy rozsądne i nieracjonalne, cyniczne i naiwne, ale zawsze, zawsze szukałyśmy.

Oczywiście to nie jest opowieść o idealnych mężczyznach, chociaż na nieszczęście Ardie Valdez jeszcze o tym nie wiedziała, kiedy nazajutrz po przedwczesnej śmierci Desmonda zaświecił się ekran jej komórki: powiadomienie z aplikacji randkowej.

Jezu, to nadal budziło w niej przestrach. Jej telefon tak często wibrował, że żałowała, iż nie zaoszczędziła pieniędzy na tę porozwodową zabawkę seksualną, a komórkę zostawiła sobie starą i spokojnie czekała, aż zadzwoni.

Spojrzała na ekran:

Idzie ci świetnie. Masz 1 nową wiadomość.

Obok tekstu widniała ikonka „płomienia”, jakby aplikację zaprojektowano tak, by przypominać Ardie, że jest za stara na randkowanie. To był świat emotikonów i Ardie po prostu w nim żyła.

Zaczęła pracę w Truvivie półtora roku przed Sloane. Ta sama sceptyczna Ardie, na której mało co robiło wrażenie, choć w o wiele lepszych ciuchach. Sloane lubiła opowiadać, że gdyby nie jej pęknięta spódnica ołówkowa oraz zestaw do szycia Ardie może nigdy by się nie zaprzyjaźniły. Ale to nie była prawda. Sloane świetnie wychodziło nawiązywanie przyjaźni, a niedługo potem Ardie odkryła, że Sloane zawsze miała w swoim biurku zestaw do szycia. Ardie nigdy nie powiedziała jej, że o tym wie.

Wtedy życie było o wiele przyjemniejsze, to musiała przyznać. Pełne możliwości i niemądrych historyjek. Zanim stała się tą nową Ardie, czterdziestodwuletnią rozwódką.

W zeszłym roku, gdy stały w kolejce w Starbucksie, Ardie w końcu zebrała się na odwagę, by powiedzieć Sloane, że odchodzi od męża, Tony’ego. Inna kobieta sypia z moim mężem – oznajmiła typowym dla siebie sardonicznym tonem. Więc przypuszczam, że teraz należy do niej.

Sloane wpadła w furię w imieniu Ardie. Z jej ust popłynął potok: Jak Tony mógł to zrobić? A co z Michaelem? Co z domem?