Zmorojewo - Jakub Żulczyk - ebook
Opis

Tytus to 15-letni nerd, fanatyk horrorów, gier komputerowych i zjawisk nadprzyrodzonych. Właśnie zanosi się na najnudniejsze wakacje jego życia u dziadków w Głuszycach, gdy w „zabitej dechami dziurze” poznaje Ankę, odważną, zbuntowaną nastolatkę.
Równocześnie w mazurskim lesie czai się Zło - legendy o nim od lat krążą po wsi. Gdy zaczynają ginąć ludzie i dzieją się dziwne rzeczy, niespodziewanie lato u nadpobudliwej babci zamienia się w mroczną przygodę.
Narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo, para przyjaciół próbuje rozwikłać tajemnicę miasta widma, którego zdjęcia pojawiają się w sieci.
Tymczasem Strzępowaty i Gangrena, żołnierze Zła, usiłują zdobyć trzy Klucze, dzięki którym będą mogli zawładnąć światem.
Wojnę z agentami ciemności, dowodzonymi przez ponurego Leszego, może wygrać jedynie tajemniczy potomek Strażnika Dobra.
Jakub Żulczyk wykreował w swojej wiele przerażających postaci, które chcą wtargnąć w ludzki świat iktórych nikt z nas nie chciałby spotkać w realnym życiu.

O Autorze:
Jakub Żulczyk (ur. 1983) jest prozaikiem i scenarzystą. Autor bestsellerowej powieści „Ślepnąc od świateł”, która sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy, oraz współscenarzysta serialu HBO na jej podstawie, który okazał się największym sukcesem polskiej telewizji ostatnich lat. Zadebiutował w 2006 roku powieścią „Zrób mi jakąś krzywdę”. W 2008 roku wydał „Radio Armageddon”, powieść zaadaptowaną w 2014 roku na scenę Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Pomysłodawca, współautor i współscenarzysta serialowego hitu „Belfer” (Canal Plus). W 2017 roku ukazała się jego powieść „Wzgórze psów”, za którą otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy oraz „Wawrzyn” – Literacką Nagrodę Warmii i Mazur.

„I nagle bieg wydarzeń znów wrócił do normalnej prędkości.
–Zaraz na tobie zgaszę papierosa, zdziro! – Prawy skrzydłowy stanął przed Anką, gdy ta błyskawicznie wykonała trzy czynności, bodaj najbardziej zaskakujące, jakie Tytus zobaczył do tej pory. Nawet nie zdążył pomyśleć, że powinien przecież podejść do tego chłopaka i zrobić cokolwiek, bo biologicznie rzecz biorąc, to on również był chłopakiem, Anka zaś dziewczyną.
A ona najpierw błyskawicznym ruchem wyjęła jeszcze jedną rzecz z ukrytej kieszeni spodni. Potem z całej siły kopnęła chłopaka między nogi i dopiero wtedy Tytus zwrócił uwagę na jej buty – wysoko sznurowane glany, najpewniej z blaszaną płytką na czubku. Na końcu zakryła sobie twarz kawałkiem koszulki, przycisnęła go dłonią do nosa i ust, zamknęła oczy i psiknęła zawartością wyciągniętego z wewnętrznej kieszeni przedmiotu w chłopaka, który momentalnie skrył twarz w dłoniach i zaczął wywrzaskiwać kombinacje wszelakich znanych sobie bluzgów.
Wszystko to trwało jakieś cztery sekundy. Tytus dalej stał sparaliżowany, ale w piątej sekundzie Anka podbiegła do niego, wzięła go za rękę, odwróciła się i krzyknęła:
– Rura, idioto!” – fragment powieści

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 563

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Roman Honet

Korekta: Sylwia Chrabałowska

Okładka i ilustracje: Joanna Rzezak

Skład i przygotowanie do druku: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© by Agora SA, 2019

© by Jakub Żulczyk 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2782-2 (epub), 978-83-268-2783-9 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Prolog

Nieopodal Zmorojewa rozpoczęła się wojna.

Nie była głośna; nie rozbrzmiewały wystrzały, krzyki żołnierzy, huk spadających bomb. Nikt nie zakłócał spokoju lasu, gdzie ćwierkały ptaki, szumiały drzewa, słyszało się przebiegające w oddali zwierzęta. Zapadał zmrok. Nad lasem rozlała się krwista czerwień zachodu słońca. Purpura oblewała korony drzew, spływała po pniach, ściekała na krzaki, paprocie i poszycie. Wojny nie było widać ani słychać, co nie zmieniało faktu, że zaczęła się właśnie w tym momencie.

– Ci ludzie. Coś mają z tymi trójkami, prawda? – powiedział Strzępowaty i podrzucił mały, owalny przedmiot. – Trzej Królowie, Trójca Święta, Trzy Korony...

– Trzy grosze – zaskrzeczała Gangrena, trzymając się za brzuch.

– Jakie trzy grosze? – Strzępowaty złapał medalion i zacisnął na nim dłoń. Pomiędzy jego zrogowaciałymi, powykręcanymi palcami coś zalśniło.

– Tak mówią ludzie. – Gangrena usiadła. – „Wtrącić swoje trzy grosze”.

– Nie wiem, co to oznacza, ale jest dobrym przykładem tej dziwacznej obsesji trójek. – Strzępowaty otworzył dłoń i patrzył na przedmiot, po czym pieszczotliwie musnął go opuszkami palców... O ile Strzępowaty mógł dotknąć czegokolwiek z czułością. Jego ręce dużo lepiej wiedziały, jak zaciskać, rozszarpywać i wyrywać, a nie głaskać.

Zamilkli na moment, jakby dla uczczenia chwili. Gangrena siedziała na ziemi, przyciskając dłonie do brzucha. Odkąd pamiętała, bolał ją tak mocno, jakby w jego wnętrzu bez przerwy kipiał wrzątek. Choć wzrostem przypominała ludzkie dziecko, miała brzuch, który zajmował sporą przestrzeń. Był jej największym ciężarem, ale czasami myślała, że bez niego nie mogłaby istnieć.

Strzępowaty wsunął pięść zaciśniętą na przedmiocie do kieszeni za dużej, wypłowiałej marynarki i stał przez chwilę, wbijając spojrzenie zaropiałych oczu w nieokreślony punkt. Drugą ręką drapał się po głowie, wielkiej w stosunku do tyczkowatego i chudego ciała, jakby czegoś szukał pośród resztek przetłuszczonych siwych włosów. Gdy to w końcu znalazł, zgniótł w palcach i pstryknął.

Gdyby zobaczył ich jakiś człowiek, opowiadałby potem rodzinie i znajomym, że widział w lesie parę najbrzydszych ludzi na ziemi. Ale żaden człowiek nie mógł ich zobaczyć, tak jak żaden człowiek nie mógł tak po prostu wejść do lasu otaczającego Zmorojewo.

– Pokaż mi. – Gangrena wyciągnęła do Strzępowatego drobną, tłustą łapę. – Proszę, pokaż. Nie zniszczę, obiecuję, że nie zniszczę.

Strzępowaty wyjął owalny przedmiot z kieszeni. Zaczął przekładać go między palcami jak monetę. Przedmiot znowu zabłyszczał. Źrenice Gangreny się rozszerzyły. Nie mogła oderwać od niego oczu.

– Ano ludzie coś mają z tymi trójkami – Strzępowaty z premedytacją podsycał jej fascynację. Bawił się medalionem, a jednocześnie bawił się Gangreną, która sięgała ku błyskotce ręką. Gdy jej palce znalazły się za blisko, Strzępowaty uderzył ją dłonią, jakby karcił dziecko. – Trzy Klucze. Na razie mamy jeden.

Gangrena uspokoiła się, ale tylko na chwilę. Strzępowaty odwrócił medalion awersem do niej. Miał jakieś kilkadziesiąt lat. Gangrena popatrzyła na uwiecznioną na nim twarz, rozwarła oczy jeszcze szerzej i zaczęła gwałtownie poruszać szczęką jak ktoś mocno zdenerwowany. Albo przerażony.

– Pierwszy Klucz – powiedział Strzępowaty. – Portret Kobiety Cmentarnej.

– Tej, która przychodzi po samobójców i ma metalowe szpony zamiast rąk – wyszeptała ze zgrozą Gangrena.

Strzępowaty westchnął.

– Te szpony to przesada. – Przypatrzył się uważnie twarzy na Portrecie. Zwykła starsza kobieta, mniej więcej siedemdziesięcioletnia. Z siwymi włosami ułożonymi w staromodną falę i gęstą siatką zmarszczek na twarzy. Zwykła kobieta... Tyle że jej gałki oczne były całe czarne. – Ale fakt, lubiła noże. Ostre przedmioty. Lubiła kroić. Bardzo. – Uśmiechnął się. – Lubiła też koty – dodał i schował medalion do kieszeni marynarki.

– Skąd to masz? Skąd? – zaskrzeczała Gangrena.

Czuła, że nie jest już samotną, małą Gangreną, którą jeśli już ktoś zauważa, to tylko ją popycha, wygania albo przewraca. Teraz stała się własnością Portretu.

– Ci ludzie... – Strzępowaty poklepał kieszeń, jakby Portret był żywą istotą, którą trzeba uspokoić. – Nie było trudno go znaleźć. Wejść do niego do domu. Zabrać mu to. Wcale a wcale.

Strzępowaty westchnął i wciągnął nosem leśne powietrze. Zmrużył oczy jak kiper wąchający wino o wyjątkowo bogatym bukiecie. Nie było tego słychać, nie było tego czuć, ale w lesie coś się zmieniało. Powietrze chłodniało, nie z braku słońca, ale raczej jakby nieznacznie zmodyfikował się jego skład chemiczny. Wiatr zmienił kierunek. Gdzieś daleko pod ciężarem jakiegoś wielkiego zwierzęcia chrupnął stos chrustu. Każdy moment, każdy odgłos zwiastował nadejście nowego.

Pomiędzy drzewami coś zamigotało. Gangrena pokazała to palcem.

– Widzę – powiedział Strzępowaty. Ruszyli przez las. Gangrena, drepcząc drobnymi, niezdarnymi i szybkimi krokami, przypominała buldoga francuskiego, który próbuje iść na dwóch łapach. Strzępowaty człapał powoli i anemicznie, zapatrzony w nieokreślony punkt w ciemności. Nie patrzył na ziemię, ale jego patykowate, długie nogi zwinnie pokonywały każdą przeszkodę. Człowiek przewróciłby się kilkanaście razy. Ale Strzępowaty nie był człowiekiem.

Purpura gasła, a las powoli zaczęła spowijać czerń.

Chociaż jeszcze nikt tego nie usłyszał i nikt tego nie widział, nieopodal Zmorojewa rozpoczęła się wojna.

1. Najgorszy początek wakacji wszech czasów

Gdyby ktoś zapytał Tytusa Grójeckiego o Trzy Najbardziej Znienawidzone Rzeczy Na Świecie, potrafiłby wskazać je bez wahania. Jak każdego nastolatka Tytusa wiele spraw potrafiło doprowadzić do rozstroju nerwowego. Obecnie nie znosił: idiotek ze swojej klasy oglądających bez przerwy Hannah Montanę i rozmawiających o chłopcach z boysbandów, awarii prądu podczas pokonywania ostatniego levelu Call of Duty, lektur szkolnych i dresiarzy. Ale miał również specjalne podium dla Trzech Rzeczy, które wywoływały w nim poczucie wyjątkowo silnej i niezmąconej nienawiści.

Pierwsza z nich właściwie była nie tyle rzeczą, ile człowiekiem. Mimo to Tytus nie czuł oporów przed takim klasyfikowaniem tej osoby. Polonistka Agata Florek. Nie, nie należała do typu pomarszczonej i zasuszonej starszej pani, patrzącej groźnie znad grubych jak ściany sejfu szkieł okularów, każącej bezlitośnie ryć na pamięć wiersze o drugiej wojnie światowej i zaczynającej wrzeszczeć, gdy tylko jakaś dziewczyna pomalowała sobie do szkoły paznokcie. Agata Florek była jeszcze gorsza. Nie była jakaś strasznie stara, miała raptem dwadzieścia osiem lat. Nie aż tak wstrętna, to znaczy nie wyglądała jak główny bohater Piły V. Może nawet była ładna, ale Tytus miał problemy z określaniem tego, czy osoby tyle starsze od niego i do tego stojące ponad nim w życiowej hierarchii są ładne lub brzydkie.

Najgorsza wydawała się skłonność Agaty Florek do histerii. Bez przerwy na lekcji wywrzaskiwała wniebogłosy, jak to ma ich wszystkich, w sensie Tytusa i reszty klasy, dość i że kompletnie nie może sobie z nimi poradzić. Do tego za każde najmniejsze przewinienie wysyłała do dyrektorki.

Lista tych przewinień sugerowała chorobę psychiczną nauczycielki, a przynajmniej na jej wyjątkowo specyficzne poczucie humoru. Były to: sygnały przychodzących SMS-ów, gryzienie końcówki od długopisu, bębnienie palcami o stół czy żucie gumy.

Ponadto Agata Florek, wytypowawszy kandydata do odpowiedzi, nerwowo wertowała dziennik, poszukując właściwej rubryki, a w końcu bombardowała nieszczęśnika tak bezładnym gradem pytań, że nie miał szans sobie poradzić. Mickiewicz mieszał się jej z Krasińskim, Urszulka z Trenów nagle pojawiała się na Weselu Wyspiańskiego, a Zbyszko z Bogdańca dzielnie najeżdżał wioskę, w której grał Janko Muzykant.

Gdy podchodziła do tablicy, potrafiła się zdenerwować do tego stopnia, że wskaźniki, gąbka i małe kawałki kredy leciały jej z rąk, jakby miała jakiś atak. Pewnego razu, podczas omawiania wierszy Miłosza, Agacie Florek zadzwoniła komórka. Przerażona wrzasnęła, podbiegła do torebki i – wyrzucając na lewo i prawo jej zawartość – zaczęła szukać telefonu. Dla Tytusa Grójeckiego w życiu nade wszystko liczyły się zdrowy rozsądek i sprawiedliwość, więc zwrócił nauczycielce uwagę, że jeśli każe wyłączać przed lekcją komórki, to sama również powinna się zastosować do ustalonych zasad. Agata Florek wrzasnęła na Tytusa i odesłała go do dyrektorki. Tak, zdecydowanie była jedną z trzech najbardziej znienawidzonych przez niego rzeczy na świecie.

Drugą było mrożone jedzenie – pierogi, pyzy, warzywa na patelnię i pizza. Ktoś inny mógłby uznać, że Tytus przesadza, a zresztą mrożona pizza, zwłaszcza jeśli na wierzch dać parę dodatkowych plastrów sera, wcale nie jest taka zła. Jednak dla Tytusa mrożonki stanowiły lwią część codziennego jadłospisu. Gdyby nie genialny wynalazek przechowywania jedzenia w temperaturze poniżej zera, prawdopodobnie umarłby z głodu.

Marta Grójecka, jego mama, po prostu nie miała czasu gotować. Była zabieganą właścicielką dwóch szkół językowych i gościła w domu od dwudziestej drugiej do ósmej rano. Resztę czasu spędzała na doglądaniu interesu oraz kompletnie ślamazarnych, jej zdaniem, lektorów i księgowej.

Księgowa wcale nie była ślamazarna. Nazywała się Danusia i Tytus nawet ją lubił, zwłaszcza gdy raz na dwa tygodnie taksowała go fachowym wzrokiem i stwierdzała, że jest mocno niedożywiony, po czym wręczała mu próżniowy pojemnik pełen schabowych własnej roboty.

Tytus był skazany na mrożonki również dlatego, że jego tata pisarz spędzał całe dnie w gabinecie, pisząc książki dla dzieci. Szczerze mówiąc, świat tych książek pochłaniał go bardziej niż rzeczywisty. Wychodził z domu jedynie rano do sklepu, gdzie kupował płatki śniadaniowe, mleko i coś mrożonego dla siebie i Tytusa na obiad.

Tytus raz spróbował zawalczyć o urozmaicenie rodzinnego jadłospisu.

Gdy siedzieli razem z ojcem przy stole, dłubiąc widelcem w mrożonej pizzy z dodatkowym serem, zapytał:

– Tato, czy możemy zjeść czasem coś innego niż mrożona pizza?

Robert Grójecki akurat czytał coś zajmującego w gazecie.

– Nie ma sprawy, jutro kupię pyzy – powiedział, poprawiając okulary na nosie. Po czym popatrzył na Tytusa i zapytał: – Mają być z mięsem czy z dżemem?

Należy tutaj dodać, że kulinarne umiejętności taty Tytusa kończyły się na dodaniu mleka i cukru do kawy rozpuszczalnej.

Tytus westchnął i rozstał się z marzeniem o normalnym obiedzie. Ratunkiem od mrożonkowej tortury nie były nawet niedziele, kiedy rodzina Grójeckich jadała zwykle obiad w restauracji. Państwo Grójeccy wybierali z reguły włoską knajpę na Powiślu, a we włoskich knajpach, jak wiadomo, serwuje się głównie pizzę.

Trzecią rzeczą, której Tytus Grójecki nienawidził najbardziej na świecie, był sam początek wakacji, który od paru lat wyglądał tak samo: po uroczystości zakończenia roku szkolnego Tytus siedział na szkolnym boisku do kosza ze swoimi dwoma najlepszymi kumplami, Grubsonem i Pitoniem, chociaż kosza nie lubił. Aktywność ruchowa w ogóle nie była jego konikiem. Gdy udawało się wyprosić u taty podpis na szybko spreparowanym zwolnieniu z wuefu, Tytus korzystał z tego bez żadnych skrupułów. Nie było to wcale zbyt trudne – tato w swoim oderwaniu od rzeczywistości nie zwracał uwagi, co tak naprawdę sygnuje.

Tytus przyglądał się, jak jego koledzy rzucają piłkę do kosza, i głęboko westchnął. Ostatni dzień szkoły dla każdego przeciętnego ucznia podstawówki i gimnazjum, a także – jak podejrzewał Tytus – liceum i uniwersytetu, był momentem czystej i niezmąconej euforii. On miał trochę inny pogląd na tę sprawę, jako że musiał z reguły słuchać opowieści kumpli, gdzie spędzą dwa najbardziej ekscytujące miesiące w roku.

– Ja jadę najpierw na żagle i chyba zrobię w końcu sternika – powiedział Grubson, usiłując rzucić za trzy punkty. Piłka zatańczyła po obręczy, ale nie wpadła do środka. Grubson zaklął, po czym kontynuował: – Potem wybieram się ze starymi do Włoch na dwa tygodnie, a potem będzie największy wypas, obóz młodzieżowy w Maladze. Oj, co tam się podzieje, ziomuś...

Rzucił jeszcze raz, celnie. Klasnął z radości, złapał piłkę i przymierzył się do następnego rzutu.

– To nieźle – uznał Pitoń, którego rodzice, tak samo jak rodzice Grubsona, wierzyli, że przyjemnie spędzone wakacje ich dziecka będą podstawą aktywnego i dobrze przepracowanego roku szkolnego. Ich wiara była ślepa, bo Pitoń przechodził z klasy do klasy wyłącznie dlatego, że piłkarska drużyna Gimnazjum numer 39 imienia Edmunda Niziurskiego bez niego poszybowałaby na samo dno rankingu wojewódzkiego. – A ja jadę na obóz piłkarski dla juniorów do Madrytu, a potem do Egiptu nurkować na rafach koralowych. Widziałem te rafy koralowe na kablówce i mówię wam, to gruba faza. Jak w grze komputerowej.

Pitoń podbiegł do Grubsona i wybił mu piłkę, co nie sprawiło mu większej trudności, bo był jakieś dwa razy chudszy i zwinniejszy od przeciwnika, po czym również rzucił za trzy punkty.

– A ty, Tytuńcio? – zapytał sarkastycznie. – Znowu do cioci nad morze?

Tytus westchnął znad przenośnej konsoli PlayStation. Westchnął, ponieważ to lato zapowiadało się jeszcze gorzej i naprawdę głupio mu było powiedzieć o tym kumplom, bo ich relację znaczył, jak to czasami bywa, duch rywalizacji. Pomimo że świadectwo Tytusa prezentowało się zdecydowanie najlepiej – nie był kujonem, miał po prostu świetną pamięć – w konkurencji wakacyjnych wyjazdów w ogóle nie brano go pod uwagę.

– Ojciec uparł się, że mam spędzić lato na wsi. U babci Maryli i dziadka Zbigniewa. W Głuszycach – mruknął, nie patrząc kumplom w oczy. Doskonale wiedział, że na ich twarzach zobaczyłby takie same grymasy jak te, którymi obdzielali go na wuefie podczas gry w siatkówkę, gdy przychodziła jego kolej, aby zaserwować. – Babcia prowadzi tam gospodarstwo agroturystyczne. Starzy są mądrzy. Sami jadą na wakacje do Meksyku, kota oddają sąsiadce, a mnie wysyłają na wieś.

Pitoń pokręcił głową i rzucił do kosza.

– Słabo – powiedział lakonicznie.

Grubson przytaknął. Tytus nie zaprzeczył. Jego wakacje zapowiadały się tak fatalnie, że kumple woleli o tym nie myśleć, aby nie psuć sobie nastrojów. Tytus wcale nie miał im tego za złe. Był przecież ostatni dzień roku szkolnego.

Tytus nie zazdrościł jednak Grubsonowi i Pitoniowi ich wyjazdów. Obóz piłkarski jawił mu się jako okropieństwo, w którym bez wątpienia wolałby nie uczestniczyć, porównywalne z koszarami z filmu o wojnie w Wietnamie. Nie był też zbytnio przekonany do nurkowania – zbyt wiele naoglądał się programów o różnych przykrych konsekwencjach różnic ciśnień i dekompresji, a także o atakach rekinów. Ale mimo to opowieści jego kumpli przekonywały go, że planeta Ziemia oferuje milion ciekawszych miejsc spędzania wakacji niż zabita dechami dziura, w której mieszkają jedynie krowy, starzy ludzie i chude, szczekające psy.

– Będzie tam chociaż internet? – zapytał Pitoń, siadając obok niego i wskazując na ekran PlayStation. – Tutaj musisz walić do tego potwora z dystansu, bo z bliska da ci jeden cios i kaplica.

Tytus machnął ręką i wyłączył grę. Nie było sensu roztrząsać, czy jakimś cudem u babci zdoła podłączyć się do sieci. Nawet gdyby jakoś się mu to udało, dostawałby na skrzynkę co najwyżej zdjęcia od Grubsona leżącego pod palemką w hawajskiej koszuli i pokazującego podniesiony kciuk. Tytus mógłby zrobić sobie takie zdjęcie w najlepszym razie pod oborą lub otoczony wianuszkiem gęsi. Internet nie był mu więc szczególnie potrzebny.

– Wątpię – mruknął Tytus. – Dobrze, jeśli będą chociaż ze trzy kanały w telewizji.

– No wiesz, świeże powietrze, na rowerze sobie pojeździsz... – zaczął Grubson, ale spojrzał na Tytusa, który w reakcji na jego słowa próbował obudzić w sobie przydatną umiejętność zamrażania wzrokiem, i urwał w połowie zdania. – Nie no, jakiś film przydałoby się tam obejrzeć... – Grubson również usiadł na ławce. – Twoi starzy nie mogą ci jakichś normalnych wakacji zafundować? Nie mają kasy czy co?

– Nie wiem. – Tytus wzruszył ramionami. – Pewnie mają, skoro sami jadą do Meksyku.

– I nie mogą cię wziąć? – Grubson drążył temat z wprawą dentysty amatora.

– Skoro nie jadę, widocznie nie mogą. Muszę lecieć się pakować. Słuchajcie, miłych wakacji – uciął Tytus. Wymienił z kumplami niemrawe uściski dłoni i poszedł do domu, wiedząc, że za jego plecami stwierdzają, że jest najsmutniejszym kolesiem na świecie. Najgorsze, że mieli rację – bo jak inaczej określić kogoś, kto łapie doła w ostatni dzień roku szkolnego?

* * *

Oczywiście stwierdzenie, że Tytus Grójecki jest smutnym i mrukliwym osobnikiem nienawidzącym wszystkiego dookoła, byłoby nieprawdziwe. Tytus wiele rzeczy lubił, a za niektórymi nawet przepadał. Choćby za zapiekankami ziemniaczanymi z parmezanem, które jego mama robiła, gdy miała trochę więcej czasu niż obecnie. No i za grami komputerowymi, ładną pogodą, luźnymi, wygodnymi bojówkami z dużą liczbą kieszeni (uważał je za niezmiernie praktyczne), surfowaniem po internecie i japońskimi animacjami. I tak jak było z rzeczami, których nienawidził, Tytus Grójecki miał również Trzy Rzeczy, Które Lubił Najbardziej Na Świecie.

Pierwsza z nich nie była rzeczą, ale zwierzęciem. Jego kot Rademenes. Rodzice sprawili mu go, gdy jeszcze chodził do przedszkola. Tytus oglądał akurat w telewizji powtórkę starego polskiego serialu Siedem życzeń. Nabrał przekonania, że jeśli nazwie kota imieniem filmowego zwierzaka, sprawi, że czarny, gruby i okropnie leniwy kocur zacznie, tak jak jego serialowy pierwowzór, spełniać życzenia. Miał nawet przygotowaną ich listę – zamknięcie przedszkola z powodu wybuchu wojny, dobry dwukołowy rower, a najlepiej motocykl, oraz samochód wyścigowy. Szybko się okazało, że Rademenes zupełnie ignoruje wszystkie prośby, a zamiast tego woli zajmować się pożeraniem dietetycznego whiskasa i wygrzewaniem na telewizorze bądź monitorze komputera. Z biegiem lat Tytus dorastał, Rademenes zaś, pomimo dietetycznego whiskasa, puchł, tył i robił się coraz bardziej leniwy. Nie można było mieć mu za złe tego, że nie potrafi spełniać życzeń – był całkowitym kocim abnegatem i egoistą, dla którego treść życia stanowiło nieróbstwo. Tytus właśnie za to go lubił. Rademenes niczego nie wymagał ani od siebie, ani od innych. Zawsze trzymał się w pobliżu Tytusa, właził mu na kolana lub brzuch, gdy ten czytał książkę, wskakiwał na monitor, gdy Tytus robił coś na komputerze. Jednak gdy chłopak chciał mieć święty spokój, Rademenes intuicyjnie wyczuwał, że musi odejść do kąta i dalej w spokoju zajmować się tyciem i nicnierobieniem. Tytus sądził, że tak powinna wyglądać idealna relacja międzyludzka – bycie zawsze do dyspozycji drugiej osoby, ale również szanowanie jej prawa do świętego spokoju.

Drugą z Rzeczy, Które Lubił Najbardziej Na Świecie, były horrory. Uwielbiał je czytać i oglądać. Uwielbiał też gry w klimatach grozy. Wszystkie części Silent Hill ukończył po parę razy, chociaż gdy mama raz postanowiła się przypatrzyć, czym tak namiętnie zajmuje się jej syn, zagroziła mu zarekwirowaniem konsoli. Przeczytał prawie wszystkie dostępne na rynku książki Stephena Kinga, co było nie lada wyczynem, bo dla Stephena Kinga sens życia najwyraźniej stanowiło pisanie w piorunującym tempie okropnie długich powieści. Ale Tytus Grójecki wcale nie miał o to do niego pretensji.

Tytus uwielbiał się bać, ale oczywiście komplikowało to dosyć poważnie jego życie. Szalenie podobała mu się jedna z koleżanek z klasy, Justyna. W przeciwieństwie do reszty dziewczyn jej zainteresowania nie ograniczały się do kosmetyków i bohaterów teledysków lecących na MTV. Justyna była niewyobrażalnie śliczna, miała wielkie, stalowobłękitne oczy, pełne usta i ścięte na bardzo krótko blond włosy. Ubierała się na czarno, słuchała metalu („prawdziwego metalu, nie tych idiotów z Cradle of Filth” – wyznała mu raz, jakby zdradzała jakiś sekret), rysowała bogate w detale, powykręcane grafiki przedstawiające dziwne stworzenia. Tytus uznał, że jeśli ma kiedyś zaprosić dziewczynę do kina – a poczuł, że powinien, bo robili to wszyscy jego koledzy z klasy – Justyna jest idealną osobą, której można taki wypad zaproponować.

Skrupulatnie przeglądał premiery w sieci i w końcu jego wybór padł na film Rec – o kamienicy nawiedzonej przez krwiożercze zombie. Nie przewidział jednego – Justyna panicznie bała się horrorów. Kompletnie to do niej nie pasowało, ale w kinie (do którego z nim poszła, bo uważała, „że jest miły i nie chciała sprawić mu przykrości”) przez pół seansu siedziała, zasłaniając oczy dłońmi, aż w końcu zapłakana i rozedrgana zapytała, czy mogą wyjść. Od tamtej pory Tytus bał się zaprosić do kina jakąkolwiek dziewczynę. Wieczór z Rec uznał za kompletną porażkę i ujmę na honorze, którą dwa miesiące później pogłębiła koleżanka Justyny, Sylwia. Sylwia wyznała mu z właściwymi sobie taktem i dyskrecją, że Justyna jeszcze do dzisiaj „ma koszmary po ich małym wspólnym wypadzie”.

Tytus przestał proponować komukolwiek kino, ale nie przestał kochać się bać. Na Rec poszedł jeszcze raz i z rozczarowaniem stwierdził, że film jest słaby i nielogiczny, bo przecież epidemia zombie szybko rozprzestrzeniłaby się na całe miasto. Tak naprawdę uwielbiał horrory z lat osiemdziesiątych, które uważał za najbardziej przerażające. Pasjami oglądał Koszmar z ulicy Wiązów, Christine i Piątek trzynastego. Doszedł do wniosku, że kiedy dorośnie, zajmie się pisaniem jak tata, ale zamiast książek dla dzieci będzie tworzył krwawe powieści i scenariusze, w których przerażające istoty z innego wymiaru będą przybywać do naszej rzeczywistości, aby szlachtować niewinnych ludzi. W głowie miał już pomysł na scenariusz pierwszego filmu, który nazwał Inwazja przeklętych. Dziwnym trafem owi ginący niewinni nader często mieli w jego wyobraźni rysy twarzy Sylwii – koleżanki Justyny bądź Agaty Florek.

Trzecią z Rzeczy, Które Tytus Lubił Najbardziej Na Świecie, były niewyjaśnione zdarzenia. Miało to oczywiście pewien związek z horrorami, w swojej klasyfikacji jednak zdecydowanie oddzielał jedno od drugiego. Uważał, że horrory to fikcja, niewyjaśnione zdarzenia zaś – prawda. I nie chodziło tu bynajmniej o niewyjaśnione zdarzenia w rodzaju „dlaczego tata szczęśliwie włożył obie skarpetki z tej samej pary”, „dlaczego na wuefie udało mu się kopnąć piłkę tak, że poleciała mniej więcej w kierunku bramki” czy „dlaczego śmieciarz znów nie zabrał worka sprzed ich domu”. Nie, tu chodziło o prawdziwe Niewyjaśnione Zdarzenia.

Tytus namiętnie oglądał wszelkie programy telewizyjne typu Nie do wiary, Archiwum przerażających sekretów czy jego ulubiona Tajemna strona.

Prowadzący Tajemną stronę, noszący gustowną muszkę pan Adolf Błysk, raz w tygodniu mówił grobowym głosem: „Witam drogich telewidzów. Panie i panowie, czy jesteście gotowi przejść razem ze mną na Tajemną Stronę?”. Tytus oglądał program z wypiekami na twarzy. Wypełniały go mrożące krew w żyłach reportaże o poltergeistach nawiedzających wiejskie domy, zmarłych powracających w niewyjaśniony sposób do życia czy zmutowanych dzikach bestiach kłusujących po warmińskich lasach.

Tytus regularnie sprawdzał stronę internetową programu i zapisał się do jego fan clubu. Nie dzielił się jednak swoją pasją z kumplami. Raz próbował zrelacjonować Grubsonowi odcinek Tajemnej strony, w którym Adolf Błysk pokazywał sprawę kobiety przepowiadającej w snach przyszłość, aż w końcu wyśniła własną śmierć, lecz Grubson prychnął, otworzył magazyn „Superauto” i kontemplując nowy model porsche, rzucił, żeby Tytus lepiej zajął się czymś poważnym.

Pomimo niezrozumienia ze strony kolegów chłopak w głębi duszy powziął postanowienie, że nie tylko będzie pisał horrory, lecz także zajmie się tropieniem niewytłumaczalnych zjawisk. Niestety, życie nie dostarczało mu zbyt wielu niewyjaśnionych zdarzeń poza tymi, które mieściły się w ramach szeroko pojętej codzienności. Tytus usilnie się starał, aby takowe znaleźć – obserwował uważnie co dziwniejszych sąsiadów, ci jednak okazywali się najnormalniejszymi ludźmi na ziemi.

Najdziwniejszym osobnikiem był pan Janusz, który podobno w swoim mieszkaniu w jednym pokoju zasypał całą podłogę ziemią i posadził tam marchewki. Mówiło o tym pół osiedla, ale Tytus uznał, że marchewki pana Janusza na pewno nie są sprawą dla Adolfa Błyska. Codziennie wertował osiedlową gazetkę w poszukiwaniu interesujących doniesień, a zasypiając, wsłuchiwał się w odgłosy własnego mieszkania, aby poza mruczeniem kota, wierceniem się w łóżku taty i szumem komputerowego wiatraczka wychwycić coś jeszcze. Ale nigdy mu się to nie udawało: ilekroć miał wrażenie, że słyszy dziwne stukania, zasypiał.

Tej nocy jednak, w przeddzień wyjazdu do Głuszyc, Tytus wiedział, że nie będzie mógł zasnąć – był tak wściekły na swoich rodziców, że wysyłają go na wieś bez jakichkolwiek konsultacji z osobą najbardziej zainteresowaną, czyli nim. Przy kolacji, owszem, doszli do pewnego porozumienia – ale tak jak w przypadku większości rówieśników świadomość, że ktoś podejmuje decyzje za niego, doprowadzała go do białej gorączki.

– Dlaczego nie mogę pojechać na obóz młodzieżowy jak Grubson? – zapytał Tytus.

Mama spróbowała porozumiewawczo spojrzeć na tatę, jej wysiłki były jednak skazane na niepowodzenie. Tata swoim klasycznie nieobecnym wzrokiem wpatrywał się tym razem w punkt gdzieś między szklanką herbaty a rozsypanymi nieopodal drobinkami cukru.

– Babcia jest już w takim wieku – mama zrezygnowała z prób komunikacji z tatą i zwróciła się z powrotem do Tytusa – że przyda jej się jakaś pomoc. Razem z dziadkiem nie nadążają już z naprawami, gotowaniem, praniem, sprzątaniem pokoi.

– To dlaczego babcia kogoś nie zatrudni? W czym ja mogę jej pomóc? – Tytus naprawdę się starał, aby nie zacząć krzyczeć na rodziców. – Może byście najpierw łaskawie zapytali mnie o zdanie?

– Tytus, popatrz na siebie – mówiła spokojnie mama, ale było widać, że jest równie zdenerwowana jak jej syn. – Jesteś blady, chudy i niewysportowany. Garbisz się. Niedługo oślepniesz od komputera. Świeże powietrze i trochę roboty dobrze ci zrobią. To dla twojego dobra. Zresztą, chyba pamiętasz, jak pojechałeś dwa lata temu na kolonie na Słowację? Po trzech dniach dzwoniłeś rozhisteryzowany, że chcesz wracać. Z nikim nie mogłeś się zaprzyjaźnić...

Tytus poczuł się, jakby jego żołądek zamienił się w wypełniony ukropem elektryczny czajnik.

– Czy wy chcecie wychować mnie na seryjnego mordercę?! – krzyknął. – Z rodzicami nie, z rówieśnikami też nie, więc mam siedzieć sam zamknięty na wsi?

– Jacy seryjni mordercy? – Tata wyrwał się z odrętwienia i poprawił okulary na nosie. – Na koloniach? Boże jedyny!

Mama westchnęła.

– Dobrze, obiecuję ci, że gdy wrócisz od babci i dziadka, a my z Meksyku, pojedziesz na obóz młodzieżowy.

Mama znowu spróbowała posłać tacie spojrzenie proszące o pomoc i, o dziwo, tym razem się jej udało.

– Babcia i dziadek dawno cię nie widzieli – dodał tato, wypijając łyk herbaty ze szklanki, z której dziarsko wystawała antena łyżeczki. Mama od piętnastu lat zwracała mu uwagę, by wyjmował łyżeczkę, tak jak na setki innych rzeczy, ale w końcu zrezygnowała. – Nie byłeś przecież u nich już kawał czasu, chociaż babcia tak nalegała, żebyś przyjechał. I jak mówi mama, przydałby ci się odpoczynek na wsi, Tytku. Zero smogu, świeże powietrze. A my, rozumiesz, chcemy mieć wakacje we dwoje. Nie mieliśmy ich od...

– Piętnastu lat – skończyła mama.

– To nie tak, że chciałbym gdziekolwiek jechać z wami – wysyczał Tytus.

To była prawda – nie miał najmniejszej ochoty wybierać się z rodzicami na wakacje, słuchać ich kłótni i cieszył się, że ani razu mu tego nie zaproponowali. Mimo to buzowała w nim wściekłość. Ostatni raz był u babci kilka lat temu, ale nie chciał wyjeżdżać do Głuszyc, bo wcale dobrze tego nie wspominał. Pamiętał śmiejące się z niego wiejskie dzieciaki, krowie kupy, pokrzywy i to, że zgubił się w lesie. Pamiętał również, że babcia zabraniała mu oglądać filmy po dwudziestej i mówiła coś o jakiejś „dobranocce”, czym Tytus był wówczas głęboko urażony. Jak każdy normalny człowiek kochał babcię, ale doszedł do wniosku, że lepiej będzie spotykać się z nią sporadycznie podczas rodzinnych imprez. Spędzanie lata u kogoś, kto zapewne nigdy nie przestanie kazać ci oglądać Smerfów, a następnie jeść kolacji, iść do pokoju i gasić światła, nie miało zbyt wielkiego sensu.

– Obiecujecie, że pojadę na obóz młodzieżowy? – Tytus doszedł do wniosku, że musi pertraktować.

– Z nauką języka obcego – podjęła pertraktacje mama.

– U babci miesiąc. Ani chwili dłużej. – Tytus starał się być tak stanowczy, na ile było to możliwe. – I...

– Zgoda. – Mama westchnęła, podejrzanie szybko idąc na ugodę.

Tytus popatrzył na rodziców – na ich twarzach pojawiło się uczucie ulgi. Nie była to jednak zwykła ulga, jak choćby po zakończonej wywiadówce, na której wychowawca nie zgłosił żadnych zastrzeżeń, czy po rezygnacji Tytusa z roszczeń co do nowej karty graficznej w tym miesiącu. Tytus poczuł, że w wyjeździe chodzi o coś więcej niż kaprys rodziców czy pomaganie babci. Ta bowiem z pewnością mogła poprosić o wsparcie osoby bardziej kompetentnej niż Tytus, który z powodu kiepskiej koordynacji ruchowej miał problemy z celnym trafieniem ubraniami do kosza na brudne rzeczy. Po raz pierwszy, w wieczór przed wyjazdem, dłubiąc widelcem w sałatce z tuńczyka, poczuł się zaintrygowany.

2. Głuszyce

Tytus, tak jak przypuszczał, nie mógł zasnąć. W jego głowie mnożyły się pytania – dlaczego rodzicom aż tak zależało, by wyjechał do Głuszyc? I czemu poczuli taką ulgę, gdy się zgodził? Przecież nie mogło chodzić jedynie o tęsknotę babci za wnuczkiem. Usłyszał, jak po mieszkaniu, charakterystycznie człapiąc, chodzi tata, i to rozbudziło jego ciekawość jeszcze bardziej – tata z reguły o tej porze spał jak zabity, ewentualnie pogrążał się w letargu w swoim fotelu do czytania, ze zsuwającą się z kolan książką.

Przewracanie się z boku na bok nie miało sensu. Tytus wstał z łóżka i włączył komputer, na którym grzał się kot Rademenes. Ten, czując pod sobą wibrację startującego sprzętu, zamruczał.

Dzisiejsze doniesienia na portalu Tajemnej strony nadawały się zasadniczo do gazety „Fakt” – ot, gdzieś widziano ogromnych rozmiarów żaby (chyba ktoś przesadził z samogonem), w dziwnych okolicznościach zaginęło dwóch robotników remontujących most (tutaj Tytus znowu obstawiał samogon, z tym że pity w dość niefortunnym miejscu), a jakiś mazurski rowerzysta obudził się na przedmieściach Bielska-Białej (za teleportację najprawdopodobniej odpowiedzialność ponosił jakiś dowcipny kierowca samochodu dostawczego). Tytus zaczynał już ziewać. Postanowił jednak zajrzeć jeszcze do wyspecjalizowanych działów, których było na portalu Tajemnej strony całkiem sporo: „UFO”, „Istoty z innego wymiaru”, „Nawiedzone domy”, „Ukryta prawda”, „Międzynarodowe spiski”, „Miasta widma”. Gdy zorientował się, że tego dnia, niestety, nie objawiła się w Warszawie żadna istota z innego wymiaru, kliknął dział „Miasta widma”. Odruchowo westchnął. Jednym z największych marzeń Tytusa była wyprawa do miasta opuszczonego wskutek jakiegoś kataklizmu. W wyludnionych, rozpadających się budynkach było coś fascynującego i niepokojącego zarazem. Tytus marzył, aby razem z bandą podobnych do siebie fanatyków odwiedzić takie miejsce, rozwiązać jego zagadkę (bo przecież każde z opuszczonych miast musi mieć swoją zagadkę), a co więcej, znaleźć na miejscu ślady Czegoś, Czego Żaden Człowiek Nie Chciałby Nigdy Spotkać. Wiedział jednak, że na razie mama nie puści go na taką ekspedycję, nawet gdyby poza nim wybierało się na nią sto osób, do tego asekurowanych przez brygadę antyterrorystyczną.

Nagle zobaczył, że na forum w dawno nieodwiedzanym dziale „Miasta widma” ktoś dodał pierwszy wątek od paru tygodni. Tytuł, dosyć enigmatycznie, ale i bardzo zachęcająco obwieszał: „Nowe widmo!!!”. Tytus oczywiście kliknął i momentalnie odechciało mu się spać, jakby ktoś wstrzyknął mu dożylnie ekstrakt mocnej kawy.

„Uwaga! Mamy informacje o nowym mieście widmie – pisał podekscytowany użytkownik o ksywie JohnCarpenter1999. – Znajduje się ono nieopodal wsi Głuszyce, dziesięć kilometrów na wschód, za starą jednostką wojskową”.

Oczy Tytusa rozszerzyły się ze zdziwienia. Szybko wygooglował „Głuszyce”, aby upewnić się, czy na pewno chodzi o miejscowość, do której wyruszy jutro rano. I tak: w Polsce jest wyłącznie jedna wioska o tej nazwie.

„Na mapie miejscowość widnieje jako Kolonia Głuszyce, ale jedno zdjęcie, które znajomy wysłał mi MMS-em, wskazuje, że zabudowania są dużo większe niż jakiejkolwiek wiejskiej kolonii”.

Tytus przyjrzał się niewyraźnemu zdjęciu zamieszczonemu poniżej. Przedstawiało brukowaną ulicę i kilka większych budynków majaczących w oddali. Wszystko jednak spowijało coś czarnego, jakby za robiącym fotografię nagle wybuchł pożar, zasnuwając powietrze czarnym, gęstym dymem.

„Z jego relacji wynika, że miejscowi odradzają jakiegokolwiek zapuszczania się w ten teren i w ogóle nie są pomocni, tylko mówią coś o przeklętym, nawiedzonym miejscu”.

Tytus zaczął oddychać szybciej. Nagle jego pogląd na początek wakacji zupełnie się zmienił. Po raz pierwszy od paru lat. Szybko zjechał myszką w dół, aby przeczytać dalszy ciąg wątku. Nagle zauważył kolejny post od JohnaCarpentera1999.

„W sprawie Głuszyc. Moi znajomi mieli wrócić jakieś dwa dni temu. Nie ma z nimi żadnego kontaktu. Jeśli sprawa przeciągnie się jeszcze kilka dni, informujemy policję bądź wyruszamy sami do Głuszyc. Jeśli któryś z doświadczonych łazików jest chętny na ew. wyprawę, prosimy o kontakt na maila thething@exteria.pl”.

Przez chwilę zupełnie zapomniał o swoich dociekaniach, dlaczego rodzice tak bardzo chcieli, aby tam pojechał. Ważne dla niego było miasto widmo. Zaczął nerwowo przeglądać internet w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji, jednak żadna kombinacja zaklęć nie zmusiła Google’a do pokazania w wynikach sensownych tropów. Tytus nie zdołał znaleźć żadnych legend, doniesień ani informacji o opuszczonym mieście niedaleko kolonii. Zrezygnowany, już miał wyłączyć komputer, gdy natknął się na link opisany jako Głuszycki las i jego tajemnice. Gdy go kliknął, okazało się, że trafił na katalog książek w jakiejś mazurskiej bibliotece, a Głuszycki las i jego tajemnice był starym, zapewne turystycznym wydawnictwem sprzed kilkudziesięciu lat, w którym zapewne opisywano miejsca wylęgu jaskółek, a nie żadne zjawiska nadnaturalne. Mimo wszystko Tytus zapisał sobie tytuł książki.

Nagle otworzyły się drzwi do pokoju. Tytus podskoczył na krześle i o mało co nie wrzasnął. Odwrócił się – w drzwiach stał tata z włosami potarganymi jeszcze bardziej niż zwykle i z książką w ręku.

– Jeszcze nie śpisz? Musimy rano wstać – powiedział, jakby sam nie wierzył w to, co mówi.

– Tak, wiem. – Tytus patrzył to na ojca, to na monitor. – Dobranoc, tato.

Tata kiwnął głową, odwrócił się i już miał wyjść, ale nagle odwrócił się do Tytusa i popatrzył na niego sponad okularów.

– Jak przed podróżą? – zapytał jakby z grzeczności, ale była w tym jakaś troska, jakby przy całym swoim oderwaniu od rzeczywistości zauważył, że Tytus istotnie nie ma ochoty na ten wyjazd.

– Nie mogę się doczekać – odparł Tytus.

– Oj, Tytus... – Tato pokręcił głową.

– Nie, tato, naprawdę. Nie mogę się doczekać. Dobranoc.

Tytus znów wpatrywał się w monitor i logował na forum pod nickiem Cujo. Tata westchnął i wyszedł z pokoju. Tytus kliknął ikonę „skomentuj wątek” i napisał: „Hej, tak się składa, że od jutra jestem na miejscu w Głuszycach. Wysłano mnie tam na wakacje do babci, ale postaram się rozeznać w sytuacji jak najszybciej. O wszystkim będę informował na bieżąco”.

I chociaż wiedział, że teraz naprawdę będzie miał problemy z zaśnięciem, położył się do łóżka.

* * *

Samochód trząsł się, podskakując na wyboistym i podziurawionym asfalcie. Tytus jeszcze raz przezornie sprawdzał zawartość plecaka – komplet zapasowych ubrań i bielizny, odtwarzacz mp3, wyproszony od mamy laptop, na którym zainstalował kilka gier, oraz zestaw lektur – ważący dobre kilka kilogramów pakiet jeszcze nieprzeczytanych książek Stephena Kinga. Tata był skupiony na drodze i na lecących w radiu prehistorycznych polskich przebojach o fabrykach małp i płaczącej Ewce, więc Tytus mógł spokojnie sięgnąć na dno plecaka i sprawdzić, czy pod nieobecność mamy dopchał również wszystkie potrzebne rzeczy, które zapewne zmusiłyby ją do zadania mu kilku niewygodnych i zupełnie zbędnych pytań. Ostrożnie wymacał schowane pod ubraniami lornetkę, latarkę z zapasem baterii, kupiony na Allegro czterdziestofunkcyjny szwajcarski scyzoryk, kompas oraz aparat fotograficzny, którego mama i tak nie używała. Doszedł do wniosku, że brak aparatu w domu mama zapewne zwali na tatę i po standardowej kłótni na wakacje kupią sobie nowy. Gdy wszystko znalazł, wrócił do sprawdzania na telefonie newsów z Tajemnej strony – jedynym dzisiejszym doniesieniem była jednak historia jakiejś kobiety z Gliwic, rzekomo potrafiącej tłuc szkło głosem. Nikt nie odpisał na jego wczorajszy post na forum.

– Daleko jeszcze? – zapytał tatę, który oczywiście nie odpowiedział za pierwszym razem, więc Tytus odruchowo powtórzył pytanie.

– Jeszcze kilkanaście kilometrów – odparł tata, jak zwykle wyrwany z zamyślenia.

Tytus wyjrzał przez szybę.

– Dziwne – stwierdził.

– Co jest dziwne?

– Cały czas przy drodze stali ci sprzedawcy jagód, grzybów i tak dalej. I nagle, odkąd zaczął się las, ich nie ma – zauważył chłopak.

– Nie wiem, co w tym dziwnego.

„No tak” – pomyślał Tytus. – „Nie ma co wchodzić w dyskusje z człowiekiem, który nie zwraca na nic uwagi, a prowadząc samochód, koncentruje się jedynie na tym, aby nie spowodować wypadku”.

Od kiedy wyjechali ze Szczytna, droga właściwie cały czas prowadziła przez las – był on jednak jasny i zielony, rzadki, przez korony drzew prześwitywały słońce i błękitne niebo; co rusz mijali leśne parkingi i postoje, a na poboczach miejscowi próbowali sprzedawać przejeżdżającym miastowym nafaszerowane ołowiem z rur wydechowych jagody i truskawki. Niemniej od pewnego momentu las zrobił się jakby wyższy, gęstszy, bardziej przytłaczający; poza jezdnią nie było widać zbyt wielu śladów ludzkiej aktywności – przydrożnych domów, parkingów, wiosek ani handlarzy; prawdę mówiąc, od paru kilometrów Tytus nie zauważył ani jednego znaku drogowego.

– Jest tu trochę dziko – Tytus podjął jeszcze jedną, desperacką próbę porozmawiania z tatą.

– Tak, Głuszyce są trochę odcięte od świata – odparł po chwili tata, ściszając radio – ale dlatego właśnie do babci przyjeżdżają ludzie. Mało jest miejsc na Warmii i Mazurach, gdzie turyści nie siedzą na kupie. Tam jest bardzo spokojnie, do tego jest fantastyczne jezioro, zobaczysz. Będziesz się świetnie bawił.

Tytus podejrzewał, że może się świetnie bawić, zupełnie jednak inaczej, niż zapewne wyobrażał to sobie tata. Sięgnął jeszcze raz do torby, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie zapomniał ładowarki do laptopa, gdy nagle zauważył przerdzewiały i pochylony drogowskaz, pierwszy od paru kilometrów. Wytężył wzrok, aby odczytać napis przykryty przez brud i rdzę. Serce Tytusa odrobinę podskoczyło.

– Kolonia Głuszyce – przeczytał odruchowo.

– Tam zupełnie nic nie ma – odpowiedział nagle tata, odwracając głowę w jego kierunku.

Nie minęła sekunda, gdy poprawił okulary na nosie i z powrotem zaczął wpatrywać się nieobecnym wzrokiem w pustą szosę. „Jakby się pilnował” – pomyślał Tytus.

– To taka wioska, nie wiem, czy tam ktoś jeszcze żyje. Jest parę takich w okolicach Głuszyc – odezwał się znów tata.

– I nikt tam nie mieszka?

– Nie wiem, Tytus. – Ojciec wzruszył ramionami. – To były wioski po kilka domków na krzyż, więc wszyscy wyjechali albo poumierali.

Kilka domków na krzyż? Zdjęcia z forum internetowego, pomimo słabej jakości, pokazywały zupełnie coś innego.

– Ale skąd wiesz? Byłeś tam kiedyś?

– Byłem, oczywiście. – Tata zręcznie wyminął wystający na jezdnię konar przewróconego drzewa. – Jeździliśmy tam rowerami i bawiliśmy się, gdy byliśmy mali. Mieszkały tam jakieś staruszki, które krzyczały na nas, gdy podkradaliśmy im śliwki, ale ogólnie wsie były zrujnowane. Tam mieszkali Prusacy i oni wszyscy uciekali w czterdziestym piątym przed Rosjanami.

– Ale to było tylko kilka chałup?

– No tak. – Tata kiwnął głową. – Kolonia Głuszyce to było jakieś sześć domów.

Tytus wiedział, że to nieprawda. Postanowił wydusić z taty, ile się da, i sprawdzić, czy czegoś nie ukrywa. Obserwując kłótnie mamy i taty, odkrył, że tata nigdy nie umiał kłamać – zawsze, kiedy chciał powiedzieć nieprawdę, zaczynał się jąkać. „Wca-wca-wcale nie wy-wy-waliłem do śmie-śmieci przez po-pomyłkę tych do-dokumentów, kochanie” – słyszał często z pokoju rodziców.

– I nie natknęliście się tam na nic dziwnego? – zapytał Tytus. – Nie działo się nic podejrzanego? Nikt tam nie zaginął?

– Oj, Tytus, Tytus. – Tata się zaśmiał. – Nie czytaj tylu horrorów. Gdy jesteś mały, wiele rzeczy wydaje się dziwne, ale to po prostu były opuszczone chałupy. No co jakiś czas ktoś tam błądził i się gubił, ale zawsze potem znajdował drogę do domu. Raz znaleźliśmy w jednej z chałup stare niemieckie monety i odsprzedaliśmy je jakimś numizmatykom. Kupiłem sobie wtedy za to świetne korkotrampki. W ogóle muszę ci powiedzieć, że w twoim wieku byłem całkiem niezły w piłkę. Tobie też przydałoby się trochę sportu. W Głuszycach był klub piłkarski, Piorun Głuszyce, i grałem tam w juniorach...

Tata rozpoczął kolejny klasyczny monolog, jeden z tych, które usypiały wszystkich dookoła poza nim samym. Tytus się zamyślił. Może rzeczywiście gdy spędza się całe dzieciństwo na wsi, i to hen, hen przed wynalezieniem internetu, kablówki i gier komputerowych, opuszczona wioska nie jest niczym dziwnym. Może tata naprawdę zapamiętał ją jako kilka walących się chałup, a nie jako większe miasto. A może nigdy nie był w tym miejscu, do którego dotarli łowcy widm. Może znajdowało się ono gdzie indziej, jakby trochę obok.

Z zamyślenia wyrwało go nagle wlewające się do samochodu światło. Las znowu się rozrzedził, po chwili minęli parking, na którym jacyś grzybiarze pakowali do bagażników pełne wiadra, a następnie otoczony płotem, wybudowany na wzgórzu domek z dosyć dużą zagrodą, gdzie leniwie pasła się zobojętniała na wszystko krowa.

Po chwili Tytus spostrzegł znak informujący o tym, że wjechali do Głuszyc.

Była to całkiem spora wioska, w której znajdowało się nawet coś w rodzaju rynku. Wszystkie domy wyglądały na zadbane: zarówno wybudowane niedawno niby-pałacyki, pochodzące z lat osiemdziesiątych kwadratowe klocki z płaskimi dachami, jak i stare chałupy, drewniane i pamiętające jeszcze czasy prehistoryczne dla Tytusa. Te ostatnie, gruntownie odnowione, z nowymi strzechami i ścianami pomalowanymi na jaskrawe kolory i w ludowe wzory, przypominały małe muzea.

Samochód, podskakując na brukowanej drodze, wjechał do centrum miejscowości. Serce Głuszyc w niczym nie przypominało wiochy zabitej deskami. Naprzeciwko parkingu, na którym się zatrzymali, dumnie prężył się urząd gminy, przypominający zminiaturyzowaną wersję miejskiego gmachu pełniącego podobne funkcje. Obok, w dwupiętrowym, murowanym i wyraźnie niedawno wzniesionym budynku, mieściły się spożywczak, kwiaciarnia, apteka (z wmontowanym w ścianę bankomatem!), a nawet coś w rodzaju ogródka, w którym serwowano piwo z beczki i smażone kurczaki. Zapach jedzenia przypomniał Tytusowi, że jest głodny, i uświadomił mu, że poza poszukiwaniem nawiedzonych, opuszczonych miast w środku lasu wypad do babci może mieć jeszcze jedną niepodważalną zaletę. Normalne, smaczne obiady.

– Zapomniałem kupić jakiś prezent – powiedział tata i dał Tytusowi znak, aby weszli do sklepu. Tytus przeżył kolejny szok poznawczy. Pod wpływem opowiadań Lovecrafta wyobrażał sobie miejscowych jako niskich, zgarbionych, milczących i ogólnie nienastawionych zbyt przyjaźnie dzikusów, wygrażających widłami pasażerom każdego przejeżdżającego samochodu. Tymczasem większość klientów stanowili zwyczajni ludzie – mamy z dziećmi ubranymi w kostiumy kąpielowe, jowialni mężczyźni w okularach przeciwsłonecznych rozmawiający przez telefon i kupujący piwo na skrzynki. Wyróżniało się jedynie kilku ogorzałych facetów z niezbyt kompletnym uzębieniem, raczących się pod sklepem winem ze szklanej butelki za pięć złotych – jednak oni również nie wyglądali na ludzi zdolnych do jakiegokolwiek aktu agresji.

Gdy jeden z nich, stojący przed nimi w kolejce, wreszcie zapłacił długo wysupływanymi z kieszeni monetami za swoją butelkę gladiatora, ojciec Tytusa kupił różowe wino, czekoladki oraz red bulla dla syna, który zaczął odczuwać skutki prawie nieprzespanej nocy.

– Wyobrażałem sobie, że będzie tu trochę inaczej – powiedział Tytus, gdy wsiedli z powrotem do samochodu.

– No wiesz, odkąd byłeś tu ostatnio, dużo się zmieniło... – Tata odpalił samochód. – Wiele osób z Olsztyna i Elbląga pokupowało tu działki i pobudowało domy. Otworzono też tartak, do tego gmina dostała dużo forsy z Unii. No i nie tylko twoja babcia ma gospodarstwo agroturystyczne, w wakacje przyjeżdża tu trochę letników. Dalej, nad jeziorem, są ze trzy ośrodki.

Samochód jechał ładną, również brukowaną ulicą, wzdłuż której ciągnęły się tak samo ładne, tak samo białe i tak samo otoczone zielenią domy. Po chwili zabudowania się skończyły – droga prowadziła przez pola, na horyzoncie majaczyły gospodarstwa, a także potężna posiadłość.

– A czyj jest ten wielki dom, tam na horyzoncie?

– To dom pana Koracza – powiedział tata, skręcając w prawo, w piaszczystą drogę – jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Ma połowę tartaków w województwie. Z tego, co wiem, rzadko tutaj bywa.

Po chwili zza zakrętu wyłonił się dom babci. Był większy, niż Tytus go zapamiętał – ze świeżo bielonymi ścianami, spadzistym dachem z oknami i pnącą się po ścianach winoroślą. Za domem stały mniejsze, gospodarcze domki, jeszcze dalej znajdowały się ogród, sad i zagrody dla zwierząt. W oddali Tytus spostrzegł jakiegoś młodego, niewyglądającego za bardzo na autochtona chłopaka, który doił krowę.

– Mówiłeś, że babcia i dziadek potrzebują pomocy. – Pokazał palcem chłopaka – A tymczasem to jakiś pomocnik.

– Nie, to wczasowicz z miasta – odparł tata, otwierając bagażnik.

– Wczasowicz z miasta doi krowę? – zaśmiał się Tytus.

– Tak, i płaci twojej babci niezłą forsę za to, że może to robić – dodał i zanim Tytus zdążył przemyśleć absurd tej sytuacji – płacenie komuś, aby móc pracować – tata obładował go bagażami i zagonił do środka.

* * *

„Gdy masz piętnaście lat – myślał Tytus – nie możesz głośno słuchać ulubionej płyty Slipknota, bo do pokoju wpadnie twoja matka i wrzaśnie, że przez tę muzykę czuje, jakby po mózgu przejeżdżało jej rozgrzane żelazko. Nie możesz grać w nocy w gry wideo na kinie domowym, bo rodzice obudzeni odgłosami skrzeczenia pacyfikowanych zombie najprawdopodobniej wyrzucą cię przez balkon”.

„Rodzice cały czas rozkazują i ładują cię w sytuacje, którymi bez wątpienia zainteresowałby się Europejski Trybunał Praw Człowieka. Na przykład w czasie wyjazdu na działkę ze znajomymi, gdy dorośli siedzą sobie radośnie w ogródku, jedzą grillowane kiełbasy i piją piwo, a ty musisz pilnować, aby rozwrzeszczane bachory ich znajomych nie połamały sobie nóg. Albo podczas niekończących się wizyt w centrach handlowych, kiedy rodzice i tak nie kupią ci Gears of War 2 i odmówią jedzenia z McDonalda z powodu jakichś zdrowotnych bzdur, a sami przez godzinę będą się kłócić w Leroy Merlin, jaki kosz na brudną bieliznę kupić. I oczywiście w czasie odwiedzin u babć, które zaczynają wmawiać ci, że wyglądasz jak ktoś obłożnie chory i po prostu musisz zjeść tego trzeciego schabowego, bo inaczej czeka cię śmierć z powodu anemii”.

Babcia Maryla zafundowała Tytusowi dokładnie taki sam zestaw apokaliptycznych prognoz co do jego przyszłego stanu zdrowia. Blada cera, przygarbione plecy i okulary sprawiły, że załamała ręce, zanim w końcu uściskała go na powitanie.

– Boże, Tytuńcio, jakie z ciebie chuchro! – jęknęła. – Może i urosłeś od czasu, gdy tu byłeś ostatnio, ale ważysz bez wątpienia tyle samo. Jezus Maria, Robert, czym ty go karmisz?

Mówiąc to, babcia przycisnęła Tytusa z taką siłą, że ten rzeczywiście się przestraszył, czy zaraz nie trzaśnie mu jakaś kość. Dziadek Zbigniew, który wyszedł za babcią z pokoju, dzięki Bogu ograniczył się jedynie do krzepkich uścisków dłoni.

– Jedzeniem, mamo – powiedział ojciec, sądząc po minie, ściśnięty przez babcię równie mocno. – W jego wieku wszyscy tak wyglądają.

– Wszyscy tak wyglądają, bo wszyscy tylko siedzą przed komputerami, gapią się w telewizor i jedzą te ohydztwa, frytki i hamburgery! – krzyknęła babcia, po czym odwróciła się do Tytusa. – Tytuńcio, czy ty umiesz przynajmniej jeździć na rowerze, mimozko? Zrobimy tu z ciebie człowieka – dodała.

Na rowerze Tytus umiał jeździć, może nie za dobrze, bo wszystkie urządzane z Pitoniem konkursy na zjazdy ze schodów i podrywanie przedniego koła kończyły się kontuzjami, ale umiał, więc słowa babci potraktował jak obrazę.

Najgorsza była świadomość, że babcia zrealizuje swoje plany bez żadnych, najmniejszych nawet skrupułów. Nie była ona bowiem zakutaną w chustę wiejską starowinką, ale dziarską, ubraną w sportowe dresy sześćdziesięciopięcioletnią kobietą, tak energiczną, jakby w jej ciele ukryto napęd wodorowy. Pani Maryla nie tylko przygotowywała posiłki, doglądała gospodarstwa i ogródka, doiła krowy, sprzątała, prała i wykonywała wszystkie prace porządnej gospodyni, lecz także namiętnie uprawiała sport – w tym bieganie i jazdę na rowerze, fascynowała się medycyną alternatywną, wszelakimi dietami cud i zdrową żywnością. Zresztą pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę Tytusa w domu babci Maryli, była pokaźna kolekcja pucharów zdobytych za Bieg Przełajowy Gminy Głuszyce oraz za udział w rowerowej ścieżce zdrowia Razem Przez Las.

– Myć ręce i do obiadu! – zakomenderowała babcia.

Obiad na chwilę rozgonił czarne myśli Tytusa, który już wyobrażał sobie siebie pokonującego rowerem górskim kamieniste urwisko i jadącą za nim i smagającą go batem babcię. Był to najlepszy obiad, jaki Tytus miał okazję zjeść od bardzo, bardzo dawna. Na pierwsze danie chłodnik z botwinki z dodatkiem papryki, grillowanego kurczaka i jajek na twardo. Jajka oczywiście pochodziły od hodowanych przez babcię kur, kurczak, zanim został upieczony, wykluł się z jednego z domowych jajek, natomiast botwinka, szczypiorek, natka pietruszki wyrosły w babcinym ogródku. Ta potrawa stanowiła jednak zaledwie przystawkę przed obezwładniająco pysznymi żeberkami, pochodzącymi z jednej z hodowanych nieopodal świń. Podano je w genialnym ostrym sosie, z młodymi ziemniakami i słodką młodą kapustą z ziarnami prażonego słonecznika i słodkimi smażonymi buraczkami. Popijając podaną po obiedzie kawę, Tytus przez chwilę pomyślał, że dla takiego jedzenia dzielnie zniesie wszystkie możliwe docinki oraz próby poprawienia jego sylwetki i karnacji. W dodatku obiad minął bez większych zakłóceń, babcia cały czas wypytywała tatę o jego pracę, pracę mamy i jak sobie dają radę z ogarnianiem domu, gdy mają tak mało czasu, na co ten odpowiadał zdawkowo: „Jest bardzo zabiegana”, „Powinienem uporać się z tym do końca roku”, „Przychodzi do nas sprzątać taka pani z Ukrainy”.

Po obiedzie jednak nastąpiła kolejna część upokorzeń i łamania praw człowieka. Tytusa poproszono o rozpalenie w kominku; głupio było mu powiedzieć, że nigdy w życiu tego nie robił. Na filmach rozpalanie ogniska wydawało się niesłychanie proste, więc doszedł do wniosku, że on też to potrafi. Niestety, zapałki parzyły mu palce, zwinięte w kulkę gazety najpierw powoli się tliły, w ogóle nie muskając drewna, a stopniowo dokładane do kominka i wymieszane z trocinami wypełniały pomieszczenie gryzącym dymem.

– Daj to, Tytus – westchnął dziadek, podszedł do kominka i odsunął wnuka. Wystarczyło kilka ruchów pogrzebacza, otworzenie klapki i jedna zapałka, aby zamiast dymiącego papieru w kominku pojawiło się płonące drewno.

– Mój Boże, przecież Tytuńcio jest taki sam jak ty w jego wieku! – Babcia Maryla obserwowała wnuka, jak nieporadnie próbuje rozpalić w kominku. – Zupełnie nic nie potrafi zrobić.

Tytus miał nadzieję, że babcia i dziadek szybko skończą z uwagami, jakim to jest wynędzniałym chuchrem i łamagą. Dobre wrażenie, jakie wywarły na nim oblane słońcem, odnowione Głuszyce, zniknęło bezpowrotnie.

– Byle mu to nie zostało tak jak tobie – powiedział dziadek Zbigniew, sącząc z kieliszka nalewkę (oczywiście własnej roboty).

– Nie jest tak źle. – Robert podniósł palec, jakby był na lekcji w klasie – Ostatnio udało mi się wymienić koło w samochodzie.

Tytus wrócił na miejsce w poczuciu rezygnacji i patrząc przed siebie, zaczął dopijać resztkę kawy.

– Coś tu zrobimy z naszym wnukiem, Robercie – powiedział dziadek, a Tytus przełknął ślinę. – Zobaczysz, wróci stąd i sam będzie ci naprawiał samochód.

Tak, babcia Maryla stanowiła zaledwie połowę problemu. Tytus kulił się coraz bardziej w fotelu, ponieważ czuł na sobie spojrzenie dziadka. Zbigniew taksował go wzrokiem, jakby Tytus był egzotyczną postacią w rodzaju buddyjskiego mnicha, a nie jego wnukiem. Dziadek, tak samo jak babcia Maryla, wyznawał kult sprawności fizycznej, samodzielności i praktycznych umiejętności. O ile jednak babcia wierzyła, że pełnowartościowy człowiek powinien umieć porządnie wyprasować obrus, dziadek Zbigniew uważał, że pełnowartościowy człowiek powinien umieć skręcić od podstaw, gołymi rękami, silnik do ciągnika. I w tym tkwił mrożący Tytusowi krew w żyłach problem.

Tak jak babcia była pełną energii, przedsiębiorczą i wysportowaną panią, dziadek był ziemianinem z krwi i kości. Miał spalone słońcem, potężne dłonie, dla których zbudowanie domu czy pocięcie kilku ton drewna nie stanowiło trudności. Co ciekawe, Maryla i Zbigniew wcale nie poznali się w Głuszycach, ale w Warszawie. Dziadek Tytusa był wtedy przystojnym inżynierem, a babcia – studentką Akademii Sztuk Pięknych. Oboje chcieli mieszkać w mieście i takie mieli plany. Jakiś czas później, gdy na świecie pojawił się wujek Kamil, starszy brat taty Tytusa, babcia Maryli umarła i zwolnił się zajmowany przez nią dom w Głuszycach. Maryla doszła do wniosku, że cudownie będzie mieszkać w jej ukochanym miejscu z dzieciństwa, a Zbigniew stwierdził, że wcale nie chce pracować jako inżynier.

I gdy teraz siedział tak, paląc fajkę i tasując karty – po obiedzie dziadek i babcia zwyczajowo grywali w kanastę – wydawało się niewyobrażalne, że ten krzepki, ogorzały człowiek kiedyś siedział za biurkiem jako poważny inżynier.

– Chyba będę leciał. – Tato wstał i zanim babcia zaczęła cokolwiek mówić, pocałował ją w policzek.

– Tak krótko?! – oburzyła się. – Spróbuj tego świetnego ciasta. Rabarbarowe, dzisiaj pieczone.

– Nie, mamo, czeka nas daleka podróż, a nie zaczęliśmy się jeszcze pakować.

Ojciec ogromnie się śpieszył i Tytus doskonale go rozumiał. Każdemu jest przykro oglądać swoje dzieci skazane na cierpienie w obozie pracy przymusowej i ćwiczeń fizycznych, więc lepiej szybko się ewakuować.

Tytus patrzył, jak tata żegna się z babcią, i uświadomił sobie, że pomimo jego oderwania od świata i braku zainteresowania opieką nad domem będzie bardzo za nim tęsknił przez ten miesiąc.

Pan Robert tymczasem chciał jak najszybciej ruszyć w drogę, ale uniemożliwiało mu to trajkotanie babci, która wciskała mu do rąk różnorakie przedmioty wyglądające na przetwory własnej roboty i opakowane w papier kawałki ciasta.

– Weź, weź, zjecie sobie. Zresztą dobrze, że jedziecie razem na te wakacje, przestaniecie się tyle kłócić, należy wam się, chociaż cholera wie, czy tak daleko to dobrze, chorób jakichś nałapiecie – paplała babcia.

– Dziękuję, mamo, naprawdę, ale dżem z agrestu nie będzie nam zbytnio potrzebny w Meksyku – zarzekał się Robert. Ilekroć próbował odłożyć poprzednio ofiarowane specjały domowej kuchni, babcia wciskała mu do rąk kolejne.

W końcu się poddał, spakował wszystko do siatki, posłał Tytusowi zrezygnowane spojrzenie, jeszcze raz uścisnął rękę dziadkowi i pocałował babcię.

Gdy odjazd okazał się nieodwracalny, babcia zaczęła zbierać naczynia ze stołu, natomiast dziadek poszedł do łazienki. Zostali przez chwilę we dwóch.

– Trzymaj się, Tytku. Zadzwonimy z Meksyku. Będziesz miał superwakacje – powiedział tata, tarmosząc mu włosy. Był to jedyny gest zażyłości, jaki okazywał Tytusowi, i od jakichś dwóch lat chłopak szczerze go nie znosił.

– Tak, jasne – odburknął Tytus – w obozie pracy.

– Naprawdę będzie fajnie. Dziadek i babcia są super i na pewno nie każą ci robić żadnych głupich rzeczy. A w ogóle mają tutaj internet i kablówkę, więc nie zostaniesz bez cywilizacji, jak ci się wydawało.

– Yhm – przytaknął Tytus, który przypomniał sobie o opuszczonym mieście w Kolonii Głuszyce i pomyślał, że może perspektywa jego zwiedzenia jest warta ponoszenia przymusowego wysiłku w związku z bezsensowną aktywnością na świeżym powietrzu. Z drugiej strony bał się, że dziadkowie mogą wymyślić mu tyle zajęć, że nigdy nie zdoła się wyrwać z domu.

– No. – Tata bezradnie podrapał go po głowie. – Jak wrócisz, pojedziesz na obóz językowy.

– Wiem – odparł Tytus, po czym dodał niemrawym głosem: – Bawcie się dobrze.

Tata wyglądał, jakby chciał powiedzieć: „ty też”, ale dołączyła do nich babcia machająca na pożegnanie. Tata odmachał i zamknął za sobą drzwi. Tytus westchnął. Podniósł swoje torby i zapytał:

– Babciu, gdzie jest mój pokój?

– Na razie to zostaw, Tytuńciu. – Babcia energicznie czyściła zlew po skończonym zmywaniu. – Ja ci zaniosę. A teraz idź pomóż dziadkowi posprzątać trochę w stodole. Od razu oprowadzi cię po gospodarstwie. No, już.

– A to nie jest tak, że za to płacą babci letnicy? – zapytał nieśmiało Tytus.

– Płacą, ale ty jesteś moim wnukiem i możesz mieć tę przyjemność za darmo – odpowiedziała babcia i pomachała mokrym ręcznikiem – Raz-dwa, do roboty, Tytuńciu, bo nie dostaniesz kolacji.

Tytus westchnął jeszcze raz, dużo głębiej i dużo smutniej.

[...]