Żmija - Juliusz Słowacki - ebook

Żmija ebook

Juliusz Słowacki

0,0
12,49 zł

lub
Opis

Żmija” to powieść poetycka autorstwa Juliusza Słowackiego, obok Adama Mickiewicza uznawanego powszechnie za największego przedstawiciela polskiego romantyzmu.

Tekst powstał w burzliwym okresie życia poety, w roku 1831 roku, pierwsze strofy złożył jeszcze w Warszawie, kolejne podczas podróży po Europie w Dreźnie i Paryżu. Sam Słowacki określał „Żmiję” jako swoje najdoskonalsze dzieło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 48




Juliusz Słowacki

ŻMIJA

Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-85-7
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Pieśń pierwsza

SUMAK.

 Piękny to widok Czertomeliku, Sto wysp przerżnęły Dniepru strumienie, Brzoza się kąpie w każdym strumyku, Słychać szum trzciny, słowika pienie. A kiedy wiosną wezbrane wody Zaleją wszystkie wyspy dokoła, Jeszcze nad wodą widać drzew czoła, Jakby rusałek cudne ogrody. Gałązką mącą wodne błękity, I jeszcze słowik w gałązkach spiéwa, I szumią brzozy, lecz nad ich szczyty Wznosi się fala i nikną drzewa. Dziko Dniepr szumi, gdy w jego łonie Sto wysp zielonych wiosną zatonie.  Piękny to widok stu wysep pana, Woda mu ziemię z pod stóp wykradła: Zamek się patrzy w fali zwierciadła, Co mu przy stopach szumi wezbrana. A gdy nań patrzysz, dziwnym pozorem Rzekłbyś że zamek wstecz rzeki płynie. Cegła koralów swiéci kolorem, Lekkie filary podobne trzcinie; Kilka ogromnych paszcz samostrzału Patrzy strzelnicą na czarne morze:

A górą zamku okna z kryształu, Swiécą się, palą, jak ranne zorze; I tysiąc barwy w każdym promyku, Co się z tych okien nazad odkradnie. W zamku Pan mieszka Czertomeliku, Dumny Ataman co Siczą władnie; Lecz czy sam mieszka? Któż to odgadnie? Nikt nie był w zamku, mówią że czary Mieszkają w gmachu, że dłoń zaklęta Nadludzką sztuką wzniosła filary;Lecz kiedy wzniosła? Nikt nie pamięta. —  Niejeden rybak wieczorną dobą, W Czertomeliku płynąc ostrowy, Słyszał przed sobą, słyszał za sobą, Spiéw słodszy, milszy niż szum dnieprowy. A rybak milczał, płynął pomału; Kiedy wieczorne zorza zapadły, Widział jak w zamku okna z kryształu, To się paliły, to znowu bladły; A z okien blaskiem konały pieśni. Znów cicho — głucho — a rybak stary Żegnał się drzący — to czary — czary! Wszak rybak czuwa? wszak rybak nieśni?  Już to noc trzecia gdy gasną zorze, Błyska na zamku ogień jaskrawy; Ho! to kaganiec, to znak wyprawy, Popłyną czajki na czarne morze. Kozaków obóz zalega brzegi, Pośród czaharów spisa połyska; A po nad Dnieprem, w długie szeregi, Gęsto strażnicze płoną ogniska. Tam na mogiłę wstąpił wysoką Gęślarz i spiéwa pieśni z mogiły; Jeśli w tych grobach niespią głęboko, Może ich dzikie pieśni zbudziły? O spijcie! spijcie! przeszła wam pora, I wyście żyli — tu — w Ukrainie,

I wyście żyli — to było wczora! My dziś żyjemy, czas szybko płynie. Pocóż tu wracać z licem upiora Gdzie nikt nie chodzi po nas w żałobie? Jutro na naszym powiedzą grobie: I wyście żyli! to było wczora.  Płyńmy więc! płyńmy w Natolskie grody, Burzyć pałace, rąbać fontanny. Żelazem niszczyć Turków narody;I porwać obraz Najświętszéj Panny, Obraz co płacze rzewnemi łzami; A gdy go człowiek w fali zanurzy, Morze gniewliwe bije falami, Pieni się, huczy, pryska i burzy, I póty gniewnie podnosi tonie, Aż wrogów statki w falach pochłonie...  Lecz gdzież jest Hetman? w rannéj godzinie Wyszedł i w stepach błądził od rana. Oto przy brzegu, czajka hetmana, Powiewnym żaglem bieli się w trzcinie. I wkoło gwarzy zgraja zebrana, Wszak nam na drogę brak na źwierzynie; Idźmy na łowy! idźmy na łowy! Lecz gdzież nasz Żmija, Hetman Niżowy?

----------

 Ty spisz sumaku! ty spisz sumaku! Między błyszczące rosą czahary, A tutaj strzelce w stepach Budziaku, Otoczą wkrótce knieje i jary. Sumak nie słyszy! sumak nie słyszy! Bo milcząc strzelce idą na łowy,  I coraz ciszéj,  Między parowy,  Pomiędzy trawy,  Toną i toną:  A zorza płoną,  I świt jaskrawy Pozłaca niebo na wschodzie.  O! jakże miło przy rannym chłodzie Tak się zapuszczać w stepowe knieje. Jak tajemnicza ta chwila nocy, Kiedy noc kona, xiężyc blednieje, Już dzień na wschodzie, a na północy Jeszcze lśnią gwiazdy, jeszcze lśnią jasno, I wschód się złoci, blednie, czerwieni,  Niebo się mieni; Gwiazdy w lazurze  Już gasną, gasną;  I polne róże  Powstają z rosy perłami. —  I cicho łowce szli manowcami. Trzymaj myśliwcze ptaka na dłoni,

Zakryj mu oczy złotym kapturem; Niech nastrzępioném nie szumi piórem, Niech się nie trzepie, w dzwonki nie dzwoni. Zdejmiesz mu kaptur, gdy w nasze sidła Zwierz się dostanie, wtenczas posłuży.  Sokół się chmurzy,  I ociemniony Nastrzępił skrzydła,  Wyciągnął szpony,  Ponury, piersi napuszył.  Tam jakiś szelest! czy to zwierz ruszył? To nadto wcześnie! to nadto skoro! O! nie, to lekki chart tam na smyczy, Niechętny więzom piszczy, skowyczy, Skarć łowcze charta ręką i sforą. Pierwéj wyśledzić sumaka tropy, Potém go gończe podniosą głosem. A potém charty... I chart karcony  Przypadł do stopy;  Okryty wrzosem,  Kwiatem zroszony,  Ciągnie się smutny na sforze.  Wysłać strzelców na rozdroże Gdzie się kończy ta dolina, Tam kozacy wielkiém kołem Stójcie cicho, — a drużyna Niech tam idzie drogą, dołem. Niechaj tonie w trawy, zioła, W tej dolinie sumak leży. Gdy starszy strzelec zawoła, Niech służba w trąby uderzy.  Dane rozkazy, i dzikie jary Otoczył kozak, tonie w czahary. W krzakach się kryją ponure czoła, I cicho, jakby ludzi nie było! Jakby się tylko o łowach śniło! Wiatr wieje w kniei i szumią zioła, Zniknęły zbroje, łuki, oszczepy;

Świt płonie ogniem umalowany, I słońce wstaje nad martwe stepy. Oblane złotem świtu burzany Ognistéj barwy kwiatem się palą, I gną się z wiatrem: fala za falą  Przebiega stepy milczące. — Cicho... Wtém trąby zagrały grzmiące, I zagrzmiał razem pod niebo wzbity Z brzękiem surm, kotłów, okrzyk wesoły, I uwolnione z więzów sokoły Szybko w powietrza lecą błękity, Krążą i kraczą, dzwonkami dzwonią, I psy spuszczone jęczą i gonią. Czekaj łowce: wśród strasznéj wrzawy Patrzą na niwy złocone świtem,  I oto śmiga  Sumak zbudzony; Ledwo kopytem Dotyka trawy,  Charty wyściga,  I przez zagony,  Przed szybką smyczą,  Sadzi przez doły;  Gończe skowyczą,  Kraczą sokoły. I jeden sokół już zleciał nisko, Siadł mu na grzbiecie, szpony zatopił. Chart wiatronogi za źwierzem tropił, Już go dościgał — już blisko — blisko — A sumak leci, bojaźnią ślepy, Leci w zasadzkę — wpadł na oszczepy, Drgnął tylko — upadł... A tłum wesoły Znów w trąby dzwoni, znów w kotły bije, Żeby wystraszyć co tylko żyje Pomiędzy trawy. — Lecą sokoły, Krążą i kraczą dzwonkami dzwonią, Ogary znowu jęczą i gonią. Czekają łowce. — Wśród kwiatów faliZnów coś mignęło? — to sumak nowy? —

O nie! to Tatar miga od stali,  Jak wiatr stepowy,  Jak wąż piersiami Trawy rozcina; Między kwiatami Złotem połyska.  I łuk napina,  I strzały ciska,  I rohatyny kolczate miota.  Dziwi kozaków ta zbroja złota, Musi to jakiś być wódz Tatarów? — Puścić ogary: — jeden z ogarów Już go dościga, — ha! zobaczycie! Ogar to stary, dobrze się sprawi, Wskoczy na piersi — i w strasznéj męce  Wydrze mu życie,  Zgniecie, zadławi. — Już go doścignął — rzecz niespodziana! Skacze