Zmierzch Tudorów - Philippa Gregory - ebook
Opis

Po śmierci Henryka VIII rozpoczyna się walka o sukcesję. Nieletni syn zmarłego władcy nie rządzi samodzielnie, a w kolejce do tronu ustawiają się zwaśnieni spadkobiercy Tudorów.

Połowa XVI wieku, Anglia. Kiedy nieletni król Edward VI Tudor umiera, królową zostaje Joanna Grey, prasiostrzenica zmarłego Henryka VIII. Tymczasem katoliczka Maria Tudor, córka Henryka VIII, pośpiesznie gromadzi armię i więzi Joannę w Tower. Ponieważ Joanna odmawia wyparcia się wiary protestanckiej, Maria Tudor posyła ją na szafot. Również siostry straconej królowej, Katarzyna i Maria, pozostają w śmiertelnym niebezpieczeństwie, dopóki królowa Maria nie urodzi potomka. Ich trudne położenie nie ulega poprawie,

gdy władzę obejmuje Elżbieta I. W każdej chwili siostry Grey mogą podzielić los ściętej Joanny.

Wartka akcja i kolejne przypomnienie, że historię tworzyli nie tylko mężczyźni. „Daily Mail”

Ta powieść to frapująca, ale też przekonująca interpretacja wydarzeń. „The Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 866

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału
The Last Tudor
Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© Richard Jenkins
Koordynacja projektu
IZABELA MAGIERA
Redakcja
BIURO USŁUG WYDAWNICZYCH „DINA” BOŻENA SĘK
Korekta
MARIA SOŁTYS
Skład
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2017 by Levon Publishing Ltd.
All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever. For information, address Touchstone Subsidiary Rights Department, 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020.
First Touchstone hardcover edition August 2017
TOUCHSTONE and colophon are registered trademarks of Simon & Schuster, Inc.
All rights reserved.
Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni. Jakiekolwiek odniesienia do wydarzeń, miejsc i postaci historycznych mają charakter fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do pozostałych osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Wydanie elektroniczne 2018
ISBN 978-83-245-8317-1

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

K S I Ę G A  I
JOANNA
BRADGATE HOUSE GROBY, HRABSTWO LEICESTERSHIRE WIOSNA 1550 ROKU

Kocham tatkę, albowiem wiem, że będzie żył wiecznie. Jako i ja. Pan Bóg nas sobie umiłował, a my Go we wszystkim słuchamy i nigdy nie postępujemy wbrew Jego woli. Nie dla nas dobre uczynki i wygniatanie kolan podczas mszy. Nie musimy jeść opłatka i udawać, że to Ciało, ani pić wina i nazywać je Krwią. Doskonale wiemy, że to tylko lep na głupców i papistów. Szczycimy się i chlubimy tą wiedzą. Wszyscyśmy zostali zbawieni raz a dobrze – rozumiemy to my, rozumieją to ludzie w coraz większej masie. Nie mamy się czego obawiać, gdyż czeka nas życie wieczne.

To prawda, że tatko jest obytym w świecie człowiekiem i że nieraz otarł się o grzech. Chciałabym utrzymać jego duszę w absolutnej czystości, on jednak zbywa mnie śmiechem i słowami:

– Daj mi spokój, Joanno. Lepiej napisz do naszych przyjaciół w Szwajcarii. Reformiści czekają na list ode mnie, równie dobrze ty go możesz stworzyć.

Źle robi, unikając dyskursu religijnego, lecz co najwyżej ma na sumieniu brak dostatecznej uwagi, ufam bowiem, że tatko całym sobą popiera jedyną prawdziwą wiarę. A zresztą nie wolno mi zapominać, że powinnam szanować ojca swego i matkę swoją i okazywać im posłuszeństwo w każdej sprawie bez względu na to, jaką opinię żywię na dany temat. Pan Bóg widzi wszystko i to On będzie ich sędzią. A tatkę Najwyższy zna na wylot i mimo to już mu przebaczył, co oznacza, że nasza wiara zaiste ma zbawczą moc.

Obawiam się, że matczysko nie uniknie jednak ogni piekielnych, a moja siostra Katarzyna, która jest ode mnie o trzy lata młodsza i liczy sobie zaledwie dziewięć wiosen, z pewnością umrze i nigdy nie zmartwychwstanie. Straszna z niej głuptaska. Gdybym była przesądna, powiedziałabym, że coś ją opętało; daję słowo, że nie ma dla niej nadziei. Z kolei mała Maria, moja najmłodsza siostrzyczka, to uosobienie grzechu pierworodnego, którego nie zdoła z siebie niczym zmazać. Choć urodziła się ładniutka i w dużym stopniu wygląda niczym miniaturka Katarzyny, matczysko chciało ją odesłać precz, aby wychowała się pod dachem kogoś innego, tym samym oszczędzając nam wszystkim wstydu, jednakże tatko okazał współczucie mikrusowi i stanęło na tym, że Maria mieszka dalej z nami. Nie jest upośledzona na umyśle – uczy się dobrze, spryciulka – lecz i tak widać, że nie spłynęła na nią łaska Boska; w niczym nie przypomina wybrańców takich jak tatko czy ja. Osobiście uważam, że ktoś taki jak ona – skazany przez Szatana na mikry wzrost – powinien szczególnie zabiegać o zbawienie. Przypuszczam, że pięcioletnia dziewczynka raczej nie może wstąpić do klasztoru, aczkolwiek ja uczyłam się łaciny, kiedy miałam cztery latka, nasz Pan zaś był w moim obecnym wieku, gdy rozprawiał z nauczycielami w Świątyni. Jak więc widać, lepiej jest poznawać ścieżki Pana już w dziecięctwie, zamiast niepotrzebnie z tym zwlekać.

Ja sama pobieram nauki od maleńkości. Zapewne w całym kraju nie znalazłaby się bardziej oczytana osoba, która by w dodatku została wychowana w wierze reformowanej pod czujnym kochającym okiem wielkiej uczonej i królowej Katarzyny Parr. Nikt w Europie nie dorównuje mi uczonością, a już na pewno żadna moja rówieśnica. Nie uważam, aby moja kuzynka księżniczka Elżbieta miała zadatki na prawdziwą uczoną, gdyż wielu może aspirować do tego miana, wszakże prawdziwych mędrców da się policzyć na palcach jednej ręki. Nieszczęsna Elżbieta raczej nie należy do wybrańców, aczkolwiek pilnie studiuje księgi. Bardzo chce sprawiać wrażenie bystrej; pragnie przypodobać się preceptorom i pokazać z najlepszej strony. Tymczasem nawet ja muszę mieć baczenie, aby nie popaść w grzech pychy, chociaż matczysko twierdzi, że przede wszystkim powinnam się bronić przed ośmieszeniem. Gdy zaś próbuję jej uświadomić, że sama tkwi w grzechu, łapie mnie za ucho i grozi mi chłostą. Nie miałabym nic przeciwko męczeństwu za wiarę, jak w wypadku świętej Anny Askew, lecz sądzę, że Pana Boga bardziej cieszy, kiedy przeproszę, dygnę i zajmę miejsce przy stole jadalnianym. Poza wszystkim innym dziś na deser ma być mój ulubiony pudding gruszkowy podawany z crème brûlée, jak mówią Francuzi.

Chociaż bardzo bym chciała brylować w domu, nie do końca jest to możliwe. Bradgate House – nasza rodowa siedziba, w której nie brak bywałych w świecie domowników – mieści się pośród lasów Charnwood i nie ustępuje w niczym pałacowi Hampton Court, który przypomina też pod każdym względem, od ceglanych murów po imponującą bramę wjazdową. Mamy wszelkie prawo do takiej okazałości, ponieważ właściwie zaliczamy się do rodziny królewskiej; matczysko jest córką Marii Tudor, ulubionej siostry Henryka VIII i przez krótki czas królowej Francji, co czyni ją następczynią tronu Anglii zaraz po dzieciach niedawno zmarłego króla, a moich kuzynach: po młodym królu Edwardzie i po jego przyrodnich siostrach, księżniczkach Marii i Elżbiecie. To pokrewieństwo czyni nas najważniejszymi po Tudorach, o czym nie zapominamy ani na moment. Utrzymujemy liczną świtę – więcej niż trzysta osób – na potrzeby naszej piątki, a poza tym mamy stajnie z przepięknymi wierzchowcami, park łowiecki wokół, niezliczone wioski i gospodarstwa, rzeki i jeziora, wszystko to zaś w samym sercu Anglii. Ba, mamy nawet niedźwiedzia, który mieszka w klatce w stajniach i ku naszej uciesze bywa szczuty psami. A jak się komu nudzi, zawsze może urządzić walkę kogutów na dziedzińcu. Bradgate House to najwspanialsza siedziba w środkowej Anglii, z wielką salą, na której jednym krańcu wznosi się galeria dla muzyków, na drugim zaś podwyższenie, jakiego nie powstydziłby się pałac. Chlubimy się tym, że do nas należą najpiękniejsze angielskie ziemie. Co do mnie, zostałam wychowana w przekonaniu, że wszystko, co mnie otacza, należy do mnie – jako my należymy do Korony.

Nie da się ukryć, że pomiędzy matczyskiem a tronem stoi trójka jej wujecznego rodzeństwa: koronowany już na króla Edward, dwunastolatek jak ja, który jednak sprawuje władzę przy pomocy swego wuja, oraz dwie jego starsze siostry, księżniczka Maria i księżniczka Elżbieta. Zdaniem niektórych obie księżniczki nie mają co marzyć o włożeniu korony, gdyż zostały uznane za bękarty, nawet własny ojciec ich się wyrzekł. Już dawno wyrzucono by je poza nawias rodziny królewskiej, gdyby nie chrześcijańskie miłosierdzie mojej mentorki Katarzyny Parr, która sprowadziła je na dwór i otwarcie zaakceptowała, dając przykład innym. Najgorsze jednak ze wszystkiego jest to, że księżniczka Maria – niech Pan Bóg jej przebaczy – obnosi się z papistowską wiarą jak jakaś heretyczka. Choć to moja kuzynka i powinnam ją darzyć miłością, mierzi mnie jej towarzystwo, ponieważ wiem, że pod swoim dachem pilnuje godzinek, jakby żyła w klasztorze, a nie w kraju reformowanym, gdy przecież wszem wobec wiadomo, iż pod panowaniem króla Edwarda wszyscy jesteśmy protestantami.

O księżniczce Elżbiecie nawet nie wspomnę. Staram się ją wymazać z pamięci, odkąd naoglądałam się jej pod dachem Katarzyny Parr i młodego Tomasza Seymoura. Powiem tylko tyle, że Elżbieta powinna się wstydzić i że prędzej czy później przyjdzie jej odpowiedzieć przed Panem Bogiem za to, co uczyniła. Bo byłam tam i wszystko widziałam. Pogonie, mizianie i figlowanie z mężem własnej macochy. Przywiodła roztropnego Tomasza Seymoura do grzechu, a w końcu i do śmierci. Jej sumienie obciąża pożądliwość i cudzołóstwo, popełnione nawet jeśli nie w łożu, to w sercu. Jej ręce plami krew, bo wytknęła przecie ojczymowi zdradę i popchnęła go na szafot. To przez nią Tomasz Seymour myślał o sobie jako o kochanku i mężu przyszłej królowej Anglii. Być może nic z tego nie wyraziła na głos, ale nie musiała. Ważne, co robiła i co jemu kazała zrobić.

Lecz nie. Nie będę nikogo osądzać. Nigdy nikogo nie osądzam. Wydawanie sądów należy do Pana Boga. Mnie pozostaje skromność myśli, odwrócony wzrok i współczucie dla grzesznic i grzeszników tego świata, wszyscy bowiem żyjemy w grzechu. Zresztą mam pewność, że Pan Bóg nawet na Elżbietę nie spojrzy, gdy będzie się już smażyła w ogniu piekielnym, poniewczasie żałując chorobliwej rozwiązłości, braku lojalności i wybujałej ambicji. Ja co najwyżej użalę się nad nią wzorem Stwórcy, jednakże nie ma ona co liczyć na skrócenie wiecznych mąk.

W każdym razie – jako że przyrodnie siostry króla Edwarda zostały uznane za dzieci z nieprawego łoża i w związku z tym nie są godne korony – większe prawa do angielskiego tronu ma córka ulubionej siostry Henryka VIII, innymi słowy moja matka.

Właśnie z tego powodu tak ważne jest, aby ze szczerością serca przyjęła wiarę reformowaną i zarzuciła wszelkie papistowskie przesądy. Co do rozrywek, powinna zrezygnować z wystawnych uczt, tańców oraz polowań, którym oddaje się z lubością nienasyconego dzikiego zwierza, przemierzając okolicę na swym monstrualnym ogierze. W parku łowieckim nie sposób uciec przed dźwiękami jej rogów, a zwierzyna nie może być pewna dnia ani godziny. Nasza psiarnia pustoszeje, ilekroć odbywa się szczucie niedźwiedzia, jałówki stradają życie, by skończyć na ruszcie. Niesłychanie się obawiam, że matczyskiem powodują żądze (bo który Tudor nie ulegał swoim chuciom?). W parze z tym idzie nadmierna pycha (Tudorowie mają tyranię we krwi) i – co każdy widzi – ekstrawagancja przesłaniająca wszystko.

Czuję, że powinnam coś z tym zrobić, lecz gdy mówię preceptorowi, że zamierzam zarzucić matczysku grzech pychy, gniewu, łakomstwa, rozpusty i chciwości, poczciwiec odpowiada, że lepiej będzie, jeśli się powstrzymam – ja jednak wiem, że przemawia przez niego strach, wszyscy bowiem boją się Frances Brandon, nawet tatko. To tylko dowodzi, że istotnie matczysko przejawia ambicje i inne nie przystojące niewieście uczucia.

Żyłabym w strachu, gdyby nie moja wiara. To ona dodaje mi odwagi, o którą wyznawcy protestantyzmu niełatwo. Papiści nie mają tego problemu, na każdym kroku wszak napotykają drogowskazy: święte obrazki, witraże, zakonnice, księży, chór, kadzidło, mocne wino, w którym doszukują się słonego smaku krwi. Wszystko to jednak próżność i marność. Ja czuję siłę mojej wiary, gdy opadam na klęczki w chłodnej surowej kaplicy i po chwili słyszę głos Pana Boga, który przemawia bezpośrednio do mnie, łagodnie jak kochający ojciec. Gdy czytam samodzielnie Biblię i w uszach rozbrzmiewa mi Słowo Boże. Gdy modlę się o olśnienie i natychmiast wiem, że jego źródłem jest Biblia. Albowiem jam jest wybranką Pana Boga i jego rzeczniczką. Nieładnie zatem, że matczysko krzyczy na mnie:

– Na miłość Boską! Rozchmurzże się, dziewczyno, i wybierz na polowanie czy coś, zanim osobiście przepędzę cię z tej biblioteki!

Bardzo nieładnie. Mam tylko nadzieję, że Pan Bóg znajdzie w sobie przebaczenie, jako i ja znalazłam. Ale na pewno nie zapomnimy tej obelgi, ani On, ani ja.

Idę do stajni i dosiadam wierzchowca, nie dołączam jednak do grupy myśliwych, lecz jadę na przejażdżkę z Katarzyną – oczywiście w towarzystwie stajennego. Mogłybyśmy jechać przed siebie przez cały dzień, a jeszcze byśmy nie dotarły do granicy naszej posiadłości. Cwałujemy przez łąki, omijamy miedzami zieleniące się pola owsa, pokonujemy brody, przystając tylko po to, by konie ugasiły pragnienie krystalicznie czystą wodą. My, dzieci angielskiego rodu królewskiego, najszczęśliwsze na angielskiej prowincji, cieszące się swoim błogosławionym dziedzictwem.

[...]