Zmierzch nad jagodowymi polami - Colleen Coble - ebook
Opis

„Chciałbym, żeby dziewczynki były bezpieczne…”

Kate Mason poświęciła życie, by troszczyć się o rodzinne uprawy jagód. Kiedy jednak jej pola przestają przynosić plony, zmuszona jest wymyślić jakiś inny sposób zarabiania na życie. Najlepszym rozwiązaniem może okazać się wynajęcie małego domku leżącego na terenie jej posiadłości, jednak to i tak za mało.

Gdy w jej życiu pojawia się bostoński przedsiębiorca, Drake Newham, poszukujący nie tylko miejsca do zamieszkania, ale również niani dla swoich dwóch bratanic, to wszystko wydaje się jej zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Nowego lokatora natomiast nie odstępuje budzące niepokój pytanie o to, kto mógł zamordować jego rodzinę.

Im więcej czasu Kate spędza w towarzystwie Drake’a i dziewczynek, tym trudniej jej ukryć zainteresowanie jego osobą. Ale kryzys w rodzinie nie jest najlepszym czasem na rozwijanie miłosnych uczuć.

W międzyczasie Kate dowiaduje się także, że jej wujek, odbywający karę za morderstwo, uciekł z więzienia. Na dodatek pojawia się jeszcze jakiś lokalny stalker. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, a ona nie wie, czy jej pola jagodowe jeszcze kiedyś wydadzą owoc… i czy ten zmierzch nie okaże się jej ostatnim…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Colleen ‌Coble

Zmierzch nad ‌jagodowymi ‌polami

Tom III z serii Nad ‌Zatoką

Tłumaczenie Anna ‌Pliś

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Twilight at ‌Blueberry Barrens (A ‌Sunset ‌Cove Novel)

Autor:

Colleen ‌Coble

Tłumaczenie ‌z języka ‌angielskiego:

Anna Pliś

Redakcja:

Brygida ‌Nowak

Korekta:

Dominika ‌Wilk

Skład:

Alicja Malinka

ISBN 978-83-65843-28-9

© ‌2016 by Colleen ‌Coble by Thomas ‌Nelson, HarperCollins Christian Publishing ‌Inc.

© ‌2018 for the Polish ‌edition ‌by ‌Dreams Wydawnictwo

Dreams Wydawnictwo ‌Lidia ‌Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, ‌35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2018, wydanie ‌I

Druk: drukarnia Skleniarz

Książkę wydrukowano ‌na ‌papierze ‌Ecco Book cream 2.0 ‌80g dostarczonym przez Antalis ‌Poland Sp. z o. ‌o.

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone. Żadna część ‌tej publikacji nie ‌może być reprodukowana, przechowywana ‌jako źródło danych, ‌przekazywana ‌w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej ‌lub innej ‌formie ‌zapisu bez ‌pisemnej zgody wydawcy.

Najdroższej ‌Amandzie ‌Bostic.Dziękuję, że pomagasz ‌mi rozwinąć literackie skrzydła!

JEDEN

24 ‌czerwca

Melissa oddychała ‌ciężko i coraz bardziej szumiało ‌jej w uszach, ‌gdy biegiem pokonywała ‌drogę w górę zbocza prowadzącego ‌na szczyt klifów. ‌Jasność ‌na horyzoncie podpowiadała jej, ‌że powinna ‌się pospieszyć, jeśli ‌chciała ‌zobaczyć ‌wschód słońca z Syreniego ‌Przylądka. Odgłos drobnych ‌kamyków wypadających spod ‌podeszew jej ‌sportowych ‌butów ‌wybitnie ‌ją drażnił.

Zerknęła przez ‌ramię. ‌Choć nie spostrzegła nikogo ‌na ścieżce, dostała ‌gęsiej ‌skórki. Spodziewała ‌się, ‌że ‌ujrzy ślepia jakiegoś ‌niedźwiedzia wpatrującego się ‌w nią z ciemności. Obserwowała uważnie ‌otoczenie, ‌ale nie zauważyła niczego poza stertami różowego granitu, który błyszczał w słabym świetle wschodzącego słońca.

Widoki na szczycie rozwiały jej niepokój. Słońce wychylało się sponad wody i rzucało różową poświatę, która jeszcze mocniej podkreślała kolor klifów. Kobieta usiadła na skale i wdychała słone powietrze. To był idealny poranek, lecz wkrótce będzie musiała wrócić i stawić czoła temu, co sprowadziło ją do Maine.

Heath nie będzie szczęśliwy, ale nie mogła tego dalej ciągnąć, skoro wiedziała, że nie chce już z nim być. Jak to się stało, że ich cudowna miłość uległa takiemu przeobrażeniu? Gdy Heath studiował prawo, wystarczały im pocałunki nad kolacją na wynos, jedzoną w ścisku na prowizorycznym stole zrobionym ze skrzynki.

Teraz mieli wszystko, a tak naprawdę nie mieli nic.

I co powinna zrobić z dziewczynkami? Uwielbiały swojego tatę. Zabieranie ich od niego zdawało się kiepskim rozwiązaniem, jednak nie mogła też ich zostawić. I chociaż podjęła już decyzję, wcale nie była pewna, czy się z tym upora.

Poczuła pod powiekami promieniujący ból. Próbowała rozmasować skronie. To wszystko było takie trudne. Nie chciała myśleć o ich sprzeczce, o tym, jak jego głos drżał od oburzenia, ale nie umiała powstrzymać tych wspomnień.

– Co to jest? – Heath rzucił plik papierów na stolik w kawiarni.

Aromat espresso nagle przyprawił Melissę o mdłości, gdy dostrzegła jego wzrok.

– Co takiego?

Główna animatorka czasu wolnego w hotelu, Lisa Greenhill, która siedziała przy stoliku obok, podniosła głowę, słysząc podniesiony ton mężczyzny. Melissa zgarbiła się i odwróciła od ciekawskich spojrzeń. Serce waliło jej, kiedy popatrzyła na męża.

Miał zmrużone oczy, jakby w wyrazie nienawiści, a jego nozdrza drgały. Zaciskał mocno swoje zazwyczaj uśmiechnięte usta. Jej wzrok spoczął na kartkach i stłumiła westchnienie. Już wiedział.

– Mogę ci to wyjaśnić.

Wydął usta.

– Wyjaśnić, że spotykasz się z nim za moimi plecami? I to z taką szumowiną!

Wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy.

– On nie jest taki, jak myślisz.

– Nie, jest jeszcze gorszy. – Zaciskał dłonie w pięści i je rozluźniał. – Mógłbym cię za to zabić, Melisso. Nie wiem, jak mam z tym żyć.

Wzdrygnęła się. Czy ją uderzy? Do tej pory nigdy nie musiała się go bać. Był delikatnym mężczyzną i dobrym mężem. Ale przestała go kochać i nic na to nie poradzi. Słowa wyjaśnienia zamarły jej na ustach. Gdyby sytuacja się odwróciła, z pewnością czułaby się dokładnie tak jak on. Uniosła podbródek i rzekła:

– Tak mi przykro, Heath. To... to się tak po prostu stało. Nie planowałam tego.

– Nawet nie myśl, że zabierzesz dziewczynki. – W jego słowach słychać było chłód. – Żaden sędzia nie przydzieli ci prawa do opieki.

Pomyślała o biletach na samolot, które już dla nich kupiła. Łatwiej zniosą utratę matki niż Heatha. Tylko jak mogła wyjechać bez swoich dzieci? To wbrew wszystkiemu, w co wierzyła. Wyszłaby na straszną matkę, i możliwe, że nią właśnie była. Zawsze uważała za najgorsze te kobiety, które dla jakiegoś mężczyzny porzucają własne dzieci. Powinna więc myśleć o tym, co najlepsze dla córeczek. Może mogłaby zostać, nie bacząc na swoje szczęście, ale już na samą myśl o tym łzy napływały jej do oczu.

– Przepraszam, Heath.

– Przeprosiny nie wystarczą. Pożałujesz tego, Melisso. I ja tego dopilnuję! – Obrócił się na pięcie i wyszedł zamaszystym krokiem.

Jakiś dźwięk wyrwał ją z zadumy i zamierzała się obrócić. Zanim jednak zdążyła to zrobić, czyjeś mocne dłonie chwyciły ją od tyłu za gardło. Z oczami wielkimi z przerażenia próbowała szarpać zaciskające się palce.

Chciała coś powiedzieć albo krzyknąć, jednak z jej gardła nie dobyło się nic. Przed oczami zaczęły jej tańczyć czarne plamy i obraz się rozmazywał. Powietrza, potrzebowała powietrza! Usiłowała wyrwać się ze stalowego uścisku, który obejmował jej szyję, ale... nie... dała... rady. Zaraz potem upadła.

Kate Mason skierowała lornetkę na wznoszący się przed nią klif. Zaparkowała swojego żółtego volkswagena na gruntowej drodze na szczycie i razem z siostrą wyruszyły na wycieczkę do oddalonej plaży na Folly Shoals, na półwyspie Schoodic w południowo-wschodnim Maine, aby na tym skalistym wybrzeżu oglądać kolorowe ptaki.

– Są! Dokładnie tak, jak mówiła Dixie!

Zajęło im dobre pół godziny, żeby zejść na dół, i wcale nie była pewna, czy to warte aż takiego trudu. Nawet strażnik leśny, którego spotkały po drodze, śmiał się na samo stwierdzenie, że w tym miejscu mogłyby się gnieździć maskonury. Ale tu były. I podobnie jak papugi, odznaczały się żywymi kolorami i śmiesznymi ruchami. Kate słyszała pogłoski na temat tego, że ptaki tutaj przyleciały, jednak obawiała się, że to nieprawda. Maskonury nigdy nie zakładały lęgowisk na Folly Shoals. Z tego, co wiedziała, w Maine istniało tylko pięć takich miejsc.

Jej siostra, Claire Dellamare, złapała za lornetkę.

– Chcę zobaczyć.

Podając jej przyrząd, Kate zadrżała od porannej mgły. Chociaż był późny czerwiec, znad oceanu wiało chłodną bryzą, a jej cienka kurtka nie stanowiła zbyt dobrej ochrony.

Claire wyregulowała obraz i westchnęła.

– Będziesz musiała powiadomić Kevina. – Ich kuzyn, lokalny strażnik łowiecki, na pewno zechce sprawdzić te okolice.

– Zadzwonię do niego. – Serce biło jej szybko, gdy obserwowała umieszczone w szczelinie skalnej gniazdo maskonurów. Ptak z rybą w dziobie wylądował w swojej norze.

Bliźniaczki były do siebie bardzo podobne. Miały włosy w kolorze ciemnego blondu i duże niebieskie oczy. Różnica między nimi polegała na tym, że Claire posiadała zmysł do interesów, z którego korzystała przy zarządzaniu firmą zajmującą się produkcją samolotów, a umysł Kate był nieco przytępiony po niedawnej chemioterapii, przebytej z powodu niedokrwistości aplastycznej. Dzięki temu leczeniu mogła żyć. A w zasadzie dzięki Claire – zjawiła się na czas, by zostać dawcą szpiku kostnego, który okazał się konieczny.

Siostra oddała jej lornetkę.

– Słyszałam, że wiążą się w pary na całe życie.

– I tylko dlatego się nimi interesujesz. Ostatnio podoba ci się wszystko, co romantyczne. – Kate uśmiechnęła się, gdy dostrzegła rumieniec pokrywający policzki Claire. – Jakbyś mogła, to pewnie przyspieszyłabyś swój ślub.

– Tak. Jednak moja mama nawet nie chce o tym słyszeć. Wszystko jest już zarezerwowane i musimy z Lukiem swoje odczekać. Na szczęście to jeszcze tylko kilka tygodni. Ale będziesz śpiewać, prawda? Powinnaś skończyć z ukrywaniem tego pięknego głosu. Jesteś tak dobra jak Adele.

Twarz Kate oblało ciepło.

– No nie wiem... Choć rzeczywiście, nie odmówię ci ze względu na tę okazję. – Ponownie uniosła lornetkę do oczu i skierowała ją na postrzępiony szaro-różowy klif. Skupiła wzrok na występie skalnym wznoszącym się jakieś dwanaście metrów ponad kamienistym wybrzeżem. Przyglądała się uważnie gniazdom umieszczonym w norach. Rzadko trafiają się tak fascynujące widoki.

Nagle w jej polu widzenia pojawiło się coś innego niż ptaki i dopiero po chwili dotarło do niej, na co patrzy. Marszcząc brwi, wyregulowała lornetkę. To chyba nie mogło być to, o czym myślała.

Ustawiła ostrość i zobaczyła długie jasne włosy zwieszające się ze skały nieopodal gniazd. Chwileczkę, czy obok tej kobiety był ktoś jeszcze? Przesunęła okular i teraz dostrzegła krótkie ciemne włosy i muskularne ramiona.

Skoczyła na równe nogi.

– Tam jest dwoje rannych ludzi. Chyba spadli z klifu, może próbowali obserwować maskonury. Trzeba się do nich dostać!

Claire złapała ją za ramię.

– Nie mamy sprzętu wspinaczkowego.

Kobieta wyszarpnęła się z uścisku i rzuciła w kierunku wody. Musiała spróbować dotrzeć do podnóży klifu i wspiąć się na górę. Pospiesznie zdjęła buty i weszła we wzburzone fale. Woda była tak lodowata, że odebrało jej dech, a ogromna fala wyrzuciła ją z powrotem na piasek. Nabrała gwałtownie powietrza i skoczyła, aby podjąć kolejną próbę, ale Claire znowu złapała ją za rękę. Tym razem mocno trzymała siostrę.

– Nie możesz! Fale są tu zbyt niebezpieczne. Musi nam ktoś pomóc. Zadzwonię po Straż Przybrzeżną. I Kevina. – Wyciągnęła telefon i wybrała numer.

Kate chodziła tam i z powrotem po mokrym piasku. Przecież na pewno istniało coś, co mogłaby zrobić... Zerknęła w górę skalistej ściany. Jakiś ruch przykuł jej wzrok i zauważyła jeszcze smugę kurzu za odjeżdżającym drogą pick-upem. Całe auto pokryte było błotem, więc nie potrafiła nawet określić jego koloru ani marki. To pewnie nie miało nic wspólnego z wypadkiem, ale kierowca mógł się przynajmniej zatrzymać, żeby pomóc.

Claire rozłączyła się i powiedziała:

– Luke mówił, że kuter Straży Przybrzeżnej znajduje się w odległości mniejszej niż pięć minut drogi.

Czy było już za późno? Kate patrzyła na ciała obok gniazd maskonurów. Nie ruszały się. Objęła wzrokiem postrzępione i omszone skały klifu, który wznosił się wysoko w niebo. Claire miała rację – nie dałyby rady się tam wspiąć.

Dwie godziny później straż poinformowała je, że kobieta i mężczyzna już nie żyli. Kate nie mogłaby ich uratować, nawet gdyby próbowała.

DWA

Mała drewniana chatka, w której dorastała Kate, mieściła się pośrodku pól jagodowych, tuż obok autostrady US 1, około dwadzieścia cztery kilometry na północ od Summer Harbor. Rozmieszczenie okien i okiennic oraz elewacja w dwóch odcieniach błękitu sprawiały wrażenie, jakby dom uśmiechał się na powitanie. Dokładnie tego potrzebowała po porannych wydarzeniach. Wysiadła ze swojego żółtego volkswagena i zatrzasnęła drzwi.

Jej przyjaciółka, Shelley McDonald, zeszła z werandy, kiedy Kate wjeżdżała na podjazd. Z daleka widać było jaśniejące w słońcu rude włosy. Miała jasną skórę, która nigdy się nie opalała, a jej nogi zazwyczaj zakrywały dżinsy.

– Przyniosłam lunch. Jest w kuchni. Domowa zupa z homara i deser czekoladowy. Należy ci się trochę miłości.

Kate przytuliła ją.

– Wciąż jestem roztrzęsiona. A na dodatek w drodze powrotnej złapałam gumę. – Ruszyła za przyjaciółką po schodach na werandę i weszły do domu. Unoszący się w powietrzu aromat zupy homarowej sprawił, że ciekła jej ślinka. Razem z Claire godzinami relacjonowały, co widziały i słyszały pod klifami, skutkiem czego pora lunchu już dawno minęła.

Gdy znalazła się w kuchni, umyła brudne po zmianie opony ręce i wyciągnęła dwie pomarańczowe miseczki z logo uniwersyteckich mistrzostw w futbolu, które w zeszłym roku dostała w prezencie pod choinkę od Claire.

– Mówi się już o tym w całym południowo-wschodnim Maine, co?

Shelley wzięła miseczki od Kate.

– Nawet sobie nie wyobrażasz. Zajechałam, żeby kupić zupę w Ruth and Wimpy’s i każdy mnie zatrzymywał, by się czegoś dowiedzieć. Niewiele mogłam im powiedzieć, nie znałam nawet nazwisk. Czy szeryf wie, co się tam stało?

– Prowadzą śledztwo. Podejrzewa, że to mogło być zabójstwo połączone z samobójstwem. Możliwe, że mąż zabił żonę, zrzucił ją z klifu, a potem sam skoczył. – Kate wzdrygnęła się, przypominając sobie widok ciał. Otrząsnęła się z tych myśli i z powrotem skupiła uwagę na Shelley. – Gotowa do drogi? – zapytała niechętnie. Nadchodząca przeprowadzka przyjaciółki sprawiała, że wcale nie było jej wesoło, ale Shelley wydawała się taka podekscytowana. Przyjęła pracę jako nauczycielka w Rock Harbor w stanie Michigan, jakieś pół kraju stąd.

Shelley pokiwała głową.

– Jutro wielki dzień. Módl się za mnie. Boję się tej jazdy, taki szmat drogi sama. Na szczęście nie muszę ciągnąć przyczepy pełnej mebli. Wszystko jest spakowane i ekipa od przeprowadzek przyjeżdża rano. Wyjadę zaraz po nich. Nie zamierzam się spieszyć, będę mogła się zatrzymać, gdy tylko przyjdzie mi ochota. Chciałabym po drodze zobaczyć wodospad Niagara, może wstąpię do wioski amiszów w Ohio i zjem wielką michę domowych klusek oraz ciasto.

– Ty zawsze tylko o jedzeniu. – Gorąca zupa bogata w homary i masło pieściła zmysły Kate. – O ludzie, ale to dobre! Mogłabym jeść to codziennie o każdej porze.

– Ja też. – Shelley przyjrzała się jej zza stołu. – A jak sobie radzi Claire? Ma teraz wiele na głowie z tym zbliżającym się weselem.

– W porządku. Luke od razu przyjechał na miejsce. – Podrapała się po czole. – Porozmawiajmy o czymś innym, dobrze? Tak naprawdę byłyśmy tam, bo znalazłyśmy nowe lęgowisko maskonurów!

– Niemożliwe!

– Widziałam na własne oczy. Muszę powiedzieć Kevinowi. – Kate podniosła łyżkę do ust i zamarła, widząc fioletowawy ślad na ramieniu. Włożyła z powrotem łyżkę do miski i przyglądała się swojej skórze. – Mam siniaka. Dużego.

Shelley popatrzyła na jej wyciągniętą rękę.

– Wygląda jak ślad po uścisku. Szamotałaś się z kimś dzisiaj?

Kate miała już zaprzeczyć, ale nagle przypomniała sobie swój skok do wody, gdy próbowała dotrzeć na klif.

– Claire wyciągnęła mnie z oceanu i nie pozwoliła wrócić do wody. Był bardzo mocny odpływ. Myślisz, że powinnam się udać do lekarza?

– Masz ładny kolor skóry. Czujesz się w porządku? Jakieś osłabienia, palpitacje serca, krew z nosa?

– Nie, nic takiego. Dobrze się czuję. – Jednak widok tego siniaka przyprawiał ją o lekkie zawroty głowy.

– W takim razie to zostaw. Jesteś zdrowa, Kate. Niedokrwistość aplastyczna już nie wróci.

Kate sięgnęła po swoją olbrzymią biało-niebieską torbę i wyjęła z niej niewielką brązową buteleczkę olejku cytrynowego. Dodała kilka kropel do swojej wody.

– To nie zaszkodzi.

– Rzeczywiście, nie zaszkodzi. – Shelley odchyliła się na oparciu krzesła. – Ale musisz przestać się zamartwiać. Mam wrażenie, że utknęłaś w przeszłości. Chciałabym zobaczyć, jak robisz krok w przód i żyjesz nowym życiem. Zamierzasz na zawsze zostać na Folly Shoals? Przecież ty nawet nie lubisz pracy na polach jagodowych. Rzuciłaś szkołę i wróciłaś tu tylko dlatego, że nalegała na to twoja matka. Nie musisz już tego robić.

– Od kiedy ona jest w więzieniu, nikt inny nie zajmuje się polami. – Czuła się zobowiązana, choć wcale za tym nie przepadała.

– I co się stanie? Sąsiedzi uzbierają sobie, co będą chcieli. Reszta zgnije. Nie twoje zmartwienie. – Jej przyjaciółka pokręciła głową. – Już widzę, że się krzywisz. Nie musisz dźwigać na ramionach całego świata. Przyszła kolej na ciebie, by odkryć, czego tak naprawdę chcesz od życia. Co cię uszczęśliwia i daje ci spełnienie. Bóg dał ci szczególne talenty, a ty w ogóle ich nie wykorzystujesz.

– Prowadzę zajęcia dla dzieci w szkółce niedzielnej. Tak realizuję swój talent.

Shelley wywróciła oczami, a potem się uśmiechnęła.

– Niech ci będzie. Widzę, że praca z dzieciakami daje ci radość. Ale ty kochasz różne kolory i faktury. Masz duszę artysty, kreatywność i wcale z tego nie korzystasz. Świetnie dogadujesz się z ludźmi, a – nie licząc niedziel – rzadko widujesz się z kimś innym poza mną i Claire. Zamknęłaś się w jakimś błędnym kole. Może to ty powinnaś poszukać sobie gdzieś nowej pracy. – Shelley zrobiła wielkie oczy i zaraz na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Już wiem! Jedź ze mną do Rock Harbor. W mieszkaniu, które wynajmuję, są trzy sypialnie. Możesz wprowadzić się do jednej i szukać pracy. Miałabyś nowy start.

Kate zaprzeczyła ruchem głowy.

– Claire jest tutaj. Dopiero co odnalazłam ją na nowo i nie mogę jej teraz opuścić. – Ale słowa przyjaciółki wybrzmiewały w niej echem bardziej, niż tego chciała. Czy naprawdę tu utknęła i nie potrafi zrobić kroku w stronę własnego życia?

Drake Newham przekręcił się z boku na bok w olbrzymim łóżku, a następnie spojrzał na zegar. Druga w nocy. Gdzieś w oddali słyszał szum samochodów i ciężarówek przemierzających międzystanową I-93. Ruch drogowy w Bostonie nie milknął ani na chwilę, nawet w środku nocy. Światło księżyca przenikało przez zasłony i oświetlało twarze dwóch bratanic, które wślizgnęły się do jego łóżka jakąś godzinę temu. Tak było prawie każdej nocy, od kiedy miesiąc temu zmarli jego przyrodni brat i bratowa. Z ciężkim sercem starał się ukryć swój żal.

Nadal nie potrafił pogodzić się z faktem, że już nigdy nie zobaczy swojego starszego brata. Heath miał tak wiele powodów, by żyć – świetnie rozwijającą się karierę prawniczą i piękną rodzinę, której wszyscy mu zazdrościli, włączając w to również Drake’a.

Otulił bratanice kołderkami, a następnie spuścił nogi z łóżka. Zaczął spać w dresach, gdyż przy dziewczynkach często musiał wstawać. Jakoś przez to przejdą... Choć obecnie wydawało mu się to niemal tak trudne jak wspinaczka na Mount Everest.

W ciągu kilku minionych tygodni nieraz sięgał po telefon, żeby zadzwonić do brata, i dopiero niemiłe ukłucie w żołądku przypominało mu, że już więcej nie usłyszy głosu Heatha. Jak w ogóle miał znieść ten ból? Drake nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co musiały czuć dziewczynki. Płakały tak często i wtulały się w niego tak kurczowo – podobnie jak on w nie – bo były wszystkim, co zostało mu po bracie.

Wyjrzał przez okno. W zeszłym tygodniu kilka razy miał niepokojące poczucie, jakby ktoś go obserwował, a wczoraj musiał szybko skręcić w boczną uliczkę, by zgubić czarnego pick-upa, który najwyraźniej siedział mu na ogonie. Nie do końca pewien, co tak naprawdę go wybudziło, wsunął nogi w kapcie i zszedł do kuchni. Krakersy z masłem orzechowym były nader kuszącą przekąską. Może wyciągnie komputer i sprawdzi, czy jest coś nowego na temat śmierci jego brata.

Szeryf w Maine żywił przekonanie, że Heath zabił Melissę, a potem siebie. Ale to nie trafiało do Drake’a. Takie zachowanie byłoby zupełnie niepodobne do Heatha, towarzyskiego i zawsze optymistycznie nastawionego do życia. Bratowa nie zrobiłaby nic, co mogłoby go doprowadzić do tego rodzaju czynu. Kochał swoje dzieci tak bardzo, że niemożliwe, aby celowo zostawił je sierotami. Byli tacy szczęśliwi... Melissa wydawała się żoną, jaką Drake chętnie by wybrał dla siebie – wierną i kochającą – a także dobrą matką.

A zatem co tak naprawdę się stało? Jakiś dawny klient szukający zemsty? Ktoś, kto trafił do więzienia przez Heatha? Gdyby tak było, lista podejrzanych byłaby długa i skomplikowana. Heath od dziesięciu lat pracował jako adwokat i potrzeba byłoby wiele czasu, żeby przeanalizować każdą z jego spraw.

Światło księżyca połyskiwało w stalowych urządzeniach w olbrzymiej kuchni. Gotował tu więcej w ciągu ostatniego miesiąca niż przez całe ubiegłe dwa lata. Jego życie zupełnie się zmieniło, od kiedy dziewczynki tu zamieszkały. Gotów był zrobić wszystko, by przywrócić uśmiech na ich twarze.

Pod podeszwą kapci coś zachrzęściło. Drake spojrzał pod nogi. Dostrzegł błysk szkła, a na karku odczuł delikatny podmuch wiatru. Obrócił się w stronę okna i zobaczył, że firanka lekko faluje. Ktoś z zewnątrz stłukł szybę i szkło leżało teraz na podłodze. Czy włamywacz nadal był w środku?

Chwycił duży nóż z bloku stojącego na granitowym blacie i pobiegł na górę do bratanic. Tam też został jego telefon. Oddychał chrapliwie, gdy przeskakiwał po dwa stopnie i rzucił się w stronę sypialni.

Dziewczynki nadal spały, więc chwycił komórkę i wybrał numer alarmowy. Kiedy policja była już w drodze, nie rozłączając się, wyciągnął z szafki nocnej latarkę, a następnie oświetlał po kolei cały pokój i garderobę.

Wyglądało na to, że nikt się tu nie ukrywał. Chciał zbadać resztę domu, ale nie mógł zostawić dzieci samych, więc zamknął drzwi na klucz i zmusił się, by cierpliwie czekać przy oknie. Gdy tylko dostrzegł światła wozu policyjnego wjeżdżającego na podjazd, otworzył drzwi, wymknął się na zewnątrz i zamknął je za sobą.

Zatrzymał się na szczycie schodów i omiótł światłem cały przedpokój. Nie wydawało mu się to rozsądne, żeby schodzić na dół bez dziewczynek, więc wrócił do sypialni. Odłożył nóż i wziął na ręce obie bratanice. Pięcioletnia Phoebe nawet się nie ruszyła, za to powieki ośmioletniej Emmy drgnęły i zaraz potem wtuliła się w jego pierś. Dysząc od ciężaru dziewczynek, zszedł po stopniach tak szybko, jak tylko był w stanie, i przeszedł do głównego wejścia.

Kiedy dotarł do salonu, rozległo się walenie do drzwi.

– Policja!

Ułożył bratanice na sofie i poszedł otworzyć. Do środka weszło dwoje funkcjonariuszy. Policjantka rozejrzała się i zapytała:

– To pan zgłosił włamanie, panie Newham? – Kobieta była po trzydziestce, miała jakiś metr sześćdziesiąt pięć, ale była dobrze umięśniona.

Kiwnął głową.

– Okno w kuchni jest rozbite. Nie sprawdziłem domu, bo nie chciałem zostawiać dziewczynek samych.

– Słuszna decyzja – przyznał policjant. Miał około czterdziestu lat, lekką nadwagę i gęste siwiejące włosy. – Tędy? – Wskazał na pomieszczenie za salonem.

– Tak. – Drake zerknął na bratanice, które nadal spały, po czym ruszył za funkcjonariuszami, którzy zaczęli przepatrywać wszystkie pomieszczenia.

Najpierw sprawdzili kuchnię, potem jadalnię, salon i pralnię, a następnie zatrzymali się przed jego gabinetem. Drzwi były uchylone.

– Zwykle je zamykam. – Sięgnął do włącznika i zapalił lampę w korytarzu. W świetle dało się dostrzec, że ościeżnica koło zamka jest uszkodzona.

Przełknął z trudem i popatrzył ponad plecami policjantów, którzy pchnięciem otworzyli drzwi i włączyli oświetlenie. Kartki, długopisy i teczki leżały porozrzucane na podłodze wraz z wywróconymi do góry dnem szufladami. Trzeba będzie dużo czasu, żeby to pozbierać i ustalić, jakich rzeczy brakuje. Czego szukał włamywacz? Projekty zostały przecież rozłożone na biurku.

Pochylił się i przez chwilę przyglądał rysunkom.

– Były poukładane w szufladach, ale przynajmniej nie zginęły.

Policjantka odwróciła się i mierząc go wzrokiem, zapytała:

– Co to takiego?

– Rysunki nowego drona. Otrzymałem na nie wielomilionowe zlecenie. – Start-up, który Drake zaczął dziesięć lat temu, rozkwitł znacznie w przeciągu minionych paru lat dzięki jego innowacyjnym projektom. – Czy włamywacz mógł zrobić zdjęcia planów?

– To możliwe. – Zerknęła na zniszczone drzwi. – Czy ma pan dokąd zabrać dziewczynki, żeby wyjechać stąd na te kilka dni, podczas których będziemy prowadzić śledztwo? Z pewnością nie powinien pan tu zostawać, dopóki nie będzie miał pan porządnej ochrony.

– Mam system alarmowy, jednak nie uruchomił się, nawet w momencie, gdy wybito szybę.

– Pewnie został rozbrojony.

To wskazywałoby na profesjonalistę. Myśli Drake’a powędrowały w stronę zmarłego brata i bratowej.

– Chyba wezmę dziewczynki na wakacje.

Południowo-wschodnie Maine to mógł być kierunek, gdzie kryły się odpowiedzi, których tak bardzo potrzebował. Ale na wszelki wypadek postanowił wysłać wiadomość do swojego prawnika, by sprawdził, czy to możliwe, że konkurencja węszyła w pobliżu.

TRZY

Szkarłatne listki pól jagodowych łączyły się z fantastycznymi odcieniami złota i fuksji rozlanymi na niebie przez zachodzące nad Maine słońce. Bogactwo kolorów urzekało, jednak Kate chciało się raczej płakać, gdy patrzyła na te pola. Wśród czerwonych liści kryło się tak niewiele jagód, które mogłyby się nadawać na sprzedaż. Liczyła, że okoliczne pszczoły zapylą jej pola, ale nie wyszła na tym dobrze.

Claire osłoniła dłonią oczy przed promieniami.

– Zobaczmy na drugim polu. Na pewno nie jest tak źle jak tutaj.

– Jest jeszcze gorzej. Sprawdzałam tam wcześniej. Powinnam była wynająć rój pszczół miodnych. To wszystko moja wina. – Kate uniosła rękę, kiedy tylko jej siostra chciała coś powiedzieć. – Nawet nic nie mów. Nie wezmę od ciebie żadnych pieniędzy. I tak myślałam, żeby poszukać jakiejś pracy. Może nadszedł czas, bym znalazła sobie inne źródło utrzymania niż te pola. Shelley też mi to doradziła, gdy żegnała się ze mną kilka tygodni temu.

Tamta rozmowa nieustannie ją prześladowała, mimo to Kate nie dopuszczała do siebie takiej ewentualności. Nic nie mogło jej wyciągnąć z południowo-wschodniego Maine. Tu był i zawsze będzie jej dom. Gdyby osiemnaście miesięcy temu, tuż po przeszczepie szpiku, miała więcej rozwagi i potrafiła przewidywać, może podjęłaby inną decyzję w kwestii tych pszczół. Teraz nie było co nad tym płakać. Musiała wymyślić, jak przeżyć do przyszłego roku.

Na czole Claire zarysowała się zmarszczka.

– Ale ty kochasz te jagody. To twoje życie. Razem coś wymyślimy.

– Starałam się tylko robić to najlepiej, jak umiałam. Choć to nie moja wymarzona kariera i nie jedyne, co potrafię. Jest wiele innych możliwości zarabiania, i to takich, które mogłyby mi bardziej odpowiadać. Muszę to tylko przemyśleć.

Claire ściągnęła usta i odwróciła wzrok. Kate wiedziała, o czym jej siostra myśli. W tym smutnym zakątku nie było zbyt wiele pracy poza poławianiem ryb, homarów i kelnerstwem – a do tego Kate nie miała kwalifikacji. Raz nawet zatrudniła się jako kelnerka, ale wywalili ją po pierwszym dniu, bo trzykrotnie upuściła tacę i była opryskliwa dla bezczelnych klientów.

Bóg jednak za każdym razem znajdował dla niej jakieś wyjście z trudnych sytuacji. Na pewno teraz też jej nie zawiedzie. Myśl o tym, że miałaby zostawić te pola jagodowe, brzmiała jak zapowiedź czegoś nowego, a tego bardzo potrzebowała. Znalezienie sobie nowego zawodu nie musiało przecież wcale oznaczać rozłąki z siostrą.

Claire zatknęła z powrotem pasemko jasnych włosów, które wyszło jej z upięcia.

– Może zgodziłabyś się, żebym zapłaciła ci za zaplanowanie mojego wesela? Ja już sobie przez to wyrywam włosy z głowy.

– Masz na tyle dobry gust, by sama sobie z tym poradzić. Tym bardziej, że – jak doskonale wiesz – wszystko i tak jest już przygotowane. Nie chcę twoich pieniędzy. – Kate odwróciła się i wbiła wzrok w pola.

Kobiety były rozdzielone przez większość swojego życia. Claire wychowała się w Bostonie otoczona wszystkim, co najlepsze, gdy tymczasem Kate wiodła życie tutaj, wśród pól jagodowych. Nigdy nie brała pod uwagę opuszczenia tego skalistego wybrzeża, ale może właśnie nadszedł ten czas.

Coś ścisnęło ją w gardle na samą myśl o zmianach. Zrobiłaby, co w jej mocy, żeby tylko zostać blisko Claire. Nawet jeśli oznaczałoby to podawanie do stołu. Jej siostra była najważniejsza.

Kate patrzyła na pusty budynek po drugiej stronie drogi. Miał w sobie potencjał – z tym stromym, dwuspadowym dachem i lukarnami.

– A może wyremontowałabym ten domek i wynajęłabym go? Myślisz, że to dobry pomysł? – Ta koncepcja napełniła ją nowymi siłami. Kochała wykańczanie i metamorfozy mieszkań.

Claire zrobiła wielkie oczy.

– To świetny pomysł! Nie jest zastawiony hipoteką, więc miałabyś przynajmniej trochę pieniędzy na bieżące życie. Mogłabym ci dać kasę na ten remont.

– Ale tylko jako pożyczkę. Spłacę cię po zbiorach w przyszłym roku. No i nie potrzebuję wiele. Jakieś dwa tysiące. Mogę dużo zrobić samodzielnie. – Myślami wybiegła już do tego wszystkiego, czym trzeba będzie się zająć: odmalowanie ścian, wymiana uchwytów w szafkach, świeże pościele i kilka używanych mebli w przyzwoitym stanie. – Kiedy zbliżają się festiwale i uroczystości związane ze zbiorem jagód, zawsze brakuje miejsc na wynajem dla turystów.

– Ja i Luke chętnie ci pomożemy. – Claire osłoniła dłonią oczy od słońca i wpatrywała się w drogę, którą właśnie w czarnym pick-upie nadjeżdżał jej narzeczony. – W samą porę! – Pomachała do niego. Luke Rocco wysiadł ze swojego olbrzymiego dodge’a z napędem na cztery koła. – Do zobaczenia. Jutro lunch w hotelu?

– Pewnie! – Kate przytuliła ją i pomachała do Luke’a.

Ciemnowłosy, przystojny mężczyzna po trzydziestce otoczył Claire ramieniem i ucałował czule, a potem podprowadził na miejsce pasażera w swoim aucie. Kate poczuła smutek. Ona pewnie nigdy nie będzie miała kogoś, kto patrzyłby na nią tak, jak Luke na Claire. Nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, a jaki mężczyzna chciałby żony tak bezpłodnej jak te pola?

Skrzyżowała ręce na piersi i uniosła brodę. To wcale nie oznaczało, że nie mogła w pełni korzystać z życia. Była zdrowa, a przecież jeszcze dwa lata temu myślała, że koniec jest już blisko. Odnalazła swoją siostrę bliźniaczkę, którą pamiętała jedynie jak przez mgłę jako „sekretną” przyjaciółkę z dzieciństwa. Kate nie mogła narzekać.

Słońce schowało się za horyzontem i szybko zaczęło robić się ciemno. Światła domu przyzywały zapraszająco, a liście szeleściły pod jej stopami, kiedy sprężystym krokiem skierowała się w tamtą stronę. Kubek kawy i kostka gorzkiej czekolady powinny poprawić jej humor. Włączy sobie płytę i przygotowując kolację, będzie na całe gardło śpiewać swoje ulubione piosenki Adele. Po kolacji puści jakiś stary film i poprzytula się do Jacksona, jej nowego trzymiesięcznego futrzaka.

Gwizdnęła na golden retrievera i uśmiechnęła się, gdy psiak mknął do niej jak strzała. Przyklęknęła, żeby pogłaskać go po kędzierzawej sierści.

– Dobry piesek. Tęskniłeś za mną? Pewnie jesteś głodny.

Szczeknął w odpowiedzi, a następnie pobiegł w kierunku tylnych drzwi. Ruszyła za nim, ale zatrzymała się z przodu ogródka, by podnieść pustą butelkę po coca-coli, którą ktoś tu rzucił. Pewnie jacyś turyści. Przeszła na bok domu i zmrużyła powieki, próbując w półmroku dostrzec kosz na śmieci. Wydawało jej się, że zostawiła na werandzie zapalone światło, dlaczego więc było zupełnie ciemno?

Wrzuciła butelkę do kosza, a potem zauważyła motykę, która stała oparta o ścianę domu. Wzięła ją, by odnieść do szopy ogrodowej. Zawsze miała coś do roboty.

Od strony pustej drogi dobiegł ją zduszony krzyk. Kate odwróciła się, żeby zobaczyć, co to było, ale nie dostrzegła nic poza sową, która trzepocząc skrzydłami, wznosiła się w niebo. Może to jakiś nieszczęsny królik złapany przez ptaka. Czemu była dzisiaj taka nerwowa?

Zastanawiając się nad swoim nastrojem, uświadomiła sobie, że tak naprawdę ciągnęło się to już od wielu tygodni. Zauważała jakieś drobne rzeczy, jak na przykład otwarte drzwi, podczas gdy była pewna, że je wcześniej zamykała, i dźwięki dobiegające zza okna. Mózg po chemii robił swoje. Kręcąc głową, zwróciła się z powrotem w kierunku tylnego wejścia.

Nagle ktoś wyskoczył zza rogu domu i próbował przebiec obok niej. Kate zadziałała pod wpływem impulsu, unosząc motykę jak kij baseballowy. Zamachnęła się ostrą końcówką w stronę głowy. Nieznajomy zrobił unik, ale motyka drasnęła go w lewe ramię. Jackson postawił uszy i zaszczekał.

Mężczyzna zawył, ale zdołał wstać, zanim kobieta ponownie się na niego zamierzyła. Ostrze dosięgło jeszcze jego pleców, a później zniknął w mroku.

Kate miała nogi jak z waty. Pobiegła do tylnego wejścia. Wskoczyła do środka, zamknęła drzwi i oparła się o nie. Trzęsły jej się ręce. Włamywacz nie był tylko wytworem jej wyobraźni. Wyciągnęła telefon i wybrała numer alarmowy.

Claire stała z Lukiem w kuchni Kate. Zegar w salonie zabił jedenaście razy i zaraz potem czajnik zagwizdał. Pomimo późnej pory Claire była zupełnie rozbudzona, a wszystko to z niepokoju. Zdjęła czajnik z palnika i powiedziała cicho:

– Nie chciałabym, żeby została teraz sama. Kto wie, po co ten gość się tu kręcił...

Popatrzyła na narzeczonego.

Luke był najcudowniejszym facetem, jakiego w życiu spotkała. Lojalny, troskliwy i silny. Wciąż nie mogła uwierzyć, że ma takie szczęście i już wkrótce zostanie jego żoną. Na dodatek jej marzenie, by mieszkać blisko siostry, właśnie się spełniało. Dokładnie tego od zawsze pragnęła, choć wcześniej nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.

Gęste ciemne włosy Luke’a były jeszcze wilgotne i nieuczesane, bo wyszedł prosto spod prysznica, gdy do niego zadzwoniła. Skrzyżował z nią spojrzenie swoich pełnych ciepła brązowych oczu.

– Jesteśmy tu, by jej pomóc, kochanie. Myślisz, że udałoby ci się ją namówić, żeby wprowadziła się do ciebie?

– Ona jest taka niezależna – westchnęła głośno i zalała wrzątkiem herbatę w dzbanku. – Podejrzewam, że musiałaby zupełnie nie mieć wyjścia. Mogę liczyć, że mnie wesprzesz, kiedy jej to zaproponuję?

Położył dłoń na jej ramieniu i musnął jej wargi w delikatnym pocałunku.

– Zawsze cię wspieram.

Jego dotyk za każdym razem przyprawiał ją o szybsze bicie serca. Ujęła dłonią jego policzek i odparła:

– Wiem. Chodźmy im przerwać. Jestem pewna, że opowiedziała już Danny’emu wszystko na temat tego, co się wydarzyło. Pewnie przydałoby jej się trochę wytchnienia. Weźmiesz to? – Wskazała na stojący obok zlewu talerz pełen brownie, które znalazła w pojemniku na blacie. Wyglądały na świeżo upieczone.

Danny i drugi policjant podnieśli głowy, gdy weszła do pokoju razem z Lukiem. Jonas Kissner znał się dobrze z Kate jeszcze z czasów szkolnych i na pewno był dla niej wyrozumiały, podobnie jak szeryf, który traktował ją jak córkę. Obaj byli już najwyraźniej po służbie, gdyż mieli na sobie dżinsy i T-shirty. Pewnie wezwanie zastało ich we własnych domach, gdzie odpoczywali po całym dniu pracy.

Claire postawiła tacę na małym stoliku i powiedziała:

– Pomyślałam, że mała przerwa nie zaszkodzi. Kate przeszła wiele w ciągu tych ostatnich tygodni. A chyba i tak skończyliście już przesłuchanie, prawda?

– Tak. – Jonas podniósł dzbanek i nalał sobie herbaty, a potem usiadł z kubkiem w dłoni. Jego błyszczące rude włosy mieniły się w świetle lampy. – Jest już po jedenastej. Sprawdziliśmy cały dom i wygląda na to, że nic nie było ruszane. Może to po prostu jakiś turysta, który się zgubił i szedł na skróty przez twoje podwórko do swojego samochodu, a ty, Kate, śmiertelnie go wystraszyłaś.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz – stwierdziła Claire, ale wcale się nie ucieszyła, widząc, że jej siostra się uspokoiła. Jeśli Kate będzie sądziła, że nie ma zagrożenia, nie ruszy się z tego domu, a Claire wcale nie była pewna, czy wersja policji jest słuszna.

Podała Jonasowi talerz z brownie i mężczyzna poczęstował się dwoma kawałkami.

– O, znalazłaś brownie! – ucieszyła się Kate. – To taka zdrowsza wersja, z okry, jajek i czekolady bez cukru.

Policjanci wymienili zdegustowane spojrzenia, po czym Jonas ostrożnie skosztował ciasta. Zaraz jego jasnozielone oczy zrobiły się duże i zauważył:

– Całkiem dobre jak na takie zdrowe.

Kate miała bzika na punkcie zdrowia, odkąd udało jej się pokonać niedokrwistość aplastyczną, która nieomal pozbawiła ją życia. I choć wiele osób wywracało oczami i śmiało się z niej, Claire była zdania, że jej siostra powinna robić to, co tylko ją uspokaja i dodaje pewności siebie. To musiało być straszne – żyć w niepewności, czy nie dojdzie do nawrotu tej okropnej choroby.

Claire podała Kate kubek rumianku.

– Wydaje mi się, że powinnaś się przeprowadzić do mnie na jakiś czas.

Kobieta zmrużyła niebieskie oczy w uśmiechu i wzięła od niej kubek.

– Niedługo wychodzisz za mąż i zaraz musiałabym się z powrotem wyprowadzać. Nie zamierzam mieszkać z nowożeńcami. A poza tym słyszałaś, co mówił Jonas. To pewnie tylko zabłąkany turysta. Kiedy na spokojnie się nad tym zastanowiłam, uświadomiłam sobie, że on mnie wcale nie atakował, próbował jedynie obok mnie przebiec. – Popatrzyła na Danny’ego. – Przepraszam, że zawracałam wam głowę. Jestem nieco nerwowa po tym, jak znalazłyśmy tę dwójkę na klifie, i zareagowałam trochę przesadnie.

– Lepiej dmuchać na zimne. – Podkręcone do góry rude wąsy szeryfa Coltona podskoczyły, gdy skubnął z brzegu ciasto. Uśmiechnął się i wziął spory kęs. – Uważam jednak, że możesz zostać w domu, Kate – choć oczywiście zachowaj ostrożność. Wydaje mi się, że ten facet nie chciał się tu włamywać. Nie ma żadnych śladów błota obok drzwi, a jedyne odciski butów, jakie znaleźliśmy, były w lesie. Jeśli jakiś turysta przyjdzie zgłosić, że zwariowana baba zaatakowała go motyką, powiem mu, że wtargnął na teren prywatny i każda kobieta próbowałaby się bronić.

Claire ściągnęła usta i spotkała się z pełnym współczucia spojrzeniem Luke’a. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się szeroko. Lubił Kate, ale jaki facet chciałby, żeby szwagierka mieszkała z nimi tuż po ich ślubie? Nawet Luke nie był na tyle otwarty – on, symbol idealnego mężczyzny w oczach Claire. Mimo wszystko żadne wyjaśnienia nie mogły ulżyć jej niepokojowi. Przy tej drodze nie mieszkał nikt inny, bo domek po drugiej stronie stał pusty. Jakiś świr mógłby się tu włamać i nikt nawet nie usłyszałby krzyków Kate.

Claire wzdrygnęła się i łyknęła herbaty.

– Kate rozważa, by wynająć komuś dom, który znajduje się po drugiej stronie ulicy.

– A on nadaje się pod wynajem? – wymamrotał Danny z ustami pełnymi brownie.

– To dobry, solidny dom – odparła Kate. – Wymaga tylko trochę dopieszczenia. Wydaje mi się, że mogłabym wynająć go jakimś turystom za niezłe pieniądze.

– Przynajmniej nie byłabyś tu całkiem sama – skwitował Luke. – Jeśli coś by cię wystraszyło, mogłabyś pobiec do sąsiadów. Albo zadzwonić. To pewnie uspokoiłoby trochę twoją siostrę. Mnie także.

– Dobry pomysł. – Jonas wstał i chwycił swoją czapkę. – Ja już się zbieram, żebyście mogli trochę odpocząć. Przykro mi, że coś takiego cię spotkało, Kate.

Wstała i odprowadziła go do wyjścia, a Claire z Lukiem i szeryfem poszli za nimi. Kate otworzyła drzwi.

– Dziękuję, że przyjechaliście tak szybko. Obiecuję, że nie będę już więcej podnosić fałszywego alarmu. Następnym razem najpierw to przemyślę.

– Nie podniosłaś fałszywego alarmu. Chcemy wiedzieć, jak dzieje się coś złego. – Jonas uśmiechnął się do niej. – Poza tym każda okazja, żeby spotkać się ze starym przyjacielem, jest dobra.

– Zadzwoń, jeżeli będziesz nas potrzebować. – Danny założył czapkę z daszkiem z logo Boston Celtics i wyszedł za Jonasem.

Kate przeszła na werandę z Claire i Lukiem.

– Tak mi teraz głupio. Przepraszam, że trzymałam was tak długo.

Claire przytuliła ją, aż poczuła, że ramiona siostry się odprężają.

– Nawet nie waż się przepraszać. Masz prawo dzwonić do mnie w każdej sprawie. Idź się prześpij, bo widzę, że i tak nie namówię cię, żebyś pojechała do mnie.

Idąc do samochodu, czuła jednak w głębi niepokój, że po czymś takim musi zostawić siostrę samą w środku nocy. Odwróciła się jeszcze, trzymając rękę na aucie Luke’a, i dodała:

– Jutro przysyłam do ciebie speca od alarmów. Jak masz zamiar tu mieszkać, musisz mieć system alarmowy. I nawet nie próbuj dyskutować.

Stojąc w świetle wylewającym się z domu przez otwarte drzwi, Kate wyglądała na taką drobną i kruchą.

– Nie będę. Do jutra.

Claire wsiadła do pick-upa i Luke zamknął za nią drzwi, a potem wsiadł za kierownicę.

– Da sobie radę, kochanie. Poprosiłem Danny’ego, żeby wysyłał tu patrol od czasu do czasu, i obiecał, że tak zrobi.

Wyciągnęła rękę i poklepała go po dłoni.

– Dobry z ciebie facet, Luke’u Rocco. Cieszę się, że cię mam.

CZTERY

Drake zatrzymał się w Ogunquit, by kupić dziewczynkom lody. Wszystkim potrzebny był już postój. Czuł, że musi choć na chwilę wysiąść z auta, aby odpocząć od ich ciągłych kłótni. Nie dało się ich uspokoić, a nie chciał wyjść na złego wujka właśnie teraz, kiedy najbardziej potrzebowały miłości i wyrozumiałości. Od pewnego czasu zerkał w tylne lusterko i nie widział, żeby ktoś ich śledził.

Usiedli przy stoliku z widokiem na morze. Wiatr wzbijał białe grzywy fal, a dziewczynki pisnęły z zachwytu, gdy kaczki przydreptały bliżej, licząc na okruchy chleba. Uśmiechał się, patrząc, jak rzucają im kawałki rożków waflowych. Miał wrażenie, jakby to był zwykły wakacyjny dzień – taki przebłysk normalności w całym tym wariactwie. Wyrzucił do kosza serwetkę i pusty kubek, a potem zadzwonił do Roda Sissona, partnera Heatha z kancelarii adwokackiej.

Rod odebrał już po pierwszym sygnale.

– Drake, akurat miałem do ciebie dzwonić. Słuchaj, znalazłem świetnego prywatnego detektywa, który mógłby dojść do tego, co się wydarzyło. Wyślę ci numer.

– Super, naprawdę super. A ja właśnie jadę na Folly Shoals.

Nastąpiła chwila ciszy, a potem Rod głośno zawołał:

– To jedna z lepszych wiadomości, od kiedy rozmawiałem z szeryfem! Ktoś musi się tym zająć! Mnie nie udało się nic osiągnąć z policją. Wciąż uparcie trzymają się tej bzdurnej teorii, że to morderstwo połączone z samobójstwem.

Rod był mocnym oparciem dla Drake’a w całej tej sprawie. Wszyscy inni naciskali na niego, by odpuścił i zostawił to odpowiednim organom w Maine, ale Rod robił, co tylko mógł, żeby dotrzeć do prawdy.

Telefon Drake’a zadźwięczał, gdy nadeszła wiadomość.