Wydawca: Axis Mundi Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 586 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zmartwychwstanie Laytona Crossa - Lawrence Grobel

Co robisz gdy...
...wali się w gruzy twoja wielka kariera?
...jedna eks rządzi w Hollywood, a druga eks ociera się o morderstwo?
...agent sabotuje twoją pracę, a producent podrzuca narkotyki?
...postrzeliłeś swojego biografa, a do ciebie celuje snajper?

Jeśli nazywasz się Layton Cross, grasz dalej... ponieważ od tego zależy twoje życie.

Kim jest Layton Cross? W realiach filmowego świata Hollywood Autor osadza fikcyjną postać przebrzmiałego gwiazdora, który odcinając kupony od dawnej sławy traci stopniowo kontrolę nad swoim życiem...

Znamy wielkie gwiazdy z tej strony, którą chcą nam zaprezentować, tymczasem Grobel pokazuje nam ciemną stronę ich mocy, którą poznał dobrze przez lata pracy jako najsłynniejszy autor wywiadów z gwiazdami.

Opinie o ebooku Zmartwychwstanie Laytona Crossa - Lawrence Grobel

Fragment ebooka Zmartwychwstanie Laytona Crossa - Lawrence Grobel

Okładka

Karta tytułowa

Lawrence Grobel

ZMARTWYCHWSTANIE LAYTONA CROSSA

Przekład – Jarosław Rybski

Wydawnictwo Axis Mundi

1 CZŁOWIEK POCISK

Wokół siedmiometrowej armaty, która stała na torach na lawecie pod kątem trzydziestu ośmiu stopni, zaczęły zbierać się grupki młodych ludzi. Cylinder armaty wykonany był z grubego na siedem centymetrów aluminium i miał niecały metr u wylotu. Wewnątrz znajdował się dwuipółmetrowy tłok o czterdziestocentymetrowej średnicy – wystarczająco szeroki, by upchnąć w nim dorosłą świnię, czterdziestokilogramową kulę ołowianą, sto trzydzieści lasek dynamitu lub mierzącą dwa metry gwiazdę filmową.

Do szumu wynajętego diabelskiego młyna i zgiełku świętujących Mardi Gras dołączyła mechaniczna muzyka z wesołego miasteczka. Wszystko to miało przyciągnąć kierowców z Sunset Boulevard na doroczną kwestę UCLA. Ekipa telewizyjna ze stacji KTLA zamierzała nakręcić dwuminutowy materiał z armatą na pierwszym planie. Około godziny trzynastej na trawiastym torowisku zgromadziło się dwa tysiące ludzi, z pytaniem w oczach: czy Layton Cross naprawdę się pojawi? Dwie korporacje uniwersyteckie dawały pięćdziesiąt procent szans, że dotrze, ale jednocześnie stawiały dwa do jednego, że nie wejdzie do armaty i trzy do jednego, że jeśli wejdzie, nie pozwoli się z niej wystrzelić.

Cross bardzo potrzebował zainteresowania mediów, ale żeby dać się wystrzelić z cyrkowej armaty, to już lekka przesada. Armata funkcjonowała na zasadzie procy i była odpalana w taki sam sposób, w jaki wystrzeliwuje się rakietę Polaris z łodzi podwodnej. Tłok przyśpieszał stopniowo od osiemdziesięciu do dwustu czterdziestu kilometrów na godzinę u wylotu lufy. Zastosowanie tego skokowego napędu było możliwe dzięki wykorzystaniu sprężonego powietrza o ciśnieniu szesnastu kilogramów na centymetr kwadratowy. Ciało wyrzucane było na ponad czterdzieści metrów. Sceptycy uważali, że kiedy Layton zrozumie, iż czeka go uderzenie kafarem w łeb, wybierze publiczne upokorzenie i wycofa się na oczach tłumu oraz widzów przed telewizorami, by nie narażać się na niepotrzebne obrażenia.

Z drugiej jednak strony, mówiła widzom reporterka telewizyjna Mary White, Layton Cross od pięciu lat co roku robił coś, by pomóc zebrać pieniądze na cele UCLA, za każdym razem zbliżając się coraz bardziej niebezpiecznie do krawędzi. Trzy lata temu złamał nogę przeskakując na motocyklu przez rząd ustawionych koło siebie autobusów. Kolejnego roku oparzył sobie stopy przechodząc po kamieniach rozgrzanych do temperatury osiemdziesięciu stopni. W zeszłym roku sześciotonowa ciężarówka przejeżdżając po jego brzuchu złamała mu dwa żebra. Wystrzał z armaty był pomysłem samego Crossa, który starał się ściągnąć dużą publiczność. Ludzie płacili po dziesięć dolarów, żeby wziąć udział w tym wydarzeniu, a to zapewniało środki organizacji na rzecz wykorzystywanych i porzuconych dzieci – wszystko to dzięki jego odwadze i szaleństwu.

Najpierw skontaktował się z dwoma wędrownymi cyrkami. Chciał dowiedzieć się, czy mają wystarczająco szerokie armaty, zdolne go wypluć. Członek znanej cyrkowej rodziny Zacchinich zapewnił go, że w wyznaczonym dniu na ciężarówce znajdzie się odpowiednia armata. Kiedy zapytał o bezpieczeństwo takiego wystrzału, powiedziano mu, że nie ma co martwić się na zapas. W całej historii ludzkich kul armatnich trzydziestu dwóch delikwentów zmarło, bo nie wiedzieli, co robią, ale nigdy nie był to żaden Zacchini. Kiedy Cross przypomniał reprezentantowi cyrkowej rodziny, że on jednak nie jest Zacchinim, ten odparł, że to nie ma znaczenia, bo wystrzelą go z ich armaty. „Nic się panu nie stanie, pokażemy, jak to się robi, a kiedy będzie już pan w środku, tuż przed wystrzeleniem zrobi pan to, co robił każdy Zacchini, i wszystko się uda”.

– A co wy wszyscy robicie? – zapytał Layton.

– Oczywiście modlimy się.

Kiedy przybył na miejsce, miał na sobie oliwkowy kombinezon spadochronowy, a pod pachą trzymał hełm futbolowy drużyny UCLA z ochraniaczem na twarz. Uśmiechnął się i skinął tym, którzy przybyli, by być świadkami tej chwili, i pomyślał ciepło o tych wszystkich, którzy będą go wieczorem oglądać w lokalnych wiadomościach. Myślał sobie, że jak mu się coś stanie, to może nawet pokażą go w wiadomościach ogólnokrajowych. Jeśli skręci kark, to z pewnością odejdzie w bardzo dobrym stylu.

Szedł wolnym krokiem, zatrzymując się od czasu do czasu, by dać autograf i dobrodusznie odpowiedzieć na jakąś kretyńską uwagę. Jakaś atrakcyjna studentka stanęła na palcach, by pocałować go w policzek. Jej koleżanka zachichotała i odwróciła wzrok, kiedy Cross uniósł wyczekująco brew w jej stronę. Ekipa z KTLA zaczęła kręcić, a Mary White podsunęła mu mikrofon pod nos. Spytała, dlaczego to robi. Czy nie byłoby prościej użyczyć swego nazwiska jakiejś firmie produkującej sos do sałatek czy producentowi popcornu, jak Paul Newman?

– Niekoniecznie – odparł poważnie Cross. – Tamto wymaga podpisania długoterminowej umowy i znajomości ekonomii, a to jest jeden strzał.

– Ale poważnie – powiedziała White.

– Cóż, może rzeczywiście zażartowałem sobie – odparł Layton z uśmiechem szerokim jak biodra grubej pani, która stała z boku i przysłuchiwała się ich rozmowie.

Kiedy ją spostrzegł, pokaźna jejmość niemal zemdlała zapewniając, że jest jego najzagorzalszą fanką.

– Jestem o tym święcie przekonany – powiedział Layton i wskazał ją brodą mrugając do White – ona nie żartuje.

Tłum się rozstąpił, Layton zbliżył się do armaty i poprosił o słówko z tym, kto tu rządzi. Wystąpił mężczyzna z przerzedzonymi włosami i z wąsem zakrywającym usta. Oświadczył, że jest „cynglem”, który odpali armatę. Podprowadził aktora do machiny i pokazał mu, jak działa, wyjaśniając, że kiedy znajdzie się w wewnętrznym tłoku, ten wsunie się głęboko do lufy. Za tłokiem znajdowała się mała komora, do której kompresor będzie wtłaczał powietrze. Kiedy Layton będzie gotów, cyngiel naciśnie przycisk zdalnie sterowanego zapalnika, odpalając niewielką bombkę, która eksplodując z tyłu armaty zadymi, huknie, po czym tłok zostanie wypchnięty i wystrzeli go w powietrze. Bomba, jak powiedział Laytonowi, to tylko pic, nie ma nic wspólnego z samym lotem, który zakończy się na siatce, rozciągniętej między dwoma palikami, długiej na sześć, szerokiej na piętnaście metrów.

Wówczas Layton nachylił się i zaczął szeptać tak, by nikt poza cynglem go nie usłyszał. Zapytał mężczyznę wprost, co może pójść nie tak. Ten zapewnił go, że podjęto wszelkie środki ostrożności i najgorsze, co się może wydarzyć, to zaklinowanie tłoka, a wtedy utknie w środku i będą go musieli wyciągać.

– A jak nie trafię w siatkę? – zapytał Layton.

– Prawda, to się zdarza – przyznał mężczyzna – ale niezmiernie rzadko.

Bardziej prawdopodobne jest, że nie zrobi przewrotu, by wylądować na plecach.

– Jak nie wylądujesz pan jak trzeba, to może być auć.

– Jakie auć? – wyszeptał Layton.

– Niech pan nawet o tym nie myśli – odparł cyngiel – to w końcu tylko kości i ścięgna. Wyliże się pan.

Później powiedział mu, że w chwili opuszczenia lufy prędkość i ciśnienie mogą spowodować kilkusekundową utratę świadomości, ale będzie miał mnóstwo czasu na ocknięcie się, zanim walnie w siatkę.

– Pamiętaj pan – powiedział mężczyzna – lęk przed porażką jest po stokroć silniejszy niż lęk przed śmiercią.

Layton w pełni zgadzał się z tym stwierdzeniem.

Pewny siebie facet z wąsami morsa wiedział, co robi, a mniej pewny siebie Layton pomachał do tłumu, dopasował azbestowy ochraniacz, który cyngiel założył mu na twarz, włożył kask i wlazł do armaty.

– Jest pan całkowicie pewien tego, co pan robi? – zapytał ktoś, kto postawił na to, że Layton da za wygraną.

– Gdybym wiedział, co robię – odparł Cross – to kręciłbym teraz film, zamiast robić z siebie głupka.

– No to życzę szczęścia.

Szczęście, zauważył Layton, nie ma tu nic do rzeczy. Pomyślał o trójce swoich dzieci i dwóch byłych żonach, po czym wyobraził sobie, co powie Amy, jeśli nie zawiezie jej na trzecią na lotnisko. Nie będą to miłe słowa, nawet gdyby skręcił sobie kark.

2 SĄ TAKIE DNI

Jezu! – zdołała tylko wykrztusić Amy Cross na widok byłego męża, który wszedł do jej domu kulejąc. Zanim wybrała, czy się na niego wydrzeć, czy też go pielęgnować, z zadumy wyrwał ją Andy, wbiegając do salonu w poszukiwaniu tego, co mu Layton przyniósł. On również stanął jak wryty. Później sobie przypomniał.

– Czy to przez armatę? Wystrzelili cię z armaty?

– Aha – przypomniała sobie Amy – Mardi Gras.

– Co sobie złamałeś tym razem, tato?

Layton nie był pewien. Czuł wyraźnie cały prawy bok: nadgarstek bolał przy obrocie, odczuwał rwanie w biodrze, noga była posiniaczona, a otarcie na ramieniu paliło żywym ogniem. Nie przypomniał sobie, by zanim cyngiel puścił go w ruch, ktokolwiek mówił mu o przewrocie przed wpadnięciem w siatkę. Było za późno, by zrobić coś konkretniejszego niż lekki skręt, po którym prawy bok ciała walnął z impetem w krawędź siatki. A kiedy ocknął się po chwilowym omdleniu i wystarczająco dużo scen z życia przesunęło mu się przed oczami, zaczął żałować, że w ogóle pomyślał o tym numerze. Na pewno nie wyglądało to dobrze, ale przynajmniej udało mu się zejść z pola o własnych siłach, machając do tłumu lewą ręką. Czy podczas tej czynności uśmiechał się czy nie, zobaczy w wieczornych wiadomościach.

– Będziesz mógł w tym stanie poradzić sobie z dziećmi? – zapytała Amy.

Layton spojrzał na jej dwie zapakowane torby od Larka stojące przy drzwiach i przytaknął, starając się nie skrzywić.

– Bo ja jeszcze mogę zmienić rezerwację. Nie jest mi to na rękę, ale gdybyś potrzebował pomocy…

– Nie ma takiej potrzeby – odparł Layton. – Dzieci się mną zajmą. Gdzie jest Leanne?

– Bawi się z u sąsiadów. Zawołam ją.

– Nie, nie trzeba.

– I tak musi wrócić, skoro masz mnie zawieźć na lotnisko. Chcesz, żebym zadzwoniła po taksówkę?

– Poprowadzę. Udało mi się przecież tu przyjechać. Dobrze cię widzieć, Amy.

– Jestem zaskoczona, że w ogóle coś widzisz tym okiem. Spuchło jak diabli.

– Jakbyś dostał w limo – dodał Andy, a Layton próbował uśmiechnąć się do swego syna. – Jak to jest, gdy cię wystrzeliwują?

Andy chciał wraz z mamą obserwować lot taty, ale Amy nie uważała za dobry pomysł, by siedmiolatek stał się świadkiem wydarzenia, które mogło zakończyć się zejściem ojca. Poza tym musiała się spakować i uporządkować wszystko przed odlotem do Michigan na spotkanie ze swoją matką.

Layton wyciągnął lewe ramię i palcem przywołał Andy’ego bliżej. Położył synowi rękę na głowie i powiedział: „To był dopiero huk”.

Layton Cross był gwiazdą filmową, której blask zaczynał już blaknąć. W wieku dwudziestu sześciu lat jego twarz pojawiła się na okładce „Newsweeka”. Był to nie lada wyczyn, gdyż tego samego roku De Niro, Duvall i Peter O’Toole zdobyli uznanie za Wściekłego byka, Wielkiego Santiniego i Kaskadera. Jego cztery pierwsze filmy zarobiły w sumie dwieście milionów dolarów, co plasowało go na szczycie listy kasowych aktorów, a nie były to filmy akcji dla nastolatków. Z czterema kolejnymi już nie było tak dobrze, ale wciąż zarabiały nieźle – średnio po trzydzieści milionów każdy. Cross był postrzegany przez aktorów nowej ery jako pozostałość poprzedniej epoki. Często porównywano go z Humphreyem Bogartem, chociaż w ogóle go nie przypominał. Był o dobre trzydzieści centymetrów wyższy niż „Bogie”, miał mocną, kanciastą szczękę, którą bezsensownie skrywał pod zarostem, grube, ciemne, kręcone włosy i jasnoszare oczy. Orli niegdyś nos był teraz nieco skrzywiony, bo w miejscu, w którym jego pierwsza żona, Samantha Sanders, uderzyła go mosiężną szuflą przeciwpożarową, pękła w nim kość. Koronki założyli mu bardzo starannie, ale pozostał mu po tym wydarzeniu nieco krzywy, nigdy nieskorygowany zgryz. Zjednał sobie tym powszechną sympatię krytyków.

Grał u boku najsłynniejszych aktorów, pod okiem najlepszych reżyserów i nakręcił trzy filmy zagraniczne – jeden we Włoszech, drugi we Francji, a trzeci w Australii. „Newsweek” nazywał go współczesnym Syzyfem, egzystencjalnym Everymanem, który dźwigał na ramionach brzemię swego pokolenia. To porównanie nic Laytonowi nie mówiło, kupił więc sobie mitologię grecką. Niewiele zrozumiał.

Podobnie jak wielu aktorów stał się ofiarą własnej ignorancji i upodabniał do swojego wizerunku w prasie. Etykietkę „egzystencjalisty” kojarzono z latami sześćdziesiątymi i Wietnamem. W dekadzie zachłanności, jaką miały się stać lata osiemdziesiąte, nie był to powszechnie stosowany przydomek. Layton utracił poczucie humoru, przestał brać LSD i trochę ześwirował. Te wszystkie przygody kosztowały go utratę małżeństw, dobrze zapowiadającej się kariery, tożsamości, a nawet członkostwa w klubie tenisowym. Teraz, kiedy u władzy znajdowali się demokraci, wciąż starał się ponownie stanąć na nogach.

– Mam propozycję nakręcenia filmu w Hiszpanii – powiedział Layton do Amy, która wrzucała kosmetyki i przybory toaletowe do bagażu podręcznego.

– Poczekaj z tym wyjazdem, aż wrócę – ostrzegła go, wpatrując się w jego odbicie w łazienkowym lustrze. – Jak zostawisz dzieci same…

– To niezwykle ciekawy scenariusz – kontynuował Layton. Jego posiniaczone ciało wciąż tętniło tępym bólem, ale nie mógł się powstrzymać. – O facecie, który morduje swoją byłą żonę, ponieważ ta wciąż stara się zmienić go na swój obraz i podobieństwo.

– Ja już dawno dałam za wygraną – odparła Amy. – Jak można zmienić kogoś, kto nawet nie wie, kim chciałby być, kiedy dorośnie?

– Słuchaj – powiedział Layton. – Przecież wiesz, że nigdy nie chciałem dorosnąć.

Starał się uśmiechnąć, ale zbladł na twarzy, bo nagle poczuł się tak, jakby jego ciało za chwilę miało się rozpaść.

Kiedy doszedł do siebie, leżał na plecach w łóżku Amy. Było ciemno i słyszał tylko odgłosy dobiegające z telewizora w salonie. Kiedy Amy weszła do sypialni, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje, przybrał minę zbitego psiaka.

– Myślałem, że miałaś być w Michigan – powiedział.

– Mam drugi lot jutro po południu. Będzie to kosztować dodatkowe sześć stów, ale wiem, że tyle jeszcze masz.

– Przepraszam, Amy.

– Miałeś swoje pięć minut w wiadomościach o piątej. Wyglądało bardzo ładnie, no może z wyjątkiem lądowania. Ale Andy jest z ciebie dumny, więc…

Layton zamknął oczy, starając się o wszystkim zapomnieć.

Amy była o jedenaście lat młodsza od Laytona, choć na to nie wyglądała. Lubiła pić, palić, ćpać i miała wory pod oczami, przypominające kształtem niewielkie sakwy pod ślepiami baseta. Pomimo tego wciąż była jako tako atrakcyjna.

Wprowadziła się z Laytonem na Hollywood Hills tuż po tym, jak zalegalizowali swój związek, w czasie kiedy kwitnące ceny rynku nieruchomości strzelały wysoko w górę, jak popcorn. Gdyby kupili dom trzy lata wcześniej albo cztery lata później, spłata hipoteki wyniosłaby ich nie więcej niż dwa tysiące dolarów miesięcznie, a tak miała ciężki orzech do zgryzienia w postaci dwa razy większej kwoty. Jednak w latach, w których tu mieszkała, zarówno z Laytonem jak i bez niego, czuła się stosunkowo bezpiecznie: tylko raz skradziono rowery dzieci, pocztę dwa razy i raz włamano się do domu podczas ich nieobecności. Nikogo nie obrabowano tu z bronią w ręku, żaden łachmaniarz nie wysprejował swojego inicjału na ścianie domu, żaden piroman nie puścił ich z dymem; dom nie ucierpiał też podczas trzęsienia ziemi o sile 6,8, które miało epicentrum w Northridge, czyli niecałe czterdzieści kilometrów dalej, i mówiąc uczciwie, był to swoisty rekord jak na Los Angeles.

Kiedy Layton odszedł od niej, nauczyła się sama zarabiać na siebie i dzieci. Pracowała jako wolny strzelec przy filmowej edycji dźwięku. Nie kończyła żadnych szkół, ale miała dwóch przyjaciół, którzy wykonywali ten zawód i zaproponowali, że ją tego nauczą. W końcu kupiła używaną movieolę i zaczęła zbierać ścinki taśm, często wyrzucane w studiach montażowych, w których terminowała. Te skrawki zostały później dokładnie poukładane, a ona zaczęła budować bibliotekę dźwięków filmowych, starannie opisanych na pudełkach z taśmą: dźwięki anatomiczne pod A, balangi pod B, ciężkie kroki pod C, dynamit i eksplozje pod D i E, zakład fryzjerski pod F i tak dalej. W ten sposób mogła w domu dopasowywać odpowiednie dźwięki do filmów. Tym samym była na miejscu, kiedy potrzebowały jej dzieci, i mogła pracować nad filmem, kiedy miała czas, co często oznaczało wczesny ranek i noc. Nie zarabiała tyle co aktorzy, ale udawało się jej utrzymywać ciągłość zleceń i nie była zależna od pieniędzy Laytona.

Obudziły go dźwięki psa szczekającego w kanionie, a może był to kojot polujący na królika czy innego gryzonia. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że Amy śpi obok. Przywykła już do odgłosów zwierząt. Minęło sporo czasu, może ze cztery lata, odkąd przestała z nim sypiać, i chociaż teraz ciało miał obolałe, do mózgu zaczynały dochodzić inne sygnały.

Cicho podniósł się na łóżku i spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta. Wstał, żeby zrobić siusiu. Następnie poszedł korytarzem do pokojów dzieci i postał chwilę nad każdym z nich, patrząc, jak śpi. Wszedł do łazienki Leanne i wyszorował zęby jej szczoteczką. Po powrocie do sypialni Amy rozebrał się do naga i ponownie położył do łóżka. Dotknął prawą stopą palców jej lewej stopy. Spała na plecach. Delikatnie wsunął jej dłoń pod koszulkę. Poczuł gładki brzuch i miękkie piersi. Sutki stwardniały jak orzeszki, więc palcami zaczął wodzić wokół nich. Kiedy jego ręka powędrowała niżej, Amy zaczęła się odwracać w jego stronę.

– Layton, co ty wyrabiasz? – zapytała jeszcze przez sen.

– Wspominam sobie.

– Myślałam, że wszystkie kości cię bolą.

– Jedna kość zawsze jest sprawna.

– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł – powiedziała Amy i zaczęła otwierać oczy.

– Jutro wyjeżdżasz – powiedział Layton.

– No i co z tego?

– To z tego, że to już było tak dawno, Amy.

– Może dla ciebie, Layt.

Zabrał rękę z jej krocza i zmarszczył brwi. To były bezwzględne słowa, lecz Amy nie była pewna, czy chce się z nim kochać. Był ojcem jej dzieci i kiedyś bardzo go kochała, ale wyrządził jej tak wielką krzywdę, że wolałaby o wszystkim zapomnieć. Od jakiegoś czasu jej były mąż należał już do przeszłości.

– Mam rozumieć, że to znaczy „nie”? – zapytał Layton.

– Mam okres – powiedziała, starając się go zniechęcić nie odtrącając.

– No i co z tego?

– Nie przeszkadza ci to? Zawsze ci przeszkadzało.

– Raczej obydwojgu nam przeszkadzało – odparł Layton.

Pewnie robię głupstwo – pomyślała Amy – ale był taki jakiś… pokorny, taki smutny. Mógł się zabić po wystrzeleniu z tej armaty.

– Przyniosę ręcznik – wyszeptała. – Właśnie zmieniłam pościel.

Layton kochał się jak aktor. Czasem był Donaldem Sutherlandem w Nie oglądaj się za siebie. Czasem, upalony, był jak Marlon Brando w Ostatnim tangu w Paryżu czy Nicholson w Listonosz zawsze dzwoni dwa razy. Umiał być delikatny i czuły, zimny i bezwzględny. Nie potrafił natomiast wcielić się w rolę Laytona Crossa. Nie pomagały lata kuracji. Każdy akt był osobną sceną. Czasami grał siebie z dawnego filmu. Od czasu do czasu, kiedy męskość zawodziła na całej linii, stawał się Clydem Barrowem w kreacji Warrena Beatty. Było to dla niego bardzo kłopotliwe, ponieważ nie chciał otwarcie przyznać się przed sobą, że podczas aktu myślał o innych aktorach. To on był gwiazdą i nie chciał iść w ślady innych gwiazd. Był to jego największy problem. Ponieważ kiedyś obsadzano go w głównych rolach, teraz miał spore trudności z przyjęciem ról drugoplanowych. I z tego właśnie powodu w Hollywood rzadko mu cokolwiek proponowano. W Hiszpanii wciąż mógł grać główne role. Ale płacono mu tyle, co za ogony w Hollywood. Bez względu na to, jakie proponowano mu warunki finansowe, dumę stawiał na pierwszym miejscu. Nie mógł się pogodzić z tym, że lepiej być drugim halabardzistą z prawej, niż siedzieć w domu. W tych kategoriach kręcenie filmu w Hiszpanii nie przypominało nawet grania halabardy.

– He venido – powiedział Layton, kiedy było już po wszystkim. – Tu?

– A więc się zdecydowałeś – stwierdziła Amy, zakładając świeży tampon. – Czy to przynajmniej jakiś przyzwoity scenariusz?

– Jeszcze go nie mam. Perce Dent mi o nim opowiadał. Jutro go wysyła. Tak naprawdę za kilka godzin.

– Nawet go nie przeczytałeś? Layt, jesteś kopnięty jak zawsze.

– Nie mów tak do mnie – powiedział Layton. – Mów mi: ty mój Iron Manie albo Długi Jasiu Wędrowniczku, albo Głęboki Sztychu, ale nie mów, że jestem kopnięty.

– To może lepiej skończmy tę dyskusję, a ja zadzwonię dopiero od mamy, żeby sprawdzić, co u dzieci? – powiedziała Amy, odwróciła się na bok i zasnęła.

– Tatusiu – odezwała się cicho Leanne, kiedy Layton wszedł do jej pokoju. – Popatrz. – Otworzyła małe usteczka i pokazała mu szczerbę w miejscu ząbka. – Wczoraj wypadł.

– Włożyłaś ząbek pod poduszkę, dla wróżki? – zapytał Layton.

– Zapomniałam.

– Ale wciąż wierzysz w dobre wróżki, prawda?

– Nie lubię, kiedy mi zabiera ząbki. Chcę je sobie zatrzymać.

– No to napisz do niej taką prośbę. Nigdy nie wiadomo.

– Zaraz napiszę – powiedziała Leanne, wstając z łóżka, żeby napisać liścik.

Kiedy skończyła, pokazała mu go. Było tam napisane, że chce pieniążka, lecz chce też mieć ząbek i gdyby miała wybierać, to zatrzymałaby jedno i drugie.

– Włożę go sobie dzisiaj pod poduszkę – powiedziała.

Była niezwykłym dzieckiem, niezależnym, twórczym, posiadającym umiejętność bawienia się we własnym towarzystwie. Od wczesnego dzieciństwa potrafiła całymi godzinami szukać sobie interesującego zajęcia. Nigdy specjalnie nie lubiła zabawek, za to wyszukiwała kamyki, na których malowała zwierzęta i kwiaty, albo zbierała dzikie kwiaty i robiła z nich perfumy czy bukiety. Sama wyplatała bransoletki dla koleżanek, robiła plecionki do kluczy z plastikowych rurek i grała ze słuchu na pianinie.

Layton spojrzał w błyszczące zielone oczy, na gęste, miękkie brwi i nieznaczne wybrzuszenie na piersiach. Jakże ona rośnie i jaka wciąż jest młoda i niewinna. Wiek dziesięciu lat odznacza granicę między fantazją a rzeczywistością. Dobra wróżka pójdzie w ślady świętego Mikołaja i zniknie bardzo niedługo w warstwie ozonowej. Żeby tak w ogóle nie wierzyć we wróżki… jakie to niezwykłe.

– Tato, wstałeś, co się dzieje?

Andy był wciąż w piżamie, miał zmierzwioną czuprynę, a w oczach łobuzerski błysk, jak jeden z Dead End Kids oglądanych w młodości przez Laytona w telewizji. Chłopak był w przyjacielskim nastroju, ale wiedział, że po wyjeździe mamy nie będzie tak jak dawniej. Dorastał przyzwyczajony do chłopaków Amy, którzy zawsze znosili mu prezenty, zanim poszli z nią do łóżka. Przy tacie zapanuje większa dyscyplina, głównie dlatego, że tata nie ma cierpliwości, a to oznaczało, że Andy’emu skończyła się laba. Nie będzie mógł na przykład kimać na kanapie przed telewizorem. Nie wymiga się od uprzątnięcia swojej części bałaganu, który zaczął już wtapiać się w wystrój domu. Nie będzie mógł jeść tego, na co ma ochotę, czyli wszystkiego niezdrowego, z całkowitym wyłączeniem warzyw. Lista była długa, ale do tej pory wszystko to uchodziło mu na sucho, bo zawarł pakt z mamą, że w zamian za pewne ustępstwa nie zakabluje ojcu, że ona pije, kiedy Layton przyjedzie, żeby zabrać jego i Leanne na weekend.

Leanne za to nie miała najmniejszych powodów do zmartwień. Przywykła do prac domowych, które wykonywała, gdy jej matka była zbyt zmęczona czy naćpana, by włączyć pralkę czy wrzucić zamrożony obiad do mikrofalówki. Była już prawdziwym ekspertem w wyprawianiu siebie i Andy’ego do szkoły, we wkładaniu ciasta do gofrownicy czy sporządzaniu listy brakujących produktów spożywczych. A kiedy jej mama wychodziła wieczorem, nie miała nic przeciwko temu, by zostać sama z bratem, bez opiekunki.

Kurier Federal Express stanął pod drzwiami, kiedy dzieci miały wychodzić do szkoły. Przesyłka była adresowana do Laytona, co zrobiło na Andym wielkie wrażenie, ale u Amy wywołało uczucie podejrzliwości.

– To musi być scenariusz – powiedział Layton, kiedy mu ją przyniosła.

Położył na telewizorze kopertę ze swoim nazwiskiem wypisanym czarnym markerem. Za grubymi literami kryła się jakaś waga. By rozsmakować się w niej, nie śpieszył się z otwarciem koperty. Wewnątrz, wiedział o tym, znajdowały się słowa, mało istotne słowa. Ale jako wolny strzelec, który nie dostawał często przesyłek, wiedział również, co oznaczała dostawa z Federal Express: że jeszcze nie umarł, że ktoś wyściubił dwadzieścia, trzydzieści dolców, by mu coś posłać. Że ten ktoś potrąci to sobie z jego wypłaty, jeśli dojdzie aż do tego, albo też zapisze na jego rachunek, jeśli nie dojdzie, ale nie miało to znaczenia. Znaczenie miało natomiast to, że poprawnie zapisano jego nazwisko. Cross – krzyż. Jak ostatni przystanek Jezusa.

Kiedy przyjechała taksówka po Amy, Layton udawał, że wciąż chce ją odwieźć na lotnisko, ale wszystko tak go bolało, że był wdzięczny, iż nie musi tego robić. Pocałowała go w czoło i ostrzegła, co mu zrobi, jak nie będzie się zachowywał odpowiedzialnie. Następnie uśmiechając się powiedziała, że nie było wcale tak źle w nocy. Layton nic nie pamiętał. Pomachał jej na do widzenia, następnie wrócił do domu i włączył telewizor, by zabić przedpołudnie za pomocą programu, w którym Shelly Winters i Zsa Zsa Gabor kłóciły się o to, która z nich spała z większą liczbą mężczyzn. Winters zebrała punkty, kiedy powiedziała, iż nie dość, że lista Gabor jest dłuższa niż jej, to w dodatku wychodziła za mąż za każdego mężczyznę, z którym poszła do łóżka. Zsa Zsa zagroziła, że opuści studio. Layton znał to uczucie. Pojawiał się we wszystkich talk-shows w różnych stadiach swej kariery i wyszedł przynajmniej z kilku programów. W miarę podupadania kariery pytania stawały się coraz paskudniejsze. Prowadzący program czuli, że mogli pozwolić sobie na więcej z przebrzmiałymi gwiazdami. Winters i Gabor już były reliktami zamierzchłej przeszłości, które zupełnie nie pasowały do najlepszego czasu antenowego ani do popołudnia z Oprah czy Sally. Layton miał przed sobą jeszcze jedną, dwie dekady, zanim do tego dojdzie.

Amy nie było prawie tydzień. Leanne i Andy nie byli zachwyceni nieregularnymi godzinami, w jakich funkcjonował ich ojciec. Wyjazd do McDonalda na Sunset o godzinie dwudziestej pierwszej mógł się spodobać przez pierwsze dwa wieczory, choć Andy dosłownie leciał przez ręce.

– Ja już dawno powinienem spać – powiedział Andy trzeciego wieczora. – Kiedyś byłeś bardziej stanowczy.

– No to korzystaj z tego – odpowiedział Layton. – Może wolisz krokiety z groszku i fasoli?

– Nie lubię tego świństwa. A jak nie będę spał, to nie urosnę.

– Bzdura, rośnie się bez względu na wszystko. Nawet jakbyś sobie przyszpilił powieki do czoła i łaził jak zombie, to i tak będziesz rosnąć.

Zajechali pod McDonalda i zamówili burgery z frytkami.

– Może gdybyś się porozglądał wokół siebie, nauczyłbyś się czegoś w czasie, który chcesz przespać.

– Wielkie mi rzeczy – powiedział Andy w chwili, w której corvetta walnęła w hyundaia excela na parkingu.

– Aleee, patrzcie tam! – wykrzyknął Andy.

– Widzisz, a nie mówiłem?

– Uczysz go nie tego, co trzeba – powiedziała Leanne. – Będzie dorastał skrzywiony.

Właściciel hyundaia wybiegł z McDonalda, krzycząc coś do właściciela corvetty. Kiedy nachylił się do okna, by spojrzeć prosto w oczy chłopakowi, który stuknął jego samochód, dostał w twarz otwierającymi się drzwiami corvetty. Chłopak wyskoczył na zewnątrz i błyskawicznie kopnął zaskoczonego młodzieńca w jaja, tak że tamten upadł. Poprawił cios jeszcze kopniakiem w głowę.

– Widzieliście to? – wykrzyknął Andy.

– Tatusiu! – zawołała Leanne.

Nie lubiła przemocy, poza tym nie uważała tej walki za uczciwą.

Layton wysiadł i stanął między kopanym a kopiącym.

– No dobra, dość już tego. Może wymienicie się chłopaki danymi z ubezpieczalni i zjecie sobie trochę frytek?

– Uważaj facet – powiedział właściciel corvetty. – Ej, czy ty nie jesteś Layton Cross?

Layton uśmiechnął się porozumiewawczo i pokiwał głową.

– Byłem twoim wielkim fanem. Co się stało?

Jeszcze tylko tego potrzebował. Nastoletniego krytyka filmowego.

– To się stało, że kopnąłeś go w jaja, oto co się stało.

– Ej, chłopie, ten facet chciał mnie zabić, bo zarysowałem mu furę, kumasz? Miałem jakiś wybór?

– Tak, przy drugim kopie.

Ale może mały miał rację, pomyślał Layton. Może i on tak właśnie powinien zrobić, kiedy kopali go w dupę. Zaatakować pierwszy i przetrwać. Ale był na to za grzeczny. Marlon Brando pozwał swoich producentów za używanie wizerunku ojca Supermana i trafił w sedno. James Garner pozwał wytwórnię Universal za The Rockford Files i zyskał to samo. Za to Kim Basinger dała ciała, bo nie zachowała się jak wyrachowana suka i nie odrzuciła w porę kretyńskiego scenariusza o kobiecie, której odcinają kończyny i wpychają do skrzyni. Kosztowało ją to odszkodowanie w wysokości ośmiu milionów dolarów. Nie można być gwiazdą filmową w tym mieście będąc zbyt układnym.

Drugi młodzian podniósł się z ziemi na kolana, a z nosa ciekła mu krew.

– Ty skurwysynu! – wykrzyknął.

– Przepraszam pana, panie Cross – powiedział zaczepiony.

Layton cofnął się o krok i patrzył, jak właściciel hyundaia zbiera trzeciego kopa, tym razem w korpus.

– Tatusiu! Zrób coś! – krzyknęła Leanne z wnętrza samochodu.

– Dobra – powiedział Layton. – Straszysz mi dziecko.

– Bo widzi pan, panie Cross, ja zawsze chciałem zostać aktorem – powiedział szybkostopy chłopak. – Może dałby mi pan kilka rad.

– Chyba powinieneś zostać kaskaderem – powiedział Layton.

– Mówię poważnie. No to jak?

Layton popatrzył na chłopaka i pomyślał, że może on również mógłby się nauczyć czegoś od niego.

– Jasne – odparł. – Przyjedź do mnie jutro, to pogadamy.

Dał mu swój adres i wrócił do Leanne i Andy’ego.

– No proszę – powiedział – zjedliście wszystkie frytki.

Kiedy nazajutrz pojawił się chłopak, Layton myślał, że to kurier z kolejnym scenariuszem. Andy i Leanne byli w szkole, a Layton upalał się przy Młodych gniewnych.

– Chcesz trochę? – zaproponował mu skręta, uświadamiając sobie, że to wczorajszy kopacz.

– A dobre to zioło?

– Jak się nazywasz? – zapytał Layton.

Nikt nigdy wcześniej nie kwestionował jakości jego skrętów. Nie palił tyle, ile kiedyś, a kiedy to robił, wiele mu nie było trzeba.

– Barry Levine.

– A od kiedy Żyd tak kopie?

– Chodziłem na karate od ósmego roku życia.

Wziął macha.

– Jak za słabe, to poszukam strzykawki – powiedział Layton.

– Mieszają teraz ziele z innym gównem. Mamy z kolegami plantację. Tak jest bezpieczniej.

– Masz coś przy sobie?

Barry otworzył portfel, wyciągnął trzy cienkie skręty i podał je Laytonowi.

– Spróbuję twojego – powiedział Layton przypalając. – A więc co robisz, żeby zarobić na taki samochód?

– Wóz to była prawdziwa okazja. Zajmuję się parkowaniem samochodów w The Palm. Dlaczego nigdy pana tam nie widziałem? Na ścianie jest namalowana pana twarz.

– Właśnie dlatego. Nigdy nie jedz w miejscu, w którym musisz patrzeć na swoją karykaturę.

– Ja to robię co wieczór. Studiuję aktorstwo w każdej wolnej chwili.

– Chodzisz na jakieś kursy?

– Eee tam, po prostu gapię się w telewizor.

– No tak – powiedział Layton. – Wiem, o czym mówisz.

Wypalili trzy jointy i tego, którego Layton palił wcześniej, a z tego, co usłyszał, zrozumiał tylko tyle, że Barry wyświadczył jakimś facetom przysługę, więc oni sprzedali mu corvettę w cenie toyoty tercel.

Po przyjściu do domu Leanne i Andy zastali ojca podczas pierwszej lekcji karate. Layton trzymał kuchenny nóż w prawej ręce i atakował. Barry zrobił blok, odbił cios z góry Laytona, chwycił go za nadgarstek i wytrącił mu nóż na podłogę. Następnie uniósł stopę i kopnął Laytona w klatkę piersiową. Leanne krzyknęła, a Andy ruszył taranem w stronę krocza Levine’a. Kiedy Barry zwinął się z bólu, Andy ponowił atak i skoczył mu pod brodę, tak że tamten przyciął sobie język zębami. Layton był pod wrażeniem.

– Myślę, że uczy mnie nie ten chłopak, co trzeba – powiedział.

– Chyba odgryzłem sobie język – zauważył Levine, a krew skapywała mu na koszulkę.

Leanne zabrała go do łazienki.

Zanim wyszedł, Layton dał mu kopertę ze scenariuszem w środku.

– Przeczytaj to – polecił – powiesz mi, co o tym myślisz.

– Tatusiu – odezwała się Leanne – nawet jej nie otworzyłeś.

– Zobaczmy, jak jemu będzie się to czytało – powiedział Layton. – To prawdziwy sprawdzian wojownika.

* * *

Kiedy Amy zadzwoniła z lotniska, Layton na tyłach domu ćwiczył właśnie kopnięcia, zmieniając kanały radiowe między Howardem Sternem, który jak zwykle promował głównie siebie, a doniesieniami stacji KCRW na temat pożarów w okolicy, które były dziełem podpalaczy, oraz wiadomością o próbie zamachu na burmistrza. Dlaczego ktoś miałby strzelać do mera Los Angeles – to nie mieściło mu się w głowie; w tym mieście nigdy nie było kogoś, kto wart był tyle zachodu. Można było sprzątnąć kogoś o większym znaczeniu, wypruć cały magazynek w Michaela Ovitza albo szefa planowania przestrzennego, lub naczelnego wydziału komunikacji. W końcu puścił bąka słuchając bajdurzeń Sterna na żywo i poczuł dziwny kontakt z rzeczywistością.

– Podaj mi telefon, Andy – krzyknął Layton. Zostawiłem go w domu.

– Nie mogę, gram w Genesis.

– Masz się przygotowywać do wyjścia do szkoły.

– Nawet jeszcze nie ma siódmej. Dobrze jest, tata.

Layton przechylił się przez otwarte okno, by odebrać telefon. Dzwoniła Amy, ubzdryngolona.

– Przyjedź po mnie – powiedziała.

– Będą poranne korki, weź taksówkę.

– Nie mam pieniędzy.

– Zapłacę, jak przyjedziesz.

– Zapomniałam adresu.

– Nie wiesz, gdzie mieszkasz? Co jest z tobą?

– A co u dzieci?

– Czemu do nich nie dzwoniłaś?

– Zapomniałam numeru.

– Łap taksówkę i niech cię wiezie do Ralpha na Sunset. Będę tam czekał za godzinę.

– Zrobi mi się niedobrze.

– Nie zapomnij bagaży.

– O Boże.

– Co?

– Nie mam żadnych bagaży.

– Wciąż jesteś na lotnisku, odbierz je.

– Zostawiłam w Michigan.

Wystarczająco dawno opuścił Amy, by zapomnieć, dlaczego to zrobił. Jak na kobietę, która nie była aktorką, była o wiele zbyt egocentryczna i nieodpowiedzialna – wyleciała z college’u i zaczęła pracować w pralni chemicznej. On przynajmniej zarobił na swoje samolubstwo. Zapomniał tylko, że Amy wyuczyła się zawodu i nigdy go o nic nie prosiła; ale to nastąpiło po ich rozstaniu i takiej Amy już nie znał. Teraz, kiedy wracała w takim stanie – czy mógł ją zostawić z dziećmi? Bardziej niż one potrzebowała opieki. Jego problem polegał na tym, że z ledwością potrafił opiekować się sobą, nie mówiąc już o rodzinie. Próbował dwa razy i za każdym razem mu nie wychodziło. Ale ten tydzień szybko minął, poza tym lubił przebywać w towarzystwie Leanne i Andy’ego. Gdyby Amy nie miała nic przeciwko temu – jeśli w ogóle była w stanie czemukolwiek się sprzeciwić – pewnie zostałby na dłużej. No, powiedzmy na jakiś czas.

* * *

– Dlaczego nie lubisz mamy? – zapytała Leanne.

– A ty lubisz tequilę?

– Ja jej nie chcę zabijać.

– Czemu wróciłeś? – zapytał Andy.

– A kto jest twoim ojcem?

– No, ty jesteś.

– Proszę o kolejny zestaw pytań.

Andy nie dawał za wygraną.

– A dlaczego mama ma różnych chłopaków?

– A skąd wiesz, że ma?

– Widuję ich.

– Ja też – powiedziała Leanne. – Czasami to z nimi aż krzyczy z radości.

– Słyszałaś?

– Tylko w nocy, kiedy mamy spać.

– A przy tobie kiedyś krzyczała z radości? – zapytał Andy.

– Nie będziemy na ten temat rozmawiać przed waszym wyjściem do szkoły. Szykować się i jazda mi stąd.

– Nie krzyczy przy tatusiu, bo za niego wyszła – wyjaśniała bratu Leanne po drodze do kuchni.

Layton poszedł za nimi. Nie tylko musiał brać na siebie odium złych recenzji, ale jeszcze dostawał po uszach od własnych dzieci za to, że był kiepski w łóżku.

– No to powiedz mi Leanne – zaczął oblewając syropem jej płatki – jak dorośniesz, będziesz krytykiem?

– Krytycy to dupy wołowe – stwierdziła Leanne.

– Kto ci to powiedział?

– Ty tak zawsze mówisz.

– Nigdy. Zawsze mówię, że krytycy mają dupę w miejscu głowy.

Zamiast się roześmiać, Leanne zaczęła płakać. Layton powiedział jej, żeby przestała, bo się jej mascara rozmyje. Dopiero to ją rozbawiło.

– Jak można zmoczyć masakrę? – zastanawiał się Andy.

– Jadę do Ralpha po waszą matkę.

– Myślałem, że jest w Michigan – zdziwił się Andy.

– Wróciła.

– Musimy iść do tej szkoły? – zapytała Leanne. – Nie możemy zostać w domu i się z nią przywitać?

– To nie jest dobry pomysł.

– Pewnie chce ją mieć tylko dla siebie, tak żeby krzyczała z radości – zawyrokował Andy.

– Na litość boską, a niby dlaczego? – zapytał Layton.

– Bo mama jest zawsze taka radosna, jak już się wykrzyczy.

* * *

– Jestem nieodpowiedzialna! Ja!

– I na dodatek śmierdzisz whisky.

– To ty sobie poszedłeś. Ty nauczyłeś mnie, jak się odchodzi.

– Jesteś chora, Amy, wiesz? I myślisz, że dzieci staną po twojej stronie?

– Co mi chcesz powiedzieć?

– One widzą wszystko. Słyszą wszystko.

– Ale najwyraźniej nie zauważyły, że zniknąłeś na trzy lata.

– Być może dlatego, że straciły rachubę facetów przechodzących przez twoje łóżko.

– Cóż, przynajmniej niczego przed nimi nie ukrywałam.

– Nawet tych wrzasków. Sąsiedzi mogli regulować zegarki według twoich orgazmów.

– Chcesz, żebym wyjechała? Zabierz mnie na lotnisko. Dzieci możesz sobie zatrzymać.

– Świetnie. Zabiorę je z sobą do Hiszpanii.

– Nie zabierzesz ich do Hiszpanii, za dobrze by tam miały.

– Za dobrze to byłoby wtedy, gdyby miały ojca podczas swych freudowskich lat życia, ty świrusko.

Tego samego dnia wieczorem, kiedy Amy brała kąpiel, Layton usiadł na klozecie. Zastanawiał się, czy wrócić do swego mieszkania, czy też zostać z nimi jeszcze kilka dni. Amy pozostawiła jemu tę decyzję. Gdyby został, mógłby spać w jej montażowni.

– Zupełnie nie pojmuję, czemu tak mnie to bawi – powiedział Layton.

Była to pociągająca perspektywa. Podczas upojnych nocy mógłby przekradać się do łóżka Amy albo ona wślizgiwałaby się do jego sypialni. Może i miała za sobą różne przejścia, ale wciąż była atrakcyjną kobietą, z kształtnymi nogami i wspaniałym tyłkiem. Podobnie jak on lubiła nieuzależniające narkotyki niskiego ryzyka. Różnili się tylko w podejściu do alkoholu. On już miał te lata za sobą i nie wracał więcej do zagadnienia. Ona zdawała się mieć pewną skłonność do śmiałych połączeń.

Layton patrzył na nią w wannie. Leżała z twarzą przykrytą ręcznikiem, a jej brązowe sutki wielkości monet zaznaczały się nad linią wody. Zdjął ubranie i wsunął się do wanny koło niej.

– Co robisz? – zapytała stanowczo, odkrywając rąbek ręcznika z oka.

– Skoro mam tu zostać, to równie dobrze możemy razem utrzymywać czystość.

* * *

Następnego dnia rano pojawił się Barry Levine i powiedział, że nie rozumie scenariusza. Layton stwierdził, że to kiepsko, bo wiązał z nim duże nadzieje. „Ja po prostu nie uczyłem się hiszpańskiego” – odparł Levine. Layton spojrzał na niego, po czym przekartkował scenariusz. Po hiszpańsku? To jakiś żart czy też wysłali mu złą wersję? Wiedział, że jego gwiazda nieco przyblakła, ale przecież nie zgasła dokumentnie. Zapalił jednego z jointów Levine’a i zadzwonił do swego agenta, który był równie zaskoczony, co Layton zdenerwowany.

– Niby czemu miałbym coś takiego zrobić? – zapytał Perce Dent.

– Dlatego właśnie dzwonię, Perce. Myślałem, że czytałeś scenariusz.

– Daj spokój, Layton, kto miałby czas na czytanie? Do mego biura trafia codziennie sto scenariuszy. Kiedy myślą o jakimś konkretnym aktorze, przekazuję mu scenariusz, gdy wiem, że potrzebuje roboty. Ty potrzebujesz roboty. Wyglądało mi na to, że wszystko jest w porządku. No i jeszcze Hiszpania. Mogłoby być fajnie.

Nazwisko Dent doskonale do niego pasuje – pomyślał Layton. Zniszczony*. Dense byłoby idealne**. Perce Dent był niegdyś tym wśród agentów, kim Cross był wśród aktorów – niezwykłą siłą, wschodzącą gwiazdą, ale kiedy jego klienci zaczęli podupadać, podupadła również siła Denta. W czasach, kiedy menadżerowie kręcili biznesem, zostawił Williama Morrisa dla kina klasy B. Działo się to w tym samym miesiącu, w którym Jimmy Carter zostawił Biały Dom i założył własną agencję menadżerską. Dent nie był jednak asem, dlatego kilka lat później wrócił do roli agenta. Wyszukiwał klientów w szkołach aktorskich, takich jak Strasberg Institute, u Miltona Katselasa czy na kursach Howarda Fine’a i był dobry w znajdowaniu im pracy w reklamówkach, ale poważne roboty – fabularne, cotygodniowe seriale i miniserie – przechodziły mu koło nosa. Jednak pozostał lojalny wobec Laytona, ponieważ wierzył w jego talent, szczególnie w czasach pierwszych czterech filmów, kiedy reprezentował go Charlie Greenbloom. Znał Laytona od dwudziestu lat i gdy propozycje nieco się przerzedziły, został jego agentem, choć wiedział, że donikąd to go nie zaprowadzi.

– Miałeś pełne prawo się zdenerwować.

– Zdenerwować? Ja, Perce? Dlaczego miałbym się denerwować? Oddam chętnie scenariusz twojej gosposi, możesz ją sobie obsadzić w tym filmie.

– A to dobre. Poczekaj sekundeczkę, ktoś do mnie wydzwania.

Layton odwiesił słuchawkę. Czy gdyby nazywał się Tom Hanks, kazano by mu czekać? Niech sam oddzwoni – pomyślał kierując się do lodówki. Naszła go ochota na wyczyszczenie lodów swoich dzieci. Barry Levine siedział przy stole i widać było, że już wziął na siebie to trudne zadanie.

– Te są najlepsze – powiedział Levine. – Ben & Jerry’s nawet koło nich nie stały. Lubię wsadzić cały kubek do mikrofali i pić je jak koktajl.

– Będziesz miał cholesterol na poziomie Mount Everestu – powiedział Layton i porwał swoje klucze ze stołu.

Levine posłał mu głupkowaty uśmiech upalonego nastolatka, powtarzając „Mount Everest” głosem Homera Simpsona. Sarkazm Laytona w uszach Levin’a zabrzmiał jak komplement.

– Mam tu czekać czy co? – krzyknął Levine za wychodzącym Laytonem.

– A rób, co chcesz – wymamrotał Layton. – Jak skończysz lody, w lodówce jest jeszcze kawałek selera i serek topiony.

* * *

Layton postanowił odwiedzić Theo.

– Layton, mój chłopie, to ty? Jestem w łazience.

Theo Soris delikatnie przeczesywał włosy grzebieniem. Layton przyjrzał się książkom pokrywającym wszystkie ściany. Jego agent nie miał czasu na czytanie, a jego najlepszy przyjaciel dekorował sobie dom książkami, z których ani jednej nie nabył legalną drogą.

– Znasz hiszpański? – zapytał Layton, spoglądając w odbicie Theo w lustrze.

– Si, hablo Español un poco, por que? – Ile z tych książek przeczytałeś?

– Tu nie chodzi o czytanie, ale o estetykę, przecież wiesz, Layton. Poza tym większość z nich to pierwsze wydania, a pierwszych wydań się nie czyta. W tym salonie znajduje się mnóstwo wiedzy. Jakby tak człowiek dłużej tu posiedział, to zacząłby ją nieświadomie chłonąć.

– Włoski się pojawiły?

– No popatrz tylko – jeszcze trzy miesiące temu na przodzie nie było ani jednego. Teraz stałem się zupełnie kimś innym. Czterdzieści dolców za cebulkę, dwieście cebulek – włosy na zamówienie. Jestem o dziesięć lat młodszy za ile, osiem koła? Dlaczego tak długo zwlekałem?

– Wyglądają prawie naturalnie.

– Pierdol się ze swoim „prawie”. To moje włosy. Po prostu przenieśli je z tyłu na przód.

– Powinni ci powyrywać je z dupy, a głowę zostawić w spokoju.

– Łysi pewnie tak mają. No to o co chodzi z tym hiszpańskim?

– Daj spokój. A co to ostatnio podwędziliśmy?

– Pożyczyliśmy, Layt. Słowo „kradzież” nie występuje w moim słowniku.

Od kiedy poznał Theo, nie mógł wyjść z podziwu dla jego sprawnych palców i złodziejskiej moralności oraz tego, co uznawał za uczciwe, a co za nieuczciwe. Według Theo złe było nękanie dziwek. Głodujące dzieci, korupcja w sferach rządowych, brak legalizacji narkotyków i bazy nuklearne były złe. Zabieranie czy też – jak wolał to określać – „pożyczanie” od bogatego, by wzbogacić umysł, napełnić żołądek, było – według niego – całkiem w porządku. I szczycił się tym, że każdą książkę, którą kiedykolwiek upchał w spodniach czy wyniósł pod pachą, przynajmniej raz przejrzał. Tyle można się było z nich dowiedzieć, ale kogo na to wszystko stać? Z pewnością nie aktora takiego, jak on sam, który częściej nie miał pracy, niż pracował. Ale jego rozumowanie załamywało się za każdym razem, kiedy padały słowa „biblioteka publiczna”; na samą myśl o oddawaniu używanych książek w wyznaczonym terminie dostawał dreszczy. Faktycznie jednak, jeśli jakiejś książki nie można było „wypożyczyć” z księgarni, Theo nie zawahał się wymknąć z nią pod czujnym okiem bibliotekarki. Layton widział to na własne oczy.

Ich przyjaźń zaczęła się na kursach aktorskich w Nowym Jorku. Zgodzili się razem opracować Zoo Story Edwarda Albee i ćwiczyli codziennie całymi tygodniami, podczas których Layton miał okazję zaobserwować sposób życia Theo: jak „pożyczał” mięso z supermarketu, zegarki od jubilera i wody kolońskie z działu kosmetyków. Życie było wtedy beztroskie i Theo traktował miasto jak jedną wielką cukiernię na wyspie, gdzie wszystko aż prosiło się, żeby brać. Nie trzeba mieć pieniędzy, by wieść ekstrawaganckie życie. Tylko jaja.

Ale to nie poglądy Theo na świat ani jego lepkie palce najbardziej fascynowały Laytona, lecz jego talent do wyłgiwania się z opresji. Raz, kiedy przyłapano go na kradzieży paczki papierosów, powiedział właścicielowi kiosku, że ćwiczy do roli drobnego złodziejaszka, który zostaje przyłapany, i był tak przekonujący, że właściciel nawet pozwolił mu zatrzymać tę paczkę. Kiedy zdarzyło się to ponownie, z zapalniczką marki Colibri w sklepie z elektroniką, Theo bardzo się na siebie zdenerwował. Nie za to, że coś zabrał, ale że go przyłapali, co było świadectwem porażki. Godzinami stał przed lustrem i ćwiczył zręczność rąk.

Layton nigdy nie brał niczego ani nie zachęcał do tego Theo. Jego przyjaciel był jedną z tych szalonych postaci, które brały życie za rogi, a Layton z ciekawością przyglądał się temu, jakby śledził losy postaci z książki. Mijały lata i powiększał się stosik pożyczonych książek, a Theo stawał się częścią historii Laytona. Mieli wystarczająco dużo wspólnych wspomnień, wciągnęli wystarczająco dużo prochów, przećwiczyli na tyle dużo sztuk, żeby traktować się jak członkowie jednej rodziny. Aktorzy często konkurują ze sobą, ale Layton i Theo bardziej przypominali kuzynów. Wspierali się, kiedy jeden z nich wpadał w kłopoty, podtrzymywali się na duchu i rozumieli walkę toczoną z rzeczywistością. Kiedy Layton żenił się z Samanthą Sanders, Theo był na weselu i nie pożyczył nawet widelca. Kiedy Layton przełamał złą passę i został gwiazdą, Theo kraśniał cały jak dumny krewniak, przechwalając się wśród znajomych, że Layton Cross jest jego najlepszym przyjacielem, i miał w dupie to, że mu nie wierzą. A kiedy Layton mógł załatwić dla niego jakąś małą rólkę, Theo był mu wdzięczny.

– Czy masz zamiar kiedykolwiek zwrócić te książki?

– Po mojej śmierci. Zapisałem to w testamencie. Każda księgarnia dostanie działkę. Jak ich nie zechcą, to rozdam je wśród bezdomnych z Santa Monica Boulevard. Chcesz niucha?

– Czym chrzczona?

– Nawet okiem nie mrugniesz. Prawie bez domieszek.

To Theo wprowadził Laytona w świat kokainy. Wcześniej palił trawę, łykał od czasu do czasu kwas, ale koka była tak cudowna, taka ożywcza, że Theo nie mógł się doczekać, by podzielić się z Laytonem swoim odkryciem. Miało to miejsce tuż po tym, jak Layton dostał swoją pierwszą główną rolę, która dała mu poczucie ładu i niezwykłą pewność siebie. Przez lata nigdy nie brał na tyle często, żeby się uzależnić, ale kokaina dodawała mu ciężaru istnienia. Mieszał narkotyk z rosnącymi wątpliwościami, przez co jego osobowość stawała się o wiele bardziej złożona – ledwie sobie z tym radził. Skończyło się na tym, że zyskał reputację osoby „trudnej”. Czyli, mówiąc innymi słowy, czasami niezrozumiałej, a innym razem splątanej. Spowodowało to również zbliżenie z garstką ludzi, którzy go znali i trzymali blisko.

– Posłuchaj tylko – powiedział Theo – mój menadżer załatwił mi rolę w sztuce Tennessee Williamsa na scenie Coronet w La Cienega. Główną rolę.

– No to świetnie – powiedział Layton.

– Jebany Tennessee Williams! Nawet nie wiedziałem, że to napisał, to jego ostatnia sztuka. Nadszedł czas na nowego Marlona Brando, taka jego mać!

– Należało ci się to.

– Kurde, ten gruby flejtuch. Sławy pragnę, a nie krwi. A ty coś masz?

– Przyglądam się. Mam taki tekst, po hiszpańsku. Pierdolona prowincja… Jest z tej sztuki jakaś kasa?

– A jebać szmal. Światła rampy. Ludzie przyjdą na Tennessee Williamsa. W tym mieście teatr leży i kwiczy, wiesz przecież.

– Jak się na to załapałeś?

– Mój menadżer, skubany, zna różnych ludzi. Spider Ray.

– Był agentem Samanthy po tym, jak Greenbloom przeszedł do Foxa.

– Jasne. No pewnie, że pamiętam. Samantha, chłopie, poszła szybko do przodu. Tak jak ten obciągacz Greenbloom. Teraz gnojek jest szefem studia i bez kija nie podchodź. Pamiętam, jak miał nas wszystkich – ciebie, mnie, Samanthę. Wciąż trzymasz się Perce’a Denta?

– Taa. Wysyła mi scenariusze po hiszpańsku.

– Spław go. Czy to nie on zmienił branżę, chciał zostać menadżerem i nie wyrobił? Ray wybił się i wciąż jest na fali. Agenci nie ruszą dla ciebie palcem, czekają tylko, żebyś sam im coś podsunął, żeby mogli skasować swoje dziesięć procent. Jesteś artystą, Layton, gówno wiesz o interesach. Agenci dopinają kontrakty, które sam sobie musisz nawinąć. Dlatego nie masz roboty. Czy Dent zrobił coś dla ciebie przez ostatnie pół roku? No co? Pojawiłeś się na chwilę w telewizorze.

– Do tego propozycja roli genetycznie zmienionego potwora w horrorze, rola śmieciarza, no i ten hiszpański knot.

– Żadna z nich nie przysporzy ci reklamy ani nie poprawi reputacji. Masz wielkie nazwisko, Layton, a on żeruje na tym jak pijawka. Powinieneś przynajmniej trzaskać reklamy w Japonii, po milion dolców za sztukę. Odetnij się i spierdalaj. Spider Ray jest większym przekręciarzem niż Perce Dent. Jest drapieżniejszy. Idź do niego. Ma wobec ciebie dług.

– Nikt mi niczego nie wisi.

– Masz rację. No to powiedz, jak to jest wrócić na łono rodziny?

– Dzieci są wspaniałe. Amy doprowadza mnie do szału.

* * *

– A kim ty jesteś, do kurwy nędzy? – zapytała Amy po wejściu do kuchni, wycierając włosy ręcznikiem.

– Nie macie w domu suszarki? – zapytał Barry Levine, owijając gałązkę naci selera plastrem sera.

– To zabójcze dla włosów. No, kto ty jesteś?

– Jestem kolegą Laytona.

– Zaprzyjaźniony diler, co?

– Wiem, co w trawie piszczy.

– Jestem pewna.

Levine przedstawił się, a Amy zaparzyła kawę i zaproponowała lufę tequili. Zanim Leanne i Andy wrócili ze szkoły, osuszyli całą butelkę. Amy chciała, żeby ją przeleciał, ale Barry bał się, że Layton pojawi się niespodziewanie w domu, więc musiała zadowolić się palcówką w kuchni. Zaskoczyło go nie to, że szybko doszła, ale to, jak głośno krzyczała.

– Sąsiedzi pomyślą, że zapisałam się do chóru i ćwiczę w domu – powiedziała mu, kiedy odzyskała mowę.

– Jezu, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak się darł. To było coś.

– Masz zręczne paluszki, Barry.

– Poczekaj, aż poczujesz język.

– Jak będziesz częściej wpadał do swego kolegi, to na pewno dowiem się, o czym mówisz.

Andy był zaskoczony widokiem Barry’ego w kuchni i powiedział matce wszystko na jego temat, kiedy tylko Barry wyszedł. Amy nie lubiła przemocy, ale w tym chłopaku było coś elektryzującego.

* * *

Layton siedział już na powrót w swoim wozie i jechał do Perce’a Denta, by go wylać z roboty. Na światłach zatrzymał się i uśmiechnął do dwóch nastolatek w kabriolecie miata. Chichotały do siebie porozumiewawczo, po czym jedna z nich zapytała:

– Nie grałeś czasem w The Man, The Cat, and The Wild?

Layton przytaknął i powiedział:

– Ale pytanie brzmi, czy byłem kotem, czy dzikusem?

– Jejku, naprawdę podobał mi się ten film.

Druga dziewczyna, za kierownicą, krzyknęła:

– Dokąd tak suniesz?

– Śledzę was – odparł Layton.

– Odlot.

Wyjechała przed niego po zmianie świateł.

Dziewczyny zajmowały wspólne mieszkanie w Westwood. Miały wspólną sypialnię i nie miały ochoty ciągnąć losów, która pierwsza pójdzie tam z Laytonem, na co ten zaproponował, żeby poszli do łóżka w trójkę.

– Nikt w to nie uwierzy! – powiedziała dziewczyna o imieniu Linda.

– Oczywiście, że uwierzą – odparła druga dziewczyna, Sally.

– Warren Beatty ciągle sypiał z nieznajomymi dziewczynami.

– Ale nie po Madonnie – wtrąciła Linda.

– Warren jest moim kolegą – powiedział Layton – i tak się złożyło, iż wiem, że nie śpi ze wszystkimi, które mówią, że z nim spały.

– Może i z nimi nie śpi, ale je obraca – odparła Sally. – Mam trzy koleżanki, które mu dały.

– Przed czy po Annette? – zapytał Layton. – A czy został na noc?

– Faktycznie, nie został. Ale nie to się liczy.

Layton wykonywał ten sam zawód. Ale Beatty nie był nawet jego znajomym. Gdyby tak było, to dlaczego do niego nie dzwonił? Dlaczego nie obsadził go w jednym ze swoich filmów? Pierdolić Warrena.

– A znasz Toma Cruise’a? – zapytała Linda.

Layton zignorował to pytanie. Posadził ją na łóżku, zdjął jej bluzkę i rozpinając swoje spodnie powiedział: „Masz, zajmij się czymś pożytecznym”. Wciąż bolała go głowa i oral był maksimum tego, na co go było stać.

– Nie lubię robić loda – powiedziała Linda.

– Ale lubisz, jak tobie ktoś robi dobrze języczkiem, co?

– To co innego. Niech Sally ci obciągnie. Ja sobie popatrzę.

– Dziewczyny, nigdy byście nie dotarły w ten sposób do Howarda Sterna. Co ty na to Sally?

– Myślę, że powinniśmy spróbować tego – powiedziała Sally wyciągając niewielką fiolkę z GHB. – To dobry towar.

Layton nigdy nie próbował gammahydroksybutyratu, ale jak miało to podjarać dziewczyny, gotów był spróbować. Linda zaproponowała do tego jointa z mikrofalówki nasączonego ecstasy. Layton wciąż miał zapał. Jednak po zmieszaniu wszystkich tych sztucznych prochów nikt nie miał już ochoty na seks. Dziewczyny chciały się tylko obejmować, przytulać i gadać o gwiazdach filmowych. Layton musiał zaczerpnąć świeżego powietrza.

Włożył ptaszka z powrotem w spodnie.

– Zrobimy to niebawem jak należy. – Dziewczyny uśmiechały się blado, kiedy wychodził z mieszkania. Kilka lat temu takie dziewczyny wyszarpywałyby sobie jego fiuta z rąk na parkingu i nie zawahałyby się nawet przed połykiem w biały dzień.

Tak właśnie poznał Amy.

Miała dziewiętnaście lat. Studiowała w Santa Monica City College, po tym jak przyjechała sama z Michigan z mocnym postanowieniem doświadczenia „prawdziwego życia”, które okazało się życiem u boku gwiazdy filmowej. I to nie jakiejś tam wschodzącej gwiazdy, ale prawdziwej sławy Hollywood, która właśnie rozwodziła się z inną personą z Tinseltown, Samanthą Sanders.

Amy mieszkała w kawalerce w Zachodnim Los Angeles. Layton miał dom w Bel Air, hotelowy apartament w Beverly Wilshire, rozległe lokum w Santa Monica oraz mieszkanie przy Central Park West w Nowym Jorku. Ich ścieżki przecięły się u Ralpha, gdzie Layton wpadł po zielonego melona, a Amy kupowała tofu, wodę, szparagi i fasolkę szparagową. Layton powiedział coś głupiego na temat zawartości koszyka Amy, a ona rozpoznała go od razu, bo właśnie widziała go na okładce „Newsweeka”. Ta okładka udała się psim swędem w czasie względnego spokoju między protestami przeciwko poborowi a aprobatą dla ERA, w roku najazdu Sowietów na Afganistan, wycofania się Ameryki z Olimpiady w Moskwie, kiedy w „Nightline” liczono dni przetrzymywania zakładników w Teheranie, a Roman Polański pokazał wała systemowi prawnemu Ameryki i uciekł do Francji w przeddzień wydania na niego wyroku za dymanie nieletniej.

Może z wyjątkiem zakładników, Layton miał wszystko gdzieś. Zaangażował swojego psychiatrę, by pomógł mu uniknąć poboru, więc ciężar spadł mu z ramion. Polański rozmawiał z nim o jakiejś współpracy, ale Laytonowi nie podobała się jego obsesja na punkcie nastolatek. Nie żeby Layton miał coś przeciwko nastolatkom i był z innej gliny, ale wolał pełnoletnią Amy. Po przejściu przez kasę flirtowali już na całego. Kiedy Amy zobaczyła jaguara Laytona, wiedziała, że zaraz zrobi coś, czego nigdy dotąd nie robiła na tylnym siedzeniu samochodu. Widywała to tylko w reklamach.

Layton prawdziwie kochał swoją żonę, ale kiedy Samantha stwierdziła, że nie pasują do siebie, wpadł w głęboką depresję i zaczął szukać ukojenia w przygodnych kontaktach, nawiązywanych w supermarketach, restauracjach, domach przyjaciół, na stacjach benzynowych, na zapleczach, wszędzie, gdzie się pojawił. Było to niezwykle podniecające w chwili, kiedy trwało, ale po fakcie zmieniało się w incydenty miałkie i bez znaczenia. Z Amy było inaczej. Była taka młoda, taka świeża i miała takie sprawne usta. Wziął od niej numer telefonu, a po czterech latach wydała na świat Leanne. Wkrótce potem pobrali się. Rozstawali się trzykrotnie, zanim trzy lata później pojawił się Andy i Amy zgubiła każdy gram swej naiwności, która tak bardzo podobała się Laytonowi. Odkryła natomiast butelkę, którą zajęła się z takim zaangażowaniem, z jakim Irlandzka Armia Republikańska wzięła się za podkładanie bomb i porwania. Dwa lata po narodzinach Andy’ego, w 1986 roku, Layton zniknął z jej życia. Byli ze sobą przez osiem lat, w tym cztery w małżeństwie, dwukrotnie dłużej, niż wskazywałyby przepowiednie Jeanne Dixon w „Enquirer”, i siedem i pół roku dłużej, niż Samantha Sanders uważała za możliwe. Layton, który nigdy nie przebolał utraty pierwszej żony, nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałby, że będą ze sobą przez większość dekady.

* * *

– Co ty wygadujesz, jak to mnie zwalniasz? – zapytał Perce Dent podnosząc słuchawkę telefonu, wywoływany przez sekretarkę.

– Jak dla mnie jesteś, kurwa, zbyt zajęty, Perce.

– Poczekaj minuteczkę – wyszeptał Perce. – Mam agenta Dusty’ego na linii.

– A jebać to, Perce. Mam to w dupie, nawet jakby na linii wisiał sam Dusty. Albo Jeff Katzenberg czy Charles Greenbloom. Nie będziesz kazał mi czekać, kiedy stoję w tym pierdolonym biurze, ty gnoju!

Layton porwał telefon z biurka Denta i cisnął nim o ścianę. Dent, przypominając sobie, jak gwałtowny był Richard Pryor w podobnych sytuacjach, starał się zachować spokój.

– Co ty brałeś, Layton? Jesteś strasznie nierozsądny. Robię, co mogę.

– To za mało. Hiszpańskie filmy po hiszpańsku to za mało. Weź sobie moje dziesięć procent z niczego i zapłać sobie rachunek za telefony w moich sprawach, których już nie będziesz więcej prowadził.

– I co będziesz robił, Layt? W twojej sytuacji nie możesz grymasić i przebierać w propozycjach.

– Znajdę sobie kogoś, kto się zna na tej robocie i potrafi przeczytać scenariusz, zanim go wyśle do kogoś. Nie pójdę z tobą na dno, Perce.

– Jesteśmy ze sobą od tak dawna, Layt. Spotkajmy się w przyszłym tygodniu na lunchu i obgadajmy wszystko.

– Ja się nie spotykam na lunchu, Perce, ja jem.

– Mówię jako twój przyjaciel.

– Wolałbym, żebyś zachowywał się jak mój agent.

– W takim razie, co było, minęło, tak Layt?

– Pierdol się Perce.

– Jasne.

Wspaniałe uczucie. Musiał uratować to, co zostało z połowy życia spędzonego w  Los Angeles. Pojawił się tu z Broadwayu i traktowano go z szacunkiem. I Samantha nie miała tu nic do rzeczy. No cóż, może trochę, ale i tak to miasto otworzyło się przed nim jak uda nierządnicy. Bierz, co chcesz. Kawałek po kawałku. Tony scenariuszy. Sześciocyfrowe honoraria w czasach, kiedy pieniądz był coś wart, kiedy Pacino dostał tylko trzydzieści pięć tysięcy dolarów za pierwszego Ojca Chrzestnego. Limuzyny wiozące go na przedpremierowe pokazy. Pośrednicy nieruchomości pokazujący, jak żyją gwiazdy. Nazwisko ukazujące się w rubryce towarzyskiej „Timesa”, kiedy pokazywał się publicznie. Stoliki zarezerwowane w Chasen’s, La Famiglia, Imperial Gardens, których nie trzeba było zamawiać. Przyjęcia, na których oklaskiwano go, kiedy tylko wszedł. Dodatki, operacje giełdowe, procenty od całości. Kupowanie antyków. To wszystko w wieku dwudziestu sześciu lat.

Przypomniał sobie antyki, które kupowali z Samanthą. Zatrzymał się w The Antique Guild, żeby coś kupić, chociaż jakąś starą spluwaczkę. Zakręciło mu się w głowie. Cała forsa, posiadłość, samochody – wszystko zostało rozpieprzone przez opętanych żądzą księgowych, beztroski management i jego własne niedbalstwo. Już nie było go stać na ekstrawagancję. Wątpił też, by Amy chciała szorować starą spluwaczkę.

Niewielki, wymalowany ręcznie napis u wjazdu do Bel Air od strony kanionu Stone informował, że zorganizowano tam „wyprzedaż garażową”. Layton skręcił z Sunset i pojechał za strzałkami. Wyprzedaże w Bel Air zawsze były warte grzechu. Znów jakiś niedojda topił się w hollywoodzkim marzeniu.

Starannie przystrzyżone zielone trawniki, równie rozległe jak domy, pozwalały poczuć się po królewsku. Kraina z bajki. Zaparkowane samochody sąsiadów, którzy na podobieństwo sępów wyszukiwali co smaczniejsze kęski za bezcen. Mercedesy, BMW, rollsy, range rovery i cały wybór amerykańskich luksusowych samochodów. Na podjeździe stał daimler z napisem SAM na tablicy rejestracyjnej. Mógł się tego spodziewać. Jego była miała nosa do tych spraw. Pomimo swoich milionów nigdy nie przepuszczała dobrych okazji. Uważała, że właściciele sklepów i robotnicy liczą sobie od niej do trzydziestu procent więcej niż od innych, bo była tym, kim była, co jednocześnie powodowało, że chciała ów procent odebrać sobie przy innych okazjach. To z kolei sprawiało, że sprzedawcy windowali swoje ceny na towary i usługi o czterdzieści procent. Nawet na wyprzedażach garażowych trzeba było mieć końską wytrzymałość. Mieszkańcy Bel Air uważali, że nie przystoi targować się jak przekupa. Podawało się cenę, kupujący proponował inną i dochodziło się do porozumienia w ciszy i spokoju. Samantha nigdy nie dochodziła do porozumienia w ten sposób. Zbyt przywykła do stawiania na swoim. Została niekoronowaną królową Hollywood, grała więc swoją rolę do końca. Taka właśnie była.

– Myślałem ostatnio o Marku – zaczął Layton, kiedy tylko ją zobaczył.

Ich syn był jedynym powodem ich sporadycznych kontaktów. Mieszkał z matką i Layton rzadko go widywał.

– Nie zaczynaj – wyszeptała Samantha. – Wiesz, jak nie lubię scen.

Miała na sobie szare, jedwabne spodnie, pasującą do nich jedwabną bluzę, czerwoną wstążkę akcji na rzecz chorych na AIDS wpiętą nad lewą piersią. Czarne okulary od Armaniego na nosie, złoty naszyjnik, czerwone buty od Cole Haan i czerwoną czapkę – bejsbolówkę.

– Nie, ta wiedza jest mi całkowicie obca – odparł Layton.

– Czy mam sobie stąd pójść, czy zostawisz mnie w spokoju?

Skóra wystająca spod daszka czapki była tak lśniąca i gładka, że można byłoby sobie zrobić ścieżkę z kokainy na jej policzku. Nie zawsze tak było, ale nawet powiększone pory kurczą się, kiedy pieniądze nie stanowią problemu, a najznakomitsi artyści od pielęgnacji skóry są na wyciągnięcie ręki.

Nie widział jej zielonych oczu, bo okulary od Armaniego opierały się lekko na małym, prostym nosie ze ściągniętymi nozdrzami – ich właścicielka spała w młodości na plecach, z zaciśniętą na nozdrzach klamerką do wieszania prania. Miała zmysłowe, ponętne usta, na których zawsze błąkał się nieznaczny, cierpki uśmieszek. Tak jak Garbo, której twarz można było podzielić na cztery równe ćwiartki, Samantha Sanders posiadała ową rzadką równowagę rysów, którą kamera zdawała się pieścić i hołubić. Miała długie nogi, muskularne od ćwiczeń i doskonale utrzymane ciało, ów doskonały wygląd sportsmenki u szczytu kariery, która tylko czeka na strzał, by wystartować do maratonu. Takiej, która wie, że bez względu na rodzaj zawodów, jest klasą dla samej siebie.

– Chcę przyjść do Marka i obejrzeć jego pokój. Powiedział mi, że go wyremontowałaś.

– Nie chcę cię widzieć w moim domu.

– Chłopak mnie potrzebuje. Nie uprawia żadnych sportów. Zmieniasz go w babę.

– Jest wysublimowanym dzieckiem i dlatego go nie rozumiesz. Jest artystą. Gra na saksofonie. Nawet komponuje.

– Ma piętnaście lat, powinien ganiać za piłką.

– Przykro mi, nie podziela twoich młodzieńczych fascynacji.

– W jakich kolorach urządziłaś mu pokój, w różu i fiolecie?

– Jest cały w mahoniu, jeśli musisz wiedzieć.

– Muszę.

Poczuł gwałtowne uderzenie adrenaliny, a jego serce zaczęło kołatać coraz szybciej, w mózgu kołowało mu się od mieszanki kokainy, trawy, ecstasy i GHB. Robił, co mógł, by powstrzymać znany mu już dobrze pełnoobjawowy atak niepokoju.

– Zrobi zdjęcia swojego pokoju polaroidem i przekaże ci je przy kolejnych odwiedzinach.

– Czemu taka jesteś? Stać cię na wielkoduszność, zdejmij tę pokrywkę, wpuść trochę słońca.

– Nie mogę znieść, jak tak mówisz. Znów ten sam narkomański bełkot.

– Chciałaś powiedzieć, że nie rozumiesz. A to dlatego, że nie chcesz słuchać. Słyszysz tylko wtedy, gdy ktoś ci przytakuje.

Ludzie na podjeździe zaczęli dyskretnie łowić wypowiadane przez nich słowa. Była to jedna z takich rozmów, jakie wypełniają umieszczane na pierwszych stronach gazet artykuły autorstwa Roberta Osborna albo działy plotek z towarzystwa. Gdyby w pobliżu znajdował się jakiś fotograf, żyłby dostatnio przez co najmniej trzy miesiące z jednego zrobionego tu zdjęcia. Samantha nienawidziła fotografów. Layton witał ich zawsze z uśmiechem. Ale wokół nie było widać ani jednego aparatu. Tylko chmara bogatych ludzi, którzy, udając zainteresowanie lampami i fotelami, starali się uchwycić to, co mówiła para rozwodników.

Samantha odeszła od Laytona, ale on podążył w ślad za nią. Jak za starych, dobrych czasów. Znane doskonale mdłości wezbrały w nim jak tsunami. Zawsze mu to robiła: czuł się przy niej mały i nic nie warty.

– Mark jest też moim synem! – krzyknął za nią.

Widział wyraźnie, jak mięśnie na jej szyi naprężyły się jak postronki. Nie musiał oglądać jej twarzy, by wiedzieć, że wydęła wargi i zmrużyła oczy. Ale nie spodziewał się, że zakręci się na pięcie i wysyczy:

– To jedno, czego żałuję – że jesteś jego ojcem.

– A jak myślisz, jak on się czuje ze świadomością, że jego matka to wredna pizda?

Wielki błąd.

– Przynajmniej nie ma matki łajzy. Nie musi się za mnie tłumaczyć przed kolegami.

– On nie ma żadnych kolegów – wypalił Layton. – Na tym między innymi polega jego problem. Nikt nie jest wystarczająco dobry dla niego.

– A już z całą pewnością nie jego ojciec – odparowała Samantha.

Wtedy właśnie Layton objął ją lewą ręką za ramię i walnął pięścią w brodę, strącając z twarzy okulary. Samantha upadłaby, gdyby jej nie podtrzymał. Jej kierowca i trzech innych mężczyzn skoczyło jej na pomoc. Chwycili Laytona i odciągnęli go od niej.

– Pożałujesz tego – warknęła jak zła disneyowska wiedźma.

– Od trzynastu lat czułem, że w końcu się doprosisz.

– Skontaktują się z tobą moi prawnicy.

Jej wężowe oczy wolno omiotły spojrzeniem przyglądający się wszystkiemu tłumek, po czym zniknęła we wnętrzu daimlera. Layton roztarł pięść i z uśmiechem zdeptał jej okulary. Wspaniała widownia. Brakowało mu jedynie ich oklasków.

* * *

Nie