Zły człowiek - Jarosław Kowal - ebook
Opis

Z muzyki łatwiej umierać, niż żyć, czego przykładem jest Jacek – pasjonat przymuszony do „wstrzeliwania” się w tematykę grantów i utrzymywania towarzyskich kontaktów z działaczami, których skrycie nienawidzi. Manifestacja frustracji skutkuje wykluczeniem go ze „środowiska kulturalnego”, ale klęska zawodowa nie jest najdotkliwszą w życiu Jacka. Właśnie został ojcem, rozstał się z matką syna, nie może poskładać niejasno określonych w czasoprzestrzeni relacji z mężczyznami i kobietami, a na każde ważne pytanie odpowiada sobie „nie wiem”. Ratunku szuka w psychoterapii, ale dostaje jedynie kolejny pretekst do ucieczki przed życiem. Można by pomyśleć, że to głos pokolenia, ale dla Jacka nie istnieje żadne pokolenie, tylko zbiór przypadkowych, zapatrzonych w siebie osób – złych ludzi, takich jak on.


Jarosław Kowal, ojciec Bogumiła, syn Ryszarda i Marii, dumny mieszkaniec dzielnicy Nowy Port w Gdańsku. Rocznik zbyt odległy, aby dobrowolnie zdradzać wszystkie cztery cyfry – ta najważniejsza, trzecia z kolei, to 8. Według wskaźnika MBTI typ osobowości INTP, według Enneagramu czwórka ze skrzydłem pięć. W 2006 rozpoczął pracę w studenckim radiu SAR, co na zawsze zmieniło jego życie. Po blisko 3 latach pełnienia różnych funkcji w rozgłośni związał się zawodowo z muzyką: pracował jako doradca fachowy działu Muzyka/Film w jednym z marketów, przez niemal 2 lata współtworzył program gdyńskiego klubu Ucho, pracował przy 3 edycjach festiwalu Globaltica, prowadził własną agencję artystyczną – Freakpointing. Ściągnął do Trójmiasta kilka znanych kapel, na które przyszła kupa ludzi i kupę kapel, na które przyszło kilka osób. Współzałożyciel fundacji Plankton, której prezesem był od grudnia 2010 do marca 2013. Współpracował z lokalnym mediami: MM Trójmiasto, GdanskTown.pl, Kurier Gmin i Powiatu Gdańskiego, Radio Fabryka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Jarosław Kowal

Zły Człowiek

Strona redakcyjna

Redakcja: AdAstra

Korekta: Alicja Laskowska

Okładka: Numalab Design Collective

© Jarosław Kowal i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-983-5

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Zły Człowiek

Siedziałem na tej samej beżowej kanapie z plamą pośrodku, na której siadałem przez kilka ostatnich lat. Koło 10 zaczynało robić się ciasno. Scena padła łupem wijącego się nieślubnego syna któregoś z braci Gallagherów i Shazzy. Miał wszystkie atrybuty gwarantujące poczucie wyjątkowości: rejbany; rozciągnięty T-shirt, odsłaniający zaczerwieniony od ostrza maszynki kanciasty tors; obcisłe spodnie; workowatą czapę; własnoręcznie skręconego szluga. Każdy zna/widział kogoś takiego, a skoro tak, to co to za indywidualność? „Bycie innym” to nic więcej ponad marne „bycie innym od”. Też kiedyś byłem „specjalny” – włosy do pasa, irokez stawiany na cukier, łobuzerskie „zero” na głowie, tribale, później kolorowe dziary, spodnie ściągnięte z Morrisona, podarte jeansy, czarno-czerwona kratka, glany ze zdartymi „noskami”, doskonale zakonserwowane martensy, platformy dające mi w sumie ponad 2 metry, cyberloxy, kolczyki w brwi oraz małżowinie, blizny horyzontalne oraz wertykalne...

Wyłamywałem się z szerokiego kręgu na rzecz trochę węższego. Nie byłem już jednym z milionów, ale z setek tysięcy. Kilka zer mniej na poczet kilkukrotnie zwiększonego ego. Czwórka ze skrzydłem pięć – dowartościowywało mnie towarzystwo Edgara Allana Poe, Johnny’ego Deppa i Kurta Cobaina. INTP – od 1 do 3% ludzkości, wynik wydający się atestem nadzwyczajności... dopóki nie obliczy się procentu z 7 miliardów. Nie ucieknę od schematu, każdy mój ruch jest już skatalogowany, każda myśl naukowo zdefiniowana, każda emocja wytłumaczalna kulturowo, społecznie, psychologicznie, fizycznie...

Koszulka Smar SW i brak kilku zębów od otwierania jaboli to zjawisko powszechne jak idiotyczne teksty młodych rockowych zespołów. „Moje zęby kochają kwiaty niczym trzmiele, chciałbym zabrać cię na karuzelę. Mogę dać ci tak wiele, ele, ele”. Ostatnie „ele” wykrzyczał, padając na kolana, jęczał jak zamieniający godność na ulgę męczennik. Kilka nastolatek wyciągnęło do niego dłonie – brał je na obojętność. Pozostali trzej chałturnicy nie byli aż tak rozchwytywani. Właściwie nikt nie zwracał uwagi ani na nich, ani na toporną improwizację, jaką zamykali koncert. Z późniejszej recenzji dowiedziałem się, że czuć było tam ducha Joy Division oraz Tides from Nebula, ja doznałem jedynie objawienia zmory odtwórczości. Przedstawili się jako The Cośtam i nie zamierzali ulegać dwóm – wystrojonym w dekolty niewspółmierne do rozmiarów stanika – dziewczynom błagającym o odegranie bisu. Grono statystów, zbiegłych z którejś produkcji Tima Burtona, chwyciło „gwiazdy” pod ręce i zaprowadziło do wcześniej zarezerwowanego stolika.

Kolejne pogardliwe myśli przyśpieszały tempo, w jakim napełniałem kieliszek. Nagle zreflektowałem się: „Co mnie to obchodzi, niech gówniarze sami odkryją, że indywidualizm to propagandowe hasło liberalizmu, za którym... albo może lepiej niech nie odkrywają i cieszą się z mimetycznego życia ofiar ameryk... nie, dość. Bez mądrzenia się w myślach”. Kolejnego przechyliłem na zdrowie swojej zgorzkniałości oraz poczucia posiadania tajemnej wiedzy, o którą młodzi ignoranci będą musieli stoczyć jeszcze niezliczone boje.

Po koncercie potężna kolejka zablokowała dostęp do sąsiadujących z szatnią toalet. Wyprasowana, lśniąca i wyżelowana młodzież tylko czekała na moment, kiedy cena za wstęp do klubu spadnie z 5 złotych do zera. Kalkulacja była prosta – albo występ kapeli z garażu, albo (w wypadku posiadania ważnej legitymacji studenckiej) piwo. Przypadkowe osoby dosiadały się i odchodziły bez pytania, komunikatu, bez zauważenia, że na środku kanapy w kształcie litery L ktoś porusza się w monotonnym algorytmie nalewania i wlewania. Niewidzialność stanowiła wymarzone schronienie, dopóki ktoś nie próbował na mnie usiąść...

Kiedy frekwencja na dłużej utrzymywała status quo, a orędownicy plotek zebrali odpowiedzi na „co słychać?” od wszystkich „ważnych” postaci, pojedyncze spojrzenia zaczynały mnie identyfikować. W końcu dosiadła się do mnie pucułowata organizatorka dziwnych wydarzeń, podobno wyznaczających trendy w sztuce współczesnej (lokalne media zapewniały o tym przy każdej okazji). Na ramię z wytatuowanymi motylami i kwiatami opadał ciężki kok z rudych dredów. Pół głowy goliła na zero, przez drugie pół ciągnęła się grzywka zasłaniająca oko. Pomysłów zawartych w tym uczesaniu starczyłoby przynajmniej na kilka głów. Miała na sobie sukienkę podobną do tej, w której moja babcia pracowała na działce. Kalosze zresztą też.

– Czeeeeeść – właściwie to „ść” już nie słyszałem. „E” było tak długie, że zdążyłem się wyłączyć. – Co tak sam siedzisz? Chodź do nas.

Wskazała na kilka osób zajmujących stolik na przeciwnym końcu sali. Dwie kiwały dłońmi i szczerzyły się z niewinnością, której podłożem mógł być wyłącznie alkohol.

– Jakoś dzisiaj nie mam siły, wolałbym posiedzieć sam.

– No chooooodź, poznasz Johannesa i Cosimo.

– Kogo?

– Johannes Agrippa i Cosimo Villa Nova.

– Nigdy nie słyszałem.

Nawet nie zapamiętałem ich nazwisk, te powyżej są zmyślone.

– Gazet nie czytasz?

– Nie czytam.

– To znani performerzy. W bardzo obrazoburczy sposób przedstawili drogę krzyżową do muzyki Klausa Nomi. Wydarzeniu patronowały liczne media, a fragment pokazano na TVP Kultura – odczytywała z pamięci notkę prasową. – Poza tym tworzą też instalacje inspirowane Biblią. Poszukują odniesień do niej we współczesnej popkulturze...

– Skąd są? – przerwałem.

– Z Tczewa.

Szukałem w głowie uszczypliwego komentarza o kompleksie dużego miasta, ale akurat dosiadła się do nas kolejna osoba ze stolika, do którego byłem zapraszany. Opisanie koloru jej włosów musiało stanowić antonim fryzury Królewny Śnieżki, przez co de facto bardziej kojarzyła się z zimą niż piękność opisana przez braci Grimm.

– O czym tak sami gadacie?

– Wyobrażasz sobie, że Jarek – naprawdę nazywam się Jacek – nie zna Johannesa i Cosimo?

– No co ty? Oni są niesamowici, potrafią połączyć historie sprzed 2000 lat ze współczesnością, istna postmoderna.

– Co? – z wrażenia aż oblałem się wódką.

– A tak sobie filozofuję, nieważne.

„Ponowoczesność” nie przyjęła się, ale skąd moda na używanie naleciałości z języka chorwackiego? Czyżby polscy postmoderniści tak bardzo uwielbiali turystykę wzdłuż wybrzeża Morza Adriatyckiego, że aż zapomnieli własnego języka?

Tczewscy artyści (i jeszcze kilka innych osób) pokonali długość zatłoczonej sali na sposób ciężkich bombowców z niesprawną nawigacją. Dosiedli się do nas, obwieszczając to pijackim bełkotem całej świcie zgromadzonej wokół kociewskiego The Factory. Rozpoczął się najgorszy etap wieczoru – interakcja. Zazwyczaj byłem jej najsłabszym ogniwem i prawie nigdy się nie odzywałem. Tym razem już po kilku minutach zostałem wywołany do odpowiedzi w kwestii aborcji. Na moje „jeżeli aborcja jest morderstwem, to opierdalanie laski jest kanibalizmem” wszyscy wybuchli gromkim śmiechem. Zanosili się do czerwoności, a mnie ta sama barwa naznaczyła w ramach wstydu za rubaszne podsycanie żulerskiej aury. Któraś z dziewczyn wymądrzała się, że takie obciąganie musiałoby się zakończyć przełknięciem zawartości opróżnionych jąder. Nie podniosłem rękawicy. Epatowała lingwistycznym reżimem, z którym ani nie chciałem się kłócić, ani mu poddawać. Wyminąłem ją jak ulicznego kundla gotowego przełamać wieloletni spokój na rzecz rzucenia się do gardła przypadkowego przechodnia.

Kilka flaszek później towarzystwo uaktywniło się na parkiecie i nad kiblami. Widok urzędniczki rozliczającej miejskie projekty, kucającej w rozkroku demaskującym jej ukryte wdzięki, z głową na gumowym karku zawieszoną nad własnymi różowymi rzygami, może wywrzeć silne wrażenie poglądowe. Wszyscy jesteśmy ludźmi, ale jeśli tylko zdołałaby zapamiętać twarz tego, który ową rzadką figurę mógł zarysować wspólnym znajomym na kolejnej imprezie, to marny los czeka faktury, umowy i sprawozdania, jakimi będzie chciał się rozliczyć z miastem.

Tkwiłem w rogu, obok plamy. Najpierw przysunął się do mnie Johannes i wybełkotał, że Gośka ma na mnie oko. Bałem się, że zaraz przekaże mi liścik z odciśniętym śladem szminki na wierzchu, ale na szczęście ktoś wyciągnął go do odtańczenia YMCA. Później Gośka usiadła na wysuszonej plamie, szczerząc zęby w geście, który prawdopodobnie miał być seksowny. Wyglądała na szesnastolatkę, ale wiedziałem, że zbliża się do wieku chrystusowego. Włosy do pasa i grzywka, okulary zerówki i sweter po bracie, pod rajstopami – na lewym udzie – duży siniak. Dałbym sobie rękę obciąć, że skończyła polonistykę albo kulturoznawstwo, ale okazało się, że jest po psychologii.

– Fajnie się z tobą gada. – Z mojej strony wyglądało to raczej na słuchanie. – Nie trzeba pilnować się z żadnym tematem. Jesteś taki szczery i otwarty.

– Z każdym tutaj mogłabyś szczerze porozmawiać – broniłem swojego poglądu o nieistnieniu wyjątkowych ludzi.

– Nie, ty jesteś... jesteś inny.

Im bardziej się zbliżała, tym bardziej uciekałem z azylu przeźroczystości, który zdradziecko przemienił się w dom uciech. Ledwo układała zdania i bałem się, że zaraz na mnie zwymiotuje. Przerwałem trajektorię otumanionego ciała zasłoną z wyprostowanych rąk, kiedy przyśpieszający oddech zaczął mrużyć moje oczy.

– Nie jestem. Mało mówię, więc wydaje ci się, że jestem zimnym księciem skrywającym jakąś pociągającą tajemnicę, ale prawda jest taka, że jestem po prostu nie w humorze. Nie mam romantycznej depresji i nie prowadzę zaciekłej walki z brakiem natchnienia. Jestem zwyczajnie wkurwiony i przychodzę tutaj jak do pracy, a nie dla przyjemności.

– Założę się, że wszyscy mówią ci, że jesteś fascynująco dziwny.

– Ciężko powiedzieć, nie znam wszystkich.

– Nabijasz się ze mnie – trąciła mnie opuszkami palców. – Myślisz, że jestem pijana i możesz mi wkręcać. Ja mam wszystko pod kontrolą.

Wyszedłem na papierosa. Nie palę. Nie wróciłem. Wystarczy roboty na jeden wieczór. Świeże powietrze wysłało mi zaskakujący komunikat – wypiłem więcej, niż myślałem. Przekląłem siarczyście na myśl o moim jutrzejszym samopoczuciu. Po powrocie coś jeszcze robiłem... sprawdziłem skrzynkę mailową, zjadłem kanapkę z majonezem, zasnąłem, słuchając francuskojęzycznych pieśni Iggy’ego Popa.

Plecak, ciężki od puszek taniego piwa, nie wydał żadnego dźwięku, upadając na środku wąskiej alei między wydmami. Z jednej strony zasłaniały nas drzewa sąsiedniego parku, z drugiej ściana stanowiąca jedyne wspomnienie po stojącym tu kiedyś wojskowym budynku. Zawsze, gdy organizowano w naszej szkole dyskotekę, przychodziliśmy w to miejsce. Rodzice myśleli, że tańczymy do Bani u Cygana pod opieką kompetentnego grona szanownych herbartystów, ale my woleliśmy naszą muzykę odgrywaną z walkmanów i smak nigdy nieignorującego nas alkoholu. Było nas pięcioro, każdy zupełnie inny. Prawie jak Spice Girls, ale nasza paczka zawiązała się bez castingu. Buźka i Emil byli harcerzami – pierwszego bardziej interesowały militaria, drugiego dziewczyny. Patrycja miała piękną twarz i lekko przekrzywioną dwójkę, drobne deformacje stomatologiczne zawsze wzbudzały we mnie dreszczyk podniecenia. Wypowiadanie się na temat jej urody groziło awanturą, do czego często doprowadzałem. Drżący głos i rumieńce przemieniające jej bladą twarz w podwójną flagę Japonii dodawały jeszcze więcej wdzięku. Ela nie miała uroku wywleczonego na zewnątrz, ale dużo gadała i z tego powodu większość chłopaków kręciła się wokół niej. Do pierwszego piwa pozostawała bogobojna, paradoksalnie mój ówczesny ateizm komentowała: „Jak możesz wierzyć w te bzdury?”, choć właśnie od słowa „wiara” próbowałem się odżegnać. Już wtedy zdradzałem melancholijną naturę, ale im mniej się odzywałem, tym większą odczuwałem sympatię z zewnątrz. Czasami mam wrażenie, że ludzie lubią mnie za zamkniętą gębę. Myślą pewnie, że zawsze ich wysłucham, nie ocenię, może nawet mam podobne zdanie.

Emil wyciągał puszki, otwierał (z jakimś tajemniczym harcerskim ceremoniałem) i podawał każdemu po kolei. Wypiliśmy za nas, największą wartość, jaką wtedy mieliśmy. Planowaliśmy kiedyś zamieszkać razem, tworząc komunę o wspólnych ideałach i celach. Emil często podśpiewywał: „za kilka lat mieć u stóp cały świat”, ale zagłuszaliśmy go – nikt inny nie lubił Perfectu. Rodziny znaczyły niewiele, wręcz przeszkadzały, o zakładaniu własnych nie było mowy. Cel był tak przytłaczający, że w jego obliczu musiałem ukrywać świeże i nieznane dotąd uczucie – zakochałem się w Patrycji. Do dzisiaj sposób pożytkowania rozrastającej się emocji stanowi dla mnie wiedzę niemal mistyczną.

Kilka piw później grupę zasiliło więcej osób z klasy i kilku innych znajomych oraz ich znajomi, którzy dla nas byli obcy. Jeden z nich był typem wesołka zyskującego aplauz ośmieszaniem innych. Kogoś wyśmiał za gadkę o polityce, innemu wmawiał miłość do – delikatnie mówiąc – mało lubianej, grubej dziewczyny z młodszej klasy, jeszcze komuś wsypał piach za kołnierz. Kiedy dotarł do mnie, miałem już na koncie opróżnienie trzech puszek. Obserwowałem go od początku i przygotowałem szereg odzywek na wypadek konfrontacji.

Rzucił coś o moich długich włosach i koszulce Vadera. Przejrzałem ułożone teksty, ale słowa pozamieniały się miejscami i zdaniami. Rozkręcał się, a ja nie mogłem złapać rytmu. Kiedy odwrócił się, by dyrygować chórem chichoczących dziewczyn, oddałem swoje kończyny bardziej kompetentnemu w takich sytuacjach gniewowi. Zacisnąłem dłonie na jego bielutkim polo i szarpnąłem z całej siły. Spodziewałem się, że upadnie, ale zamiast tego materiał puścił i odsłonił pryszczate plecy. Zdążyłem jeszcze uderzyć go kilka razy w twarz, zanim nas rozdzielili. Odszedł z dwoma kolegami, krzycząc: „Zajebię cię za to, lepiej nie pokazuj się na mieście! Mój bracki ma kumpli z więzienia, powybijają ci zęby!”. Dziewczyny z paczki były wyraźnie zmartwione, pytały, po co to zrobiłem. Byłem gotów rzucić się na jeszcze kilka osób, byleby Patrycja bała się o mnie jak najdłużej.

Pod koniec imprezy znowu było nas pięcioro. Elka rzygała w krzakach, Emil opiekował się nią, Buźka ściągnął buty i skarpety i wszedł do morza po kolana, coś krzyczał. Rozłożyłem na piasku dżinsową katanę, położyłem się na niej, a chwilę później Patrycja ułożyła głowę na moim ramieniu. Bełkotaliśmy coś o niebie i gwiazdach, pytała, czy znam jakiś gwiazdozbiór, ale żadnego nie widziałem. Pocałowałem ją w głowę i zaciągnąłem się zapachem szamponu. Później twierdziła, że tego nie pamięta.

Wymienialiśmy się listami bez wiedzy reszty paczki, czasem nawet widywaliśmy się zupełnie sami. Zapraszała mnie do domu na zupę mleczną, a nasze matki wściekały się, kiedy wisieliśmy na telefonie kilka godzin dziennie. Na każdej kolejnej imprezie zawsze bujaliśmy się do Coma White Mansona, jej pierwsze dźwięki były niczym róg Wojskiego – wzywały nas do zautomatyzowanej czynności. Ściskałem ją z całych sił, czasem prosiła, żebym poluzował, bo nie może złapać oddechu. Im więcej było tylko nas, tym większy żal mnie ogarniał, kiedy zostawałem sam. W nocy przytulałem poduszkę, wyobrażając sobie, że zasypiamy razem. Zacząłem wtedy pisać wiersze, które treściowo plasowały się pomiędzy Piaskiem a Cannibal Corpse. Podejrzewałem, że nasze uczucia pokrywają się, ale nie mogłem postawić na szali tak intensywnej przyjaźni.

Jesień, a jeszcze bardziej zima, zintensyfikowały rozpacz. Poszedłem do parku graniczącego z nabrzeżem, w nocy spadł pierwszy śnieg. Założyłem sobie konkretny cel – w kieszeni kurtki krył się nóż do chleba z drobnym uzębieniem. Przeciągnąłem jego ostrzem po lewej ręce, ale ledwie zdarł naskórek, pozostawił przy tym wredne pieczenie. Chciałem zobaczyć krew na czystym śniegu. Poprawiłem, ale nawet kiedy się pojawiła, to wypływała zbyt wolno, żeby skapnąć na ziemię. Zacisnąłem prawą dłoń tuż nad raną, niewiele pomogło. Ponownie przyłożyłem narzędzie, tym razem już bez pruderyjnej delikatności. Wyszarpane skrawki skóry zwisały ze stali – udało się. Nabrałem lekkości podobnej do, znanego mi z relacji, uczucia pozostawienia grzechów w konfesjonale. Miłosna trucizna opuściła organizm, ale ośrodek produkujący ją tętnił w perfekcyjnie odgrywanym takcie.

W ostatniej klasie czas narzucił dodatkową presję. Nie odważyłem się wymówić najcenniejszego słowa, jakie znałem, posłużyłem się natomiast wypracowaną przez nas metodą pisemną. Ponadto załączyłem sporych rozmiarów zielony pierścionek (całą serię podobnych dodawano kiedyś do proszków do prania). Zauważyła go kiedyś u mnie i chciała zabrać, ale droczyliśmy się tak długo, że o nim zapomniała. Napisałem, że nie zniosę odmowy – ani werbalnej, ani epistolograficznej. Poprosiłem, żeby następnego dnia przyszła do szkoły z pierścionkiem na palcu, jeżeli chce tego samego, lub bez, jeżeli mnie nie kocha.

Umarłem na kilka kolejnych lat. Trup uchronił się przed rozkładem dzięki kroplówkom z nadziei. Jak rzadko kiedy spełniły się i ozdrowiałem za sprawą nowej miłości.

W wybudowanym na planie kwadratu pokoju stały tylko dwa krzesła, stolik i akacja. Obok donicy leżał kamień wielkości dwóch pięści dorosłego mężczyzny, białe prążki próbowały upodobnić go do pisanki lub plemiennej relikwii. Tą samą farbą pomalowane były ściany, na jednej z nich wisiał duży zegar. Domyśliłem się, że mam usiąść pod nim, aby moja rozmówczyni mogła – bez wprowadzania mnie w dyskomfort – zerkać, czy nadeszła pora na przesadnie długie westchnięcie i komendę „na dzisiaj będziemy kończyć”. Zajęła pozycję dokładnie naprzeciwko, dzieliły nas jakieś 2 metry. Wlepiła we mnie czarne ślepia, przypominające wytrzeszcz bałwanów z kreskówek. Nie odzywała się i nie uśmiechała, ale wyglądała na uśmiechniętą. Może to piegi, przebiegające w poziomej linii obejmującej cały nos, nadawały jej figlarne oblicze. Wierciłem się, próbując dać znak, żeby w końcu przemówiła, ale trwała w lodowej pozie. Pomyślałem, że to jakiegoś rodzaju gra psychologiczna. „Może sprawdza moje opanowanie? Specjalnie chce mnie wyprowadzić z równowagi”. Zmusiłem się do radykalnej petryfikacji. Nie chciałem przegrać na liczbę przeczytanych podręczników. Każda ekspresja zadeklarowanego stanu miała być zdecydowana, a wręcz zarozumiała... Nie potrafiłem nawet utrzymać spojrzenia złączonego z jej spojrzeniem. Oczy bezwładnie uciekały ku dwóm białym łukom, pokrywającym jedyny przedmiot w zasięgu wzroku, którego przeznaczenie nie było oczywiste. Przyszedłem tam z wystarczającą dawką uprzedzeń, żeby akademickie igraszki zakończyć trzaśnięciem drzwiami... Wtedy odezwała się:

– Z czym do mnie przychodzisz, Jacku? Możemy sobie mówić po imieniu, czy wolisz pan/pani?

– Wolę po imieniu.

– Mhm, to z czym przychodzisz?

Pytanie o powody zadziałało jak remedium – nagle nie mogłem przypomnieć sobie żadnego problemu. Dławiąc się ciszą, szukałem czegokolwiek, chociażby zmyślonego, byleby wywołać lawinę frustracji. Na pewno nadal tam były, ale zagrożenie zdefiniowaniem nakazywało im milczenie.

Zastanawiałem się, czy pusty pokój to przebiegłość, która każe mi niemal cały czas patrzeć na nią, czy czysty przypadek. Odpływałem w kierunku masochistycznych fantazji, doszukując się analogii między bliznami malowanego kamienia a moimi własnymi. Przywołała mnie dźwiękiem z pogranicza chrząknięcia i mruknięcia. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem. Przeniosłem wzrok na nią, jakbym chciał wybadać, czy to, co przed chwilą usłyszałem, ma aby na pewno ludzkie pochodzenie. Gapiła się. Z poważną, ale uśmiechniętą miną. „Stacja siódma, Jacek wkurwia się po raz drugi” – zdarzało mi się myśleć o sobie w trzeciej osobie. Znowu nabrałem ochoty na ostentacyjne opuszczenie minimalistycznie urządzonego pomieszczenia, ale najwyraźniej miała także parapsychologiczne zdolności, bo od razu zareagowała:

– Nie śpiesz się, daj sobie czas.

„Co za hipokryzja, zabrała mi już połowę spot-kania”.

– Chciałbym pani...

– Ania – przerwała, wywołując kolejne wkurwienie, ale kontynuowałem.

– Chciałbym opowiedzieć o tylu rzeczach, że trudno mi wybrać coś na początek.

– Może opowiedz o tym, co cię najbardziej dręczy, nad czym chciałbyś pracować na spotkaniach tutaj.

– Jest kilka rzeczy... Niedawno zostałem ojcem, a właściwie nie mam pracy i nie wiem, czy chcę być całe życie w związku, w którym jestem...

– Nie możesz znaleźć pracy?

– Nie o to chodzi... Właściwie to jej nie szukam. Występuję na scenie, gram trochę...

– W zespole?

– Nie, sam gram. Ja, kontrabas i laptop.

– Jeżeli nie można z tego wyżyć, to może powinieneś poszukać pracy, a muzykę traktować jako hobby?

„Złote rady” zawsze wzbudzały we mnie potrzebę postępowania wbrew nim.

– Może... próbuję dorabiać jako dziennikarz, czasem gram jako DJ na osiemnastkach... ale to i tak za mało.

Dyskutowaliśmy o pracy (a właściwie „pracy”) jeszcze z 10 minut – tyle zajęło przekonanie jej, że na poradnictwo reaguję przekorą. Irytowało mnie używanie słowa „artysta” w odniesieniu do zajęcia, jakim się parałem. Później jednak prowadziłem długą wewnętrzną debatę, dotyczącą określenia swojego „zawodu”. Granie natchnionych pieśni przed 20 osobami, z których połowa to znajomi – i nawet oni mają w dupie mój wysiłek, przynosi korzyści finansowe w wysokości 100-300 złotych. Niby praca. Własnoręcznie prezentuję samodzielnie wymyślone utwory. Niby sztuka. Czemu więc czuję się jak bezrobotne beztalencie? Może dlatego, że ostatni raz byłem na scenie prawie rok temu? Może dlatego, że nawet kamieniarz nie jest już rzemieślnikiem, tylko artystą? Wystarczy wyryć gotykiem „Kowalski” na płycie nagrobkowej i voilà – odbijak przemienia się w niechlujnie narzuconą na bujną czuprynę fedorę, a słony strumień na szyi zawiązuje się w jedwabny szal. Wytwór znaczy utwór, chroni go prawo autorskie nieodróżniające Eweliny Kaufmann od Tadeusza Kantora. Barbara Białowąs, Cecila Gimenez, Mr. Brainwash, Paulo Coelho, Marian glazurnik, Zenek hydraulik, Gienek szczurołap! To już nawet nie jest bycie artystą z wyboru, to wyrok wydany na każdego, kto utrwala swoją wyobraźnię. Nieważne, czy kwas posłuży do stworzenia akwaforty, galwanizowania czajnika, czy zabójstwa – sztuka.

– Jaka jest sytuacja twoich rodziców? – wystrzeliła.

– Rozwiedli się, kiedy miałem 10 lat – odpowiedziałem powoli.

Przyłapała mnie z opuszczoną gardą, ale natychmiast podniosłem pięści. Nie dam się kombinacji uderzeń „psychoanaliza-Freud-seks z rodzicami albo seks-rodzice”. Sprawdzała moje mechanizmy obronne, na pewno stwierdziła represje i spróbuje namówić do swobodnych skojarzeń albo hipnozy... albo supresja, dysocjacja, prokrastynacja. Przypuszczałem, że zaproponuje leczenie książkami, ale zamiast tego wstała i wyciągnęła dłoń.

– Na dzisiaj będziemy już kończyć, jeszcze nie wiem, w czym mogłabym ci konkretnie pomóc, ale mam nadzieję, że ustalimy to na następnym spotkaniu. Pierwsze potraktujmy jako bezpłatne.

Ponownie uspokoiła złość, zanim jeszcze zdążyłem zdradzić jej najdrobniejszy przejaw. A może wcale tak nie było? Każdy z nas, wychowanków Zachodniej Cywilizacji, ma do przejścia jedną ze ściśle określonych dróg, jeżeli chce pozostać pełnowartościowym członkiem społeczeństwa. Nie pamiętam nic z chemii i fizyki, Mistrz i Małgorzata wciągnął mnie dopiero dekadę po pierwszym przeczytaniu, a po trzech latach nauki języka niemieckiego umiem powiedzieć wyłącznie: „Darf ich auf die toilette gehen?”. Wyuczyłem się natomiast odruchów, odzywek, reakcji na różne sytuacje. Na pytanie „Co można zrobić ze spinaczem?” już nie odpowiadam: „Taką rakietę, co może wyszukiwać wodę na odległych planetach, padlinożernego pankretozaura zombie albo wrota podziemnego królestwa mrówek”. Odpowiadam: „Spiąć kartki papieru”.

Ile razy w ciągu miesiąca powtarzam ten sam tekst przy podobnym zdarzeniu? Ile razy reaguję identycznym gniewem, kiedy ktoś posprząta mi biurko? Ile razy tak samo się cieszę, odpakowując przesyłkę z nową książką? Jak kundel Pawłowa... Może ktoś wyszkolony w odczytywaniu tych symptomów wie, co czuję, zanim jeszcze sam to pojmę.

Lata poszukiwań, zgłębiania i konstruowania zmarnowane. Zamiast żyć pomiędzy krawędziami hedonistycznych instynktów, rzeźbię kopię jakiegoś prastarego monumentu. Mało tego, nie dłubię dłutem w spiżu, ale patykiem w gównie. Byłem wściekły. Milczenie, radzenie i przede wszystkim odgadywanie mnie przekraczały poziom wkurwienia, przy którym potrafię przełączyć się na inną kategorię rozumowania. 45 minut w niemal pustym pokoju trwało w mojej zapełnionej od pytań głowie tysiące lat. Wiedziałem, że muszę tam wrócić.

Ból w kruchym, rozsypującym się natychmiast po przebudzeniu śnie, przeniósł się na jawę. Podkurczyłem nogi, po cichu syknąłem. Staś spał na plecach z otwartą buzią i kończynami rozrzuconymi na kształt litery X. Z lekarskim brakiem delikatności położyłem rękę na brzuchu w rozmiarze ananasa – oddychał równomiernie. Obłożyłem go pozwijanymi w wałki kocami, a na podłodze rozłożyłem kołdrę, w razie gdyby pokonał mikrofibrową fortyfikację. Zgięty wpół wyszedłem do toalety. Cierpienie na kiblu to jedno z największych upokorzeń, jakie mogą spotkać człowieka. Na szczęście nie miałem publiczności. Dobrze wiedziałem, że prężenie się i dręczenie skokami ciśnienia nie pomoże. To nie był pierwszy raz.

Skuliłem się na rozłożonym tapczanie i zacisnąłem kołdrę między nogami. „Co mi jest... Może to przez to wszystko z Michałem... Może sam to sobie zrobiłem?”. Ból odbytu zawsze wywoływał we mnie refleksje moralne. Czasem traktowałem go jak karę za perfidne odtrącanie dobra, ale kiedy mijał, sprowadzałem nachalne wyrzuty do pozostałości po katolickiej indoktrynacji.

Zegar stawał się sępem wyszarpującym z jeszcze przytomnego ciała kolejne sekundy upragnionego odłączenia się od rzeczywistości. 3 była godziną pokuty, 4 zadawania pytań ostatecznych, o 5 zaspanie łudziło mnie pseudoontologicznym dowodem na konieczność uśpienia przyziemnych żądz. Usprawiedliwienie może stać tylko za ostateczną korzyścią albo przynajmniej każdorazową nieszkodliwością. Jeżeli wszyscy się poddamy, to nikt nie może czuć szpili w dupie... A ja czuję. Miałem nawet pomysł na uogólnienie, które godziłoby napadowe piekło z imperatywem kategorycznym, ale już nie pamiętam... W stanie upicia zmęczeniem rzucałem jeszcze tylko przekreślające wszelkie dywagacje „o kant dupy to wszystko...” i traciłem przytomność. W nocy obwiniałem się za minione wydarzenia, rano za idiotyzm sparaliżowanego fizycznym bólem sumienia. Nierozłączna para konsekwentnego wstydu przed samym sobą.

Po etyce zdarzało mi się przechodzić do namysłów egzystencjalnych. Miałem życiu sporo do wygarnięcia, ale od dłuższego czasu ograniczałem się do stanowczych wulgaryzmów z jak najmniejszą liczbą sylab. Przecież i tak nikt nie podejmie dyskusji, nic się nie zmieni, a narzekanie może wyłącznie zepsuć mi nastrój na kolejny tydzień, miesiąc, rok. Życie rozrywa gwiezdne kolosy potężnymi supernowymi, dzieli się atomami w kolejnych projektach, czasem tak prostych jak ludzie... Coś z takim rozkładem zajęć nie będzie przecież troszczyć się o mój odbyt.

Udawałem, że robię coś ważnego – przekładałem papiery z miejsca na miejsce, szukałem nieokreślonego przedmiotu na wąskim regale obok biurka, przeglądałem portale informacyjne (od plotkarskich, przez poradniki, po muzyczne). Z głośników szeptał Mark Lanegan, co 10-15 minut ryk sunącego tramwaju okradał go z kilku sekund intymności i wywoływał drżenia suszących się talerzy. Siedziała przy swoim biurku w przeciwległym rogu pomieszczenia służącego jako salon, sypialnia, a nawet pokój dziecka. Ze szpar pomiędzy uszami a białymi słuchawkami wydobywał się irytujący szum, któremu wtórowały głębokie wdechy pary wodnej produkowanej przez e-papierosa.

Między nami rysowało się pobojowisko: robot bez ręki, przewrócony rowerek, kilka samochodzików, pluszaków, skarpetki, nawet stary laptop. Pośrodku siedział chłopiec z herbatnikiem w dłoni. Zapatrzył się w niebo. Przysunąłem się tak blisko, że blat naciskał na brzuch. To był mój azyl – głośniki i monitor. Nie uciekałem do niego po wyjątkowe przeżycia czy wymarzone odprężenie, chowałem się przed tym wszystkim, co miałem za plecami.

Dostałem kiedyś wiadomość na Facebooku: „Musisz mieć zajebiste życie, bo w tak młodym wieku już tyle zrobiłeś, a ja jeszcze nawet studiów nie skończyłem”. Podziwiam klasę artystyczną za siłę perswazji, żeby tylu ludziom wmówić swoją wyjątkowość... W czym moje wymyślanie i odtwarzanie piosenki jest lepsze od czyjejś piątki z kolokwium? Moje „osiągnięcie” to już gotowy produkt, który marnie się sprzedaje. W lokalach musi się coś dziać poza weekendowymi potańcówkami, więc dostaję zaproszenie na 45-minutowy występ w jakiś poniedziałek czy środę. Obejrzy go niewielka grupa ciągle tych samych osób, może jeszcze koleżanka bramkarza. Wypiją przy tym po piwie, więc manager jest zadowolony, ale niestety nie może mi zapłacić, bo było słabiej, niż się spodziewał. Za to liczy, że w przyszłości będzie mógł się zrewanżować. Zdarza się, że jakiś „eksperymentalny”, „progresywny” czy „post-coś” zespół chce zagrać nietypowy koncert i szukają muzyków o niestandardowych upodobaniach instrumentalnych. Przeważnie jest z tego jakaś kasa (gwarantowana albo procent od sprzedaży biletów), ale akurat za te emocje sam jestem gotów dopłacić.

Pełen klub, nie jakaś speluna zapomniana przez wszystkie GPS-y świata, ale 600-700 osób! Wielka scena, ganiający po niej ludzie z firmowymi bluzami „Sound-cośtam-Crew”, wycelowane w dziwoląga z kontrabasem lufy aparatów (co najmniej 5), kilometry kabli, rażące oświetlenie, zarośnięty akustyk w bojówkach, proszący przez odsłuchy o danie jakiegoś dźwięku. Nagle zaczyna się – wąska struga niebieskiego światła pada na twarze klawiszowca i wokalisty, perkusista i ja jesteśmy w cieniu. Gram powoli, z zamkniętymi oczami i spiętymi mięśniami. Czuję, jak ciężkie buciory wprowadzają scenę w rezonans. Przyśpieszające powietrze oznacza, że właśnie zawiesili na karkach gitary, jeszcze kilka sekund...

Potężne brzmienie było przerażające z tej perspektywy. Metal nie jest dla mnie obcy, ale łączenie go z moją muzyką kojarzyło mi się z tymi zabawnymi momentami, gdy w kościele ktoś za szybko wstaje z pieśnią na ustach. Myślałem wyłącznie o tym, żeby się dostosować. Chłopak znad klawiszy skinął głową, a jeden z gitarzystów puścił oko – znaczy, że jest dobrze. „Blindead, Blindead” – tłum nie skandował mojego nazwiska, ale przez chwilę wartość tego, co robię, była ponad kaprys i zawziętość, przynosiła realne efekty. Ile bym dał, żeby wychodzić z nimi na scenę każdego wieczoru...

– Musisz tak napierdalać w tę klawiaturę? – zaatakował głos z drugiego końca przekątnej.

Nie odpowiedziałem. Wciąż toczyła tę samą kłótnię, a decybele wytwarzane przez kontakt palców z plastikowymi literami były tak oklepanym wątkiem, jak koty i jazz w książkach Murakamiego. To jednak wystarczyło, żebym porzucił gorzkie żale „artysty” na rzecz konkluzji ostatecznej – „życie to ścierwo”.

W psychoterapeutycznym kontrakcie zgodziłem się na nierozwijanie fantazji samobójczych, ale nie przejmowałem się obietnicami, których wypełnienia nikt nie mógł zweryfikować. Nóż, pistolet, skok do kanału, z budynku... „Wszystkie formy samobója przed oczyma stają mi” – zanuciłem w myślach. Mam kilku znajomych o depresyjnych tendencjach. Zdarza się, że w swej bezradności piszą do mnie i zwiastują swój koniec. Najczęściej umierają na pracę lub miłość (albo ich brak). Wykorzystują moją niezdolność do rzucania „będzie dobrze” czy „wytrzymaj” i przelewają żale niczym tajemne grzechy zaufanemu spowiednikowi. Nasyceni przyjmują rozgrzeszenie i zajmują się wszystkim tym, co pozwala im spłacać kredyty i osiągać orgazm. Ja, bezbożnik, zostaję sam i nawet przed sobą nie udaję, że martwię się ich problemami. Wystarczy żal za winy i wysłannicy Siły Poruszającej przebaczą każdą zbrodnię. Jeżeli jednak cała ta procedura wzbudza wyłącznie szyderczy uśmiech, to każdą ranę trzeba będzie lizać samemu. Mnie już szczypie język.

Ala demonstracyjnie pierdolnęła kilka razy w swoją klawiaturę (niby naśladując mnie). Pomruczała coś pod nosem i wyszła do kuchni, dosłyszałem tylko: „nie mieszkasz tutaj sam”. Nie mam do kogo się odezwać, z kim spędzać czas, a jednak nie jestem sam. Muszę wypełniać wszelkie obowiązki związane z niesamotnością i nie mogę skorzystać z żadnego z jej dobrodziejstw. Tak naprawdę nie narzekałem na brak miłości, miałem szczerze dość wszystkiego, co kryło się za tym słowem. Straciło dla mnie moc, jakość i klarowne znaczenie. Wolałbym porzucić wszystko, z czym mi się kojarzyło i...

„Tatus, tatus” – cieniutki głos, zsynchronizowany z uderzeniami palca wskazującego w krzesło, brzmiał jak protest. Oczy w kształcie łuków i odsłaniający pierwsze zęby uśmiech przekreślały nienawiść do świata. Burzyły całą budowaną od ponad dekady filozofię życia. Wszystko miało być do zmiażdżenia, do przepłakania i do zalania krwią z płytkich ran. Wyjątek nie potwierdzał tej reguły, kruszył ją w drobny mak. Tak, jak jedna cząsteczka szybsza od światła nie byłaby argumentem „za”, lecz destrukcją całej teorii stojącej u podstaw ludzkiego pojmowania wszechświata. Bliżej prawdy, dalej od pewności siebie gwarantowanej przez permanentnie spuszczoną głowę. Nie mogłem wypowiedzieć umowy o życie, obecność Stasia zobowiązywała moją obecność. Musiałem mu pomóc wylądować jak najdalej od jabłoni.

Dziennik: Grasz koncerty już od jakiegoś czasu. Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką?

Ja: Nie pamiętam... pewnie zawsze była gdzieś wokół mnie, tak jak otacza każdego człowieka. Za dzieciaka kupowałem kasety z tym, co było popularne – Backstreet Boys, Scooter... O świadomym słuchaniu mogę chyba mówić od momentu, kiedy dostałem kilka kaset od ojca, m.in. Kraftwerk i Black Sabbath.

Dziennik: A co skłoniło cię do sięgnięcia po wiolo-nczelę?

Ja: Właściwie to gram na kontrabasie i wspieram się laptopem. Zawsze lubiłem dźwięk basu, ale nie miałem na niego pieniędzy. Dostałem stary kontrabas od przyjaciela rodziny, który grał na nim w kapeli psychobilly... Wściekłe Psy, chyba tak się nazywali.

Dziennik: Skończyłeś szkołę muzyczną?

Ja: Nie, uczyłem się sam. Tak naprawdę nawet nie wiem, czy robię to poprawnie.

Dziennik: Robisz to rewelacyjnie, niedawno byłem na twoim koncercie i wyszedłem z niego pod ogromnym wrażeniem.

Ja: Nie miałem na myśli tego, co gram, tylko jak... W innym wypadku to kwestia bardzo subiektywna.

Dziennik: W lokalnym środowisku artystycznym jesteś znana postacią, w innych miastach też masz swoją publiczność?

Ja: Nie wiem. Nie wiem, o jakim lokalnym środowisku mówisz. Jeżeli chodzi o te kilkadziesiąt osób pijących razem w 2-3 klubach na zmianę, to znany jestem tylko z tego, że nie dzielę się swoją flaszką. Tam każdy jest „artystą”, nawet jeśli jest dziennikarzem albo puszcza muzykę z VirtualDJ-a. Żadnego z nich nigdy nie widziałem na moich koncertach, chyba że czegoś ode mnie chcieli... a zazwyczaj chcą, żebym gdzieś zagrał po znajomości, za darmo. Nie żebym był pazerny na kasę, lubię grać, ale lubię też być najedzony, a od tych znajomości boli mnie już nie tylko brzuch. Wspomniałem o Kraftwerk – ich ideologia muzycznego robotnika bardzo mi odpowiada. Kafelkarz musi się wykazać nie mniejszą fantazją niż muzyk, po prostu układamy inny materiał w inne formy. Nie chcę być nazywany „artystą”, to upokarzający i obraźliwy zwrot, który kojarzy mi się wyłącznie z pijanymi debilami, reglamentującymi publiczne finanse, przestrzeń medialną i dostępność sceny. Kiedy słyszę, jak członkowie tego „elitarnego” klubu mówią: „Całe miasto huczało o twoim występie”, to czuję się, jakby ktoś wbił mi nóż między żebra... Dla nich całe miasto mieści się na obszarze jednego wylansowanego lokalu. Nie wiem, czy ktoś w innych miastach słucha mojej muzyki, rzadko gram tam koncerty... W ogóle rzadko ostatnio gram i dziwię się, że zaprosiłeś mnie do tego wywiadu.

Dziennik: To bardzo mocne słowa, nie obawiasz się, że zostaną źle zrozumiane?

Ja: Bardzo! Obawiam się, że zostaną zrozumiane jako żart albo – co gorsza – próba wybicia się ponad cały ten syf. Nie gardzę artystami po to, żeby być artystą niezależnym, wyklętym czy tajemniczym. Nie chcę być ponad tych wszystkich urzędników, organizatorów, muzyków, animatorów, malarzy, dziennikarzy i tych, których gęby zna każdy, ale wyłącznie znad wspólnego gwintu. Chciałbym, żeby mnie w tym nie było, żebym mógł po prostu grać, żyć z tego... Bez układów i ciągłego przekładania palca z jednej aktualnie decydującej dupy do innej, która za chwilę stanie się najbardziej obleganą. Właściwie to zgodziłem się na tę rozmowę tylko po to... Nie mam siły przebicia pośród tłumu liżącego sobie chuja, mógłbym po prostu nie przychodzić w te miejsca, ale to niczego nie rozwiąże. I tak dzwoniliby, pisali, zapraszali... Mam nadzieję, że teraz będą wiedzieć, jak bardzo mam ich dosyć i już więcej się nie zobaczymy. Mówię to nie jako lepszy czy gorszy od nich, ale jeżeli koniecznie będą chcieli dokonać takiego rozróżnienia, to mogą mnie usytuować na poziomie gówna – nie obchodzi mnie to. Mam już dosyć. To wszystko.

Dziennik: Uważasz więc, że współczesna kultura jest w słabej kondycji?

Ja: Jaka kultura? Przecież my nie rozmawiamy o operze czy filharmonii. Ta cała „kultura” to kilkanaście zespołów grających na każdej imprezie, benefisy organizowane dla kolegów, spotkania autorskie warte 10 000 złotych, na których jest 5 osób. To jest kpina z kultury, jej elitarność nie polega na niezrozumiałości dla przeciętnego człowieka, nawet nie na cenie za bilet, ale na jej marności i przesyceniu symulakrami. Dla kogo organizuje się np. wystawę obrazów czy instalacji ujmujących w przenośni relacje między dzieckiem a rodzicem w perspektywie postępującej globalizacji i kryzysu gospodarczego?

Dziennik: Uważasz, że sztuka wyższa jest niepo-trzebna?

Ja: Wyższa od czego? Ta sztuka jest tak wysoka, że nie można dostrzec czubka zadartego nosa. Nie mam problemu z tym, że centra kultury proponują przede wszystkim nieprzemawiającą do mnie – i sądząc po frekwencji, do dużej liczby ludzi – „kulturę”. Wolę obejrzeć prace Faba Ciraolo na Facebooku niż czarny kwadrat na tle jeszcze czarniejszego większego kwadratu w galerii. Nie odnieś jednak wrażenia, że chcę coś wywalczyć. Ja po prostu nie chcę w tym być, nie chcę należeć do obsady tej fatalnej komedii. Niech układy alkoholowo-dotacyjne rozrastają się w jednolicie myślącą masę. Nikomu nie chcę odbierać wiary w cokolwiek, po prostu ja jej już nie mam.

Dziennik: Malujesz bardzo ponurą perspektywę współczesnego świata artystycznego, to może być zalążkiem ważnej debaty społecznej. Nie sądzisz, że lepiej byłoby rozmawiać, zamiast się wycofywać?

Ja: To tylko moja perspektywa i moja ocena. Niewielu się z nią zgodzi, ale ja nie szukam sprzymierzeńców... Wbrew pozorom nie szukam także wrogów. Wciągasz mnie w dyskusję o kulturze, a ja cały czas próbuję jasno określić siebie jako grajka pasjonata, który nic nie wie i nie chce wiedzieć o kulturze. Wolałbym, żeby odwróciła ode mnie swoje przekrwione od wódki oczy, i tak od dawna nie patrzę w nie.

Dziennik: Ciężko być muzykiem i nie współtworzyć kultury.

Ja: Ciężko być człowiekiem i nie tworzyć kultury. Plastikowo-szklany wieżowiec, w którym jest twoja redakcja, to też wytwór kultury, chociaż w moim odczuciu paskudny. Religie, moralność, filozofia – wszystko z pewnej perspektywy jest kulturą i przed takim jej zakresem nie ucieknę. Miałem na myśli raczej tę kulturę, którą zapisuję zamkniętą w cudzysłów. Trudno być muzykiem niezależnie od niej, bo nie można z tego żyć. Po co więc trwać w tak toksycznym związku?

Dziennik: Dorabiasz?

Ja: Tak, ale nie chcę o tym rozmawiać.

Dziennik: Jak w takim razie widzisz swoją przy-szłość?

Ja: Staram się unikać wyobrażeń, które na ogół przynoszą jedynie rozczarowania. To, czego bym chciał, rzadko wygrywa z realiami życia w społeczeństwie.

Dziennik: Jakie więc masz plany muzyczne na najbliższą przyszłość?

Ja: Po publikacji tego wywiadu okaże się, czy jeszcze jakiś klub będzie zainteresowany moim występem. Długo już nie grałem, nie stać mnie na wydanie i dystrybucję albumu, nie mam właściwie nic do stracenia. Nie wykluczam, że w końcu trzeba będzie zmienić instrumentarium na takie, którym można wykopać dziurę, a nie odegrać godzinny repertuar.

Dziennik: Życzę więc wszystkiego najlepszego.

Ja: Dzięki.

– Rozmawiałeś ze swoją żoną o obawach, jakie masz w związku z pracą, byciem ojcem?

Odniosłem wrażenie, że tak naprawdę chciała sprawdzić, czy istnieje jakaś żona. Brakowało jej talentu do podstępnego wyciągania informacji od klientów. Przypominała dziecko, które szytym grubymi nićmi podstępem próbuje coś dla siebie ugrać. Poddawałem się, przyjmowałem jej reguły, żeby nie marnować 45 minut na kłótnię o metodach. Wątpiłem w jej kompetencje, ale wolałem brnąć w amatorskie defibrynowanie duszy, niż opowiadać wszystkie te historie od początku komuś nowemu. Najtrudniej jest wprawdzie za pierwszym razem, kiedy trzeba wstać i publicznie oświadczyć: „Tak, potrzebuję pomocy”. Niemniej przy zmianie lekarza cały proces musi rozpoczynać się na nowo, ze wszystkimi jego – wstydliwymi dla mówiącego i standardowymi dla słuchającego – zwierzeniami i „coming outami”.

– Nie mam żony.

– A matka twojego syna?

– Do niedawna mieszkaliśmy i spaliśmy razem... chociaż od dawna nie jesteśmy już razem.

– Czemu nie odszedłeś wcześniej?

– Bo nie było mnie stać na drugie mieszkanie, dalej mnie nie stać... Wprowadziłem się do mamy.

Przez kilka kolejnych minut brzmiała jak audiobook z poradnikiem Układanie życia dla żółtodziobów. Rzucała pomysłami i radami, żywo gestykulując i przekładając nogi w wymyślne supły. Akademicka żądza wprawiła jej ciało w wibracje, każdy cytat był jak rozpięcie guzika, naukowo poparte diagnozy jak dłoń z zagiętymi w kroku palcami, pewność siebie kłamstwem kamuflującym nadzieję na niewyczuwalność ciasnoty pierwszego razu.

– Właściwie to nie zdecydowałem jeszcze, czy dobrze czuję się z kobietami – przerwałem wykład.

Nie była wystarczająco wprawiona, aby skutecznie okłamywać neutralnością w stosunku do poglądów niespójnych z jej własnymi. Na chwilę jej ślepia stały się jeszcze większe, mógłbym przysiąc, że zajmowały połowę powierzchni twarzy. Zatrzęsła twarzą, jakby chciała coś z niej zrzucić. Podejrzewałem, że w myślach skarciła samą siebie za odstępstwo od wyuczonej procedury. Przywracając równowagę, odezwała się swoim zwykłym, monotonnym i pozbawionym emocji głosem:

– Znam kilku specjalistów zajmujących się problemami płciowymi, mogłabym przekazać ci kontakty do nich.

– Nie – zaprotestowałem ze stanowczością skłaniającą ją do odnotowania czegoś na tego dnia jeszcze zupełnie czystej kartce. – Nie będę nikomu od początku opowiadał o tym wszystkim. Poza tym to nie jest mój główny problem, tylko jeden z wielu.

– Masz więcej niż jednego partnera seksualnego? – zapytała po dłuższej chwili zastanowienia.

Wzbijała się na wyżyny aktorskich umiejętności, ale słowo „seks” ledwie przechodziło jej przez gardło. Wstydziła się go jak symbolu najbardziej zwyrodniałej zbrodni, swastyki wypalonej na udzie albo trzech szóstek pod bielizną.

– Nie... Nie wiem tylko, czy lepiej czuję się z kobietą, czy z mężczyzną... To nie znaczy, że muszę być z kilkoma osobami jednocześnie.

Z oczekującego na ratunek przemieniałem się w udzielającego pomocy. Miałem wrażenie, że fascynuję ją, wprowadzając w obszar pewnie wypowiadanych słów o ciężkich (dla niej) znaczeniach. Mogłem się mylić, może jej gra polegała właśnie na oszukaniu moich interpretacji. Może jednak ta gra nie ma końca i każde z nas zakrywa kłamstwem tak głęboko pochowaną prawdę, że sami nie mamy do niej dostępu.

– A poza swoją żoną... matką Stasia... bo z nią już nie jesteś, tak? – kiwnąłem głową twierdząco. – Masz kogoś?

– Nie. Nie chcę nikogo. Zbyt długo czekałem na samotność, żeby tak po prostu ją oddać.

– Lubisz być sam?

To jedno z tych pytań, które w nocy wsadzały mi szpilę pod powieki. Nie wiem, czy lubię być sam, tak samo jak nie wiem, czy wolałbym być policjantem, czy bandziorem. Zdarza się, że nachodzi mnie potrzeba bezinteresownego ulżenia komuś, obojętnie, czy będzie to wyciąganie niemowlęcia z pożaru, czy prawidłowe podłączanie drukarki do komputera. Innym razem pewien szczególny rodzaj gęb mami mnie żądzą obijania i miażdżenia ich, nieważne, czy inni będą patrzeć, czy okażę się słabszy w konfrontacji z właścicielem kaprawej mordy, czy może zyskam wpis do papierów dodatkowo utrudniający znalezienie „uczciwej” roboty.

Samotność jako dostęp do wytyczonej ścianami przestrzeni, na której mogę robić, co chcę i kiedy chcę, jest dla mnie natchnieniem, sanktuarium i sanatorium. Samotność, kiedy dostaję propozycję zagrania wspaniałego koncertu i nikt nie chce o tym usłyszeć, zmienia się w alienację i społeczną śmierć... Chciałbym nie potrzebować ludzi, ale bez kontrastu jestem niewidzialny, bez innych jestem taki sam. Skąd mam wiedzieć, czy jeszcze istnieję, jeżeli nikt na mnie nie patrzy? Muszę mieć tło do rzucania cienia, może nawet podkład do zarysowania warkocza z kończyn...

– Nie wiem, naprawdę nie wiem – wypowiedziałem te słowa głosem poszukiwacza zmęczonego swoją bezowocną krucjatą.

– W twoim życiu jest dużo znaków zapytania.

– Całe moje życie to znak zapytania.

Milcząco zachęcała do pociągnięcia myśli.

– Wszystko, o co sam siebie pytam, kończy się odpowiedzią: „Nie wiem”. Właściwie to jestem tym już trochę zmęczony... Decyzje ponad wybór śniadania przerastają mnie...

– Nie wiesz, co chcesz robić w życiu. Masz miliony pomysłów i wydaje ci się, że każdy jest stworzony przez innego ciebie... ale to właśnie jesteś ty, z całą tą różnorodnością.

Mięśnie napięły się pod ubraniami w manifestacji gniewu, szwy ledwo opierały się rozrostowi tkanki. Jak ona śmiała mnie zgadywać? Jak śmiała sprowadzać do studenckich szablonów i mieć rację? Nie jestem taki jak statystyki, badania, lektury. INTP, czwórka ze skrzydłem pięć to nie są wyniki byle urzędnika! 1-3% populacji, kurwa!

– Nie wiem i jestem tym już zmęczony.

– A myślisz, że źle jest nie wiedzieć? To bardzo twórczy stan, musisz cały czas działać, żeby dochodzić do swojej prawdy.

– Może...

Jednak