Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złoty wilk - Bartłomiej Rychter

Dobiega końca wiek XIX. W Sanoku, miasteczku zagubionym pośród gór i lasów monarchii austro-węgierskiej, dokonano przerażającego odkrycia: pod klasztornym murem zostaje znalezione ciało rajcy miejskiego. Ślady wilczych kłów na rozerwanym gardle urzędnika świadczą, że padł ofiarą dzikiego zwierzęcia, jednak odciski ludzkich dłoni na nadgarstkach denata potwierdzają inną hipotezę. Kto zabił? Złoty wilk, nowa powieść Bartłomieja Rychtera, autora Kursu do Genewy, to klasyczny thriller. Bohaterowie powieści – sfrustrowani austriaccy urzędnicy skazani na wygnanie na głęboką galicyjską prowincję, polscy i żydowscy mieszczanie, rusińscy chłopi – są przedstawicielami swoich kultur, które pisarz odmalowuje z charakterystyczną dla siebie swadą, a zarazem reprezentują rozmaite punkty widzenia. Przechadzają się wąskimi uliczkami Sanoka i o dokonujących się pod ich nosem zbrodniach mają własne zdanie. Kto z nich ma rację?

Opinie o ebooku Złoty wilk - Bartłomiej Rychter

Fragment ebooka Złoty wilk - Bartłomiej Rychter

Złoty wilk

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Prolog

Sanok. Błonia. Rok 1875

Upalny dzień powoli dogasał, słońce opuszczało się ponad graniastą wieżą klasztoru Franciszkanów, oświetlając rdzawym blaskiem wzgórza po drugiej stronie rzeki.

Dzieci przebiegły przez łąkę, przedarły się przez gęste zarośla i roześmianą gromadą ruszyły ścieżką, którą każdego ranka okoliczni gospodarze pędzili bydło. Prowadził Andrzej, najstarszy syn kowala, tuż za nim biegł zziajany Sebastian, oczko w głowie Jana Wiktora, hodowcy koni z Zarszyna, dalej Janek, bliźniaczki Kasia i Ania, a na końcu Borys, najmniejszy, o włosach białych jak mleko.

Rzeka była blisko, za gęstym szpalerem wysokich chaszczy słychać już było jej szept, rozmowę bystrego nurtu z kamieniami. Roześmiana gromadka wpadła między zarośla, niskie drzewa i szeleszczącą łozinę, przedarła się przez chłoszczące twarz gałęzie i wybiegła wprost na piaszczystą mierzeję, wcinającą się poszarpanym jęzorem w rzekę.

Andrzej pierwszy zrzucił koszulę. Wbiegł do wody, chlapiąc i parskając jak spłoszone źrebię. Pozostali poszli w ślad za nim. Sebastian gnał w stronę końca cypla, ze śmiechem wysoko unosił bose stopy, ranione ostrymi krawędziami naniesionych przez rzekę kamieni. Dziewczęta weszły do wody ostrożniej, trzymając się za ręce. Ubiegłego lata bracia nauczyli je pływać i teraz chciały wykorzystać sposobność odświeżającej kąpieli po całym dniu pracy w polu.

Borys, najmniejszy, o oczach błękitnych jak sierpniowe niebo nad Górami Słonymi, zatrzymał się na skraju zarośli i spojrzał w stronę rzeki, gdzie pławili się już jego towarzysze. Bał się wody, silnego nurtu i fal pędzących ponad kamienistym dnem. Najchętniej wróciłby na łąkę, położył się w wysokiej pachnącej trawie i patrzył w chmury. Miał jednak prawie sześć lat i za nic w świecie nie mógł sobie pozwolić na to, by uznano go za tchórza. Przełamał się i powoli, ostrożnie stawiając stopy między kamieniami, podszedł do brzegu.

San płynął tuż przed nim, na wyciągnięcie ręki, szeptał melodię niesioną z gór i lasów. Borys zanurzył stopę w połyskującej w promieniach niskiego słońca wodzie. Była przyjemnie chłodna.

Ściągnął przez głowę lnianą koszulę i odrzucił ją na trawę. Wszedł między wielkie, obmywane wodą zielone kamienie, wsparł się dłonią na przegniłym pniu zwalonego drzewa i wolnym krokiem szedł w kierunku Andrzeja. Tu woda była już głębsza, sięgała mu do pasa, pieniąc się w zderzeniu z jego ciałem.

Od początku czerwca, odkąd dni zrobiły się na tyle ciepłe, że można było zażywać kąpieli w rzece, całą gromadą każdego wieczora chodzili w to miejsce, a starsi chłopcy uczyli pływać młodszych. Borys bardzo się starał, pił pachnącą wodorostami wodę, tarł brzuchem i kolanami po śliskich kamieniach, ale nie mógł się utrzymać na powierzchni dłużej niż przez trwającą zaledwie dwa oddechy chwilę. Odetchnął głęboko, pochylił głowę i z bijącym sercem pozwolił się porwać falom. Parsknął, odchylił kark do tyłu, wciągnął ze świstem powietrze i powtórzył ruch płynącej żaby w ten sam sposób, w jaki pokazywali mu go Sebastian z Andrzejem. Szeroki wymach ramion do tyłu i do przodu, nogi podkurczają się i prostują. Woda falowała mu tuż pod nosem, ale zdołał się utrzymać na powierzchni.

– Patrzcie – zawołał drżącym z emocji głosem. – Płynę!

Starsi chłopcy pozwolili, by woda uniosła ich w stronę nieodległego zakola, dziewczęta usiadły na płaskich kamieniach przy brzegu, zanurzając stopy w chłodnym nurcie.

– Płynę!

Ramiona do tyłu, szeroko, zgarniają jak najwięcej wody, i znów do przodu, zaś nogi raz za razem wystrzeliwują do tyłu i podkurczają się pod sam brzuch. Zielone, porośnięte gęstym lasem wzgórza na drugim brzegu Sanu są tak blisko, że wystarczy sięgnąć dłonią, by ich dotknąć, zachodzące słońce barwi ich zarys ciemną czerwienią.

– Sebastian!

Woda pędzi między kamieniami, jest silna, o wiele silniejsza niż niewprawne ramiona sześcioletniego chłopca. Jest zimna, znacznie zimniejsza, niż wydawała się jeszcze przed chwilą, już nie chłodzi przyjemnie spieczonej słońcem skóry, ale ziębi stopy i dłonie, mróz wbija się cieniutkimi igiełkami w nogi i ramiona. Borys walczy, przebiera ramionami, usiłuje znaleźć oparcie, ale nie jest w stanie dosięgnąć stopą dna. Woda zalewa oczy, wdziera się do ust, zalewa nos i szorstkim strumieniem wpływa do gardła. Chłopiec chce krzyczeć, ale nie może wydobyć z siebie głosu. Rozkłada szeroko ramiona, a bystry prąd ciągnie go jak wrzucony między fale patyk. Rzeka huczy na kamieniach, szepcze coś prosto do ucha. Chłopiec ostatkiem sił wyrzuca ramiona w górę, wyciąga szyję i próbuje zaczerpnąć powietrza. Po raz ostatni widzi ciemnogranatowe wieczorne niebo, przecięte od strony zamkowego wzgórza szkarłatną wstęgą. Otwiera usta, lecz jego płuca wypełniają się nie powietrzem, ale wodą. Zimną jak kamień.

Opada. Jest ciemno. Oczy ma szeroko otwarte ze strachu. W zielonej poświacie widzi obrośnięte mchem kamienie. Rzeka dudni, zagłusza bicie oszalałego ze strachu serca, jakby wijącym się jak wąż korytem płynęła nie woda, ale lawina kamieni.

Jest coraz ciemniej. Coraz zimniej.

Chłopiec wyciąga ręce. Otwiera usta. Lodowata obręcz chwyta go za gardło. Tuż obok, po prawej stronie, nieco niżej, głębiej, bliżej środka rzeki, coś się poruszyło. Borys obraca się, rozpaczliwie wyciągając ramię. W narastającej ciemności widzi jakiś kształt. Widzi ruch. Z mroku wyłania się dłoń, szczupła i wąska, jak dłoń kobiety lub młodzieńca, o delikatnych, smukłych palcach. Chce ją chwycić, ale ta umyka w ciemność. Chłopiec nie czuje już zimnego ciężaru wody wypełniającej płuca, nie czuje zmęczenia ani strachu. Nawet huk pędzącej po kamieniach rzeki słabnie, zamienia się w cichy szept, w melodię graną na pasterskiej fujarce. W ustach czuje smak mułu. Poddaje się sile nurtu górskiej rzeki, woda kręci nim, stawiając twarzą w twarz z kobietą o delikatnych, dziewczęcych rysach, małym, niemal niewidocznym nosie, wąskich ustach i nienaturalnie wielkich oczach. Wokół jej drobnej, owalnej twarzy wije się korona zielonych jak wodorosty włosów, poruszanych nie wiatrem, ale wodą. Blade usta uśmiechają się zalotnie. Dziewczyna zwinnie jak ryba prześlizguje się tuż pod chłopcem, błyskając mu przed oczyma małymi nagimi piersiami, brzuchem lśniącym jak mokry mech. I ogonem. Grubym, pokrytym łuską, zwężającym się ku zwieńczonemu szeroką płetwą końcowi. Dziewczyna wiruje jak mała rybka, zawraca i chwyta wyciągniętą dłoń chłopca. Ciągnie w głąb rzeki. Chłopiec odpowiada na jej uśmiech.

Coś chwyta go za drugie ramię, mocno, gwałtownie. Coś wpija mu się w bark, miażdży w uścisku rękę i odciąga od wirującej tuż pod nim dziewczyny. Przez chwilę wisi w wodzie jak szmaciana lalka, rozciągnięta między zielonowłosą rusałką a czymś, co odciąga go od niej. Nie słyszy już rzeki. Jego dłoń wyślizguje się spomiędzy drobnych, chłodnych palców dziewczyny.

Jest ciemno. Nie widzi niczego. Nie słyszy niczego.

Pierwsze pojawia się zimno, najpierw w stopach, później w całym ciele. Zaraz potem ból, który ściska wypełnione wodą płuca i drapie gardło. Coś mocno naciska na jego brzuch. Słyszy czyjś krzyk. Ktoś płacze.

Otwiera oczy. Rozchyla usta i łapie powietrze. Niebo nad Sanokiem płonie w promieniach zachodzącego słońca.

1

Sanok, wrzesień roku 1896

Ciągnąca się wzdłuż miejskich murów droga była nierówna, poprzecinana koleinami, w których gromadziła się deszczówka i nieczystości po zwierzętach pędzonych codziennie od strony Bramy Krakowskiej. Rajca miejski Antoni Skwierzyński przeskakiwał pomiędzy kałużami, omijał co większe koleiny, uważając, by nie zmoczyć płaszcza. Na moment stracił równowagę, źle wymierzył kolejny krok. Z przekleństwem na ustach stąpnął dziurawym trzewikiem prosto w gęstą, błotnistą maź. Zaklął jeszcze raz.

Dopiero minęła połowa września, ale wieczory były już zimne i wietrzne. Przez większość dnia padał drobny, chłodny deszcz, który ustał przed zmierzchem, pozostawiając w powietrzu mokry zapach nadchodzącej jesieni.

Rajca Skwierzyński skręcił między niskie drewniane domki, otoczone nierównymi płotami i wysokimi parkanami, odgradzającymi warsztaty rzemieślników od ulicy. Było już ciemno, ale bez wahania skrócił sobie drogę i wszedł między pogrążone w mroku podwórka. Był zdenerwowany. Zbyt wiele spraw zaprzątało jego głowę, by miał się przejmować zrzędzeniem żony, która każdego dnia prosiła, by uważał na siebie, zapinał płaszcz, zabierał z domu nakrycie głowy i wracał przed zapadnięciem ciemności. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu, kazać służącej napełnić balię gorącą wodą, zrzucić ubranie i przemyśleć wszystko, co budziło w nim niepokój. Musiał być ostrożny. Bardzo ostrożny.

Gdzieś daleko, od strony Posady Sanockiej, wiatr niósł niespokojne wycie psa. Rajca Skwierzyński splunął w kałużę i szczelniej otulił się płaszczem. Za pięć, góra dziesięć minut służąca zdejmie z niego przemoczone ubranie, odwiesi przesiąknięty mżawką kapelusz, poda węgierskie grzane wino i przygotuje kąpiel.

Skrócił sobie drogę, przechodząc wąską uliczką między warsztatem szewca Antoniego Borczyka a drewnianym parterowym domem, typowym dla sanockiej zabudowy. Wyszedł wprost na sklep kolonialny starego Lazara Perlstena. Przystanął na moment, ocierając zabłocone trzewiki o kępkę trawy, kiedy usłyszał coś za plecami. Odwrócił się, ale w ciemnej wąskiej uliczce niczego nie dostrzegł. Poprawił nasunięty na czoło kapelusz i ruszył dalej.

Nie obawiał się zaczepek ze strony miejscowych pijaczków, drobnych rzezimieszków czy złodziei. Znali go tu i poważali wszyscy, w końcu był rajcą powiatowego miasta Sanoka, każdy kłaniał mu się z daleka, pozdrawiał i uchylał kapelusza. Wystarczyło jedno jego słowo, by wtrącić opornego obwiesia do aresztu lub ukarać grzywną. Wszyscy w tym mieście okazywali mu szacunek. Wszyscy, prócz małżonki i dwóch rozwydrzonych córek, panien na wydaniu, nieustannie przebierających wśród kandydatów podsuwanych przez kolejne kupieckie rodziny.

Rajca Skwierzyński przeskoczył szeroką, wypełnioną deszczówką koleinę i ruszył w stronę rynku, wzdłuż kamiennego muru o wysokości dwóch metrów, odgradzającego klasztor Franciszkanów od miasta. Jeszcze chwila i będzie w domu.

Blisko, tuż za jego plecami, coś miękko upadło na ziemię. Rajca przystanął, wyjmując ręce z kieszeni płaszcza. Wyprostował się i wytężył słuch. Kot, pomyślał. To musi być kot. Sam nie wiedział, dlaczego postanowił się odwrócić, zamiast prostą drogą, wzdłuż klasztoru, przez rynek, pójść do domu, do żony i marudzących córek.

Przełknął głośno ślinę i powoli odwrócił się na pięcie. Wycie psa znów uniosło się ponad miastem.

Promienie wczesnego słońca przebijały przez okno, tnąc półmrok pokoju drżącymi smugami, rzucając na blat biurka cień świecznika i obrys mosiężnego kałamarza. Plamy światła kładły się na wyblakłym dywanie, wycinając ostrą granicę między jasnością a strefą cienia, obejmującą przeciwległą ścianę i ustawione przy niej łóżko. Pomiędzy dwiema płaszczyznami – drgającym, niepewnym jeszcze blaskiem poranka a mrokiem odchodzącej nocy – z leniwym spokojem leżał kot, drapiąc pazurami nitki dywanu i ustawiając trójkątny pyszczek w stronę słońca.

– Powtórzmy to jeszcze raz. Deklinacja druga.

Borys Pasternak wyjrzał przez okno, wprost na wijącą się u stóp wzgórza rzekę i dalej, na poszarpaną krawędź lasu, mieniącego się brązami i ciemną czerwienią, przetykaną gdzieniegdzie złotem. Wiatr nie zdołał jeszcze rozwiać porannych mgieł i nadrzeczne sady wciąż spowite były mlecznym szalem układającym się wśród drzew. Ponad koronami nagich gałęzi dostrzegł słomianą strzechę, znad której unosiła się smużka bladego dymu.

– Lauro? – spojrzał przez ramię. – Deklinacja druga.

Siedząca na łóżku postać nie poruszyła się, ciemna plama odcinała się od otaczającego ją półmroku głębszą tonią czerni. Kot uniósł łeb i spojrzał w mrok po drugiej stronie pokoju.

– Coś się stało.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Jeszcze przed chwilą Józef zamiatał podwórko – plama czerni poruszyła się lekko. – Słychać było, jak podśpiewuje piosenkę wozaków. W pewnym momencie przerwał i zaczął gwizdać ładną melodię. To znak, że Barbara przyniosła jaja i mleko. Zwykle Barbara wita się z Józefem i idzie do kuchni, zostawia tam kosz i znów wychodzi na podwórko flirtować z dozorcą. Słyszysz?

– Co?

– Józef nie gwiżdże, ale drzwi od podwórka nie strzeliły. Barbara przyniosła mleko, ale zamiast zanieść je do kuchni, rozmawia z dozorcą, choć wie, że jeśli ktoś to zauważy, dostanie burę. A zatem musiało się stać coś ważnego.

Borys uśmiechnął się.

– Cokolwiek by to było, nie jest to na pewno tak ważne jak odmiana łacińskich słówek. Dlatego, jeżeli nie masz nic przeciwko, chciałbym wrócić do deklinacji drugiej.

– Dobrze. – Plama czerni przesunęła się do przodu, w stronę granicy między światłem i ciemnością, a blask słońca wydobył z półmroku zarys dziewczęcej twarzy, drobny nos, delikatny podbródek i łagodny owal otoczony szarymi, sięgającymi ramion włosami.-Nominativus: puer, pueri. Genetivus: pueri, puerorum…

Borys przymknął oczy, wsłuchany w cichy głos swojej podopiecznej. Zgiął palce, starając się schować wierzch dłoni pod mankiet koszuli. Nie chciał, aby dziewczynka zobaczyła jego starte do czerwoności kostki.

- Dativus: puero, pueris…

Śpiewna deklinacja łacińskich rzeczowników urwała się jak ucięta nożem.

– Nie pamiętasz, co dalej?Accusativus?

Laura przysunęła palec do ust.

– Słyszysz? – zapytała. – Ciężkie kroki podkutych butów na schodach.

Nauczyciel nie słyszał niczego poza skrzypieniem drewnianej okiennicy.

– To Jacek, służący ojca, to on nosi takie buty. – Dziewczynka wsparła się dłońmi o krawędź łóżka. – Idzie bardzo szybko. Jest chyba zdenerwowany…

Rzeczywiście, gdzieś w dole głośno trzasnęły drzwi.

– Twój ojciec zapomniał pewnie któregoś ze swoich narzędzi…

Dziewczynka pokręciła przecząco głową.

– Papa na dzisiejszy ranek zaplanował odczyt w Czytelni Mieszczańskiej, ma tam spotkanie z delegacją wolontariuszek z Posady Olchowskiej.

Drzwi trzasnęły po raz kolejny, a na schodach znów zabrzmiały ciężkie podkute podeszwy.

– Jacek zabrał torbę papy, wpadł jak po ogień, niczego nie szukał. Po prostu zabrał torbę, która zawsze leży na krześle przy drzwiach.

Borys uśmiechnął się cierpko i przyjrzał swej podopiecznej. Już dawno temu utracił konieczną w swej profesji bezstronność i dystans wobec uczennicy.

– Wróćmy do zajęć. – Przybrał srogą minę i w żartobliwym geście udawanej złości pogroził palcem. Spojrzał na swoją dłoń, na obdarte kostki i posiniaczone palce, w jednej chwili zreflektował się i opuścił ramię. – Zacznijmy od początku.Nominativus: puer…

Każdego dnia powtarzali ten sam rytuał. Zaraz po śniadaniu, które Borys jadał w kuchni, Laura zaś, zależnie od nastroju lub stanu zdrowia, w jadalni z ojcem lub w swoim pokoju na piętrze, siadali nad lekcjami: językiem polskim, niemieckim lub łaciną, matematyką, naukami przyrodniczymi bądź historią. Pracowali do południa, kiedy to służąca wnosiła herbatę dla nauczyciela i gorące mleko z talerzem maślanych ciasteczek dla Laury. Godzinną przerwę przeznaczali na swobodne rozmowy o wszystkim, co tylko przyszło im do głowy.

O latach, które Borys spędził w Krakowie, o jego przygodach w studenckiej bursie, o kocim zwyczaju cowieczornych spacerów, o wyższości razowych pierogów nad barszczem z fasolą i tysiącu innych, równie ważnych spraw. Po godzinie błahych, choć dla obojga równie przyjemnych rozmów, czasem nieświadomie przedłużonej o leniwy kwadrans, wystawiali tacę z pustymi już szklankami za drzwi i wracali do pracy, do łacińskiej deklinacji bądź greckich filozofów. Siedzieli nad książkami jeszcze trzy godziny. Czasem, kiedy Laura była zbyt słaba, kończyli wcześniej, innym razem, gdy przerabiali coś, co zainteresowało dziewczynkę, a były to na ogół wyrywki z dzieł filozofów, pracowali dłużej, do chwili, kiedy energiczne pukanie służącej przywoływało ich do rzeczywistości, przypominając, że zbliża się pora obiadu.

Tego dnia przerabiali łacińską gramatykę i Laura odłożyła książki bez żalu. Borys złożył notatki, zamknął pióro w skórzanym futerale, podziękował uczennicy skinieniem głowy i wyszedł z jej pokoju. Udał się do siebie, zdjął koszulę, napełnił blaszaną miskę wodą i przemył twarz, szyję i ramiona. Wytarł się ręcznikiem, ostrożnie osuszył pokaleczone dłonie. Stanął w oknie. „Sokole Gniazdo”, willa doktora Karola Zaleskiego, przyczajone było na skraju stromego urwiska, będącego przedłużeniem zamkowego wzgórza. W dole roztaczała się rozległa panorama łąk i sadów ciągnących się wzdłuż brzegu rzeki. Zdawało się, że wystarczy zejść po rynnie, przeskoczyć drewniany płotek, zsunąć się po poprzecinanym splecionymi korzeniami drzew urwisku, by znaleźć się u stóp wzgórza i zanurzyć dłonie w chłodnym nurcie spienionego na kamieniach Sanu. Młody nauczyciel doskonale rozumiał zachwyt właściciela budynku, który przed laty stanął na skraju urwiska, spojrzał przed siebie i uznał, że właśnie taki widok chce mieć przed oczyma każdego kolejnego poranka w swoim życiu: szeroka panorama falujących łąk, połyskująca w słońcu kręta rzeka i ściana porośniętych gęstym lasem gór. Jego wzrok prześlizgnął się po linii horyzontu, nad którym przesuwały się zwiastujące deszcz chmury, objął kołysane wiatrem korony drzew w sadach i skoncentrował się na strzesze domu nieopodal rzeki. Patrzył tak przez chwilę, po czym naciągnął na powrót koszulę i zszedł do jadalni.

Na parterze, zamiast oczekiwanego zapachu gorącego barszczu lub gotowanej kapusty, powitał go kwaśny uśmiech służącej.

– Doktora jeszcze nie ma – oznajmiła. – Panienka zje u siebie, panu możemy nakryć w jadalni.

Borys sięgnął do kieszeni i spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta.

– Nie trzeba – odpowiedział. – Zaczekam na powrót pana Zaleskiego. Mam do załatwienia sprawunki na mieście.

Wrócił do swojego pokoju po marynarkę, spojrzał w ustawione w kącie lusterko, poprawił włosy i wyszedł.

Miasto przywitało go swym codziennym prowincjonalnym gwarem, szmerem prowadzonych w kilku językach rozmów, odgłosami pędzonych rozmokłymi uliczkami zwierząt i nawoływaniem ich przewodników. Austriacki urzędnik w dwurzędowym uniformie podniesionym głosem strofował nieuważnego fiakra. Jedną ręką wymachiwał w stronę odjeżdżającej dorożki, drugą otrzepywał granatowe spodnie z grudek błota.

Woźnica, który najwyraźniej nie rozumiał ani słowa po niemiecku, popędzał konia i zręcznie lawirował między wyładowanymi wozami chłopów, zmierzających do swoich wiosek ze sprawunkami. Dwóch żołnierzy w mundurach 5. batalionu 45. Pułku Piechoty Liniowej księcia Friedricha Augusta Herzoga zu Sachsena zaczepiało służące z domów bogatych mieszczan, które szły na zakupy. Wracające z targu żony robotników wymieniały uwagi na temat wydłużonego czasu pracy w fabryce i likwidacji przerwy na kąpiel w rzece.

Borys przeszedł przez rynek miejski, od zachodniej strony otoczony drewnianymi domami, od wschodniej zaś ograniczony kamienną ścianą klasztoru Franciszkanów, szkołą i murowanymi piętrowymi budynkami, należącymi do najbogatszych mieszczan.

Rynek był dla mieszkańców miasteczka centralnym punktem świata. Dalej, w stronę przedmieścia, Sanok tracił swój małomiasteczkowy charakter, piętrowe kamieniczki ustępowały parterowym, te ustępowały pola drewnianym domom rzemieślników i pomniejszych kupców. Jeszcze dalej, idąc gościńcem na Lisko, Zarszyn lub Mrzygłód, zabudowę tworzyły liche chatynki czeladników, lepianki podmiejskiej biedoty i szałasy tych, którzy porzucili rodzinne wioski i próbowali lepszego życia w mieście.

Nieopodal magistratu, tuż przy wylocie uliczki prowadzącej na plac Świętego Michała, niczym grzyb na wilgotnym drewnie wyrosła osobliwa budowla: niezgrabna kanciasta szopa o nierównych ścianach i krzywym zadaszeniu, sklecona ze zmurszałych bali i przegniłych desek. Co zadziwiające, nikt nie umiał określić, kiedy ów twór pojawił się w śródmiejskim krajobrazie. Najpierw ktoś wzniósł jedną ścianę jako wiatę chroniącą towar złożony dzień przed targiem, potem dobudowano drugą, a jakiś czas później zawieszono między nimi prowizoryczne zadaszenie. Kolejne ranki odsłaniały dalsze postępy w budowie, aż któregoś dnia, tuż pod oknami magistratu, pojawiła się szopa, najeżona mnóstwem różnej długości i szerokości desek, spomiędzy których, na dwa lub trzy dni przed targiem, dochodziło popiskiwanie stłoczonych, wystraszonych świń. Całe miasto dociekało, który z rajców wziął łapówkę, aby zgodzić się na to drewniane szkaradztwo i udobruchać tych członków rady, którzy nie wykazywali tak wielkiej tolerancji.

Borys nie skręcił w pobliski, tętniący codziennym gwarem plac Świętego Michała, ale ruszył w kierunku Bramy Węgierskiej, ulicą Nowej Rady. Rolę chodnika pełniły ułożone przed budynkami deski, śliskie od błota nanoszonego przez przechodniów i chlapiącego spod kół przejeżdżających wozów. Przeskoczył wypełnioną zwierzęcymi nieczystościami koleinę, wyminął brodatego Żyda w brunatnym chałacie, uważnie, by nie zamoczyć nogawek spodni przebiegł wzdłuż fasady składu kolonialnego Lazara Perlstena, i zatrzymał się przed drzwiami sklepu Abrama Berkowicza. Nacisnął mosiężną klamkę, przekroczył wysoki próg i wstąpił na nierówną podłogę z desek od lat znaczonych śladami mysich zębów.

– Witam szanownego pana nauczyciela. – Właściciel sklepu, zgarbiony staruszek o białych jak dmuchawiec włosach, ukłonił się znad kontuaru zastawionego słojami z grubego szkła i drewnianymi kasetami pełnymi przypraw, kawy, herbat różnych gatunków, przyborów do szycia, kart z życzeniami świątecznymi, czernidła do butów i tysiącem innych skarbów. Za plecami kupca, w ustawionych równym rzędem przeszklonych kredensach, eksponowana była pozostała część bogatego asortymentu: blaszane łyżki i widelce najróżniejszych rozmiarów, porcelanowe talerze, zielone fiolki z lekarstwami na wszystkie choroby świata, gumowe podwiązki, kolorowe zapinki, różańce i kalendarze rolnicze. Wzdłuż krawędzi lady, niczym żołnierze defilujący przed samym cesarzem, równym szeregiem stały ciężkie słoje ze słodyczami, mlecznymi sztolwerkami po dwa centy za sztukę, owocowymi dropsami z wiedeńskiej fabryki Hellera i cukierkami od jarosławskiego Gurgula.

– Dzień dobry. – Borys omiótł wzrokiem równe rzędy ułożonych wzdłuż ścian towarów, skupiając się na chwilę na ekspozycji z prasą dochodzącą tu z tygodniowym opóźnieniem ze Lwowa i Wiednia. – Była już u pana dzisiejsza poczta?

– Była, rzecz jasna, że była. – Staruszek z radością zatarł zasuszone dłonie. – Mam coś dla szanownego pana!

Nauczyciel niemal podskoczył z radości. Berkowicz zniknął na długą chwilę gdzieś na zapleczu, a kiedy wrócił, przyciskał do swej nadwątlonej suchotami piersi sporych rozmiarów pakunek, owinięty szarym papierem i kilkoma pętlami sznurka. Ustawił paczkę na kontuarze, przerwał sznurek i jął się zabierać do zdzierania papieru, który odsłonił eleganckie pudełko z gładkiego drewna, ale w dalszych działaniach przeszkodził mu sprzeciw klienta.

– Proszę zaczekać. – Nauczyciel sięgnął po pakunek. – Otworzę to w domu.

– Nie chce szanowny pan sprawdzić, czy zamówienie zrealizowano zgodnie z życzeniem? – zdziwił się staruszek.

– Na pewno przesłano ten model, który wybrałem z katalogu. – Borys zaborczo przysunął skrzynkę do siebie, ignorując spojrzenie kupca utkwione w śladach na jego dłoniach. Zamaskował orzechowe pudełko naderwaną płachtą papieru i ruszył do drzwi.

– Dziękuję – rzucił przez ramię i wyszedł.

Do domu wrócił jak na skrzydłach. Przebiegł przez podwórko, uważnie, by nie natknąć się na służącą, przekradł się przez parter, po schodach wkroczył na piętro i zamknął się w swoim pokoju. Zwalczył pokusę, by otworzyć pakunek, który zaraz ukrył w szafie pod ubraniami, i zszedł do jadalni. Okazało się, że doktor jeszcze nie wrócił. Służąca nakryła dla jednej osoby i podała najpierw talerz parującej zupy jarzynowej z fasolą, potem wniosła sznycle z ziemniakami obficie spryskanymi złoconymi skwarkami. Jako domownik doktora Borys stołował się wraz z nim, co oznaczało, że był jedną z niewielu osób w mieście, które jadały mięso nie tylko w niedzielę i święta.

– Nie wie Anna, co zatrzymało pana? – zapytał, rozcinając blaszanym widelcem lśniącą od masła połówkę ziemniaka. -Chyba nie rozmowa z wolontariuszkami o potrzebie mycia rąk przed każdym posiłkiem?

Krzątająca się przy stole służąca wzruszyła ramionami.

– Pan doktor w szpitalu. Godzinę temu był Józef, w biegu zjadł zupę i zabrał jedzenie dla pana. Pan kazał sobie podesłać powóz na osiemnastą.

Nauczyciel poprosił o kawałek razowego chleba i starannie wyczyścił talerz z resztek mielonego mięsa i tłuszczu. Blisko roczny pobyt w zamożnym domu rozleniwił go nieco, ale nie wyzbył się jeszcze nawyków z nie tak sytej przeszłości. Skończył posiłek i już miał iść odpocząć do siebie, gdy chęć rozprostowania kości wyprowadziła go na ulicę. Zaczerpnął w płuca rześkiego jesiennego powietrza, odetchnął po obfitym posiłku, po czym skierował nieśpieszne kroki w stronę rynku. Włóczył się bez celu wąskimi, zabłoconymi uliczkami, a kiedy wrócił pod dom, zauważył, że Anna wręcza drobną monetę dorożkarzowi. Bez zastanowienia wskoczył na kozła i mrugnął do służącej.

– Pojadę po pana do szpitala – rzucił z wysokości, ignorując rozeźlone spojrzenie woźnicy.

Trzęsący się powóz nadawał się bardziej do transportu niewrażliwych na uszkodzenia towarów niż eleganckich przejażdżek. Zupełnie niepodobny do dorożek wiedeńskich, lwowskich lub krakowskich, powlókł się przez rynek, z cichym cmokaniem obręczy kół przejechał przez błotnisty plac Świętego Michała i ruszył traktem nazywanym powszechnie Starą Drogą. U wylotu Floriańskiej skręcił w kierunku Potoku Płowieckiego, minął most, by zatrzymać się wreszcie przed szarym, piętrowym budynkiem szpitala.

Borys zeskoczył z ławeczki, wszedł do środka i zaglądnął przez drzwi do stróża zajmującego niewielkie pomieszczenie na parterze. Wąsaty chłop w pierwszej chwili chciał przegnać gościa przychodzącego poza wyznaczonymi godzinami, zaraz jednak rozpoznał domownika znanego wszystkim doktora Zaleskiego. Wyszedł ze stróżówki i podprowadził nauczyciela korytarzem, ale nie do schodów wiodących na piętro, lecz ku wejściu do piwnicy. Kiwał przy tym na wszystkie strony wielką wygoloną głową i co rusz podkręcał sumiaste wąsiska.

– Co tu się, panie szanowny, nie działo – mówił, sapiąc po każdym słowie. – Co tu się nie działo. Ludzi tyle, co to ich tu nie widziałem od czasu wypadku powozu pana Leszczyńskiego! Wszyscy byli, oglądali, chodzili, łazili i gadali bez końca. Nic gadać nie kazali, żadnych plotek. – Stróż spojrzał kątem oka na nauczyciela, jakby obaj należeli do tajnego sprzysięże-nia. – Nikomu nic nie mówić, nikogo nie wpuszczać. Ale pan jest od pana doktora, pan z powozem, to pan może wejść.

Wąsacz otworzył kolejne drzwi, zza których uderzył ostry zapach środków dezynfekujących. Zatrzymał się w progu i przepuścił nauczyciela. Borys zdążył się już przyzwyczaić do coraz chłodniejszych dni i nocy, ale w tym momencie poczuł zimno pełznące w dół kręgosłupa. Podziękował stróżowi i zszedł po schodach. Nigdy nie był w tej części szpitala.

Zatrzymał się przed załomem korytarza. Usłyszał czyjś cichy głos. Wychylił się, przeszedł w półmroku kilka kroków przy ścianie, po czym przystanął przed uchylonymi drzwiami do kolejnego pomieszczenia, skąd sączyło się blade światło lamp.

– Jest pan tego pewny, doktorze?

– Nie mam najmniejszych wątpliwości. – Borys rozpoznał głos swojego chlebodawcy, Karola Zaleskiego. – Mogę się mylić góra o dwie godziny. Widzę to popalor mortis,poznaję polivores mortis,mających barwę sinowiśniową. Zaczynam już rozpoznawaćfrigor mortis,temperatura ciała obniża się z każdą godziną. Plamy opadowe się utrwaliły, ale całkowite stężenie nastąpi około północy.

Borys ostrożnie wyjrzał zza uchylonych drzwi. W półmroku pozbawionego okien pomieszczenia, w kręgu światła lampy prowadzonej dłonią lekarza, oprócz swego pracodawcy, dostrzegł zarysy jeszcze dwóch postaci. Doktor Zaleski pochylał się nad stołem, obok niego stał miejski komisarz policji Witchenbacher. Łatwo rozpoznał niską, przysadzistą sylwetkę Austriaka. Witchenbacher cieszył się opinią mało błyskotliwego służbisty, bardziej urzędnika niż policjanta, wiecznie niezadowolonego i narzekającego na los, który rzucił go w sam środek austriackiej prowincji, do miasteczka zapomnianego przez ludzi i Boga.

Po drugiej stronie był jeszcze ktoś, ale tej postaci nie potrafił rozpoznać.

– Śmierć nastąpiła zatem około północy?

– Bez wątpienia.

– Co pańskim zdaniem było jej przyczyną?

– Tu również nie mam wątpliwości. Proszę spojrzeć. -Lekarz obniżył lampę, postacie pochyliły się, zawężając krąg światła, i ciemności spowijające obrzeża pomieszczenia zamknęły się ponad stojącym w centrum stołem. -Vulnera morsa.Rany kąsane. Na dłoniach, przedramionach, barkach i szyi. Rozerwana tętnica. Szarpane ślady na skórze.

– Biedak wykrwawił się na śmierć…

– Nie zdążył – zaprzeczył lekarz. – Utopił się.

– Utopił?

– Utopił się we własnej krwi. Proszę spojrzeć na tę ranę. Oczyściłem ją i widać wyraźnie, z jaką siłą szczęki zwierzęcia zacisnęły się w tym miejscu. A tutaj, proszę popatrzeć, wyraźnie widać ślady kła, który niczym krótki zakrzywiony nóż rozerwał skórę. To była szybka, choć bolesna śmierć.

Echo nieśpiesznych kroków podkutych butów poniosło się wzdłuż ścian prosektorium, kiedy komisarz Witchenbacher obszedł stół, wziął lampę z rąk doktora i sam nachylił się nad ciałem.

– Uważa więc pan, że ta śmierć to efekt działania zwierzęcia?

– Jedyne, co mogę stwierdzić, to fakt, iż bezpośrednią przyczyną zgonu są rany kąsane.

– Jak w takim razie wyjaśni pan to?

Skupieni nad stołem mężczyźni pochylili się nad tym, co wskazał komisarz. Borys, który w pierwszej chwili zamierzał dyskretnie się wycofać, teraz, bardzo zaciekawiony, wychylił się zza wpółotwartych drzwi, ale w półmroku nie mógł niczego dostrzec.

– Ma pan rację. – Usłyszał głos doktora Zaleskiego. – Poza ranami kąsanymi w okolicy szyi i barków, a także dłoni i ramion, na przegubach zmarłego są świeże sińce.

– O czym to świadczy, doktorze?

– Kolor plam wskazuje, iż powstały przed upływem doby, a ich układ pasuje do rozstawu palców mężczyzny. Widać wyraźnie trzy plamy w równym rzędzie, najwyraźniej wywołane naciskiem palca wskazującego, środkowego i serdecznego, a po drugiej stronie lewego przedramienia zmarłego da się zauważyć obrys ustawionego bokiem kciuka. A zatem…

– A zatem – cichym, choć stanowczym głosem wtrącił się policjant – mamy do czynienia z atakiem zwierzęcia, które zanim zatopiło kły w ciele ofiary, najpierw przytrzymało ją ludzkimi dłońmi?

Borys przestąpił z nogi na nogę. Wahał się, czy ulec ciekawości i zostać, czy też oddalić się niepostrzeżenie. Nieostrożnie oparł się barkiem o drzwi, a te otworzyły się milimetr szerzej, co dało o sobie znać cichym, ledwie słyszalnym skrzypnięciem.

– Jest tam kto? – krzyknął Witchenbacher i wyrwawszy z rąk doktora lampę, skierował strumień światła w kierunku korytarza. Borys zmrużył powieki i osłonił twarz dłonią.

– Kim pan jest? – zagrzmiał basem komisarz. – Co pan tu robi?

– To Borys Pasternak, nauczyciel mojej córki i mój domownik. – Doktor Zaleski wszedł między smugę światła a oślepionego nauczyciela. – Co ty tutaj robisz?

– No tak, już sobie przypominam – warknął komisarz. -Znów się spotykamy!

Borys cofnął się o krok.

– Dorożka czeka przed szpitalem. Prosił pan, żeby podjechać o osiemnastej…

– Podsłuchiwałeś! – Witchenbacher stanął obok lekarza i uniósł lampę, kierując światło wprost na twarz nauczyciela, ale doktor Zaleski powstrzymał go ruchem dłoni, popychając jednocześnie Borysa na korytarz.

– Proszę wybaczyć. To moja wina, nie zamknąłem drzwi. Dokończymy pracę, a ten młodzieniec zaczeka za zewnątrz.

Witchenbacher chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Zaleski ujął go lekko pod ramię i pokierował do stołu. Kiedy tylko snop światła zszedł z jego twarzy, Borys odwrócił się i wyszedł. Szybkim krokiem przeszedł korytarzem i zaczął się wspinać schodami, kiedy usłyszał, że ktoś za nim idzie. Obejrzał się przez ramię i rozpoznał Anzelma Ochmańskiego, zamożnego aptekarza i rajcę w jednej osobie. Nauczyciel przystanął w pół kroku, po czym skinął głową i ruszył ku wyjściu. Udawał, że nie słyszy wołania.

– Zaczekaj! – Dopiero na zewnątrz Ochmański zdołał go dogonić i uchwycić za ramię. – Porozmawiaj ze mną choć przez chwilę.

– Słucham pana. – Borys odwrócił się i spojrzał w twarz aptekarza. Pamiętał go jeszcze z czasów dzieciństwa, smukłego, zawsze gładko ogolonego, z falującymi, starannie zaczesanymi ciemnobrązowymi włosami. Niegdyś przystojna twarz poszarzała, nos stracił ostrość, krzaczaste brwi mąciły dawną wyrazistość spojrzenia, włosy się przerzedziły, a upływ lat zmienił ich brązową barwę w kolor zaśniedziałego srebra. Cała sylwetka nabrała kształtów tej leniwej łagodności, która przychodzi z każdym kolejnym dostatnim latem i jesienią. Opięta na pokaźnym brzuchu kamizelka świadczyła jednoznacznie o wygodnym i obfitującym w kulinarne kaprysy życiu.

– Musimy porozmawiać. – Ochmański zacisnął dłoń na ramieniu młodego nauczyciela, po czym zerknął przez ramię w stronę szerokich szpitalnych drzwi. – Ale nie tutaj. Spotkajmy się wieczorem. W „Cafe Corso”.

– Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem.

– Musimy porozmawiać. – Aptekarz przybliżył twarz i Borys ostatnim wysiłkiem woli powstrzymał się przed skrzywieniem. Oddech Ochmańskiego przesiąknięty był kwaśnym odorem. – Tylko ty możesz nam pomóc.

– O co panu chodzi, panie Ochmański?

– Tylko ty możesz nam pomóc – gorączkował się aptekarz, ignorując fiakra, który przyglądał się im zaciekawiony z wysokości kozła stojącej nieopodal dorożki. – W tej sytuacji tylko ty…

Borys gwałtownie strącił dłoń rajcy ze swojego ramienia.

– Panie Ochmański, proszę nie opowiadać głupstw – rzucił oschle. – Nie wiem, o czym pan mówi, i nie mam nic więcej do powiedzenia.

Aptekarz cofnął się, a jego usta wykrzywił zagadkowy grymas.

– Ja pamiętam, Borys, ja to doskonale pamiętam. Pomogłeś mi przed laty i do końca swych dni będę ci za to wdzięczny, podobnie jak moja żona. Pamiętam, co dla nas zrobiłeś. -Ochmański przerwał i obejrzał się przez ramię, spoglądając na wychodzącego ze szpitala doktora Zaleskiego. Poprawił kamizelkę, przeczesał dłonią włosy, mruknął coś pod nosem, ukłonił się lekarzowi, po czym odszedł szybkim krokiem.

Kilka metrów dalej, wsparty o kamienny murek okalający szpital, w cieniu krzewu dzikiej róży, komisarz Ludwik Wit-chenbacher obserwował, jak doktor Zaleski wspina się na gondolę dorożki, a obok niego zajmuje miejsce nauczyciel jego córki. Komisarz uważnie przyglądał się jego młodzieńczej twarzy, jasnej czuprynie i wątłym, niemal dziewczęcym ramionom. Poznał go przed kilkoma dniami, w czasie przesłuchania w sprawie bójki. Nauczyciel wracał z wieczornego spaceru, kiedy drogę zastąpiło mu dwóch podpitych robotników. Świadek zajścia nie miał żadnych wątpliwości, to robotnicy zaczepili nauczyciela, ale faktem było, że to oni zostali poszkodowani. Jeden do tej pory leżał w szpitalu z poważnymi uszkodzeniami głowy i złamaną w dwóch miejscach ręką. Drugi zdołał zbiec. Ucierpiał również interweniujący policjant. Obaj zeznali do protokołu, że Pasternak zupełnie nie panował nad swoim zachowaniem. Zdołano go obezwładnić dopiero wtedy, kiedy atak ślepej furii minął.

Komisarz odczekał, aż trzęsący się powóz ruszy błotnistą drogą, postawił kołnierz płaszcza i odruchowo sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Namacał palcami obciążający ją kształt i uspokojony, poszedł w ślad za odjeżdżającą dorożką. Mógł poprosić stróża o wezwanie powozu, ale wolał przebyć drogę do domu pieszo, dając sobie tym samym czas i sposobność na zebranie myśli. Szedł wzdłuż torów kolejowych, w stronę przedmieścia, gdzie wraz z małżonką zajmował mały parterowy domek, wykupiony przez przedstawicieli miłościwie panującego Franciszka Józefa na potrzeby publiczne. Dawniej przedmieście podzielone było na sześćdziesiąt trzy działki uprawne o jednakowej wielkości dwunastu mórg. Z biegiem lat i wraz z rozwojem miasta okolica straciła swój rolniczy charakter, a kolejne działki wykupili bogatsi mieszczanie lub urzędnicy przybywający do miasteczka z większych ośrodków. Komisarz uważał, że z racji zajmowanego urzędu należało mu się wygodne mieszkanie na piętrze murowanej kamienicy lub przynajmniej większego domu położonego bliżej ratusza, teraz jednak nie przeklinał, jak to miał w zwyczaju, losu, który rzucił go na ten mały, ciasny i brudny koniec świata, ale pogwizdywał wesoło, chwaląc w skrytości ducha swoją przebiegłość.

Kiedy okazało się, że lekarz miejski, pobierający wynagrodzenie z kasy komunalnej, od samego rana leży nieprzytomny w swoim domu na przedmieściu, Witchenbacher natychmiast polecił odszukać doktora Zaleskiego. Nie lubił tego zawsze poważnego, nieco wyniosłego mężczyzny, ale nie mógł nie doceniać jego wiedzy i umiejętności. Siwobrody lekarz na każdym kroku podkreślał swoją polskość, a mimo to bez słowa sprzeciwu wypełnił swój obowiązek jako cesarski poddany, dostarczając informacji, które być może pozwolą mu, niedocenionemu śledczemu, skazanemu przez ślepy los na pobyt w sennym miasteczku na końcu świata, powrócić tam, gdzie jego miejsce, do Wiednia lub Lwowa.

Komisarz przekroczył próg domu z niezwykłym animuszem, gestem odesłał wiecznie skwaszoną żonę do salonu, służącą do kuchni, sam zdjął płaszcz, odłożył kapelusz i z werwą zasiadł przy biurku w pełniącej rolę gabinetu małej izbie z oknem wychodzącym na polną drogę. Sięgnął do kieszeni spodni, wyjął zwitek banknotów i przez chwilę wdychał ich zapach, połączenie woni wilgotnego papieru z zapachem mikstur, lekarstw i nalewek, które Ochmański sprzedawał w swojej aptece. Rajca nie powinien się mieszać w sprawy rozpoczynającego się właśnie śledztwa, ale komisarz uznał, że jego obecność nie jest aż tak sprzeczna z procedurą, by nie mógł się na to zgodzić. Uśmiechnął się pod nosem i schował pieniądze do szuflady.

Wstał i nie bacząc na przedwieczorny chłód, otworzył okno. Odetchnął świeżym powietrzem, przeszedł się po pokoju, a stukot jego podkutych butów zagłuszał skrzypienie starej podłogi. Odburknął coś nieprzyjemnie, kiedy żona ośmieliła się zakłócić jego spokój i zapukała do drzwi, otarł czoło wierzchem dłoni i na powrót zasiadł przy biurku. Chwilę, która miała nastąpić, celebrował z wielką przyjemnością. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i drżącymi ze zniecierpliwienia palcami wymacał nieduży, obły, gładki w dotyku przedmiot. Wyjął go, zważył w dłoni, czując spory jak na te rozmiary ciężar, ustawił na biurku i odetchnął głęboko. W duchu żegnał się już z brudnym miasteczkiem, wąskimi zabłoconymi uliczkami, drewnianymi domkami otoczonymi zbutwiałymi płotami i ludźmi, w większości nieznającymi żadnego cywilizowanego języka.

Sięgnął po czystą kartę papieru i pióro skryte w orzechowym sekretarzyku. Przymknął oczy i w myślach rozpoczął redagowanie treści depeszy.

Kiedy kilka minut później szedł z gołą głową – bo zapomniał kapelusza – ulicami miasteczka, którego tak bardzo nienawidził, patrzył na mijane domy z pewną sympatią. Uczucie to wywołane było pewnością, że już niedługo zamiast na chylące się ku ziemi drewniane chatki, patrzeć będzie na eleganckie fasady piętrowych kamienic.

Kiedy skrzypienie osi kół i stukot podków dorożkarskiego konia ucichły za rogiem, a Borys położył dłoń na stalowych prętach prowadzącej na podwórko bramki, doktor Zaleski ujął go lekko pod ramię i zawrócił w stronę ulicy.

– Jedno słowo, jeśli pozwolisz – powiedział poważnym tonem. – Po raz kolejny w ciągu ostatnich dni wystawiasz na próbę moją cierpliwość i zaufanie do twojej osoby! Po raz kolejny muszę z twojego powodu tłumaczyć się komisarzowi policji! Nie uważasz, że to przesada? Dwa incydenty w przeciągu jednego tygodnia!

– Panie doktorze, to nie moja wina…

– Posłuchaj mnie uważnie. Tam, w kostnicy, widziałeś i słyszałeś rzeczy, które nie były przeznaczone dla twoich oczu i uszu. Sprawy, o której rozmawiamy, nie da się długo utrzymać w tajemnicy, jutro plotkować będzie o niej całe miasto. Pewne szczegóły nie powinny się jednak wydostać poza ścisłe grono zaufanych osób. Rozumiesz, co mam na myśli?

Borys skinął głową.

– Kto to był?

– To bez znaczenia. Nie powinieneś był tam wchodzić.

– Sam pan powiedział, że jutro…

– Skwierzyński. Znaleźli go nad ranem, koło klasztornego muru.

– Jak to się stało?

– Nie pora na takie rozmowy. – Zaleski uwolnił ramię nauczyciela i nacisnął klamkę przy bramce. – Sprawa z całą pewnością znajdzie swoje wyjaśnienie, choć może jeszcze nie dziś. – Uśmiechnął się. – Chodźmy, kolacja czeka.

Jedli w milczeniu, siedząc naprzeciw siebie przy stole w jadalni. Laura zjadła wcześniej, a teraz odpoczywała w swoim pokoju, czekając, jak co wieczór, na spotkanie z ojcem. Doktor odsunął nakrycie, wstał i ukłoniwszy się elegancko, poszedł do córki. Borys oddał ukłon, a następnie wrócił do posiłku. Wymazał chlebem tłuszcz z talerza i wyjadł pieczywo z wiklinowego koszyka, co zirytowało służącą. Po kolacji mógł pójść do swojego pokoju, poczytać lub położyć się spać, mógł też zejść do służbówki i pograć z Józefem w karty lub warcaby, wypijając przy tym dwa czy trzy kieliszki nalewki z wiśni. Wybrał tę pierwszą możliwość, włożył do ust ostatni okruch chleba i wszedł na piętro. Idąc ciemnym korytarzem, przystanął na moment pod drzwiami swojej podopiecznej; wyraźnie słyszał spokojny, niemal dostojny ton doktora. Minął pokój Laury i wszedł do siebie. Otworzył szeroko okno, a wiatr natychmiast wydął zasłony. Borys schwytał łopoczące płachty materiału i zatknął je za framugi okna. Zatarł ręce i sięgnął do szafy, tam, gdzie ukrył pakunek od Abrama Berkowicza. Wyjął orzechową skrzyneczkę i składanym nożem podważył delikatne, cienkie jak papier wieczko. Niecierpliwym ruchem dłoni odrzucił drewniane trociny, mające chronić wrażliwą na uszkodzenia zawartość. Sięgnął do miękkiego, wyściełanego atłasem wnętrza, wymacał tubę i masywny statyw. Wyjął mechanizm z pudełka i podszedł do okna, ustawił nogi statywu na parapecie, rozkręcił pierścień u jego szczytu i najdelikatniej jak umiał nałożył nań połyskującą mosiądzem tubę. Dokręcił śrubę i sprawdził, czy pierścień pozwala na przesuwanie konstrukcji z należytą łatwością zarówno w pionie, jak poziomie. Delikatnie objął dłonią tubę i rozsunął cylinder lunety. Wyjętą z pudełka bawełnianą szmatką przetarł okular i przyłożył doń oko. Delikatnie, by nie uszkodzić niewyrobionego jeszcze mechanizmu, przesunął pierścień statywu tak, aby w idealnym okręgu okularu znalazła się strzecha domu nad rzeką. Patrzył na nią tak długo, jak pozwolił mu na to wczesny, jesienny zmierzch. Dopiero gdy sąsiednie kamienice odcięły parapet od promieni zachodzącego słońca, a okno krytego słomą domu spowił mrok, starannie złożył lunetę, schował ją do orzechowego pudełka, a samo pudełko do szafy. Położył się do łóżka, ale zamiast ulec senności, długo patrzył w ciemność.

Obudził się w środku nocy, nagle otworzył oczy i w jednej chwili opuściła go senność. Odetchnął głęboko i poczuł narastające mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Jeszcze raz zaczerpnął powietrza i najmocniej jak tylko mógł zacisnął powieki. Po chwili uspokoił się na tyle, by zrozumieć, że nie zdoła zasnąć. Znał tę prawidłowość od wczesnego dzieciństwa. Jeżeli nachodziła go chęć ucieczki w sen, musiał uspokoić rozbiegane myśli. Otworzył oczy i szybko, starając się nie patrzeć w ciemność, zapalił lampę. Ustawił minimalny płomień i na powrót ułożył się na poduszce, zamykając oczy i odliczając czas do świtu.

Ciemność rozchyliła się jak kobiece ramiona. Znajdował się w tym szczególnym stanie, w którym człowiek ma świadomość, że śni, ale nie potrafi wrócić do rzeczywistości i przerwać biegu sennych wydarzeń. Leżał w swoim własnym łóżku, z głową wtuloną w poduszkę, zaciskając spocone dłonie na zmiętej pościeli.

Kobiety wyłoniły się z ciemności jak dwa bliźniaczo podobne okręty, wypływające wprost z gęstej mgły. Łączyła je wspólna tajemnica, ich policzki stykały się, jakby zwierzały się sobie nawzajem z najgłębszych sekretów. Nie patrzyły na niego, zajęte sobą, oddychały jednym oddechem, policzek przy policzku, usta w usta. Szeroko otwarte oczy, nieruchome powieki. Proste włosy okalające identyczne twarze o delikatnych rysach. Dwa zastygłe w bezruchu oblicza, jedno będące idealnie symetrycznym odbiciem drugiego, spowite błękitną poświatą. Dopiero teraz to dostrzegł. Widział je wyraźnie, ale nie mógł określić źródła światła, jak gdyby to one same emanowały chłodną bladoniebieską aurą. Kobiety miały uniesione powieki, a mimo to czuł, że go nie widzą. One nie patrzyły na niego, one śniły. Śniły z otwartymi oczami. Niemal dostrzegał w ich nieruchomych źrenicach migoczące obrazy wspólnego snu.

Odeszły tak samo niespodziewanie, jak się pojawiły. Patrzył na ich bliźniacze twarze, a one, pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim, rozpłynęły się w ciemności.

Minęła północ, gdy postanowił urządzić sobie spacer ulicami śpiącego miasta. Lekko wskoczył na parapet, bezszelestnie wyślizgnął się uchylonym oknem, sunąc tuż przy ścianie, zbliżył się do rynny, po czym dał susa w mrok, odbił się i niemal spłynął w dół, dotykając kamiennego gzymsu. Zastygł, balansując ogonem na wąskiej krawędzi muru, odbił się jeszcze raz i miękko opadł na trawę.

Kocur jak cień przemknął przez podwórko i uczepiwszy się pazurami pnia drzewa, wspiął się między ogołocone z liści gałęzie. Przeszedł po chybotliwym, szeleszczącym pomoście na drugą stronę ogrodzenia i zeskoczył w ciemność.

Włóczył się zaułkami piętrowych kamienic, zwiedzał zatęchłe piwnice, wędrował po murach, płotach i parapetach, leniwie spacerował zarośniętym skrajem drogi wiodącej w dół zamkowego wzgórza, między drewniane chaty rybaków. Patrzył chwilę na rzekę, a potem zawrócił, kiedy jego zwierzęcy instynkt nakazał mu skoczyć w bok, znaleźć jakieś drzewo i jak najszybciej wspiąć się wysoko między gałęzie. Strach dodał mu szybkości i siły. Znalazł odpowiednio gruby konar, zawinął ogon pod siebie i z wysokości spoglądał zielonymi ślepiami na pochylony cień, sunący wolno ulicami miasta. Kiedy cień zniknął za zakrętem uliczki, odczekał chwilę i zeskoczył z drzewa. Mógł ze spokojem wrócić do swoich kocich spraw.