Złoty trójkąt. Le Triangle d’or. The Golden Triangle - Maurice Leblanc - ebook
Opis

Książka w trzech wersjach językowych: polskiej, francuskiej i angielskiej.

Złoty trójkąt” – dwuczęściowa powieść autorstwa Maurice’a Leblanca opisująca przygody Arsène’a (Arseniusza) Lupin. Podobnie jak w powieści „Wyspa trzydziestu trumien” nie jest on w centrum opowieści, ale jest kimś w rodzaju deus ex machina (i pojawia się dopiero w 3 rozdziale II części powieści). Głównym bohaterem powieści jest oficer armii francuskiej, weteran wojenny, kapitan Patrice (Patrycjusz) Belval, który leczy swoje rany w paryskim lazarecie. Poznaje tam mamę Coriale (mateczka Koralia) - młodą, piękną i uroczą pielęgniarkę miłosierdzia, w której się od razu płomiennie zakochuje. Akcja I części powieści zaczyna się od momentu, gdy kapitan Belval, podsłuchawszy w pewnej restauracji rozmowę, z której wynika, że Koralii grozi niebezpieczeństwo uprowadzenia, organizuje doraźnie grupę, która ratuje mateczkę z tej groźnej opresji... (za Wikipedią).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Maurice Leblanc

 

Złoty trójkąt

Le Triangle d’or

The Golden Triangle

 

 

Książka wtrzech wersjach językowych:

polskiej, francuskieji angielskiej 

 

TEKST:

Polski / Français / English

 

Polski przekład – anonimowy

Translated by Alexander Teixeira de Mattos

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst polski według edycji z roku 1923.

Tekst francuski z roku 1918. 

Tekst angielski z roku 1918.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-600-2 

 

 

 

Złoty trójkąt

CZĘŚĆ I. DESZCZ ZŁOTY ISKIER.

ROZDZIAŁ I. MATECZKA KORALIA.

Koło godziny szóstej popołudniu, kiedy miasto zaczynało się pogrążać w mroku wieczornym – dwóch żołnierzy dążyło szybkimi krokami ku czworokątnemu skwerowi na zbiegu ulicy Chaillota i ulicy Piotra Charron.

Jeden z tych żołnierzy – miał na sobie błękitną jak niebo bluzę, drugi Senegalczyk ubrany był w mundur żuawa... Pierwszy nie miał prawej nogi – drugiemu brakło lewej ręki. Zatrzymali się oni przy grupie marmurowych Sylenów. Błękitny rzucił na ziemię płonącego papierosa. Senegalczyk podjął szybko niedopałek, pociągnął kilka razy i zgasiwszy, schował do kieszeni.

Wszystko to odbywało się bez słowa – w zupełnem milczeniu.

W tym samym prawie czasie z mroków ulicy Galhera wyłoniły się dwie inne żołnierskie postacie w umundurowaniu tak posztukowanem różnymi cywilnymi dodatkami, że trudno było określić gatunek broni, do jakiej ci dwaj ludzie należeć mogli.

W każdym razie jeden z nich miał na głowie „chechię” żuawa, a drugi „kepi” artylerzysty.

Pierwszy szedł na szczudłach, drugi o lasce.

Zatrzymali się oni przy kiosku, który wznosi się tuż chodnika w ulicy.

Z innych przecznic wysunęły się pojedynczo jeszcze trzy postacie: strzelec bez nogi, kulejący saper i kawalerzysta o skrzywionem biodrze. Każdy z nich obrał sobie jedno drzewo skweru i wsparłszy się o nie trwał bez ruchu.

Nie rozmawiali ze sobą wcale. Zdawałoby się, że żaden z tych siedmiu inwalidów nie zna swych towarzyszów i nawet nie dostrzega ich obecności.

Wybiła godzina 6-ta.

W tejże samej chwili z bramy jednego z domów wyszedł oficer w mundurze „khaki”. Bandaż owijał pod czapką jego głowę, zakrywając jego czoło. Był to mężczyzna wysoki i bardzo szczupły i tak samo jak tamci żołnierze inwalida. Albowiem prawa jego noga poniżej kolana wspierała się na drewnianem szczudle. Oficer skierował się przez ulicę Piotra Charren ku Polom Elizejskim, gdzie zatrzymał się w pobliżu wielkiego gmachu, zamienionego, jak opiewał napis nad brama na szpital wojskowy.

Oficer zajął stanowisko, umożliwiające mu kontrolę wychodzących stamtąd osób z tem jednak, aby on sam nie był przez nie widziany... Zegar na wieży wydzwonił trzy kwadranse na siódmą, potem siódma godzinę.

Pięć osób wyszło z bramy szpitala, potem jeszcze dwie, wreszcie ukazała się pielęgniarka w luźnym błękitnym płaszczu z opaską Czerwonego Krzyża na rękawie.

– Oto ona – szepnął oficer. Pielęgniarka skierowała swe kroki ku ulicy Piotra Charron i szła prosto w stronę placu Chaillota. Szła szybko – krokiem lekkim i rytmicznym. Pod luźnym nazbyt szerokim płaszczem – odgadywało się toczone kształty młodego ciała.

Oficer postępował za nią w pewnej odległości, rysując z niedbałą miną jakieś zygzaki swoją laską – tak jak to czynią spacerowicze, którym się nie spieszy.

W tej chwili nie widać było na całej tej przestrzeni nikogo prócz niej i niego.

Kiedy jednak pielęgniarka mijała avenue Marceau – automobil, który tam stał, jakby oczekując na kogoś, puścił motor w ruch i zwrócił się w tym samym kierunku, co młoda kobieta. Było to taxi – auto, w którem oprócz szofera znajdowało się dwóch mężczyzn.

Automobil, który z początku jechał bardzo powoli, zwiększał szybkość w miarę tego, jak pielęgniarka zbliżała się do skweru. Młoda kobieta szła naprzód, nie oglądając się poza siebie, widocznie łoskot motoru nie zaniepokoił jej.

W chwili kiedy znalazła się tuż przy drzewach okalających plac – auto zatrzymało się nagle. Dwaj mężczyźni wyskoczyli – jeden – przez jedne – drugi – przez drugie drzwiczki. 

Krzyk przerażenia, jaki wydarł się z piersi kobiety – zlał się w jedno z przeraźliwym dźwiękiem gwizdawki, którą przyłożył do ust oficer-inwalida.

Wówczas siedmiu żołnierzy, ukrytych za drzewami wypadło z nienacka. Rzucili się oni na napastników, wprowadzających swą zdobycz – do automobilu.

Wałka była krótka, a właściwie nie było jej wcale. Szofer, widząc co się dzieje puścił maszynę w ruch i zmykał z największą możliwą szybkością. Tamci zaś dwaj zrozumiawszy, że zamiar ich udaremniono – puścili młodą kobietę a następnie rzucili się w mroki ulicy Brugnoles.

– Galop!... Ya-Bon – zakomenderował oficer, zwracając się do Senegalczyka – przyprowadź mi tu koniecznie jednego za kark!...

Sam zaś podtrzymywał kobietę drżącą całą i bliską omdlenia.

– Niech się pani nie lęka, mateczko Koralio!... To ja kapitan Belval... Patrycyusz Belval...

Wówczas ona wyjąkała:

– Ach! to pan, kapitanie...

– Tak, zebraliśmy się tutaj przyjaciele pani, dawni pacyenci ze szpitala, którymi się mateczka tak troskliwie opiekowała...

– Dziękuję... dziękuję...

I drżącym głosem zapytała:

– A tamci dwaj?...

– Uciekli. Ya-Bon ich ściga!

– Ale czego oni chcieli odemnie? I jakim cudem znaleźliście się tutaj, wszyscy, aby mi tak w porę przybyć na pomoc!

– Pomówimy o tem później, mateczko Koralio. Teraz jest pani zbyt wyczerpaną i musi pani wypocząć trochę...

Delikatnie, ująwszy ją pod ramię, poprowadził w stronę domu, z którego sam wyszedł przed godziną. Młoda kobieta nie stawiała żadnego oporu.

Cała gromadka weszła do mieszkania na parterze, gdzie zainstalowano się w wielkim salonie, oświetlonym żyrandolem elektrycznym. Na kominku płonął jasno ogień.

– Niech pani spocznie, mateczko Koralio...

Kobieta opadła na fotel – bez słowa.

– Poular – wydał rozporządzenie kapitan – biegnij do jadalni po kieliszek... Ty Ribrac, przynieś karafkę świeżej wody z kuchni... Chatalani, – w kredensie stoi butelka rumu... Nie!... nie!... mateczka Koralia nie lubi rumu... zatem...

– Zatem... – uśmiechnęła się lekko – proszę tylko o szklankę czystej wody...

Policzki młodej kobiety odzyskiwały powoli zwykłą swoją barwę... Do pobladłych warg napływała krew.

Twarz młodej kobiety pełna wdzięku i słodyczy, miała szlachetny, czysty owal i rysy niezwykłej delikatności. Duże jasne oczy patrzyły w świat spojrzeniem dziecka... A jednak w tej twarzy łagodnej i delikatnej było coś, co wskazywało, że subtelna ta istota ma duży zasób energii i silna wolę.

– Cóż, lepiej pani? – zapytał kapitan, kiedy „mateczka˝ Koralia wychyliła szklankę zimnej wody.

– O wiele lepiej.

– No, to cudownie!... Aleśmy przeżyli gorącą chwilę!... Co za niezwykła historya!... Trzeba to będzie wszystko wyjaśnić – prawda? Oho!... Ya-Bon powraca!... Ciekawym czy...

Kobieta zerwała się narówne nogi.

– Sądzi pan, kapitanie, że dogonił jednego z tych ludzi?

– Ależ pewny tego jestem... Powiedziałem przecież, żeby mi sprowadził jednego z tych hultajów za kark, a Ya-Bon zwykł wykonywać moje rozkazy...

Wszyscy zwrócili się w stronę westybulu. Senegalczyk szedł już po schodach w górę. Prawą swoją żylastą dłonią trzymał za kark jakiegoś mężczyznę, niosąc go tak, jakby to nie był żywy człowiek, ale pajac z drzewa lub gutaperki.

Kapitan rzekł krótko:

– Puść go...

Ya-Bon rozsunął palce. Jeniec upadł bezwładnie jak kloc na kamienną posadzkę westybulu.

– Oto czego się lękałem – mruknął kapitan Belval – Ya-Bon ma tylko jedną rękę, ale jeżeli tą swoją jedyną ręką – chwyci kogoś za gardło, to cudem chyba nie udusi... Niemcy mogliby coś o tem powiedzieć...

Oficer nachylił się nad zemdlonym, a potem zwracając się do pielęgniarki zapytał:

– Pani zna tego człowieka?

– Nie...

– Napewno? nie widziała pani nigdy tej twarzy.

Była to wielka tłusta twarz o nizkiem czole pod czarnemi, wypomadowanymi włosami... Nad grubemi zmysłowemi wargami – siwiejące wąsy. Granatowe ubranie było nowe, modne i dobrze skrojone.

– Nigdy... nigdy wżyciu...

Kapitan przetrząsnął kieszenie nieznajomego. Nie znalazł w nich najmniejszego nawet świstka papieru.

– No, to poczekamy, aż przyjdzie do siebie i wtedy zaczniemy indagacyę.

– Ya-Bon, zwiąż mu ręce i nogi i pozostań tutaj przy nim na straży... A wy chłopcy, możecie już odejść... Czas, byście powrócili już do Domu rekonwalescentów... Pożegnajcie mateczkę Koralię i zmykajcie.

– Dobranoc, mateczko!... – zawołali żołnierze chórem.

– Dowidzenia... Dziękuję wam... dziękuję serdecznie...

Kiedy tamci odeszli – Patrycyusz Belval siadł na nizkim taboretku – prawie u nóg młodej kobiety i zaczął:

– A teraz porozmawiamy, mateczko Koralio... Więc przedewszystkiem parę słów wyjaśnienia... Będę się streszczał...

Zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli, poczem ciągnął dalej:

– Jak pani wie, mateczko Koralio, osiem dni temu – wypuszczono mnie ze szpitala, pozwalając mieszkać prywatnie... Przez cały ten czas spaceruję sobie, jadam o ile mogę najczęściej i odwiedzam dawnych przyjaciół... Właśnie dzisiaj przed południem czekałem w kawiarni na jednego z moich dobrych znajomych... Paliłem sobie papierosy i rozmyślałem o różnych rzeczach, kiedy nagle o uszy moje obiły mi się słowa, która zwróciły moją uwagę... Trzeba pani przytem wiedzieć, że sala ta jest przedzielona drewnianą ścianką na dwie połowy... Jedna połowa przeznaczona jest dla gości kawiarnianych – druga stanowi bar... Tamci dwaj widocznie sądzili, że są sami i mówili tak głośno, że mogłem pochwycić kilka zdań, które sobie nawet zanotowałem...

Belval wyjął z kieszeni notatnik:

– Te kilka zdań, które mnie z łatwo zrozumiałych powodów zainteresowały – poprzedziły słowa o jakimś deszczu złotych iskier... Czy to pani nie naprowadza na jaki domysł?

– Bynajmniej...

– Więc niech pani słucha dalej... Aha! zapomniałem dodać, że ci ludzie rozmawiali po angielsku zupełnie wprawdzie poprawnie, ale z akcentem, zdradzającym, że ani jeden ani drugi nie są Anglikami... Oto ich słowa – wiernie przetłomaczone.

– A więc – rzekł jeden z nich – wszystko gotowe... Pan i on będziecie dzisiaj wieczorem przed godziną siódmą – na umówionem miejscu...

– Będziemy, pułkowniku. Nasz automobil gotów.

– Dobrze, proszę pamiętać, że ta mała wychodzi ze szpitala o siódmej...

– Proszę być bez obawy.

Pomyłka jest wykluczona – ponieważ ona zawsze idzie tą samą drogą w ulicę Piotra Charron...

– A plan cały wypracowany? –

– Jak najbardziej szczegółowo. Stanie się to na rogu ulicy Chaillota... Gdyby nawet tam było kilku przechodniów – to nie zdąża pospieszyć na pomoc, ponieważ działać będziemy z błyskawiczną szybkością!...

– Czyś pan pewny swego szofera?

– Pewny gestem, że za taką zapłatę – zrobi wszystko!... To wystarczy!...

– Doskonale!... Oczekuję pana – wie pan gdzie – w automobilu... Pan mi poda, tę małą i od tej chwili jesteśmy panami sytuacyi...

– A ty, pułkowniku, panem tej małej... Rzecz nie do pogardzenia, bo ona jest dyabelnie ładna!...

– Dyabelnie!... Znam ją oddawna z widzenia, ale nigdy nie miałem sposobności, aby się przedstawić!... Zamierzam też skorzystać z tej okazyi, i załatwić te sprawy po żołniersku!...

Pułkownik dorzucił:

– Będzie może trochę płaczu, trochę fochów i krzyku, ale to nie szkodzi!... Lubię nawet opór, wtedy... gdy jestem silniejszy!...

Zaczął śmiać się brutalnie, a towarzysz zawtórował mu. Ponieważ regulowali już rachunek – więc ja także wstałem. Tamci nie wyszli razem – jeden przez drzwi frontowe skierował się na bulwar, a drugi wyszedł przez boczne drzwi i zniknął w przecznicy.

Teraz rozumie pani wszystko?...

– Kapitan zamilkł. Młoda kobieta pochyliła głowę w zamyśleniu i dopiero po chwili rzekła:

– Dlaczego mnie pan nie uprzedził?

– Uprzedzić panią!... A gdyby jednak pomimo wszelkich pozorów nie chodziło o panią... Pocóż niepokoić zbytecznie?... Przytem jeśliby ten plan spełz odrazu na niczem, to nieprzyjaciele pani zastawiliby nową pułapkę, a nie znając niebezpieczeństwa jakże moglibyśmy mu zapobiedz. Nie, najlepiej było podjąć walkę. Stworzyłem sobie mały oddział z dawnych pani pacyentów, którzyby wszyscy gotowi byli wskoczyć za panią w ogień, no i udało się nam pokrzyżować plany tym łotrom. Oto jak się rzecz ma cała, mateczko Koralio. A teraz kiedy już pani wie wszystko, co pani o tem sadzi?

Koralia wyciągnęła rękę do młodego oficera.

– Ocalił mnie pan z niebezpieczeństwa, o którem nie wiedziałam zupełnie. Dziękuję panu za to. –

– Nie przyjmuję podziękowań, bo było to dla mnie taką rozkoszą, że mogłem pani służyć. Ale chciałbym wiedzieć, co pani o tej całej sprawie sądzi. –

– Właściwie nie wiem co sadzić. Nie mogę panu udzielić żadnych informacyi, któreby na tę tajemniczą sprawę jakiekolwiek światło rzucić mogły. –

– Pani nie zna swoich nieprzyjaciół?

– Osobiście nie. –

– A tego człowieka, któremu tamci dwaj mieli panią wydać i który mówi, że zna panią z widzenia?

Koralia zaczerwieniła się i odrzekła:

– Każda kobieta spotyka w życiu mężczyzn, którzy ją prześladują pożądliwemu spojrzeniami. Jedni to robią jawnie, drudzy bardziej skrycie. Nie mam pojęcia o kogo tu chodzi. –

– A zatem? Chyba tylko nasz jeniec może nam dać jakieś wyjaśnienie. Jeżeli będzie milczał, tem gorzej dla niego. Oddam go w ręce policyi, a ta już potrafi wydostać z niego potrzebne informacye.

Kobieta zadrżała.

– W ręce policyi?

– Oczywiście. A cóż mam począć z takim hultajem?

– Nigdy, nigdy – zawołała. – Za żadna cenę. Ależ wtedy wdarliby się w moje życie prywatne. Moje nazwisko wmieszanoby w tę cała historyę.

– Ależ mateczko Koralio, nie mogę przecież...

– Proszę, błagam pana, mój przyjacielu. Niech pan wynajdzie jakiś inny sposób, żeby tylko o mnie nie mówiono. Ja nie chcę, żeby o mnie mówiono.

Kapitan spoglądał na nią zdziwiony, nie mogąc zrozumieć powodu tego wzruszenia i wzburzenia nagłego.

– Nie będą o pani mówili, obiecuję to pani solennie.

– Więc cóż pan zrobi z tym człowiekiem?

– No, mój Boże – uśmiechnął się – naprzód zapytam go grzecznie, czy zechce odpowiedzieć na moje pytania, następnie podziękuję mu za to, że się tak bardzo interesował pani osobą, a potem powiem mu, że może sobie iść do stu dyabłów!...

Belval wstał:

– Pani chce go widzieć?

– O! nie... Czuję się tak bardzo zmęczoną!... Jeżeli nie jestem panu koniecznie potrzebna – to wolałabym uniknąć tej niemiłej rozmowy... Opowie mi pan później...

Kapitan nie nalegał i wyszedł z salonu. Po chwili Koralia usłyszała jak mówił:

– No, Ya-Bon, pilnowałeś dobrze naszego jeńca? Aha! Otóż i on... No, jakże się pan czuje?... Trochę słabo?... No tak, tak – Ya-Bon ma rękę trochę twardą... Cóż to? pan nie odpowiada?... Ya-Bon! ależ ten człowiek nie oddycha, nie rusza się?!... Sapristi!...

Belval wydał okrzyk przerażenia, Koralia zerwała się, aby biedź do westybulu, ale powracający kapitan zagrodził jej drogę.

– Niech pani tam nie idzie!

– Ależ pan ranny?

– Ja!...

– Pan ma krew na mankiecie!...

– To krew tego człowieka!...

– Czy on ranny?

– Tak jest, a właściwie miał krwotok ustami!... Złamanie podstawy czaszki...

– Jakto?... Czyż Ya-Bon?...

– To nie Ya-Bon!

– Więc kto?

– To jego wspólnicy!...

– Powrócili?!...

– Tak jest i udusili go...

– Udusili!... Ależ to nie do wiary!...

Usunęła, zagradzającego jej drogę Belvala i podbiegła do jeńca. Leżał nieruchomy. Twarz jego nacechowana była bladością śmierci. Szyja jego owijała jedwabna czerwona taśma...

ROZDZIAŁ II. TAJEMNICA AMETYSTOWEGO RÓŻAŃCA.

– O jednego łajdaka mniej, mateczko Koralio – rzeki Belval – uprowadziwszy młodą kobietę z powrotem do salonu – znamy już jego nazwisko, było wyryte na kopercie... Nazwisko, to brzmi: Mustafa Rawalow... Coś z turecka po rosyjsku...

– Co zrobicie z ciałem?

– Niech się pani nie troszczy o nic... Ya-Bon już to wszystko załatwi w ten sposób, aby pani osoba nie była wplątaną w tę całą historye... Tak! nie będą o pani mówili... Za to należy mi się podziękowanie... I tym razem upomnę się o nie...

– Dziękuję panu serdecznie...

– O! ja o innem podziękowaniu myślałem... Proszę mnie posłuchać mateczko Koralio...

Utknęła weń pytający wzrok. Belval po chwili zaczął:

– Nie wiem nic o pani, w szpitalu wojskowym – wszyscy pacyenci, sanitaryusze i lekarze nazywali panią poprostu mateczką Koralią... A jak się pani właściwie nazywa?... Czy jesteś panną, mężatką, czy wdową?

Gdzie pani mieszka? Nikt tego nie wie. Codziennie o tej samej godzinie przybywa pani i odchodzi o tej samej porze w tym samym zawsze kierunku. Czasem towarzyszy pani stary służący, z długiemi siwemi włosami i z żółtemi okularami na nosie... Przychodził on nieraz po panią i czekał w westybulu... Próbowano go wypytać, ale milczał uparcie.

A zatem wiem tylko tyle o pani, że jesteś anielsko łagodna i dobra oraz czarująco piękna... – I mam przeczucie, że pani egzystencja owiana mgłą tajemnicy – kryje w sobie coś bolesnego... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że panią dręczy jakaś ciężka troska i ustawiczny niepokój... że pani żyje samotnie... że nikt nie myśli o pani szczęściu i bezpieczeństwie... I dlatego pomyślałem sobie... O! ja już nieraz o tem myślałem i jedynie czekałem na sposobność, aby pani to wyznać... przypuszczam, że pani potrzeba przyjaciela-brata, któryby pani podał pomocne ramię... Czyżbym się mylił, mateczko Koralio?...

W miarę jak Belval z coraz większym zapałem rozsnuwał swoje myśli – twarz młodej kobiety oblekła się wyrazem jakiejś surowości...

Koralia odsunęła się nawet nieco od kapitana. Wreszcie poważnie i z pewnym chłodem wyrzekła:

– Tak, omylił się pan. Moje życie jest zupełnie proste, nie potrzebuję żadnych obrońców...

– Nie trzeba pani obrońców?! – Wykrzyknął – a cóż znaczył ten napad?! Ten spisek przeciwko pani?! ta tajemnica, której odkrycia wrogowie pani do tego stopnia obawiają się, że zamordowali swego wspólnika aby jej tylko nie zdradził... Więc to wszystko – to nic, to moje urojenie?! Nie!... nie!... ja widzę, że na panią czyhają nieprzyjaciele i choćby pani nie przyjęła mojej pomocy i opieki, to... to ja...

Uderzył pięścią w marmurowy kominek i zawołał:

– To ja i tak będę pani bronił!... będę czuwał nad panią!... To mój obowiązek i moje prawo!...

– O! nie...

– Mam prawo stawać w pani obronie – absolutnie mam!...

– Skąd to prawo?

– Prawo daje mi moja miłość!... bo ja panią kocham, mateczko Koralio!... I chociaż jestem inwalidą, choć straciłem nogę do kolana w walce za ojczyznę – rezygnować nie myślę!... Mateczko Koralio, czekam na odpowiedź...

– Pan nie powtórzy mi już nigdy tych słom – wyrzekła wreszcie, nie patrząc mu w oczy.

– Pani zabrania?

– Tak! zabraniam!...

– A więc będę milczał aż do następnego naszego spotkania!...

– My się już więcej nie spotkamy!...

– Dlaczego?...

– Bo ja nie chcę widywać pana – po tem wyznaniu...

– Z powodu...

Podniosła na niego oczy smutne i zamyślone:

– Jestem kobietą zamężną...

Wbrew jej oczekiwaniom oświadczenie to nie zmieszało kapitana ani trochę... Najspokojniej w świecie rzekł:

– No, to pani wyjdzie za mąż drugi raz... Niewątpliwie mąż pani jest stary i pani go nie kocha... On przecież także rozumie, że pani jest młodą i potrzebuje miłości...

– Żart niestosowny, kapitanie...

Belval pochwycił w swoje dłonie drobną rękę Koralii, która wstała już z fotelu, gotując się do odejścia:

– Pani ma słuszność, mateczko Koralio! Proszę mi wybaczyć, że tak lekkim tonem mówię o rzeczach tak poważnych... A tu chodzi o moje życie i o pani życie!... Mam głębokie przeczucie, że jesteśmy wzajemnie swojem przeznaczeniem... A przeciw przeznaczeniu – walczyć daremnie!... Będę czekał cierpliwie... Los nas połączy.

– Nie połączy...

– Połączy – oświadczył stanowczo – zobaczy pani...

– Nie, panie kapitanie – to stać się nie może!... Pan mi da słowo honoru, że nie będziesz usiłował ani widzieć się ze mną ani poznać mego nazwiska... Wyznanie, które mi pan uczynił – wykopało między nami przepaść nie do przebycia... Nie chcę, aby ktokolwiek wglądał w moje życie!...

Mówiła z pewną gwałtownością, starając się jednocześnie uwolnić swą rękę z uścisku kapitana. Belval nie ustępował:

– Mateczko Koralio, nie ma pani racyi, postępując w ten sposób... Niewolno pani... Niech się pani zastanowi – błagam panią!...

Odsunęła go – prawie odepchnęła od siebie. Gwałtowny ten ruch spowodował, iż torebka ręczna Koralii upadła na ziemię. Nieszczelnie snąć zamknięta otwarła się... Wypadło z niej kilka przedmiotów... Belval schylił się szybko, aby je podnieść.

– O! proszę – jeszcze to...

Był to mały futerał wysłany atłasem – z którego wysuwały się ziarnka różańca, Belval uważnie obejrzał różaniec i szepnął:

– Ciekawa rzecz... te ziarnka ametystowe – ta staroświecka złota oprawa, filigranowa robota... To jednak osobliwe... Ta sama robota i ten sam materyał...

Wzruszenie tak silne odmalowało się na jego wyrazistej twarzy, że Koralia zdziwiona zapytała:

– Co się panu stało?...

Patrycyusz Belval obracał w palcach jedno z ziarn różańca – nieco większe od innych. Ziarnko to było przełamane w środku...

– Skonstatowałem coś tak osobliwego – rzekł wreszcie kapitan – że zaledwie śmiem przypuszczać... Trzeba to zbadać odrazu... Ale przedewszystkiem jedno słowo: kto pani dał ten różaniec ametystowy?...

– Nikt mi go nie dał... posiadałam go zawsze...

– Musiał przecież należeć do kogoś – zanim stał się pani własnością...

– Należał do mojej matki...

– Ach!... do matki pani...

– Cóż w tem nadzwyczajnego?...

– Napozór nic... Matka pani nie żyje?...

– Umarła, kiedy miałam lat cztery... Zaledwie że sobie ją przypominam... Ale dlaczego pyta mnie pan o to i co za związek ma to z tym różańcem?

– Owszem, ma związek. Zaraz pani udowodnię. Proszę popatrzeć.

Rozpiął bluzę i z kieszeni kamizelki wydobył zegarek, przy którym widniało kilka breloków, przymocowanych na małej dewizce ze skóry i srebra. Jeden z tych breloków była to połówka kulki ametystu, ujętej z jednej strony w złoto filigranowej roboty. Wielkość i grubość obu odłamków ametystu była identyczna, jak również ich barwa. Oprawa również nie różniła się niczem.

Koralia i Patrycyusz spojrzeli sobie w oczy. – Młoda kobieta wyszeptała zmieszana:

– Ależ to przypadek. Nic innego, tylko przypadek.

– Być może, ale przypuśćmy, że te dwie połówki tworzą istotnie jedną całość.

– To niemożliwe – zawołała Koralia.

Kapitan nic nie odpowiadając przymierzył obie połówki ametystu do siebie i okazało się, że załomy jednego kawałka wchodzą dokładnie w załomy drugiego, rzeczą oczywista było, że te dwie połówki są połówkami jednego i tego samego ametystu. Zapanowała chwila długiego milczenia. Wreszcie kapitan Belval rzekł cichym głosem:

– I ja właściwie nie wiem skąd pochodzi ten brelok. Od dzieciństwa widywałem ten kawałek ametystu wśród rozmaitych przedmiotów bez większej wartości, które przechowywałem w moim kuferku. Leżał sobie pośród kluczy do zegarków, staroświeckich pierścionków, starodawnych pieczątek. Skąd się tam wziął nie wiem. Jedno tylko wiem obecnie zpewnością – obejrzał raz jeszcze dokładnie oba odłamki i z obserwacyi tej wyciągnął następujący wniosek:

– Bezwątpienia, że największe ziarno z tego różańca złamało się niegdyś na dwoje. I te dwie połówki są w naszem posiadaniu. Mojem i pani.

Przysunął się bliżej do Koralii i mówił dalej, głosem przyciszonym.

– Kwestyonowała pani przed chwilą moją wiarę w siłę przeznaczenia. Moja pewność, że wypadki prowadzą nas ku sobie, wydała się pani może śmieszną, a teraz co pani powie? Chodzi tutaj bowiem albo o wypadek tak niezwykły, że poprostu trudno bez należytej podstawy twierdzić, że to tylko wypadek. Albo też o fakt realny, wskazujący, że nasze egzystencye już się gdzieś zetknęły w przeszłości na jakimś punkcie tajemniczym. I teraz tera mocniej wierzę, że odnajdą się w przyszłości, aby się już więcej nie rozłączać. I poraz drugi ofiaruję pani pomocną dłoń przyjaciela, bo wiem, że grozi ci niebezpieczeństwo. Podkreślam, że mówię tylko o przyjaźni, nie zaś o miłości. Czy pani przyjmuje?

Na razie nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Belval nie usiłował dłużej zatrzymać Koralii.

Odeszła. Kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za nią – Belval podszedł do okna i tęsknym wzrokiem ścigał sylwetkę młodej kobiety, która za chwilę miała mu zniknąć z przed oczu zatopiona w morzu mroków wieczornych.

Serce ścisnęło mu się: czy zobaczy ją jeszcze kiedykolwiek?...

Ale Patrycyusz Belval nie należał do ludzi łatwo poddających się zwątpieniu.

– Czy ją zobaczę?! Może już jutro nawet... Los mi dopomoże!...

Wieczorem Belval po spożyciu obiadu w restauracyi – przybył do Neuilly, gdzie znajdował się dom dla żołnierzy – rekonwalescentów. Ponieważ regulamin w tem sanatoryum dla uzdrowieńców nie był zbyt surowy – więc kapitan z łatwością mógł uzyskać widzenie z Ya-Bonem.

– Czy Ya-Bon jest tutaj?...

– Tak jest, kapitanie – odparła dyżurna – gra w karty ze swoją dziewczyną...

– To jego dobre prawo kochać i być kochanym... Czy są jakie listy do mnie?

– Niema żadnych. Przyniesiono tylko jakiś pakunek...

– Od kogo!...

– Przyniósł go komisyoner i powiedział tylko tyle: „Dla kapitana Belvala”. Złożyłam ten pakiet w pańskim pokoju.

Kapitan pospieszył do swego pokoju, gdzie ujrzał na stole pakiet owinięty w biały papier i obwiązany sznurkiem.

Rozdarł papier. Zobaczył mała szkatułkę, a w niej mieścił się klucz, wielki klucz pokryty rdzą.

– Coby to mogło znaczyć?... Na pakunku nie było żadnego adresu nadawcy, ani żadnej pieczątki.

– Chyba to jakaś pomyłka!... pomyślał Belval i schował klucz do kieszeni.

– Dosyć zagadek na dzisiaj – powiedział głośno sam do siebie – teraz kładźmy się spać.

Ale w chwili, gdy zasuwał story u okna – wzrok jego uderzony został snopem iskier wytryskających ponad drzewami lasku Bulońskiego. Złoty deszcz iskier rozdarł nieprzeniknione mroki nocy.

W tejże chwili kapitan przypomniał sobie podsłuchaną w restauracyi rozmowę. Wszak to o deszczu złotych iskier rozmawiali ci sami ludzie, którzy planowali uprowadzenie mateczki Koralii.

ROZDZIAŁ III. ZARDZEWIAŁY KLUCZ.

Patrycyusz Belval, kiedy skończył lat osiem, został wysłany przez swego ojca do Londynu do szkoły francuskiej, w której przebył dziesięć lat ani raził nie odwiedzając ojczyzny.

Z początku – co tygodnia otrzymywał regularnie listy od ojca, wreszcie pewnego dnia dowiedział się od dyrektora, że jest sierotą i że koszta jego edukacyi będą pokrywane z procentów dwustu tysięcy franków, pozostałych po ojcu.

Po dojściu do pełnoletności Patrycyusz podjął spadek i wyjechał do Algieru, aby tam pełnić służbę wojskową. W niezbyt długim czasie nietylko stracił całe swoje dziedzictwo, ale jeszcze zrobił kilkadziesiąt tysięcy długów.

Zmuszony brakiem funduszów do porzucenia wojska – wziął się do pracy. Umysł jego ruchliwy i przedsiębiorczy pchnął go na drogę interesów. Organizował komunikacyę automobilową i łodzi motorowych, elektryfikacyę, zaimprowizował blizko tuzin przedsiębiorstw, które wszystkie udały się i incyatorowi dostarczyły znacznych środków materyalnych.

Kiedy wybuchła wojna rzucił się w jej wir ciałem i duszą i zdobył szlify porucznika w bitwie nad Marną. Ranny ciężko w łydkę – musiał poddać się amputacyi. Pomimo tego nie dał za wygranę karyerze wojskowej. Przerzucił się do lotnictwa i przez kilka miesięcy pełnił służbę obserwatora na aeroplanie. Raniony odłamkiem szrapnela w głowę – przewieziony został do szpitala wojskowego na Polach Elizejskich... I w szpitalu tym poznał mateczkę Koralię... Od pierwszego dnia poznania, zakochał się w niej... Jej piękność, wdzięk, łagodne smętne oczy, słodycz obejścia – przenikały mu serce do głębi. Milczał wszakże, czekając stosownej chwili...

I oto wypadki tak się ułożyły, że Belval zdołał wyśledzić grożące ukochanej niebezpieczeństwo i wyrwać ja z rąk wrogów. Pierwszy etap walki zakończył się zwycięzko – trudno było jednak przypuścić – aby to było już zwycięztwo ostateczne. Wrogowie bezwątpienia przypuszczą nowy atak... I teraz nasuwało się zapytanie, czy ów deszcz złotych iskier, widziany przed chwilą nie pozostaje w jakimś związku ze spiskiem uknutym przeciwko mateczce Koralii... I znowu snop iskier złocistą smugą wytrysnął w powietrze.

O ile Patrycyusz Belval mógł osądzić – ten deszcz złotych iskier spadał gdzieś na wybrzeżu Sekwanny pomiędzy Trocadero a dworcem w Passy.

Koralia przysłonęła oczy rękami i trwała tak przez dłuższą chwilą – bez słowa, bez ruchu...

– Trzeba tam iść – zadecydował Belval – i zobaczyć co to znaczy?

Na drugiem piętrze smuga światła wykradała się przez niedomknięte drzwi. Było to mieszkanie Ya-Bona, który wedle informacyi dyżurnej pielęgniarki – grał ze swoją „flamą˝ w karty. Kapitan wszedł.

Ya-Bon przestał grać już w karty. Zdrzemnął się w fotelu przy stole, na którym leżała talia kart. Na lewem ramieniu żołnierza, z którego zwisał pusty rękaw, wspierała się głowa kobiety o rysach wulgarnych, grubych, wysuniętych wargach i żółtej, tłustej – jakby oliwą wysmarowanej skórze. Byłą to Angela, pomywaczka – przyjaciółka Senegalczyka. W tej chwili chrapała głośno.

Kapitan dotknął ramienia Senegalczyka. Ten obudził się i uśmiechnął na widok swego przełożonego...

– Słuchaj, Ya-Bon, jesteś mi potrzebny.

Ya-Bon zerwał się na równe nogi, odpychając Angelę, która padła głową na stół, i chrapała najspokojniej dalej.

Na ulicy kapitan nie zobaczył iskier, ponieważ drzewa przesłaniały mu widok szerszy. W drodze do Passy Belval opowiedział Ya-Bonowi o swoich przypuszczeniach i kłopotach. Wiedział wprawdzie, że Ya-Bon niewiele z tego wszystkiego zrozumie, ale tak się już przyzwyczaił do tego powiernika biernego i posłusznego, że wtajemniczał go we wszystkie swoje troski.

– Co ty myślisz o tem wszystkiem Ya-Bon? Mnie się zdaje, że to jest ta sama historya... Prawda!

– Tak – mruknął Ya-Bon.

– A zatem bezwątpienia mateczce Koralii grozi nowe niebezpieczeństwo?

– Tak! – potwierdził znowu Senegalczyk.

– Pięknie. Ale teraz musimy się przekonać, co oznacza ten deszcz złotych iskier? Przez chwilę przypuszczałem... Słuchasz mnie ty uważnie?

– Tak.

– Otóż przypuszczałem, że jest to sygnał szpiegowski dla niemieckich Zeppelinów...

– Tak.

– Ośle jeden! właśnie że nie tak, bo jak wynika z podsłuchanej przezemnie rozmowy – sygnał ten powtarzał się już dwukrotnie przed wojną... I czy to wogóle jest sygnał?...

– Nie!...

– Idyoto!... Jakto nie?! A cóżby to takiego być mogło... Lepiejbyś milczał i słuchał!... zwłaszcza, że ja sam nie wiem o co tutaj chodzić może!...

Patrycyusz Belval uczuł jeszcze większe zakłopotanie, kiedy przeszedłszy przez ulicę de La Tour, znalazł się na rozstaju. Kilka dróg otwierało się przed nim... którąż z nich wybrać?... Żadna iskra tajemnicza nie rozświecała ciemności.

– Zapewne to już się skończyło... Spóźniliśmy się i to przez ciebie Ya-Bon... Gdybyś nie tracił czasu na wyrywanie się z objęć twojej bogdanki, bylibyśmy zdążyli...

Nie miał pojęcia w jakim kierunku zwrócić się i wkońcu. zdezorientowany kompletnie zamierzał dać za wygraną... Nagle z ulicy Franklina wyłoniło się auto, w którem siedziało kilku mężczyzn. Jeden z nich zawołał przez tubę akustyczną:

– Proszę skręcić na lewo... potem prosto przed siebie – dopóki nie dam znać...

Kapitanowi zdało się, że poznaje ten głos...

– Czyż to był człowiek w szarym kapeluszu!? Jeden z tych, którzy usiłowali porwać mateczkę Koralię?!...

– Tak! – mruknął Ya-Bon.

– Deszcz złotych iskier – i ten człowiek tutaj. Nie należy zgubić śladu!... Galop!... Ta-Bon...

Zbytecznem jednak było przynaglać Ya-Bona do galopu – ponieważ kapitan Belval sam zdążył przybyć w chwili, kiedy auto zatrzymało się przed portalem jakiegoś domu.

Pięciu mężczyzn wysiadło z auta. Jeden z nich zadzwonił. Upłynęło kilkadziesiąt sekund – dzwonek zadźwięczał ostro poraz drugi. Dopiero jednak za trzeciem pociśnieciem dzwonka otwarło się małe okienko w górnem skrzydle bramy. Przez chwilę trwały ciche pertraktacye. Osoba, która otworzyła okienko żądała znać wyjaśnień. Ale nagle dwóch z pośród przybyłych naparło z całej siły na bramę, która ustąpiła pod tym naciskiem... Cała banda wdarła się do wnętrza... Wszczął się hałas i rumor, poczem brama zatrzasnęła się znowu... Wówczas kapitan Belval rozpoczął studya nad terenem...

Dom, do którego wdarły się owe tajemnicze indywidua i przed którym stał jeszcze automobil, utrudniający kapitanowi zbliżenie się, zbudowany był w stylu pałaców pierwszego cesarstwa. Okna okrągłe, na parterze okratowane, na pierwszem piętrze zaś przesłonięte pełnemi okiennicami. Do budynku tego przylegał drugi, tworząc jak gdyby oddzielne skrzydło.

– Nie da się zajść z boku – rzekł kapitan. – wszystko pozamykane, jak w jakiejś twierdzy feudalnej. Szukajmy gdzieindziej. – Spojrzenie kapitana padło na mur, odgradzający ogród od ulicy.

– Chyba tędy. Wprawdzie mur trochę zanadto wysoki, ale damy sobie jakoś radę. Pomóż no mi Ya-Bon.

Stanąwszy na ramionach Senegalczyka, kapitan Belval zamierza wspiąć się po murze, zobaczył jednak, iż mur najeżony jest kawałkami ostrymi szkła, uniemożliwiającymi dostęp. Wściekły zeskoczył.

– No, wiesz Ya-Bon, mogłeś mnie uprzedzić. Jeszcze chwila, a byłbym sobie pokrajał ręce. O czem ty właściwie myślisz? Doprawdy nie rozumiem, dlaczegoś się uparł leźć tutaj koniecznie ze mną.

Nagle kapitan uczuł, iż ręka Senegalczyka spoczęła na jego ramieniu.

– No, czegóż chcesz, Ya-Bon?

Ciężka ręka popchnęła go w stronę muru. W tem miejscu widniało obramowanie drzwi.

– A, otóż i drzwi jakieś. Wyobrażasz sobie może, że tego nie widziałem? No mój drogi, nietylko pan Ya-Bon ma oczy. Ba, ale jak się tam dostać? Drzewo masywne, okucia mocne. Ba, żeby to wyrwać skądś klucz odpowiedni. Mniej więcej taki klucz jaki mi dzisiaj przyniósł ów tajemniczy komisyoner.

Dziwna myśl strzeliła kapitanowi do głowy. – Myśl, która w pierwszej chwili wydała się jemu samemu absurdem.

– A jednak... można spróbować – i wyjął z kieszeni klucz. Włożył do zamku. Klucz obrócił się gładko. Po chwili drzwi otwarły się.

– Wejdźmy – powtórzył tryumfująco.

Cicho jak koty wsunęli się do pogrążonego w mrokach nory ogrodu. Zaledwie jednak uszli kilkadziesiąt kroków, gdy udało się słyszeć zajadłe szczekanie psa. Patrycyusz zadrżał, albowiem szczekanie to zbliżało się. A choć nie był tchórzem, sytuacya jednak była nie do pozazdroszczenia. Jak odeprzeć ten atak wśród ciemnej nocy, nie używając broni palnej, która mogłaby ich zdradzić. A nie miał przy sobie innej broni prócz rewolweru. W mroku zarysował się łeb zwierzęcia i zadźwięczał łańcuch, z którego pies snąć się urwał. Chwila katastrofy była tuż... tuż, – gdy nagle Ya-Bon rzucił się na psa i zaczął się z nim tarzać w rozpacznej walce po zroszonej trawie. Walka była krótka. Po kilku minutach Senegalczyk, dysząc ciężko, podniósł się z ziemi. Przy świetle zapałki kapitan zobaczył, że żołnierz trzyma w swojej jedynej ręce olbrzymiego, martwego już psa.

– Dziękuję ci, Ya-Bon. Ale szkoda biednego zwierzęcia, które chciało tylko spełnić swój obowiązek. I my musimy spełnić, co do nas należy, Ya-Bon, tylko że na nieszczęście niebardzo wiem, co nam właściwie czynić należy.

Poprzez uchylone okiennice jednego z okien błyszczało światło. Kapitan podkradł się pod okno, skonstatował wszakże odrazu, że ani zobaczy, ani usłyszeć nic nie zdoła. Przesuwając się pod murem, natknął się znowu na jakieś drzwi.

Jeżeli – pomyślał – przypadek zesłał mi klucz od ogrodzi, nie widzę powodu, dlaczego by nie mógł sprawić, iżby te drzwi prowadzące z ogrodu w głąb domu nie były otwarte.

We wnętrzu domu hałas zmieszanych głosów stał się wyraźniejszym. Kapitan doszedł do przekonania, że hałas ten pochodzi z klatki schodowej na pierwszem piętrze. Starając się zachowywać jak najciszej wszedł po schodach na górę. Przez napół uchylone drzwi przedostał się do wąskiej galeryi, obiegającej naokoło tę cześć domu. Galerya ta widocznie była rodzajem biblioteki, ponieważ mieściły się tam stosy książek, sięgające aż pod sufit. Te to właśnie stosy książek zasłaniały kapitana tak, iż i nie mogli go zobaczyć ludzie, znajdujący się o pół piętra niżej, Natomiast on sam usunąwszy kilkanaście wielkich zakurzonych foliałów, uzyskał dobry punkt obserwacyjny. W tejże samej chwili hałas spotęgował się, a Belval zobaczył jak owych pięciu mężczyzn przybyłych automobilem rzuca się na jakiegoś człowieka i przewracają go na ziemię wśród wściekłych wrzasków.

Pierwszym odruchem kapitana była chęć pospieszenia na pomoc napastowanemu. Przy pomocy Ya-Bona, który przybiegłby na wezwanie bez wątpienia poradziłby sobie z tymi napastnikami. Jeżeli jednak nie uczynił tego, to dlatego, że nie widział w ich ręku żadnej broni. Jak się zdawało, ludzie ci nie działali w zamiarze morderczym. Po obezwładnieniu swojej ofiary, zadowolili się tem, że mogą go trzymać za gardło, ramiona i za nogi. Co się tu właściwie dziać miało? Jakiś instynkt szeptał młodemu oficerowi, że przeczekać należy.

Szybkim ruchem jeden z owych pięciu zerwał się na równe nogi i zakomenderował:

– Przywiążcie go. I zakneblujcie mu usta. Zresztą może sobie krzyczeć ile mu się podoba. I tak nikt go tu nie usłyszy.

Natychmiast Patrycyusz rozpoznał głos, który już słyszał tego ranka w restauracyi. Nieznajomy był to człowiek niewielkiego wzrostu, szczupły, elegancki, o cerze oliwkowej i twarzy nacechowanej wyrazem okrucieństwa.

– Nareszcie go mamy, tego łajdaka, I sądzę, że tym razem przemówi. – Czyście zdecydowani na wszystko przyjaciele?

Jeden z tamtych czterech wyrzekł nienawistnie:

– Na wszystko. I to bez zwłoki – cokolwiek by się zdarzyć miało.

Wypowiadający te słowa mężczyzna miał bujne, czarne wąsy i Patrycyusz rozpoznaj w nim drugiego gościa z restauracyi. To znaczy jednego z tych, którzy usiłowali porwać Koralię.

– Na wszystko Bournef, cokolwiek by się zdarzyć mogło – zaśmiał się przywódca. A zatem dobrze, rozpoczynamy taniec. No cóż, stary, cóż Essares, nie chcesz nam wyjawić twojego sekretu? No, zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

Wykonał ruch ręką, widocznie zupełnie zrozumiały dla jego towarzyszy, ponieważ natychmiast rzucili się na swoją ofiarę i przywiązawszy ją do fotela głową w dół, a nogami do góry, zdjęli jej obuwie i pończochy. Przywódca zawołał: zaczynać. Natychmiast popchnięto fotel na kółkach w stronę kominka, gdzie płonął czerwono ogień. Pomimo knebla krzyk bólu zduszony wyrwał się z ust torturowanego, a pomimo więzów nogi zdołały się nieco usunąć.

– Bliżej, bliżej – wołał przywódca.

Patrycyusz Belval ścisnął w ręce swój rewolwer.

– Nie pozwolę już dłużej męczyć tak tego nieszczęśliwego!

Ale w tej chwili, kiedy zamierzał rzucić się naprzód, ujrzał coś, co go powstrzymało, coś najbardziej niespodziewanego. Vis a vis niego widniała twarz kobiety o wielkich oczach, rozszerzonych przerażeniem śledzących scenę, która się rozgrywała na dole. Kapitan Belval poznał Koralię!...

ROZDZIAŁ IV. SEKRET ESSARESA.

– Koralia – mateczka Koralia ukryta w tym domu, który napadli jej wrogowie. W pierwszej chwili przyszło mu do głowy, że równie jak on sam dostała się przypadkiem do wnętrza tego tajemniczego budynku, po chwili jednak odrzuci tę myśl jako zbyt nieprawdopodobną. W jakiż bowiem sposób mogłoby się jej to udać? A jeśli to nie przypadek, to co ona tutaj robi? Wszystkie te pytania kłębiły się w głowie kapitana, który nie umiał na nie znaleźć odpowiedzi, zahypnotyzowany formalnie ściągniętą grozą twarzyczką Koralii. Z dołu dał się słyszeć drugi krzyk, jeszcze przeraźliwszy niż pierwszy i Patrycyusz zobaczył nogi ofiary drgające z bólu ponad płomieniem ogniska. Ale tym razem nie spieszył już na pomoc, wstrzymany obecnością Koralii. Nie chciał się narażać, nie wiedząc, czy Koralia nie będzie potrzebowała jego obrony.

– Spocząć – zakomenderował przywódca. – Odsuńcie go od ognia. Przypuszczam, że ta nauczka wystarczy.

I zbliżając się do związanego rzekł:

– No i cóż, mój drogi, co powiesz? Jak ci się to podoba? A ty wiesz przecież, żeśmy dopiero zaczęli. Pamiętaj Essares, że jeżeli nie przemówisz, nie cofniemy się przed niczem, ale przygrzejemy cię tak, że ci się zrobi bardzo ciepło. No więc zgoda, co? Powiesz?

Przywódca zaklął straszliwie:

– Co? Co takiego? Nie będziesz mówił? Ale słuchajże uparty hultaju, czy ty się nie oryentujesz ci mógł dać tutaj jakąkolwiek pomoc? Twoja służba? Portyer i lokaj to moi ludzie. Udzieliłem im właśnie ośmiu dni urlopu. Już ich tutaj niema. Pokojówka? Kucharka? Mieszkają w drugiem skrzydle tego domu, a sam mi nieraz mówiłeś, że stąd tam nic nie słychać. No i któżby jeszcze? Twoja żona? Ależ ona śpi już spokojnie i zdaleka od tego pokoju i nic nie słyszała. Szymon, twój stary sekretarz? związaliśmy go mocno w chwili, kiedy nam otwierał bramę. Aha, zresztą a propos Szymona Bournef...

Mężczyzna z czarnym wąsem zapytał:

– O co chodzi?

– Bournef, czy sekretarz dobrze zamknięty!

– W loży portyera.

– Czy wiesz gdzie się znajduje pokój pani domu?...

– Trafię według wskazówek udzielonych mi poprzednio.

– Idźcież więc tam wszyscy i przyprowadźcie tutaj panią i sekretarza.

Czterej mężczyźni wyszli z sali, a zaledwie zniknęli, przywódca bandy pochylił się żywo nad swoją ofiarą i rzekł:

– Oto jesteśmy sami, Essares. O to mi właśnie w sytuacyi? Jak widzę, to się łudzisz jeszcze jakiemiś nadziejami. Masz źle w głowie chyba. Któżby chodziło. Skorzystajmy z tej chwili.

Pochylił się niżej i mówił tak cicho, że Belval z najwyższym trudem pochwytał jego słowa.

– Ci ludzie to są idyoci, któremi kieruję według mojej woli i którym nie zdradzam nawet drobnej części moich planów. Tymczasem wy dwaj, Essares, możemy się doskonale porozumieć. Nie chciałeś tego przyznać, i oto do czego cię to doprowadziło. Dajże spokój, stary, porzuć twój niedorzeczny upór i nie rozdrażniaj mnie niepotrzebnie. Schwytaliśmy cię w pułapkę, jesteś bezsilny, pozbawiony jakiegokolwiek środka obrony. Więc zamiast narażać się na tortury, które i tak wkońcu złamią twoją wolę, ugodź się ze mną lepiej. Równy podział. Czy dobrze? Zawrzyjmy pokój. Ja ci dam udział w moim interesie, a ty mnie przyjmiesz do swego. Zjednoczeni zwyciężymy niechybnie. Więc odpowiadaj: tak czy nie.

Wyjął knebel z ust Essaresa i nadsłuchiwał. Tym razem Patrycyusz nie dosłyszał słów wymówionych przez ofiarę. Ale w tej samej chwili tamten drugi zawołał z gniewem:

– Co? Co takiego? Co takiego mi proponujesz? Wiesz, że ty jesteś dość bezczelny. Mnie proponować coś podobnego. Możesz to zaofiarować Bournefowi, albo jego towarzyszom. Ale mnie, mnie pułkownikowi Fakhi. O, nie mój drogi. Ja mam trochę lepszy apetyt. Godzę się na podział, ale jałmużny od ciebie nie potrzebuję.

Patrycyusz słuchał chciwie, nie tracąc jednocześnie z oczu Koralii, której twarz wykrzywiona trwogą wyrażała tosamo gorączkowe zainteresowanie. Zarazem kapitan patrzył uważnie na ofiarę, którą lustro, umieszczone ponad kominkiem odbijało częściowo. Był to mężczyzna, około lat 50-ciu, kompletnie łysy, o twarzy tłustej, nosie wydatnym, o głęboko osadzonych czarnych oczach pod gęstemi brwiami i gęstej, siwiejącej brodzie. Ubrany był w aksamitny szlafrok i domowe pantofle, Fizyognomia tego człowieka zdradzała silną wolę, energię i jakąś niezwykłą gwałtowność.

– To syn Wschodu – skonstatował Patrycyusz. – Widywałem w Egipcie i Turcyi podobne fiayognomie.

Zresztą nazwiska wszystkich tych indywiduów, pułkownik Fakhi, Mustafa, Bournef, Essares, ich akcent mowy, ich cały sposób bycia, fizyognomie, i wszystko to przypominało brzegi Bosforu i bazary, Adryanopola. Były to stanowczo typy Lewantynów, ale Lewantynów, którzy swoje korzenie zapuścili w Paryżu. Essares-bej – nazwisko to nie było obcem Patrycyuszowi. Wiedział, że tak się nazywa pewien wybitny finansista. Ale za drzwiami dały się znowu słyszeć hałaśliwe głosy. Gwałtownym ruchem otwarto drzwi i ukazali się w nich owi czterej mężczyźni. Ciągnęli oni związanego człowieka, którego rzucili na podłogę.

– Oto stary Szymon – zawołał Bournef.

– A żona? – zapytał żywo pułkownik. Mam nadzieję, żeście ją znaleźli.

– Właśnie, że nie.

– Nie? Jakto, uciekła?

– Przez okno.

– Ścigać ją, natychmiast. Ona musi być w ogrodzie. Przypominacie sobie, niedawno pies szczekał.

– A jeżeli uciekła?

– W jaki sposób?

– Przez boczną furtkę.

– Niemożliwe, to niepodobna.

– Dlaczego?

– Ponieważ od wielu lat te drzwi nie otwierają się nigdy. Nawet niema do nich klucza.

– A choćby tak było – rzekł Bournef, ale my jednak nie możemy urządzać pościgu z latarkami i alarmować całej dzielnicy po to tylko, żeby znaleźć jedną kobietę.

– No tak, ale ta kobieta...

Pułkownik Fakhi zaklął wściekły przez zęby i zwrócił się następnie do swego jeńca.

– Masz szczęście stary nicponiu. Oto już drugi raz dzisiaj wymyka mi się z rąk twoja pieszczotka. Czy ci opowiedziała o tamtej historyi. Ach co za dyabli przynieśli nam tego kapitana... Już ja go odnajdę i zapłaci mi drogo za swoją nieproszoną interwencyę.

Patrycyusz zacisnął pięści w bezsilnym gniewie. Zrozumiał teraz. Mateczka Korali ukrywała się w swoim własnym domu i spoglądała teraz na straszliwą walkę, podjętą przeciw jej mężowi.

– Jej mąż, jej mąż! – pomyślał Patrycyusz i zadrżał cały.

Wszelkie wątpliwości pod tym względem usuwały słowa dalsze pułkownika.

– Tak, mój stary. Muszę ci wyznać: twoja żona mi się nadzwyczajnie podoba. I chociaż wymknęła mi się dzisiaj popołudniu, miałem nadzieję, że załatwiwszy interes z tobą, z nią będę mógł pomówić o sprawach daleko przyjemniejszych, nie wspominając już o tem, że byłaby ona dla mnie drogocennym zastawem, i że nie oddałbym ci jej aż dopiero po kompletnem dotrzymaniu naszej umowy. I tybyś nie skrewił, Essares, bo ty ją kochasz namiętnie, tę twoją Koralię. No i przyznaję ci, masz dobry gust.

Szybko przekręcił kontakt elektryczny i zapalił lampkę, która oblała jasnem światłem portret Koralii, wiszący na ścianie.

– Królowa tego domu, czarodziejka, bóstwo. – Królewska perła z skarbca bankiera Essaresa. Jakże piękna. Musi się podziwiać delikatne rysy jej twarzy, czystość owalu i tę szyję łabędzią, i te okrągłe ramiona. Essares, mówię ci mój stary, że tam, w naszych krajach, niema odaliski, którą wartoby porównać z twoją Koralią. Z twoją, a wkrótce moją. Bo już ja ją odnajdę. O Koralio, Koralio.

Patrycyusz spojrzał na młodą kobietę i zdawało mu się, że rumieniec wstydu czerwieni jej policzki. Sam zaś on przy każdem słowie pułkownika drżał z oburzenia i gniewu. Już sam ten fakt, że Koralia jest żoną innego sprawiał mu ból dotkliwy. A teraz ból potęgował się jeszcze uczuciem bezsilnej wściekłości, gdy słyszał, jak Fakhi wyrażał się o niej niby o jakiejś ściganej zwierzynie, która ma przypaść w udziale silniejszemu. Jednocześnie zaś kapitan zadawał sobie pytanie dlaczego Koralia pozostała tutaj w tej sali. Przypuściwszy, że nie mogła wydostać się z ogrodu, nic jej wszakże nie mogło przeszkodzić w udaniu się do drugiego skrzydła domu, gdzie mogła otworzyć jakiekolwiek okno i zawezwać pomocy. Dlaczego tego nie zrobiła? – Najwidoczniej nie kocha swego męża. Gdyby go kochała, stawiłaby czoło wszystkim niebezpieczeństwom, aby go tylko obronić. A tak musiała asystować w milczeniu przy scenie tortur i słuchać jęków męczonego męża.

– No dosyć głupstw – krzyknął pułkownik, odwracając się od portretu. Koralio, ty będziesz moją najcudniejszą nagrodą, ale trzeba na to zasłużyć. Do czynu, towarzysze, skończmy z naszym przyjacielem. Na początek posuńmy go o dziesięć centymetrów. Parzy trochę, hę, Essares? Ale to jest do zniesienia. Poczekaj trochę, mój miły przyjacielu, poczekaj.

Uwolnił z więzów prawe ramię jeńca i ustawił przy niem mały stoliczek, na którym leżał ołówek i kawałek papieru.

– Oto przybory potrzebne do pisania. Jeżeli knebel przeszkadza ci mówić, pisz. Ty wiesz przecież o co chodzi. Kilka liter i będziesz wolny. Zgadzasz się? Nie? Towarzysze, dziesięć centymetrów, bliżej...

Następnie, zwracając się do leżącego na ziemi człowieka, rzekł:

– Tobie, Szymonie, nie zrobimy nic złego. Wiemy, żeś przywiązany do swojego, pana, ale że nie wtajemniczał cię on w żadne ze swoich sekretnych spraw. Zresztą pewny jestem, że będziesz milczał jak grób, bo słowo oskarżenia przeciwko nam będzie jednocześnie zgubą Essaresa. Rozumiemy się, nieprawdaż? No i cóż, nie odpowiadasz? Może oni ci za mocno ścisnęli sznurkiem gardło. Poczekaj, pozwolę ci zaczerpnąć trochę powietrza.

Tortura Essaresa znowu się rozpoczęła. Z ust jego wydobywały się głuche jęki, tłumione przez knebel.

– A, do kaduka – rzekł Patrycyusz – czyż pozwolimy, ażeby oni go tutaj upiekli jak kurczę na rożnie?

Utkwił wzrok w Koralii. Nie ruszała się z miejsca. Twarz miała ściągniętą konwulsyjnie, zmienioną prawie nie do poznania, ale oczu nie odrywała od straszliwego widoku.

– Jeszcze pięć centymetrów – krzyknął pułkownik.

Rozkaz został natychmiast wykonany. Ofiara jęknęła tak żałośnie, że Patrycyusz poczuł się wstrząśnięty do głębi.

– Jeszcze pięć centymetrów – zabrzmiał rozkaz.

Po drwili pułkownik zawołał:

– No, stary, zaczynasz pisać? Nie, nie chcesz? Jeszcze masz nadzieję? Może myślisz, że ci pomoże twoja żona? E, mój drogi, ona jest zadowolona, jeżeli się wymknęła sama cało. Więc co, czy ty sobie kpisz ze mnie?

Ogarnięty jakimś szałem wściekłości wrzasnął: – Włóżcie mu nogi w ogień. Tak, żebyśmy poczuli raz dobrze spaleniznę. No, czekaj mój poczciwcze. Jeszcze ja ci pokażę inna sztuczkę.

Szybkim ruchem wyciągnął z kamizelki sztylet, który rozbłysnął tysiącami iskier w świetle lamp elektrycznych. Z dzikim okrzykiem rzucił się pułkownik na Essaresa. Pomimo, że ruch ten był błyskawicznie szybkim, Essares zdołał go uprzedzić. Rozległ się huk wystrzału rewolwerowego. Sztylet wypadł z rąk pułkownika. – Przez chwilę Fakhi trwał nieruchomo z ręką zawieszoną w powietrzu, błędnym wzrokiem, jak gdyby nie pojmując co się stało. Dopiero po chwili padł całym swym ciężarem na Essaresa, w chwili, kiedy ten mierzył do drugiego ze wspólników.

– A, łotr, łotr, zabił mnie. Nie zauważyłem... musiał wyjąć rewolwer z szuflady stolika. Ale to i twoja zguba, Essares. Przewidziałem wszystko. Jeżeli nie powrócę tej nocy, prezydent policyi otrzyma list, dowiedzą się o twojej zdradzie, o twoich projektach. Nędzniku, zabiłeś mnie.

Wybełkotał jeszcze kilka niezrozumiałych słów i całym ciężarem osunął się na ziemię. Nie żył już.

Rewelacya przedśmiertna zapowiadająca wysłanie listu, który widocznie oskarżał w równej mierze napastników jak i ich ofiarę, spowodowała chwilę osłupienia. Bournef rozbroił Essaresa, ten jednakowoż korzystając z tego, że nikt już nie przytrzymuje krzesła zdołał rozwiązać nogi.

Trup leżał na dywanie w kałuży krwi. Obok nieruchoma postać Szymona. Essares napół jeszcze przywiązany do krzesła za ręce, płonącemi oczyma spoglądał na swoich czterech wrogów, którzy snąć w tej chwili nie wiedzieli co im właściwie czynić należy. Bournef, którego tamci trzej zapytywali wzrokiem o poradę, zdawał się być człowiekiem zdecydowanym na wszystko. Był to mężczyzna krępy, mniej elegancko ubrany aniżeli pułkownik i mniej autorytatywny, zdawał się jednakowoż posiadać więcej spokoju i zimnej krwi. O pułkownika wspólnicy jego przestali się zupełnie troszczyć. W grze, którą grali, stawka była zbyt wysoką, aby mogli tracić czas na próżne opłakiwanie nieboszczyka. Nareszcie Bournef powziął decyzyę. Kilku krokami znalazł się przy krześle, na którem złożył kapelusz z popielatego filcu, i wyjął z tego kapelusza zwitek, na widok którego Patrycyusz Belval zadrżał. Była to delikatna, jedwabna czerwona taśma, identycznie podobna do tej, którą uduszono Mustafę Rowalowa. Bournef rozwinął te taśmę, stwierdził na kolanie jej solidność, następnie powróciwszy do Essaresa obwinął mu nią szyję. Przedtem wyjął mu z ust knebel...

– Essares – rzekł ze spokojem, w którym było więcej siły aniżeli w uniesieniu i drwinach pułkownika – Essares, nie będę cię męczył. Tortury, to metoda, która wstręt we mnie budzi i nie chcę się do niej uciekać. Wiesz dobrze co czynić przystoi. I ja także wiem co mam zrobić. Jedno twoje słowo – jeden mój gest i wszystko będzie skończone. To słowo, które masz wypowiedzieć, to tak, lub nie. Ten gest, który ja wykonam, po wysłuchaniu twej odpowiedzi to albo zdjęcie więzów z twoich rąk, albo...

Przerwał na kilka sekund, poczem oświadczył:

– Albo silniejsze pociągnięcie tej zaręczam ci mocnej taśmy, to znaczy twoja śmierć.

Patrycyusz znowu utkwił badawczy wzrok w mateczce Koralii, gotów każdej chwili do interwencyi, gdyby spostrzegł w niej coś innego oprócz biernego przerażenia. Ale zachowanie się młodej kobiety nie zmieniło się w niczem. Widocznie nie chciała stawiać oporu najgorszym ewentualnościom. Nie zamierzała bronić swego męża w obliczu grożącej mu śmierci. Patrycyusz postanowił zatem czekać.

– Zgadzamy się na to wszyscy towarzysze – rzekł Bournef do wszystkich wspólników.

– Najzupełniej.

– Przyjmujecie na siebie część odpowiedzialności?...

– Przyjmujemy.

– A zatem, Essares, tak czy nie?

– Tak.

Powstał radosny szmer. Napastnicy odetchnęli z ulgą, a Bournef pokiwał głową z zadowoleniem.

– A, zgadzasz się? Najwyższy czas. Byłeś już jedną nogą na tamtym świecie.

Nie zdejmując taśmy z szyi Essaresa, Bournef ciągnął dalej:

– Dobrze. Przemówisz nareszcie. Ale ja cię znam i twoja odpowiedź mnie zadziwia. Sam mówiłem do pułkownika, że obawa przed śmiercią nie wydrze ci z ust twojej tajemnicy. – Czyżbym się mylił?

Essares odparł:

– Ani śmierć ani tortury.

– Więc chyba chcesz nam coś innego zaproponować?

– Tak jest.

– Co takiego, czegoby warto wysłuchać?

– Sadzę. Proponowałem to samo przed kwadransem pułkownikowi, kiedyście stąd wyszli. Ale on chciał was wyprowadzić w pole i pertraktować ze mną o współudział w mojej tajemnicy i dlatego nie zgodził się na moją propozycyę.

– A dlaczegóżbym ja miał ją przyjąć?

– Ponieważ ty zrozumiesz to, czego on nie chciał zrozumieć.

– Zatem to jakaś transakcya, nieprawdaż?

– Rzeczywiście.

– Pieniężna?

– Tak jest.

Bournef wzruszył ramionami.

– Może jakie głupie kilka tysięcy? I ty sobie wyobrażasz, że my będziemy równie naiwni. Pomyśl tylko Essares, my przecież prawie, że znamy ten twój cenny sekret.

– Wiecie na czem ten sekret polega, ale nie umiecie się nim posługiwać.

– Wpadniemy i na to.

– Nigdy w życiu.

– A jednak tak. Twoja śmierć ułatwi nam poszukiwania.

– Moja śmierć? Za kilka godzin dzięki denuncyacyi pułkownika wszyscy będziecie schwytani za kołnierz, wobec czego trudno wam będzie przedsięwziąć jakiekolwiek poszukiwania. Właściwie nie macie obecnie wyboru, a właściwie wybierać tylko możecie, albo pieniądze, które wam proponuję, albo więzienie.

– A jeżeli się zgodzimy, wypłacisz nam natychmiast?

– W tej chwili.

– Ta kwota jest tam?

– Tak jest.

– Może to jakaś mizerna sumka?

– Nie, to daleko więcej, niż się spodziewać możecie. O wiele więcej.

– Ile?

– Cztery miliony.

ROZDZIAŁ V. MĄŻ I ŻONA.

Wspólnicy drgnęli, jak gdyby przebiegła ich iskra elektryczna. Bournef się wyprostował.

– Co, co ty powiadasz?

– Mówię cztery miliony, to znaczy milion dla każdego z was.

– Doprawdy? Jesteś pewny? Cztery miliony?

– Tak jest, cztery miliony.

Cyfra wydała im się tak wysoką, a propozycja tak nieoczekiwaną, że Bournef nie mógł się powstrzymać od powiedzenia:

– W istocie, propozycya przewyższa nasze oczekiwania i doprawdy aż zadziwia mnie twoja hojność...

– Byłbyś się zadowolnił mniejszą sumą?

– Rzeczywiście – przyznał Bournef otwarcie.

– Na nieszczęście nie mogę dać ci mniej. Ażeby ujść śmierci muszę otworzyć przed tobą mój kufer, a w kufrze tym znajdują się cztery paczki banknotów zawierające cztery miliony.

– A któż cię zapewni, że wziąwszy pieniądze nie będziemy żądali czegoś więcej?

– Czegoś więcej? Wyjawienia mojej tajemnicy?

– Tak jest.

– Wiecie przecież, że raczej umrę, aniżeli to wyjawię. Cztery miliony to maximum. Chcecie je mieć? Mając te pieniądze w kieszeni, możecie jeszcze umknąć w porę, podczas gdy dalszy pobyt tutaj mógłby was zgubić.

Argument był tak przekonywujący, że Bournef nie wdawał się już w dłuższą dyskusyę.

– Czy kuferek jest w tym pokoju?

– Tak, pomiędzy pierwszem i drugiem oknem, poza moim portretem.

Bournef zdjął portret Essaresa naturalnej wielkości i rzekł:

– Mam go. A klucz?

– Niema klucza. Zamek otwiera się na litery „Kora”. Kuferek nie jest zbyt głęboki. Wyciągnij rękę. Znajdziesz tam cztery portfele.

Bournef wykonał ściśle polecenia Essaresa i pokazał się w kręgu światła, trzymając w rękach cztery portfele.

Drżącemi rękami rozwiązał sznurek owijający jeden z portfeli... Głosem zduszonym ze wzruszenia wyszeptał:

– Tysiączki... Dziesięć paczek po sto tysięcy...

Brutalnie, jakby gotowi do bójki o swoją część łupu – wspólnicy wyciągnęli chciwie ręce... każdy porwał swój portfel... Palce ich trzęsły się febrycznie, gdy liczyli banknoty...

– Dziesięć paczek... Wszystko w porządku... Milion franków...

I nagle jeden z nich wykrzyknął:

– Uchodźmy stąd! – uchodźmy!...

Ogarnęła ich jakaś szalona trwoga. Nie mogli sobie wyobrazić, ażeby Essares oddawał im dobrowolnie tak kolosalny majątek, nie powziąwszy uprzednio jakiegoś planu, któryby mu umożliwił odebranie tych pieniędzy, zanim oni opuszcza ten pokój... Może sufit się zawali nad nimi, może zapadnie się podłoga, albo zesuną ściany...

Patrycyusz Belval również nie wątpił, że Essares przygotowuje odwet... To nie był człowiek, któryby oddawał łatwo miliony, jeżeliby nie miał jakiejś tajemnej możności odzyskania ich.

Bournef odzyskawszy trochę zimnej krwi, powstrzymał swoich towarzyszów i rzekł:

– Nie róbcie głupstw. Gdybyśmy go tak zostawili, mógłby się odwiązać i pogonić za nami.

Przywiązano zatem do poręczy fotela drugą rękę Essaresa, który wyrzucił przez zęby:

– Głupcy, idyoci! Przybyliście tutaj, ażeby mi ukraść tajemnicę, której niesłychaną doniosłość znacie dobrze, a tracicie głowę dla głupich czterech milionów. Trzeba jednak przyznać, że pułkownik był bardziej żarłoczny.

Wpakowano mu znowu knebel w usta, a w dodatku Bournef wymierzył mu potężny cios ręką w głowę, który Essaresa na chwilę kompletnie ogłuszył.

– W ten sposób nasz odwrót jest zabezpieczony – rzekł Bournef.

Jeden z tamtych zapytał:

– A co z ciałem pułkownika? Czy go tutaj zostawimy?

– Dłaczegóżby nie?

Widocznie jednak takie rozwiązanie sprawy wydało mu się nieodpowiedniem, ponieważ po chwili oświadczył:

– Jednakowoż nie leży to bynajmniej w naszym interesie, abyśmy jeszcze więcej kompromitowali Essaresa. W naszym interesie wspólnym jest, abyśmy jeszcze znikli wszyscy jaknajszybciej. Wobec tego przeklętego listu pułkownika do prefektury.

– A zatem?

– Zabierzemy go do auta i wyrzucimy gdzieś po drodze. Niech się tam policya nim zajmie.

– A jego papiery?

– Weźmiemy je po drodze. A teraz pomóżcie mi!...

Podwiązali ranę trupa, chcąc powstrzymać broczenie krwi – poczem zabrali zwłoki.

Patrycyusz, słysząc ich pospieszne kroki w przyległym pokoju – oczekiwał, że teraz coś się stanic.

– Teraz bezwątpienia Essares lub Szymon nacisną jakiś tajemniczy guzik lub sprężynkę – i tamci wpadną w pułapkę.

Essares nie poruszył się nawet. Szymon trwał również bez ruchu. Kapitan słyszał trzask zamykanych drzwiczek, łoskot motoru i sapanie odjeżdżającego auta.

Nic się niezwykłego nie stało. Wspólnicy uciekli, nabrawszy swoje cztery miliony.

W tej chwili inny fakt zajął uwagę kapitana. – Koralia postąpiła kilka kroków naprzód. W twarzy młodej kobiety zaszła dziwna zmiana. Przerażenie i groza ustąpiły miejsca wyrazowi jakiejś złej energii. Ściągnęły się brwi, zacięły kurczowo usta, oczy rozbłysły niesamowitym blaskiem.

Patrycyusz zrozumiał, że mateczka Koralia powzięła jakieś decydujące postanowienie. Ale co uczynić zamierza?

Czyżby jej czyn – miał stanowić rozwiązanie dramatu?

Koralia cicho – prawie bez szelestu zaczęła schodzić w dół po kręconych schodach. Mąż posłyszał jednak jej kroki i obrócił głowę. Koralia nie patrzyła wszakże na niego – ale na błyszczący sztylet, który wypadł z ręki umierającego pułkownika. Schyliła się aby podjąć ostrą morderczą stal.

Patrycyusz zadrżał: Przeczucie powiedziało mu, że Koralia sięga po sztylet jedynie w tym celu – by ugodzić nim swego męża. Myśl zbrodnicza przeglądała z jej osłupiałych oczu.

Przerażenie wstrząsnęło Patrycyuszem:

– Mateczko Koralio!... co chcesz uczynić?!

Widocznie Essares także odczuł pragnienie morderstwa, emanujące ze zmienionej twarzy jego żony. Prężąc mięśnie usiłował rozerwać swoje więzy.

Koralia podjęła sztylet zziemi i postąpiła jeszcze kilka kroków naprzód... Essares wzniósł lekko głowę i utkwił spojrzenie w Koralii... Przez chwilę maż i żona spoglądali na siebie bez słowa...

Te krzyżujące się myśli, trwoga, nienawiść, pomieszanie namiętności i kontrasty kotłujące się w mózgach tych dwóch istot, z których jedna zamierzała zabić, a druga miała umrzeć, odbijały się jak na czułej płycie w umyśle Patrycyusza Belvala i w głębiach jego sumienia. Co właściwie uczynić mu należało? Jaką rolę objąć w dramacie, który się w jego obecności rozgrywał? Czy miał interweniować i przeszkodzić Koralii w wykonaniu czynu, któryby się nie dał nigdy naprawić, czy też miał sam popełnić zbrodnię, gruchocząc kulą rewolwerową głowę jej męża?

Przytem w duszy jego wzbudziło się dziwne uczucie ciekawości. Nie jakiejś ciekawości banalnej, ale chęć poznania duszy tej tajemniczej kobiety, którą kochał, choć właściwie nie znał wcale jej życia, ani przeżyć psychicznych.

Inne jeszcze myśli cisnęły mu się do głowy. Co w tej chwili kieruje jej ręką? Czy ma to być akt zemsty, czy kara za jakieś przewinienie, czy wybuch żywiołowej nienawiści.

Patrycyusz Belval nie poruszył się z miejsca.

Koralia podniosła rękę w górę. Mąż nie zdejmował z niej oczu. A w oczach tych nie było ani błagania o litość ani groźby. Essares był zrezygnowany. Oczekiwał ciosu.

Opodal stary Szymon ciągle jeszcze związany, podniósł się do połowy wsparłszy się na łokciach i obserwował ich z osłupieniem. Koralia podniosła rękę jeszcze wyżej. Zdało się, że w tej chwili ugodzi. Oczy jej szukały miejsca, dla zadania śmiertelnej rany. I nagle spojrzenie to stało się mniej twardem, mniej ponurem. Zamigotał w niem płomyk wahania i po chwili Koralia odzyskała swój zwykły wyraz twarzy, pełen wdzięku i słodyczy kobiecej.

O, mateczko Koralio, pomyślał Patrycyusz – jesteś znowu sobą. Poznałem cię. Jakiekolwiek byłyby powody, któreby cię skłonić mogły do zabicia tego człowieka, nie zamorduje.

Powoli ręka kobiety opadła wzdłuż ciała.

Koralia spojrzała na swój sztylet z takiem zdziwieniem, jak gdyby nagle zbudziła się ze złego, dręczącego snu. Potem odrzuciła morderczą stal daleko od siebie i nachyliwszy się nad mężem, zaczęła rozwiązywać krępujące go sznury. Trwało to parę minut. Wreszcie węzły zostały rozplatane, Essares był wolny.

To co stało się potem, to było bardziej niespodziane, aniżeli wszystko uprzednie. Bez słowa podziękowania i bez słowa gniewu Essares zerwał się i utykając boso pobiegł prosto do aparatu telefonicznego umieszczonego na stole. Zadzwonił, zdjął słuchawkę i zawołał:

– Proszę mię połączyć z numerem 3940.

Następnie zwrócił się do swojej żony:

– Odejdź stąd.

Zdawało się, że nie słyszała zupełnie. Nachyliła się nad starym Szymonem i jego także uwolniła z więzów.

Przy telefonie Essares niecierpliwił się.

– Hallo. Proszę pani, to nie na jutro, tylko na dzisiaj i to natychmiast. 39 – 40.

I odwracając się do Koralii powtórzył tonem rozkazującym:

– Odejdź.

Uczyniła głową znak, że nie odejdzie. Zacisnął wówczas rękę w pięść i grożąc powtarzał:

– Odejdź. Rozkazuję ci odejść. I ty masz odejść Szymonie.

Stary Szymon dźwignął się z ziemi i bez słowa protestu wyszedł z pokoju. Koralia nie ruszyła się.

– Odejdź, odejdź! – wołał Essares.

Ale Koralia postąpiła kilka kroków bliżej ku niemu i skrzyżowawszy ręce na piersi, trwała w swoim uporze.

W tej samej chwili widocznie połączono Essaresa z żądanym numerem, bo zawołał:

– 39 – 40, a dobrze!

Zawahał się na chwilę, najwidoczniej obecność Koralii była mu wielce niewygodną. Nie mógł wszakże tracić czasu. To też po chwili wahania, zaczął mówić gwałtownie:

– To ty, Grzegorzu? To ja, Essares. Hallo... Tak, telefonuję do ciebie z mego mieszkania. Nie traćmy czasu. Słucham...

Przerwał na chwilę i potem mówił dalej:

– Słuchaj, Mustafa nie żyje. Pułkownik także. Nie przerywaj mi. Albo wpadniemy w pułapkę. Tak, wpadniemy w pułapkę. I ty także. Słuchaj, przyszli wszyscy: pułkownik, Bournef, cała banda, i okradli mnie przeklęci!

Wyekspedyowałem pułkownika na tamten świat. Tylko, że on przedtem napisał list do prefektury, denuncyuyący nas wszystkich. List przybędzie wkrótce. Rozumiesz?... Bournef i jego trzej towarzyszę – będą chcieli ukryć się w bezpiecznem miejscu... Przypuszczam, że jaką godzinę lub najwyżej za dwie – będą u ciebie... To najpewniejsza kryjówka... Oczywiście ani nie mają pojęcia, że my ją znamy... Pomyłka jest wykluczona... Przybędą napewno...

Essares umilkł. Po chwili namysłu ciągnął dalej:

– Czy masz drugi klucz od tych drwi?... Tak?... No, to dobrze!... Masz także dublety kluczów do skrytek? Doskonale!... Więc gdy ci hultaje zasną – wkradnij się tam do nich i przetrząś wszystkie skrytki... Niezawodnie umieszczą tam – każdy swoją część łupu... Odnajdziesz z łatwością... Poznasz te moje portfele... zabierz je i jak najprędzej przybądź do mnie...

Nowa pauza. Tym razem Essares słuchał, gdy, tamten mówił:

– Co powiadasz? Tutaj? do mego mieszkania?!... Zwaryowałeś chyba!... Nie mogę tutaj przecież pozostać po denuncyacyi pułkownika!... Koło południa czekaj na mnie w hotelu przy stacyi... Gdybym się spóźnił cokolwiek – możesz spokojnie zjeść śniadanie!... Hallo!... Zrozumiałeś?... Dowidzenia.

Essares odłożył słuchawkę i siadłszy na fotelu, na którym przed chwilą poddawano go torturom – zaczął wciągać skarpetki i nakładać obuwie. Ból chwilami wykrzywiał grymasem przykrym jego usta – ale ruchy były spokojne – tak jak u człowieka, który nie ma powodu do zbytniego pośpiechu.

Koralia nie spuszczała męża ani na chwilę z oczu.

– Powinienem odejść!... – pomyślał kapitan Belval trochę zażenowany tem, że będzie zmuszony podsłuchiwać rozmowę pomiędzy mężem a żoną.

Pozostał jednak. Obawiał się o mateczkę Koralię.

Essares przemówił pierwszy.

– No i czegóż ty tak wlepiasz oczy we mnie?!...

Kobieta szepnęła, powściągając bunt wrzący widocznie w jej piersi:

– Więc to wszystko prawda?

Mąż zaśmiał się szyderczo:

– Dlaczegóż bym miał kłamać! Nie telefonowałbym w twojej obecności, gdyby nie pewność, żeś tu była – od samego początku,

– Byłam tam na górze!...

– Więc słyszałaś wszystko?

– Tak jest.

– I widziałaś?!

– Tak!...

– I nie uczyniłaś nic, aby mnie obronić przed torturą – przed śmiercią?! Słuchałaś spokojnie moich jęków?!

– Czułam przecież całą prawdę. –

– Jaką prawdę?...

– Prawdę o twojej zdradzie!...

– Zwaryowałaś?... – Nie popełniłem żadnej zdrady...

– Nie igrajmy słowami!... Nie wszystko było dla mnie zrozumiałe, czego ci ludzie właściwie żądali... Ale ten sekret bezcenny – to tajemnica zdrady!...

Essares wzruszył ramionami:

– Zdradzić można tylko ojczyznę, a ja nie jestem francuzem!...

– Otrzymałeś obywatelstwo francuskie na własne żądanie!... Poślubiłeś mnie we Francyi i we Francyi zrobiłeś majątek!... I to Francyę właśnie zdradzasz!...

– Na czyjąż to korzyść? – może mi będziesz łaskawy powiedzieć?

– Tego właśnie nie wiem jeszcze... Jedno jest dla mnie jasnem, że ta cała banda oskarża cię, iż z tajemnicy zdrady sam ciągniesz ogromne korzyści, odbierając należną twoim wspólnikom część łupu... W każdym razie jest to jakaś łajdacka, bandycka sprawka!...

– Dosyć!...

Essares grzmotnął pięścią w stół.

Koralia nie ujawniła wszakże ani cienia trwogi. I po chwili rzekła:

– Masz racyę – dosyć!... Dosyć słów!... Czyn mówi sam za siebie... Twoja ucieczka jest najlepszem wyznaniem winy... Uciekasz ze strachu przed policyą!...

I znowu wzruszył ramionami.

– Nie boję się niczego.

– Ale odjeżdżasz?

– Tak jest.

– Kończmy. O której jedziesz?

– W południe.

– A jeżeli cię przedtem zaaresztują?

– Nie zaaresztują mnie.

– A jeżeli jednak?...

– To mnie zaraz wypuszczą i jeszcze przeproszą...

– Ale wytoczą ci proces?

– Nie! Śledztwo będzie umorzone!...

– Tak przypuszczasz?

– Jestem zupełnie pewny.

– Oby!... Opuszczasz Francyę?...

– Jak tylko się da najwcześniej...

– To znaczy?

– Za dwa lub trzy tygodnie...

– Chciałabym wiedzieć dokładnie, kiedy to nastąpi – abym mogła odetchnąć swobodnie...

– Uprzedzę cię, Koralio – ale z innej przyczyny...

– Mianowicie?...

– Abyś mogła pojechać ze mną?...

– Pojechać z tobą?!...

Uśmiechnął się jadowicie:

– Jesteś moją żoną. A żona musi iść za mężem... Tak orzekła i twoja i moja religia... Jesteś moją żoną!...

Koralia potrząsnęła głową przecząco:

– Nie jestem twoją żoną!... Nie czuję dla ciebie nic prócz wstrętu i nienawiści... Nie chcę cię widzieć więcej i choćbyś mi niewiem jak groził – nie pójdę za tobą!...

Wstał z fotelu i zacisnąwszy pięście rzekł, podkreślając dobitnie wyrazy.

– Co?... coś ty powiedziała?!... Śmiesz mi to mówić w oczy – twojemu mężowi i panu?!... Gdy cię zawezwę – musisz przybyć!...

– Nigdy!... Przysięgam to Bogu!... jak pragnę zbawienia wiecznego!...

Essares zadygotał z wściekłości. Fizyognomia jego nabrała wyrazu zwierzęcego okrucieństwa:

– Więc chcesz pozostać?!... Dlaczego?!... Aha!... odgaduję!... to jakieś sprawy sercowe!... Więc w twojem życiu jest coś takiego, o czem ja nie wiem!... Milcz!... milcz!... Nienawidziłaś mnie zawsze!... Żyliśmy obok siebie jak dwoje śmiertelnych wrogów... Ale ja cię kochałem!... Mało że kochałem – ubóstwiałem!... Jedno twoje słowo – a byłbym u twoich nóg... Ale ty czujesz do mnie wstręt!... I ty myślisz, że ja rozpocznę nowe życie bez ciebie?... Raczej zabiłbym cię – moja ślicznotko!...

Palce jego kurczyły się nakształt szponów drapieżnego ptaka, gotowego uchwycić zdobycz... – zgrzytał nerwowo zębami... krople potu lśniły mu na czole...

Ten wybuch wściekłości zdawał się nie wywierać najmniejszego wrażenia na Koralię. Na jej ślicznej twarzyczce nie malowało się żadne inne uczucie – prócz pogardy i wstrętu.

Essares po chwilowej przerwie oświadczył:

– Będziesz żyła ze mną Koralio... Chcesz czy nie chcesz, ale jestem twoim mężem... uczułaś to przed kwadransem, kiedyś pragnęła mnie zabić, a mordercza broń wypadła z twej ręki... I tak będzie zawsze... Bunt twój stłumię i powrócisz do tego, kto jest twoim prawowitym mężem...

– Zostanę tutaj – odparła – po to, aby walczyć z tobą... Zniweczę dzieło zdrady twojej... Muszę naprawić zło, któreś ty wyrządził!...

Essares rzekł bardzo cicho:

– Strzeż się Koralio!... Wtedy, gdy będziesz czuła się najzupełniej bezpieczna – spadnie na ciebie moja ciężka ręka... I zażądam rachunku... Strzeż się!...

Nacisnął guzik elektrycznego dzwonka. Stary Szymon nie dał długo czekać na siebie. Essares zapytał go:

– Lokaja i portyera niema?

Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej:

– Szczęśliwej podróży!... Pokojówka i kucharka wystarczą do pełnienia służby. One nic nie słyszały... Śpią tak daleko... W każdym razie będziesz uważał na nie, Szymonie, po moim wyjeździe...

Obserwował przez chwilę żonę, poczem zwrócił się znowu do Szymona:

– Umieram ze zmęczenia, a trzeba, żebym o godzinie 6-tej był już na nogach, zaprowadź mnie do mego pokoju...

I wsparty na ramieniu sekretarza wyszedł. Skoro tylko zniknął za drzwiami, Patrycyusz Belval przekonał się, że Koralia panująca nad sobą w obecności męża – znajdowała się już u kresu sił swoich i swej energii. Zalana łzami, padła na kolana, czyniąc znak krzyża na czole i piersiach.

Kiedy po chwili dźwignęła się z klęczek – ujrzała na dywanie kartkę papieru. Zdziwiona podniosła ją i przeczytała następujące słowa:

„Mateczko Koralio!... Walka jest ponad pani siły... Dlaczegoż nie przyjąć pomocy przyjaciela?... Jedno skinienie – a jestem przy pani...”

Koralia