Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 719 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złoty pociąg - Mirosław M. Bujko

Powieść sensacyjno-polityczno-historyczna. Akcja zaczyna się w Rosji, tuż po rewolucji. Główny „bohater” to pociąg wyładowany carskim złotem, które bolszewicy usiłują wywieźć na wschód. O jego przejęciu marzą Biali, Brytyjczycy, Francuzi, Japończycy i Amerykanie. Wszystko – miłość, walka, nienawiść, zdrada i śmierć – rozgrywa się w trakcie dwuletniej podróży „wzdłuż 55 równoleżnika”, od Moskwy do Władywostoku. Obok postaci „pożyczonych” z historii: Lenina, Dzierżyńskiego, Kołczaka, Jarosława Haszka, występują tu postacie całkowicie fikcyjne – agentki i agenci obcych wywiadów. To przygodowa powieść ze świetnie zrekonstruowanym tłem historycznym, napisana sprawnym językiem, skłaniająca do refleksji nad niszczącą żądzą władzy i złota.

Opinie o ebooku Złoty pociąg - Mirosław M. Bujko

Fragment ebooka Złoty pociąg - Mirosław M. Bujko

MIROSŁAW M. BUJKO

ZŁOTY POCIĄG

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2006 

Wydanie I 

Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Leszkowi Mazanowi za wskazanie złotego śladu

Cytat

O nędzny świecie! Zmienny i zuchwały! 

Ślepy, kto w ciebie wierzy mknąc ku zdradzie.

Francesco Petrarca

Przerobić trzeba wszystko. Urządzić tak, by wszystko stało się nowym; by kłamliwe, brudne, nudne, wstrętne życie nasze stało się sprawiedliwe, czyste, wesołe i piękne.

Aleksander Błok

Nieszczęsny – będziesz miał to, czegoś chciał. 

Platon

Prolog

Jekaterynburg, piwnica domu Ipatjewa, 17 lipca 1918 roku, godzina 2,03 nad ranem.

Rozporządzenie Uralskiego Komitetu Wykonawczego: Z uwagi na wiadomość, iż czeskie bandy usiłują zagrozić stolicy obwodu uralskiego, Jekaterynburgowi, oraz w obliczu faktu, iż koronowany kat mógłby ukryć się i ujść przed ludowym trybunałem, Komitet Wykonawczy, akceptując wolę ludu, podjął decyzję o straceniu byłego cara Mikołaja Romanowa…

„W takiej chwili umysł zatrzymuje się nad dziwnymi rzeczami i wcale, co zastanawiające, nie myśli się o sprawach ostatecznych albo o pojednaniu się z Bogiem. Z jakim Bogiem? Jakie pojednanie? Nie ma żadnego Boga. W tej chwili bogiem jest przewodniczący trybunału ludowego, Jakow Jurowski, a boskim wyrokiem to nieodwołalne, jak się wydaje, czytane właśnie przez niego rozporządzenie. Cóż mogę zrobić? Nic. Mogę nie stracić godności, której i tak już nie mam. Mogę się wyprostować i z całych sił pokazać, że się nie boję. Ale boję się. Nie mogę powstrzymać się od patrzenia na mauzera zastępcy Jurowskiego, Piotra Jermakowa, na długą lufę amerykańskiego automatycznego browninga, trzymanego pozornie niedbale, pod pachą, przez miejscowego czekistę Michaiła Miedwiedjewa-Kudrina, na karabiny reszty tej bandy, stłoczonej przy wejściu i w drzwiach, bo obite otynkowanym drewnem pomieszczenie jest wyjątkowo małe. Wybrali ten ohydny, ciasny pokój pewnie dlatego, żeby nie było rykoszetów. Wiem dostatecznie dużo o broni, by spostrzec, że już ją odbezpieczono. Ten ponury, czarnobrody żydowski pajac nawet z zemsty nie mógł podjąć takiej decyzji sam. Jest na to zbyt słaby i tchórzliwy. Musiał zdecydować ktoś na samej górze. A ja… Czyż sam nie okazałem się zbyt słaby i tchórzliwy? Czy to nie konsekwencje moich czynów, a raczej ich braku? Szkoda, że takiej ostatecznej chwili jak ta, pod sklepieniem brudnej, zatęchłej piwnicy, w świetle zakurzonej gołej żarówki, nie można przeżyć wcześniej. Gdzieś w środku życia. Ale tylko przeżyć, a potem do tego życia znów powrócić, wzbogacony o płynącą z niej lekcję. Taka scena, jak dramaturgiczny zwrot w drugim akcie greckiego dramatu, przywraca rzeczom i wartościom ich właściwe znaczenie i miejsce, uświadamia totalną nieważność ziemskiej potęgi, władzy, bogactwa. Czymże bowiem jest w chwili tego ostatecznego sądu – ostatecznego, bo nieodwołalnego, w którym to nie swada adwokatów i dotychczasowa nieposzlakowana opinia, a jedynie uczynki rzucone na szalę decydują o wyroku – czymże, pytam, jest to wszystko, co miałem i czym byłem, wobec stremowanego spojrzenia moich katów? Mają tremę, bo nie mieli jeszcze okazji zabijać cara. Zaraz zobaczycie, jak to jest zostać królobójcą”.

Otworzył przymknięte oczy i przytomniej spojrzał na Jurowskiego, który stał dokładnie naprzeciwko, w szerokim rozumieniu, tak jakby obawiał się, że car w jakimś akcie ostatecznej desperacji zerwie się z krzesła i rzuci na niego. Mikołaj pokręcił głową i kątem oka objął wzrokiem swoją rodzinę po lewej i po prawej, nieco z tyłu, bo jego krzesło, starannie planując scenografię tego wydarzenia, wysunięto do przodu. Po prawej siedziała upiornie pobladła w świetle żarówki żona, po lewej kulił się zaspany Aleksy. Córki – Olga, Anastazja, Tatiana i Maria – stały z tyłu. Choć wykręcał głowę, nie udało mu się dojrzeć stojących w kącie doktora Botkina i trojga służby. Rozluźnił uwierający go kołnierz mundurowej bluzy i postanowił pomóc Jurowskiemu, który najwyraźniej potrzebował sygnału. Spytał:

– Co takiego? Proszę powtórzyć.

Jurowski jeszcze raz spojrzał na kartkę, z której odczytywał wyrok. Starając się nie spotkać spojrzenia Mikołaja, powiedział:

– Ponieważ pańscy krewniacy nie przestali atakować Rosji Radzieckiej, Uralski Komitet Ludowy postanowił skazać pana na śmierć…

Mikołaj zrozumiał, że to już. Położył dłoń na ramieniu syna i patrząc przed siebie, wyrzekł dobitnie, uświadamiając sobie, iż znów, po kilkudziesięciu sekundach zwątpienia, uwierzył w tego, którego się wyrzekł:

– Oby Bóg dał nam królestwo niebieskie… Jurowski wpychał jeszcze wyrok do kieszeni na piersiach, gdy Piotr Jermakow wyciągnął z kabury mauzera. Jednak jeszcze szybszy był Michaił Miedwiedjew. Przez cały czas trzymał odbezpieczonego browninga pod pachą. Wystarczyło tylko nacisnąć spust.

Piotrogród, podziemia skarbca cesarskiego w Pałacu Zimowym, listopad 1917 roku, północ.

Senne warty miarowo przechadzają się w poprzek obszernego przedsionka skarbca. Żołnierze z kompanii wartowniczej, przydzielonej do ochrony tego miejsca, są wyjątkowo dobrze ubrani i świetnie uzbrojeni. Każdy z nich prócz krótkiego, poręcznego karabinka Lee-Enfield ma w kaburze rewolwer, a przy pasie granat. Jakby tego nie było dość, środek pełnego echa holu zajmuje rozkraczony na żelaznym trójnogu, gotowy do strzału, ciężki maxim niemieckiej produkcji.

Gdyby zmieniający się co cztery godziny wartownicy mogli przeniknąć wzrokiem pancerne wrota głównego skarbca, ich oczom ukazałby się niezwykły widok: w świetle skąpo rozmieszczonych żarówek w błękitnych, oplecionych drucianymi koszulkami kloszach, oświetlających rozległe pomieszczenie głównej sali, którego strop podpierało kilka symetrycznie rozstawionych kolumn, połyskiwały nieskazitelne w formie piramidki, ułożone ze złotych sztabek, opatrzonych cechą. Obok piętrzyły się stosy tysięcy skrzynek ze złotymi i srebrnymi monetami, a jeszcze dalej, w kącie sali, widać było piramidy sztabek platyny. Ale zbrojona, betonowa podłoga skarbca, o grubości ponad półtora metra, pod którą była już tylko warstwa izolacyjna i kamienisty grunt, nie odczuwała ciężaru z górą pół tysiąca ton kruszców wysokiej próby. Złoto spało, podobnie jak każdy skarb, o którym nie wie zbyt wielu ludzi. Skarb tej wielkości budzi się z uśpienia i zaczyna żyć własnym, pełnym tajemniczych i potężnych sił życiem dopiero wtedy, gdy ludzie, którzy się o nim dowiedzą, zapragną owe siły uruchomić i wykorzystać.

Wtedy skarb, niczym potężny elektromagnes, otacza się liniami nieodgadnionego pola, sycącego się i wzmacniającego ludzką żądzą posiadania – i jest w stanie mocą tajemniczego rezonansu żądzę ową podsycać i wzmagać. Złote Runo czeka na Argonautów.

Iwan Wiktorowicz Każedub, lat 24, oficer moskiewskiego oddziału Czeka. Moskwa, początek marca 1918 roku, godzina 7.30 rano.

Ten marcowy ranek byłby bardzo przyjemny. Było mroźno, sucho i bezwietrznie. Powietrze miało miłą świeżość moskiewskiego mrozu. Niebo całkiem bezchmurne, a ciepło ostro świecącego słońca można było bez trudu wyczuć na policzkach i dłoniach. Przydałyby się jeszcze dwie rzeczy: śnieg, dzięki któremu szare i zaniedbane miasto wyglądałoby bardziej odświętnie, i odrobina radości w oczach przechodniów. Gdy napotykał ich spojrzenia, wydawały mu się nieodmiennie przygaszone, czasami przestraszone i zaniepokojone. Doskonale wiedział, czym się martwili: że kończą się zapasy, że nie ma już czym palić w piecach, że z rzeczy, za które można kupić kolejne dni i tygodnie życia, została już tylko ślubna obrączka i złoty medalion z sepiowym portrecikiem, przechowywany na dnie najgłębszej szuflady.

Uważał jednak – ba, był tego niemal pewien – iż powinni mieć w sobie więcej optymizmu; w końcu wszystkim jest teraz ciężko, a ta zbiorowa narodowa żałoba sprawia tylko, że jest jeszcze ciężej. Czy jemu nie było ciężko? Powiedzmy sobie szczerze, najbardziej podstawowe sprawy nie obciążały go w takim stopniu jak ich. Miał deputaty – żywnościowy i węglowy – kupony mundurowe i możliwość stosunkowo tanich zakupów nawet takich produktów, o których większość mogła tylko pomarzyć. Miał też od kilku dni coś, o co oni musieli stale się niepokoić: służbowe mieszkanie w zaułku Ryżewskim, a w swoich trzech milutkich pokoikach, na drugim piętrze, pod numerem 7, absolutną pewność, że nikogo mu nie dokwaterują. W takich czasach to naprawdę sporo. Trzeba dodać, że w mieszkaniu, z którego wykwaterowano przedtem jakiegoś bankowego prokurenta, była cudowna łazienka z majolikową, ciemnozieloną wanną, wystarczająco długą nawet na jego pokaźny wzrost i na tyle głęboką, by można było, marząc, zwiesić ręce, jak jakiś Marat przed zamachem, a skołataną całodzienną bieganiną głowę wygodnie oprzeć na przemyślnie zaokrąglonym rancie. Węgla mu nie brakowało. Mógł więc codziennie, co zapewne wprawiłoby w osłupienie przeciętnego moskwianina, palić w łaziebnym piecu i wylegiwać się w lekko brunatnej od rdzewiejących rur, ale rozkosznie parzącej biodra i brzuch wodzie. Nic więc dziwnego, że naprawdę lubił tam wracać. Lubił chrobot klucza w patentowym zamku, zainstalowanym zapewne przez nieszczęsnego prokurenta, któremu – nim wyrzucono go tak jak stał, w jakiejś atłasowej, nieprawdopodobnej bonżurce na ulicę – kazano oddać wszystkie komplety kluczy. Oddał dwa, porządnie nanizane na mosiężne kółka z brelokami, przedstawiającymi całkiem udatnie niedźwiadka stojącego na tylnych łapach. Dla porządku trzeba dodać, że oba niedźwiadki trzymały kółka do nawlekania kluczy w przewierconych na wylot mordkach. Prócz klucza do patentowego zamka na kółku były kluczyki do skrzynki na listy i do suszarni na strychu. Zaraz pierwszego dnia poszedł tam nie wiadomo po co, chyba z prostej, nieco chłopięcej ciekawości. Cała kamienica przy Sadowej 13a była już wykwaterowana z bankowych prokurentów, adwokatów i lekarzy, skrzypków z filharmonii, admirałów i kapitanów, radców nadzwyczajnych i rzeczywistych oraz zwykłych moskiewskich dorobkiewiczów. Od razu poznał, które rzeczy należały do prokurenta, wysiudanego w ostatniej kolejności. Koszule i bielizna nie pasowały do innych suszących się rzeczy. Miały metki najlepszych londyńskich domów mody, zupełnie niewystrzępione mankiety i kołnierzyki – i coś tak szykownego i niezwykłego, iż, niewiele myśląc, przywłaszczył je sobie wszystkie. Przymierzał potem te koszule przed zdobiącym mały przedpokój tremo. Przyznać trzeba, iż towarzyszył owej czynności przyjemny i podniecający dreszczyk. Nie przeszkadzało mu to, że koszule opinały kiedyś tors kogoś innego, że mydło, którym zaprano kołnierzyki i mankiety, miało obcy, sterylny i trochę gorzki zapach, nie robił sobie nic z tego, że wyhaftowany na każdej sztuce złotą jedwabną nitką monogram – ozdobne WD – zupełnie nie dał się przełożyć na jego personalia. Usiłował przez chwilę przypomnieć sobie imię i nazwisko wyrzuconego na bruk prokurenta, wygrawerowane na błyszczącej mosiężnej tabliczce. Widział je przez chwilę, nim wizytówkę podważył bagnetem i oderwał jeden z towarzyszących mu żołnierzy, by schować – nie wiadomo po co – do kieszeni szynela.

„Bodaj Wadim. Tak, Wadim, ale nazwisko było jakieś skomplikowane. Daromyłkin? Dargomyłkin? Bodaj cię! Aha, już wiem – błysnęło w jego wytrenowanym w zapamiętywaniu szczegółów mózgu. – Oczywiście: Wadim Z. Dargomyżski – prokurent I Oddziału Banku Handlowego. – Uśmiechnął się zachwycony sprawnością swojej pamięci. – Tylko co u licha może znaczyć owo Z? – Bawił się chwilę próbami wymyślenia imienia dla ojca Wadima, wykręcając się jednocześnie tak, by zobaczyć, jak frakowa koszula układa się na plecach. – Zachar?

Nie, to zbyt chłopskie. – Ale czy znał jakieś inne imiona na Z? – Mam! Może Zinowij. To by pasowało. Jeśli pasowało samemu głównemu dowódcy Eskadry Bałtyckiej, tej samej, która dostała takie straszne lanie od admirała Togo, będzie tym bardziej odpowiednie dla ojczulka jakiegoś tam nędznego prokurenta, choćby nawet i I Oddziału, a więc, Wadimie Zinowijewiczu, muszę przyznać, że urządził się pan tu wcale wygodnie. Dla mężczyzny nieżonatego takie trzy pokoje, i to w dobrym punkcie, zupełnie wystarczą".

Salonik-jadalnia połączony był rozsuwanymi, oszklonymi drzwiami z przytulną sypialnią, której duże pojedyncze okno wychodziło na Sadową, a ściśle mówiąc, na nagą o tej porze koronę olbrzymiego kasztanowca.

„No i to wspaniałe, podwójne łoże z istnym grzęzawiskiem obszytych jedwabiem poduch, poduszek, poduszeczek i jasieczków. Najwyraźniej odwiedzały tu pana kobiety. Zresztą subtelny zapach intymności daje się wciąż wyczuć w jedwabiu. Z saloniku przez niewielki przedpokój wchodzimy do gabinetu. Nie znam się specjalnie na literaturze, ale myślę, że Wadim Zinowijewicz był nie lada koneserem. Całą ścianę naprzeciw rozłożystego biurka z mnóstwem szufladek i dodatkowo wysuwanych blacików zajmowały książki, pedantycznie poustawiane według działów; osobno poezja, osobno proza, na dole encyklopedie, słowniki, bankowo-prokurencka literatura fachowa. Żadnych wystrzępionych okła dek, rozpadających się obwolut – i jeszcze cała półka roczników czasopism. «Ruskije Wiesti», «Moskowskije Wiedomosti». Kwartalnik finansowy, a tu jakieś pisma francuskie, pełne roznegliżowanych, frywolnych ilustracji. Nie nudził się pan, Wadimie Zinowijewiczu, czekając na swoje kokoty. Biurko obejrzymy sobie później, w wolnej chwili. Trzeba będzie pewnie podważyć to i owo, bo pan prokurent nie zostawił żadnych kluczyków. Już się cieszę na to penetrowanie. Zabiorę się do tego metodycznie, tak jak do wszystkiego. Potrzebna będzie butelka koniaku, coś do chrupania. Siądę sobie po turecku na grubym dywanie, będę wyciągał szufladę po szufladzie, przeszukam skrytkę po skrytce. Na pewno będą jakieś fotografie, może nawet akty, może znajdę parę koronkowych majtek, jeśli pan prokurent miał takie ciągoty, a może jakieś tajne dokumenty, świadczące o tym, iż działalność bankowa nie była jedynym przestępstwem Wadima Zinowijewicza? Może spiskował? Może wówczas będzie mi łatwiej korzystać bez skrupułów z Wadimowego gniazdka? Nie mogłem trafić lepiej i wydaje mi się, że mógłbym tu spędzić resztę życia”.

Ostry dźwięk klaksonu wyrwał go z myśli o trzech pokoikach na Sadowej. Omal nie wszedł wprost pod koła ciężarówki pełnej marynarzy, która zahamowała tak gwałtownie, że czernomorców w rozchełstanych mimo mrozu czarnych kurtach rzuciło do przodu na brezent szoferki. Kierowca wychylił się z kabiny, chcąc pewnie posłać Iwanowi wielopiętrową wiązankę, ale kiedy napotkał jego spojrzenie, dał spokój i z wysiłkiem, krzywiąc się, włączył bieg, a ciężarówka, hałasując mozolnie dyferencjałem, potoczyła się dalej. To zdarzało się od jakiegoś czasu. Odnosił wrażenie, że ludzie boją się jego wzroku. Czyżby wyczuwali coś szczególnego? Uśmiechnął się sam do siebie, poprawił szalik, bo marcowy mróz usiłował przeniknąć pod ciepłą, podszytą barankiem, skórzaną kurtkę, i ruszył dalej znacznie już przytomniej, z przyjemnością obserwując ludzi i ulice.

„Tak więc, Iwanie Wiktorowiczu, na czym to skończyliśmy so cjalną refleksję, nim marzenia przeniosły nas do naszego nowego, służbowego mieszkanka? Ach tak – więcej optymizmu. Obywatele kochani! Przecież już niedługo wszystkim nam będzie lepiej. Teraz trzeba przeczekać, przetrwać, zmobilizować się. Z uśmiechem będzie łatwiej. Po co się tak stroszyć? Kijem rzeki nie zawrócisz. Już się stało. Już się przewróciło. Zawaliło. Już się nie podniesie. Teraz trzeba iść dalej, budować nowy świat, nowe życie. Ale żeby to zrobić, musicie, tak jak ja, odczepić się od starego, od tego, co było. Strząsnąć z siebie te wiekowe pajęczyny, tę pleśń, to zadowolenie i błogie poczucie, że tak już zawsze, że nie do ruszenia. Przywykliście? To teraz odwyknijcie, a jak nie nauczycie się odwykać, to my was nauczymy. Nie czujecie, że powietrze inaczej pachnie, że to już inny świat, inna historia? Nie czujecie tego?”

Wszedł na most Moskworiecki, którym Ordynka przekraczała rzekę, i jeszcze szczelniej otulił się wełnianym szalem. Rzeka Moskwa skrzyła się miliardami iskier grubej, lodowej pokrywy. Przy wykutych z mozołem przeręblach cierpliwie czatowały dziesiątki żądnych świeżej, darmowej strawy wędkarzy. Już się nawet zorganizowali. Któryś przyniósł koksownik z wyszabrowanym pewnie węglem, nad którego skąpym żarem na zmianę rozcierali ręce, zdrętwiałe od czujnego, wielogodzinnego trzymania kija.

„Następnym razem nadłożę drogi, wezmę jakieś wędzisko, pójdę po lodzie. Zatrzymam się, poczęstuję ich papierosem, pogadam, posłucham. Może się czegoś dowiem. Na razie niech sobie łowią, niech sobie rączki grzeją. Niech nabiorą do siebie zaufania, niech się poznają i polubią. Na wszystko jest czas. – Uśmiechnął się do swoich myśli i jeszcze raz upewnił, że to, co robi, sprawia mu przyjemność. Ma to pewnie we krwi. Ale jak ma nie mieć, jeśli jest synem pracownika Ochranki? – Tak, tak, drodzy państwo, tej samej, znienawidzonej i pogardzanej. Ale ochranki są potrzebne w każdych czasach. To, że mamy władzę ludu, nie oznacza, że nie trzeba być czujnym. Otóż właśnie trzeba. Może jeszcze bardziej, bo inaczej diabli wiedzą, co by się porobiło. Takie czasy. Każdy jest podejrzany, każdy jest potencjalnym wrogiem nowego, ale jakże kruchego i względnego porządku, a maskować się łatwo. Wystarczy czerwona opaska na ramieniu i udawany entuzjazm dla nowej władzy. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie paraduje dziś z pagonami ani w podejrzanie szykownym ubraniu. Wszyscy stali się do siebie dziwnie podobni w niekształtnych szynelach, kurtach, jakichś baranicach i kożuchach. Jak zdmuchnięte znikły szykowne kapelusiki, bobrowe toczki, glansowane rękawiczki. Po co rzucać się ludziom w oczy?” To raczej on się wyróżniał. Uświadomił to sobie teraz z pewnym niepokojem. Przecież od razu można poznać, że jest kimś ważnym, a styl jego stroju narzucał łatwe i oczywiste skojarzenia. Ojcu było o wiele łatwiej. Wyglądał po prostu jak bardzo porządnie ubrany urzędnik. Nikogo wówczas nie dziwiły wyglansowane trzewiki, starannie zaprasowane kanty na spodniach, czyściut kie mankiety i kołnierzyk, starannie przycięte włosy i wygolona do ostatniego włoska twarz. Przy tym wszystkim ojciec ze swymi błękitnymi oczami, rumianymi policzkami i dobrotliwym, łagodnym wyrazem twarzy wyglądał raczej na pracownika jakiejś wyjątkowo niewinnej instytucji, w rodzaju towarzystwa opieki nad wdowami po poległych żołnierzach, albo może raczej na buchaltera lub pracownika domu towarowego. To był oczywiście pozór, bo w rzeczywistości Wiktor Francowicz Każedub był jednym z najbardziej cenionych za efektywność agentów. Szczególnie, gdy w grę wchodziła inwigilacja zorganizowanych grup i środowisk. To jemu Ochranka zawdzięcza rozpracowanie najsilniejszej i najlepiej zorganizowanej grupy na Zakaukaziu, a przecież do Tyflisu pojechał niby jako inżynier-specjalista od instalacji wodno-kanalizacyjnych, którym w istocie był z wykształcenia, i to całkiem niezłym, jak twierdzili jego szacowni wykładowcy z Instytutu Technicznego. Byłby do dziś projektował jakieś filtry i przepływy, ale obszar wodno-kanalizacyjny śmiertelnie nudził Wiktora Francowicza. Pewnie dlatego dał się tak łatwo zwerbować do pracy w Ochrance1. I tak, powiedzmy sobie szczerze, dość wcześnie trafił na właściwą drogę. Gdy został pracownikiem tajnej policji, nie miał jeszcze trzydziestki i długa droga awansu stała przed nim otworem. Wszystko było możliwe. Mógłby, gdyby odpowiednio się wykazał, zostać nawet naczelnikiem któregoś z wydziałów, może nawet tego najważniejszego, dbającego o bezpieczeństwo pierwszego w państwie. Albo – kto to wie? – szefem tajnych służb. Wszystko było kiedyś możliwe. Niestety rewolucja zmiotła Wiktora Francowicza ze ścieżki tak pomyślnie zapowiadającej się kariery, ozdobionej już Anną i Złotym Stanisławem za Specjalne Zasługi. Towarzysze z Zakaukazia – ci, rzecz jasna, którzy ocaleli z pogromu tak starannie przygotowanego przez Wiktora Francowicza – nie zapomnieli błękitnookiego inżyniera i po latach zadali sobie trud odszukania prowokatora. „Nigdy nie zapomnę bezgranicznie rozżalonego spojrzenia twoich niebieskich oczu, tato, kiedy popychając i szturchając kolbami rewolwerów, wlekli cię pełnym echa korytarzem klatki schodowej. To była nasza ostatnia wymiana spojrzeń. Nigdy zresztą nie miałem odwagi dociekać, co z tobą zrobiono. Wolę myśleć, że cię gdzieś tam wywieźli, że żyjesz na zesłaniu i tylko na razie nie wolno ci pisać listów. Nie chcę sobie wyobrażać, że strzelają ci w tył głowy albo że przebierasz pociesznie nogami w ostatniej ucieczce przed nieudolnie zadzierzgniętym sznurem pośpiesznie skleconej szubienicy”.

Trzeba dodać dla porządku, że Iwan przepadał za ojcem. Uwielbiał jego sporadyczne siłą rzeczy towarzystwo. Wiktor Francowicz był przede wszystkim nadzwyczaj zabawnym człowiekiem, który traktował Iwana jak drugiego zabawnego – tyle że mniejszego – człowieka. Ilekroć zdarzało im się przebywać ze sobą, istotny przecież układ zależności „ojciec-syn” jakby gdzieś znikał – a działo się to przede wszystkim za sprawą Wiktora Francowicza; albo, mówiąc inaczej, układ ten ulegał swoistemu, opartemu na porozumieniu obydwu stron, zawieszeniu. Bawili się ze sobą naprawdę znakomicie, wymyślając tysiące absorbujących bez reszty zajęć. Jednym z ulubionych – zwłaszcza gdy na dworze lało i nie było mowy o odwiedzeniu maleńkiej podmoskiewskiej daczy – było rysowanie. Wiktor Francowicz miał niezwykłe zdolności rysunkowe i aż dziw, że nigdy poważnie nie pomyślał o wykorzystaniu swych umiejętności. Celował w rysowaniu maszyn, urządzeń, pojazdów i okrętów – i nigdy nie dawał się namówić, by sportretować bliskich albo wykonać podobiznę jakiegoś żywego stworzenia. Iwan także celował w rysowaniu maszyn i pojazdów, ale czasami – gdy był sam – próbował rysować nagie dziewczyny, wspomagając wyobraźnią braki systematycznych studiów anatomicznych. Często zresztą pomagał sobie, kopiując zarysy kobiecego ciała z jakiejś niewinnej, urodzinowej pocztówki. Oczywiście cechą tej metody była konieczność odstąpienia od oryginału w tych miejscach, gdzie najistotniejsze szczegóły kryły się pod sukniami i koronkami. Wykonawszy mozolnie „domyślny”, jakby rentgenowski kontur, Iwan, wysuwając przygryzany w zapamiętaniu język, cyzelował pracowicie subtelny światłocień, starając się wyobrazić sobie, jak też powinna wyglądać naga pierś lub pupa. Szczególną trudność sprawiały mu stopy, bo te zwykle na kopiowanych pocztówkach zasłonięte były kompletnie, jeśli nie spódnicą, to pantofelkami.

Efekty artystyczne owych przemyślnych kolaży były zwykle dość mierne, ale dawka emocji, doznawanych przy okazji ich tworzenia, całkowicie rekompensowała mu trud i pieczenie pogryzionego języka, choć maszyny, a szczególnie lokomotywy i okręty, wychodziły mu znacznie lepiej niż owe naiwne i plagiatorskie akty. Poza tym urządzenia techniczne rysował bez kopiowania, posługując się świetną, fotograficzną niemal pamięcią. Gdy więc w taki deszczowy dzień kończył jeszcze jeden rysunek jakiejś lokomotywy, przychodziła kolej na ojca, który w czarodziejski sposób potrafił z niedoskonałego i miejscami naiwnego produktu siedmiolatka zrobić absolutnie perfekcyjny – zarówno od strony technicznej, jak i artystycznej – obrazek, mogący z powodzeniem zdobić kartyjakiejś bogato ilustrowanej encyklopedii. Gdy ojciec oddawał mu wykończony rysunek, kontemplował go zwykle godzinami, starając się dociec istoty wszystkich tych rysunkowych sztuczek, za pomocą których dokonywało się misterium przeobrażenia naiwnego półproduktu w ostateczną i bezsporną doskonałość.

Z czasem Wiktor Francowicz zdołał nauczyć Iwana większości podstawowych technik rysunkowych, ale od tego momentu proces dwóch etapów tworzenia nie był już tak wyrazisty i zaskakujący, Iwan bowiem, znając właściwą metodę, w wielu przypadkach osiągał tak dobre rezultaty, iż ojcowska korekta wydawała się niemal zbędna. Przerzucili się więc na zabawy z modelami. Szczególnie dobrze bawili się składając model pancernika „Cesariewicz”, który wówczas wydawał się im szczytem myśli technicznej. Dziś, gdy po oceanach grasowały szybkie brytyjskie krążowniki liniowe, niecałe osiemnaście węzłów skonstruowanego przez Francuzów predrednota stanowiło żałosne osiągnięcie przy prawie trzydziestu węzłach takiego „Tigera”, który, notabene, był najsłabiej strzelającym okrętem w brytyjskiej linii podczas wielkiej jutlandzkiej zadymy. Iwan i wtedy, i teraz był fanem techniki: mógł godzinami kontemplować jakiś mechanizm, napawając się perfekcją i przemyślnością konstrukcji. Czasami, gdy – choć trzeba przyznać, że zdarzało się to rzadko – nudził się w biurze, wyciągał dolną szufladę sążnistego biurka, gdzie w specjalnym pudełku trzymał utensylia do czyszczenia broni. Miał słabość do długolufowego, ośmiomilimetrowego mauzera C/12 w drewnianej kaburze; z kabury tej można było, mocując ją w przemyślnym zacisku, sporządzić całkiem przyzwoitą kolbę, a wówczas z półautomatu otrzymywało się niby-karabinek, z którego przy odrobinie wprawy i po podniesieniu celownika można było trafić stojącego człowieka nawet ze stu metrów. Była to broń groźna i skuteczna, ale pistolet był ciężki jak diabli, a sztywna kabura obijała biodro i tyłek przy każdym kroku. Jednak czyszczenie mechanizmu mauzera sprawiało rozkosz; był tak skomplikowany i przemyślny, a mimo to prawie nigdy się nie zacinał. Na co dzień jednak, choć większość oficerów preferowała niezawodny, wojskowy model naganta M.1895, używał „odziedziczonego” po jakimś aresztowanym i bodaj rozstrzelanym pułkowniku huzarów amerykańskiego automatycznego colta M.1911, choć o amunicję 0,45-calową do niego było czasami piekielnie trudno. Za to broń była świetnie wyważona, celna i absolutnie niezawodna, nie wspominając o wielkiej sile ognia. Pod warunkiem, że się o nią dbało. Mógł całymi godzinami oliwić i polerować poszczególne części pistoletów. Posuwał się nawet do tego, iż polerował i oliwił wszystkie wyjęte z magazynków naboje, po czym ustawiwszy je równo, niczym żołnierzy w szeregu, przypatrywał się im uważnie, przykucnięty na dywanie, aby ta swoista mosiężno-niklowa parada sytuowała się na poziomie jego uważnego i zachwyconego wzroku.

Bardzo lubił ustawiać, porządkować i wyrównywać, ale robił to bardziej dla samej przyjemności porządkowania niż z wrodzonej konieczności czy jakiegoś imperatywu ładu wokół siebie. Przypominał w tym owych maniakalnych generałów, każących bezustannie defilować wojsku nie po to, by podnieść poziom musztry, ale dla niezrozumiałej dla innych przyjemności porządkowania i wyrównywania. Imperatyw symetrii dawał o sobie znać nawet w sposobie wieszania ręczników w łazience i układania papierów na biurku. Przy skłonności do porządkowania tego, co widoczne, mógł bez szczególnych wyrzutów su mienia utrzymywać miesiącami totalny nieład w szufladach bieliźniarki i na półkach szafy. Do systematycznego układania rzeczy brał się dopiero wtedy, gdy tworzyły już skłębiony bezład, uniemożliwiający zamykanie i otwieranie mebla.

Teraz też czuł miłe uwieranie colta w eleganckiej, choć nieco już wytartej kaburze, podwieszonej na mosiężnych ryfkach do nowiutkiego dla odmiany i przez to nieco sztywnego pasa, opinającego mundurową, zapinaną pod szyję tołstojowską bluzę. Był jednym z wielu tego poranka uzbrojonych ludzi na ulicy. Należało wszakże założyć, co uczynił z zawodową pedanterią, że jedynie część uzbrojonych mężczyzn tak jak on obnosi swoje śmiercionośne narzędzia jawnie, w poczuciu swoistej legitymacji do zbrojnej demonstracji. On wprawdzie miał swojego colta pod skórzaną kurtką, ale nie musiał go przed nikim ukrywać. Czerwonoarmiści ośmioosobowego patrolu dźwigali swoje mauzery, z nastroszonymi pazurami bagnetów, z równym znużeniem, jak zapewne jeszcze kilkanaście miesięcy temu taszczyli wyszabrowane na pańskim drzewo. Stwierdził, że nie było w nich dumy uzbrojonego człowieka, świadomego swego posłannictwa. On sam z bronią u boku czuł się po trosze rycerzem. Inaczej chodził, inaczej – pewnie jakoś bardziej wyzywająco i dumnie – patrzył na ludzi. Nauczył się tego już w dzieciństwie, paradując z wystruganymi przez Wiktora Francowicza na okoliczność kolejnego szkolnego balu kostiumowego szpadami, których gardy ojciec pieczołowicie oklejał udającą blachę srebrną cynfolią z czekolad Sucharda. Ale, jak sądził podekscytowany obowiązkowymi podejrzeniami, spora liczba mijanych przechodniów też była uzbrojona. Ci z wiadomych powodów nie mogli obnosić swej rycerskiej dumy, był jednak niemal pewien, że gdyby mógł się niektórym długo i uważnie przyjrzeć, intuicja podpowiedziałaby mu, kogo należy natychmiast aresztować i rozstrzelać za nielegalne posiadanie broni.

Skręcił w Warwarkę i w kilka chwil był na rogu Rybnego. Zaczął się już zastanawiać, czy nie należałoby się zdecydować – właśnie tu i teraz – na taki eksperyment, gdy tuż przed nim z poślizgiem zablokowanych kół zatrzymał się pomalowany brudnozieloną, maskującą farbą zdezelowany russo-bałt, z plandeką przestrzeloną w kilku miejscach. Tył samochodu zarzucił tak, że jedno koło niemal przejechało mu po czubkach wypastowanych do matowego połysku but ów. Odskoczył odruchowo i bezbłędnym szarpnięciem rozpiął kurtkę, by wyciągnąć colta. Powstrzymał się jednak na widok wyskakującego z samochodu łącznika z centrali, który salutując wyszczekał mu w twarz spod oklejonych soplami wąsów:

– Towarzyszu! Macie się natychmiast stawić. Rozkaz to warzysza… – Każedub zdążył zatkać gorliwemu czekiście gębę dłonią w rękawiczce i pouczył go surowo syczącym szeptem:

– Nie musicie tu ryczeć na cały kwartał. Wiem od kogo! Zawracajcie to swoje diabelstwo i gazu.

Nie bez trudu wgramolił się na tylne siedzenie, na którym siedział jeszcze jeden czekista, od stóp do głów obleczony w chromową skórę i łapczywie zaciągający się nad podziw smrodliwą „kozią nóżką”. Na szczęście w przewiewnej, pozbawionej bocznych szyb budzie auta świeżego powietrza było aż nadto. Pognali w terkocie hałaśliwego motoru, który dymiąc ponad miarę, krztusił się kiepską benzyną i jeszcze bardziej podejrzanym olejem, buksując na podjazdach i niebezpiecznie omiatając wyślizgane mrozem zakręty, tak że Iwan mało nie stracił kawałka przygryzanego z emocji języka.

„Swoją drogą, to ciekawe, jak łatwo mnie znaleźli, a właściwie znalazł. Przecież ledwie się zakwaterowaliśmy w tym mieście, a on już dokładnie wie, którędy chodzę, jeśli nie wzywam służbowego samochodu! Miło, że się tak troszczą, że chcą wszystko wiedzieć, ale w gruncie rzeczy takie przyjemne to nie jest. Wolałbym jednak mieć jakieś swoje sprawy. Wyłącznie swoje. Takie choćby, jak trasa moich porannych, pełnych refleksji spacerów po mieście. Mam chyba do tego prawo, a jeśli poznam jakąś miłą, oddaną sprawie dziewczynę i uda mi się zaprosić ją do mojego gniazdka, jakby stworzonego dla oddanych sprawie, miłych dziewcząt, i kiedy będziemy wreszcie tonąć w stosie tych rozkosznych poduszeczek i jaśków, to czy też wyjedzie z szafy ten odrapany russo-bałt z gorliwym, zalodzonym od pędu i wiatru służbistą? «Towarzyszu, zostawcie towarzyszkę dziewczynę i natychmiast…» Ale swoją drogą, gdyby nie szatańska intuicja tego, który mnie teraz wzywał, pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie wiadomo nawet, czy w ogóle jeszcze bym żył, a jeśli, to gdzie? I jak? Ukochany synalek najlepszego agenta Ochranki, którego ojciec w dodatku przyjechał tu przed laty z Polski. Te moje trzy semestry w Korpusie Junkrów… Celujące oceny. Cztery lata wzorowej służby frontowej. Pasmo awansów od chorążego aż do kapitana, dwa medale św. Jerzego za odwagę, a ze strony matki, jakby tego jesz cze było mało, kaukasko-książęce koneksje. To cud, że żyję – i to jak żyję!”

Gabinet Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, Moskwa, marzec 1918 roku, 8.15 rano.

„Boże, jaki on jest nieprawdopodobnie przystojny! Właśnie przystojny, a nie po prostu ładny. Wspaniały chłopiec. Nie można oderwać od niego oczu. Gdyby był tylko ładny, gdyby miał w twarzy ową landrynkową lalkowatość, byłby nie do zniesienia, ale jego twarz ma jednak maleńkie asymetrie, takie niedociągnięcia, które sprawiają, iż minimalny, ledwie dostrzegalny brak doskonałości właśnie tę doskonałość stanowi. Poza wszystkim jego uroda potwierdza teorie o dobroczynnym wpływie przemieszania ras i krwi. Oczy ma błękitne, zupełnie jak jego ojciec. Podobnie regularność rysów wziął raczej z polskiej krwi, ale smagłą cerę, wysokie szczyty kości policzkowych, orli zarys ostrego nosa o regularnie wykrojonych nozdrzach, wysokie czoło, wspaniałą, surową oprawę błękitnych ślepi i przede wszystkim nieprawdopodobną, granatowo połyskującą czuprynę prostych, lśniących, a teraz gładko zaczesanych do tyłu włosów dostał po kaukaskiej matce i jej książęcych przodkach. Tak mógłby pewnie wyglądać młody Jazon na rynku w Jolkos. Tyle że na nogach miałby jeden sandał, a nie lśniące oficerki z paseczkiem pod kolanem, na grzbiecie zaś jakiś lniany, grubo tkany łach, a nie wzorowo wyprasowaną i zapiętą bluzę. Na tyłku skórzane portki do kolan zamiast piaskowoszarych bryczesów z doskonałej łódzkiej wełny. Przy pasku glinianą butelkę z wodą, a nie elegancką kaburę, w tej chwili pustą, bo swego ukochanego colta musiał zostawić u dyżurnego oficera; w tym gabinecie broń mogę mieć tylko ja. Pewnie do chwili, w której wpadnie tu chmara uzbrojonych w karabiny ludzi, ale wtedy wszystkie moje rewolwery nie zdadzą się na nic. Na razie jednak o tym nie myślmy. Na razie skupmy się na zadaniu. Po to tu jest ten piękniś”.

– Siadaj, Iwan, i słuchaj uważnie, bo nie chcę żadnych niejasności – powiedział Feliks Edmundowicz.

Każedub odsunął fotelowe, wyściełane skórą krzesło, które wraz z siedmioma innymi otaczało wielki, konferencyjny stół w gabinecie szefa, i usiadł, starannie podciągając fałdy zaprasowanych bryczesów. Dzierżyński przez chwilę napawał się widokiem swego nowego, ale już ulubionego funkcjonariusza. Podziwiał idealne proporcje sylwetki, harmonię i wojskowy automatyzm ruchów, a potem podniósł się ciężko zza swego biurka i włożywszy ręce w kieszenie mundurowego frencza, zaczął przechadzać się po gabinecie. Iwan wodził za nim wyczekującym i pełnym gotowości wzrokiem, ale upłynęło jeszcze kilkadziesiąt sekund, nim Dzierżyński odsunął sobie jedno z ośmiu krzeseł i usiadł tuż koło niego, położywszy wypielęgnowane starannie, szczupłe dłonie na politurowanym, dębowym blacie. Zaczął mówić cicho, nie patrząc na zwróconego ku niemu Iwana. Drobne ruchy palców podkreślały w zdumiewający sposób znaczenie jego słów.

– Czy wiesz, co się stało na początku marca ubiegłego roku?

Iwan podniósł brwi w udanym zdziwieniu. Doskonale wiedział, co się wówczas wydarzyło, ale ponieważ nigdy nie informowano go o tym oficjalnie, uznał, że nie powinien wiedzieć. Powiedział więc po chwili namysłu:

– Nie przypominam sobie niczego ważnego.

Dzierżyński odczuł w tej chwili satysfakcję z potwierdzenia swoich przeczuć, ale jego twarz nie wyrażała niczego poza akceptacją taktyki Iwana.

„Z pewnością wiesz, tak jak wszyscy tu wiedzą – pomyślał – ale to, że tak doskonale wczuwasz się w rolę zaufanego, podoba mi się. Potrafisz wyobrazić sobie, co myślą i czego oczekują od ciebie ludzie, a to ważna umiejętność, potwierdzająca trafność mojego wyboru. Pewnie często błogosławiąc mnie, dziwisz się jednocześnie, że nie leżysz od miesięcy gdzieś w lesie z rdzewiejącą kulką we łbie, a mrówki nie zrobiły sobie daczy z twojej czaszki. Ale, choć nigdy ci o tym nie powiem, to przecież proste. Masz wszystkie talenty swojego taty, nieodżałowanej pamięci Wiktora Francowicza, niech smaży się w piekle, ale w przeciwieństwie do niego o wiele łatwiej tobą manipulować, a z nim zawsze były kłopoty. Miał za dużo inwencji, za mało ideowości. Był zimny i absolutnie bezstronny. To, co robił, traktował jak profesję i nic ponadto. Było mu absolutnie wszystko jedno, dla kogo pracuje i przeciw komu występuje. Liczył się tylko efekt w postaci demaskacji, aresztowania czy likwidacji. Gdyby był urodzonym dezynsektorem, pewnie z równą przyjemnością i gracją tępiłby karaluchy i mrówki faraona. Gdyby nie ten jego totalny profesjonalizm, pewnie dziś spotykalibyście się tu na korytarzach jako koledzy po fachu, ale taka umiejętność impreg no wania własnej osobowości bywa niebezpieczna. Ty jesteś inny. Można ci bez trudu wmówić, że działasz dla dobra ogółu. Można cię ugnieść jak plastelinę i zaprogramować twoje emocje, a mnie sprawia to masę satysfakcji i może nawet lubię cię za to po swojemu, choć najbardziej podoba mi się to, że usiłujesz mimo wszystko być sprytniejszy ode mnie. Tak więc bawmy się dalej”.

– Rok temu, drugiego marca, Iwanie, słynna dynastia Romanowów, rządząca tym krajem od 1613 roku, zakończyła swoje niezbyt miłościwe panowanie, a od lata cała rodzina siedzi w Tobolsku, co było mało fortunnym pomysłem Kiereńskiego. Myślę, że należało zlikwidować ich od razu, kiedy Kiereński uciekł. W ten sposób wyrządzono by im przysługę, oszczędzając poniżającego antyszambrowania po dworach Europy. – Dzierżyński spojrzał czujnie, badając reakcję swego podwładnego. – Widzę, że masz ochotę zaprezentować inny pogląd, ale pragnę ci przypomnieć, że każda rewolucja wymaga ofiar z ludzi starego porządku. Nie jest to nawet kwestia winy czy kary, ale raczej, hm, respektu dla skutecznych mechanizmów, które wypracowano w podobnych przypadkach. Można by rzec, że to kwestia pewnego rewolucyjnego stylu. – Dzierżyński po raz pierwszy podczas tego spotkania uśmiechnął się pod wypielęgnowanym wąsikiem. – I tak mają szczęście, że gilotyna nigdy się u nas nie przyjęła. Co by nie mówić, to wstrętna śmierć.

Iwan też się lojalnie uśmiechnął i odważył się spytać:

– A oni? Co dalej z nim i jego rodziną?

Dzierżyński złożył dwa palce prawej dłoni w kształt lufy pistoletu, zmierzył żartobliwie do stojącego na środku stołu wazonu na kwiaty i odpowiedział – choć Iwan nie był do końca pewien, czy jest to już postanowienie, czy jeszcze żart.

– O ile znam Iljicza i jego charakterek, jest to tylko kwestia czasu. Pif-paf i po wszystkim. – Spojrzał znów na Iwana, ale tym razem czujnie i bez uśmiechu.

Każedub zmieszał się lekko, ale patrząc na wazon kiwnął wyrozumiale głową:

– Pewnie.

– Poza tym, Iwanie, nie będą upominali się o swoją własność.

Iwan domyślał się, o co chodzi, ale znów udał, że nie rozumie. Dzierżyński nie dał mu się długo zastanawiać.

– Oczywiście nieruchomości, posiadłości, ziemia etc. zgodnie z dekretem o nacjonalizacji przechodzi na własność rządu. To jest ludu – poprawił się bez zastanowienia. – Biżuterię, niektóre klejnoty, ot, choćby carskie insygnia, odda się z czasem do muzeów, ale pozostaje rzecz najważniejsza, Iwanie – 526 ton złota, sztaby, monety, ponadto platyna i srebro; część jest już tu, reszta jeszcze w Tambowie.

Każedubowi zdawało się, że jego ciało stało się cięższe i coś wciska go w fotel. Usiłował wyobrazić sobie 526 ton złota, ale nie bardzo mu się to udawało. Dzierżyński zdawał się czekać na efekt swoich słów, ale ponieważ Iwan milczał, ciągnął:

– Pewnie nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, ile to jest 526 ton złota? – Iwan kiwnął tylko głową, co mogło oznaczać zarówno tak, jak i nie.

– To ja ci powiem, ile to jest, bo załadowaliśmy złoto do wagonów towarowych. Wiesz ile jest tych wagonów? – Tym razem Iwan pokręcił przecząco głową, a wypadło to tak, jakby bolał go kark. Dzierżyński splótł dłonie, jakby zamierzał pomodlić się do złotego bożka, o którym mówił z taką swadą. – Dwadzieścia osiem, wyładowanych do oporu. Wypada mniej więcej po dwadzieścia ton na wagonik. Czy wiesz, ile wart jest taki wagon? – Każedub przełknął ślinę i znów pokręcił głową, a Feliks Edmundowicz zatarł dłonie i rozłożył je w geście ka znodziei, głoszącego z ambony dobre wieści swym owieczkom:

– Pancernik pod klucz, ot, choćby taki jak „Imperatrica Marija”, teraz nazywa się bodaj „Marat”, wart jest mniej więcej trzynaście ton czystego złota. To wyobraź sobie, że za jeden wagon wybudować można pancernik i pewno jeszcze jakiś krążownik.

To porównanie całkiem nieźle przemawiało do Iwana, bo wiedział doskonal e, jak skomplikowaną i kosztowną machiną jest nowoczesny drednot. Wiedział też, bo gdzieś o tym czytał, iż za jeden pocisk do działa dwunastocalowego można kupić mleczną krowę. Nie wiadomo zupełnie dlaczego, ale pewnie przez ową krowę zaczął się zaraz zastanawiać, ile rodzin można by utrzymać, i przez jaki czas, za równowartość pancernika i krążownika, ale ponieważ żadne odpowiedzi nie przychodziłymu do głowy, dał spokój niestosownym rozważaniom i słu chał dalej.

– Jednym słowem, Iwanie, to jest bardzo dużo pieniędzy. Gdyby za to złoto wybudować pancerniki, miałoby się dziś najsilniejszą flotę liniową na świecie, no, może drugą po Anglikach!* (* Sfinalizowany w 1913 roku kontrakt brytyjskiej stoczni Armstronga na nowoczesny pancernik dla Turcji (eks-„Rio de Janeiro” – przemianowany na „Sułtan Osman I”) opiewał na sumę 2 250 000 funtów, co odpowiadało ówcześnie szesnastu i pół tonom czystego złota.). Zastanawiasz się pewnie, po co o tym mówię? – Dzierżyński odczekał chwilę, bo lubił efektowne, retoryczne chwyty. – Mówię ci o tym, bo chcę, a raczej chcemy, ja i Włodzimierz Iljicz, powierzyć ci to złoto.

Wanda Laudowska, lat 26, Szwajcaria, grudzień 1917 roku.

To niewątpliwie najprzyjemniejszy moment, ten tuż przed przebudzeniem. Pogranicze snu i jawy. Rozkosz niby materialna i namacalna, ale świadomość nie jest jeszcze całkowicie świadomością i nie wiadomo, czy to początek jawy, czy końcowa sekwencja snu. W całym ciele, od paznokci palców u stóp po cebulki włosów na głowie, taka mglista, ale jakby musująca zapowiedź czegoś przyjemnego i z dawna oczekiwanego. Jeszcze tylko zmiana ułożenia łokcia pod ciężką od snu głową, jeszcze tylko wyprężenie całego ciała i ten podniecający koci moment przeciągnięcia. Ciało to jednak wspaniała rzecz, prawie tak wspaniała jak umysł. Sen to cudowny stan, ale przebudzenie to coś boskiego. Nowy dzień, nowe sprawy.

Dała sobie jeszcze chwilę, tę najrozkoszniejszą, w której przywołać można najlepsze wspomnienie minionej nocy, takie, które wywołuje niepokojące mrowienie w całym ciele. Otworzyła oczy, a jasne słoneczne światło, wpadające przez szczelinyniedokładnie zaciągniętych całościennych zasłon, sprawiło jej miłą niespodziankę.

– Było nieźle – wymruczała nocną chrypką pod adresem mężczyzny zajmującego drugą połowę wielkiego łóżka w apartamencie nr 27. Leżąc na plecach, podparła się na łokciach i dodała zupełnie już cicho, i bardziej do siebie:

– Ale – zastanawiała się przez chwilę, wyjmując stopy spod kołdry – nie rewelacyjnie.

Nagusieńka, mając za cały strój delikatny złoty krzyżyk na równie filigranowym złotym łańcuszku, czując lekki dreszczyk na plecach, bo w apartamencie było chłodno, przeszła do sąsiadującego z sypialnią saloniku i podniosła słuchawkę:

– Recepcja? Dzień doooobry – stłumiła nieopanowane ziewnięcie i usiłowała wolną ręką bezskutecznie dosięgnąć swędzącego miejsca, gdzieś nisko między łopatkami – proszę mi przynieść dobrą, dużą i mocną kawę. Proszę? Nie, czarną, bez mleka, i kilka łyżeczek miodu. Słucham? Nie, osobno. Na jakimś spodeczku. Halo! Tylko nie zaraz, ale za parę minut. Będę w wannie. Drzwi będą otwarte. Tylko błagam, bardzo gorącą. Wrzątek.

Weszła do przestronnej – też, jak na jej gust, zbyt chłodnej – łazienki i odkręciła kurek gorącej wody. Owinęła się pośpiesznie dużym i nieco sztywnym ręczni kiem kąpielowym. Stanęła w rozsuwanych drzwiach sypialni i widząc, że jej partner otworzył już oczy, zadysponowała:

– Panie poruczniku, zaraz przyniosą kawę, proszę mi ją podać do wanny, i niech pan weźmie instrukcje. Przejrzymy to raz jeszcze. Mam kilka wątpliwości.

Nim zdołał odpowiedzieć, odwróciła się na pięcie i pobiegła do łazienki, w której obiecująco huczała lejąca się do wanny woda.

Gdy po kilku minutach wszedł z tacą, leżała swobodnie wyciągnięta, z głową opartą o rant wanny. Kompletnie zmoczone, krótko przystrzyżone włosy zaczesała do tyłu i w takim – podkreślającym idealne, jak mu się zdawało, proporcje czaszki – mokrym i lśniącym hełmie wydawała mu się jeszcze bardziej hipnotyzująca niż w nocy. Spojrzała na niego życzliwie i wyciągnęła rękę po filiżankę. Przycupnął na pokrywie bidetu i spytał:

– Dlaczego tak oficjalnie, przecież wiesz, jak mam na imię? A może ta noc mi się przyśniła?

Odpowiedziała w przerwach pomiędzy kolejnymi, łapczywymi łykami naprawdę świetnie pachnącej i jeszcze lepiej smakującej mokki:

– Noc mamy za sobą, a przed sobą ważne sprawy i proszę, żeby pan już więcej nie wracał do tej kwestii, a teraz proszę mi przypomnieć najważniejsze punkty.

Nim otworzył przyniesiony razem z tacą notes, pozwolił sobie na jeszcze jedno spojrzenie, a ona – z widoczną przyjemnością – pozwoliła mu luctrować się przez dłuższą chwilę. Zanurzyła się znów po brodę, ale przez warstwę wody, lekko błękitnej za sprawą emalii i kafelków wokół wanny, widział wszystko, co chciał zobaczyć. Leżał przed nim wymarzony przez każdego żeglującego po krainie fizycznej miłości archipelag. Opisaliśmy już doskonały kształt głowy, ale nie powiedzieliśmy, iż Wanda Laudowska była w chwale swych dwudziestu sześciu lat dziewczyną, o której w każdej epoce cywilizacji powiedziano by z pewnością „elektryzująca”. Nie była bynajmniej doskonała, ale większość mężczyzn zainteresowałaby się właśnie nią, a nie jakąś skończoną pięknością. Twarz Wandy równie dobrze mogła należeć do dwudziestosześcioletniej kobiety, jak i dziesięcioletniego tzw. ładnego chłopca, takiego, którego starzejące się ciotki biorą na kolana, by prawić mu niewyszukane dusery i dręczyć uszminkowanymi pocałunkami zwiędłych warg. W owej chłopięcości była jednak zastanawiająca i niepowtarzalna regularność, poczynając od wielkich ciemnozielonych oczu, patrzących zwykle na świat z odrobiną spokojnej, nienapastliwej ironii, poprzez nieco za szerokie, ale pięknie zarysowane etruskie usta, drobne nozdrza prostego i też, mówiąc szczerze, nieco za długiego nosa, aż do zaczepnie wysuniętej dolnej szczęki, zwieńczonej delikatnym i ledwo widocznym, ale ekscytującym dołkiem w podbródku. Dodajmy do tego uszy leciutko odstające (ale bez przesady), za to niezwykle kształtne, o konsze delikatnej i wykrojonej przez naturę z finezją, wypraktykowaną przez miliony lat kształtowania najwspanialszych muszli morskich. Długa szyja łączyła to, co opisaliśmy, z ciałem szczupłym i wysportowanym, którego krzywizny i łuki zdawały się być konstrukcją zbudowaną głównie po to, by Stwórca mógł zainstalować na tej bazie długie i smukłe nogi o szczupłych stopach i pełne, nieco za ciężkie przy chłopięcej sylwetce piersi, ozdobione drobniutkimi jagódkami. Doskonałość tego ciała była o tyle zastanawiająca, iż nie było w nim szczegółu, do którego można by się przyczepić. Pięty drobnych, choć długich stóp były krągłe, a wysmukłe palce stóp i dłoni zdobiły paznokcie o tak regularnym kształcie, iż można by ich fotografią reklamować luksusowy lakier. Gdybyśmy kazali Wandzie obrócić się na płaski brzuch, ujrzelibyśmy doskonałość rewersu, choć zwolennicy pup bujnych i pełnych mieliby niejedno do zarzucenia tej akurat części ciała Wandy, gdyż była drobna jak u kilkunastoletniej dziewczynki i twarda, jak dobrze napompowana przed meczem futbolówka. Kosmetycznym, ale jakże istotnym szczegółem była jakość skóry, o brzoskwiniowym połysku i drobnych, prawie niewidocznych porach; skóry, która pachniała jak lekko zwietrzały olejek paczulowy, wcierany w ciało w chłodny, letni dzień. Posiadanie tak wspaniałego, nieskazitelnego ciała było bardzo przyjemne, ale Wanda nigdy nie popadała w samouwielbienie. Zdawała sobie doskonale sprawę z wrażenia wywieranego prawie nieodmiennie na wszystkich mężczyznach, którzy mogli napawać się jej choćby przelotną obecnością, ale gdyby to od niej zależało, wiele w swojej cielesnej powłoce chciałaby poprawić i zmienić. Najwięcej miała do zarzucenia twarzy. Sama sobie wydawała się za mało kobieca, może dlatego, że jej najwcześniejsze, najbardziej dziecinne wyobrażenia o kobiecości kształtowała matka, kobieta wielkiej dobroci i wrażliwości, naiwna jednak i uczuciowo niedojrzała, mimo iż wydała na świat udaną trójkę dzieci – dwie dziewczynki i chłopca.

Wanda była drugim dzieckiem z kolei, co uchroniło ją od błędów, którymi obarczone jest w równym stopniu wychowanie pierwszego i ostatniego potomka. Przyszła na świat w zasobnej rodzinie, której spokojny i szczęśliwy dobrobyt zapewniało posiadanie niewielkiej sieci małych zakładów, w zasadzie manufaktur. Za pomocą sprawdzonych i niezbyt skomplikowanych technologii wytwarzano w nich powozy, bryczki i wszelkiego autoramentu specjalistyczne pojazdy konne, poczynając od myśliwskich breków, przez spacerowe landa, a na wozach rekwizytowych dla straży pożarnej kończąc. Jej ojciec, hrabia Janusz Kozic-Laudowski, wywodził się wprawdzie z wielkopolskiej arystokracji ziemskiej, ale zaborowe losy rzuciły go do Królestwa, gdzie po wielu perypetiach osiadł wreszcie w podwarszawskim Ożarowie. Tu właśnie wybudował pierwszą ze swych wytwórni, w której prowadzeniu wydatnie pomagał mu brat matki, Jarosław, bezdzietny wdowiec, absolwent kierunku mechanicznego jednej z renomowanych berlińskich uczelni technicznych. Pierwsze lata nowego stulecia były okresem niezwykłej prosperity dla Wytwórni Laudowski & Kozielski, bowiem carskie Ministerstwo Wojny powierzyło jej produkcję długiej, jak na skalę przedsiębiorstwa, serii specjalistycznych furgonów do transportu rannych. Potem też nie działo się źle, a całkiem spore obroty brały się głównie z wielkiej liczby napraw powozów należących do podwarszawskich ziemian, a także z transportowych potrzeb krzepnącego drobnego przemysłu.

Wandzie nigdy niczego nie brakowało. Miała najlepszych nauczycieli, ukończyła dobre prywatne gimnazjum żeńskie, a w osiemnastym roku życia wysłana została do Paryża, gdzie bez trudu dostała się na wydział instrumentalny Konserwatorium. Nic w tym dziwnego, bo Wanda od dzieciństwa wykazywała wielkie zdolności muzyczne, co bez trudu zauważył ojciec, który sam z upodobaniem grywał na fortepianie. Już od szóstego roku życia Wanda brała regularne lekcje, których z zapałem udzielał jej młody asystent Konserwatorium Warszawskiego, Jurek Żurawlew, muzyk znakomity, choć człowiek nieśmiały i poza muzyką niemający wiele do powiedzenia. Jednak jego nowatorska jak na owe czasy metoda pedagogiczna, kładąca nacisk na rozwijanie zdolności interpretacyjnych i umiejętności rozumienia formy na równi z biegłością techniczną, przyniosła znakomite rezultaty, tak że w wieku szesnastu lat Wanda dysponowała już zróżnicowanym i bogatym repertuarem, obejmującym dzieła zarówno sztandarowych kompozytorów romantycznych, jak i kanon popisowych utworów klasycznych, z późnymi opusami sonat Beethovena włącznie. Przez prawie dziesięć lat pracy z Żurawlewem Wanda usiłowała trochę się w nim podkochiwać, ale robiła to bardziej z przekonania, że jest to bardzo romantyczne i na miejscu, niż z rzeczywistej potrzeby serca. On z kolei, niezwykle oczytany w modnych podręcznikach metodologii, ale ciapowaty i nieśmiały, traktował ją serdecznie i ciepło, jednak wyłącznie w ramach muzycznych korepetycji. Nie zdawał sobie biedak zupełnie sprawy z tego, iż wystarczyło tak niewiele – nawet nie własnej inicjatywy, a najzwyklejszego w świecie przyzwolenia – by kilkunastoletni, ale jakże seksowny podlotek oddał mu się ciałem, choćby dla prostego eksperymentu i wypróbowania swoich pazurków na obiekcie wygodnym, bo będącym dwa razy w tygodniu pod ręką. Na szczęście dla młodego pedagoga całą wyspecjalizowaną wiedzę o prowokowaniu mężczyzn Wanda posiadła dopiero kilka lat później. Ponieważ była dzieckiem wyjątkowo rozsądnym i bezproblemowym, nienarzucającym się rodzicom ani z dramatami dojrzewania, ani z wygórowanymi pretensjami natury materialnej, ci ze swej strony nie ograniczali jej w żaden sposób, widząc znakomite stopnie na szkolnych świadectwach i mogąc ocenić w czasie regularnych lekcji z Żurawlewem czy podczas dość częstych koncertowych występów, urządzanych w zaprzyjaźnionych domach, oczywiste postępy jej sztuki wykonawczej. Wanda była dziewczyną skoncentrowaną przede wszystkim na sobie i swoich planach. Były one dość niesprecyzowane, ale ważną rolę odgrywał w nich zamysł „zostania wielką, światowej sławy artystką”, z czym w jej ulotnym wyobrażeniu związane było życie bezproblemowe, pełne splendoru i uznania tłumów - i oczywiście wypełnione mężczyznami, którzy, rzecz jasna, leżeć będą plackiem u jej stóp. Czas wolny, którego miała niewiele poza nauką i godzinami ćwiczeń, wypełniała jej najczęściej jazda konna albo włóczenie się z angielskim flowerem po okolicznych zagajnikach i strzelanie do celu. Gustowała w obydwu tych rzeczach, a mając znakomitych nauczycieli w osobach ojca (jazda konna) i jego starzejącego się wspólnika, wuja Jarosława (strzelanie), doszła z czasem do zastanawiająco dobrych rezultatów, zapewne dlatego, iż po prostu lubiła jeździć wierzchem i strzelać, a nikt – podobnie jak do ćwiczeń na fortepianie - jej do tego nie przymuszał. Dodajmy ponadto, iż nigdy nie celowała ani nie strzelała do żywych stworzeń, być może dlatego, że w jej rodzinie nie kultywowano tradycji myśliwskich, a w domu pełno było psów i kotów, które uważano przecież za członków rodziny. Leśne ptaki i wiewiórki traktowała więc po przyjacielsku, a one nie unikały jej, choć pod pachą nosiła flower gotowy do strzału. Pomysł paryskich studiów wyszedł od niej, a rodzice nie oponowali przeciwko niemu zbyt stanowczo, zdając sobie sprawę, iż muzyczna stolica świata otworzy przed ich zdolnym dzieckiem możliwości, o których nie mogli marzyć w Warszawie. Carska administracja także nie stawiała przeszkód w wydaniu Wandzie paszportu, być może dlatego, iż na rodzinie Laudowskich nigdy nie ciążyły powszechne wówczas polsko-patriotyczne grzechy w postaci udziału w zrywach powstańczych czy konspiracji, a ponadto po zawirowaniach z lat 1904-1907 patrzono już nieco inaczej na tego typu peregrynacje lojalnych i płacących podatki poddanych Mikołaja II. W Paryżu, do którego dotarła wczesną jesienią 1911 roku, Wanda poczuła się od razu znakomicie. Odpowiadał jej nieco zwariowany styl miasta i jego mieszkańców, a choć w Polsce nigdy nie krępowano jej żadnymi ograniczeniami, zachwycona była możliwością zupełnie samodzielnego życia i decydowania o wydatkach i przyjemnościach, stosownie do budżetu regularnie zasilanego przez rodziców. Studiowanie szło jej świetnie, tym bardziej że zdecydowała o zmianie instrumentu. Zapisała się do klasy klawesynu, prowadzonej przez uwielbianego przez studentów Ladislava Klosa, z którym – pewno ze względu na jego słowiańskie korzenie – była na stopie niemalże przyjacielskiej. Możliwość zakupu za stosunkowo niewielkie pieniądze niezłego instrumentu i ćwiczenia w wynajętym niedaleko Konserwatorium miłym mieszkanku na poddaszu sprawiła, że miała dość dużo wolnego czasu, który zgodnie z wrodzoną jej energią i praktycznością spędzała na rozmaitych zajęciach, przynoszących prócz przyjemności konkretny pożytek. Zapisała się więc na wykłady z filozofii na Sorbonie, a także do szkoły szermierczej, wybierając floret, który wydał się jej bronią elegancką i najmniej usztywniającą przeguby. Jej hiszpański trener, uroczo starzejący się nauczyciel szermierki o miłej aparycji oraz wyrafinowanym i kulturalnym poczuciu humoru, zapewnił ją, że właściwy, elastyczny sposób trzymania broni korzystnie wpłynie na kostno-mięśniowy aparat jej dłoni i ramion, zwiększając ruchliwość i siłę palców, pod warunkiem wszakże, iż z równą starannością i regularnością uprawiać będzie zarówno szermierkę, jak grę na klawesynie. Z czasem zauważyła, iż floret rzeczywiście wzmocnił siłę, głębię i niezawodność uderzenia, a także szybkość palcowych aplikacji, ale najbardziej zadowolona była ze zmian, które regularne ćwiczenia szermiercze wywołały w jej psy chice. Poprawiła się niewątpliwie zdolność koncentracji, z czym miała przedtem niekiedy problemy, a mozolne ćwiczenia, polegające na nieustannych powtórzeniach sekwencji zastaw, fint i pchnięć, przynosiły wyciszenie umysłu, nad którym mogła od tej pory panować jak nad posłusznym koniem. Przestała się unosić i zaperzać w dyskusjach, koncentrując się raczej na przygotowaniu skutecznych ciosów trafnej i zaskakującej argumentacji; uśmiechała się też częściej, uważając, iż świat w pewnym sensie przypomina rodzaj szermierczej planszy, na której tym przyjemniej jest ćwiczyć i walczyć, im się ma więcej umiejętności technicznych i wiary we własne siły.

Wypada nam jeszcze wspomnieć o zabawnym wydarzeniu, które miało miejsce w niespełna dwa tygodnie po jej zainstalowaniu się w Paryżu. Taksówka, którą wracała do domu po miłej przedpołudniowej wizycie u świeżo poznanych przyjaciół, mieszkających kilka kilometrów pod miastem, w stronę Juvisy-sur-Orge, potrąciła rowerzystę jadącego również w stronę miasta. Taksówkarz, młody zadartonosy cwaniak o urodzie fordansera, był najwyraźniej poruszony pięknością Wandy i starał się wykorzystać każdy pretekst, by na nią popatrzeć. Wykręcił nawet zewnętrzne lusterko swego peugeota w ten sposób, by widzieć w nim jej twarz. Próbował także uporczywie zagadywać ją, paplając na błahe tematy, a to, że zbywała owe usiłowania niezbyt uprzejmymi monosylabami, zdawało się go zupełnie nie zniechęcać. Ruch był niewielki, ale gdy wymijali pojedyncze powozy i dostawcze lory, wlokące się skrajem drogi, wydawało się jej, iż niefrasobliwy szofer przy kolejnej próbie nawiązania konwersacji wjedzie z nią w końcu do rowu. Właśnie wtedy, gdy wreszcie zdecydowała się na ostrą reprymendę i układała sobie w myślach kwestię stosowną w takiej sytuacji, odwrócił się do niej po raz kolejny, niedbale, ledwie czubkami palców lewej ręki przytrzymując kierownicę. Krzyknęła: „Uważaj, do cholery!”, szarpiąc go za rękaw kurtki, ale było już za późno i prawy błotnik taksówki uderzył rowerzystę, który akurat wymijał stojący na poboczu wóz pełen węgla. Rzecz wy glądała wprawdzie dramatycznie, bo cyklista, wyrzucony z siodełka, wywinął, jak się jej zdawało, w powietrzu pełne salto, ale – jak się okazało później – nie doznał poważniejszych uszkodzeń. Taksówkarz zatrzymał się, bo zagroziła mu doniesieniem na policję, szarpiąc go z tylnego siedzenia z taką siłą, iż głowa latała mu na wszystkie strony jak szmacianemu pajacowi.

– Proszę natychmiast się zatrzymać i niech pan nie próbuje odjeżdżać, bo zapamiętałam pański numer! – krzyczała rozzłoszczona na dobre, a gdy najwidoczniej przekonany jej determinacją i oburzonym spojrzeniem posłusznie cofnął swój wehikuł na skraj drogi, wyskoczyła i podbiegła do siedzącego na ziemi cyklisty, który frasobliwie obmacywał stłuczenia na siedzeniu. Wrodzone poczucie sprawiedliwości mówiło jej, że pośrednią winę za ten wypadek ponosi ona, a właściwie jej uroda, odbierająca taksówkarzom rozsądek.

– Czy nic się panu nie stało? – spytała i zaraz roześmiała się, bo człowiek macający na zakurzonej drodze swój zadek wyglądał, w zestawieniu z kręcącym się jeszcze, wygiętym w ósemkę przednim kołem roweru, dość zabawnie, a należy dodać, iż minę miał niezwykle poważną.

– Wstrętna dziura! – powiedział wreszcie w dziwnie miękkiej, ale dobrze jej znanej francuszczyźnie, tak bowiem po francusku mówili wszyscy znajomi Rosjanie.

– Zrobił panu dziurę? Naprawdę? Przecież nie jechaliśmy szybko. – Podniósł się przy jej pomocy z ziemi i również uśmiechnął się pod krótko przystrzyżonym wąsikiem.

– Ależ nie. Mówię, że to miasto to wstrętna dziura. Zawsze tak twierdziłem – i proszę. Przecież mogliście mnie zabić.

Usprawiedliwiła się pospiesznie, bo nie wiedzieć czemu nie chciała, by ten człowiek miał do niej pretensję.

– Nie my, szanowny panie, ale on – wskazała palcem na stojącego przy taksówce i nadrabiającego miną szofera. – Ja jestem tylko pasażerką, ale musi pan wiedzieć, że gdybym go nie zmusiła, to nawet by się nie zatrzymał, żeby panu pomóc.

– Ach tak? – zainteresował się cyklista. – W takim razie będę miał do pani prośbę. Chciałbym oskarżyć tego… jak to się mówi po francusku…

Wpadła mu w słowo:

– Pewnie ma pan na myśli „pirata”, ale może łatwiej będzie nam rozmawiać po rosyjsku, od razu można poznać, gdzie się pan urodził.

Spojrzał na nią przychylniej i starannie ulokował na łysiejącej czaszce czapkę z krótkim daszkiem, którą wcześniej podniósł z ziemi i pedantycznie otrzepał z kurzu. Miał wydatne kości policzkowe i coś tatarskiego, ale także bardzo sympatycznego w twarzy. Może oczy wraz z oprawą?

– Ach tak, więc pani jest Rosjanką. Miło spotkać rodaczkę. Pani pozwoli: Włodzimierz Iljicz Uljanow – skłonił się jej z godnością, która przy jego mizernym wzroście i drobnej posturze wydawała się Wandzie nieco przesadzona i przez to zabawna, więc znów się uśmiechnęła, a on odwzajemnił ten uśmiech.

– Niezupełnie Rosjanką, choć poddaną Mikołaja II.

– Jeśli tak – konkludował – to może być pani tylko Polką. Zresztą wystarczy przyjrzeć się pani niezwykłej urodzie, tylko Polki mogą mieć tyle uroku. Ponadto, zwierzę się pani w tajemnicy, uważam Polki za najwspanialsze dziewczyny na świecie.

Roześmiała się znów, bo Uljanow wydał się jej niezwykle sympatyczny, i powiedziała:

– Niech pan da spokój z tą urodą, bo znów będzie jakiś wypadek. Przecież on tylko dlatego na pana wjechał, że cały czas gapił się na mnie.

Uljanow niespodziewanie spoważniał.

– To byśmy mu jeszcze darowali, chociażby jako wyraz uznania dla pani wdzięku, ale tego, że, jak pani powiedziała, nie myślał się nawet zatrzymać, mu nie darujemy. Czy zechce pani być moim świadkiem, bo zamierzam dochodzić na nim odszkodowania?

Potwierdziła bez wahania:

– Ależ oczywiście, jeśli choć tyle mogę dla pana zrobić.

Podziękował jej ukłonem i zaproponował:

– W takim razie proszę zabrać mnie razem z tym złomem do miasta, a po drodze wyjaśnię pani, czego bym od pani oczekiwał.

Następnego dnia adwokat Uljanowa spisał i uwierzytelnił jej wersję wydarzeń, a w kilkanaście dni później Uljanow zadzwonił do niej z podziękowaniami. Proces o odszkodowanie wygrał bezapelacyjnie, co zdawało się wprowadzać jej nowego znajomego w bardzo dobry humor. Ta dziwnie zawarta znajomość zaowocowała jeszcze bukietem przesłanym z kwiaciarni, w którym znalazła bilecik z kolejnymi wyrazami wdzięczności. Odwzajemniła się więc krótkim, ale miłym i ciepłym liścikiem, w którym ona z kolei donosiła mu o przyjemności płynącej z poczucia spełnionego obowiązku i niesienia pomocy bliźnim. W następnych miesiącach wysłali do siebie jeszcze kilka kartek okolicznościowych; wszystkie były w miłym i ciepłym tonie, ale na tym w zasadzie ów epizod mógłby się zakończyć.

Dodatkowe – a wypełniane z niegasnącym entuzjazmem – zajęcia, o których wcześniej wspomnieliśmy, zaowocowały także dość niespodziewanie dwiema nowymi znajomościami. W przerwie uniwersyteckich wykładów przysiadł się do niej sympatyczny, zwalisty Szwed, przedstawiając się w aureoli wstydliwego i zadziwiającego przyjego iście wikingowej aparycji rumieńca jako Sven Jakiś Tam (przez kilka tygodni nie chciało się jej zapamiętać właściwego brzmienia jego nazwiska), a w sali szermierczej – w trybie najzupełniej naturalnym, bo wypadło im któregoś dnia stanąć przeciw sobie na planszy – zawarła niepokojącą, jak się jej początkowo zdawało, znajomość z Ernestem, trzydziestokilkuletnim Amerykaninem, który w przeciwieństwie do pracowitego Svena, wykuwającego swoją przyszłą inżynierską karierę w Instytucie Technicznym, obijał się trochę bez celu, usiłując (jednak bez szczególnego przekonania) usprawiedliwić wydawanie pieniędzy zasobnych rodziców pracą nad powieścią. Przez czas jakiś umawiała się na przemian to z jednym, to z drugim, manewrując tak, by nawzajem o sobie nie wiedzieli. Sven dla każdej zdrowo myślącej dziewiętnastoletniej panny stanowiłby ideał narzeczonego i kandydata na męża. Irytował jednak Wandę nadmierną skwapliwością w zabieganiu o jej względy i akceptację jego awansów. Owszem, podobał się jej – ze względu na swój zdrowy, pełen fizycznej energii i świeżości wygląd, dlatego też pewnie dała mu się kilka razy pocałować – ale niecierpliwiła ją i momentami śmieszyła, choć nigdy mu tego nie okazała, wzniosła maniera jego strzelistych aktów adoracyjnych. Chciał się jej oddać całym sercem i umysłem bez żadnych pytań, zastrzeżeń i wątpliwości. To jednak zupełnie jej nie odpowiadało, a każdy kolejny krok, wykonany przez Svena za pomocą skrótowo tu zaprezentowanej technologii, utwierdzał ją w przekonaniu o braku perspektyw tej sympatycznej skądinąd znajomości. I zapewne z tej przyczyny zaczęła się coraz częściej spotykać z Ernestem, który co prawda nie pociągał jej prawie wcale fizycznie, ale intrygował absolutną nieprzewidywalnością postępowania.

Jednego dnia sprawiał wrażenie zakochanego – bo słuchał z wielką powagą tego, co mówiła, szukając uporczywie jej spojrzenia – a w czasie następnego spotkania zachowywał z wdziękiem pozory przyjacielskiej znajomości, wyzutej z jakichkolwiek kontekstów miłosnych. Traktował ją jednak nieodmiennie, bez cienia męskiego szowinizmu, jako pełnoprawnego partnera w dyskusjach, w których – jak czuła – mógłby bez trudu wziąć nad nią górę. Był bardzo oczytany i, jak zdążyła zauważyć, jego wiedza obejmowała bardzo wiele dziedzin; z zapałem potrafił rozprawiać o literaturze i muzyce (na której, jako wykształcony również w Paryżu, w czasie swojego pierwszego w nim pobytu, kompozytor, znał się znakomicie), by już po chwili tłumaczyć jej z całą powagą profesjonalnego rzeczoznawcy zalety najnowszego, mijającego ich właśnie renaulta AX, a jego fenomenalna łatwość w zapamiętywaniu wyczytanych z reklamowych ulotek technicznych szczegółów – tyczących się działania jakiegoś wysokonapięciowego iskrownika, dolnozaworowego rozrządu, trzystopniowej skrzyni biegów i stożkowatego sprzęgła – wprawiała Wandę w niekłamany podziw dla możliwości jego intelektu. Dlatego też spotykała się z Ernestem coraz częściej, znajdując w tym coraz więcej przyjemności i fascynacji, co, rzecz jasna, odbijało się wyraźnie na harmonogramie randek ze Svenem. Ten z kolei, wyczuwając wyraźne ochłodzenie stosunków, bo było jej coraz trudniej zmuszać się do randkowych czułostek, zaczynał być nieznośnie ckliwy, a poza wszystkim gadał za dużo, snując godzinami idylliczne plany wspólnego pożycia.

Początkowo nawet starała się okazywać zainteresowanie dla jego monologów prowadzonych w twardej, zabawnej, choć nienagannej od strony gramatyki i składni francuszczyźnie, ale kolejne spotkania zaczynały ją nieznośnie nużyć. Przyłapywała się na tym, iż w trakcie peror Svena myśli o Erneście, a myśli te – ku jej przerażeniu – krążyć zaczynały niebezpiecznie blisko określonego obszaru. Zerwanie ze Szwedem było mimo wszystko dla niej bolesne, do tego stopnia, iż po powrocie do domu poryczała się żałośnie i hałaśliwie, bardziej chyba z żalu nad Svenem i jego poczciwością niż nad sobą i własnym – jak się jej wydawało – okrucieństwem. Ze zdumieniem odkryła też, iż jedyną osobą, której chciałaby się zwierzyć i z którą mogłaby bez obawy o wyszydzenie jej dziewczynkowatych rozterek podzielić się swoim bólem, był cyniczny i nieodgadniony Ernest. Pomyślała też, że żal jej będzie rozstać się z wykładami z filozofii, do których po kilku miesiącach zdążyła już przywyknąć, nie czuła się jednak na siłach, by znosić pełne wyrzutu spojrzenia Svena, który z pewnością miał nadzieję na taki przynajmniej kontakt ze swą utraconą boginią.

Dzwonek telefonu przestraszył ją. Pomyślała, że to wzgardzony Sven zechce jej wspaniałomyślnie wybaczyć, a tego by pewnie już nie przeżyła. Zdecydowała się jednak odebrać, bo zawsze wychodziła naprzeciw rzeczom i sprawom, które ją niepokoiły. Na szczęście był to Ernest, który od razu wyczuł jej nastroje.

– Ryczałaś. Ach, ty… Czemu ryczałaś? Nie zaprzeczaj, masz zatkany nos – dudliło cynicznie, ale serdecznie w telefonie – i od razu zrobiło się jej cieplej na duszy.

– Nieee, ja tylko…

– Nie kłam. Mnie nie musisz. Rzucił cię?

Aż ją poderwało. Skąd wiedział, że spotyka się jeszcze z kimś? Ale nie dał się jej długo dziwić:

– Aha! Nie on, tylko ty jego. Wszystko jasne. No to czego ryczysz?

Nie wiedziała zupełnie, co odpowiedzieć, ale wiele możliwości nie było, bo Ernest rozegrał już całą rozmowę po swojemu, w końcu zatem odpowiedziała bardzo szczerze i bardzo po prostu:

– Jest mi źle i smutno.

– Ale pogoda piękna i wiesz co, ubierz się tak, żeby facetów okręcało na ulicy, dobrze ci zrobi długi spacer i dobra kawa. Będę za dwadzieścia minut.

Nie dał jej czasu na żadne wykręty, bo po prostu odłożył słuchawkę. Jakże to inne od tego, do czego przyzwyczaił ją Sven. Tamten jeszcze przez pięć minut upewniałby się, czy ona ma ochotę i czy na pewno ma przyjść, a na koniec zażądałby miłosnego wyznania – a gdyby się go nie doczekał, to sam zacząłby słowicze trele. „Do licha! Dobrze, że go pogoniłam!” Myśl o spacerze z Ernestem podnieciła ją do tego stopnia, że już po chwili była gotowa. Zeszła na dół i przez dziesięć minut (bo stawił się jak zwykle z niezwykłą punktualnością) stała na ulicy, wypatrując niespokojnie jego charakterystycznej, trochę przysadzistej sylwetki. Przyjechał taksówką i zabrał ją do miłej podmiejskiej knajpki, w której serwowano rzeczywiście bardzo dobrą kawę i jeszcze lepszy koniak, tak że po chwili zaczęła mu się zwierzać z całą bezpretensjonalną szczerością i zaufaniem.

– A skąd wiedziałeś, że spotykam się jeszcze z kimś?

– Nie wiedziałem, z początku troszkę się domyślałem, potem zacząłem obserwować, jak mówisz.

– Chyba słuchać? – przerwała mu, ale on tylko się uśmiechnął.

– Gdybyś była lesbijką i uwodziła kobiety, to poradziłbym ci, że zawsze warto raczej patrzeć, jak kobieta mówi, niż analizować to, co mówi. Jednym słowem, choć zabrzmi to paradoksalnie, forma kobiecej wypowiedzi zawiera zwykle więcej informacji niż wypowiedziana treść. Zresztą to samo odnosi się do części mężczyzn.

– Do ciebie też? – Znów się zaciekawiła, a on, jak się jej wydawało, po raz pierwszy w czasie ich znajomości leciutko się speszył.

– Jeśli ktoś umie obserwować i wyciągać wnioski…

– Nauczysz mnie? – Uśmiechnęła się zalotnie, a jego nie po raz pierwszy w ciągu kilku miesięcy ich znajomości przeszedł przyjemny dreszczyk przeczucia. Odparł:

– Jeśli ci tak zależy na rozszyfrowaniu moich zamiarów, prościej będzie, jeśli ci o nich powiem. Zresztą dawno już chciałem ci to oznajmić, ale czekałem, że się tak wyrażę, by oczyściło się pole operacyjne.

Nie pytała o nic, a o jej zaciekawieniu świadczyło jedynie bardzo uważne, ciemnozielone spojrzenie. Ciągnął więc:

– Chyba zauważyłaś, że bardzo mnie pociągasz, a musiałaś także zauważyć, że jestem typem mężczyzny, który nie da się wodzić za nos. Wszystkie te podchody, zwody, obrażania i pojednania mam już przerobione do znudzenia; bawiło mnie to kiedyś, kiedy miałem tyle lat, co ty teraz.

– A teraz – przerwała mu – co cię bawi?

– Teraz – odparł – bawi mnie to, że potrafię postawić kobietę w sytuacji bez wyjścia.

– Bez wyjścia? – weszła mu w słowo.

– To znaczy, że dziewczyna nie ma jak się wykręcić, a raczej nie ma możliwości stosowania tych wszystkich sztuczek typu: będę dla pana miła, jak pan sobie zasłuży i tak dalej. Zresztą, znasz to doskonale i pewnie już próbowałaś swoich pazurków na jakichś bezbronnych biedakach?

– No, a jeśli mimo wszystko dziewczyna zdecyduje się zastosować te – jak to nazywasz – sztuczki, to co?

– Wtedy przypadnie jej rola jedynego widza wyreżyserowanego przez siebie przedstawienia.

Podparła głowę pięściami, a on przyglądał się z przyjemnością silnym opalonym przedramionom, na których podwinęła rękawy białego blezera z owczej wełny.

– Ojojoj! – zareplikowała żartobliwie. – Więc byłbyś gotów zmarnować kilka miesięcy starań o moje względy?

Odchylił się na oparcie fotelika i wsadził ręce do kieszeni marynarki z szarego tweedu.

– Wyjaśnię ci kilka rzeczy. Po pierwsze, zapamiętaj sobie na zawsze: nie ma czegoś takiego jak zmarnowany czas. Wszystko, co robimy, prowadzi do czegoś innego albo ku czemuś. Wszystko czemuś służy. Nawet jeśli postanowisz przewałkonić w łóżku pół roku, też będzie to czemuś służyło. – Gdy dostrzegł uniesione w zdziwieniu brwi, wyjaśnił: – No choćby temu, by uświadomić sobie bezsens takiego wałkoństwa. Po drugie, nigdy, jak ty to nazywasz, nie „starałem się” o twoje względy. Lubię bardzo twoje towarzystwo, pociągasz mnie bardzo silnie, a przez tych kilka miesięcy starałem się, i to była jedyna forma moich starań, pokazać ci, jaki jestem, licząc na to, że to, co pokazuję, spodoba ci się.

– No, no – pokiwała głową – zgodnie z twoją teorią nie zmarnowałeś czasu. I coś ma z tego wyniknąć, ale co?

– Interesuje cię najbliższa przyszłość czy dłuższa perspektywa?

Pomyślała, że warto by już teraz zastosować jakiś unik, gdyż rozmowa – mimo iż ją ekscytowała – stawała się też, jak na jej gust, zbyt konkretna, ale jednocześnie bardzo, ale to bardzo ciekawiły ją jego zamiary. Nim zdołała coś wykombinować, ktoś w niej, bo to przecież nie ona, wypalił pospiesznie:

– I to, i to.

Iskierki triumfu rozjaśniły jego spojrzenie i pomyślał, że podobne emocje dane są tylko myśliwym, którym po godzinach oczekiwania wychodzi wreszcie z lasu na strzał królewski jeleń. Ona zaś natychmiast pożałowała swoich słów, ale było już za późno. Delektował się rumieńcem Wandy i tym, że starała się uciec wzrokiem przed jego spojrzeniem, wycelowanym precyzyjnie w jej oczy. Wiedział jednak, że stawia wszystko na jedną kartę, dlatego kategoryczność treści łagodził ciepłym gestem. Wyjął ręce z kieszeni i wziął jej drobne pięści w swoje ciepłe, jak zwykle, dłonie.

– Jeśli chodzi o najbliższą przyszłość, zapowiada się przyjemnie. Zapłacę, podam ci płaszcz i pójdziemy na spacer tą kasztanową aleją. Na spacerze spróbujemy się pocałować, bo nigdy tego nie próbowaliśmy, a podejrzewam, że obydwoje mamy na to ochotę. – Ścisnął jej dłonie trochę silniej. – Nie, nie przerywaj mi teraz, bo dobrze mi idzie. W dłuższej perspektywie… myślę, że zajmie to nam jakieś dwa-trzy tygodnie, no, może miesiąc… zaczniemy ze sobą sypiać, choć zdaję sobie sprawę, że nie będzie to dla ciebie takie proste, bo jeśli się nie mylę, jesteś dziewicą. – Skończył i wlepił w nią bezczelny – jak się jej zdawało – wzrok, a ona gwałtownie zabrała z jego dłoni swoje i poczuła, że bardzo się rumieni. Miała dwie możliwości. Mogła bez słowa wstać, ubrać się i wyjść, ale coś podpowiedziało jej, że on wcale nie poleciałby za nią, by błagać o przebaczenie. Mogła też z oburzeniem wyprodukować tekst w stylu „jak śmiesz mi coś takiego mówić”, ale i w tym przypadku nie spodziewała się typowych reakcji i usprawiedliwień. Coś podpowiadało jej, że jeśli postawi na drugi wariant, wyjdzie bez wątpienia na idiotkę. Nie wiedziała, jak się zachować, a jednocześnie nie mogła powstrzymać się od myśli pełnych uznania. „On rzeczywiście to potrafi. Przecież nie mam wyjścia. Mogę się tylko głupio uśmiechać. Co ciekawe, wcale nie czuję się zraniona ani obrażona. Dominujące uczucie to… – Zastanawiała się chwilę. – Boże Święty, jestem po prostu nieprawdopodobnie podniecona. Serce mi wali i nie wiem, czy nie upadnę tu na podłogę, gdy trzeba będzie wstać”.

Ernie najwidoczniej zauważył jej stan, bo z galanterią, nieco przesadną, ale jakże w takiej chwili kojącą, podał jej ramię.

Na zewnątrz było wspaniale i od razu poczuła się lepiej. Czytelnik zna zapewne te nieskomplikowane małe szczęścia, polegające na sumowaniu różnych, niby nieważnych, ale przecież jakże istotnych rzeczy. Ot, na przykład tego, że ubrani jesteśmy w sam raz – ani nie za lekko, ani nie za grubo. Że prawie zupełnie nie ma wiatru, a powietrze jest po prostu przyjemnie rześkie. Że na głowie mamy elegancki kapelusik, w którym tak bardzo nam do twarzy, że nasz partner nie może powstrzymać się od uśmiechu akceptacji, ilekroć zajrzy pod jego niewielkie rondo i spotka nasze życzliwe spojrzenie.

„Myślałam, że pocałujemy się od razu zaraz po wyjściu z lokalu albo jak tylko zostaniemy sami, ale przeszliśmy już dobry kilometr, a Ernie opowiada mi coś ze swadą o jakimś kretynie – urzędniku z Ministerstwa Edukacji – a ja krztuszę się ze śmiechu, bo robi to znakomicie, naśladując sposób mówienia owego ministerialnego idioty. Tylko dlaczego, u diabła, nie zabiera się do całowania? Czyżby nie wyczuwał swoją genialną męską intuicją, że ja już tego bardzo chcę?”