Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 977 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złoty notes - Doris Lessing

Książka laureatki literackiej Nagrody Nobla 2007. Szeroko zakrojona powieść psychologiczno-obyczajowa na bogatym tle społecznym, uważana za najwybitniejsze dzieło noblistki. Wnikliwa panorama Zachodu połowy XX wieku, naznaczonego wojną, rozdartego między mieszczańskim "wolnym" modelem życia, między kapitalizmem a socjalizmem... Anna, czterdziestoletnia pisarka, prowadzi cztery notesy. Opisuje w nich swe nieudane związki uczuciowe, młodość spędzoną w Afryce, działalność w partii komunistycznej i jednocześnie pisze powieść.

Opinie o ebooku Złoty notes - Doris Lessing

Fragment ebooka Złoty notes - Doris Lessing

WSTĘP 1971

Konstrukcja tej powieści jest następująca.

Jest pewien szkielet, czy też rama, zatytułowana „Kobiety wolne”; konwencjonalna krótka powieść licząca około sześćdziesięciu tysięcy słów, która mogłaby stanowić odrębną całość. Została ona jednak rozdzielona na pięć części fragmentami zapisów w czterech notesach – czarnym, czerwonym, żółtym i niebieskim. Zapiski te prowadzi Anna Wulf, główna bohaterka „Kobiet wolnych”. W czterech notesach, nie w jednym, bo – jak twierdzi – musi oddzielić od siebie różne sfery w obawie przed chaosem, bezkształtnością – przed załamaniem. Presja, wewnętrzna i zewnętrzna, kładzie kres zapiskom; jeden po drugim notesy zamykają grube czarne linie. Teraz, gdy notatniki są już zakończone, z ich wątków może powstać coś nowego – „Złoty notes”.

W notatnikach różne postaci dyskutują, teoretyzują, dogmatyzują, nadają etykietki, szufladkują – niekiedy głosem tak ogólnym i reprezentatywnym dla swoich czasów, że stają się anonimowe; można by je nazwać, jak bohaterów starych moralitetów: pan Dogmat i pan „Jestem wolny, bo nigdzie nie przynależę”, panna „Muszę mieć miłość i szczęście” i pani „Muszę być dobra we wszystkim, co robię”, pan „Gdzie jest prawdziwa kobieta?” i panna „Gdzie jest prawdziwy mężczyzna?”, pan „Jestem wariatem, bo tak o mnie mówią” i panna „Życie przez doświadczenie wszystkiego”, pan „Dokonuję rewolucji, więc jestem” i państwo „Jeśli poradzimy sobie z tym drobnym problemem, to może zapomnimy, że nie odważyliśmy się uporać z większymi”. Jednocześnie są oni swoim odbiciem, aspektem drugiego, dają początek wzajemnym myślom i zachowaniom – są sobą nawzajem, tworzą jedność. W wewnętrznym „Złotym notesie”, wszystko się zbiega, podziały zostają przełamane, wraz z końcem fragmentacji pojawia się bezkształtność – tryumf drugiego tematu, wątku jedności. „Przełamanie” Anny i Amerykanina Saula Greena. To wariaci, obłąkańcy, szaleńcy – jakkolwiek ich nazwać. „Przełamują” się jedno w drugie, w innych ludzi, przełamują fałszywe schematy, w które wtłoczyli swoją przeszłość, schematy i sposoby, które wymyślili, by podeprzeć siebie i innych, by się przeniknąć. Słyszą wzajemnie swoje myśli, rozpoznają się w sobie nawzajem. Saul Green, mężczyzna, który zazdrości i niszczy Annę, teraz ją wspiera, doradza, podsuwa temat kolejnej powieści o ironicznym tytule „Kobiety wolne”, która zaczyna się od słów: „Dwie kobiety – same w londyńskim mieszkaniu”. Anna zaś, zazdrosna o Saula do granic szaleństwa, zaborcza i wymagająca, oddaje mu piękny nowy notatnik, „Złoty notes”, choć przedtem nie chciała, i podsuwa mu temat jego powieści, pisząc w pierwszym zdaniu: „Na wyschniętym wzgórzu w Algierii żołnierz obserwował światło księżyca odbijające się w jego karabinie”. W wewnętrznym „Złotym notesie”, który pisali oboje, już nie da się stwierdzić, co jest Saulem, a co Anną, nie da się ich odróżnić od innych postaci z powieści.

Ów wątek „przełamania”, które czasami – gdy ludzie „fiksują” – staje się sposobem na samouleczenie, temat wewnętrznego ja, odrzucającego fałszywe dychotomie i podziały, był oczywiście od tamtego czasu poruszany przez innych autorów, a także przeze mnie. Ale właśnie tutaj, nie licząc jednego opowiadania, sięgnęłam po niego po raz pierwszy. Tu jest on potraktowany nieco trywialnie, jako bliższy doświadczeniu, nim to doświadczenie przybrało kształt myśli i schematu, co może być cenniejsze, jako materia bardziej autentyczna.

Nikt jednak nawet nie zauważył tego głównego tematu, ponieważ powieść została z miejsca pomniejszona przez przyjaznych, jak i nieprzyjaznych recenzentów, którzy określili ją jako książkę o wojnie płci, a kobiety zawłaszczyły ją jako cenny oręż w tej walce.

Odtąd jestem mylnie interpretowana, bo ostatnią rzeczą, jaką chciałam zrobić, było odmówienie wsparcia kobietom.

By zakończyć temat wyzwolenia kobiet: popieram je, rzecz jasna, gdyż kobiety są obywatelami drugiej kategorii, co słusznie i z mocą podkreślają w wielu krajach świata. Można powiedzieć, że odnoszą tu sukces, choćby taki, że zaczęto im się poważnie przysłuchiwać. Najróżniejsi ludzie, dotąd im wrodzy lub obojętni, mówią: „Popieram ich cele, lecz nie lubię podniesionych głosów i nieznośnie złych manier”. To nieuchronny i łatwo rozpoznawalny etap każdego ruchu rewolucyjnego: reformatorzy muszą się spodziewać, że wyprą się ich ci, którzy z radością korzystają z wywalczonych przez nich zdobyczy. Nie sądzę jednak, by ruch wyzwolenia kobiet zmienił zbyt wiele – nie dlatego, żeby w głoszonych przezeń hasłach było coś niewłaściwego, lecz z uwagi na to, iż stało się jasne, że świat przeobrażają przeżywane przez nas kataklizmy; pewnie kiedy już przez nie przebrniemy – jeśli przebrniemy – cele ruchu wyzwolenia kobiet wydadzą nam się błahe i staroświeckie.

Powieść ta nie jest jednak hymnem na cześć ruchu wyzwolenia kobiet. Opisuje ona wiele kobiecych emocji związanych z agresją, wrogością i niechęcią. Dzięki niej znalazły się one na papierze. Najwyraźniej wiele kobiecych myśli, odczuć i doznań wywołało wielkie zaskoczenie. Natychmiast wytoczono masę starych argumentów, głównie – i zwyczajowo – związanych z motywem: „Ona nie jest kobieca”, „Ona nienawidzi mężczyzn”. Ta szczególna reakcja wydaje się niezniszczalna. Mężczyźni – a także wiele kobiet – twierdzili, że sufrażystki są zdefeminizowane, męskie, brutalne. Wśród przeczytanych przeze mnie opisów z różnych krajów świata nie ma takiego, w którym – gdy kobiety domagają się więcej, niż daje im natura – nie ujawniałaby się przy okazji taka reakcja mężczyzn oraz niektórych kobiet. Wiele kobiet zareagowało na Złoty notes złością. To, co kobiety mówią innym kobietom, utyskując w kuchni, skarżąc się i plotkując czy okazując swoim masochizmem, jest często ostatnią rzeczą, którą odważą się powiedzieć na głos – bo może to usłyszeć mężczyzna. Są takimi tchórzami, jakimi są, bo zbyt długo pozostawały półniewolnicami. Liczba kobiet gotowych bronić tego, co naprawdę myślą, czują i doznają w kontakcie z mężczyzną, którego kochają, nadal jest niewielka. Większość wciąż będzie uciekać jak małe pieski, w które rzuca się kamieniami, gdy usłyszą z ust mężczyzny: „Jesteś mało kobieca, agresywna, odbierasz mi męskość”. Jestem przekonana, że kobieta, która poślubia lub w jakikolwiek inny sposób traktuje poważnie mężczyznę używającego tego typu retoryki, ma to, na co zasługuje. Ponieważ taki mężczyzna jest tyranem i nie wie nic o świecie, w którym żyje, ani o jego historii; kobiety i mężczyźni odgrywali w różnych społeczeństwach w przeszłości, a także teraz, nieskończenie wiele ról. Mężczyzna jest więc ignorantem lub tchórzem, bo boi się, że nie dotrzyma kroku... Piszę te wszystkie uwagi z poczuciem, jakbym pisała list do zamierzchłej przeszłości, bo jestem pewna, że wszystko, co wydaje nam się teraz oczywiste, w ciągu następnej dekady zostanie całkowicie wymiecione.

(Po co więc pisać powieści? Rzeczywiście, po co?! Myślę, że powinniśmy żyć, jakby...).

Niektóre książki nie są czytane właściwie, gdyż pomijają pewien poziom opinii i zakładają krystalizację wiedzy w społeczeństwie, która jeszcze nie nastąpiła. Ta powieść została napisana w taki sposób, jakby istniały już postawy kreowane przez ruch wyzwolenia kobiet. Książka ukazała się dziesięć lat temu, w 1962 roku. Gdyby została wydana dopiero teraz, może by ją czytano, a nie tylko na nią reagowano, bo świat bardzo szybko się zmienia. Hipokryzja częściowo zniknęła. Na przykład jeszcze dziesięć czy nawet pięć lat temu – a był to czas seksualnej zawieruchy – zwłaszcza w Stanach, ale także tutaj, pojawiało się mnóstwo powieści i sztuk pisanych przez mężczyzn wściekle krytycznych wobec kobiet, opisywanych jako despotki i zdrajczynie, a najczęściej jako niszczycielki i podkopywaczki. Takie nastawienie pisarzy było traktowane jako oczywiste i akceptowane jako zdrowa, całkiem normalna postawa filozoficzna, a już z pewnością nie jako mizoginizm, agresja czy neuroza. Oczywiście trwa to do dziś – jest jednak coraz lepiej, nie ma co do tego wątpliwości.

Pisanie tej książki tak mnie pochłonęło, że nie zastanawiałam się nad tym, jak może zostać przyjęta. Pochłonęło nie tylko dlatego, że była trudna do napisania – zachowując w głowie jej schemat, pisałam od początku do końca, po kolei, i to było trudne – lecz z uwagi na to, czego się uczyłam w trakcie jej pisania. Być może narzucanie sobie sztywnej konstrukcji, wprowadzanie ograniczeń wyciska nowe treści w najmniej spodziewanych momentach. Podczas pisania natrafiałam na najróżniejsze idee i doświadczenia, których nie rozpoznawałam jako własne. Nie tylko doświadczenia, które towarzyszyły pisaniu, ale także sam okres, gdy to pisałam, były przeżyciem doprawdy traumatycznym, które bardzo mnie zmieniło. Na końcu tego procesu krystalizacji, kiedy już przekazałam maszynopis wydawcy i przyjaciołom, dowiedziałam się, że napisałam traktat o wojnie płci, i szybko się przekonałam, że nic, co powiem, nie zmieni tej diagnozy.

Kwintesencja tej książki, jej struktura, wszystko, co się w niej znalazło, mówi jednak dyskretnie i wprost, że nie wolno nam niczego oddzielać, szufladkować.

„Związani. Wolni. Dobrzy. Źli. Tak. Nie. Kapitalizm. Socjalizm. Seks. Miłość...”, mówi Anna w „Kobietach wolnych”, określając temat – wykrzykując go, zapowiadając przy dźwięku werbli i fanfar... a przynajmniej tak to sobie wyobrażałam. Tak jak sobie wyobrażałam, że w powieści Złoty notes część zatytułowana „Złoty notes” może pretendować do roli jej punktu centralnego, punktu ciężkości tej powieści, wyrażającego jakieś przesłanie.

A jednak nie.

Do powieści wkroczyły inne wątki, co było dla mnie momentem szczególnym, gdyż myśli i tematy, które od lat chodziły mi po głowie, zbiegły się w jedno.

Jedna z takich myśli wynikała z niemożności znalezienia powieści, która opisywałaby klimat intelektualny i moralny Wielkiej Brytanii sprzed stu lat, w wieku XIX, tak jak opisał go w Rosji Tołstoj, a we Francji Stendhal. (W tym miejscu muszę dokonać obowiązkowych sprostowań). Gdy przeczytamy Czerwone i czarne i Luciena Leuwena, poznamy tamtą Francję, jakbyśmy w niej żyli, podobnie jak czytając Annę Kareninę, poznamy tamtą Rosję. Tymczasem tego typu użyteczna powieść wiktoriańska nigdy nie powstała. Nie bardzo wiemy, co to znaczyło być biednym, mieć wyobraźnię większą niż możliwości, jakie dawał czas, być ofiarą. George Eliot jest dobra. Choć myślę, że kara, jaką zapłaciła za to, że była kobietą w czasach wiktoriańskich, polega na tym, iż musiała się prezentować jako kobieta przyzwoita, nawet jeżeli według naznaczonych hipokryzją norm tamtych czasów nią nie była – jest mnóstwo spraw, których nie rozumie, gdyż jest osobą moralną. Zadziwiająco niedoceniany Meredith był pewnie tego najbliżej. Trollope próbował mierzyć się z tym tematem, ale zabrakło mu rozmachu. W żadnej powieści Williama Morrisa nie znajdujemy tej siły i takiego zmagania się idei, jakie są obecne w jego bogatym życiu.

Oczywiście ta moja próba zakładała, że filtr, jakim jest kobiece spojrzenie na życie, nabiera takiej ważności jak filtr męskiego punktu widzenia... Odkładając ten problem na bok, a raczej nawet go nie rozważając, uznałam, że – by nadać powieści „klimat” połowy XX wieku – jej akcję należy umieścić w środowisku socjalistów i marksistów, bo to w różnych ruchach socjalistycznych odbywały się najważniejsze debaty naszych czasów; te ruchy, wojny i rewolucje były postrzegane przez uczestników tych debat jako działania różnych odmian socjalizmu lub marksizmu w fazie rozwoju, powstrzymywania lub odwrotu. (Sądzę, że powinniśmy przynajmniej dopuścić ewentualność, iż ludzie przyglądający się naszym czasom mogą postrzegać je całkowicie inaczej niż my – tak jak my, przyglądając się rewolucjom w Anglii, Francji, a nawet w Rosji, postrzegamy je inaczej niż ci, którzy je przeżyli). Jednakże marksizm i jego różne odpryski doprowadziły do fermentu idei na całym świecie, tak żywiołowego, że zostały one szybko wchłonięte i stały się częścią powszechnej świadomości. Idee, które jeszcze trzydzieści czy czterdzieści lat wcześniej ograniczały się do skrajnej lewicy, mniej więcej dwadzieścia lat temu przeniknęły do całej lewicy, a w ciągu ostatnich dziesięciu lat zasiliły konwencjonalne sposoby myślenia społecznego od lewicy po prawicę. Coś tak zasymilowanego przestaje być siłą – wtedy jednak poglądy te były dominujące i w powieści, którą próbowałam stworzyć, musiały zająć miejsce centralne.

Innym pomysłem, który kiełkował we mnie od jakiegoś czasu, było to, żeby główna bohaterka była artystką, ale „zablokowaną”. To dlatego, że od jakiegoś czasu wątek artysty dominował wtedy w sztuce – malarza, pisarza, muzyka jako wzorca. Wykorzystywali go wszyscy wielcy pisarze i większość pomniejszych. Te archetypy, artysta i jego lustrzane odbicie biznesmen, rozsiadły się w naszej kulturze – jeden ukazywany jako gruboskórny prostak, a drugi jako autor wszelkich możliwych ekscesów w zakresie wrażliwości, cierpienia i pomnikowego egotyzmu, któremu należy wybaczać ze względu na jego dzieła – oczywiście dokładnie na takiej samej zasadzie, jak wybacza się biznesmenowi ze względu na jego zasługi. Przyzwyczajamy się do tego, co mamy, i zapominamy, że artysta jako wzór jest tematem nowym. Bohaterowie sprzed stu lat nieczęsto bywali artystami. Bywali żołnierzami, budowniczymi imperium, badaczami, duchownymi i politykami – pechowo dla kobiet, bo jak dotąd tylko Florence Nightingale udało się odnieść sukces. Jedynie dziwacy i ekscentrycy chcieli być artystami i musieli o to walczyć. By wykorzystać współczesny motyw „artystki”, „pisarki”, uznałam, że należy go rozwinąć, blokując tę postać i zastanawiając się nad przyczynami tego zablokowania. Musiały one być powiązane z dysproporcją pomiędzy przytłaczającymi problemami wojny, głodu, nędzy a małą istotą, która próbuje je odzwierciedlić. Było to jednak nie do zniesienia. Nie mogłam znieść tego potwornie wyizolowanego, potwornie narcystycznego, ustawionego na piedestale wzoru wszelkich cnót. Wydaje się, że młodzi we właściwy sobie sposób dostrzegli to i zmienili, tworząc własną kulturę, w której setki tysięcy ludzi kręcą filmy, asystują przy ich kręceniu, wydają najróżniejsze gazety, tworzą muzykę, malują obrazy, pisują książki i fotografują. Oni obalili tę wyizolowaną, twórczą, wrażliwą postać, powszechnie ją naśladując. Trend ten osiągnął apogeum, finał, więc pewnie, jak zawsze, nastąpi jakaś reakcja.

Wątek „artysty” siłą rzeczy wiąże się z innym tematem – subiektywizmu. Kiedy zaczynałam pisać, wywierano na pisarzy presję, by nie byli „subiektywni”. Presja ta została zainicjowana w ruchach komunistycznych, gdy w XIX wieku w Rosji rozwinęła się społeczna krytyka literacka, dzięki grupie wyjątkowo utalentowanych ludzi z Bielinskim na czele, którzy wykorzystywali sztukę, a zwłaszcza literaturę w walce z caratem i uciskiem. Rozpowszechniła się szybko i pobrzmiewała echem nawet w Anglii w latach pięćdziesiątych XX wieku w wątku „zaangażowania”. W krajach komunistycznych wciąż jest ona bardzo silna. Na poziomie życia codziennego presję tę można wyrazić zdaniem: „Zawracasz sobie głowę głupimi problemami jednostki, gdy płonie Rzym” – i trudno ją było znieść, gdy wywierali ją nasi najbliżsi oraz ludzie robiący coś, co cieszyło się naszym ogromnym szacunkiem: na przykład próbujący walczyć z uprzedzeniami rasowymi na południu Afryki. A jednak przez cały ten czas powieści, opowiadania i sztuka w ogóle stawały się coraz bardziej osobiste. W „Niebieskim notesie” Anna pisze o swoich odczytach: „ W średniowieczu sztuka miała charakter zbiorowy, nie jednostkowy. Była wyrazem świadomości grupowej. Nie miała w sobie cech nadrzędnego, bolesnego indywidualizmu sztuki ery burżuazji. Kiedyś wyzbędziemy się egotyzmu sztuki indywidualistycznej. Powrócimy do sztuki, która nie będzie wyrazem podziałów wewnątrz jednostki i odrębności wobec innych, lecz będzie wyrażać odpowiedzialność artysty za bliźnich oraz jego poczucie braterstwa. Sztuka Zachodu... – by użyć poręcznego, chwytliwego określenia – staje się w coraz większym stopniu krzykiem rozpaczy duszy doznającej cierpienia. Cierpienie zaś staje się naszą najgłębiej odczuwaną rzeczywistością... – Właśnie takie myśli wygłaszałam. Jakieś trzy miesiące temu w trakcie odczytu zaczęłam się jąkać i nie mogłam dokończyć wykładu...”.

Anna zaczęła się jąkać, bo przed czymś uciekała. A kiedy powstaje jakaś presja lub nurt, nie ma sposobu, by go uniknąć. Nie było sposobu, by nie być zdecydowanie subiektywnym. Inaczej mówiąc, na tym polegało zadanie pisarza w tamtych czasach. Nie dało się tego ignorować. Nie można było napisać książki o budowaniu mostu lub tamy, nie odtwarzając myśli i doznań ludzi, którzy ją budowali. (Sądzicie, że to karykatura? Nic podobnego. To podejście leży obecnie u podstaw krytyki literackiej w krajach komunistycznych). W końcu zrozumiałam, że sposobem na obejście lub pokonanie tego dylematu, tego skrępowania wiążącego się z pisaniem o „drobnych problemach osobistych”, jest uznanie, że nic nie jest osobiste, to znaczy, nie jest czyjąś wyłączną własnością. Pisząc o sobie, piszemy o innych, gdyż nasze problemy, cierpienia, radości i emocje – i nasze wyjątkowe i niezwykłe myśli – nie mogą być tylko nasze. Sposobem na uporanie się z problemem „subiektywizmu”, tego szokującego zaabsorbowania maleńką jednostką, która zostaje jednocześnie wciągnięta w wir przerażających i wspaniałych możliwości, jest postrzeganie jej jako mikrokosmosu i dzięki temu przełamanie tego co osobiste i subiektywne, tak iż osobiste staje się ogólne, tak jak zawsze czyni to życie, przemieniając osobiste doświadczenie – a przynajmniej jako takie postrzegane w dzieciństwie: „Zakochuję się”, „Odczuwam taką czy inną emocję, przychodzi mi do głowy taka czy inna myśl” – w coś dużo większego; w końcu dorastanie polega jedynie na zrozumieniu, że czyjeś wyjątkowe i niewiarygodne doświadczenie jest czymś, czego doznają wszyscy.

Kolejny pomysł był taki, że jeśli książka zostanie odpowiednio skonstruowana, stanie się komentarzem na temat konwencjonalnych powieści: debata na temat tej książki toczy się od chwili jej narodzin i nie jest, wbrew temu, co piszą współcześni akademicy, czymś nowym. Umieszczenie w tym tekście krótkiej powieści „Kobiety wolne” jako rodzaju streszczenia i kwintesencji ogromu zawartego w nim materiału miało stanowić komentarz na temat konwencjonalnej powieści, miało być innym sposobem opisania niezadowolenia autora kończącego swoje dzieło: „Jakże niewiele prawdy zdołałam tu przekazać, jakże niewiele zawiłości udało mi się uchwycić; jak taka krótka, zgrabna rzecz może wyrażać prawdę, skoro to, czego doświadczyłam, było takie szorstkie, nieforemne i bezkształtne”.

Moim głównym celem było jednak stworzyć książkę, która będzie zawierać rodzaj autokomentarza, bezsłownej deklaracji – która będzie przemawiać przez swoją formę.

Jak już wspomniałam, pozostało to niezauważone.

Jednym z powodów jest to, że książka ta bliższa jest tradycji powieści kontynentalnej niźli angielskiej. A raczej angielskiej tradycji postrzeganej w tamtym momencie. W końcu angielska powieść obejmuje takie dzieła jak Clarissa, Tristram Shandy, The Tragic Comedians – i Josepha Conrada.

Bez wątpienia próba napisania nowatorskiej powieści jest rzucaniem sobie kłód pod nogi: zaściankowość naszej kultury trzyma się mocno. Na przykład, wciąż i wciąż, od lat, młode bystre kobiety i mężczyźni opuszczają mury uniwersytetów i przyznają z dumą: „Oczywiście, że nie wiem nic o literaturze niemieckiej”. Taka moda. Ludzie w czasach królowej Wiktorii wiedzieli o literaturze niemieckiej wszystko, za to z czystym sumieniem przyznawali, że o francuskiej wiedzą niewiele.

Co do reszty – cóż, nie jest dziełem przypadku, że inteligentne recenzje książka zyskała u tych, którzy wtedy lub kiedyś byli marksistami. Oni rozumieli, co chciałam osiągnąć. To dlatego, że marksizm traktuje zjawiska jako całość i w powiązaniu ze sobą nawzajem – lub przynajmniej próbuje. Ale jego ograniczenia nie są przedmiotem tych rozważań. Dla osoby, która pozostaje pod wpływem marksizmu, jest rzeczą oczywistą, że wydarzenie, do jakiego doszło na Syberii, odbije się na wydarzeniach w Botswanie. Dopuszczam możliwość, że marksizm był pierwszą pozareligijną próbą stworzenia światowej świadomości, światowej etyki. Próbą nieudaną, która, podobnie jak wszystkie inne religie, nie potrafiła uchronić się przed tworzeniem coraz to nowych podziałów na mniejsze wyznania, frakcje i sekty. Ale był taką próbą.

Kwestia celu, który chciałam osiągnąć, przywodzi mi na myśl recenzentów i może przyprawić o ziewanie. Te smutne sprzeczki między pisarzami i dramatopisarzami a recenzentami! Czytelnicy tak do nich przywykli, że traktują nas jak kłócące się dzieci: „Nasze kochane maluchy znów zaczynają”. Albo: „Wy, pisarze, zgarniacie wszystkie pochwały, a jeśli nie pochwały, to przynajmniej całe zainteresowanie – więc skąd to wieczne poczucie krzywdy?”. I mają całkowitą rację. Z powodów, których nie będę tu omawiać, wczesne, cenne doświadczenia pisarskie wytworzyły we mnie poczucie dystansu wobec krytyków i recenzentów; jednakże przy powieści Złoty notes straciłam je. Uważałam, że większość krytycznych komentarzy jest zbyt niedorzeczna, by mogła być prawdziwa. Odzyskując równowagę, zrozumiałam, na czym polega problem. Chodzi o to, że pisarze szukają u recenzentów swego alter ego, tego drugiego ja, inteligentniejszego niż ich własne, które wie, co autor chce powiedzieć, i które ocenia go jedynie wedle tego, czy dopiął celu, czy też nie. Nie znam pisarza, który, spotkawszy to rzadkie zwierzę, jakim jest prawdziwy recenzent, nie wyzbyłby się paranoi i nie wysłuchałby go z wdzięczną uwagą, bo wreszcie znalazł to, czego potrzebuje. Tyle że to, na co liczy pisarz, jest niemożliwe. Czemu niby oczekiwać, że ta wyjątkowa istota, krytyk doskonały (a tacy się zdarzają), że ktokolwiek zrozumie jego zamiary? W końcu tylko jedna osoba wije ten konkretny kokon i tylko ona może go wić.

Nie ma możliwości, by recenzenci i krytycy zapewniali to, do czego aspirują – a do czego pisarze tak niedorzecznie i po dziecinnemu tęsknią.

To dlatego, że krytycy nie są kształceni w tym kierunku; ich kształcenie zmierza do czegoś całkiem odwrotnego.

Rozpoczyna się ono, gdy pięcio-, sześcioletnie dziecko trafia do szkoły. Rozpoczyna się od ocen, nagród, „lokat”, przydziału do grup w zależności od zdolności, przyznawanych gwiazdek – a w wielu szkołach wciąż także pasków. Te zasady końskiej gonitwy, mentalność zwycięzcy i przegranego prowadzą do stwierdzeń typu: „Pisarz X jest, nie jest kilka kroków przed Pisarzem Y. Pisarz Y został w tyle. Swoją ostatnią książką Pisarz Z pokazał, że jest lepszy od Pisarza A”. Od samego początku dziecko uczy się takiego myślenia – zawsze w kategoriach porównań, zwycięstw i porażek. Jest to system rugowania: słabsi są zniechęcani i odpadają. Jest to system skonstruowany tak, by dawał kilku wygranych, którzy wciąż ze sobą rywalizują. Jestem przekonana – choć nie jest to miejsce, by rozwinąć tę myśl – że talenty, które ma każde dziecko, bez względu na iloraz inteligencji, mogłyby pozostać w nim na całe życie, ubogacając je i wszystkich wokół, gdyby nie były traktowane jak akcje, których cenę wyznacza przyszły sukces.

Drugą rzeczą wpajaną od samego początku jest nieufność wobec własnych sądów. Dzieci uczy się uległości wobec autorytetów, powoływania się na cudze opinie i decyzje, dostosowywania się i cytowania.

Tak jak w polityce – dziecku wpaja się, że jest wolne, że jest demokratą o wolnej woli i nieskrępowanym umyśle, że żyje w wolnym kraju, że podejmuje własne decyzje. A zarazem jest ono więźniem założeń i dogmatów swoich czasów, których nie kwestionuje, gdyż nigdy nie poinformowano go o ich istnieniu. Gdy młody człowiek osiąga wiek, w którym musi wybierać (wciąż przyjmujemy za oczywiste, że taki wybór jest nieunikniony) pomiędzy sztuką a nauką, często wybiera sztukę, gdyż czuje, że to w niej jest humanizm, wolność, prawo wyboru. Nie wie, że system już go urobił, nie wie, że ów wybór wynika z fałszywej dychotomii wpisanej w istotę naszej kultury. Ci, którzy to wyczuwają i którzy nie chcą podlegać dalszemu urabianiu, zwykle odchodzą, podejmując na wpół świadomą, na wpół intuicyjną próbę znalezienia zajęcia niepowodującego wewnętrznego rozdarcia. Wszystkie instytucje w naszym kraju, od policji przez uniwersytety, środowiska medyczne, po polityków, raczej nie poświęcają uwagi odchodzącym – nieustannemu procesowi eliminowania, bardzo wcześnie wykluczającemu tych oryginalnych i łaknących zmian, pozostawiając w swych szeregach tych, którzy są, jacy są, i się nie zmienią. Młody policjant odchodzi ze służby, bo nie podoba mu się to, co musi robić. Młoda nauczycielka porzuca nauczanie, bo lekceważy się jej idealizm. Ten społeczny mechanizm działa niemal niezauważenie – lecz ma przemożny wpływ na atmosferę i skostnienie tych instytucji.

Później dzieci, które spędzają całe lata w takim systemie edukacyjnym, zostają krytykami i recenzentami, i nie są w stanie dać pisarzowi tego, czego tak naiwnie oczekuje – pełnego polotu, oryginalnego osądu. Mogą za to – i robią to bardzo dobrze – powiedzieć autorowi, do jakiego stopnia książka lub sztuka odpowiada współczesnym wzorcom mentalnym i emocjonalnym. Ci ludzie są jak papierki lakmusowe, jak wiatromierze – i jako tacy są nieocenieni. To najbardziej czułe barometry opinii publicznej. Potrafią dostrzec zmiany upodobań szybciej niż inni, może oprócz polityków, gdyż cała ich edukacja była właśnie tym – szukaniem cudzych ocen, przystosowywaniem się do autorytetów, do „opinii z zewnątrz”, jak to się ładnie mówi.

Być może nie istnieje inny sposób edukowania. Być może, choć w to nie wierzę. Tymczasem byłoby dobrze, gdyby ludzie ci przynajmniej umieli właściwie opisywać różne zjawiska i nazywać je po imieniu. Byłoby idealnie bezustannie powtarzać dzieciom przez cały okres ich pobytu w szkole: „Jesteście poddani procesowi indoktrynacji. Nie wypracowaliśmy jeszcze systemu edukacji, który nie byłby systemem indoktrynacji. Przykro nam, ale nie mamy niczego lepszego. Przekazujemy wam tu amalgamat współczesnych uprzedzeń i wyborów dokonywanych w tej konkretnej kulturze. Pobieżne spojrzenie na dzieje świata uświadomi wam, jak jest to ulotne. Uczą was osoby, które potrafiły przystosować się do reżimu myśli wypracowanych przez ich poprzedników. To system, który sam się utrwala. Ci odważniejsi i nastawieni bardziej indywidualistycznie spośród was będą zmuszeni odejść, by szukać własnych sposobów edukacji i wyrabiać sobie własne sądy. Ci, którzy zostaną, bezustannie muszą pamiętać, że są urabiani i kształtowani tak, by zaspokajać ograniczone, szczególne potrzeby tego konkretnego społeczeństwa”.

Jak wszyscy pisarze ciągle dostaję listy od młodych ludzi z różnych krajów – choć głównie ze Stanów Zjednoczonych – którzy piszą prace na temat moich książek. We wszystkich czytam: „Proszę przekazać mi listę artykułów dotyczących Pani dzieł, nazwisk krytyków, którzy piszą o pani twórczości, oraz innych autorytetów”. Pytają także o tysiące kompletnie nieistotnych szczegółów, gdyż wpojono im, że są one ważne. Mogłoby z nich powstać prawdziwe dossier, jak w urzędzie imigracyjnym.

Odpowiadam na te listy następująco: „Drogi studencie, oszalałeś. Po co tracić miesiące i lata na pisanie tysięcy słów o jednej książce, czy nawet pisarzu, skoro setki innych czekają na przeczytanie? Nie rozumiesz, że padłeś ofiarą szkodliwego systemu. A skoro już obrałeś sobie za temat swojej pracy moją powieść i skoro musisz tę pracę napisać – a wierz mi, że jestem Ci bardzo wdzięczna, że uznałeś za pożyteczne to, co napisałam – to po prostu przeczytaj moją książkę i dojdź do własnych wniosków, porównując ją z własnym życiem i doświadczeniami. Nie przejmuj się biało-czarnymi profesorami”.

„Droga Autorko – odpowiadają. – Przecież ja muszę wiedzieć, co myślą o tym autorytety, bo jeśli ich nie zacytuję, mój wykładowca nie da mi zaliczenia”.

To system międzynarodowy, absolutnie identyczny od Uralu po Jugosławię i od Minnesoty po Manchester.

Sęk w tym, że wszyscy do niego przywykli i już nie dostrzegają, jak bardzo jest zły.

Ja do niego nie przywykłam, bo rzuciłam szkołę w wieku czternastu lat. Był czas, kiedy tego żałowałam, myśląc, że straciłam coś cennego. Teraz jestem wdzięczna losowi, że szczęśliwie udało mi się uciec. Po wydaniu Złotego notesu postanowiłam dowiedzieć się czegoś o mechanizmach rządzących światem literackim, prześledzić proces edukacji krytyka lub recenzenta. Przejrzałam niezliczone prace egzaminacyjne i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Uczestniczyłam w wykładach z literatury i nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Możecie powiedzieć: „To przesadna reakcja, do której nie ma pani prawa, bo sama pani przyznaje, że nigdy nie była częścią tego systemu”. Uważam jednak, że wcale nie jest przesadzona i że reakcja kogoś z zewnątrz jest cenna, bo szczera i nieskażona przez jakikolwiek system edukacji.

Przeprowadziwszy to śledztwo, nie miałam już kłopotów z udzieleniem odpowiedzi na własne pytania: Dlaczego recenzenci są tacy zaściankowi, tacy drażliwi, tacy małostkowi? Dlaczego zawsze atomizują i pomniejszają, dlaczego tak fascynują ich szczegóły i nie wykazują zainteresowania całością? Dlaczego według nich rola recenzenta zawsze sprowadza się do wyszukiwania błędów? Dlaczego zawsze postrzegają pisarzy jako ludzi wzajemnie skonfliktowanych, a nie wzajemnie się uzupełniających...? Po prostu tak zostali nauczeni. Osoba, która rozumie, co chcesz osiągnąć, rozumie, jaki masz cel, i potrafi udzielić ci rad i prawdziwie zrecenzować, niemal zawsze jest kimś spoza literackiej machiny, a nawet spoza struktur akademickich; może to być początkujący student wciąż zakochany w książkach albo ktoś mądry, kto mnóstwo czyta i podąża za własnymi intuicyjnymi ocenami.

Wciąż powtarzam studentom, którzy przez rok albo dwa będą pisać pracę na temat jednej książki: Istnieje tylko jeden sposób czytania, polegający na wertowaniu książek w bibliotekach i księgarniach, wybieraniu i czytaniu tylko tych, które przyciągają uwagę, odrzucaniu ich, kiedy nas znudzą, pomijaniu rozwlekłych fragmentów. Nigdy, przenigdy nie czytaj niczego tylko dlatego, że musisz, albo ze względu na modę czy trend. Pamiętaj, że książka, która cię nudzi, gdy masz dwadzieścia albo trzydzieści lat, otworzy przed tobą nowe horyzonty, kiedy będziesz miał ich czterdzieści albo pięćdziesiąt – i odwrotnie. Nie czytaj książki tylko dlatego, że wypada. Pamiętaj, że na wszystkie już wydane książki przypada równie wiele takich, które nie trafiły do druku, bo nigdy nie zostały napisane; nawet obecnie, w czasach nabożnej czci dla słowa pisanego, historii, a nawet etyki społecznej naucza się przez przypowieści, a ludziom, którzy potrafią myśleć jedynie w kategoriach słowa pisanego – należą do nich, niestety, niemal wszystkie produkty naszego systemu edukacyjnego – umyka to, co mają przed oczami. Na przykład prawdziwe dzieje Afryki wciąż pozostają w gestii czarnoskórych gawędziarzy i mędrców, czarnoskórych historyków i szamanów; jest to historia przekazywana ustnie, opierająca się zakusom białych. Jeśli będziesz miał otwarty umysł, wszędzie znajdziesz prawdę w słowach, które nigdy nie zostały spisane. Nie pozwól zatem, by druk stał się twoim panem. A przede wszystkim zrozum, że jeśli masz spędzić rok albo dwa nad jedną książką lub nad jednym autorem, oznacza to, iż źle cię uczą. Powinni uczyć tak, byś czytał po kolei to, co ci się podoba, byś podążał za intuicją, zaspokajając własne potrzeby. W tym kierunku powinieneś się rozwijać, a nie w tym, by cytować innych.

Niestety, prawie zawsze jest już za późno.

Przez chwilę wydawało się, że niedawne zamieszki studenckie coś zmienią, że zniecierpliwienie studentów martwą wiedzą, którą się im wpaja, idzie tak daleko, iż może zostać ona zastąpiona przez coś nowego i świeżego. Rebelia chyba już się jednak skończyła. To smutne. W czasie zawirowań w Stanach dostawałam listy, w których opisywano, jak to studenci nie zgadzali się na proponowany plan zajęć i przynosili własne lektury, które uznawali za ważne. Na wykładach okazywali emocje, niekiedy agresję, złość, podekscytowanie; ogólnie aż wrzało. Oczywiście działo się to wyłącznie przy wykładowcach, którzy wykazywali zrozumienie i byli gotowi walczyć u boku studentów przeciwko autorytetom, licząc się z konsekwencjami takiego działania. Niektórzy nauczyciele zdają sobie sprawę, że nauczają źle i nudno. Na szczęście jest ich na tyle dużo, że – przy odrobinie szczęścia – uda im się odrzucić to, co złe, nawet jeśli ich studenci stracili impet.

Tymczasem jest taki kraj, gdzie:

Trzydzieści czy czterdzieści lat temu pewien krytyk sporządził prywatną listę pisarzy i poetów prezentujących – jego zdaniem – to, co cenne w literaturze, pomijając wszystkich pozostałych. Bronił swojej listy w licznych artykułach, gdyż wywołała ona natychmiast powszechną dyskusję. Napisano na ten temat miliony słów za i przeciw. Powstały całe szkoły i sekty opowiadające się pro i kontra. Po wielu latach dyskusja ta wciąż trwa... Nikomu nie wydaje się to smutne ani niedorzeczne... Powstają niezwykle obszerne i zawiłe książki będące recenzjami – często z drugiej albo trzeciej ręki – powieści, sztuk i opowiadań. Ich autorzy tworzą całą kastę na światowych uniwersytetach, stając się zjawiskiem międzynarodowym, śmietanką wśród naukowców zajmujących się literaturą. Całe życie krytykują i odnoszą się do krytyk swoich kolegów. Uważają swoje działania za ważniejsze niż twórczość samych pisarzy. Bywa, że studenci czytają więcej recenzji i recenzji recenzji niż wierszy, powieści, biografii i opowiadań. Wielu ludziom taki stan rzeczy wydaje się całkiem normalny, a nie smutny i niedorzeczny...

Przeczytałam ostatnio wypracowanie o Antoniuszu i Kleopatrze, napisane przez chłopca mającego wkrótce przystąpić do matury. Było niezwykle oryginalne, pełne ekscytacji dramatem tych dwojga. Każdy, kto uczy literatury z sercem, marzy o takim uczniu. Tymczasem nauczyciel skomentował pracę następująco: „Nie mogę ocenić tego wypracowania, brak cytatów uznanych autorytetów”. Mało który nauczyciel uznałby to za smutne i niedorzeczne...

Wykształceni ludzie, uważający się za lepszych i bardziej wyrafinowanych od zwykłych śmiertelników, którzy nie czytują książek, potrafią pogratulować pisarzowi dobrej recenzji jego dzieła, lecz nie uznają za stosowne przeczytać książki ani choć przez chwilę pomyśleć, że tak naprawdę interesuje ich tylko własny sukces...

Gdy pojawia się książka poświęcona jakiemuś wątkowi, powiedzmy patrzeniu w gwiazdy, natychmiast kilkanaście uniwersytetów, stowarzyszeń i stacji telewizyjnych zwraca się do jej autora, by wystąpił u nich i opowiedział o patrzeniu w gwiazdy. Nie przychodzi im do głowy, że mogliby przeczytać jego książkę. Takie zachowanie postrzegane jest jako całkiem normalne, a nie niedorzeczne...

Młoda recenzentka lub recenzent, którzy przeczytali zaledwie jedną, najnowszą książkę jakiegoś pisarza, piszą o jej autorze z lekceważeniem, jakby byli tym wszystkim znudzeni albo jakby chcieli tylko wystawić mu ocenę. Tymczasem pisarz ten mógł wcześniej przez dwadzieścia albo trzydzieści lat napisać piętnaście książek. Na koniec instruują go, jaką książkę powinien teraz napisać i w jaki sposób. Nikomu nie wydaje się to absurdalne, a już na pewno tej młodej recenzentce czy recenzentowi, których całymi latami uczono lekceważyć i szufladkować wszystkich, od Szekspira począwszy.

Profesor archeologii potrafi napisać o południowoamerykańskim plemieniu mającym głęboką wiedzę na temat roślin, medycyny i psychologii: „Zadziwiające jest to, że ludzie ci nie znają języka pisanego...”. I nikt nie uważa, że to absurd.

Przy okazji obchodów setnej rocznicy urodzin Shelleya w tym samym tygodniu w trzech różnych czasopismach literackich trzej młodzi ludzie legitymujący się identycznym wykształceniem uzyskanym na naszych identycznych uniwersytetach potrafią napisać artykuły o poecie, chwaląc go półgębkiem, identycznym tonem, jakby robili mu wielką łaskę, że w ogóle o nim wspominają – i nikt nie pomyśli, że bardzo źle się dzieje w naszym świecie literackim.

I wreszcie... Powieść ta wciąż jest dla mnie, jej autorki, bardzo pouczającym doświadczeniem. Na przykład dziesięć lat po tym, jak ją napisałam, dostaję w ciągu jednego tygodnia trzy listy na jej temat od trzech inteligentnych, mądrych i wrażliwych osób, które zadały sobie trud, by usiąść i do mnie napisać. Jedna z nich może mieszkać w Johannesburgu, druga w San Francisco, trzecia w Budapeszcie. A ja siedzę sobie tu, w Londynie, i czytam te listy – jednocześnie lub jeden po drugim – nieodmiennie wdzięczna ich autorom i szczęśliwa, że to, co napisałam, stymuluje, stanowi olśnienie, a nawet drażni. Jeden list poświęcony jest wojnie płci, nieludzkiemu traktowaniu kobiety przez mężczyznę i mężczyzny przez kobietę. Jego autorka – choć nie zawsze jest to kobieta – wypisuje całe strony wyłącznie na ten temat, gdyż nie dostrzega w tej powieści nic innego.

Drugi nawiązuje do polityki, pewnie przysłał go jakiś dawny czerwony, taki jak ja, i jest tam strona za stroną o polityce, o niczym innym.

Tuż po wydaniu tej książki te dwa rodzaje listów były najczęstsze.

Trzeci list, kiedyś rzadki, a teraz nadrabiający zaległości w stosunku do tematyki dwóch pozostałych, pisze kobieta albo mężczyzna, którzy widzą w powieści wyłącznie wątek choroby umysłowej.

Tymczasem to wciąż ta sama książka.

Te listy znów stawiają przed nami pytania: Co dostrzegają w książce czytelnicy? Dlaczego jedna osoba widzi tylko jeden wątek, a zupełnie nie zauważa drugiego? Pojawia się też refleksja: Jakie to dziwne, że pisarz ma taki jasny obraz swojego dzieła, a czytelnicy postrzegają je zupełnie inaczej.

Te myśli prowadzą mnie do kolejnego wniosku: że to dziecinne, by pisarz liczył, iż czytelnicy dostrzegą to co on, że pojmą kształt i cel powieści tak, jak on go pojmuje. Gdy tego pragnie, oznacza to, że nie rozumie fundamentalnej kwestii – tego, że książka żyje własnym życiem, wydaje owoce i skłania do refleksji i dyskusji jedynie wtedy, gdy jej struktura, kształt i intencja pozostają niezrozumiałe, ponieważ chwila zrozumienia struktury, kształtu i intencji książki jest także tą chwilą, w której nie da się już nic więcej z niej wydobyć.

Kiedy struktura i forma wewnętrzna powieści staje się równie oczywista dla czytelnika jak dla jej autora – to może najwyższy czas odłożyć ją na bok jako coś, co przeminęło, i zająć się czymś nowym.

Doris Lessing

Czerwiec 1971

WSTĘP 1993

Zaskakuje mnie rozwój tej powieści, gdyż daje ona o sobie znać w coraz to nowych miejscach, często nie tam, gdzie można by się tego spodziewać. Ostatnio w Chinach, które odwiedziłam na zaproszenie stowarzyszenia tamtejszych pisarzy. Właśnie wydali osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy, nakład niewielki jak na tak przepastny kraj, jak dla nich wręcz mały. Rozszedł się w trzy dni. Książkę tę publikowano tam już wcześniej i została dobrze przyjęta. „Każdy ją czytał”, mówią mi, co oznacza w dzisiejszych czasach głównie osoby ze środowiska akademickiego. Uniwersytety w Pekinie, Szanghaju, Shiyanie i w Kantonie, w których gościłam, bardzo żywo interesują się literaturą brytyjską i amerykańską. Niedawno przyszło mi do głowy, że dzisiejsze uczelnie w coraz większym stopniu stają się odpowiednikiem średniowiecznych klasztorów, dbając o rozwój myśli w krajach, gdzie ludzi nie stać na książki. (Nie żeby Chiny mogły być jeszcze nazywane krajem biednym). Dostałam ostatnio list od pewnej kelnerki z restauracji hotelowej w Rio, która pisze: „Nie stać mnie na kupowanie książek, ale mój mąż pracuje na uniwersytecie i może korzystać z biblioteki. Wypożyczył dla mnie Złoty notes i muszę Pani wyznać...”.

Słyszałam, że moja książka jest lekturą na zajęciach z historii i polityki w szkołach średnich i na uniwersytetach. Sprawia mi to przyjemność, gdyż jednym z powodów, dla których napisałam tę powieść, było to, iż wydawało mi się, że są jeszcze puste miejsca tam, gdzie powinny się znaleźć książki, zwłaszcza w literaturze XIX stulecia. Chciałabym na przykład przeczytać powieści ukazujące świat czartystów, ich życie osobiste, dyskusje, konflikty oraz, być może, świat małych grup rewolucjonistów, które wyrastały jak grzyby po deszczu w dziewiętnastowiecznym Londynie, a z których większość oddawała się podburzaniu do rewolucji w Europie. Sądzę, że Złoty notes jest pożytecznym testamentem naszych czasów, zwłaszcza że komunizm wszędzie już umarł, dogorywa lub zmienia swoje oblicze. Nic nie wydaje się bardziej nieprawdopodobne niż ludzkie poglądy, które przeminęły z wiatrem. Powieści tworzą matrycę emocji, dają posmak czasów, jakiego próżno szukać w podręcznikach historii.

Pewna studentka z Jugosławii powiedziała mi (co umiejscawia w czasie to wspomnienie): „To bardzo ciekawe poczytać o starej polityce”. Stary i egzotyczny temat w komunistycznej Jugosławii, ale można także usłyszeć i takie komentarze: „Książka ta opisuje wydarzenia rozgrywające się w moim ugrupowaniu politycznym w latach siedemdziesiątych” albo „Złoty notes opowiada o moim życiu jako kobiety”.

Pierwsze wydanie zostało ocenione jako książka trudna, ale ostatnio rozdano ją piętnastoletnim dziewczętom z pewnego gimnazjum w północnym Londynie, które przyjęły ją całkiem spokojnie. W tym roku stała się lekturą towarzyszącą zajęciom uniwersyteckim w Zimbabwe na prośbę czarnych i białych studentów, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Zaprzyjaźniony ze mną wykładowca wyznał mi, że studenci byli zaskoczeni, iż w tamtych zamierzchłych czasach, długo przed nastaniem komunistycznego reżimu w Zimbabwe, młodzi komuniści podchodzili do życia idealistycznie i z optymizmem. Dotąd jego studenci kojarzyli komunizm i komunistów z egoizmem i oportunizmem. Nie mieściło im się w głowie, że komunizm rozpoczął się jako autentyczne marzenie o lepszym świecie.

Wciąż dostaję listy od mężczyzn na temat Złotego notesu – nie mniej niż od kobiet. Piszą, że powieść otworzyła im oczy na emocje i doznania kobiet, że interesują ich kwestie polityczne lub „styl” głównego bohatera – Amerykanina, którego teraz odbierają jako niedorzecznego macho. Albo pisze kobieta – i zdarza się to dość często – że dostała tę książkę od chłopaka albo od męża, który stwierdził, że wywarła na nim duże wrażenie. Dostaję też sygnały od drugiej strony, gdy mężczyzna pisze, że właśnie przeczytał taką to a taką książkę i że mu się podobała. Kiedy studiował, Doris Lessing była własnością ruchu feministycznego, więc nie zaprzątał sobie głowy moimi książkami, ale teraz tego żałuje i chce mi o tym koniecznie napisać.

Tak, zyskuję duży odzew i zawsze odbieram go z zainteresowaniem, zwłaszcza gdy mnie zaskakuje. W Vermont powstała księgarnia Złoty Notes...

Ostatnio przeczytałam tę powieść ponownie i przypomniałam sobie, jaki ładunek energii w nią włożyłam. Pewnie dlatego książka ta ciągnie się i ciągnie – ze względu na to „naładowanie”. Jest w niej jakaś szczególna witalność. Częściowo wynika ona z zawartego tam konfliktu. Przedstawiałam w niej jakiś punkt widzenia, czasami nawet model życia, którego wcale nie praktykowałam, gdy to pisałam. Dlatego w ścisłej strukturze powieści jest tyle żywiołowości. Niekiedy energia zawarta w książce jest sprzeczna z jej oczywistym przesłaniem. Pierwszy raz pomyślałam o tym, gdy czytałam Biesy Dostojewskiego, odczuwając ożywczą energię i optymizm, choć w istocie trudno sobie wyobrazić bardziej przygnębiającą opowieść. Druga książka, którą pisałam z podobną intensywnością, pozornie nie może się bardziej różnić od Złotego notesu. Jest to The Making of the Representative for Planet Eight. Obie wyznaczają granice.

Spotykam kobiety po pięćdziesiątce, które mówią: „Ta książka wywarła na mnie duży wpływ, podarowałam ją córce, była zachwycona”. Albo młoda kobieta wyznaje mi: „Dostałam tę książkę od matki, bo była dla niej bardzo ważna. Dzięki temu lepiej ją zrozumiałam”. Słyszałam też: „Czytała ją moja matka, a teraz ja” – więc już dwa pokolenia. Któregoś dnia rozmawiałam jednak z pewną babcią, która podarowała ją synowi, a ten z kolei przekazał córce. Trzy pokolenia. Tak, naprawdę mi to schlebia.

Obecnie pracuję nad pierwszą częścią autobiografii. Myśląc o niektórych ludziach i zdarzeniach opisanych w Złotym notesie, dochodzę do wniosku, że fikcja pełniej oddaje „prawdę” niż zapis faktograficzny. Dlaczego tak się dzieje – to wyjątkowo szeroki temat, do którego zrozumienia nawet się nie zbliżyłam.

Doris Lessing

Sierpień 1993

Kobiety wolne. 1

Latem 1957 roku Anna spotyka się po długiej rozłące ze swoją przyjaciółką Molly.

Dwie kobiety – same w londyńskim mieszkaniu.

– Szkopuł w tym – powiedziała Anna, gdy przyjaciółka wróciła od stojącego na podeście schodów telefonu – szkopuł w tym, że przynajmniej dla mnie wszystko się wali.

Molly dużo rozmawiała przez telefon. Gdy zadzwonił, spytała od razu: „I cóż to za nowiny?”. Teraz powiedziała:

– To Richard, przyjedzie tu. To jego jedyny wolny dzień przez najbliższy miesiąc. Przynajmniej tak twierdzi.

– Zamierzam zostać – oświadczyła Anna.

– Oczywiście, nigdzie się nie ruszaj.

Molly zlustrowała swój wygląd. Miała na sobie spodnie i sweter – jedno i drugie mocno podniszczone.

– Będzie mnie musiał znieść taką, jaka jestem – zdecydowała i usiadła przy oknie. – Nie chciał powiedzieć, o co chodzi. Pewnie o kolejny kryzys z Marion.

– Nie pisał do ciebie? – spytała ostrożnie Anna.

– Oboje pisali – listy pełne humoru, dziwne, co?

Ten zwrot „dziwne, co?” stanowił charakterystyczną nutę ich intymnych rozmów, które określały mianem plotek. Uderzywszy w tę nutę, Molly od razu zrobiła jednak unik, dodając:

– Teraz nie ma co zaczynać, bo powiedział, że będzie tu za chwilę.

– Pewnie, jak mnie zobaczy, wyjdzie – rzuciła Anna radośnie, choć trochę agresywnie.

Molly spojrzała na nią z ożywieniem.

– Ależ dlaczego?

Zawsze było wiadomo, że Anna i Richard się nie lubią. Kiedy miał się zjawić, Anna wychodziła.

– Myślę, że w głębi serca on lubi ciebie. Problem polega na tym, że – dla zasady – zaangażował się w lubienie mnie. Głuptas, zawsze musi kogoś lubić albo nie lubić, dlatego całe nielubienie, do którego nie chce się przyznać wobec mnie, przechodzi na ciebie.

– Bardzo mi miło – odparła Anna. – Ale wiesz co? Kiedy cię nie było, odkryłam, że dla wielu osób ty i ja jesteśmy właściwie wymienne.

– Dopiero teraz to zauważyłaś?! – zawołała Molly tryumfalnie, jak zawsze, gdy Anna dostrzegła fakty, które dla niej były oczywiste.

Szybko osiągnęły równowagę w swoich wzajemnych relacjach. Molly była bardziej wyrobiona życiowo, za to Anna – bardziej utalentowana.

Anna miała własne opinie o różnych kwestiach. Teraz się uśmiechnęła, przyznając, jaka to była mało bystra.

– To dziwne. Przecież pod każdym względem tak bardzo się różnimy – stwierdziła Molly. – Pewnie widzą tylko to, że obie żyjemy podobnie – nie mamy mężów i tak dalej.

– Kobiety wolne – dodała cierpko Anna. – Wciąż nas definiują w kontekście naszych związków z mężczyznami, nawet najżyczliwsi – dorzuciła z nieoczekiwaną złością, czym zasłużyła sobie na kolejne badawcze spojrzenie przyjaciółki.

– My też tak się definiujemy – przyznała otwarcie Molly. – Cóż, trudno inaczej – poprawiła się pośpiesznie, bo Anna spojrzała na nią ze zdziwieniem.

Później zapadła krótka cisza. Nie patrzyły na siebie, tylko zastanawiały się, że jednak rok rozłąki to bardzo długo, nawet dla przyjaciółek, które znają się od lat.

W końcu Molly westchnęła:

– Wolne. Wiesz, kiedy mnie nie było, myślałam o nas i doszłam do wniosku, że jesteśmy zupełnie nowym typem kobiety. To chyba oczywiste?

– Nic nowego pod słońcem – odpowiedziała Anna, próbując naśladować niemiecki akcent.

Poirytowana Molly, która dobrze znała kilka języków, powtórzyła za nią: „Nic nowego pod słońcem”, doskonale naśladując akcent przebiegłej starej Niemki.

Anna skrzywiła się, przyznając się do porażki. Nie mogła opanować żadnego języka, bo była zbyt nieśmiała, by stać się kimś innym. Przez chwilę Molly wyglądała nawet jak Mamusia, czyli pani Marks, do której obie chodziły na psychoanalizę. Przydomek ten oddawał wątpliwości, które odczuwały wobec tego ponurego i bolesnego rytuału. Z czasem określenie Mamusia oznaczało coś więcej niż tylko osobę. Wskazywało na sposób podejścia do życia – tradycyjny, zakorzeniony i konserwatywny, mimo gorszącej zażyłości ze wszystkim co amoralne. „Mimo” – właśnie tak Anna i Molly odbierały ten rytuał, gdy o nim dyskutowały. Chociaż ostatnio Anna czuła coraz bardziej, że to raczej „z powodu”. Był to jeden z tych tematów, o których tak bardzo chciała porozmawiać z przyjaciółką.

Tymczasem Molly, reagując jak nieraz w przeszłości na najdrobniejszą krytyczną wzmiankę Anny o Mamusi, rzuciła szybko:

– Mimo wszystko była cudowna, a ja byłam w zbyt kiepskiej formie, żeby ją krytykować.

– Mamusia zwykle mówiła: „Jesteś Elektrą”, albo „Jesteś Antygoną”, i to załatwiało sprawę, przynajmniej dla niej – dorzuciła Anna.

– Niezupełnie – odpowiedziała Molly, cierpko nawiązując do godzin, które przyjaciółki spędziły na bolesnych rozmyślaniach.

– Tak – znacząco przytaknęła Anna, a Molly, już po raz trzeci, spojrzała na nią ze zdziwieniem. – Tak. Nie twierdzę, że nie zawdzięczam jej wiele dobrego. Z pewnością bez niej nigdy nie uporałabym się z tym, z czym musiałam się uporać. Ale mimo wszystko... Dobrze pamiętam, jak siedziałam tam pewnego popołudnia – wielki pokój, dyskretne oświetlenie, Budda, obrazy na ścianach i rzeźby.

– I co? – spytała Molly, nagle bardzo krytyczna.

W reakcji na jej niewypowiedzianą, acz wyraźną determinację, by o tym nie rozmawiać, Anna odpowiedziała:

– Myślałam o tym wszystkim przez ostatnie miesiące. Teraz chciałabym z tobą podyskutować. W końcu obie przez to przeszłyśmy, i z tą samą osobą...

– I co?

Anna nie dawała za wygraną.

– Pamiętam, że tamtego popołudnia już wiedziałam, że nigdy tam nie wrócę. A wszystko przez natłok tych przeklętych dzieł sztuki.

Molly wciągnęła raptownie powietrze i odpowiedziała śpiesznie:

– Nie wiem, o co ci chodzi. – Anna nie zareagowała, więc dodała oskarżycielsko: – Napisałaś coś, kiedy mnie nie było?

– Nie.

– Wciąż ci powtarzam – ciągnęła gniewnie Molly – że nigdy ci nie wybaczę, jeśli zmarnujesz swój talent. Mówię poważnie. Sama zmarnowałam swój i nie mogę patrzeć, jak robisz to samo. Eksperymentowałam z malowaniem, tańcem, aktorstwem, pisaniem – i co? A ty jesteś taka utalentowana, Anno. Dlaczego? Nie potrafię tego pojąć.

– Jak mam ci to wyjaśnić, skoro jesteś taka zgorzkniała i napastliwa?

Molly miała w oczach łzy, które jeszcze dobitniej podkreślały jej żal do przyjaciółki. Z trudem mówiła:

– Gdzieś w głębi duszy zawsze myślałam, że wyjdę za mąż, więc nieważne, że zmarnuję wszystkie talenty, z jakimi się urodziłam. Do niedawna marzyłam nawet, żeby mieć więcej dzieci. Wiem, że to idiotyczne, ale tak było. Teraz mam czterdzieści lat i Tommy już dorósł. Ale jeśli nie piszesz tylko dlatego, że myślisz o małżeństwie...

– Przecież obie chcemy wyjść za mąż – wypaliła Anna z humorem, który przywrócił spokój ich rozmowie. Z przykrością uświadomiła sobie, że jednak nie będzie mogła poruszyć z Molly pewnych tematów.

Tymczasem Molly uśmiechnęła się szyderczo, rzuciła przyjaciółce szybkie, gorzkie spojrzenie i powiedziała:

– Dobrze, ale jeszcze tego pożałujesz.

– „Pożałuję”? – parsknęła śmiechem zdziwiona Anna. – Molly, dlaczego nie wierzysz, że inni mają takie same słabości jak ty?

– Miałaś szczęście, że dany ci był jeden talent, a nie cztery.

– Może mój jeden miał taki sam wpływ na tę kwestię jak twoje cztery?

– Nie potrafię z tobą rozmawiać, kiedy jesteś w takim nastroju. Zaparzyć ci herbaty, zanim pojawi się Richard?

– Wolałabym na przykład piwo – odparła Anna i dodała prowokacyjnie: – Myślę sobie, że w przyszłości mogłabym zacząć pić.

Podrażniona Molly odpowiedziała jej tonem starszej siostry:

– Nie powinnaś tak żartować, Anno, zwłaszcza że wiesz, co alkohol robi z ludźmi. Spójrz na Marion. Ciekawe, czy piła, kiedy mnie nie było.

– Już ci odpowiadam. Piła. Tak, była u mnie kilka razy.

– Była u ciebie?

– Właśnie to miałam na myśli, kiedy wspomniałam, że ty i ja chyba jesteśmy wymienne.

Molly miała skłonność do zaborczości. Zgodnie z przeczuciem Anny okazała niechęć, mówiąc:

– Pewnie zaraz mi powiesz, że Richard też cię odwiedzał? – Anna skinęła głową, więc Molly szybko dorzuciła: – Przyniosę piwo. – Wróciła z kuchni z dwiema wysokimi, oszronionymi szklankami i powiedziała: – Będzie lepiej, jeśli opowiesz mi to wszystko, zanim Richard przyjdzie, prawda?

Richard był mężem Molly, a raczej był nim kiedyś. Molly była owocem tego, co nazywała „jednym z tych małżeństw z lat dwudziestych”. Jej rodzice błyszczeli – choć krótko – w kręgach intelektualnej bohemy, która narodziła się wokół takich wielkich, centralnych postaci jak Huxley, Lawrence, Joyce itp. Jej dzieciństwo zamieniło się w koszmar, gdyż małżeństwo rodziców przetrwało ledwie kilka miesięcy. Wyszła za mąż w wieku osiemnastu lat za syna znajomego swojego ojca. Teraz już wiedziała, że zrobiła to z potrzeby poczucia bezpieczeństwa, a może nawet i szacunku u ludzi. Owocem ich związku był Tommy. Dwudziestoletni Richard już wtedy zapowiadał się na bardzo solidnego biznesmena, którym później został. On i Molly wytrzymali swoje niedopasowanie niewiele ponad rok. Richard ożenił się następnie z Marion i miał z nią trzech synów. Tommy pozostał przy Molly, która po jakimś czasie zaprzyjaźniła się z Marion. Wtedy była to sytuacja, którą Molly często komentowała zdaniem: „To wszystko jest bardzo dziwne”.

– Richard był u mnie w sprawie Tommy’ego – wyjaśniła Anna.

– Co? Jak to?

– To idiotyczne! Pytał, czy to dobrze, że Tommy spędza tyle czasu na dumaniu. Odpowiedziałam, że dumanie służy każdemu, jeśli rozumieć przez to myślenie, i że skoro Tommy ma dwadzieścia lat i jest dorosły, to nie powinniśmy się do tego wtrącać.

– To nie jest dla niego dobre – zaniepokoiła się Molly.

– Richard pytał mnie też, czy Tommy’emu dobrze zrobi wyjazd na wycieczkę do Niemiec. Towarzyszyłby mu w podróży służbowej. Poradziłam mu, żeby spytał Tommy’ego, nie mnie. Tommy oczywiście powiedział nie.

– Oczywiście. Ale przykro mi, że nie pojechał.

– Jednak tak naprawdę Richard pewnie przyszedł do mnie z powodu Marion. Tymczasem ona odwiedziła mnie wcześniej i, że tak powiem, miała pierwszeństwo. Dlatego w ogóle nie chciałam o niej rozmawiać. Podejrzewam, że teraz przyjdzie, żeby porozmawiać o Marion z tobą.

Molly przyglądała się Annie badawczo.

– Ile razy u ciebie był?

– Pięć, może sześć.

Po chwili milczenia Molly dała upust swojej złości:

– To bardzo dziwne. Najwyraźniej spodziewa się, że będę niemal kontrolować Marion. Dlaczego ja albo dlaczego ty? Może jednak lepiej już idź. To rzeczywiście trudna sytuacja, skoro za moimi plecami doszło to takich komplikacji.

Anna odpowiedziała jej zdecydowanie:

– Nie, Molly. Nie prosiłam Richarda, żeby mnie odwiedzał. W końcu to nie nasza wina, że odgrywamy dla ludzi tę samą rolę. Powiedziałam mu to, co ty byś powiedziała – przynajmniej tak sądzę.

Zadźwięczała w tym nuta zabawnej, niemal dziecinnej prośby. Było to jednak celowe. Molly, starsza siostra, uśmiechnęła się i odpowiedziała:

– Cóż, w porządku.

Wciąż bacznie przypatrywała się Annie, a ta bardzo starannie ukrywała, że jest tego świadoma. Nie chciała mówić Molly, co zdarzyło się między nią a Richardem, dopóki nie zrelacjonuje jej wszystkich wydarzeń nieszczęsnego minionego roku.

– Czy Marion ostro pije?

– Myślę, że tak.

– Opowiadała ci o tym?

– Tak, ze szczegółami. Najdziwniejsze jest to, że – słowo honoru – mówiła do mnie, jakbym była tobą. Zdarzało się jej nawet przejęzyczyć, na przykład nazwać mnie Molly.

– Nie mam pojęcia dlaczego – odparła Molly. – Kto by pomyślał? Przecież różnimy się od siebie jak ogień i woda.

– Może nie aż tak – odpowiedziała szyderczo Anna, a Molly roześmiała się z niedowierzaniem.

Była dosyć wysoka i mocno zbudowana, ale wydawała się drobna, niemal chłopięca. A wszystko z powodu fryzury – nastroszonych złotych pasemek, przyciętych po chłopięcemu. I z powodu ubioru, do którego doboru miała wrodzony dar. Znajdowała przyjemność we wcielaniu się w różne postaci: na przykład chłopczycy, w obcisłych spodniach i swetrach, a później syreny, z umalowanymi wielkimi, zielonymi oczami, wystającymi kośćmi policzkowymi i w sukience uwydatniającej obfity biust.

To była jedna z jej prywatnych rozgrywek z życiem, których Anna tak jej zazdrościła. W chwilach wyrzutów sumienia przyznawała jednak, że wstydzi się tego, iż czerpie tak dużą radość z przybierania tych ról:

– To tak, jakbym naprawdę była inna, rozumiesz? Czuję się wtedy kimś innym. Jest w tym jakaś mściwość. Ten facet, ten, o którym opowiadałam ci w zeszłym tygodniu, najpierw zobaczył mnie w starych spodniach i rozciągniętym swetrze, a później pojawiłam się w restauracji ni mniej, ni więcej tylko jako femme fatale. Nie wiedział, jak mnie traktować, przez cały wieczór nie wydusił z siebie słowa. Bardzo mnie to bawiło. Co ty na to?

– Bo przecież to cię bawi – odpowiadała Anna ze śmiechem.

Anna była niska, szczupła, ciemna, oschła, z wielkimi, czarnymi wiecznie czujnymi oczami i puszystymi włosami. W sumie była z siebie zadowolona, mimo że wciąż pozostawała taka sama. Zazdrościła Molly zdolności sterowania swoimi nastrojami. Nosiła schludne, delikatne stroje, które były albo sztywne, albo może trochę dziwaczne. By zrobić wrażenie, zdawała się na swoje delikatne białe dłonie i drobną, bladą, pociągłą twarz. Była jednak nieśmiała, niezdolna nabrać pewności siebie i – jak sądziła – łatwo można było jej nie dostrzec.

Gdy szły gdzieś razem, celowo usuwała się w cień, poddając się dramatycznemu czarowi Molly. Za to gdy były same, to ona zwykle przejmowała pałeczkę. Zdecydowanie jednak nie odnosiło się to do początków ich przyjaźni. Gwałtowna, szczera i obcesowa Molly zwyczajnie zdominowała Annę. Później, powoli – duży udział miały w tym wizyty u Mamusi – Anna nauczyła się bronić, ale nawet teraz były chwile, gdy powinna sprzeciwić się Molly, a tego nie robiła. Przyznawała sama przed sobą, że jest tchórzem. Zawsze wolała ustąpić, niż się kłócić czy urządzać sceny. Każdą awanturę odchorowywała przez kilka dni, podczas gdy dla Molly były one żywiołem – wybuchała potokiem łez, wygadywała niewybaczalne rzeczy, a po kilku godzinach o wszystkim zapominała. Tymczasem omdlewająca Anna dochodziła do siebie w swoim mieszkaniu.

Obie szczerze przyznawały, że są „niepewne” i „wyobcowane”. Określenia te pochodziły z czasów wizyt u Mamusi. Od niedawna Anna uczyła się stosować je w inny sposób, nie jako oznaczenia cech, za które należy przepraszać, lecz jako sygnały czy też sztandary postaw aspirujących do odmiennej filozofii. Z lubością fantazjowała, jak mówi do Molly: Miałyśmy do tego wszystkiego złe podejście. To wina Mamusi. No bo czym jest poczucie bezpieczeństwa i równowaga, które mają być niby takie dobre? Co jest złego w tym, że żyjesz w sferze szczerych emocji w tak szybko zmieniającym się świecie?

Ale teraz, siedząc i słuchając Molly, jak setki razy przedtem, Anna zadawała sobie pytanie: Skąd u mnie ta okropna potrzeba sprawiania, by inni postrzegali świat tak jak ja? Przecież to dziecinne – niby dlaczego miałoby tak być? Sprowadza się to do tego, że boję się pozostać w swoich uczuciach osamotniona.

Pokój, w którym siedziały, znajdował się na pierwszym piętrze. Był z niego widok na wąską boczną uliczkę: okna ze skrzynkami na kwiaty, malowane okiennice, chodnik, a na nim trzy wygrzewające się w słońcu koty, pekińczyk i wózek mleczarza, który przyjechał później, bo była niedziela. Mleczarz miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Jego szesnastoletni syn wystawiał lśniące bielą butelki z drucianej skrzynki na progi domów. Gdy dojechali pod ich okno, mężczyzna spojrzał w górę i ukłonił się. Molly powiedziała:

– Wczoraj zajrzał do mnie na kawę. Tryumfował. Syn dostał stypendium i panu Gatesowi bardzo zależało, żebym się o tym dowiedziała. Wpadłam mu w słowo: „Mój syn miał wszystkie przywileje, dostęp do szkół – i niech pan patrzy, nie wie, co ze sobą zrobić. Na pańskiego nikt nie wydał ani pensa, a dostał stypendium”. „Zgadza się – odpowiedział. – Tak było”. Później pomyślałam: Przecież nie będę tak siedzieć i tego wysłuchiwać, więc powiedziałam: „Panie Gates, pański syn będzie teraz jak my, wejdzie do klasy średniej i przestaniecie rozmawiać tym samym językiem. Zdaje pan sobie z tego sprawę?”. „Tak to już jest na świecie” – odpowiada. A ja mu na to: „Wcale nie na świecie, tylko w tym naszym przeklętym klasowym społeczeństwie”. A ten Gates to taki cholerny robotniczy torys, i mówi do mnie: „Tak to już jest na świecie, pani Jacobs. Powiada pani, że syn nie widzi przed sobą przyszłości? To smutne”. I wyszedł dalej rozwozić mleko. Poszłam na górę, a tam Tommy siedzi na łóżku, siedzi i nic. Teraz pewnie też siedzi, jeśli jest w domu. Syn Gatesa wie, czego chce, i śmiało po to sięga. A Tommy – odkąd wróciłam trzy dni temu, nic, tylko siedzi na łóżku i duma.

– Nie martw się, Molly. Wyjdzie na ludzi.

Przechyliły się przez parapet, obserwując pana Gatesa i jego syna. Był niskim, żwawym, dziarskim człowieczkiem, a jego syn wysokim, silnym i przystojnym chłopakiem. Patrzyły, jak wraca z pustą skrzynką, chwyta z wózka pełną i z uśmiechem i skinieniem głowy wysłuchuje poleceń ojca. Rozumieli się doskonale; dwie samotne matki wymieniły między sobą krzywe, pełne zazdrości uśmiechy.

– Chodzi o to, że żadna z nas nie była przygotowana na ślub tylko po to, by dać naszym dzieciom ojców – stwierdziła Anna. – Teraz musimy ponieść konsekwencje. Jeśli jakieś będą. A może nie będzie.

– Łatwo ci mówić – odparła z goryczą Molly. – Nigdy się niczym nie przejmujesz, wszystko po tobie spływa.

Anna zebrała się w sobie – już prawie darowała sobie odpowiedź, ale po chwili, z wysiłkiem, rzuciła:

– Nie zgadzam się, próbujemy mieć jedno i drugie. Nigdy nie żyłyśmy według sztywnych zasad, więc dlaczego mamy się martwić, że świat nie traktuje nas zgodnie z zasadami? Do tego się to sprowadza.

– A widzisz! – zaperzyła się Molly. – Nie jestem typem teoretyka. Za to ty zawsze tak reagujesz. Jak coś się zdarza, zaczynasz wymyślać teorie. Po prostu martwię się o Tommy’ego.

Teraz Anna nie mogła zdobyć się na odpowiedź. Ton przyjaciółki był zbyt ostry. Wróciła więc do inspekcji ulicy. Pan Gates i jego syn właśnie znikali za rogiem, ciągnąc za sobą czerwony wózek z mlekiem. Coś ciekawego pojawiło się na drugim końcu uliczki: mężczyzna również pchający wózek.

– Świeże wiejskie truskawki! – wołał. – Zebrane dziś rano, poranne wiejskie truskawki...!

Molly zerknęła na Annę, która skinęła głową, szczerząc zęby jak mała dziewczynka. (Miała nieprzyjemną świadomość, że ten dziecinny uśmiech ma na celu złagodzenie krytyki ze strony Molly).

– Kupię też trochę dla Richarda – oświadczyła Molly i wybiegła z pokoju, chwytając torebkę z krzesła.

Anna wciąż wychylała się przez okno w plamie ciepłego słońca, obserwując Molly, która już wdała się w ożywioną rozmowę ze sprzedawcą truskawek. Śmiała się i gestykulowała, a mężczyzna kręcił głową i wyrażał jakąś odmienną opinię, sypiąc ciężkie czerwone owoce na wagę.

– Oszczędza pan na kosztach ogólnych – dosłyszała Anna – więc dlaczego mamy panu płacić tyle co w sklepie?

– W sklepach nie sprzedają takich zebranych rano truskawek, proszę pani.

– Daj pan spokój – rzuciła Molly, znikając z białą miską czerwonych owoców. – Zdziercy z was i już!

Sprzedawca truskawek, młody, pożółkły, chudy i ubogi, uniósł wykrzywioną ze złości twarz w stronę okna, w którym zdążyła się już zainstalować Molly. Widząc je tam razem, zaczął gmerać przy swojej błyszczącej wadze.

– Co wy tam wiecie o kosztach? – odkrzyknął.

– To proszę tu przyjść na kawę i nas uświadomić – rzuciła Molly, gotowa stawić czoło wyzwaniu.

Sprzedawca spuścił głowę i burknął w stronę chodnika:

– Niestety, niektórzy muszą pracować.

– Bez przesady – odparła Molly. – Nie trzeba być takim ponurakiem. Niech pan tu przyjdzie i zje trochę swoich truskawek. Ja stawiam.

Nie wiedział, jak zareagować. Stał, marszcząc czoło, z nietęgą miną i przydługą plerezą przetłuszczonych rudawych włosów.

– Ja nie z tych – wydukał w końcu, jakby zza kulis, bo tam się znajdował.

– Tym gorzej dla pana – odcięła się Molly, odeszła od okna i roześmiała się do Anny, okazując brak poczucia winy.

Anna wychyliła się jednak przez okno, potwierdziła efekt tej wymiany zdań spojrzeniem na barki zawziętego i rozdrażnionego mężczyzny i wyszeptała:

– Uraziłaś go.

– Cholera – odparła Molly, wzruszając ramionami. – Tak to jest wrócić do Anglii, wszyscy się unoszą honorem, obrażają. Zawsze, gdy stawiam stopę na tej zmrożonej ziemi, mam ochotę bić i krzyczeć. Od pierwszej chwili, gdy odetchnę tym naszym świętym powietrzem, czuję się jak w więzieniu.

– Mimo wszystko jemu się wydaje, że z niego kpiłaś.

Z domu naprzeciwko wynurzyła się kolejna klientka, swobodnie, niedzielnie ubrana kobieta w spodniach, luźnej koszuli i żółtej chustce na głowie. Sprzedawca truskawek obojętnie ją obsłużył. Zanim chwycił za rączki wózka, by przepchnąć go dalej, znów spojrzał na okno i ujrzawszy tam tylko uśmiechniętą Annę z ostrym podbródkiem schowanym w przedramieniu, przyglądającą mu się czarnymi oczami, rzucił z powściągliwym humorem: „Koszty ogólne, powiada...” i prychnął z obrzydzeniem. Przebaczył im.

Ruszył ulicą za stertą czerwonych, połyskujących w słońcu owoców, pokrzykując:

– Poranne truskawki, zebrane dziś rano!

Później jego głos pochłonął zgiełk ruchliwej ulicy biegnącej dwieście metrów dalej.

Anna odwróciła się i zobaczyła, jak Molly ustawia na parapecie miski z truskawkami obficie polanymi śmietaną.

– Postanowiłam nie marnować owoców na Richarda – oświadczyła. – Zresztą jego i tak nigdy nic nie cieszy. Jeszcze piwa?

– Do truskawek obowiązkowo wino – odparła łakomie Anna i zaczęła mieszać owoce łyżką, wyczuwając ich delikatny, obły opór i mazistość śmietany pod ziarnistą warstewką cukru. Molly szybko napełniła kieliszki winem i ustawiła je na białym parapecie. Słońce skupiło promienie na bieli obok kieliszków w rozedrganych rombach karmazynu i żółcieni. Kobiety siedziały, wzdychały z rozkoszą i wyciągały nogi w wątłym ciepełku, przyglądając się kolorom owoców w jasnych miskach i barwie czerwonego wina.

Gdy zadzwonił dzwonek u drzwi, obie instynktownie przybrały przyzwoitsze pozy. Molly znów wychyliła się przez okno, zawołała: – Uwaga na głowę! – i wyrzuciła klucz zawinięty w starą chustkę.

Patrzyły, jak Richard pochyla się, by go podnieść, nawet nie zerknąwszy w górę, choć przecież musiał wiedzieć, że przynajmniej Molly jest w oknie.

– Nienawidzi, kiedy to robię – wyznała. – Czy to nie dziwne? Po tylu latach? Okazuje to, po prostu udając, że nic się nie stało.

Richard wszedł do pokoju. Wyglądał młodziej niż mężczyzna w średnim wieku, opalony po wakacjach we Włoszech na początku lata. Miał na sobie obcisłą żółtą sportową koszulę i nowe jasne spodnie. Co niedziela, zimą czy latem, Richard Portmain nosił się na sportowo. Był członkiem różnych prestiżowych klubów golfowych i tenisowych, ale nigdy w nich nie grywał, chyba że z partnerami biznesowymi. Od lat miał dom na wsi, lecz wysyłał tam tylko swoich bliskich, chyba że rozsądek kazał mu gościć w nim w weekendy znajomych z kręgów biznesu. Pod każdym względem był człowiekiem miasta. Spędzał weekendy, wpadając z jednego klubu, pubu bądź baru do następnego. Był dość niski, ciemny, krępy, niemal pulchny. Jego okrągła twarz, miła, gdy się uśmiechał, była uparta czy wręcz posępna, gdy tego nie robił. Cała jego solidna sylwetka – wysunięta do przodu głowa, oczy, którymi nie mrugał – świadczyła o zaciętości i determinacji. Teraz niecierpliwym gestem oddał Molly luźno zawinięty w jej szkarłatną chustkę klucz. Wzięła go, zaczęła przeciągać delikatny materiał między swoimi mocnymi, bladymi palcami i spytała:

– Zdrowy szybki wypad na wieś, Richardzie?

Powstrzymawszy się od reakcji na tę drwinę, Richard uśmiechnął się z przymusem i wpatrzył w jaskrawą plamę słońca wokół pomalowanego na biało okna. Gdy spostrzegł Annę, skrzywił się bezwiednie, ukłonił sztywno i śpiesznie przysiadł w przeciwległym krańcu pokoju, mówiąc:

– Nie wiedziałem, że masz gościa, Molly.

– Anna nie jest gościem – odparła Molly.

Rozmyślnie wyczekała, aż Richard dokładnie je sobie obejrzy, bezczelnie oświetlone słońcem, z głowami zwróconymi z pełną dobrej woli ciekawością w jego stronę, i zaproponowała:

– Wina, Richardzie? Piwa? Kawy? A może filiżankę dobrej herbaty?

– Chętnie napiłbym się szkockiej, jeśli masz.

– Stoi obok ciebie – podpowiedziała mu Molly.

Złożywszy – jak najwyraźniej sądził – tę męską deklarację, teraz nawet nie drgnął.

– Przyszedłem, żeby porozmawiać o Tommym. – Zerknął na Annę, która wylizywała resztki truskawek.

– Omówiłeś to już z Anną, jak słyszałam, więc teraz możemy omówić to we troje.

– Powiedziała ci...

– Nic mi nie powiedziała. Dzisiaj mamy okazję widzieć się pierwszy raz.

– Przerwałem wam wasze pierwsze pogaduszki – zmartwił się Richard, czyniąc autentyczny wysiłek, by zabrzmiało to dobrotliwie i tolerancyjnie. Tymczasem zabrzmiało pompatycznie i obie zareagowały pełnym rozbawienia skrępowaniem.

Richard wstał raptownie.

– Już idziesz? – spytała Molly.

– Zajrzę do Tommy’ego.

Zaczerpnął powietrza, by wydobyć z siebie apodyktyczny wrzask, którego obie oczekiwały, ale Molly go ubiegła:

– Nie krzycz na niego, Richardzie. Już nie jest małym chłopcem. Poza tym, nie sądzę, żeby był w domu.

– Oczywiście, że jest w domu.

– Skąd wiesz?

– Bo wygląda przez okno na górze. Dziwi mnie, że nawet nie wiesz, czy twój syn jest w domu czy nie.

– Czemu? Przecież go nie śledzę.

– Bardzo się cieszę. I jak na tym wyszłaś?

Stali teraz naprzeciw siebie, okazując sobie otwartą wrogość. Na jego „i jak na tym wyszłaś?” odrzekła:

– Nie zamierzam się kłócić na temat jego wychowania. Poczekajmy, aż dorośnie twoja trójka, nim zaczniemy prowadzić punktację.

– Nie przyszedłem tu, żeby rozmawiać o mojej trójce.

– Czemu nie? Rozmawialiśmy o nich setki razy. Z Anną pewnie też o nich rozmawiałeś.

Teraz zapadła cisza; oboje próbowali opanować gniew, zdziwieni i zaniepokojeni jego natężeniem. Ich historia była następująca. Poznali się w 1935 roku. Molly mocno zaangażowała się po stronie republikańskiej Hiszpanii. Richard również. (Jednak, jak ripostowała Molly, gdy mówił o tym jako o swoim godnym pożałowania romansie z polityczną egzotyką, „Któż się wtedy nie zaangażował?”). Zamożni Portmainowie natychmiast uznali to za dowód nieuleczalnych komunistycznych skłonności syna i wstrzymali mu kieszonkowe. (Jak określiła to Molly: „Kochanie, zostaw go bez pensa przy duszy!”. Richard był oczywiście zachwycony. Nigdy przedtem nie traktowali go serio. Z tego powodu natychmiast wystąpił o legitymację partyjną). Richard, który miał, chwilowo jeszcze nieodkryty, talent jedynie do robienia pieniędzy, pozostawał przez dwa lata na utrzymaniu Molly, gdy sposobił się do zostania pisarzem. (Molly, oczywiście dopiero po latach: „Wyobrażasz sobie coś bardziej banalnego? Ale oczywiście Richard musiał być pospolity we wszystkim. Wtedy wszyscy mieli zostać wielkimi pisarzami, dosłownie wszyscy! Wiesz, jaka jest najgorsza tajemnica komunistów – najbardziej przerażająca prawda? Że wszyscy starzy partyjni wiarusi, no wiesz, ci, którzy – jak człowiek sobie wyobraża – przez lata nie myśleli o niczym innym tylko o partii, wszyscy oni mają gdzieś upchnięty stary maszynopis albo plik wierszy. Każdy z nich miał być Gorkim albo Majakowskim naszych czasów. Czy to nie przerażające? Czy to nie żałosne? Każdy z nich to niespełniony artysta. Jestem pewna, że to o czymś świadczy, gdyby tylko wiedzieć o czym”). Utrzymywała go jeszcze miesiącami po tym, jak go rzuciła, w swego rodzaju akcie pogardy. Jego odejście od lewicowej polityki, które nastąpiło nagle, zbiegło się w czasie z uznaniem, iż Molly jest niemoralna, niechlujna i cygańska. Na szczęście dla niej wszedł już jednak w związek z inną dziewczyną, krótki, lecz na tyle oficjalny, że uniemożliwił mu rozwód z Molly i uzyskanie praw do opieki nad Tommym, czym jej przedtem groził. Później rodzina Portmainów znów przyjęła go na swoje łono i Richard wziął posadę, którą Molly skwitowała z przyjazną pogardą jako „robotę w City”. Do tej pory nie miała pojęcia, jak wpływową postacią uczyniła go decyzja o objęciu tego dziedzicznego stanowiska. Później ożenił się z Marion, młodziutką, ciepłą, miłą i skromną dziewczyną pochodzącą z dosyć zacnej rodziny. Mieli trzech synów.

Tymczasem wszechstronnie utalentowana Molly trochę tańczyła, chociaż tak naprawdę nie nadawała się na primabalerinę. Tańcząc i śpiewając, wystąpiła w rewii, lecz uznała, że jest to zbyt frywolne. Brała lekcje rysunku, ale zarzuciła je, gdy wybuchła wojna, i została dziennikarką. Zrezygnowała z dziennikarstwa, by pracować w świetlicy prowadzonej przez partię komunistyczną. Rzuciła to z tych samych powodów, z jakich odchodzili inni – nie mogła znieść panującej tam śmiertelnej nudy. Grywała epizody na scenie, aż w końcu, po wielkich mękach, pogodziła się z faktem, że w zasadzie jest dyletantką. Szacunek dla samej siebie czerpała z tego, że – jak to ujęła – mimo wszystko nie poddała się i nie wczołgała w bezpieczeństwo. W bezpieczne małżeństwo.

Ukrytym źródłem niepokoju był dla niej Tommy, o którego stoczyła długoletnią bitwę z Richardem. Były mąż szczególnie miał jej za złe, że wyjechała na rok, zostawiając chłopca w domu samemu sobie.

Teraz rzucił z niechęcią:

– W ciągu ostatniego roku, kiedy zostawiłaś Tommy’ego samego, często się z nim widywałem.

Przerwała mu:

– Wciąż ci tłumaczę, a przynajmniej próbuję, że dokładnie to sobie przemyślałam i doszłam do wniosku, że dobrze mu to zrobi. Dlaczego traktujesz go jak dziecko? Miał ponad dziewiętnaście lat. Został w wygodnym domu, miał pieniądze i wszystko zorganizowane.

– Lepiej przyznaj, że świetnie się bawiłaś, rozbijając się po Europie bez Tommy’ego, który by cię krępował.

– Pewnie, że dobrze się bawiłam – dlaczego miałabym się nie bawić? – Roześmiał się, głośno i nieprzyjemnie, więc Molly dorzuciła ze zniecierpliwieniem: – Na litość boską, jasne, że cieszyłam się wolnością, pierwszy raz, odkąd go urodziłam. Czemuż by nie? A ty to co? Masz Marion, poczciwą kobietę, która nie odstępuje chłopców na krok, kiedy ty robisz, co chcesz. I jeszcze jedno. Wciąż ci to tłumaczę, ale ty nie słuchasz. Nie chcę, żeby Tommy wyrósł na cholernego angielskiego maminsynka. Chcę, żeby się ode mnie oderwał. Tak, nie śmiej się. To wcale nie było dobre – wciąż razem w domu, wciąż tak blisko siebie. Jedno zawsze wiedziało, co robi drugie.

Richard skrzywił się, poirytowany, i odparł:

– Tak, znam te twoje teorie.

Na co wtrąciła się Anna:

– Nie tylko Molly się martwi. Wszystkie kobiety, które znam, to znaczy, prawdziwe kobiety, martwią się, że ich synowie będą tacy. I nie bez powodu.

Richard obrzucił ją wrogim spojrzeniem. Molly bacznie im się przypatrywała.

– Jacy, Anno?

– Powiedziałabym, że trochę nieszczęśliwi w sferze seksu? – odparła Anna z rozmyślną słodyczą w głosie. – A może uważasz, że przesadzam, hm?

Richard okrył się brzydkim ciemnym rumieńcem i zwrócił do Molly:

– No dobrze, nie twierdzę, że świadomie zrobiłaś coś nie tak.

– Dziękuję.

– Ale co z nim jest, do cholery? Nigdy nie zdał po bożemu żadnego egzaminu, nie poszedł do Oksfordu, tylko wciąż przesiaduje i duma...

Obie roześmiały się, słysząc to słowo.

– Martwię się o niego – wyznał Richard. – Naprawdę.

– Ja też – odparła racjonalnie Molly. – I właśnie o tym mamy porozmawiać, tak?

– Składam mu różne propozycje. Zapraszam na imprezy, gdzie poznałby ludzi, przy których mógłby coś skorzystać.

Molly znów się roześmiała.

– Jasne, śmiej się i szydź – ale w tej sytuacji nie stać nas na śmiech.

– Kiedy powiedziałeś „skorzystać”, pomyślałam, że w sensie emocjonalnym, bo wciąż zapominam, jaki z ciebie mały nadęty snob.

– Słowami nikogo nie zranisz – odrzekł z nieoczekiwaną godnością. – Możesz mi wymyślać. Ty żyjesz po swojemu, a ja po swojemu. Chcę tylko powiedzieć, że mogę zaoferować mu wszystko, co sobie zamarzy. A jego to po prostu nie interesuje. Gdyby robił coś konstruktywnego z tobą, sprawy miałyby się inaczej.

– Zawsze mówisz tak, jakbym go przeciw tobie buntowała.

– Oczywiście, że go buntujesz.

– Jeśli masz na myśli to, że zawsze komentowałam twój styl życia, wartości, pogoń za sukcesem i tego rodzaju sprawy, to pewnie tak. Niby dlaczego miałabym milczeć na temat wszystkiego, w co wierzę? Ale zawsze mu powtarzam, masz ojca i musisz poznać ten świat, bo – w końcu – on istnieje.

– Wielkodusznie z twojej strony.

– Molly zawsze nalega, by częściej się z tobą spotykał – dorzuciła Anna. – Wiem, że tak jest. Ja zresztą też.

Richard niecierpliwie skinął głową, jakby sugerował, że to, co mówią, jest nieważne.

– Masz idiotyczne wyobrażenie o dzieciach, Richardzie. One nie lubią podziałów – dodała Molly. – Spójrz na ludzi, których poznaje dzięki mnie, na malarzy, pisarzy, aktorów.

– I polityków. Nie zapominaj o towarzyszach.

– Czemu nie? Przynajmniej, gdy dorośnie, będzie wiedział coś o świecie, w którym żyje, czego nie można powiedzieć o twojej trójce – najpierw Eton, później Oksford, to ich czeka, wszystkich po kolei. A Tommy zna różnych ludzi. Nie będzie postrzegał świata przez pryzmat małej sadzawki wyższych sfer.

– Jeśli tak będziecie rozmawiać, daleko nie zajdziecie – upomniała ich Anna. Zabrzmiało to groźnie, więc próbowała złagodzić ten efekt żartem: – Wychodzi na to, że nigdy nie powinniście się byli pobrać, ale się pobraliście, albo przynajmniej nie powinniście byli mieć dziecka, ale macie. – Znowu w jej głosie zabrzmiał gniew, więc dorzuciła delikatniejszym tonem: – Zdajecie sobie sprawę, że od lat wciąż powtarzacie to samo? Zaakceptujcie to, że nigdy w niczym nie będziecie zgodni, i zakończcie sprawę.

– Jak możemy zakończyć, skoro tu chodzi o Tommy’ego? – zaprotestował bardzo głośno poirytowany Richard.

– Musisz krzyczeć? – upomniała go Anna. – Skąd wiesz, że tego wszystkiego nie słyszy? Pewnie to mu właśnie przeszkadza. To, że jest kością niezgody.

Molly podeszła do drzwi i otworzyła je, nasłuchując.

– Bzdura, słyszę, jak stuka na maszynie. – Wróciła i powiedziała: – Anno, męczysz mnie, kiedy robisz się taka angielska i sztywna.

– Nie znoszę krzyków.

– A ja jestem Żydówką i je lubię.

Richard najwyraźniej znów cierpiał.

– Tak. I przedstawiasz się jako „panna Jacobs”. Panna. W imię prawa do niezależności i własnej tożsamości – cokolwiek to znaczy. Ale Tommy ma pannę Jacobs za matkę.

– Wcale nie przeszkadza ci ta panna – odparła wesoło Molly – tylko Jacobs. Tak, tak. Zawsze byłeś antysemitą.

– Bzdura – powiedział zniecierpliwiony Richard.

– Powiedz, ilu masz Żydów wśród swoich najbliższych przyjaciół?

– Zgodnie z twoją teorią ja nie mam bliskich przyjaciół, tylko partnerów w biznesie.

– Oczywiście nie licząc kochanek. Z zainteresowaniem odnotowałam, że trzy z nich były Żydówkami.