Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 735 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złoty lis - Wilbur Smith

Isabella, córka Sashy Courtneya – jednego z najbogatszych ludzi w RPA, pełniącego funkcję ambasadora tego kraju w Wielkiej Brytanii – pada ofiarą perfidnej intrygi uknutej przez sowiecki wywiad. Jej bezpośrednim wykonawcą jest Ramón Machado, zwany „Złotym Lisem”, kuzyn Fidela Castro, agent KGB działający w Ameryce Środkowej, Europie i Afryce, który oddaje nieocenione usługi swoim mocodawcom. To on zebrał informacje, które doprowadziły do fiaska amerykańskiej operacji w Zatoce Świń, oraz umożliwił wkroczenie Rosjan do Etiopii i rozpętanie tam rządów „czerwonego terroru”. Wybitnie inteligentny, obdarzony niezwykłym urokiem osobistym Ramón, któremu nie potrafi oprzeć się żadna kobieta, nawiązuje romans z Isabellą, rozkochując ją w sobie. Gdy dziewczyna rodzi mu syna, porywa go i pozoruje swoje porwanie. Od tej pory Isabella jest utrzymywana w przeświadczeniu, że może ocalić życie dziecka i ukochanego, posłusznie wykonując rozkazy porywaczy. Zmuszona szantażem do współpracy, zostaje sowieckim szpiegiem. Dzięki rodzinnym wpływom robi karierę w administracji RPA oraz koncernie zbrojeniowym zarządzanym przez jej ojca, uzyskując dostęp do najpilniej strzeżonych tajemnic. Kiedy prawda wychodzi w końcu na jaw, skłóceni dotąd ze sobą członkowie klanu Courtneyów łączą siły, by ciosem odpowiedzieć na cios oraz powstrzymać przerażający akt terroru planowany przez Złotego Lisa...

Opinie o ebooku Złoty lis - Wilbur Smith

Fragment ebooka Złoty lis - Wilbur Smith

Wydanie elektroniczne

WIL­BUR SMITH

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz afry­kań­ski pi­szą­cy po an­giel­sku. Uro­dził się w by­łej Ro­de­zji. De­biu­to­wał w 1964 roku po­wie­ścią Gdy po­lu­je lew. Była to pierw­sza po­zy­cja z jego naj­bar­dziej po­pu­lar­nej sagi hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wej opi­su­ją­cej dzie­je ro­dzi­ny Co­urt­ney­ów, w któ­rej skład we­szły m.in. Od­głos gro­mu, Pło­ną­cy brzeg, Wła­dza mie­cza, Mon­sun, Triumf słoń­ca orazAs­se­gai. Peł­ny do­ro­bek Smi­tha obej­mu­je 34 po­wie­ści, w tym dwie naj­now­sze, Pie­kło na mo­rzu i Vi­cio­us Circ­le. Po jego pro­zę chęt­nie się­ga­ją twór­cy fil­mo­wi. Na duży ekran prze­nie­sio­no Ko­pal­nię zło­ta, Za­krzy­czeć dia­bła i Na­jem­ni­ków. Na pod­sta­wie kil­ku in­nych ty­tu­łów, m.in. Pło­ną­ce­go brze­gu, Wła­dzy mie­cza, Boga Nilu i Siód­me­go pa­pi­ru­sa, po­wsta­ły mi­ni­se­ria­le te­le­wi­zyj­ne.

Smith jest mi­ło­śni­kiem dzi­kiej przy­ro­dy; pa­sjo­nu­je się współ­cze­sną hi­sto­rią Afry­ki, co znaj­du­je od­zwier­cie­dle­nie w jego twór­czo­ści li­te­rac­kiej. Spo­ro po­dró­żu­je, zwy­kle w okre­sie zi­mo­wym. Miesz­ka w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Szwaj­ca­rii i w Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki.

www.wil­bur­smi­th­bo­oks.com

Tego au­to­ra

ZA­KRZY­CZEĆ DIA­BŁA

NA­JEM­NI­CY

PTAK SŁOŃ­CA

OKO TY­GRY­SA

ŁOW­CY DIA­MEN­TÓW

OKRUT­NA SPRA­WIE­DLI­WOŚĆ

KO­PAL­NIA ZŁO­TA

STRA­CEŃ­CY

PIEŚŃ SŁO­NIA

GNIEW OCE­ANU

ORZEŁ NA NIE­BIE

Héc­tor Cross

PIE­KŁO NA MO­RZU

OKRUT­NY KRĄG

Saga Co­urt­ney­ów

DRA­PIEŻ­NE PTA­KI

MON­SUN BŁĘ­KIT­NY

HO­RY­ZONT

TRIUMF SŁOŃ­CA

AS­SE­GAI

*

GDY PO­LU­JE LEW

OD­GŁOS GRO­MU

UPA­DEK WRÓ­BLA

*

PŁO­NĄ­CY BRZEG

WŁA­DZA MIE­CZA

PŁO­MIE­NIE GNIE­WU

OSTAT­NIE PO­LO­WA­NIE

ZŁO­TY LIS

Saga Bal­lan­ty­ne’ów

LOT SO­KO­ŁA

PO­SZU­KI­WA­CZE PRZY­GÓD

PŁACZ ANIO­ŁÓW

LAM­PART PO­LU­JE W CIEM­NO­ŚCI

Saga egip­ska

BÓG NILU

CZA­ROW­NIK

ZE­MSTA NILU

TA­ITA I KRÓ­LO­WA SMUT­KU

SIÓD­MY PA­PI­RUS

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

GOL­DEN FOX

Co­py­ri­ght © Wil­bur Smith 1990

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed in 1990 by Mac­mil­lan, Lon­don

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2013

Re­dak­cja: Lu­cy­na Le­wan­dow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Vla­di­mir Wran­gel/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-7885-106-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję tę książ­kę mo­jej żo­nie Mo­khi­ni­so,

klej­no­to­wi mego ży­cia, z całą mi­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią

za wszyst­kie wspa­nia­łe lata na­sze­go mał­żeń­stwa

Chma­ra mo­ty­li wzbi­ła się w po­wie­trze, cie­pły wie­trzyk roz­rzu­cił je po let­nim nie­bie i sto ty­się­cy mło­dych twa­rzy unio­sło się ku gó­rze, z za­chwy­tem pa­trząc, jak owa­dy po­wo­li prze­la­tu­ją nad nimi.

W pierw­szym rzę­dzie sie­dzia­ła dziew­czy­na, któ­rą śle­dził od dzie­się­ciu dni. Jak my­śli­wy wy­trwa­le tro­pią­cy zwie­rzy­nę po­znał już każ­dy jej gest: wie­dział, jak uno­si gło­wę, kie­dy coś przy­cią­ga jej uwa­gę, jak ją prze­chy­la, słu­cha­jąc, a tak­że jak nią po­trzą­sa ze zło­ścią lub znie­cier­pli­wie­niem. Kie­dy te­raz unio­sła twarz ku wspa­nia­łej chmu­rze skrzy­dla­tych owa­dów, na­wet z ta­kiej od­le­gło­ści do­strzegł błysk jej bia­łych zę­bów i ró­żo­we war­gi ukła­da­ją­ce się w ła­god­ny owal za­chwy­tu.

Na wzno­szą­cej się przed nią wy­so­kiej sce­nie po­stać w bia­łej atła­so­wej ko­szu­li chwy­ci­ła na­stęp­ne pu­deł­ko i śmie­jąc się, wy­trzą­snę­ła z nie­go ko­lej­ną chma­rę trze­po­czą­cych mo­ty­li. Żół­te, bia­łe i wie­lo­barw­ne, po­pły­nę­ły w górę przy wtó­rze za­chwy­co­nych „ochów” tłu­mu.

Na­gle je­den z mo­ty­li za­trzy­mał się w lo­cie i za­czął opa­dać. Cho­ciaż wy­cią­gnę­ły się ku nie­mu set­ki rąk, pró­bu­jąc go zła­pać, omi­nął je i w koń­cu usiadł na zwró­co­nej w górę twa­rzy dziew­czy­ny. Na­wet po­przez ro­sną­cy gwar tłu­mu męż­czy­zna usły­szał jej ra­do­sny okrzyk i uśmiech­nął się mimo woli.

Się­gnę­ła po sie­dzą­ce­go na czo­le owa­da i de­li­kat­nie, nie­mal na­boż­nie skry­ła go w kie­li­chu złą­czo­nych dło­ni. Przez chwi­lę przy­glą­da­ła mu się swo­imi nie­bie­ski­mi ocza­mi, któ­re tro­pią­cy ją my­śli­wy tak do­brze zdą­żył po­znać. Za­raz jed­nak po­smut­nia­ła i jej war­gi po­ru­szy­ły się lek­ko, gdy szep­nę­ła coś do mo­ty­la, jed­nak męż­czy­zna nie mógł tego usły­szeć.

Ale ten smu­tek był prze­lot­ny i po chwi­li ślicz­ne war­gi znów się uśmie­cha­ły. Dziew­czy­na ze­rwa­ła się z zie­mi, sta­nę­ła na pal­cach i wy­cią­gnę­ła obie ręce wy­so­ko nad gło­wę. Mo­tyl przy­siadł na ko­niusz­kach jej pal­ców i lek­ko po­ru­szał skrzy­deł­ka­mi, szy­ku­jąc się do od­lo­tu.

Dziew­czy­na za­wo­ła­ła:

– Leć! Leć dla mnie!

Lu­dzie wo­kół niej pod­chwy­ci­li ten okrzyk:

– Leć! Leć w imię po­ko­ju!

Sku­pi­ły się na niej świa­tła re­flek­to­rów i wszyst­kie spoj­rze­nia.

Była wy­so­ka i gib­ka, mia­ła opa­lo­ne i zgrab­ne ręce i nogi. Zgod­nie z ak­tu­al­ną modą no­si­ła tak krót­ką spód­nicz­kę, że kie­dy wy­cią­gnę­ła ręce w górę, jej rą­bek zna­lazł się po­wy­żej li­nii jędr­nych po­ślad­ków, pod cien­ką ko­ron­ką łą­czą­cych się z uda­mi.

Na chwi­lę za­sty­gła w tej po­zie, zda­jąc się uosa­biać całe swo­je po­ko­le­nie, dzi­kie i nie­okieł­zna­ne. Męż­czy­zna wy­czuł na­tych­mia­sto­wą re­ak­cję pa­trzą­cych na to lu­dzi. Na­wet czło­wiek sto­ją­cy na sce­nie po­chy­lił się, aby le­piej ją wi­dzieć, a jego gru­be, jak­by opuch­nię­te od psz­cze­lich żą­deł usta roz­chy­li­ły się w uśmie­chu i za­wo­łał: „Po­kój!”. Jego głos zo­stał ty­siąc­krot­nie wzmoc­nio­ny przez rzę­dy gło­śni­ków usta­wio­nych po obu stro­nach sce­ny.

Kie­dy mo­tyl, trze­po­cząc skrzy­dła­mi, wzle­ciał w górę i do­łą­czył do wi­ru­ją­cej chmu­ry owa­dów, dziew­czy­na przy­ci­snę­ła pal­ce do ust i po­sła­ła mu po­ca­łu­nek.

Usia­dła na tra­wie, a sie­dzą­cy w po­bli­żu mło­dzi lu­dzie wy­cią­gnę­li ręce, aby ją ob­jąć lub do­tknąć.

Sto­ją­cy na sce­nie Mick Jag­ger sze­ro­ko roz­ło­żył ra­mio­na, pro­sząc o ci­szę. Kie­dy wszy­scy umil­kli, za­czął mó­wić do mi­kro­fo­nu. Jego znie­kształ­co­ny przez apa­ra­tu­rę głos był nie­wy­raź­ny i prze­ry­wa­ny, a ak­cent spra­wiał, że le­d­wie moż­na było zro­zu­mieć sło­wa ma­ją­ce wy­ra­żać hołd skła­da­ny człon­ko­wi ze­spo­łu, któ­ry kil­ka dni wcze­śniej uto­nął w ba­se­nie pod­czas sza­lo­ne­go week­en­do­we­go przy­ję­cia.

Plot­ka gło­si­ła, że był nie­mal kom­plet­nie za­ćpa­ny, kie­dy wcho­dził do wody. Uzna­no jed­nak, że to bo­ha­ter­ska śmierć, gdyż była to epo­ka nar­ko­ty­ków i eks­ce­sów sek­su­al­nych, pi­guł­ki an­ty­kon­cep­cyj­nej i ma­ri­hu­any, wol­no­ści, po­ko­ju i przedaw­ko­wa­nia.

Mick Jag­ger skoń­czył swo­ją prze­mo­wę. Była tak krót­ka, że nie po­psu­ła bez­tro­skie­go na­stro­ju wi­dow­ni. Za­raz po­tem roz­le­gły się ogłu­sza­ją­ce dźwię­ki elek­trycz­nych gi­tar i Jag­ger za­czął śpie­wać Hon­ky Tonk Wo­men. W cią­gu kil­ku se­kund sto ty­się­cy serc za­bi­ło w zgod­nym ryt­mie, sto ty­się­cy mło­dych ciał za­czę­ło po­dry­gi­wać w takt me­lo­dii, a dwie­ście ty­się­cy unie­sio­nych rąk chwia­ło się jak łan psze­ni­cy na sil­nym wie­trze.

Mu­zy­ka była bru­tal­na jak ostrzał ar­ty­le­ryj­ski, roz­dzie­ra­ła uszy i wci­ska­ła się w głąb czasz­ki, osza­ła­mia­jąc i otę­pia­jąc. W mgnie­niu oka za­mie­ni­ła pu­blicz­ność w osza­la­ły tłum, prze­kształ­ca­jąc ty­sią­ce lu­dzi w je­den or­ga­nizm ogar­nię­ty nie­mal sek­su­al­ną na­mięt­no­ścią. To­wa­rzy­szył temu za­pach ku­rzu i woń potu, mdlą­cy smród dymu ko­no­pi in­dyj­skich oraz odu­rza­ją­cy za­pach pod­nie­co­nych mło­dych ciał.

Ob­ser­wa­tor stał sa­mot­ny po­śród tego tłu­mu, spo­koj­ny i bez­na­mięt­ny. Przy­glą­dał się swo­je­mu obiek­to­wi, cze­ka­jąc na od­po­wied­ni mo­ment.

Dziew­czy­na pod­da­ła się mu­zy­ce, po­ru­sza­jąc się zgod­nym z ryt­mem tło­czą­cych się wo­kół niej ciał, ale ro­bi­ła to z ogrom­nym wdzię­kiem. Jej czar­ne jak wę­giel wło­sy z po­ły­sku­ją­cy­mi w słoń­cu ru­bi­no­wy­mi pa­sem­ka­mi były spię­te na czub­ku gło­wy i opa­da­ły na ra­mio­na, pod­kre­śla­jąc ele­ganc­ką li­nię szyi i kar­ku i przy­wo­łu­jąc sko­ja­rze­nia z tu­li­pa­nem na dłu­giej ło­dy­dze.

Tuż przed sce­ną znaj­do­wał się nie­wiel­ki ob­szar od­gro­dzo­ny ni­skim płot­kiem – en­kla­wa dla nie­licz­nych uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Ra­zem z in­ny­mi żo­na­mi i oso­ba­mi to­wa­rzy­szą­cy­mi mu­zy­kom w tra­sie sie­dzia­ła tu Ma­rian­ne Fa­ith­ful w po­wiew­nym ka­fta­nie, z bo­sy­mi no­ga­mi. Mia­ła de­li­kat­ną, ete­rycz­ną uro­dę. Jej oczy były sen­ne i nie­ru­cho­me jak oczy ociem­nia­łej, a ru­chy po­wol­ne i le­ni­we. Wo­kół niej ba­wi­ło się kil­ko­ro ma­łych dzie­ci, któ­rych strze­gła gru­pa Anio­łów Pie­kieł.

W czar­nych sta­lo­wych heł­mach We­hr­mach­tu, ob­wie­sze­ni łań­cu­cha­mi i hi­tle­row­ski­mi że­la­zny­mi krzy­ża­mi, w czar­nych, na­bi­ja­nych ćwie­ka­mi skó­rza­nych kurt­kach od­sła­nia­ją­cych owło­sio­ne pier­si, w spe­cjal­nych bu­tach do jaz­dy na mo­to­rze, z wy­myśl­ny­mi ta­tu­aża­mi na ra­mio­nach sta­li w groź­nych po­zach z pał­ka­mi za pa­ska­mi, za­ci­ska­jąc pię­ści na­je­żo­ne sta­lo­wy­mi sy­gne­ta­mi. Po­nu­ro i wy­zy­wa­ją­co spo­glą­da­li na tłum, wy­pa­tru­jąc kło­po­tów i ma­jąc na­dzie­ję, że je znaj­dą.

Mu­zy­ka dud­ni­ła jesz­cze przez go­dzi­nę, a po­tem na­stęp­ną. Tłum roz­grze­wał się i roz­ta­czał wo­kół sie­bie woń przy­po­mi­na­ją­cą smród kla­tek dla zwie­rząt, po­nie­waż wie­lu słu­cha­czy – za­rów­no męż­czyź­ni, jak i ko­bie­ty – nie chcąc stra­cić ani chwi­li z kon­cer­tu, od­da­wa­ło mocz tam, gdzie sie­dzia­ło.

Ob­ser­wa­tor z od­ra­zą pa­trzył na tę de­ka­den­cję. Ci lu­dzie ob­ra­ża­li wszyst­ko, w co wie­rzył. Pie­kły go oczy, a gło­wa co­raz bar­dziej bo­la­ła, pul­su­jąc w su­ge­styw­nym ryt­mie gi­tar. Do­szedł do wnio­sku, że czas odejść. Ko­lej­ny stra­co­ny dzień w ocze­ki­wa­niu na szan­sę, któ­ra wciąż się nie po­ja­wia­ła. Ale był my­śli­wym i miał cier­pli­wość dra­pież­ni­ka. Będą jesz­cze inne dni, więc nie musi się spie­szyć.

Trze­ba wy­brać od­po­wied­ni mo­ment.

Za­czął prze­dzie­rać się przez tłum zgro­ma­dzo­ny na ni­skim pa­gór­ku, na któ­rym wcze­śniej stał. Roz­trą­cał lu­dzi, lecz wszy­scy byli w ta­kim hip­no­tycz­nym tran­sie, że zda­wa­li się nie wi­dzieć ani nie czuć, jak się mię­dzy nimi prze­ci­ska.

Spoj­rzał za sie­bie i zmru­żył oczy, wi­dząc, że dziew­czy­na mówi coś do sto­ją­ce­go obok niej chło­pa­ka, uśmie­cha się i po­trzą­sa gło­wą, a po­tem wsta­je. Po chwi­li rów­nież za­czę­ła prze­dzie­rać się przez tłum, prze­cho­dząc przez rzę­dy sie­dzą­cych, opie­ra­jąc się na ich ra­mio­nach i prze­pra­sza­jąc z uśmie­chem.

Ob­ser­wa­tor zmie­nił kie­ru­nek mar­szu – ru­szył w po­przek ła­god­ne­go zbo­cza, aby prze­ciąć jej dro­gę. Jego in­stynkt my­śli­we­go mó­wił mu, że wła­śnie na­de­szła chwi­la, na któ­rą cze­kał.

Za sce­ną sta­ły wozy trans­mi­syj­ne te­le­wi­zji, rzę­dy cię­ża­ró­wek wy­so­kich jak pię­tro­we au­to­bu­sy, za­par­ko­wa­nych w nie­wiel­kich od­stę­pach od sie­bie.

Dziew­czy­na cof­nę­ła się, okrą­ża­jąc ni­ski pło­tek i pró­bu­jąc obejść sce­nę, żeby wy­do­stać się z tłu­mu, lecz utknę­ła w nim i z roz­pa­czą ro­zej­rza­ła się wo­kół.

Na­gle od­wró­ci­ła się i prze­pchnę­ła do ogro­dze­nia, prze­sko­czy­ła je i wbie­gła w wą­ską prze­rwę mię­dzy dwo­ma wo­za­mi trans­mi­syj­ny­mi. Je­den z Anio­łów Pie­kieł za­uwa­żył, że wtar­gnę­ła na za­gro­dzo­ny te­ren, i ru­szył za nią, ku­ląc ra­mio­na, aby wci­snąć się w wą­skie przej­ście, w któ­rym znik­nę­ła.

Po twa­rzy ob­ser­wa­to­ra prze­mknął uśmiech.

Pra­wie dwie mi­nu­ty za­ję­ło mu do­tar­cie do miej­sca, w któ­rym dziew­czy­na prze­sko­czy­ła płot. Ja­kiś męż­czy­zna wy­cią­gnął rękę, żeby go za­trzy­mać, ale od­trą­cił ją, po czym omi­nął straż­ni­ka i wśli­zgnął się mię­dzy wy­so­kie sta­lo­we bur­ty cię­ża­ró­wek.

Szedł bo­kiem, bo jego sze­ro­kie ra­mio­na nie mie­ści­ły się w cia­snym prze­świ­cie. Gdy do­tarł do drzwi ka­bi­ny kie­row­cy, usły­szał stłu­mio­ne krzy­ki pro­te­stu. Przy­spie­szył i gdy mi­nął ma­skę sa­mo­cho­du, zo­ba­czył, że Anioł Pie­kieł zła­pał dziew­czy­nę, wy­krę­cił jej rękę i przy­ci­ska ją do przed­nie­go błot­ni­ka cię­ża­rów­ki. Sta­ła twa­rzą do nie­go, a on bio­dra­mi i brzu­chem przy­ci­skał ją do ka­ro­se­rii cię­ża­rów­ki. Kie­dy się nad nią po­chy­lił, za­mie­rza­jąc ją po­ca­ło­wać, wy­gię­ła się i za­czę­ła gwał­tow­nie krę­cić gło­wą.

Na­past­nik za­śmiał się gło­śno i spró­bo­wał we­pchnąć jej ję­zyk do ust.

Za­darł dziew­czy­nie mi­ni­spód­nicz­kę i owło­sio­ne, po­pla­mio­ne sma­rem pa­lu­chy we­pchnął za gum­kę jej ko­ron­ko­wych maj­te­czek. Biła go i dra­pa­ła, ale scho­wał gło­wę w ra­mio­na i nie mo­gła do­się­gnąć pa­znok­cia­mi jego twa­rzy, a przed cio­sa­mi pię­ści osła­nia­ła go na­bi­ta ćwie­ka­mi czar­na skó­ra i mu­sku­lar­ne przed­ra­mio­na. Zno­wu za­śmiał się gar­dło­wo. Gum­ka maj­tek dziew­czy­ny pę­kła z trza­skiem, gdy zdarł je z jej bio­der i ścią­gnął w dół.

Ob­ser­wa­tor pod­szedł do nie­go i do­tknął jego ra­mie­nia. Męż­czy­zna znie­ru­cho­miał i od­wró­cił gło­wę. Miał szkli­ste oczy, ale na­tych­miast oprzy­tom­niał i tak gwał­tow­nie ode­pchnął dziew­czy­nę na bok, że upa­dła na roz­ora­ną ko­ła­mi tra­wę mię­dzy cię­ża­rów­ka­mi.

Się­gnął po tkwią­cą za pa­sem pał­kę.

Ob­ser­wa­tor wy­cią­gnął rękę i po­now­nie go do­tknął, tym ra­zem po­ni­żej ucha, tuż pod kra­wę­dzią sta­lo­we­go heł­mu. Kie­dy dwo­ma pal­ca­mi na­ci­snął to miej­sce, Anioł Pie­kieł znie­ru­cho­miał, z jego gar­dła wy­do­by­ło się głu­che rzę­że­nie, a po­tem za­drżał kon­wul­syj­nie, upadł na zie­mię i za­czął rzu­cać się jak epi­lep­tyk. Dziew­czy­na pod­cią­ga­ła po­rwa­ną bie­li­znę, pa­trząc na to ze zgro­zą i obrzy­dze­niem. Ob­ser­wa­tor prze­szedł nad po­wa­lo­nym na­past­ni­kiem i pod­niósł ją na nogi.

– Chodź­my, za­nim zja­wią się jego ko­le­dzy – po­wie­dział ci­cho.

Kie­dy wziął ją za rękę i po­cią­gnął za sobą, po­szła z nim, ufna jak dziec­ko.

Za za­par­ko­wa­ny­mi cię­ża­rów­ka­mi za­czy­nał się gąszcz ro­do­den­dro­nów. Gdy bie­gli mię­dzy nimi, za­py­ta­ła zdy­sza­na:

– Za­bi­łeś go?

– Nie – od­parł, na­wet się nie oglą­da­jąc. – Za nie­ca­łe pięć mi­nut oprzy­tom­nie­je.

– Jak to zro­bi­łeś? Prze­cież le­d­wie go do­tkną­łeś.

Nie od­po­wie­dział, ale na na­stęp­nym za­krę­cie za­trzy­mał się i od­wró­cił do niej.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­tał.

Bez sło­wa kiw­nę­ła gło­wą.

Przyj­rzał się jej, wciąż trzy­ma­jąc ją za rękę. Wie­dział, że ma dwa­dzie­ścia czte­ry lata. Przed chwi­lą prze­ży­ła pró­bę bru­tal­ne­go gwał­tu, ale mimo to w jej ciem­no­nie­bie­skich oczach ma­lo­wa­ły się spo­kój i roz­wa­ga. Żad­nych łez, hi­ste­rii czy na­wet tyl­ko drże­nia warg, a jej za­ci­śnię­ta na jego pal­cach smu­kła dłoń była pew­na i cie­pła.

We­dług opi­nii psy­chia­try była wy­trzy­ma­ła i od­waż­na; nie­mal już do­szła do sie­bie po ata­ku. O prze­ży­tym przed chwi­lą wstrzą­sie świad­czy­ło je­dy­nie lek­kie za­czer­wie­nie­nie jej po­licz­ków oraz lek­ko przy­spie­szo­ny od­dech.

– Jak się na­zy­wasz? – za­py­ta­ła, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie.

Ko­bie­ty czę­sto tak na nie­go pa­trzy­ły przy pierw­szym spo­tka­niu.

– Ra­món – od­parł.

– Ra­món – po­wtó­rzy­ła ci­cho. Boże, ależ on jest pięk­ny, po­my­śla­ła. – A jak da­lej?

– Nie uwie­rzysz, jak ci po­wiem.

Jego an­giel­ski był do­sko­na­ły, zbyt do­sko­na­ły. Mu­siał być cu­dzo­ziem­cem, ale ten głos pa­so­wał do jego twa­rzy, pięk­nej i po­waż­nej.

– Spró­buj – po­pro­si­ła i usły­sza­ła w swo­im gło­sie za­lot­ną nut­kę.

– Ra­món de San­tia­go y Ma­cha­do.

Za­brzmia­ło to jak mu­zy­ka – nie­wia­ry­god­nie ro­man­tycz­nie. Było to naj­pięk­niej­sze na­zwi­sko, ja­kie kie­dy­kol­wiek sły­sza­ła, ide­al­nie pa­su­ją­ce do ta­kiej twa­rzy i ta­kie­go gło­su.

– Mu­si­my iść – oświad­czył.

– Nie mogę biec – od­par­ła. – Nie zmu­szaj mnie.

– Je­śli nie po­bie­gniesz, mo­żesz skoń­czyć jako ma­skot­ka na kie­row­ni­cy ja­kie­goś mo­to­cy­kla.

Za­śmia­ła się, lecz na­tych­miast przy­gry­zła dol­ną war­gę.

– Nie rób tego – po­wie­dzia­ła. – Nie roz­śmie­szaj mnie. Mu­szę iść do to­a­le­ty. Je­stem w kry­tycz­nym sta­nie…

– Ach, a więc tam zmie­rza­łaś, kie­dy ten szar­manc­ki ksią­żę się w to­bie za­ko­chał.

– Ostrze­gam cię, nie rób tego.

Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła chi­chot, więc zli­to­wał się nad nią.

– Przy wej­ściu do par­ku jest sza­let. Wy­trzy­masz?

– Nie wiem.

– Al­ter­na­ty­wą są te ro­do­den­dro­ny.

– Nie, dzię­ku­ję. Na dziś już mi wy­star­czy pu­blicz­nych wy­stę­pów.

– Wo­bec tego chodź­my.

Wziął ją za rękę.

Kie­dy mi­nę­li je­zio­ro Ser­pen­ti­ne, obej­rzał się.

– Two­je­mu chło­pa­ko­wi chy­ba już prze­szło, bo nig­dzie go nie wi­dać – stwier­dził. – Co za nie­sta­ły fa­cet.

– Szko­da. Z przy­jem­no­ścią jesz­cze raz zo­ba­czy­ła­bym tę two­ją sztucz­kę. Da­le­ko jesz­cze?

– To już tu­taj.

Do­szli do bra­my par­ku. Pu­ści­ła jego rękę i skie­ro­wa­ła się ku ma­łe­mu bu­dyn­ko­wi z czer­wo­nej ce­gły, dys­kret­nie ukry­te­mu w za­ro­ślach obok ścież­ki, ale za­trzy­ma­ła się w drzwiach.

– Mam na imię Isa­bel­la… Isa­bel­la Co­urt­ney. Przy­ja­cie­le na­zy­wa­ją mnie Bel­la – rzu­ci­ła przez ra­mię i znik­nę­ła w drzwiach.

– Tak – mruk­nął pod no­sem. – Wiem.

Na­wet w ka­bi­nie sły­sza­ła mu­zy­kę, tyl­ko tro­chę stłu­mio­ną przez od­le­głość i ce­gla­ne mury, a po­tem war­kot ni­sko prze­la­tu­ją­ce­go he­li­kop­te­ra, ale to wszyst­ko nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia. My­śla­ła je­dy­nie o Ra­mó­nie.

Przy umy­wal­ce przyj­rza­ła się so­bie w lu­strze. Fry­zu­rę mia­ła w nie­ła­dzie, więc szyb­ko ją po­pra­wi­ła. Wło­sy Ra­mó­na były gę­ste, ciem­ne i krę­co­ne. Dłu­gie, lecz nie za bar­dzo. Chu­s­tecz­ką star­ła ja­sno­ró­żo­wą szmin­kę z ust i po­ma­lo­wa­ła je po­now­nie. War­gi Ra­mó­na były peł­ne i mięk­kie, ale mę­skie i sil­ne; za­sta­na­wia­ła się, jak by sma­ko­wa­ły.

Wrzu­ci­ła szmin­kę do to­reb­ki i przy­su­nę­ła twarz do lu­stra, aby oce­nić wy­gląd swo­ich oczu. Nie mu­sia­ła ich ma­lo­wać. Biał­ka mia­ła tak czy­ste jak zdro­we nie­mow­lę. Wie­dzia­ła, że oczy to jej naj­więk­szy atut, zwłasz­cza ich ko­lor – ten ty­po­wy dla Co­urt­ney­ów błę­kit o od­cie­niu cha­brów i sza­fi­rów. Ra­món miał zie­lo­ne oczy. Była to pierw­sza rzecz, któ­ra ją ude­rzy­ła w jego twa­rzy. I ta ich czy­sta, in­ten­syw­na zie­leń. Pięk­ne, lecz – przez chwi­lę szu­ka­ła od­po­wied­nie­go sło­wa – nie­bez­piecz­ne. Wła­śnie tak. Nie po­trze­bo­wa­ła na­wet do­wo­du, któ­rym było po­wa­le­nie Anio­ła Pie­kieł. Wy­star­czy­ło jej jed­no spoj­rze­nie w te oczy, aby stwier­dzić, że to nie­bez­piecz­ny czło­wiek. Po­czu­ła roz­kosz­ny dreszcz lęku i ocze­ki­wa­nia. Może to wresz­cie ten je­dy­ny. Przy nim wszy­scy inni męż­czyź­ni wy­da­wa­li się bez­barw­ni i ni­ja­cy. Może to wła­śnie jego od tak daw­na szu­ka­ła.

– Ra­món de San­tia­go y Ma­cha­do – wy­mru­cza­ła, sma­ku­jąc smak tych słów.

Wy­pro­sto­wa­ła się i ru­szy­ła do wyj­ścia. Po­wstrzy­my­wa­ła chęć przy­spie­sze­nia kro­ku. Szła po­wo­li, po­stu­ku­jąc wy­so­ki­mi szpil­ka­mi, któ­re spra­wia­ły, że jej bio­dra ko­ły­sa­ły się jak me­tro­nom, a kró­ciut­ka spód­nicz­ka co chwi­la od­sła­nia­ła ko­ron­ko­we maj­tecz­ki.

Wy­dę­ła usta i lek­ko opu­ści­ła po­wie­ki, za­nim wy­szła na za­la­ną słoń­cem alej­kę.

Ra­mó­na nie było. Po­czu­ła skurcz w żo­łąd­ku, jak­by po­łknę­ła ka­mień. Ro­zej­rza­ła się z nie­do­wie­rza­niem.

– Ra­món! – za­wo­ła­ła ci­cho i po­bie­gła alej­ką.

Zo­ba­czy­ła przed sobą gro­mad­ki lu­dzi, któ­rzy pierw­si wy­szli z kon­cer­tu, aby unik­nąć póź­niej­sze­go ści­sku, lecz ża­den z nich nie był męż­czy­zną, któ­re­go szu­ka­ła.

– Ra­món! – za­wo­ła­ła po­now­nie i po­spie­szy­ła w stro­nę wej­ścia do par­ku.

Na Bay­swa­ter Road pa­no­wał spo­ry ruch. Roz­glą­da­ła się z nie­do­wie­rza­niem. Od­szedł i zo­sta­wił ją. Jesz­cze nig­dy coś ta­kie­go jej nie spo­tka­ło. Prze­cież dała mu do zro­zu­mie­nia, że go pra­gnie – ja­śniej już nie mo­gła tego wy­ra­zić – a on mimo to po­szedł so­bie.

Po­czu­ła, że ogar­nia ją wście­kłość. Nikt nie robi cze­goś ta­kie­go Isa­bel­li Co­urt­ney, nig­dy. Czu­ła się zlek­ce­wa­żo­na i była bar­dzo zła.

– A niech go szlag – syk­nę­ła. – Niech go szlag tra­fi.

Jej gniew trwał za­le­d­wie kil­ka se­kund, a po­tem po­czu­ła się za­gu­bio­na i opusz­czo­na.

– Nie mógł tak po pro­stu odejść – po­wie­dzia­ła gło­śno i roz­po­zna­ła w swo­im gło­sie ton uża­la­ją­ce­go się nad sobą roz­pusz­czo­ne­go dziec­ka, więc po­wtó­rzy­ła to, pró­bu­jąc znów wzbu­dzić w so­bie gniew, jed­nak nie wy­pa­dło to zbyt prze­ko­nu­ją­co.

Usły­sza­ła za sobą ochry­pły śmiech i obej­rza­ła się. Ścież­ką szła gru­pa Anio­łów Pie­kieł; byli jesz­cze kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej, ale kie­ro­wa­li się w jej stro­nę.

Nie mo­gła tu zo­stać.

Kon­cert się skoń­czył i lu­dzie za­czy­na­li się roz­cho­dzić. He­li­kop­ter, któ­ry wcze­śniej sły­sza­ła, przy­le­ciał pew­nie, żeby za­brać Mic­ka Jag­ge­ra i jego Rol­ling Sto­ne­sów. Mia­ła nie­wiel­kie szan­se, by do­łą­czyć do swo­ich przy­ja­ciół; nie od­naj­dzie ich te­raz w tym tłu­mie. Jesz­cze raz z de­spe­ra­cją ro­zej­rza­ła się wo­kół. Wciąż nig­dzie nie było wi­dać Ra­mó­na. Gniew­nie unio­sła bro­dę.

– A komu on po­trzeb­ny, ten prze­klę­ty La­ty­nos? – mruk­nę­ła ze zło­ścią i ru­szy­ła przed sie­bie alej­ką.

Usły­sza­ła za sobą gwiz­dy i po­hu­ki­wa­nia, a je­den z Anio­łów Pie­kieł za­czął skan­do­wać:

– Lewa, pra­wa, lewa, za­trzęś, za­ko­łysz, za­kręć…

Wie­dzia­ła, że kie­dy idzie na szpil­kach, moc­no ko­ły­sze tył­kiem.

Pod­ska­ku­jąc naj­pierw na jed­nej, a po­tem na dru­giej no­dze, zdję­ła pan­to­fle i boso po­bie­gła alej­ką. Swo­je auto zo­sta­wi­ła na par­kin­gu am­ba­sa­dy przy Stran­dzie, więc mu­sia­ła do­je­chać do nie­go me­trem z Lan­ca­ster Gate.

Mia­ła mini co­ope­ra, naj­now­szy mo­del z 1969 roku. Ku­pił go jej na uro­dzi­ny oj­ciec i pod­ra­so­wał w tym sa­mym warsz­ta­cie, w któ­rym swo­je­go mini wy­szy­ko­wał An­to­ny Arm­strong-Jo­nes. Zwięk­szy­li moc sil­ni­ka, zro­bi­li skó­rza­ne obi­cia jak w rol­l­sie i po­kry­li nad­wo­zie ta­kim sa­mym lśnią­cym srebr­nym la­kie­rem, jaki miał nowy aston mar­tin taty, a w zło­tym li­ściu na drzwiach umiesz­czo­no jej ini­cja­ły. Mini był wte­dy naj­po­pu­lar­niej­szym sa­mo­cho­dem ba­na­no­wej mło­dzie­ży; w so­bot­nią noc przed re­stau­ra­cją An­na­bel sta­ło ich wię­cej niż rol­l­sów czy ben­tley­ów.

Rzu­ci­ła buty na ma­leń­kie tyl­ne sie­dze­nie, od­pa­li­ła i na­tych­miast zwięk­szy­ła ob­ro­ty sil­ni­ka, aż strzał­ka we­szła na czer­wo­ne pole. Opo­ny za­pisz­cza­ły i zo­sta­wi­ły czar­ne smu­gi na pod­jeź­dzie par­kin­gu. Ich wi­dok we wstecz­nym lu­ster­ku spra­wił jej dzi­ką ra­dość.

Je­cha­ła, ła­miąc prze­pi­sy, chro­nio­na przed gnie­wem po­li­cji przez dy­plo­ma­tycz­ne ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne. Wła­ści­wie nie mia­ła do nich pra­wa, ale za­ła­twił je dla niej oj­ciec.

W dro­dze po­wrot­nej do Hi­ghveld, re­zy­den­cji am­ba­sa­do­ra znaj­du­ją­cej się w dziel­ni­cy Chel­sea, po­bi­ła wła­sny re­kord. Przed wej­ściem był za­par­ko­wa­ny służ­bo­wy ben­tley z cho­rą­giew­ka­mi na błot­ni­kach. Szo­fer Klon­kie uśmiech­nął się do niej i za­sa­lu­to­wał. Więk­szość służ­by oj­ciec przy­wiózł ze sobą z Kapsz­ta­du.

Za­pa­no­wa­ła już nad sobą na tyle, że zdo­ła­ła słod­ko uśmiech­nąć się do Klon­kie­go, rzu­ca­jąc mu klu­czy­ki.

– Bądź tak do­bry i od­pro­wadź mój sa­mo­chód do ga­ra­żu – po­wie­dzia­ła.

Tata był nie­zwy­kle sta­now­czy w kwe­stii trak­to­wa­nia służ­by. Mo­gła wy­ła­do­wy­wać swo­je złe hu­mo­ry na wszyst­kich, ale nie na niej.

– Oni są czę­ścią na­szej ro­dzi­ny, Bel­la – mó­wił.

Więk­szość z nich rze­czy­wi­ście od daw­na była w We­lte­vre­den, ro­dzin­nym domu na Przy­ląd­ku Do­brej Na­dziei, gdy Isa­bel­la się uro­dzi­ła.

Oj­ciec sie­dział za biur­kiem w swo­im ga­bi­ne­cie na par­te­rze z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na ogród. Odło­żył dłu­go­pis i ob­ró­cił się wraz z fo­te­lem do cór­ki.

Bel­la usia­dła mu na ko­la­nach i po­ca­ło­wa­ła go.

– Je­steś naj­pięk­niej­szym męż­czy­zną na świe­cie – wy­mru­cza­ła.

– Da­le­ki je­stem od tego, by kwe­stio­no­wać twój do­bry gust – od­parł z uśmie­chem Sha­sa Co­urt­ney. – Ale skąd ta wy­lew­ność?

– Męż­czyź­ni są nie­okrze­sa­ni albo nud­ni – stwier­dzi­ła. – Oczy­wi­ście wszy­scy z wy­jąt­kiem cie­bie, ko­cha­ny tato.

– Ach! Cóż ta­kie­go uczy­nił mło­dy Ro­ger, że tak źle o nim my­ślisz? Wy­da­wał mi się ra­czej nie­szko­dli­wy…

To wła­śnie w to­wa­rzy­stwie Ro­ge­ra po­szła na ten kon­cert. Zo­sta­wi­ła go na za­tło­czo­nym traw­ni­ku przed sce­ną i do­pie­ro te­raz so­bie o nim przy­po­mnia­ła.

– Mam do­syć męż­czyzn na całe ży­cie – oświad­czy­ła. – Chy­ba pój­dę do klasz­to­ru.

– Czy mo­gła­byś po­wstrzy­mać się ze zło­że­niem ślu­bów przy­najm­niej do ju­tra? Dziś wie­czo­rem po­trzeb­na mi go­spo­dy­ni, a jesz­cze nie zde­cy­do­wa­li­śmy, jak roz­mie­ścić go­ści.

– Wszyst­ko już daw­no za­ła­twi­łam – od­par­ła. – Za­nim po­szłam na kon­cert.

– A menu?

– Uzgod­ni­łam je z sze­fem kuch­ni w ze­szły pią­tek. Nie pa­ni­kuj, tato. Bę­dzie to, co lu­bisz: ko­kil­ki St Ja­cqu­es i ja­gnię­ci­na z Cam­de­boo.

Sha­sa uzna­wał wy­łącz­nie ba­ra­ni­nę po­cho­dzą­cą z jego wła­snych farm w Kar­ru. Pu­styn­na ro­ślin­ność nada­wa­ła mię­su spe­cy­ficz­ny zio­ło­wy smak. Wo­ło­wi­nę, któ­rą ja­da­no w am­ba­sa­dzie, spro­wa­dza­no z jego ogrom­nych po­sia­dło­ści w Ro­de­zji, a wina z win­nic w We­lte­vre­den, gdzie przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat nie­miec­ki za­rząd­ca z ta­kim ta­len­tem i od­da­niem pra­co­wał nad pod­nie­sie­niem ja­ko­ści ko­lej­nych rocz­ni­ków win, że wca­le nie były gor­sze od nie­któ­rych bur­gun­dów. Ale am­bi­cją Sha­sy było wy­pro­du­ko­wa­nie ta­kie­go wina, któ­re moż­na by­ło­by po­rów­ny­wać z naj­lep­szy­mi ga­tun­ka­mi z Cóte d’Or.

Kie­dy trze­ba było prze­trans­por­to­wać część za­pa­sów z Przy­ląd­ka Do­brej Na­dziei do Lon­dy­nu, uży­wa­no stat­ku chłod­ni na­le­żą­ce­go do li­nii że­glu­go­wej Co­urt­ney­ów i co ty­dzień po­ko­nu­ją­ce­go atlan­tyc­ką tra­sę.

– …ode­bra­łam tak­że twój smo­king z pral­ni dziś rano oraz za­mó­wi­łam u Bud­d­sa na Pic­ca­dil­ly Ar­ca­de trzy nowe ko­szu­le i tu­zin opa­sek na oko. Sta­re były znisz­czo­ne, więc je wy­rzu­ci­łam.

Wciąż sie­dząc na ko­la­nach ojca, po­pra­wi­ła mu opa­skę. Sha­sa stra­cił lewe oko, gdy la­tał hur­ri­ca­ne’ami w Abi­sy­nii, wal­cząc z Wło­cha­mi pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej. Opa­ska z czar­ne­go je­dwa­biu nada­wa­ła mu wy­gląd zu­chwa­łe­go pi­ra­ta.

Uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem. Kie­dy po­pro­sił Bel­lę, żeby po­je­cha­ła z nim do Lon­dy­nu, do­pie­ro co skoń­czy­ła dwa­dzie­ścia je­den lat i dłu­go się za­sta­na­wiał, za­nim tak mło­dej oso­bie na­rzu­cił uciąż­li­wą rolę pani domu w am­ba­sa­dzie. Nie­po­trzeb­nie się mar­twił. W koń­cu Bel­la zo­sta­ła wy­cho­wa­na przez bab­kę Cen­ta­ine Co­urt­ney-Mal­col­mess. Poza tym przy­wieź­li ze sobą sze­fa kuch­ni, ka­mer­dy­ne­ra i po­ło­wę służ­by z Przy­ląd­ka, więc mia­ła do dys­po­zy­cji wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny ze­spół.

W cią­gu trzech lat Isa­bel­la wy­ro­bi­ła so­bie do­brą opi­nię w krę­gach dy­plo­ma­tycz­nych, a jej za­pro­sze­nia za­wsze były chęt­nie przyj­mo­wa­ne – z wy­jąt­kiem am­ba­sad tych państw, któ­re nie utrzy­my­wa­ły sto­sun­ków z Re­pu­bli­ką Po­łu­dnio­wej Afry­ki.

– Czy chcesz, że­bym cię kry­ła, kie­dy ze swo­im izra­el­skim ko­le­gą wy­mkniesz się po ko­la­cji na pół go­dzin­ki, żeby skon­stru­ować bom­bę ato­mo­wą? – za­py­ta­ła.

Zmarsz­czył brwi.

– Wiesz, że nie lu­bię ta­kich uwag.

– Żar­to­wa­łam, tato. Nikt nas nie sły­szy.

– Nie mów tak na­wet pry­wat­nie i żar­tem, Bel­lo – po­wie­dział su­ro­wo.

Było to nie­bez­piecz­nie bli­skie praw­dy. Za­lo­ty izra­el­skie­go at­ta­che woj­sko­we­go i Sha­sy trwa­ły już od pra­wie roku i znacz­nie wy­kro­czy­ły poza fazę flir­tu.

Kie­dy go po­ca­ło­wa­ła, zła­god­niał.

– Mu­szę się wy­ką­pać – oświad­czy­ła po chwi­li i zsu­nę­ła się z jego ko­lan. – Za­pro­sze­nia są na ósmą trzy­dzie­ści. Dzie­sięć po ósmej przyj­dę za­wią­zać ci kra­wat.

Wią­zał so­bie kra­wat przez czter­dzie­ści lat, do­pó­ki cór­ka nie do­szła do wnio­sku, że nie po­tra­fi tego ro­bić.

Po­pa­trzył na jej nogi.

– Je­śli two­je spód­nicz­ki będą jesz­cze tro­chę krót­sze, ma­de­mo­isel­le, twój pę­pek bę­dzie mru­gał do księ­ży­ca.

– Nie po­wi­nie­neś być ta­kim sta­rym zrzę­dą – od­par­ła. – To zu­peł­nie do cie­bie nie pa­su­je.

Skie­ro­wa­ła się ku wyj­ściu, z roz­my­słem ko­ły­sząc pupą, le­d­wie skry­wa­ną przez spor­ną część gar­de­ro­by. Kie­dy drzwi się za nią za­mknę­ły, Sha­sa wes­tchnął.

– Ta dziew­czy­na to wiąz­ka dy­na­mi­tu z bar­dzo krót­kim lon­tem… – mruk­nął do sie­bie. – Może to do­brze, że wra­ca­my do domu.

We wrze­śniu koń­czy­ła się jego trzy­let­nia ka­den­cja am­ba­sa­do­ra. Kie­dy wró­cą do domu, Isa­bel­la zno­wu tra­fi pod ku­ra­te­lę swo­jej bab­ki Cen­ta­ine Co­urt­ney-Mal­co­mess. Zda­wał so­bie spra­wę z tego, że jego wy­sił­ki wy­cho­waw­cze nie za­wsze były sku­tecz­ne. Z ulgą zrzek­nie się tej od­po­wie­dzial­no­ści.

My­śląc o ry­chłym po­wro­cie do Kapsz­ta­du, zer­k­nął na le­żą­ce na biur­ku do­ku­men­ty. Lata spę­dzo­ne w am­ba­sa­dzie w Lon­dy­nie były dla nie­go po­li­tycz­nym ze­sła­niem. Gdy w 1966 roku za­strze­lo­no pre­mie­ra Hen­dri­ka Yer­wo­er­da, po­peł­nił po­waż­ny błąd i po­parł nie­wła­ści­we­go kan­dy­da­ta na ten urząd. Kie­dy pre­mie­rem zo­stał John Vor­ster, zo­stał ze­pchnię­ty na bocz­ny tor po­li­ty­ki, ale – jak wie­lo­krot­nie wcze­śniej – tak­że i tym ra­zem za­mie­nił ka­ta­stro­fę w suk­ces.

Wy­ko­rzy­stu­jąc wszyst­kie swo­je zdol­no­ści i pre­dys­po­zy­cje oraz do­sko­na­łą orien­ta­cję w po­li­ty­ce, urok oso­bi­sty i zdol­ność per­swa­zji, zro­bił wszyst­ko, by od­wró­cić od swo­jej oj­czy­zny na­ra­sta­ją­cy gniew i po­gar­dę świa­ta – a przede wszyst­kim la­bu­rzy­stow­skie­go rzą­du bry­tyj­skiej Wspól­no­ty Na­ro­dów, w któ­rej na cze­le więk­szo­ści państw sta­li czar­no­skó­rzy lub azja­tyc­cy pre­mie­rzy. John Vor­ster wziął pod uwa­gę te osią­gnię­cia, a po­nie­waż przed wy­jaz­dem z Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki Sha­sa był zwią­za­ny z Arm­sco­rem, za­pro­po­no­wał mu ob­ję­cie sta­no­wi­ska pre­ze­sa tej fir­my po po­wro­cie.

Było to naj­więk­sze przed­się­wzię­cie prze­my­sło­we, ja­kie kie­dy­kol­wiek pod­ję­to na afry­kań­skim kon­ty­nen­cie. Arm­scor był od­po­wie­dzią na em­bar­go obej­mu­ją­ce do­sta­wy bro­ni, na­ło­żo­ne przez pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Dwi­gh­ta Eisen­ho­we­ra oraz inne kra­je. Ar­ma­ments De­ve­lop­ment and Pro­duc­tion Com­pa­ny sku­piał pod jed­nym kie­row­nic­twem cały prze­mysł obron­ny kra­ju fi­nan­so­wa­ny przez pań­stwo.

Było to dla Sha­sy ogrom­ne wy­zwa­nie, ale mógł so­bie po­zwo­lić na jego pod­ję­cie, bo wszyst­kie przed­się­bior­stwa wcho­dzą­ce w skład ogrom­ne­go im­pe­rium fi­nan­so­we­go Co­urt­ney­ów były spraw­nie za­rzą­dza­ne. W cią­gu trzech lat peł­nie­nia obo­wiąz­ków am­ba­sa­do­ra stop­nio­wo prze­ka­zy­wał kon­tro­lę nad nimi swo­je­mu sy­no­wi Gar­ry’emu, któ­ry osią­gnął już spo­re suk­ce­sy. Sha­sa też był nie­wie­le star­szy, gdy zo­stał pre­ze­sem Co­urt­ney En­ter­pri­ses.

Gar­ry miał przez cały czas wspar­cie ze stro­ny Cen­ta­ine Co­urt­ney-Mal­co­mess, za­ło­ży­ciel­ki i nie­ko­ro­no­wa­nej wład­czy­ni im­pe­rium. Poza tym pra­co­wał dla nie­go ze­spół eks­per­tów od za­rzą­dza­nia, sta­ran­nie do­bie­ra­nych przez Cen­ta­ine i Sha­sę przez ostat­nie czter­dzie­ści lat.

Nie umniej­sza­ło to jed­nak w ni­czym jego wła­snych osią­gnięć, z któ­rych do naj­więk­szych na­le­ża­ło bez­piecz­ne prze­pro­wa­dze­nie fir­my przez ostat­ni krach na gieł­dzie pa­pie­rów war­to­ścio­wych w Jo­han­nes­bur­gu, któ­ry spo­wo­do­wał ob­ni­że­nie war­to­ści nie­któ­rych ak­cji aż o sześć­dzie­siąt pro­cent. Gar­ry prze­wi­dział ko­niec hos­sy po­prze­dza­ją­cej krach i Co­urt­ney En­ter­pri­ses nie tyl­ko nie zo­sta­ło osła­bio­ne czy znisz­czo­ne, lecz wy­szło z tej cięż­kiej pró­by jesz­cze sil­niej­sze.

Sha­sa uśmiech­nął się i po­trzą­snął gło­wą. Jego syn do­sko­na­le so­bie ra­dził i po­now­ne roz­to­cze­nie nad nim ku­ra­te­li by­ło­by bar­dzo nie w po­rząd­ku. Ale Sha­sa czuł się jesz­cze mło­dy, był do­pie­ro po pięć­dzie­siąt­ce. Kie­dy wró­ci do domu, bę­dzie po­trze­bo­wał cze­goś, co po­zwo­li mu za­cho­wać by­stry umysł i spraw­ne cia­ło, a sta­no­wi­sko pre­ze­sa Arm­sco­ru do­sko­na­le się do tego nada­wa­ło.

Oczy­wi­ście za­cho­wa swo­je miej­sce w za­rzą­dzie ro­dzin­ne­go im­pe­rium, ale więk­szość cza­su i ener­gii po­świę­ci Arm­sco­ro­wi, któ­ry mógł­by za­wrzeć z przed­się­bior­stwa­mi Co­urt­ney­ów wie­le kon­trak­tów. Obu kon­cer­nom taka współ­pra­ca przy­nio­sła­by ogrom­ne ko­rzy­ści.

Uwa­ga Isa­bel­li, któ­ra wy­wo­ła­ła jego sprze­ciw, była zwią­za­na z jego no­wym za­da­niem. Wy­ko­rzy­stał swo­je dy­plo­ma­tycz­ne kon­tak­ty z am­ba­sa­dą izra­el­ską, aby pod­su­nąć, a po­tem roz­wi­nąć po­mysł wspól­ne­go pro­jek­tu nu­kle­ar­ne­go. Dziś wie­czo­rem wrę­czy at­ta­che izra­el­skie­mu na­stęp­ny plik do­ku­men­tów, któ­re mają być prze­ka­za­ne pocz­tą dy­plo­ma­tycz­ną do Tel Awi­wu.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Miał jesz­cze dwa­dzie­ścia mi­nut, za­nim bę­dzie mu­siał iść na górę i prze­brać się do ko­la­cji, więc sku­pił całą swo­ją uwa­gę na le­żą­cych przed nim pa­pie­rach.

Nanny roz­ło­ży­ła na łóż­ku suk­nię od Zan­dry Rho­des i przy­go­to­wa­ła ką­piel dla Isa­bel­li.

– Spóź­ni­łaś się, pa­nien­ko. A jesz­cze mu­szę cię ucze­sać.

Była Mu­lat­ką z Kapsz­ta­du i w jej ży­łach pły­nę­ła krew Ho­ten­to­tów.

– Nie de­ner­wuj się tak – po­wie­dzia­ła Isa­bel­la, ale po­ko­jów­ka bez­ce­re­mo­nial­nie wcią­gnę­ła ją do ła­zien­ki, jak­by wciąż mia­ła pięć lat.

Gdy z wes­tchnie­niem za­do­wo­le­nia za­nu­rzy­ła się po pod­bró­dek w pia­nie, Nan­ny ze­bra­ła jej po­roz­rzu­ca­ne ubra­nie.

– Two­ja su­kien­ka jest po­pla­mio­na tra­wą, dzie­cin­ko, a nowe majt­ki są po­rwa­ne. Co się sta­ło? – za­py­ta­ła.

Za­wsze sama pra­ła bie­li­znę Bel­li, nie po­wie­rzy­ła­by jej żad­nej pral­ni.

– Gra­łam w rug­by z Anio­łem Pie­kieł. Na­sza dru­ży­na wy­gra­ła trzy­dzie­ści do zera.

– Kie­dyś się do­igrasz. Wszy­scy Co­urt­ney­owie mają zbyt go­rą­cą krew – mruk­nę­ła Nan­ny, pod­nio­sła po­dar­te majt­ki swo­jej pani i przyj­rza­ła się im z dez­apro­ba­tą. – Już daw­no po­win­naś wyjść za mąż i ustat­ko­wać się.

– Masz brud­ne my­śli. Le­piej po­wiedz, co się dziś dzia­ło – prze­rwa­ła jej Isa­bel­la. – Jak tam nowa dziew­czy­na Klon­kie­go?

Wie­dzia­ła, jak od­wró­cić uwa­gę Nan­ny, któ­ra była nie­po­praw­ną plot­kar­ką i zwy­kle pod­czas ką­pie­li opo­wia­da­ła jej o wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło w cią­gu dnia. Kie­dy po­ko­jów­ka traj­ko­ta­ła, Isa­bel­la wy­da­wa­ła za­chę­ca­ją­ce po­mru­ki, ale słu­cha­ła tyl­ko jed­nym uchem, a gdy wsta­ła, żeby się na­my­dlić, uważ­nie obej­rza­ła swo­je cia­ło w wiel­kim za­pa­ro­wa­nym lu­strze umiesz­czo­nym na prze­ciw­le­głej ścia­nie ła­zien­ki.

– Nie są­dzisz, że za­czy­nam tyć, Nan­ny?

– Je­steś za chu­da i dla­te­go jesz­cze ża­den chło­pak się z tobą nie oże­nił – prych­nę­ła po­ko­jów­ka i wy­szła z ła­zien­ki.

Prze­glą­da­jąc się w lu­strze, Isa­bel­la pró­bo­wa­ła obiek­tyw­nie oce­nić swój wy­gląd. Czy w ja­kiś spo­sób mo­gła­by po­pra­wić fi­gu­rę? Czy jej pier­si nie po­win­ny być nie­co więk­sze? A może sut­ki nie ster­czą pod od­po­wied­nim ką­tem? Czy bio­dra nie są za sze­ro­kie, a ty­łek nie po­wi­nien być mniej­szy? Po chwi­li po­krę­ci­ła gło­wą. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się nie­mal do­sko­na­łe.

– Ra­món de San­tia­go y Ma­cha­do… – wy­szep­ta­ła. – Nig­dy się nie do­wiesz, co stra­ci­łeś.

Ale dla­cze­go na­gle zro­bi­ło jej się tak smut­no?

– Zno­wu roz­ma­wiasz sama ze sobą, dziec­ko – zbesz­ta­ła ją Nan­ny, któ­ra tym­cza­sem wró­ci­ła z ręcz­ni­kiem wiel­ko­ści prze­ście­ra­dła i roz­po­star­ła go przed nią. – Wy­chodź z wody. Mu­si­my się po­spie­szyć.

Owi­nę­ła ją ręcz­ni­kiem i za­czę­ła ener­gicz­nie wy­cie­rać jej ple­cy. Isa­bel­la wie­dzia­ła, że nie ma sen­su jej prze­ko­ny­wać, iż rów­nie do­brze mo­gła­by zro­bić to sama.

– Nie tak moc­no… – jęk­nę­ła. Pro­te­sto­wa­ła tak od dwu­dzie­stu lat, lecz po­ko­jów­ka nic so­bie z tego nie ro­bi­ła.

– Ile razy wy­cho­dzi­łaś za mąż, Nan­ny?

– Do­brze wiesz, że czte­ry, ale tyl­ko raz w ko­ście­le – od­par­ła po­ko­jów­ka i po­pa­trzy­ła na nią. – Dla­cze­go o to py­tasz? Czyż­byś zna­la­zła ko­goś cie­ka­we­go i stąd te po­dar­te majt­ki?

– Ach, ty wul­gar­na sta­rusz­ko! – za­wo­ła­ła Isa­bel­la i po dro­dze do sy­pial­ni chwy­ci­ła swój szla­frok z taj­skie­go je­dwa­biu.

Wzię­ła do ręki szczot­kę, ale za­nim zdą­ży­ła nią prze­su­nąć po wło­sach, Nan­ny ją jej ode­bra­ła.

– To moja ro­bo­ta, dziec­ko – oświad­czy­ła.

Isa­bel­la usia­dła i za­mknę­ła oczy, od­da­jąc się przy­jem­no­ści, jaką było cze­sa­nie wło­sów przez Nan­ny.

– Wiesz co? Chy­ba zde­cy­du­ję się na dziec­ko, że­byś mo­gła ma­ru­dzić komu in­ne­mu i dała mi spo­kój.

Po­ko­jów­ka mach­nę­ła szczot­ką w po­wie­trzu, po czym po­wie­dzia­ła su­ro­wo:

– Naj­pierw wyjdź za mąż, a do­pie­ro po­tem bę­dzie­my mó­wić o dziec­ku.

Kre­acja od Zan­dry Rho­des była pięk­nym ete­rycz­nym ob­ło­kiem o sub­tel­nym ko­lo­rze, usia­nym ce­ki­na­mi i drob­niut­ki­mi per­ła­mi. Nan­ny ki­wa­ła gło­wą i pa­trzy­ła z za­do­wo­le­niem, gdy jej mło­da pani okrę­ca­ła się przed nią.

Kie­dy Isa­bel­la była w po­ło­wie scho­dów, za­trzy­ma­ła się na­gle, bo przy­szła jej do gło­wy pew­na myśl. Jed­nym z go­ści na ko­la­cji miał być hisz­pań­ski char­ge d’af­fa­ires. Na­tych­miast zmie­ni­ła w my­ślach plan roz­miesz­cze­nia go­ści przy sto­le.

– Tak, oczy­wi­ście – od­parł hisz­pań­ski dy­plo­ma­ta, gdy wy­mie­ni­ła na­zwi­sko Ra­mó­na. – To sta­ra an­da­lu­zyj­ska ro­dzi­na.

O ile do­brze pa­mię­tam, mar­kiz de San­tia­go y Ma­cha­do po woj­nie do­mo­wej opu­ścił Hisz­pa­nię i udał się na Kubę. Jego ro­dzi­na mia­ła tam duże plan­ta­cje trzci­ny cu­kro­wej i ty­to­niu, ale za rzą­dów Ca­stro wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Mar­kiz… Wie­dza Isa­bel­li o hisz­pań­skiej szlach­cie nie wy­kra­cza­ła poza pod­sta­wo­we wia­do­mo­ści, jed­nak wy­da­wa­ło jej się, że mar­kiz to ktoś pra­wie taki sam jak ksią­żę.

Mar­ki­za Isa­bel­la de San­tia­go y Ma­cha­do, po­my­śla­ła, pusz­cza­jąc wo­dze wy­obraź­ni, i znów uj­rza­ła te zie­lo­ne, nie­bez­piecz­ne oczy.

– Ile lat ma mar­kiz? – spy­ta­ła.

– Jest już w dość po­de­szłym wie­ku, je­śli jesz­cze żyje. Musi mieć oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu lat.

– A może ma syna?

Dy­plo­ma­ta po­krę­cił gło­wą.

– Tego nie wiem. Ale je­śli pani so­bie ży­czy, mogę tro­chę po­py­tać.

– Och, by­ło­by to bar­dzo miłe z pana stro­ny… – po­wie­dzia­ła, kła­dąc dłoń na jego ręce i po­sy­ła­jąc mu swój naj­bar­dziej uwo­dzi­ciel­ski uśmiech.

Nie wy­wi­niesz się tak ła­two Isa­bel­li Co­urt­ney, pa­nie mar­ki­zie, po­my­śla­ła.

– Nawią­zy­wa­nie kon­tak­tu za­ję­ło wam pra­wie dwa ty­go­dnie, a kie­dy w koń­cu do nie­go do­szło, od razu po­zwo­li­li­ście jej się wy­mknąć – po­wie­dział Joe Ci­ce­ro.

Zga­sił pa­pie­ro­sa w sto­ją­cej przed nim prze­peł­nio­nej po­piel­nicz­ce i na­tych­miast za­pa­lił na­stęp­ne­go. Czub­ki jego dwóch pal­ców pra­wej ręki były po­żół­kłe od ni­ko­ty­ny, a w po­ko­ju uno­si­ła się siwa mgła dymu z tu­rec­kich pa­pie­ro­sów, któ­re pa­lił.

– Czy ta­kie otrzy­ma­li­ście roz­ka­zy? – za­py­tał po chwi­li.

Ra­món Ma­cha­do wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To był je­dy­ny pew­ny spo­sób, aby zwró­cić na sie­bie jej uwa­gę. Ta ko­bie­ta jest przy­zwy­cza­jo­na do ad­o­ra­cji. Wy­star­czy, że ski­nie pal­cem, i już ma wo­kół sie­bie tłum męż­czyzn. Po­win­ni­ście mi za­ufać w tej kwe­stii.

– Po­zwo­li­li­ście jej uciec – burk­nął Joe Ci­ce­ro.

Wie­dział, że się po­wta­rza, ale ten Hisz­pan go iry­to­wał.

Nie znał go jesz­cze na tyle do­brze, by mu za­ufać. Wła­ści­wie ni­ko­mu ze swo­ich pod­wład­nych nie ufał. Ale ten czło­wiek był zbyt pew­ny sie­bie, zbyt aro­ganc­ki. Na­ga­nę skwi­to­wał je­dy­nie wzru­sze­niem ra­mion. Ktoś inny pew­nie by się tłu­ma­czył, a on wy­raź­nie dał do zro­zu­mie­nia, że wy­żej ceni wła­sną opi­nię niż zda­nie wyż­sze­go ran­gą ofi­ce­ra.

Prze­tarł dło­nią oczy. Były męt­ne jak ka­łu­że sta­re­go ole­ju sil­ni­ko­we­go, za­ska­ku­ją­co czar­ne przy jego bla­dej skó­rze i si­wych wło­sach, któ­re opa­da­ły mu na uszy i czo­ło.

– Mie­li­ście roz­kaz na­wią­zać kon­takt i utrzy­mać go – po­wie­dział.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, to­wa­rzy­szu ge­ne­ra­le… mia­łem wkraść się w ła­ski tej ko­bie­ty, a nie rzu­cać się na nią jak wście­kły pies – od­parł Ra­món.

Joe Ci­ce­ro nie lu­bił go. Głów­nie za jego aro­gan­cję, ale nie był to je­dy­ny po­wód. Ra­món y Ma­cha­do był ob­co­kra­jow­cem, a Ci­ce­ro uwa­żał każ­de­go nie-Ro­sja­ni­na za cu­dzo­ziem­ca. Nie­za­leż­nie od tego, co na­ka­zy­wa­ła kon­cep­cja mię­dzy­na­ro­do­we­go so­cja­li­zmu, Niem­cy z NRD, Ju­go­sło­wia­nie, Wę­grzy, Ku­bań­czy­cy czy Po­la­cy, wszy­scy byli dla nie­go cu­dzo­ziem­ca­mi. Kie­dy mu­siał znacz­ną część od­po­wie­dzial­no­ści za pra­cę sek­cji, któ­rą kie­ro­wał od pra­wie trzy­dzie­stu lat, prze­ka­zy­wać ta­kim lu­dziom, do­pro­wa­dza­ło go to do sza­łu.

W do­dat­ku Ma­cha­do nie tyl­ko był cu­dzo­ziem­cem, ale miał też fa­tal­ne po­cho­dze­nie. Nie wy­wo­dził się z pro­le­ta­ria­tu ani na­wet z po­gar­dza­nej bur­żu­azji, lecz na­le­żał do znie­na­wi­dzo­ne­go, prze­sta­rza­łe­go sys­te­mu klas i przy­wi­le­jów – był ary­sto­kra­tą.

Wpraw­dzie lek­ce­wa­żą­co mó­wił o swo­im po­cho­dze­niu, a ty­tu­łu uży­wał tyl­ko wów­czas, gdy po­ma­ga­ło mu to w osią­gnię­ciu ja­kie­goś celu, w jego ży­łach pły­nę­ła ska­żo­na krew, a ary­sto­kra­tycz­ne ma­nie­ry były obe­lgą dla wszyst­kie­go, w co Ci­ce­ro wie­rzył.

Co wię­cej, uro­dził się w Hisz­pa­nii, fa­szy­stow­skim kra­ju od wie­ków rzą­dzo­nym przez ka­to­lic­kich kró­lów bę­dą­cych wro­ga­mi ludu, a obec­nie przez jesz­cze gor­sze­go po­two­ra, ja­kim był Fran­co, któ­ry stłu­mił ko­mu­ni­stycz­ną re­wo­lu­cję. Mógł na­zy­wać sie­bie ku­bań­skim so­cja­li­stą, ale dla Ci­ce­ra śmier­dział hisz­pań­skim fa­szy­zmem i ary­sto­kra­cją.

– Po­zwo­li­li­ście jej uciec – po­wie­dział po­now­nie. – Zmar­no­wa­li­ście mnó­stwo cza­su i pie­nię­dzy.

Zda­wał so­bie spra­wę, że się po­wta­rza i siły po­wo­li go opusz­cza­ją. Cho­ro­ba za­czy­na­ła już przy­tę­piać jego zmy­sły.

Ra­món uśmiech­nął się. Tego pro­tek­cjo­nal­ne­go uśmie­chu Joe Ci­ce­ro też nie lu­bił.

– Po­łknę­ła ha­czyk jak ryba. Może so­bie pły­wać i nur­ko­wać, do­pó­ki nie będę go­tów jej wy­cią­gnąć.

Mó­wiąc to, zno­wu za­ne­go­wał zda­nie prze­ło­żo­ne­go i ge­ne­rał uświa­do­mił so­bie ostat­ni i naj­istot­niej­szy po­wód swo­jej nie­chę­ci do tego męż­czy­zny: jego mło­dość, uro­da i zdro­wie bo­le­śnie uzmy­sła­wia­ły mu wła­sną śmier­tel­ność, bo Joe Ci­ce­ro umie­rał.

Od dzie­ciń­stwa na­ło­go­wo pa­lił moc­ne tu­rec­kie pa­pie­ro­sy i w koń­cu pod­czas ostat­niej wi­zy­ty w Mo­skwie dok­to­rzy zdia­gno­zo­wa­li u nie­go raka płuc. Za­pro­po­no­wa­li le­cze­nie wjed­nym z sa­na­to­riów dla wy­so­kiej ran­gi ofi­ce­rów, ale Joe Ci­ce­ro wy­brał dal­szą służ­bę, po­nie­waż chciał oso­bi­ście prze­ka­zać wy­dział swo­je­mu na­stęp­cy. Nie wie­dział wte­dy, że ma nim być wła­śnie ten Hisz­pan. Gdy­by to wie­dział, może wy­brał­by po­byt w sa­na­to­rium.

Czuł się bar­dzo zmę­czo­ny i znie­chę­co­ny. Zu­żył już cały swój daw­ny za­pał i en­tu­zjazm. Jesz­cze przed kil­ko­ma laty jego wło­sy były czar­ne i gę­ste, a te­raz zro­bi­ły się żół­ta­wo­bia­łe i przy­po­mi­na­ły wy­su­szo­ne wo­do­ro­sty. Nie mógł też przejść na­wet kil­ku­na­stu kro­ków, żeby nie za­cząć sa­pać i ka­słać jak ast­ma­tyk.

Ostat­nio czę­sto bu­dził się po no­cach zla­ny po­tem i gdy le­żąc w ciem­no­ściach, łap­czy­wie chwy­tał po­wie­trze, drę­czy­ły go strasz­li­we wąt­pli­wo­ści. Czy war­to było po­świę­cać całe ży­cie pra­cy? Czym mógł się po­chwa­lić? Co zdo­łał osią­gnąć?

Przez pra­wie trzy­dzie­ści lat pra­co­wał w wy­dzia­le afry­kań­skim pierw­sze­go za­rzą­du KGB. Przez ostat­nie dzie­sięć lat kie­ro­wał sek­cją Po­łu­dnie od­po­wia­da­ją­cą za kon­ty­nent afry­kań­ski po­ni­żej rów­ni­ka i więk­szość uwa­gi po­świę­cał naj­wy­żej roz­wi­nię­te­mu, naj­bo­gat­sze­mu kra­jo­wi tego re­gio­nu – Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki.

Przy sto­le sie­dział jesz­cze je­den męż­czy­zna – czar­ny. Do tej pory mil­czał, lecz te­raz po­wie­dział ci­cho:

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go po­świę­ca­my tyle cza­su tej ko­bie­cie. Pro­szę mi to wy­ja­śnić.

Obaj bia­li po­pa­trzy­li na nie­go. Gdy Ra­le­igh Ta­ba­ka mó­wił, inni zwy­kle słu­cha­li. Roz­ta­czał wo­kół sie­bie aurę czło­wie­ka, któ­ry wie, co robi, a to przy­ku­wa­ło uwa­gę.

Joe Ci­ce­ro przez całe ży­cie pra­co­wał z czar­ny­mi miesz­kań­ca­mi Afry­ki, przy­wód­ca­mi ru­chów na­ro­do­wo­wy­zwo­leń­czych i so­cja­li­stycz­nych. Znał ich wszyst­kich: Jomo Ke­ny­at­tę i Ken­ne­tha Kaun­dę, Kwa­me Nkru­ma­ha i Ju­liu­sa Ny­ere­re. Nie­któ­rych znał bar­dzo do­brze – a wśród nich ta­kich lu­dzi jak ska­za­ny na śmierć Mo­ses Gama czy Nel­son Man­de­la, wciąż wię­zio­ny przez bia­łych ra­si­stów.

Ra­le­igh był sio­strzeń­cem Mo­se­sa Gamy i wi­dział, jak pew­nej nocy po­łu­dnio­wo­afry­kań­ska po­li­cja za­mor­do­wa­ła jego wuja. Odzie­dzi­czył jego bo­ga­tą oso­bo­wość i sil­ny cha­rak­ter, więc za­jął miej­sce Gamy. Choć miał do­pie­ro trzy­dzie­ści lat, był już wi­ce­prze­wod­ni­czą­cym Umkhon­to we Si­zwe, Włócz­ni Na­ro­du, zbroj­nej for­ma­cji Afry­kań­skie­go Kon­gre­su Na­ro­do­we­go (ANC). Joe Ci­ce­ro wie­dział, że wie­lo­krot­nie spraw­dził się w te­re­nie i pod­czas ob­rad ANC. Miał ta­lent, od­wa­gę i de­ter­mi­na­cję i mógł osią­gnąć wię­cej niż kto­kol­wiek inny w Afry­ce.

Joe Ci­ce­ro wo­lał go od hisz­pań­skie­go ary­sto­kra­ty, choć wie­dział, że mimo róż­ne­go ko­lo­ru skó­ry i po­cho­dze­nia obaj męż­czyź­ni są ule­pie­ni z tej sa­mej gli­ny. Byli twar­dy­mi i nie­bez­piecz­ny­mi ludź­mi, oswo­jo­ny­mi z prze­mo­cą i śmier­cią, do­sko­na­le ra­dzą­cy­mi so­bie w skom­pli­ko­wa­nym świe­cie po­li­tycz­nych ukła­dów i in­tryg.

To wła­śnie im miał prze­ka­zać ster wła­dzy, więc obaj bu­dzi­li jego nie­chęć.

– Ta ko­bie­ta mo­gła­by być dla nas nie­zwy­kle cen­na, gdy­by ją kon­tro­lo­wa­no i od­po­wied­nio wy­ko­rzy­sty­wa­no – po­wie­dział z na­ci­skiem. – Ale le­piej niech mar­kiz sam wam to wy­ja­śni. Ta spra­wa na­le­ży do nie­go i to on ob­ser­wo­wał obiekt.

Uśmiech na war­gach Ra­mó­na zgasł. Ob­rzu­cił Ro­sja­ni­na nie­przy­ja­znym spoj­rze­niem.

– Wo­lał­bym, żeby to­wa­rzysz dy­rek­tor nie uży­wał tego ty­tu­łu – wy­ce­dził. – Na­wet w żar­tach.

Joe Ci­ce­ro wie­dział, że tyl­ko w ten spo­sób może prze­bić pan­cerz Hisz­pa­na. Po­chy­lił gło­wę w drwią­cym ge­ście prze­pro­sin.

– Wy­bacz­cie, to­wa­rzy­szu…

Ra­món Ma­cha­do otwo­rzył le­żą­cy przed nim na sto­le sko­ro­szyt, ale na­wet nie rzu­cił na nie­go okiem. Znał na pa­mięć każ­de za­pi­sa­ne w nim sło­wo.

– Nada­li­śmy tej ko­bie­cie pseu­do­nim Czer­wo­na Róża, a nasi psy­chia­trzy spo­rzą­dzi­li jej szcze­gó­ło­wy pro­fil. We­dług ich oce­ny jest bar­dzo po­dat­na na zręcz­ną re­kru­ta­cję i może stać się nie­zwy­kle cen­ną agent­ką.

Ra­le­igh Ta­ba­ka po­chy­lił się do przo­du. Ra­món za­uwa­żył, że nie prze­rwał mu jesz­cze żad­nym py­ta­niem lub ko­men­ta­rzem, i do­ce­nił tę po­wścią­gli­wość. Do tej pory nie pra­co­wa­li ra­zem i spo­tka­li się do­pie­ro trze­ci raz, więc obaj jesz­cze po­zna­wa­li się wza­jem­nie.

– Czer­wo­ną Różę moż­na by­ło­by po­sta­wić przed emo­cjo­nal­nym dy­le­ma­tem… – za­czął. – Na­le­ży do bia­łej kla­sy pa­nu­ją­cej w Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki. Jej oj­ciec wła­śnie koń­czy ka­den­cję am­ba­sa­do­ra w Wiel­kiej Bry­ta­nii i wra­ca do kra­ju, by ob­jąć sta­no­wi­sko pre­ze­sa na­ro­do­wej kor­po­ra­cji zbro­je­nio­wej. Po­sia­da ogrom­ne udzia­ły w ko­pal­niach, zie­mi i go­tów­ce. Po Op­pen­he­ime­rach jest to chy­ba naj­bar­dziej wpły­wo­wa ro­dzi­na w tej czę­ści Afry­ki. W do­dat­ku ten czło­wiek ma kon­tak­ty w naj­wyż­szych krę­gach fa­szy­stow­skie­go re­żi­mu RPA. Jed­nak naj­waż­niej­sze jest to, że nie wi­dzi świa­ta poza swo­ją cór­ką. Czer­wo­na Róża bez tru­du może do­stać od nie­go wszyst­ko, cze­go tyl­ko za­pra­gnie… w tym tak­że do­stęp do wszyst­kich po­zio­mów rzą­do­wej hie­rar­chii i in­for­ma­cji, na­wet tych do­ty­czą­cych jego no­wej po­sa­dy w kor­po­ra­cji zbro­je­nio­wej.

Ra­le­igh Ta­ba­ka kiw­nął gło­wą. Do­brze znał ro­dzi­nę Co­urt­ney­ów i nie wi­dział żad­ne­go błę­du w ta­kiej oce­nie sy­tu­acji.

– Po­zna­łem kie­dyś mat­kę Czer­wo­nej Róży, ale ona jest po na­szej stro­nie – mruk­nął.

– To praw­da – po­twier­dził Ra­món. – Sha­sa Co­urt­ney roz­wiódł się z Tarą sie­dem lat temu. Ra­zem z pań­skim wu­jem Mo­se­sem Gamą wzię­ła udział w za­ma­chu bom­bo­wym na ra­si­stow­ski par­la­ment, za co Gama zo­stał aresz­to­wa­ny i za­mor­do­wa­ny. Była rów­nież ko­chan­ką Gamy i mat­ką jego nie­ślub­ne­go syna. Po nie­uda­nym za­ma­chu ucie­kła z RPA ra­zem z dziec­kiem. Miesz­ka te­raz w Lon­dy­nie i dzia­ła w ru­chu an­ty­apar­the­idow­skim. Jest tak­że człon­kiem Afry­kań­skie­go Kon­gre­su Na­ro­do­we­go, ale po­nie­waż ucho­dzi za oso­bę nie­zbyt kom­pe­tent­ną i nie­sta­bil­ną emo­cjo­nal­nie, ma do­syć ni­ską ran­gę i otrzy­mu­je je­dy­nie ru­ty­no­we za­da­nia. Obec­nie pro­wa­dzi bez­piecz­ny dom dla per­so­ne­lu ANC w Lon­dy­nie i cza­sem peł­ni funk­cję ku­rie­ra lub po­ma­ga or­ga­ni­zo­wać zjaz­dy i de­mon­stra­cje. Jej po­ten­cjal­na war­tość dla nas to wpływ na Czer­wo­ną Różę.

– Tak – od­parł Ra­le­igh. – Wiem o tym wszyst­kim, ale czy rze­czy­wi­ście ta ko­bie­ta ma ja­kiś wpływ na cór­kę? Zda­je się, że sym­pa­tie Czer­wo­nej Róży zde­cy­do­wa­nie leżą po stro­nie ojca.

Ra­món kiw­nął gło­wą.

– Istot­nie tak jest. Jed­nak poza mat­ką w tej ro­dzi­nie jest jesz­cze jed­na oso­ba o ra­dy­kal­nych po­glą­dach… to Mi­cha­el, brat dziew­czy­ny, któ­ry ma na nią znacz­nie więk­szy wpływ. Poza tym są tak­że inne spo­so­by jej zwer­bo­wa­nia.

– Ja­kie? – spy­tał Ta­ba­ka.

– Je­den z nich to słod­ka pu­łap­ka – od­parł Joe Ci­ce­ro. – Mar­kiz… prze­pra­szam, to­wa­rzysz Ma­cha­do na­wią­zał już kon­takt z obiek­tem. Słod­ka pu­łap­ka to jed­na z jego licz­nych spe­cjal­no­ści.

– Pro­szę mnie in­for­mo­wać o roz­wo­ju wy­da­rzeń – po­wie­dział Ra­le­igh.

Obaj po­zo­sta­li męż­czyź­ni po­pa­trzy­li na nie­go. Mimo że zo­stał wy­bra­ny do władz Afry­kań­skie­go Kon­gre­su Na­ro­do­we­go i na­le­żał do Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej, nie był – w prze­ci­wień­stwie do nich – ofi­ce­rem ro­syj­skie­go KGB. A Joe Ci­ce­ro czuł się przede wszyst­kim wy­so­kim ran­gą ofi­ce­rem KGB, cho­ciaż jego awans z puł­kow­ni­ka na ge­ne­ra­ła-puł­kow­ni­ka zo­stał za­twier­dzo­ny za­le­d­wie przed mie­sią­cem, gdy w mo­skiew­skiej kli­ni­ce wy­kry­to u nie­go raka obu płuc. Po­dej­rze­wał, że zo­stał awan­so­wa­ny tyl­ko dla­te­go, by móc otrzy­my­wać wyż­szą eme­ry­tu­rę. Mimo to człon­ko­stwo w kon­gre­sie było dla nie­go spra­wą dru­go­rzęd­ną – naj­waż­niej­sza była lo­jal­ność wo­bec Ro­sji – więc ANC bę­dzie otrzy­my­wał tyl­ko na­praw­dę nie­zbęd­ne in­for­ma­cje.

Ra­món Ma­cha­do rów­nież miał skry­sta­li­zo­wa­ne po­glą­dy. Uro­dził się w Hisz­pa­nii i miał hisz­pań­ski ty­tuł szla­chec­ki, ale jego mat­ka była Ku­ban­ką o ciem­no­nie­bie­skich oczach i kru­czo­czar­nych wło­sach. Po­zna­ła ojca Ra­mó­na, gdy jako mło­da dziew­czy­na była go­spo­dy­nią w po­sia­dło­ści ro­dzi­ny Ma­cha­do w po­bli­żu Ha­wa­ny. Po ślu­bie mar­kiz za­brał swo­ją pięk­ną żonę z ludu do Hisz­pa­nii.

W cza­sie hisz­pań­skiej woj­ny do­mo­wej po­zo­sta­wał w opo­zy­cji wo­bec na­cjo­na­li­stów ge­ne­ra­ła Fran­co. Mimo swo­je­go ary­sto­kra­tycz­ne­go po­cho­dze­nia i odzie­dzi­czo­ne­go ma­jąt­ku był li­be­ra­łem. Przy­łą­czył się do ar­mii re­pu­bli­kań­skiej i brał udział w ob­lę­że­niu Ma­dry­tu, pod­czas któ­re­go zo­stał cięż­ko ran­ny. Po woj­nie ro­dzi­na Ma­cha­do była prze­śla­do­wa­na przez fa­szy­stow­ski re­żim. Żona wy­mo­gła na nim, by za­wiózł ją ra­zem z dziec­kiem z po­wro­tem na jej oj­czy­stą wy­spę na Ka­ra­ibach. Cho­ciaż mar­ki­zo­wi ode­bra­no więk­szość po­sia­dło­ści w Hisz­pa­nii, wciąż miał do­bra na Ku­bie. Jed­nak ro­dzi­na Ma­cha­do wkrót­ce się prze­ko­na­ła, że dyk­ta­tor­skie rzą­dy Ba­ti­sty są nie­wie­le lep­sze od re­żi­mu ge­ne­ra­ła Fran­co.

Mat­ka Ra­mó­na była ciot­ką le­wi­co­we­go za­pa­leń­ca Fi­de­la Ca­stro, a tak­że jed­ną z jego naj­żar­liw­szych zwo­len­ni­czek. Ak­tyw­nie uczest­ni­czy­ła w kam­pa­nii prze­ciw­ko re­żi­mo­wi Ba­ti­sty, więc pierw­sze sym­pa­tie po­li­tycz­ne mło­de­go Ra­mó­na ukształ­to­wa­ły się pod wpły­wem mat­ki i jej sław­ne­go sio­strzeń­ca.

Gdy Fi­del Ca­stro tra­fił do wię­zie­nia za prze­pro­wa­dze­nie śmia­łe­go, lecz nie­uda­ne­go ata­ku na ko­sza­ry w San­tia­go dwu­dzie­ste­go szó­ste­go lip­ca 1953 roku, ro­dzi­ce Ra­mó­na zo­sta­li aresz­to­wa­ni ra­zem z wie­lo­ma re­be­lian­ta­mi.

Mat­ka zmar­ła w cza­sie prze­słu­cha­nia w po­li­cyj­nej celi w Ha­wa­nie, a oj­ciec za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni póź­niej, w tym sa­mym wię­zie­niu. Po raz ko­lej­ny po­sia­dło­ści ro­dzin­ne zo­sta­ły skon­fi­sko­wa­ne i je­dy­nym dzie­dzic­twem Ra­mó­na był ty­tuł mar­ki­za. Miał wów­czas czter­na­ście lat. Ro­dzi­na Ca­stro przy­gar­nę­ła go i za­opie­ko­wa­ła się nim.

Gdy Fi­del Ca­stro zo­stał zwol­nio­ny z wię­zie­nia na mocy amne­stii, Ra­món udał się wraz z nim do Mek­sy­ku i ma­jąc szes­na­ście lat, zo­stał jed­nym z pierw­szych ochot­ni­ków ku­bań­skiej ar­mii wy­zwo­leń­czej na ob­czyź­nie.

To wła­śnie w Mek­sy­ku na­uczył się wy­ko­rzy­sty­wać swo­ją nie­zwy­kłą uro­dę i roz­wi­nął umie­jęt­ność zdo­by­wa­nia ko­bie­cych serc. Kie­dy skoń­czył sie­dem­na­ście lat, ko­le­dzy z woj­ska nada­li mu przy­do­mek El Zor­ro Do­ra­do, „Zło­ty Lis”. Miał re­pu­ta­cję uwo­dzi­cie­la, któ­re­mu żad­na ko­bie­ta się nie oprze.

Do cza­su aresz­to­wa­nia ojca i jego śmier­ci w wię­zie­niu po­bie­rał sta­ran­ne wy­kształ­ce­nie, od­po­wied­nie dla je­dy­na­ka z bo­ga­tej ary­sto­kra­tycz­nej ro­dzi­ny. Uczęsz­czał do eks­klu­zyw­nej szko­ły w An­glii i spę­dził dwa lata w Har­row, więc mó­wił po an­giel­sku rów­nie do­brze jak swo­im oj­czy­stym hisz­pań­skim. W szko­le wy­ka­zy­wał po­nad­prze­cięt­ne zdol­no­ści i na­brał ma­nier mło­de­go dżen­tel­me­na. Wspa­nia­le jeź­dził kon­no, do­brze grał w ba­se­ball i upra­wiał węd­kar­stwo mu­cho­we. Był też do­sko­na­łym strzel­cem i czę­sto po­lo­wał na hisz­pań­skie czer­wo­no­no­gie ku­ro­pa­twy oraz mek­sy­kań­skie go­łę­bie o bia­łych skrzy­dłach. Umiał jeź­dzić kon­no, strze­lać, tań­czyć i śpie­wać, i był nie­zwy­kle uro­dzi­wy.

Kie­dy wró­cił na Kubę wraz z Fi­de­lem Ca­stro i osiem­dzie­się­cio­ma dwo­ma par­ty­zan­ta­mi dru­gie­go grud­nia 1956 roku, do­wiódł swo­jej war­to­ści w wal­ce, w któ­rej więk­szość jego to­wa­rzy­szy zgi­nę­ła.

Był jed­nym z nie­licz­nych, któ­rzy prze­ży­li i ucie­kli ra­zem z Ca­stro w góry, żeby stam­tąd pro­wa­dzić wal­kę par­ty­zanc­ką. Do­wód­ca od­dzia­łu czę­sto wy­sy­łał go do ku­bań­skich miast i wsi, aby ćwi­czył sztu­kę uwo­dze­nia na dzie­siąt­kach ko­biet – mło­dych i star­szych, pięk­nych i po­spo­li­tych. W ra­mio­nach Ra­mó­na sta­wa­ły się peł­ny­mi en­tu­zja­zmu có­ra­mi re­wo­lu­cji. Z każ­dym pod­bo­jem na­bie­rał do­świad­cze­nia i pew­no­ści sie­bie, a gru­pa zwer­bo­wa­nych przez nie­go ko­biet ode­gra­ła znacz­ną rolę w osta­tecz­nym zwy­cię­stwie i oba­le­niu re­żi­mu Ba­ti­sty.

Ca­stro w peł­ni do­ce­nił war­tość swo­je­go mło­de­go krew­nia­ka i pro­te­go­wa­ne­go, więc po doj­ściu do wła­dzy na­gro­dził go, po­sy­ła­jąc na dal­szą na­ukę na kon­ty­nent ame­ry­kań­ski. Stu­diu­jąc hi­sto­rię po­li­tycz­ną i an­tro­po­lo­gię spo­łecz­ną na Uni­wer­sy­te­cie Flo­ry­dy, Ra­món wy­ko­rzy­stał swo­je ama­tor­skie umie­jęt­no­ści do in­fil­tra­cji gru­py ku­bań­skich emi­gran­tów, któ­rzy z po­mo­cą CIA przy­go­to­wy­wa­li kontr­re­wo­lu­cję i in­wa­zję na wy­spę.

To wła­śnie głów­nie dzię­ki do­star­czo­nym przez nie­go in­for­ma­cjom usta­lo­no czas lą­do­wa­nia zdraj­ców w Za­to­ce Świń, cze­go re­zul­ta­tem było cał­ko­wi­te roz­gro­mie­nie kontr­re­wo­lu­cjo­ni­stów. Jego zdol­no­ści zo­sta­ły do­ce­nio­ne nie tyl­ko przez ziom­ków, ale rów­nież przez sprzy­mie­rzeń­ców.

Kie­dy z wy­róż­nie­niem ukoń­czył stu­dia i wró­cił do Ha­wa­ny, szef KGB na Ku­bie na­mó­wił Ca­stro i dy­rek­to­ra DGA, aby wy­sła­li go na szko­le­nie do Mo­skwy. W Ro­sji umie­jęt­no­ści Ra­mó­na i jego po­ten­cjal­na war­tość rów­nież zo­sta­ły do­ce­nio­ne. Na­le­żał do nie­licz­nych osób, któ­re do­sko­na­le po­tra­fią się po­ru­szać we wszyst­kich krę­gach spo­łecz­nych, za­rów­no wśród par­ty­zan­tów w dżun­gli, jak i w sa­lo­nach czy eks­klu­zyw­nych pry­wat­nych klu­bach naj­więk­szych sto­lic świa­ta.

Za wie­dzą i zgo­dą Ca­stro zo­stał zwer­bo­wa­ny przez KGB. Bio­rąc pod uwa­gę jego kon­tak­ty, moż­na było się spo­dzie­wać, że nie­ba­wem zo­sta­nie sze­fem wspól­nej ko­mi­sji ko­or­dy­nu­ją­cej ro­syj­skie i ku­bań­skie dzia­ła­nia w Afry­ce.

Pra­cu­jąc na tym sta­no­wi­sku, do­kład­nie przyj­rzał się afry­kań­skim so­cja­li­stycz­nym ru­chom wy­zwo­leń­czym i miał wy­brać spo­śród nich or­ga­ni­za­cje, któ­re mo­gły­by otrzy­mać peł­ne wspar­cie ze stro­ny Ro­sji i Kuby. Za­ini­cjo­wał po­li­ty­kę, w ra­mach któ­rej w dzia­ła­niach na te­re­nie po­łu­dnio­wej Afry­ki Kuba za­czę­ła za­stę­po­wać Mat­kę Ro­sję, od­po­wia­dał za do­sta­wy bro­ni dla afry­kań­skich grup opo­ru i ich szko­le­nie, zo­stał też człon­kiem Afry­kań­skie­go Kon­gre­su Na­ro­do­we­go.

W bar­dzo krót­kim cza­sie od­wie­dził wszyst­kie kra­je Afry­ki znaj­du­ją­ce się na te­re­nie jego dzia­łal­no­ści, uży­wa­jąc swo­je­go hisz­pań­skie­go pasz­por­tu i szla­chec­kie­go ty­tu­łu. Uda­wał ka­pi­ta­li­stycz­ne­go in­we­sto­ra i ban­kie­ra, z re­ko­men­da­cja­mi spro­ku­ro­wa­ny­mi przez KGB. Był ak­cep­to­wa­ny przez bia­łą ad­mi­ni­stra­cję ko­lo­nii i po­dej­mo­wa­ny przez wszyst­kich, od gu­ber­na­to­rów por­tu­gal­skiej An­go­li i Mo­zam­bi­ku po bry­tyj­skie­go ge­ne­ra­ła-gu­ber­na­to­ra Ro­de­zji. Był na­wet na obie­dzie ze słyn­nym ar­chi­tek­tem apar­the­idu, przy­wód­cą bia­łych w RPA, Hen­dri­kiem Ver­wo­er­dem.

Kie­dy się oka­za­ło, że trze­ba wy­zna­czyć na­stęp­cę ge­ne­ra­ła Ci­ce­ro, kwa­li­fi­ka­cje i do­świad­cze­nie Ra­mó­na uczy­ni­ły go je­dy­nym moż­li­wym kan­dy­da­tem.

Tak więc te­raz, sie­dząc w po­ko­ju na ty­łach ro­syj­skie­go kon­su­la­tu na Bay­swa­ter Road z czło­wie­kiem, któ­re­go miej­sce wkrót­ce miał za­jąć, oraz czar­no­skó­rym przy­wód­cą afry­kań­skiej par­ty­zant­ki, miał po­glą­dy tak samo skry­sta­li­zo­wa­ne jak jego prze­ło­żo­ny.

Ra­le­igh Ta­ba­ka, mó­wiąc: „Pro­szę mnie in­for­mo­wać o roz­wo­ju wy­da­rzeń”, do­wiódł swo­jej na­iw­no­ści. Bę­dzie in­for­mo­wa­ny tyl­ko o tym, o czym ich zda­niem po­wi­nien wie­dzieć. Wy­bór tego czło­wie­ka i re­pre­zen­to­wa­nej przez nie­go or­ga­ni­za­cji do przy­szłych władz Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki miał być za­le­d­wie pierw­szym kro­kiem na dro­dze do osta­tecz­ne­go celu – so­cja­li­zmu obej­mu­ją­ce­go cały afry­kań­ski kon­ty­nent.

– Oczy­wi­ście, bę­dzie­cie in­for­mo­wa­ni na bie­żą­co o wszyst­kim, co do­ty­czy tej spra­wy oraz in­nych, w któ­rych na­sze in­te­re­sy są zbież­ne – za­pew­nił go Ra­món.

Uspo­ko­jo­ny Mu­rzyn roz­siadł się wy­god­niej w fo­te­lu i od­wza­jem­nił uśmiech Hisz­pa­na. Nie­wie­lu lu­dzi, za­rów­no męż­czyzn, jak i ko­biet, było nie­czu­łych na jego wdzięk. Ra­món z sa­tys­fak­cją stwier­dził, że ten urok dzia­ła na­wet na tak twar­de­go i bez­kom­pro­mi­so­we­go czło­wie­ka jak Ra­le­igh Ta­ba­ka.

Cho­ciaż Ta­ba­ka ni­cze­go po so­bie nie po­ka­zał, do­sko­na­le wie­dział, że jego bia­łe­go roz­mów­cę roz­pie­ra sa­mo­za­do­wo­le­nie. Je­dy­nie ktoś o tak wy­czu­lo­nym zmy­śle ob­ser­wa­cji jak on mógł to za­uwa­żyć. Od wie­lu lat pra­co­wał z bia­ła­sa­mi z Kuby i Ro­sji i do­brze wie­dział, że w kon­tak­tach z nimi tyl­ko jed­na rzecz jest pew­na: nig­dy nie na­le­ży im ufać.

Na­uczył się uda­wać, że się zga­dza, że pod­po­rząd­ko­wu­je się ich de­cy­zjom, przy­bie­ra­jąc swo­bod­ną pozę i od­po­wia­da­jąc szcze­rym uśmie­chem, jed­nak ani na chwi­lę nie za­po­mniał, że roz­ma­wia z bia­ły­mi. Jak więk­szość Afry­ka­nów był ra­si­stą o sil­nie roz­wi­nię­tym po­czu­ciu wię­zi ple­mien­nej. Rów­nie go­rą­co nie­na­wi­dził trak­tu­ją­cych go z po­błaż­li­wą wyż­szo­ścią bia­łych przy sto­le kon­fe­ren­cyj­nym, jak bia­łych po­li­cjan­tów, któ­rzy strze­la­li do jego po­bra­tym­ców w Shar­pe­vil­le.

Nig­dy ani na chwi­lę nie za­po­mi­nał tam­te­go okrop­ne­go dnia, gdy pod błę­kit­nym afry­kań­skim nie­bem trzy­mał w ra­mio­nach dziew­czy­nę, któ­rą ko­chał i któ­ra mia­ła zo­stać jego żoną. Pa­trzył, jak umie­ra, a po­tem, za­nim jesz­cze jej cia­ło osty­gło, wło­żył pal­ce do ran od kul na jej pier­si i po­przy­siągł ze­mstę. Nie tyl­ko za­bój­com, ale wszyst­kim prze­klę­tym bia­łym, któ­rzy od wie­ków na­rzu­ca­li im swo­ją wła­dzę i ro­bi­li z nich nie­wol­ni­ków. Nie­na­wiść była sen­sem ży­cia Ra­le­igha Ta­ba­ki.

Pa­trzył na sie­dzą­cych przy sto­le bia­łych i uśmie­chał się, czer­piąc siłę i pew­ność sie­bie ze swo­jej nie­na­wi­ści.

– A za­tem uzgod­ni­li­śmy, że zaj­mie­cie się tą ko­bie­tą – po­wie­dział. – Przejdź­my te­raz do…

– Chwi­lecz­kę – po­wstrzy­mał go Ra­món i zwró­cił się do Jo­ego Ci­ce­ro: – Je­śli mam da­lej pra­co­wać nad Czer­wo­ną Różą, po­zo­sta­je jesz­cze do omó­wie­nia kwe­stia bu­dże­tu tej ope­ra­cji.

– Wy­ło­ży­li­śmy już na nią dwa ty­sią­ce fun­tów – od­parł Ci­ce­ro.

– Co wy­star­czy­ło za­le­d­wie na wstęp­ne przy­go­to­wa­nia. Trze­ba bę­dzie zwięk­szyć ten bu­dżet. Czer­wo­na Róża jest cór­ką bo­ga­te­go ka­pi­ta­li­sty i chcąc zro­bić na niej wra­że­nie, będę mu­siał nadal grać rolę hisz­pań­skie­go gran­da.

Spie­ra­li się jesz­cze przez kil­ka mi­nut, a Ra­le­igh Ta­ba­ka nie­cier­pli­wie stu­kał ołów­kiem w stół. Sek­cja afry­kań­ska była kop­ciusz­kiem czwar­te­go za­rzą­du KGB i li­czo­no każ­dy prze­zna­czo­ny na nią ru­bel.

To po­ni­ża­ją­ce, my­ślał Ta­ba­ka, słu­cha­jąc tych tar­gów. Bar­dziej przy­po­mi­na­li sta­re baby sprze­da­ją­ce dy­nie przy za­ku­rzo­nej afry­kań­skiej dro­dze niż męż­czyzn za­mie­rza­ją­cych oba­lić im­pe­rium zła i wy­zwo­lić pięt­na­ście mi­lio­nów jego czar­nych oby­wa­te­li.

W koń­cu do­szli do po­ro­zu­mie­nia i Ra­le­igh, z tru­dem skry­wa­jąc nie­smak, uniósł rękę.

– Może mo­gli­by­śmy te­raz przejść do omó­wie­nia pla­nu mo­jej po­dró­ży po Afry­ce? – za­py­tał. Są­dził, że wła­śnie to było głów­nym po­wo­dem tego spo­tka­nia. – Czy przy­szła już zgo­da z Mo­skwy?

Do po­po­łu­dnia trwa­ła dys­ku­sja, pod­czas któ­rej zje­dli skrom­ny lunch przy­sła­ny ze sto­łów­ki kon­su­la­tu. Wpa­da­ją­ce przez je­dy­ne okno pro­mie­nie słoń­ca z tru­dem prze­bi­ja­ły się przez chmu­rę dymu z pa­pie­ro­sów ge­ne­ra­ła. Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się spo­tka­li, znaj­do­wa­ło się na naj­wyż­szym pię­trze i było re­gu­lar­nie spraw­dza­ne, więc nie było w nim żad­nych elek­tro­nicz­nych urzą­dzeń pod­słu­cho­wych.

Joe Ci­ce­ro za­mknął le­żą­ce przed nim akta i pod­niósł gło­wę. Jego ciem­ne oczy były prze­krwio­ne od dymu i ze zmę­cze­nia.

– My­ślę, że wszyst­ko już omó­wi­li­śmy. Chy­ba że ma­cie jesz­cze ja­kieś py­ta­nia.

Po­krę­ci­li gło­wa­mi.

– Jak zwy­kle to­wa­rzysz Ma­cha­do wyj­dzie pierw­szy – po­wie­dział Ci­ce­ro.

Pod­sta­wo­wą za­sa­dą tych spo­tkań było, że za­wsze roz­cho­dzi­li się osob­no. Nikt nie po­wi­nien wi­dzieć ich ra­zem.

Ra­món opu­ścił kon­su­lat przez wy­dział wi­zo­wy, naj­bar­dziej za­tło­czo­ną część bu­dyn­ku, gdzie trud­no by­ło­by go za­uwa­żyć w tłu­mie stu­den­tów i in­nych osób ubie­ga­ją­cych się o do­ku­men­ty umoż­li­wia­ją­ce wy­jazd do Związ­ku Ra­dziec­kie­go.

Tuż przed oto­czo­nym mu­rem kon­su­la­tem znaj­do­wał się przy­sta­nek au­to­bu­so­wy. Ra­món wsiadł do au­to­bu­su li­nii 88, ale wy­siadł już na na­stęp­nym przy­stan­ku i przez Lan­ca­ster Gate ru­szył do Ken­sing­ton Gar­dens. Po­krę­cił się chwi­lę w ro­za­rium, a kie­dy na­brał pew­no­ści, że nikt go nie śle­dzi, prze­szedł przez park.

Jego miesz­ka­nie znaj­do­wa­ło się przy wą­skiej ulicz­ce od­cho­dzą­cej od Ken­sing­ton High Stre­et. Zo­sta­ło wy­na­ję­te spe­cjal­nie do ope­ra­cji „Czer­wo­na Róża” i choć mia­ło tyl­ko jed­ną sy­pial­nię, sa­lo­nik był duży, a lo­ka­li­za­cja bar­dzo wy­god­na.

Przez dwa ty­go­dnie Ra­mó­no­wi uda­ło się nadać wnę­trzu wy­gląd zaj­mo­wa­ne­go od daw­na miesz­ka­nia. Jego rze­czy oso­bi­ste przy­wie­zio­no tu z Kuby w ba­ga­żu dy­plo­ma­tycz­nym. Było wśród nich kil­ka do­brych ob­ra­zów, któ­re po­zo­sta­wił mu oj­ciec, oraz tro­chę róż­nych dro­bia­zgów, ta­kich jak ro­dzin­ne fo­to­gra­fie w srebr­nych ram­kach przed­sta­wia­ją­ce ro­dzi­ców, za­mek i po­sia­dło­ści w An­da­lu­zji. Szkło i por­ce­la­na zo­sta­ły zde­kom­ple­to­wa­ne, ale wszyst­kie były ozdo­bio­ne her­bem ro­dzi­ny Ma­cha­do przed­sta­wia­ją­cym je­le­nia i odyń­ca po dwóch stro­nach po­dzie­lo­nej na czte­ry czę­ści tar­czy. Kije do gol­fa le­ża­ły rzu­co­ne nie­dba­le w ką­cie ma­łe­go przed­po­ko­ju ra­zem ze sfa­ty­go­wa­ną skó­rza­ną tor­bą, na któ­rej kon­tu­ry her­bu pra­wie zu­peł­nie się za­tar­ły. Ra­món wie­dział, że Czer­wo­na Róża zwra­ca uwa­gę na ta­kie szcze­gó­ły.

Po­pa­trzył na swo­je­go zło­te­go car­tie­ra – jesz­cze jed­ną ro­dzin­ną pa­miąt­kę – któ­re­go rzad­ko no­sił. Bę­dzie się mu­siał po­spie­szyć. Ogo­lił się szyb­ko, lecz sta­ran­nie, a po­tem wziął prysz­nic, aby zmyć z wło­sów odór tu­rec­kich pa­pie­ro­sów Jo­ego Ci­ce­ro.

Prze­cho­dząc do sy­pial­ni, od­ru­cho­wo zer­k­nął w lu­stro. Kie­dy trzy ty­go­dnie wcze­śniej wró­cił z Ro­sji, był w szczy­to­wej for­mie. Kurs dla wyż­szych ofi­ce­rów, zor­ga­ni­zo­wa­ny w ośrod­ku szko­le­nio­wym KGB na wy­brze­żu Mo­rza Czar­ne­go, po­mógł mu osią­gnąć do­sko­na­łą kon­dy­cję fi­zycz­ną, więc choć te­raz miał nie­wie­le cza­su na ćwi­cze­nia, jesz­cze nie było tego po nim wi­dać. Wciąż był szczu­pły i mu­sku­lar­ny, miał pła­ski brzuch, a jego wło­sy nadal były gę­ste i czar­ne. Nie był próż­ny, twarz i cia­ło trak­to­wał jak na­rzę­dzia słu­żą­ce do osią­ga­nia ce­lów, któ­re mu wy­zna­cza­no. Nie miał złu­dzeń co do trwa­ło­ści swo­ich fi­zycz­nych wa­lo­rów, ale dbał o nie – tak samo jak wo­jow­nik dba o swój oręż.

Ju­tro mu­szę wy­brać się na si­łow­nię, po­wie­dział so­bie.

Ko­rzy­stał z ośrod­ka sztuk wal­ki w Blo­oms­bu­ry pro­wa­dzo­ne­go przez wę­gier­skie­go emi­gran­ta. Dwie go­dzi­ny wy­tę­żo­nych ćwi­czeń parę razy w ty­go­dniu po­zwo­lą mu za­cho­wać do­brą for­mę na czas ope­ra­cji o kryp­to­ni­mie „Czer­wo­na Róża”.

Wło­żył bry­cze­sy, weł­nia­ną ko­szu­lę od Tre­vi­ry w ko­lo­rze szał­wii, zie­lo­ny kra­wat i twe­edo­wą kurt­kę. Buty do kon­nej jaz­dy le­ża­ły na jego no­gach jak dru­ga skó­ra; kie­dy szedł, lek­ko marsz­czy­ły się po­wy­żej ko­stek, two­rząc ide­al­nie rów­ne fał­dy – taki efekt moż­na osią­gnąć je­dy­nie dzię­ki wie­lo­let­niej sta­ran­nej pie­lę­gna­cji.

Wie­dział, że Czer­wo­na Róża uwiel­bia jaz­dę kon­ną; w jej świe­cie ko­nie były waż­ną czę­ścią ży­cia. Uzna te buty za od­zna­kę przy­na­leż­no­ści do eli­tar­nej gru­py, do któ­rej sama na­le­ża­ła.

Po­now­nie spoj­rzał na ze­ga­rek i z za­do­wo­le­niem stwier­dził, że do­brze wy­li­czył czas.

Za­mknął miesz­ka­nie i zszedł na dół, na uli­cę. Desz­czo­we chmu­ry, któ­re przed­tem wy­glą­da­ły tak groź­nie, ro­ze­szły się i zro­bi­ło się pięk­ne let­nie po­po­łu­dnie. Na­wet na­tu­ra zda­wa­ła się mu sprzy­jać.

Staj­nie znaj­do­wa­ły się przy wą­skiej ulicz­ce za ko­sza­ra­mi gwar­dii. Za­rząd­ca znał go. Wpi­su­jąc swo­je na­zwi­sko do re­je­stru, Ra­món prze­su­nął wzro­kiem po ostat­nich wpi­sach i stwier­dził, że szczę­ście nadal go nie opusz­cza. Czer­wo­na Róża wy­na­ję­ła ko­nia dwa­dzie­ścia mi­nut przed nim.

Po­szedł do staj­ni, gdzie sta­jen­ny osio­dłał jego wierz­chow­ca. Tę gnia­dą klacz Ra­món wy­brał oso­bi­ście i za­pła­cił za nią pięć­set fun­tów. Była to oka­zja: wie­dział, że gdy­by po­sta­no­wił sprze­dać tego ko­nia, nie tyl­ko od­zy­skał­by pie­nią­dze, ale jesz­cze by spo­ro za­ro­bił. Spraw­dził po­pręg i uprząż, cały czas ła­god­nie prze­ma­wia­jąc do kla­czy, uspo­ka­ja­jąc ją po­kle­py­wa­niem i gło­sem, po czym ski­nie­niem gło­wy po­dzię­ko­wał sta­jen­ne­mu i wsko­czył na sio­dło.

W ta­kie po­po­łu­dnie w Rot­ten Row było zwy­kle oko­ło pięć­dzie­się­ciu jeźdź­ców. Kie­dy Ra­món je­chał stę­pa pod dę­ba­mi, gru­py jeźdź­ców mi­ja­ły go i wy­prze­dza­ły. Ale Czer­wo­nej Róży nie było wśród nich.

Gdy tyl­ko klacz tro­chę się roz­grza­ła, ude­rzył ją lek­ko pię­ta­mi. Po­ru­sza­ła się z wdzię­kiem, a on je­chał na niej jak cen­taur. Na­wet wśród do­świad­czo­nych jeźdź­ców wy­róż­niał się do­sko­na­łą umie­jęt­no­ścią kon­nej jaz­dy i nie­jed­na z mi­ja­ją­cych go ko­biet od­wra­ca­ła się w sio­dle, aby od­pro­wa­dzić go wzro­kiem.

Przy koń­cu Row od stro­ny Park Lane skrę­cił i po­pę­dził klacz do kłu­su; ga­lop był za­bro­nio­ny. Trzy­dzie­ści me­trów przed nim je­cha­ła w jego stro­nę czwór­ka jeźdź­ców. Byli to mło­dzi lu­dzie, dwie dziew­czy­ny i dwóch męż­czyzn. Wszy­scy pew­nie sie­dzie­li w sio­dłach, lecz Czer­wo­na Róża wy­róż­nia­ła się spo­śród nich jak afry­kań­ski nek­tar­nik wśród sta­da wró­bli.

Wy­my­ka­ją­ce się spod ka­sku wło­sy dziew­czy­ny fa­lo­wa­ły jak pta­sie skrzy­dła, po­ły­sku­jąc w słoń­cu. Śmie­jąc się, bły­ska­ła bia­ły­mi zę­ba­mi, a jej po­licz­ki były za­ru­mie­nio­ne z wy­sił­ku i od wia­tru.

Ra­món roz­po­znał ja­dą­ce­go obok niej męż­czy­znę. Pod­czas pro­wa­dzo­nej przez ostat­nie dwa ty­go­dnie ob­ser­wa­cji wciąż wi­dy­wał go z Czer­wo­ną Różą, więc po­pro­sił o in­for­ma­cje na jego te­mat. Oka­za­ło się, że jest to dru­gi syn bar­dzo bo­ga­te­go wła­ści­cie­la bro­wa­rów, znie­wie­ścia­ły play­boy z wyż­szych sfer, w ro­dza­ju tych, któ­rych w Lon­dy­nie na­zy­wa­no we­so­ły­mi chłop­ca­mi. To wła­śnie on to­wa­rzy­szył dziew­czy­nie na kon­cer­cie czte­ry dni wcze­śniej. Od tam­tej pory spę­dzi­ła z nim dwa wie­czo­ry na pry­wat­kach w Kni­ghts­brid­ge i Chel­sea. Ra­món za­uwa­żył, że Czer­wo­na Róża trak­tu­je go z po­błaż­li­wym roz­ba­wie­niem, jak szcze­nia­ka ber­nar­dy­na, a sami by­wa­li tyl­ko wte­dy, gdy je­cha­li jego MG z jed­ne­go przy­ję­cia na dru­gie. Nic nie wska­zy­wa­ło na to, że ze sobą sy­pia­ją, co było do­syć nie­zwy­kłe la­tem 1969 roku, gdy swo­bo­da sek­su­al­na przy­bra­ła roz­mia­ry epi­de­mii.

Wie­dział rów­nież, że Isa­bel­la Co­urt­ney nie jest nie­śmia­łą dzie­wi­cą. W cią­gu ostat­nich trzech lat, któ­re spę­dzi­ła w Hi­ghveld, mia­ła trzy burz­li­we, choć krót­ko­trwa­łe ro­man­se i do­kład­ne in­for­ma­cje o nich znaj­do­wa­ły się w do­ku­men­tach KGB.

Sku­pił uwa­gę na swo­jej kla­czy i po­chy­lił się, aby po­kle­pać ją po szyi.

– Do­sko­na­le, moja dro­ga – po­wie­dział po hisz­pań­sku, jed­no­cze­śnie ką­tem oka ob­ser­wu­jąc dziew­czy­nę.

Wy­da­wa­ło się, że wca­le nie pa­trzy, ale na­wet naj­mniej­szy szcze­gół nie ucho­dził jego uwa­gi.

Kie­dy pra­wie się mi­nę­li, zo­ba­czył, że dziew­czy­na uno­si gło­wę. Udał, że ni­cze­go nie za­uwa­żył, i ru­szył da­lej.

– Ra­món! – za­wo­ła­ła. – Za­cze­kaj!

Za­trzy­mał ko­nia i obej­rzał się, z nie­za­do­wo­le­niem marsz­cząc brwi. Gdy dziew­czy­na za­wró­ci­ła i je­cha­ła w jego stro­nę, pa­trzył na nią chłod­no, jak­by do­tknię­ty jej na­tar­czy­wo­ścią. Za­trzy­ma­ła się obok, ścią­ga­jąc wo­dze.

– Nie pa­mię­tasz mnie? – za­py­ta­ła, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie. – Je­stem Isa­bel­la Co­urt­ney, ura­to­wa­łeś mnie. – Męż­czyź­ni za­wsze ją pa­mię­ta­li, nie­za­leż­nie od tego jak prze­lot­ne i od­le­głe było ich spo­tka­nie. – Na kon­cer­cie w par­ku – do­da­ła ci­szej.

– Ach! – za­wo­łał Ra­món, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – Ma­skot­ka na mo­to­cykl. Wy­bacz mi. By­łaś wte­dy tro­chę in­a­czej ubra­na.

– Nie za­cze­ka­łeś, aż ci po­dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła z wy­rzu­tem, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc uśmiech ra­do­ści, że w koń­cu ją po­znał.

– Nie było za co. Poza tym, o ile do­brze pa­mię­tam, mia­łaś wte­dy coś pil­ne­go do za­ła­twie­nia.

– Je­steś tu sam? – za­py­ta­ła, zmie­nia­jąc te­mat. – Może się do nas przy­łą­czysz? Po­zwól, że przed­sta­wię cię moim przy­ja­cio­łom.

– Och, nie chcę się na­rzu­cać.

– Pro­szę – na­le­ga­ła. – Nie bę­dziesz ża­ło­wał, są bar­dzo za­baw­ni.

Ra­món skło­nił się w sio­dle.

– Czyż mógł­bym od­rzu­cić za­pro­sze­nie tak pięk­nej damy?

Isa­bel­la po­czu­ła się, jak­by jej ser­ce ści­śnię­to w ima­dle. Z tru­dem od­dy­cha­ła, pa­trząc w te pięk­ne zie­lo­ne oczy.

Po­zo­sta­ła trój­ka za­trzy­ma­ła ko­nie i cze­ka­ła na nich. Pod­jeż­dża­jąc do nich, Isa­bel­la za­uwa­ży­ła, że Ro­ger spo­sęp­niał, i ze zło­śli­wą sa­tys­fak­cją po­wie­dzia­ła:

– Po­zwo­lisz, że ci przed­sta­wię mar­ki­za de San­tia­go y Ma­cha­do? Ra­món, to Ro­ger Co­ates-Gra­in­ger.

Ra­món spoj­rzał na nią py­ta­ją­co i Isa­bel­la uświa­do­mi­ła so­bie, że po­peł­ni­ła błąd, wy­mie­nia­jąc jego ty­tuł – nie wspo­mniał o nim pod­czas ich pierw­sze­go spo­tka­nia.

Ale gdy przed­sta­wi­ła Ra­mó­na Har­riet Be­au­champ, na­tych­miast o tym za­po­mnia­ła, bo Har­riet ob­li­za­ła się jak kot­ka z te­le­wi­zyj­nej re­kla­my kar­my dla do­mo­wych ulu­bień­ców. Była naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką Isa­bel­li w Lon­dy­nie, jed­nak wy­ni­ka­ło to bar­dziej z wy­ra­cho­wa­nia niż ze szcze­rej sym­pa­tii. Har­riet sta­no­wi­ła jej bi­let wstę­pu do za­mknię­te­go krę­gu lon­dyń­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. Jako cór­ka ear­la była mile wi­dzia­na tam, gdzie Isa­bel­lę – mimo uro­dy i bo­ga­tej ro­dzi­ny – uwa­ża­no by za no­wo­bo­gac­ką cu­dzo­ziem­kę mó­wią­cą ze śmiesz­nym ak­cen­tem. Była to zresz­tą przy­jaźń przy­no­szą­ca ko­rzy­ści obu stro­nom. Gdzie­kol­wiek po­ja­wia­ła się Isa­bel­la Co­urt­ney, na­tych­miast ota­czał ją tłum męż­czyzn. Har­riet, mimo swo­jej apa­ry­cji bez­barw­nej blon­dyn­ki, była nie­zwy­kle na­mięt­ną oso­bą i Isa­bel­la z przy­jem­no­ścią pod­su­wa­ła jej swo­ich od­rzu­co­nych wiel­bi­cie­li.

Za­zwy­czaj ten układ do­sko­na­le się spraw­dzał, ale Ra­món nie był od­rzu­co­nym wiel­bi­cie­lem, w każ­dym ra­zie jesz­cze nie, więc Isa­bel­la wje­cha­ła mię­dzy nich i po­sła­ła przy­ja­ciół­ce ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, któ­rej bar­dzo to po­chle­bi­ło. Har­riet do­sko­na­le wie­dzia­ła, że nig­dy nie mo­gła­by być ry­wal­ką Isa­bel­li, ale było jej przy­jem­nie, iż po­trak­to­wa­no ją jak za­gro­że­nie.

– Mar­kiz? – po­wtó­rzył Ra­món, gdy ru­szy­li. – Wiesz o mnie znacz­nie wię­cej niż ja o to­bie.

– Och, pew­nie wi­dzia­łam two­ją fo­to­gra­fię w ja­kiejś ko­lum­nie to­wa­rzy­skiej – od­par­ła nie­dba­le Isa­bel­la, my­śląc jed­no­cze­śnie: „Boże, żeby tyl­ko nie do­szedł do wnio­sku, że aż tak bar­dzo się nim za­in­te­re­so­wa­łam”.

Ra­món po­ki­wał gło­wą.

– Ach tak, oczy­wi­ście… pew­nie w „Ta­tle­rze”.

Jego zdję­cie było tyl­ko w ak­tach CIA i kil­ku in­nych or­ga­ni­za­cji wy­wia­dow­czych.

– Tak, wła­śnie w „Ta­tle­rze” – po­twier­dzi­ła Isa­bel­la, na­tych­miast wy­ko­rzy­stu­jąc wy­tłu­ma­cze­nie, któ­re jej pod­su­nął.

Za­raz po­tem za­czę­ła go uwo­dzić – sta­ra­jąc się jed­nak nie oka­zy­wać mu przy tym zbyt­nie­go za­in­te­re­so­wa­nia. Oka­za­ło się to ła­twiej­sze, niż przy­pusz­cza­ła. Ra­món ła­two na­wią­zy­wał kon­tak­ty z in­ny­mi ludź­mi i wkrót­ce wszy­scy, z wy­jąt­kiem wciąż po­sęp­ne­go Ro­ge­ra, ga­wę­dzi­li i śmia­li się, jak­by byli sta­ry­mi zna­jo­my­mi.

Gdy za­czę­ło się zmierz­chać i za­wró­ci­li ku staj­niom, Isa­bel­la pod­je­cha­ła do Har­riet i szep­nę­ła:

– Za­proś go na dzi­siej­sze przy­ję­cie.

Przy­ja­ciół­ka sze­ro­ko otwo­rzy­ła swo­je cha­bro­we oczę­ta.

– Kogo? – za­py­ta­ła z uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

– Do­brze wiesz kogo, ty roz­pust­na mała wiedź­mo. Od go­dzi­ny wo­dzisz za nim ocza­mi!

Kiedy ro­dzi­ce Har­riet Be­au­champ prze­by­wa­li na wsi, ko­rzy­sta­ła z ich domu w Bel­gra­vii i czę­sto wy­da­wa­ła w nim przy­ję­cia.

Tego wie­czo­ru za­pro­si­ła więk­szość ob­sa­dy Hair, naj­now­sze­go mu­si­ca­lu bę­dą­ce­go prze­bo­jem roku. Ak­to­rzy przy­by­li za­raz po przed­sta­wie­niu, jesz­cze w ko­stiu­mach i ma­ki­ja­żu, a wy­na­ję­ty przez Har­riet czte­ro­oso­bo­wy ze­spół z Ja­maj­ki za­grał na ich po­wi­ta­nie utwór Aqu­arius w wer­sji ca­lyp­so.

Za­po­wia­da­ło się, że bę­dzie to jed­no z naj­bar­dziej uda­nych te­go­rocz­nych przy­jęć. Było tak tłocz­no, że pa­rom ma­ją­cym ja­kieś po­waż­niej­sze pla­ny przej­ście scho­da­mi z sali ba­lo­wej do sy­pial­ni na pię­trze zaj­mo­wa­ło po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut, a po­tem mu­sia­ły jesz­cze cze­kać na swo­ją ko­lej­kę. Isa­bel­la za­sta­na­wia­ła się, co po­my­ślał­by oj­ciec Har­riet, dzie­sią­ty earl z rzę­du w ro­dzi­nie Be­au­cham­pów, gdy­by wie­dział, ja­kim po­wo­dze­niem cie­szy się jego wiel­kie łoże.

W tym roz­ba­wio­nym tłu­mie tyl­ko ona była sa­mot­na. Zna­la­zła so­bie miej­sce w po­ło­wie mar­mu­ro­wych scho­dów, skąd mo­gła ob­ser­wo­wać wszyst­kich go­ści wcho­dzą­cych przez fron­to­we drzwi i jed­no­cze­śnie wi­dzieć, co dzie­je się na sali ba­lo­wej i w sa­lo­nie, do któ­re­go za­czę­ły prze­su­wać się roz­tań­czo­ne pary.

Zde­cy­do­wa­nie od­ma­wia­ła wszyst­kim pro­szą­cym ją do tań­ca męż­czy­znom, a było ich bar­dzo wie­lu. Tak chłod­no re­ago­wa­ła na nie­po­rad­ne za­lo­ty i cięż­kie dow­ci­py Ro­ge­ra Co­ates-Gra­in­ge­ra, że w koń­cu znie­chę­co­ny wy­szedł na ta­ras, gdzie znaj­do­wał się bar z szam­pa­nem. Na pew­no już się zdą­żył ulu­lać, po­my­śla­ła z po­nu­rą ulgą.

Wszy­scy tak do­sko­na­le się ba­wi­li, że nikt nie wy­szedł wcze­śniej, by prze­nieść się na inną im­pre­zę. Cały ruch przez po­dwój­ne te­ko­we drzwi wej­ścio­we od­by­wał się tyl­ko w jed­nym kie­run­ku, a gwar i ha­łas po­tę­go­wa­ły się z każ­dą mi­nu­tą.

Kie­dy przy­by­ła ko­lej­na gru­pa go­ści, Isa­bel­la przez mo­ment po­czu­ła przy­pływ na­dziei, wi­dząc wśród nich męż­czy­znę o ciem­nych krę­co­nych wło­sach, lecz po chwi­li uświa­do­mi­ła so­bie, że jest za ni­ski, a gdy się od­wró­cił, zo­ba­czy­ła żół­ta­wą twarz z po­dwój­nym pod­bród­kiem. Na­tych­miast go znie­na­wi­dzi­ła, na­wet nie wie­dząc, kim jest.

W ak­cie swo­istej ma­so­chi­stycz­nej po­ku­ty przez cały wie­czór oby­wa­ła się jed­ną lamp­ką szam­pa­na, któ­ry już nie mu­so­wał i zro­bił się cie­pły od do­ty­ku jej pal­ców. Po­szu­ka­ła wzro­kiem Ro­ge­ra, aby po­słać go po na­stęp­ny kie­li­szek, ale zo­ba­czy­ła, że tań­czy z wy­so­ką dziew­czy­ną, któ­ra mia­ła sztucz­ne rzę­sy i chi­cho­ta­ła tak gło­śno, że jej pi­skli­wy śmiech do­cho­dził aż do scho­dów.

Ależ ona jest okrop­na, po­my­śla­ła. A Ro­ger wy­glą­da jak al­fons, kie­dy tak jej nad­ska­ku­je.

Po­pa­trzy­ła na fran­cu­ski ze­gar z por­ce­la­ny i po­zła­ca­ne­go brą­zu wi­szą­cy nad drzwia­mi sa­lo­nu. Była już za dwa­dzie­ścia pierw­sza. Wes­tchnę­ła.

Na­stęp­ne­go dnia o wpół do pierw­szej w po­łu­dnie tata za­pla­no­wał waż­ny lunch dla gru­py wpły­wo­wych kon­ser­wa­tyw­nych po­słów i ich mał­żo­nek. Jak zwy­kle Isa­bel­la mia­ła być go­spo­dy­nią. Po­win­na się tro­chę prze­spać, żeby do­brze wy­glą­dać, ale mimo to zwle­ka­ła z wyj­ściem.

Gdzie on jest, do dia­bła? – za­sta­na­wia­ła się po­nu­ro. Niech go szlag, prze­cież obie­cał przyjść. (Wła­ści­wie po­wie­dział tyl­ko, że po­sta­ra się wpaść, ale do­szła do wnio­sku, że moż­na to uznać za obiet­ni­cę).

Od­rzu­ci­ła ko­lej­ne za­pro­sze­nie do tań­ca, na­wet nie pa­trząc, kto ją pro­si, i upi­ła łyk szam­pa­na. Miał okrop­ny smak.

Za­cze­kam do pierw­szej i ani mi­nu­ty dłu­żej, obie­ca­ła so­bie sta­now­czo.

Na­gle jej ser­ce się za­trzy­ma­ło, a po­tem za­bi­ło gwał­tow­nie. Mu­zy­ka od razu wy­da­ła się przy­jem­niej­sza, ra­do­śniej­sza, tłum go­ści i zgiełk prze­sta­ły mę­czyć, a po­nu­ry na­strój gdzieś się ulot­nił. Ogar­nę­ła ją fala pod­nie­ce­nia i nie­spo­koj­ne­go ocze­ki­wa­nia.

Był tam, stał we fron­to­wych drzwiach, o pół gło­wy wyż­szy od wszyst­kich męż­czyzn, któ­rzy sta­li obok nie­go. Ko­smyk wło­sów opadł mu na czo­ło jak znak za­py­ta­nia, a jego twarz mia­ła obo­jęt­ny, nie­mal wzgar­dli­wy wy­raz.

Chcia­ła za­wo­łać gło­śno: „Ra­món, tu je­stem!”, ale się po­wstrzy­ma­ła i nie pa­trząc, od­sta­wi­ła kie­li­szek na scho­dek. Oczy­wi­ście prze­wró­cił się, a sie­dzą­ca ni­żej dziew­czy­na krzyk­nę­ła, gdy cie­pła­wy szam­pan spły­nął po jej na­gich ple­cach. Isa­bel­la na­wet nie sły­sza­ła jej pro­te­stów. Pod­nio­sła się szyb­ko i i na­tych­miast spo­czę­ło na niej chłod­ne spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu Ra­mó­na.

Wpa­try­wa­li się w sie­bie po­nad gło­wa­mi wi­ru­ją­cych, po­dry­gu­ją­cych tan­ce­rzy, jak­by byli zu­peł­nie sami. Żad­ne z nich się nie uśmie­cha­ło. Isa­bel­la czu­ła, że jest to bar­dzo waż­na chwi­la.

Była pew­na, że w tym mo­men­cie jej ży­cie cał­ko­wi­cie się zmie­ni­ło. Już nic nig­dy nie bę­dzie ta­kie jak daw­niej.

Za­czę­ła scho­dzić po scho­dach, nie pa­trząc na sie­dzą­ce ni­żej, obej­mu­ją­ce się pary, któ­re blo­ko­wa­ły przej­ście. Wy­da­wa­ło się, że roz­su­wa­ją się przed nią, a ona pew­nie od­naj­dy­wa­ła dro­gę mię­dzy nimi.

Cały czas pa­trzy­ła na Ra­mó­na. Nie wy­szedł jej na­prze­ciw, nadal stał nie­ru­cho­mo w tłu­mie go­ści. Ten bez­ruch przy­po­mi­nał jej jed­ne­go z wiel­kich dra­pież­nych ko­tów Afry­ki i na­gle po­czu­ła dreszcz stra­chu. Ru­szy­ła w jego stro­nę, czu­jąc, że krew za­czę­ła ży­wiej krą­żyć w jej ży­łach.

Po chwi­li sta­nę­ła przed nim i w mil­cze­niu wy­cią­gnę­ła do nie­go na­gie, opa­lo­ne ra­mio­na, a gdy przy­cią­gnął ją do pier­si, za­rzu­ci­ła mu ręce na szy­ję. Kie­dy za­czę­li tań­czyć, mu­zy­ka była im nie­po­trzeb­na; po­ru­sza­li się zgod­nie z wła­snym ryt­mem. Przy­ci­snę­ła pier­si do jego mu­sku­lar­ne­go tor­su i po­czu­ła bi­cie jego ser­ca, a jej sut­ki na­brzmia­ły i stward­nia­ły. Wie­dzia­ła, że to za­uwa­żył, bo jego ser­ce za­czę­ło bić szyb­ciej, a zie­lo­ne oczy po­ciem­nia­ły.

Po­wol­nym, zmy­sło­wym ru­chem wy­gię­ła ple­cy, na­pi­na­jąc mię­śnie bie­gną­ce wzdłuż krę­go­słu­pa. Prze­su­nął po nich pal­ca­mi tak de­li­kat­nie, jak­by grał na ja­kimś in­stru­men­cie. Za­drża­ła pod jego do­tknię­ciem i przy­war­ła do nie­go bio­dra­mi. Po­czu­ła, że cia­ło męż­czy­zny rów­nież stward­nia­ło.

Był wiel­kim drze­wem, a ona opla­ta­ją­cą je wi­no­ro­ślą, był gła­zem, a ona omy­wa­ją­cym go tro­pi­kal­nym oce­anem, był wierz­choł­kiem góry, a ona mięk­ko otu­la­ją­cą go chmu­rą. Jej cia­ło sta­ło się lek­kie i swo­bod­ne, zda­wa­ła się pły­nąć w jego ra­mio­nach. Byli sami we wszech­świe­cie, poza za­się­giem wszyst­kich praw na­tu­ry, cza­su i prze­strze­ni; na­wet gra­wi­ta­cja ich nie do­ty­czy­ła, bo sto­pa­mi nie do­ty­ka­li już zie­mi.

Gdy po­pro­wa­dził ją do drzwi, zo­ba­czy­ła, że Ro­ger woła coś do niej z dru­gie­go koń­ca sali. Wy­so­ka dziew­czy­na gdzieś znik­nę­ła i zo­sta­wi­ła go uwię­zio­ne­go w na­pie­ra­ją­cej ze wszyst­kich stron ma­sie ciał ni­czym rybę w sie­ci.

Ze­szli po fron­to­wych scho­dach i Isa­bel­la wy­ję­ła z wy­szy­wa­nej ce­ki­na­mi wie­czo­ro­wej to­reb­ki klu­czy­ki do mini co­ope­ra, po czym wci­snę­ła je Ra­mó­no­wi do ręki.

Kie­dy je­cha­li pu­sty­mi uli­ca­mi, na­chy­li­ła się do nie­go i pa­trzy­ła na jego twarz, zu­peł­nie nie in­te­re­su­jąc się tym, do­kąd ją za­bie­ra. Wy­da­wa­ło jej się, że nie znie­sie już ani chwi­li cze­ka­nia na do­tyk jego dło­ni na swo­im cie­le. Uświa­do­mi­ła so­bie, że zno­wu drży.

Ra­món skrę­cił, za­trzy­mał sa­mo­chód przy kra­węż­ni­ku, po czym wy­siadł i szyb­kim kro­kiem prze­szedł na dru­gą stro­nę auta. Wie­dzia­ła, że po­żą­da jej rów­nie moc­no jak ona jego. Przy­war­ła do jego ra­mie­nia, gdy szli w kie­run­ku domu z czer­wo­nej ce­gły sto­ją­ce­go w sze­re­gu in­nych po­dob­nych bu­dyn­ków.

Za­pro­wa­dził ją po scho­dach na dru­gie pię­tro i gdy tyl­ko za­mknął za sobą drzwi do miesz­ka­nia, na­tych­miast się do niej od­wró­cił. Po raz pierw­szy po­czu­ła jego war­gi na swo­ich. Skó­ra twa­rzy Ra­mó­na była szorst­ka od świe­że­go za­ro­stu, ale war­gi mięk­kie, go­rą­ce i słod­kie jak doj­rza­ły owoc, a jego ję­zyk w jej ustach przy­po­mi­nał żywe stwo­rze­nie.

Po­czu­ła, że coś w niej pęka, i fala po­żą­da­nia zmy­ła wszel­kie ha­mul­ce. Krew szu­mia­ła jej w uszach jak wzbu­rzo­ne sztor­mem mo­rze.

Ogar­nę­ło ją sza­leń­stwo.

Wy­su­nę­ła się z jego ob­jęć i nie­cier­pli­wie zdar­ła z sie­bie ubra­nie, po­zwa­la­jąc, by upa­dło na błysz­czą­cą drew­nia­ną pod­ło­gę ma­łe­go przed­po­ko­ju.

Sto­ją­cy przed nią Ra­món ro­ze­brał się rów­nie szyb­ko, a ona po­żą­dli­wie oglą­da­ła każ­dy ko­lej­ny szcze­gół jego wspa­nia­łe­go cia­ła.

Nig­dy nie przy­pusz­cza­ła, że mę­skie cia­ło może być ta­kie pięk­ne. Tam, gdzie inni byli oty­li, owło­sie­ni lub ży­la­ści, on był ide­al­nie gład­ki. Mo­gła­by przy­glą­dać mu się bez koń­ca, lecz jed­no­cze­śnie wie­dzia­ła, że je­śli na­tych­miast go nie bę­dzie mia­ła przy so­bie, za­cznie krzy­czeć. Naga, przy­war­ła do pier­si Ra­mó­na.

Jego cia­ło było twar­de i go­rą­ce. Na­brzmia­ły­mi sut­ka­mi ocie­ra­ła się o szorst­kie wło­sy na jego pier­si. Za­czę­ła go ca­ło­wać, żeby po­wstrzy­mać roz­pacz­li­wy krzyk po­żą­da­nia.

Gdy ją pod­niósł, po­czu­ła się w jego ra­mio­nach lek­ka jak piór­ko. Za­niósł ją do łóż­ka, ani na chwi­lę nie od­ry­wa­jąc swo­ich warg od jej ust.

Kiedy się obu­dzi­ła, roz­pie­ra­ła ją ra­dość. Czu­ła mro­wie­nie w ca­łym cie­le, jak­by każ­dy mię­sień i każ­dy nerw żył swo­im wła­snym ży­ciem.

Le­ża­ła z za­mknię­ty­mi ocza­mi, pró­bu­jąc prze­dłu­żyć ten mo­ment. Wie­dzia­ła, że ta ma­gicz­na chwi­la za­raz się skoń­czy, ale nie chcia­ła do tego do­pu­ścić. Uświa­do­mi­ła so­bie, że w noz­drzach wciąż czu­je za­pach męż­czy­zny, a na war­gach smak jego ust. Czu­ła lek­ki ból w miej­scu, gdzie wszedł w nią głę­bo­ko, i pie­cze­nie de­li­kat­nej skó­ry wo­kół ust, po­draż­nio­nej przez jego za­rost. Roz­ko­szo­wa­ła się tym wszyst­kim, a ból zmie­niał się w in­ten­syw­ną przy­jem­ność.

Po chwi­li ze zdu­mie­niem za­re­je­stro­wa­ła myśl, któ­ra spa­dła na nią jak grom z ja­sne­go nie­ba: „Je­stem za­ko­cha­na”. Na­tych­miast otrzeź­wia­ła.

Kie­dy gwał­tow­nie usia­dła, prze­ście­ra­dło zsu­nę­ło się, od­sła­nia­jąc jej na­gie pier­si.

– Ra­món – po­wie­dzia­ła.

Kształt jego gło­wy nadal był od­ci­śnię­ty na po­dusz­ce. Na bia­łym prze­ście­ra­dle le­żał czar­ny włos skrę­co­ny jak sprę­ży­na ze­gar­ka. Wy­cią­gnę­ła rękę i stwier­dzi­ła, że po­ściel jest zim­na – cie­pło cia­ła już daw­no ule­cia­ło.

Jej ra­dość na­tych­miast prze­ro­dzi­ła się w roz­pacz.

– Ra­món… – jęk­nę­ła.