Złoto Wrocławia - Jolanta Maria Kaleta - ebook
Opis

Złoto Wrocławia to kolejna powieść Jolanty Marii Kalety, wrocławskiej pisarki, która w swojej twórczości sięga do zagadkowych i niewyjaśnionych wydarzeń z niezbyt odległej przeszłości. Jednak celem tych powieści nie jest wyjaśnienie czy odkrycie tajemnic i zagadek, lecz ukazanie postaw zwykłych ludzi, których czas i okoliczności wkręciły w tryby dziejowej machiny. Podobnie rzecz ma się w najnowszej powieści, która początkowo zabiera Czytelnika w podróż po mroźnej i tragicznej Festung Breslau 1945 roku, kiedy to spec-ekipa otrzymuje zadanie wywiezienia i ukrycia skrzyń zawierających złoto Banku Breslau. Kiedy wojna dobiegła końca, do zrujnowanego miasta napływają osadnicy, w tym także wyzuci z ojcowizny Polacy z Kresów. Muszą zmierzyć się z trudnym losem, który przygotowała dla nich Historia. Mimo wszystkich przeciwności, życie na pozór wraca do normalności, a sprawa ukrycia skrzyń zawierających złoty depozyt powoli staje się tajemnicą poliszynela. Choć mijają lata, mimo podejmowanych przez fachowców i amatorów wysiłków, pozostają one w ukryciu. Jedynie cena, jaką trzeba płacić za te poszukiwania stale rośnie. Gdy problemem tym zainteresują się w 1981 roku najwyższe czynniki rządowe, ceną tą stanie się ludzkie życie. Na przekór wcześniejszym powieściom autorki, głównym bohaterem Złota Wrocławia jest postać w świadomości społecznej powszechnie uznawana za negatywną – major kontrwywiadu służby bezpieczeństwa we Wrocławiu. Jego przeciwnikiem jest żyjący w nieświadomości, że ma cokolwiek wspólnego ze złotem Wrocławia, młody aktor. Jednak żaden z nich nie jest do końca zły, czy do końca dobry. Cena, którą obaj zapłacą, będzie wysoka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanta Maria Kaleta
Złoto Wrocławia

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok

Jolanta Maria Kaleta „Złoto Wrocławia”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2013 Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2013

Wydanie poprawione, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Anna Pereświet - Sołtan ([email protected])

ISBN: 978-83-7900-132-3

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:[email protected]

MOTTO

„2. Odpowiedział im Aaron: Zdejmijcie złote kolczyki, które

mają w uszach wasze żony, wasi synowie i wasze córki,

i przynieście je do mnie.

3. I pozdejmował cały lud złote kolczyki, które mieli w uszach

swoich, i przynieśli je do Aarona.

4. I przyjął je z ich rąk, i ulał z tego w formie z gliny posąg

cielca. Wtedy oni rzekli: To są bogowie twoi, Izraelu, którzy

cię wyprowadzili z ziemi egipskiej”.

II Księga Mojżeszowa (Księga Wyjścia) 32,2 – 4

Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina

Wysoko postawiony kołnierz wojskowego płaszcza w ko­lorze feldgrau w najmniejszym stopniu nie chronił oberleutnanta Georga Sorna przed dojmującym mrozem. Szczypał go dotkliwie w uszy niczym złośliwy nauczyciel w szkole pod­stawowej, kiedy złapał niesfornego ucznia na psotach. Z ust, przy każdym oddechu, wyszarpywał kłęby białej pary, z oczu wyciskał łzy. Temperatura na dworze spadła tej nocy do mi­nus dwudziestu stopni i blade, styczniowe słońce nie było w stanie ogrzać powietrza choćby odrobinę. Wrażenie lodo­watego zimna potęgował wiatr świszczący w koronach ogo­łoconych z liści drzew, stojących w równych szpalerach przy Schlossplatz. Z każdym silniejszym jego podmuchem, zbite w ciasną gromadę wrony z głośnym krakaniem wzbijały się w powietrze, jakby tam szukały schronienia przed nadciąga­jącym niebezpieczeństwem. Widocznie nastrój niepewności i zagrożenia udzielił się także ptakom. Świat wokoło już mie­siąc temu pobielił śnieg, pogłębiając uczucie przenikliwe­go mrozu, dając złudne wrażenie sterylnej czystości i ładu. Na poboczach jezdni zalegały jego solidne hałdy, przykrywał też grubą warstwą chodniki i skrzypiał mroźnie pod skórza­nymi podeszwami wysokich butów oficera. Szybki, energicz­ny krok miał za zadanie nie tylko doprowadzić go na czas do budynku Polizeipresidium przy Schweidnitzer Stadtgraben, ale także, choć trochę, rozgrzać skostniałe ręce i nogi. Zresztą, po tylu latach żołnierskiej służby, przyzwyczajenie zastąpiło naturę i Sorn nie potrafił już chodzić inaczej. Nie pamiętał na­wet, kiedy ostatni raz miał możliwość podążać wolnym, spa­cerowym krokiem, noga za nogą, przemierzając nadmorski deptak czy wielkomiejską promenadę. Od lat, w zasadzie od matury, choć jeszcze z pozoru cywil, to jednak na służbie, za­wsze w biegu, pilnując, aby nigdy się nie spóźnić, aby zadanie wykonać na czas. W zamyśleniu nie zwracał uwagi na gęstą ciżbę przechodniów sunących szerokim chodnikiem w jed­ną i drugą stronę, na pozór bezładnie, w sobie tylko znanym kierunku, choć wszyscy z jednym i tym samym zamiarem - zgromadzić jak najwięcej zapasów żywności i potem dobrze je ukryć, tak aby Iwan, jeśli już wejdzie do miasta, a ponoć nie wejdzie, nie mógł ich znaleźć i zabrać. Dźwigali w rękach tobołki lub siatki wypełnione konserwami mięsnymi, toreb­kami cukru, kaszy i mąki. Przepychali się pomiędzy sunący­mi wolno kolumnami wojska, przebiegali jezdnię tuż przed maskami rozpędzonych, wojskowych ciężarówek, które gnały w tylko sobie znanym kierunku. Ci, którzy posiadali ogród­ki, zakopywali w nich niczym te nornice wszystko, co mie­li cennego - porcelanę, srebra, dywany, pieniądze, biżuterię. Ale także swoje zapasy - zawekowane mięso, jarzyny i owo­ce. Kiedy nawałnica ze wschodu przewali się i nastanie pokój, wydobędą swe skarby ze skrytek i będą mogli żyć jak dawniej. Już o niczym innym nie marzyli, tylko o jednym - niechby już było po wszystkim. Oczekiwanie na mające nadejść nie­szczęście było gorsze od samego nieszczęścia.

Mundur oficera Wehrmachtu, w który odziany był Georg Sorn, wysoki mężczyzna o zwalistej niczym niedźwiedź posta­wie, nie robił już na nich żadnego wrażenia ani nie wzbudzał takiego szacunku jak jeszcze rok temu, nawet po Stalingradzie.

Wręcz przeciwnie - w niektórych spojrzeniach łatwo dało się wyczytać oskarżenie, że to oni, wojskowi, ponoszą odpowie­dzialność za ich, cywilów, cierpienia, że nie stanęli na wyso­kości zadania i nie doprowadzili do zwycięstwa, mimo ich, zwykłych ludzi, wyrzeczeń i poświęcenia. Tych, którzy no­sili brunatne mundury nsdap nagle z ulic wymiotło, jakby zapadli się pod ziemię. Albo zamienili je na cywilne łachy, albo nawiali z miasta, które latem ogłoszono twierdzą, choć nie miało żadnych militarnych umocnień. Funkcjonariusze partyjni myśleli już tylko o ratowaniu własnej skóry, całą resztę mieli gdzieś. Z rozkazu komendanta Festung Breslau na gwałt szykowano schrony przeciwlotnicze, te podziemne i naziemne, punkty szpitalne, gromadzono zapasy żywności. Na Wzgorzu Leibicha, w dawnym Bastionie Sakwowym, który przez ostatnie dziesięciolecia był dla mieszkańców miejscem rozrywki i wytchnienia w cieniu wspaniałych platanów, urzą­dzono dla niego schron. Wokół miasta budowano pozycje obronne, a pod broń powołano także chłopców i starszych mężczyzn. Nawet kobiety przez władze miasta zostały wcią­gnięte w tryby wojennej machiny, o ile nie były zbyt stare, zbyt młode czy chore albo z niemowlęciem przy piersi. We­dług zapewnień gauleitera Niederschlesien, Karla Hankego, Rosjanie mieli nie przekroczyć granicy Śląska, a nawet jeśli, to zostaną odparci huraganowym atakiem podobnie, jak te hordy mongolskie w 1241roku. Jednak w pierwszych dniach stycznia 1945roku nawet dziesięcioletni chłopcy już doskonale wiedzieli, meldując się na zbiórkach Volkssturmu, że były to zapewnienia rzucone grubo na wyrost, obliczone na umoc­nienie swej politycznej pozycji i podlizanie się Fuhrerowi. Od wielu tygodni spanikowana ludność gnała ze wschodu na zachód, docierając do Breslau. Szeroką falą płynęła ulicami miasta w złudnej nadziei znalezienia w tym mieście - schro­nie III Rzeszy - bezpiecznej przystani. W najczarniejszych snach nie wyśnili, że kiedy w połowie stycznia 1945roku ar­mia radziecka ruszy znad Wisły niczym burzowa nawałnica, nic nie będzie w stanie jej zatrzymać. Ani armia walecznego Ferdynanda Schoernera, ani Wunderwaffe, ani żadna inna siła. Uczynić to miała Festung Breslau - obiecywał Hanke. Nikt nie śmiał spytać go o cenę, jaką przyjdzie za to zapła­cić. I kto ją zapłaci?

Oberleutnant Georg Sorn spoglądał z mieszanymi uczu­ciami na ten exodus zmaltretowanej ludności, głównie kobiet, dzieci i starców, okutanych w wełniane, kraciaste chusty, liche paletka, ale także odzianych w kosztowne futra, pchających przed sobą lub ciągnących za sobą wszystko jedno co, byle miało kółka albo płozy. Począwszy od wózków dziecięcych, poprzez rowery i wozy drabiniaste, a na sankach kończąc. Z nadludzkim wysiłkiem targali na nich dorobek wielu po­koleń. To, czego nie zmieścili na swoich dziwacznych, skleco­nych na miarę czasu środkach transportu, zostało porzucone i wydane na pastwę hordy zwycięzców. Jak nigdy przedtem zaczynała docierać do nich prosta, znana od wieków praw­da, że jedyną cenną rzeczą, którą posiada człowiek jest jego życie i to je starali się wynieść cało z tej wojennej zawieruchy. Sorn nie umiał ocenić, czy im wszystkim współczuje z powo­du tego nieszczęścia, które malowało się na ich wymizerowa- nych twarzach, czy odczuwa coś na kształt satysfakcji, bo byli współodpowiedzialni za tragiczny los, który stanął pod bra­mami Festung Breslau i głośno łomotał uzbrojonymi pięścia­mi. Pomiędzy falą ludności płynęła druga fala - stada krów pędzone do rzeźni. W ich oczach także czaiło się śmiertelne przerażenie, lecz one nie miały żadnego wpływu na swój los ani możliwości wyboru. Musiały swe życie złożyć w ofierze, aby mieszkańcy twierdzy i jej obrońcy nie zostali wzięci gło­dem niczym załoga średniowiecznego zamku.

Sorn nacisnął czapkę głębiej na czoło, aby mieć choć wra­żenie ochrony przed trzaskającym mrozem i zgrabnie prze­cisnął się pomiędzy ciżbą matek z dziećmi na drugą stronę jezdni. Z daleka, widoczna poprzez bezlistne drzewa, ma­jaczyła ciemnoczerwona, oryginalna w swej architekturze, choć bardzo surowa i monumentalna w wyglądzie i ponura w funkcji, bryła budynku Prezydium Policji. Na swój sposób była piękna. Setki okien, jeszcze nie tak dawno radośnie od­bijające w swych szybach promienie słońca za dnia, jaśnieją­ce wieczorną porą setkami żarówek, teraz zostały zalepione czarnym papierem, aby nawet promyk światła nie wydostał się na zewnątrz, wskazując wrogom miejsce swego istnienia. Gdzie nie spojrzał, wszędzie to samo - czarny papier w oknach upodabniał budynki do monstrualnych ślepców stojących bez ruchu wzdłuż ulic. Wysunął nadgarstek z rękawa wojskowego płaszcza i spojrzał na zegarek - do godziny jedenastej brako­wało piętnastu minut, będzie więc na czas.

Pięć minut później lekko wbiegł po kamiennych, starannie odśnieżonych schodach, wprost do głównego wejścia. Atmos­fera oblężenia, w sensie przenośnym i dosłownym dotarła i tu­taj. Ciężkie, dębowe drzwi te od frontu i te z tyłu, dosłownie się nie zamykały. W tę i w tamtą stronę wchodzili i wychodzi­li oficerowie i szeregowi odziani w mundury wszystkich for­macji policji i wojska, z lotniczymi włącznie, a i cywilów nie brakowało. W tym zamieszaniu i pośpiechu mało kto zwra­cał uwagę na oddawanie honorów i czci Fuhrerowi. Musiałby trzymać przedramię bez przerwy uniesione do góry. Gorączka przygotowań do obrony ostatniej twierdzy Tysiącletniej Rzeszy udzieliła się wszystkim, zwłaszcza, że okazywanie obaw i naj­mniejszych nawet oznak braku wiary w zwycięstwo, na roz­kaz surowego gauleitera, karano śmiercią. Oskarżenie o sianie defetyzmu prowadziło najkrótszą drogą wprost przed pluton egzekucyjny, jak pokazywał jaskrawo przykład burmistrza Spielhagena i wielu innych. Już od kilku tygodni po kątach nie mówiono o najwierniejszym dygnitarzu Hitlera inaczej jak „kat Breslau”, a jeszcze nie do końca pokazał, na co go było stać.

Idąc długim korytarzem, Sorn poprawił chwyt dłoni na czarnej, skórzanej teczce, którą niósł ze sobą. Były w niej doku­menty stanowiące owoc dwutygodniowej wyprawy po okolicy wraz z naprędce skleconą ekipą. Na polecenie Karla Hanke- go znalazł się w niej hauptsturmfuhrer ss Kurt Ritter i usi­łował grać pierwsze skrzypce. Zadanie było zbyt ważne, aby ci w czarnych i brunatnych mundurach nie wściubili swego parszywego nosa. Im bliżej końca wojny, tym bardziej inte­resowali się tym, co nastąpi po niej. Mając pewność, że nie zostaną zaproszeni do stołu rokowań, o swój los musieli za­dbać sami. Do ekipy dołączył także oberleutnant Bruno Ebert. Choć w Abwehrze był od początku wojny, to po czterdziestym czwartym roku, kiedy ich wrzucili do jednego worka pod na­zwą rsha i ss przejęło kontrolę nad wszystkim i wszystkimi, z dnia na dzień coraz bardziej wielbił nowego szefa czyli He­inricha Himmlera. Zdaniem Sorna bezprzykładnie lizał dupę Ritterowi. I nie było to dziwne, gdyż po wyrokach śmierci na członków Czarnej Orkiestry i aresztowaniu Canarisa, wszy­scy na wszelki wypadek pochowali ogony pod siebie. Woj­na zbliżała się ku końcowi i nikt nie chciał się niepotrzebnie wychylać. Każdy marzył w zasadzie o tym samym - przeżyć. Jedno wszak można było o Ebercie powiedzieć na pewno - był ślepo oddany III Rzeszy. O ile był trzeźwy. Czwartą osobą był młodziutki leutnant, Herman Meier, saper. Jego rola miała ograniczyć się do przygotowania, o ile będą potrzebne, ma­teriałów wybuchowych. Sorn zmierzał wprost do gabinetu swojego przełożonego, szefa Abwehrstelle Bresalu, Sturm- bannfuhrera ss Otto Bergmana, kierującego całym, objętym klauzulą najwyższej tajności, przedsięwzięciem.

Sekretarka majora, Ewa, jak zwykle uśmiechnęła się zalot­nie i kokieteryjnie odgarnęła blond loczek znad czoła. Zerwała się zza stolika, na którym stała maszyna do pisania, zostawia­jąc pismo wkręcone na wałek. Adresowane było do centrali w Berlinie. Tak przynajmniej na pierwszy rzut oka ocenił Sorn.

- Szef już o pana pytał, poruczniku - zaszczebiotała, od­bierając z jego rąk płaszcz i czapkę; powiesiła na wieszaku tuż przy drzwiach.

Sorn rzucił okiem na zegarek - był kilka minut przed cza­sem. „Dlaczego Staremu tak pilno?” - pomyślał. Obciągnął poły munduru i poprawił pasek. Musiał go zapiąć o jedną dziurkę dalej. Tłukąc się po tych pipidówkach razem z Ebertem i Meierem, żarli co popadnie albo i wcale, wiec schudł ze dwa, trzy kilo. Ritter, oczywiście, wizytował jedynie Krummhubel, aby przy okazji pojeździć na nartach i zaliczyć kilka przera­żonych wydarzeniami miejscowych piękności. Płaski, prawie wklęsły brzuch Sorna jeszcze bardziej uwypuklił jego szerokie ramiona, umięśnione jak u drwala. Zwiastowały nadludzką siłę tego oficera. Ewa łakomie otaksowała go wzrokiem, sta­rannie omijając szeroką szramę na policzku, tuż pod prawym okiem. Zdecydowanie psuła wizerunek tego dość przystojnego porucznika. Może jak na jej gust zbyt wysokiego, bo ona nie lubiła zadzierać głowy do góry, aby obdarzyć mężczyznę po­całunkiem. Podeszła drobnym kroczkiem do drzwi gabinetu swego szefa, stukając po starannie wyfroterowanym parkiecie obcasikami brązowych czółenek i otworzyła je szeroko przed Sornem. Szybkim ruchem ręki przeczesał gęste, ciemne włosy, lekko skręcone na końcach. Już powinny widzieć się z fryzje­rem, ale akurat na to Sorn nie miał czasu w tych ostatnich, tak gorących, choć przeraźliwie mroźnych dniach.

Kierujący Abwehrstelle Bresalu Sturmbannfuhrer ss Otto Bergman siedział za biurkiem zawalonym toną dokumentów. Niektóre luźno walały się po blacie, inne grzecznie spoczywały w tekturowych teczkach starannie opisanych kaligraficznym pismem setek sekretarek i adiutantów. Wszystkie zaopatrzone w litery rsha i pieczątkę przedstawiającą czarnego orła z roz­postartymi skrzydłami, z niewielkim wieńcem w szponach, ze swastyką w środku. Nad tą stertą unosił się aromatyczny zapach drogiego cygara, które major delikatnie trzymał krót­kimi, grubymi palcami potomka pruskich chłopów. Spojrzał jedynym okiem, które posiadał, na wchodzącego do gabinetu mężczyznę. Drugie oko, a właściwie miejsce po nim, zasłania­ła czarna, skórzana opaska. Ten defekt był powodem zmar­twienia, ale jednocześnie i dumy majora Bergmana, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie cieszy się z braku oka. Ale on je utracił w arcyważnej operacji o kryptonimie „Wald”, przepro­wadzonej w 1942roku, jeszcze za rządów Canarisa, którego Bergman po prostu uwielbiał. Po katastrofalnym fiasku Pa- storiusa, Otto Bergman podjął się podobnego zadania. Dzięki jego determinacji i bezprzykładnej odwadze akcja, podczas której, wówczas jeszcze jako kapitan, o mały włos nie utracił życia, zakończyła się pełnym sukcesem. W podziękowaniu za dzielność awansował do stopnia majora, a kilka miesię­cy później przeniesiono go do Breslau na stanowiska szefa Abwehry. Strata oka w tej sytuacji wydawała się niezbyt wygó­rowaną ceną. Gdy Bergman ujrzał wchodzącego do gabinetu porucznika Sorna, wydarzenia te jak żywe stanęły mu przed oczyma. W operacji tej uczestniczyli razem i od tego czasu datowała się ich przyjaźń. Łodzią podwodną przetranspor­towano ich oraz dwóch innych agentów w pobliże Dover. Pod osłoną nocy, pontonem, dopłynęli na brzeg. Ponton wraz z radiostacją zakopali w piasku na plaży i przebrani za angiel­skich robotników od samego rana wtopili się w tłum. Wszyscy czterej mówili po angielsku, a prowincjonalne pochodzenie i brak wykształcenia tłumaczyły niedoskonałości językowe. Zaopatrzeni w materiały wybuchowe przypominające bryłki węgla i zapalniki czasowe w kształcie ołówków czy piór, mieli za zadanie wysadzić w powietrze brytyjski krążownik Belfast i siostrzany Edynburg. O ile sprawa z tym drugim potoczyła się bez problemów i zakończyła sukcesem, to w przypadku Belfastu nie wszystko poszło po ich myśli. Niespodziewanie, zanim podłożyli ładunek wybuchowy, zostali zatrzymani i do­szło do szarpaniny. Podczas gdy Sorn usiłował obezwładnić dwóch marynarzy angielskich, Bergman wpadł do maszy­nowni i umieścił tam bombę z zapalnikiem czasowym nasta­wionym na kilkanaście sekund. Zdążył jedynie wyskoczyć na pokład, gdy nastąpiła eksplozja i siła wybuchu wyrzuciła ich do morza. Bergmana, któremu kawałek jakiegoś żelastwa wy­bił oko, Sorn doholował do brzegu. Jemu odłamek rozorał pół policzka, ale kości nie naruszył. Pozostali poszli na dno wraz z jednostką. Oskar i Otto wykopali radiostację i porozumieli się z centralą. Resztę dnia i pół nocy przesiedzieli w gęstych zaroślach. Gdy wysłany po nich okręt podwodny pojawił się nad ranem, nadmuchali ponton i puścili się w jego kierunku. Wówczas to dostrzegła ich straż nabrzeżna i jedna z kul raniła Sorna w klatkę piersiową. Przeżył tylko dzięki temu, że prze­szła bokiem nie uszkadzając kości ani płuca. Na pamiątkę po operacji „Wald” pozostała mu jednak głęboka blizna na pra­wym policzku i druga, tuż pod obojczykiem. Na pociesze­nie awansował na porucznika, a Bergman załatwił dla niego przydział do Abwehrstelle Bresalu. Lubił tego bystrego, ener­gicznego młodego człowieka, tryskającego zdrowym patrio­tyzmem na kilometr, z sympatycznym dołeczkiem w brodzie.

-    Dobrze, że jesteś parę minut wcześniej - oświadczył bez zbędnych ceregieli i tych nazistowskich ćwiczeń gimnastycz­nych, w postaci machania prawicą, których nie znosił. - Mu­simy coś ustalić, zanim ten pyszałkowaty rzeźnik z gestapo, Ritter, zaszczyci nas swoją obecnością.

Major szeroką dłonią, pokrytą licznymi plamkami pie­gów rozsianych na białej niczym mleko skórze, jak to zwy­kle bywa u ludzi o rudym kolorze włosów, wskazał Sornowi krzesło za stołem konferencyjnym i podniósł się zza biurka. Oszczędnym ruchem poprawił mundur nieco zadzierający się ku górze na zaokrąglonym brzuchu i przygładził ryże jak futerko wiewiórki zmierzwione włosy. Choćby nie wiadomo ile brylantyny na nie wylał i tak wykręcały się na wszystkie strony niczym nastroszone piórka świeżo wyklutego pisklaka. Gdy rozsiedli się obaj wygodnie, Bergman podsunął porucz­nikowi srebrną papierośnicę wypełnioną drogimi, o bialutkiej bibułce, papierosami.

-     Poczęstuj się. Resztki z francuskich czasów - oznajmił, jakby z żalem w głosie.

Z kieszeni munduru wyciągnął zapalniczkę i podał kole­dze ogień. Chwilę obydwaj milczeli, delektując się smakiem palonego tytoniu. Jego błękitne obłoki wraz ze słodkim aro­matem rozpływały się leniwie nad stołem, unosiły się pod sufit, wędrowały w stronę drzwi. Przypominały przejrzysty welon z tiulu poruszany delikatnym zefirkiem.

-     Słuchaj, Georg - ciszę pierwszy przerwał major. - To, co dziś ustalimy na zebraniu razem z pozostałymi, to musi być kamuflaż. Ritter nie ma prawa dowiedzieć się, gdzie napraw­dę pójdzie transport.

-     Nawet domyślam się dlaczego - odparł Sorn, nie kryjąc uśmiechu zadowolenia, który wykwitł na jego starannie, mimo braku czasu, wygolonej twarzy; ta koncepcja bardzo mu od­powiadała, choć ze skrajnie innych powodów niż majorowi.

-     Podejrzewam, że ta kanalia prowadzi jakąś własną grę. Być może do spółki z kimś z samej góry. - Bergman zniżył głos i zerknął odruchowo na drzwi, choć nie było możliwo­ści, aby ktoś podsłuchiwał.

-    Mam podobne odczucia... I nawet domyślam się, kto za tym stoi.

-     Otóż to - Bergman strząsnął do kryształowej popielnicy gruby słupek popiołu z wypalonego cygara. - Nie będę zatem tracił cennego czasu, aby wyjaśniać ci szczegóły. Powiem tylko, że mamy ciche poparcie samego Schellenberga. Oni w Ber­linie robią dokładnie to samo. Ten transport jest zbyt cenny, aby taki Ritter i jego wysoko postawieni kompani w brunat­nych mundurach położyli na nim swoje brudne łapy. Zawar­tość skrzyń zapewni Rzeszy dalsze funkcjonowanie. Być może pod nowym już kierownictwem. Jak wiesz, Schellenberg ma podobne zdanie, jak ja czy ty, na temat tych rzeźników z ge­stapo - tylko psują nam opinię.

-     Na czym ma polegać moje zadanie? - Sorn zmienił te­mat; dla niego całe SS to rzeźnicy, ale wszem i wobec wolał tego nie rozgłaszać.

-     Ritter nie może wziąć bezpośredniego udziału w akcji ani dowiedzieć się, gdzie schowasz skrzynie. Nie wnikam, jak to zrobisz. Twoja w tym głowa - Bergman zatopił w poruczniku czujne spojrzenie. - A ja, kiedy będzie już po wszystkim, na­prowadzę go na fałszywy trop. Prawdziwy schowek będzie­my znać tylko my trzej. Ten transport musi zostać w naszych rękach, Georg.

-     O nic się nie martw, Otto. Wykolegować Kurta, to nie jest poważny problem - Sorn uśmiechnął się pod nosem; pomy­sły Bergmana dawały mu swobodę działania także na innym polu. - Znam słabostki Rittera i wiem, jak je wykorzystać.

Sorn z zapałem potwierdził pełną akceptację dla pomysłów swego przełożonego. Wyjątkowo, w tym wypadku, zgadzał się z nimi nie tylko jako oberleutnant Abwehry. Panowie zdążyli ustalić jeszcze kilka istotnych szczegółów, gdy sekretarka uchy­liła drzwi i do gabinetu majora Bergamna wkroczył odziany w czarny mundur hauptstrumfuhrer ss Kurt Ritter. Zimnym spojrzeniem piwnych oczu okolonych gęstymi, czarnymi rzę­sami obrzucił pomieszczenie. Na dłużej zatrzymał wzrok na poruczniku swobodnie rozpartym za stołem, z papierosem w ustach. Ta zażyłość między szefem komórki a tym oficerem doprowadzała go szewskiej pasji, ale jak dotąd żadnej skazy na nim nie udało się znaleźć ani Ritterowi, ani jego ludziom.

-    Heil Hitler! - wrzasnął nie tyle przepisowo, co z kpiną; doskonale wiedział, że to zawołanie przeszło już do historii, ale uwielbiał droczyć się z majorem.

-     Niech pan siada, kapitanie - oznajmił Bergman, rzuca­jąc w jego stronę lodowate spojrzenie swego jedynego oka, przypominającego w kolorze błękit zimowego nieba. - Zno­wu kierownictwo pana odznaczyło? - spytał, wymownie spo­glądając na jego galowy mundur.

-     Poświęcenie dla ojczyzny i wierna służba w tak ciężkich czasach są szczególnie doceniane - odparł z dumą, lecz Sorn wyłowił tkwiącą na dnie tych słów kpinę.

-    Papierosa? - Bergman, puszczając mimo uszu te prze­chwałki, podsunął w jego kierunku papierośnicę. - A może cygaro?

-    Dziękuję, jeszcze mam własne - odrzekł z ledwie do­strzegalną wyższością i sięgnął do kieszeni czarnego mun­duru po papierośnicę.

Sorn podał mu ogień i na chwilę zapadła cisza. Ritter za­ciągnął się głęboko, zachłannie, jakby nie palił od dłuższego czasu. Uwalniając dym z płuc, z uwagą spojrzał na swoje pa­znokcie - były starannie wypielęgnowane i stanowiły praw­dziwą ozdobę jego pięknych dłoni, których nie powstydziłby się nawet światowej klasy pianista. Kapitan, dość młody, za­ledwie trzydziestoletni oficer ss, zaliczał się do mężczyzn, których kobiety określały mianem „zabójczo przystojny”. Wy­soki, ale nie tak zwalisty i kanciasty jak Sorn, proporcjonalnie zbudowany, o bardzo ciemnych włosach, które na skroniach zdążyły przystroić się paroma srebrnymi nitkami. Ładna, pra­wie kobieca, oprawa oczu, szeroki podbródek i zmysłowe usta wzbudzały u pań tęskne spojrzenia i czułe westchnienia. Wy­korzystywał to bez opamiętania i bez żadnych skrupułów. Sorn w myślach nazywał go żigolakiem spod znaku trupiej czaszki. Głośno jednak nie podejmował krytyki swego towarzysza od specjalnego zadania. Raz, że Ritter pracował gdzie pracował, a dwa, że był wyższy stopniem. Było też i po trzecie - w sytu­acji Sorna wszelkie zbędne ryzykanctwo mogło się źle skoń­czyć. To dzięki swemu opanowaniu, trzymaniu nerwów na wodzy, chłodnej kalkulacji i nie uleganiu emocjom, nie tyl­ko przeżył lata wojny, lecz był w tym właśnie miejscu i wy­konywał cholernie ważne zadanie. A cudze podboje łóżkowe pośród rzeszy sekretarek, kelnerek czy innych spragnionych jakiejkolwiek miłości panienek, miał gdzieś.

-     Ten stalingradzki mróz nadal trzyma - odezwał się w końcu Ritter i spojrzał na zegarek. - Czekamy na Eberta czy zaczynamy bez niego?

Jakby wywołany tymi słowami, oberleutnant Bruno Ebert otworzył drzwi i zameldował się przepisowo, stukając głośno ob­casami oficerskich butów. Niepozorny i zbyt chudy jak na męż­czyznę w wieku trzydziestu lat. Nastroszone, bure włosy, mocno odstające uszy i małe, rozbiegane oczka czyniły go podobnym do chytrej małpki zamkniętej w klatce w zoo, rozglądającej się, gdzie by tu coś zwędzić. Gdyby nie mundur oficera Abwehry, nikt nie zaszczyciłby Eberta jednym, marnym nawet, spojrze­niem. Karierę robił dzięki donosicielstwu. Zmieniał fronty i po­pleczników, raz wróg, raz przyjaciel. Fama głosiła, że zbierał na wszystkich informacje - kto miał kochankę, kto długi, a nie daj Bóg, aby wywąchał, że ktoś był homoseksualistą. W zaufanych kręgach mówiło się, że miał już zebrane dowody na homosek­sualizm Canarisa, ale nie zdążył zrobić z nich użytku. Zdaniem Eberta, takie rzeczy nie uchodziły prawdziwemu aryjczykowi.

-     Niech pan siada, poruczniku Ebert - huknął zniecierpli­wiony Bergman. - Jest pan spóźniony o pięć minut - spojrzał wymownie na zegarek.

-     Przez ten mróz są ciągłe kłopoty z komunikacją - tłu­maczył się speszony, strzelając spojrzeniem po kątach. - I jesz­cze te stada krów...

-     Niech pan już da spokój, Ebert - major przerwał mu wpół słowa i lekceważąco machnął ręką. - Przejdźmy do me­ritum, bo czas nas nagli. Lada moment Rosjanie mogą odciąć nam nasze szlaki komunikacyjne i zostaniemy, za przeprosze­niem, z ręką w nocniku na kupie złota.

Ebert posłusznie zajął miejsce tuż obok Sorna i dyskret­nie szepnął mu do ucha:

-      Masz jakieś papierosy? Swoje zostawiłem u Heleny...

Sorn wyraźnie wyczuł dolatujący od niego zapach alkoho­lu, ale nie miał zamiaru tego komentować. W ostatnich czasach mocniejszych trunków nadużywali wszyscy - nawet kobiety, a rozluźnienie obyczajów stawało się powszechne. Jak nigdy dotąd memento - nie znasz dnia ani godziny - pojawiało się na wielu ustach, stając się obowiązkową dewizą mieszkańców Bresalu. Każdy, zanim umrze, chciał skosztować wszystkich pokus, jakie niosło ze sobą kruche życie, które w każdej chwili mogło zostać przerwane. Poczęstował Eberta papierosami szefa leżącymi na stole i podał ogień. W tym czasie major starannie zgasił w popielniczce niedopałek grubego cygara, a kapitan Ritter strzepnął niewidoczny pyłek z bryczesów i zlustrował wzrokiem czubki starannie wyczyszczonych butów. Ordynans wyfroterował je z rana szczotką niczym hebanową posadzkę w pałacowym hallu. Lśniły czarnym blaskiem jak nowe.

-     Który z panów będzie referował? - spytał major, prze­nosząc wzrok od jednego do drugiego oficera, choć dobrze wiedział, że zrobi to Georg.

-     Jeżeli pan kapitan pozwoli, to może ja - oświadczył Sorn, wyciągając z teczki, którą postawił tuż obok swego krzesła, jej zawartość.

-     Ależ proszę bardzo, proszę, poruczniku Sorn - krygo­wał się Ritter, krzyżując ramiona na piersi.

On stał na stanowisku, aby dokumentację rsha puścić z dymem i nie bawić się w chowanego. Jeśli, nie daj Bóg, wpad­nie Rosjanom w łapy, to głowy wielu niemieckich dygnitarzy i nie tylko, posypią się niczym ulęgałki po pierwszych upa­łach. Ale nawet ci u góry byli innego zdania. Trwali w swym uporze, że to jeszcze nie był koniec, że Wunderwaffe, no­men omen, uczyni cuda i losy wojny się odwrócą. On takich idiotycznych złudzeń już nie miał. Natomiast zawartością po­zostałych skrzyń powinni się podzielić i prysnąć jak najdalej stąd. Nie miał najmniejszego zamiaru bronić Festung Breslau do ostatniej kropli krwi, jak z uporem maniaka nawoływał Hanke. Ale głośno tego oznajmić nie mógł. Major Bergman uchodził za prawdziwego patriotę i całym swoim życiorysem to potwierdzał. Poczynając od Verdun, a na operacji „Wald” kończąc. Gotów donieść, gdzie potrzeba i pluton egzekucyj­ny gotowy. Kapitan Kurt Ritter opracował zatem swoje wła­sne zasady zabawy w chowanego i nie poinformował o nich reszty zespołu od specjalnego zadania.

Porucznik Sorn starannie ułożył na stole, tuż przed ma­jorem, kilka dokładnych map sztabowych Niederschlesien. Obrzucił je krótkim spojrzeniem - przyniósł wszystkie. Tuż obok rozłożył niczym wachlarz plik gęsto zapisanych karte­czek. Sięgnął po pierwszą z brzegu.

-    W ostatnim czasie spenetrowaliśmy kilka miejscowo­ści - zaczął swój wywód ze wzrokiem utkwionym na kartce.

-      Zaczęliśmy od zbadania nieczynnych już kopalni chromitu na wzgórzu Geiersberg. To na południe od Breslau, nieda­leko, około trzydziestu kilometrów. - Rozłożył jedną z map i trzymanym w ręce ołówkiem, wskazał wspomniany punkt.

-      Znajdujący się w sąsiedztwie masyw góry Siling też spełnia nasze oczekiwania. - Po raz kolejny stuknął ołówkiem w mapę.

-      Skrzynie można ukryć albo w sztolniach, albo w podzie­miach kościółka, stojącego na samym szczycie wzgórza. Jest tylko jedno ale... Nie wiem, czy zdążymy.

-     A to dlaczego? - zainteresował się Bergman, zakłada­jąc nogę na nogę.

-     Na dniach mają tam wejść, o ile już nie weszły, od­działy 21. Korpusu Strzeleckiego majora Haxmana i któryś z dywizjonów przeciwlotniczych - wyjaśnił Sorn. - Według mnie nie damy rady zachować bezwzględnej tajemnicy. A ci z Wehramchtu za nic mają naszą koronkową robotę. Według nich, w tej grze, liczą się tylko armaty, czołgi i tony wszelkie­go żelastwa. Rozmowy o możliwości przegranej nie wchodzą

wgrę--­- Racja - zgodził się major. - Poza tym mam poważne po­dejrzenia, że za naszymi plecami mogliby opróżnić skrytki, zanim wrócilibyśmy do Breslau. Wiecie przecież, co się wy­prawia w domach opuszczonych przez lokatorów? - spytał na koniec retorycznie.

Powszechny rabunek mienia był - zdaniem Bergmana - plamą na honorze żołnierza niemieckiego, ale nawet surowe kary, ze śmiercią włącznie, nie mogły temu zapobiec.

Sorn rzucił ukradkowe spojrzenie na Rittera, ale on na­dal zajęty był wyłącznie sobą i swoim wyglądem. Skubał tajemniczy, niewidoczny pyłek na rękawie munduru. Spra­wiał wrażenie mało zainteresowanego tematem, ale porucz­nik po tylu latach służby w wywiadzie nie dał się na te jego miny nabrać.

-     Kurt, a co pan o tym myśli? - spytał obojętnym tonem, przywołując go tym samym do porządku. W końcu cała czwór­ka ponosiła odpowiedzialność za operację Gold.

Kapitan wytrącony z otchłani własnych myśli, bąknął eni­gmatycznie:

-     No cóż. Ja może bym zaryzykował— Po jaką cholerę tłuc się dziesiątki kilometrów po mrozie, z Ruskimi depczą­cymi po piętach?

Bergman spojrzał na niego krytycznie i gestem zachęcił Sorna, aby kontynuował. Ebert z papierosem w ustach prze­rzucał wzrok od jednego, do drugiego oficera, lecz myślami był w zupełnie innym miejscu. Akurat w tym dniu, kiedy pe­netrowali Siling i Geiersberg, miał horrendalnego kaca i nic do niego nie docierało, nie mógł więc się wypowiedzieć.

-     Doskonałe wrażenie wywarły na nas pomieszczenia filii fabryki Telefunkena w Leubus, w podziemiach dawnego opac­twa cystersów - relacjonował dalej Sorn i wskazał majorowi na mapie położenie wspomnianej miejscowości. - Podziemne hale zostały umocnione na wypadek bombardowań, są windy, którymi można bez problemu przetransportować ładunek do wnętrza, no i robotnicy, którzy rozładują ciężarówki i wniosą skrzynie do piwnic.

-     To tylko pięćdziesiąt parę kilometrów od Breslau - wtrą­cił Ebert, aby Bergman nie miał żadnych wątpliwości, że on także ciężko się napracował. - Drogą na Luben, od zjazdu z głównej szosy jakieś 6-8kilometrów. Trasa nie jest tak za­tłoczona jak na kierunku południowo-zachodnim...

-    Tak. Brzmi bardzo interesująco. - zgodził się major, śledząc palec Sorna wędrujący po mapie sztabowej.

-     Zwłaszcza, że na zlecenie ministerstwa lotnictwa pro­wadzone są tam od jakiegoś czasu także tajne prace nad ra­diolokacją, zachowują więc daleko idącą konspirację i byle łajzy nie mają tam wstępu - mruknął pod nosem milczący do tej pory Ritter.

-     I to jest właśnie minus tego miejsca - Sorn przerwał jego wywód i nerwowym ruchem odgarnął włosy z czoła. - Rosjanie z miejsca się o tym dowiedzą i przewrócą cały teren do góry nogami, aby odnaleźć przemysłową platynę. Przez przypadek mogą natrafić na nasze skrzynie.

Sięgnął po kolejną gęsto zapisaną karteczkę. Rozejrzał się po gabinecie swojego szefa w poszukiwaniu czegoś do picia. Od gadania całkiem zaschło mu w gardle. Jakby tego było mało, najzwyczajniej w świecie go suszyło - poprzedniego wieczoru wypił sporo wódki z takim jednym, aby wyciągnąć z niego potrzebne informacje objęte klauzulą tajności. Krysz­tałowa karafka z wodą stała na biurku. Bergman podchwycił jego spojrzenie i skinął głową. Porucznik odszedł od stołu i po chwili wrócił z karafką w jednym ręku i dwiema szklankami w drugim. Nalał do każdej wody i jedną podał majorowi. Sam wychylił ze dwa, trzy łyki, oblizał wargi i dopiero kontynuował:

-     W rejonie Hirschberg mamy kilka wytypowanych miejsc. Po pierwsze: w Warbrunn, w pałacu Schaffgotschów. Choć ja nie jestem tym pomysłem zachwycony. Ponoć Grundmann już zwozi tam dzieła sztuki. Moim zdaniem taki tłok nie słu­ży konspiracji.

-     Co pan sądzi o tym, Kurt? - spytał Bergman, popijając wodę małymi łyczkami.

-     Może Georg ma rację - odparł pewnym siebie tonem i przechylił się na krześle w tył. - O działalności Grundman- na już wróble ćwierkają na dachu i wywiad radziecki może błyskawicznie wpaść na ten trop. Ponoć wykazy tych jego skrytek zostały zaszyfrowane, ale dla Ruskich to żaden pro­blem. - wydął pogardliwie wargi i lekceważąco machnął ręką. - Ale mówi się, że pod latarnią najciemniej...

-     Też prawda - mruknął Bergman. - Podziemia pałacu to przyzwoity schowek. I upilnować łatwiej, niż gdzieś w lesie.

-     Miejsce drugie - kontynuował Sorn, niezrażony opinią swoich kolegów. - W rejonie Krummhubel. Mamy tam kilka możliwości. Albo w szczelinie pod Schneekoppe - ołówkiem wskazał tylko sobie znany punkt na mapie. - Miejscowi mówią na nią „porfirowa dziura”. Albo po południowej stronie góry, w okolicach miejscowości Petzer. Dojazd dużo lepszy niż od Krummhubel, co przy obecnych warunkach pogodowych jest sprawą niebagatelną. A chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, że do wiosny nie możemy już czekać. Moim zdaniem, jeśli zdecydujemy się na Schneekoppe, to tylko tam. Istnieje jesz­cze możliwość ukrycia skrzyń w nieczynnych sztolniach He­inrich i Gustaw w Seifengrube, tyle że po tych opadach śniegu trzeba by zapędzić ze dwudziestu ludzi do odkopania wejścia. Trudno byłoby zachować pełną tajemnicę. Chyba, że weźmie­my więźniów, których potem się zlikwiduje.

Ritter i Bergman dobrą chwilę pilnie studiowali rozłożo­ną przed ich oczyma mapę. Dość głośno dzielili się uwagami, rozważali każde za i przeciw. Kiedy major uznał problem za wyczerpany, zawisł na poruczniku wyczekującym spojrze­niem swego jedynego oka. Sorn chrząknął i z kartką w ręce informował dalej:

-     Spenetrowaliśmy wzgórze Ratschberg, nieopodal miej­scowości Moisdorf, na południe od Jauer. Dosłownie kilka kilometrów. To rejon Bober - Katzbach - Vorgebirge. Jest to miejsce ze wszech miar bardzo interesujące...

-     W tym temacie akurat, poruczniku Sorn, pozwolę się z panem nie zgodzić - wtrącił się niespodziewanie kapitan Ritter - Wzgórze, może i owszem, nadaje się. Jak najbardziej. Jest i naturalna jaskinia i stare wyrobiska, które łatwo moż­na zamaskować jednym zerwaniem skały albo nawet przy pomocy zwykłej koparki. Tylko jest zbyt stromo, aby cię­żarówki wjechały po zaśnieżonym zboczu na odpowiednią wysokość. Trzeba by skrzynie wnosić, a do tego potrzebni są ludzie. W Moisdorf nie ma ani fabryki, ani obozu pracy. Chy­ba, że ma pan zamiar wozić w tym celu robotników z Breslau, tylko pytam się czym, skoro każda ciężarówka i każda para rąk jest na wagę, nomen omen, złota. A przecież miejscowych nie zapędzę do tej roboty, bo to przecież Niemcy. Nie każe pan chyba, panie majorze, rozstrzelać Niemców? - spytał na koniec swojej tyrady z pretensją w głosie, jakby on sam ni­gdy podczas kończącej się właśnie wojny takiego rozkazu nie wydał ani razu.

Major Bergman spojrzał swoim jedynym okiem na kapi­tana trochę z ukosa. Akurat siedział od drugiej strony, tej po­zbawionej organu wzroku. Argument, którego użył Ritter nie przemawiał do jego wyobraźni.

-     Co pan nagle zrobił się taki wrażliwy, kapitanie Ritter? - spytał z kpiną w głosie i sięgnął po papierosa. - Jeśli mnie pamięć nie myli to wy, z gestapo, z nikim się nie cackaliście, nawet z ludnością niemiecką.

Ritter już otwierał usta, aby odeprzeć atak, ale Sorn nie miał zamiaru dopuścić do dyskusji na tematy ideologiczne. Nie mieli już czasu na cokolwiek, a tym bardziej na jałowe spory. Niezrażony autorytatywnym tonem Kurta i złośliwo­ściami Starego, kontynuował wypowiedź:

-     Fakt, że miejsce odludne, ale to jedynie plus. Nikt nie­powołany nie podpatrzy, gdzie ukrywamy skrzynie. Odległość od Breslau niewielka i dojazd bardzo dogodny. Od autostra­dy ze dwadzieścia parę kilometrów. To istotne z uwagi na warunki atmosferyczne. Dojechać dzisiaj do Krummhubel przy tym mrozie i tej ilości śniegu i wtargać to wszystko pod Schneekoppe jest więcej niż problematyczne. A jeśli chodzi o siłę roboczą, kapitanie Ritter - rzucił okiem na esesmana - to niech pan nie udaje idioty. Każde dziecko wie o istnieniu obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen, zaledwie w odległo­ści kilkunastu kilometrów od Moisdorf. Można powiedzieć, że po drodze. Tam więźniów do pracy nie brakuje i jeśli pan major wystawi stosowne pisemko, z pewnością kilku nam odstąpią.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok