Złoto drapieżcy - Philip Reeve - ebook + książka

Złoto drapieżcy ebook

Philip Reeve

4,1

Opis

Sześćdziesiąt minut – tyle wystarczyło, żeby zniszczyć ludzką cywilizację.
Tysiące lat później nastała nowa era ruchomych miast. Miasta drapieżcy na gigantycznych gąsienicach przemierzają wyludnioną Ziemię. Polują: atakują, walczą i pożerają się nawzajem.
W tym świecie młody czeladnik i dziewczyna z blizną na twarzy walczą o życie i przyszłość ludzkości.
Dwa lata po zniszczeniu Londynu Tom i Hester wciąż muszą uciekać.
Ich sterowiec, uszkodzony podczas powietrznej walki nad biegunem północnym, w ostatniej chwili ląduje na pokładzie mroźnego i pięknego Anchorage. Lecz to nie jest bezpieczne miejsce. Miasto zdziesiątkowała zaraza. A jego młodziutka władczyni ma jeden szalony cel: dotrzeć do Ameryki, kontynentu uznanego za martwy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (117 ocen)
43
50
20
4
0

Popularność




Redakcja stylistyczna

Izabela Sieńko-Cholewa

Korekta

Hanna Lachowska

Cover Illustration © Ian McQue, 2018

Cover Illustration reproduced by permission of Scholastic Ltd

Tytuł oryginału

Predator’s Gold

Text © Philip Reeve, 2003

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6988-7

Warszawa 2019. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

1. Skuta lodem Północ

Freya zbudziła się przed świtem. Leżała przez chwilę w mroku, czując, jak miasto sunące po skutej lodem ziemi drży i kołysze się, wprawiane w ruch pracą potężnych silników. Pogrążona w półśnie czekała, aż zjawią się służące i pomogą jej wstać z łóżka. Dopiero po jakimś czasie przypomniała sobie, że wszystkie nie żyją.

Zrzuciła z siebie kołdrę, zapaliła argonowe lampy i omijając rozrzucone po podłodze stosy brudnych ubrań, poszła do łazienki. Już od kilku tygodni zbierała w sobie odwagę, żeby wziąć prysznic, ale tego ranka po raz kolejny skomplikowana aparatura do włączania natrysku ją pokonała. Freyi nie udało się puścić ciepłej wody. W końcu jak zwykle napełniła miskę i umyła twarz i szyję. Pozostał jej niewielki kawałek mydła, który wtarła we włosy, a potem zanurzyła głowę w wodzie. Jej służące użyłyby szamponu, odżywki i rozmaitych pachnących balsamów, ale nie było ich już wśród żywych, a wypełnione dziesiątkami buteleczek i flakonów półki wprawiały Freyę w nieprzyjemne zakłopotanie. Mając tak wielki wybór, postanowiła w ogóle nie wybierać.

Przynajmniej nauczyła się samodzielnie ubierać. Podniosła z podłogi jedną z wymiętych sukni, położyła na łóżku, przyklękła i zanurkowała w nią od dołu. Po krótkiej szamotaninie udało jej się wsunąć ramiona we właściwe rękawy, a głowę w dekolt. Z długą, obszytą futrem kamizelką, którą włożyła na wierzch, poszło jej jeszcze łatwiej, chociaż wciąż nie radziła sobie z guzikami. Służki zawsze zapinały ją szybko i sprawnie, rozmawiając i żartując o nadchodzącym dniu, i nigdy, przenigdy nie zdarzyło im się wetknąć guzika w niewłaściwą dziurkę. Teraz jednak wszystkie nie żyły.

Klnąc pod nosem, Freya mocowała się z zapięciami przez bity kwadrans, a następnie obejrzała w popękanym i zakurzonym lustrze efekt swoich wysiłków. Nie najgorzej, biorąc pod uwagę okoliczności, pomyślała. Może z biżuterią wyglądałaby jeszcze lepiej. Kiedy jednak weszła do garderoby, gdzie trzymała wszystkie ozdoby, odkryła, że większość jej ulubionych klejnotów zniknęła. Ostatnimi czasy z pałacu ginęło mnóstwo przedmiotów. Freya nie miała pojęcia, co się z nimi działo. Nie przejęła się tym jednak. Uznała, że brylantowy diadem i tak nie pasowałby do posklejanych mydłem włosów, a złoty naszyjnik z bursztynami nie prezentowałby się najlepiej na brudnej szyi. Oczywiście mama nie pozwoliłaby jej nigdy pokazać się poddanym bez biżuterii, ale mama też nie żyła.

W pustych i cichych korytarzach pałacu zalegały grube, puszyste jak śnieg warstwy kurzu. Freya zadzwoniła na kamerdynera. Czekając na jego przybycie, stanęła przy oknie i wyjrzała na zewnątrz, na oświetlone szarą poświatą arktycznego poranka oblodzone dachy domów na górnym pokładzie. Posadzka drżała pod jej stopami w rytm pracy olbrzymich tłoków w maszynowni, ale wrażenie ruchu było nikłe, ponieważ miasto podróżowało przez bezkresne śnieżne pustkowia dalekiej Północy. Nie było tu żadnych charakterystycznych elementów krajobrazu. Dookoła aż po horyzont rozpościerała się jedynie biała równina odbijająca blask nieba.

W drzwiach komnaty zjawił się kamerdyner, przyklepując świeżo upudrowaną perukę na głowie.

– Dzień dobry, Smew – powitała go Freya.

– Dzień dobry, Wasza Promienistość.

Na chwilę owładnęła nią chęć zaproszenia kamerdynera do sypialni i powiedzenia mu, żeby zrobił coś z tym całym kurzem, bałaganem i zaginioną biżuterią; żeby pokazał jej, jak korzystać z prysznica. Jednak kamerdyner był mężczyzną i wpuszczenie go do prywatnych apartamentów margrabiny oznaczałoby złamanie pradawnej tradycji. Zamiast tego powiedziała to samo, co każdego ranka:

– Możesz odprowadzić mnie do jadalni, Smew.

Jadąc z nim windą na niższe piętro, wyobraziła sobie własne miasto mknące po lodowcu niczym mały czarny żuczek idący po olbrzymim białym talerzu. Pytanie brzmiało: dokąd? Właśnie tego pragnął się dowiedzieć Smew. Spostrzegła to w jego twarzy, w sposobie, w jaki na nią zerkał. Również Rada Nawigacyjna domagała się tej informacji. Ciągła ucieczka przed wygłodniałymi drapieżnikami nie mogła trwać wiecznie i nadszedł czas, by Freya ujawniła, jaka przyszłość czeka jej miasto. Od tysięcy lat ludność Anchorage oczekiwała od domu Rasmussenów takich decyzji. W końcu kobiety z rodu Rasmussenów były wyjątkowe. Czyż nie rządziły Anchorage od czasu, gdy rozpętała się wojna sześćdziesięciominutowa? Czyż Bogowie Lodu nie przemawiali do nich, gdy śniły, i nie podpowiadali im, jaki szlak powinno obrać miasto, by spotkać uczciwych partnerów handlowych, uniknąć zdradliwych lodowych pułapek i drapieżców?

Lecz Freya była ostatnią potomkinią rodu, a Bogowie Lodu wcale z nią nie rozmawiali. Ostatnimi czasy w ogóle mało kto się do niej odzywał, a jeśli już, to tylko po to, by jak najłagodniej i najuprzejmiej zapytać o kierunek podróży. Dlaczego zwracacie się z tym akurat do mnie?! – chciała czasami krzyknąć. Jestem tylko zwykłą dziewczyną! Nie prosiłam o tytuł margrabiny! Zdawała sobie jednak sprawę, że poddani nie mogą się zwrócić do nikogo innego.

Dzisiaj w końcu udzieli im odpowiedzi. Choć wątpiła, by jej słowa spotkały się z radosnym przyjęciem.

Śniadanie zjadła w samotności, siedząc na krześle z wysokim oparciem przy długim czarnym stole. Zgrzyt noża o talerz i brzęk łyżeczki w filiżance z herbatą brzmiały nienaturalnie głośno w otaczającej ją ciszy. Z okutych półmrokiem ścian spoglądały na nią portrety szlachetnych przodków. Odnosiła wrażenie, że ich twarze krzywią się z lekkim zniecierpliwieniem, jakby oni także czekali na decyzję, jaką powinna podjąć.

– Nie martwcie się – szepnęła do nich. – Już wiem, dokąd pojedziemy.

Kiedy śniadanie dobiegło końca, do jadalni wszedł szambelan.

– Dzień dobry, Smew – powitała go.

– Dzień dobry, Zorzo Śnieżnych Pól. Rada Nawigacyjna oczekuje na spotkanie z Waszą Promienistością.

Freya skinęła głową, szambelan otworzył drzwi i wprowadził członków rady. Kiedyś było ich dwudziestu trzech, ale teraz zostali tylko pan Scabious i panna Pye.

Windolene Pye, wysoka, prosto trzymająca się kobieta w średnim wieku, nosiła włosy spięte w spłaszczony kok przypominający drożdżówkę. Kiedyś pracowała jako sekretarka świętej pamięci Głównego Nawigatora i zdawała się dość dobrze orientować w jego mapach i wykresach, ale w obecności margrabiny robiła się nerwowa i dygała uniżenie za każdym razem, gdy Freya choćby kichnęła.

Drugi członek rady, Søren Scabious, bardzo się od niej różnił. Jego rodzina zarządzała maszynownią niemal od chwili, gdy miasto stało się pojazdem, i Scabious był jedynym obywatelem, którego Freya mogła jeszcze uznawać za równego sobie. Gdyby życie w Anchorage toczyło się normalnie, następnego lata wyszłaby za mąż za jego syna, Axela – margrabina często wybierała na małżonka inżyniera, żeby zyskać sympatię robotników z maszynowni. Jednak nic nie było już takie jak dawniej, a Axel nie żył. Freya cieszyła się w duchu, że pan Scabious, zgorzkniały, milczący ponurak, nie zostanie jej teściem. Jego czarne żałobne szaty wtapiały się w mrok jadalni niczym kamuflaż, a trupioblada twarz zdawała się unosić w powietrzu niczym nocne widmo.

– Dzień dobry, Wasza Promienistość – powiedział, kłaniając się sztywno, podczas gdy panna Pye dygnęła, trzepocząc rzęsami i oblewając się rumieńcem.

– Jaka jest nasza pozycja? – zapytała Freya.

– Och, Wasza Promienistość, obecnie znajdujemy się siedemset kilometrów na północ od gór Tannhauser – zaświergotała panna Pye. – Jedziemy po mocnym, grubym morskim lodzie, a w pobliżu nie zauważono żadnego innego miasta.

– Maszynownia oczekuje na instrukcje, Zorzo Śnieżnych Pól – oznajmił Scabious. – Czy życzy sobie Wasza Promienistość zawrócić na wschód?

– Nie! – wzdrygnęła się Freya, przypominając sobie, jak niewiele brakowało, by zostali tam pożarci. Gdyby skręcili teraz na wschód lub udali się na południe, żeby pohandlować z innymi osadami na obrzeżach lodowca, Archangielsk na pewno by się o wszystkim dowiedział, a jej miastu nie udałoby się drugi raz uciec przed tym wielkim drapieżnikiem. Tym bardziej że załoga maszynowni była niekompletna.

– Może powinniśmy skierować się na zachód, Wasza Promienistość? – zasugerowała niepewnie panna Pye. – Kilka małych osiedli zimuje na obrzeżach Grenlandii. Może udałoby się trochę z nimi pohandlować.

– Nie – odrzekła stanowczo Freya.

– W takim razie może Wasza Promienistość ma na myśli jakąś inną trasę? – dopytywał się Scabious. – Czy bogowie przemówili do Waszej Promienistości?

Freya przytaknęła z powagą. Tak naprawdę pomysł, który zamierzała wyjawić, kołatał się jej po głowie od miesiąca albo dłużej i nie uważała go za dar od któregokolwiek z bogów. Uznała po prostu, że tylko w jeden sposób uda się ocalić Anchorage przed zarazami i drapieżcami raz na zawsze.

– Kurs na Martwy Kontynent – oświadczyła. – Wracamy do domu.

2.Hester i Tom

Hester Shaw powoli zaczynała oswajać się ze świadomością, że może być szczęśliwa. Po długich, pełnych znoju latach spędzonych wśród błota Wielkiego Terenu Polowań na pokładach brudnych osad padliniarzy wreszcie odnalazła swoje miejsce na świecie. Miała teraz własny statek powietrzny, „Jenny Haniver” (gdyby zadarła głowę, zobaczyłaby zarys czerwonej powłoki jej balonu, tuż za zanzibarskim frachtowcem na stanowisku numer siedemnaście) i miała Toma. Miłego, przystojnego, zaradnego Toma, którego kochała całym sercem i który – mimo wszystkich jej wad – również zdawał się ją kochać.

Przez długi czas nie wierzyła, że ich miłość ma szansę przetrwać, byli przecież tak różni. W dodatku Hester nie należała do piękności – wysoka, chuda jak patyk, pozbawiona wdzięku dziewczyna ze strzechą rudych, zaplecionych w warkocze włosów, o twarzy zeszpeconej ciosem miecza, który pozbawił ją oka, rozpłatał nos i wykrzywił usta w ohydnym półuśmiechu. Tom wkrótce mnie porzuci, powtarzała sobie, gdy czekali na Czarnej Wyspie, aż mechanicy naprawią „Jenny Haniver” zniszczoną podczas pożaru Londynu. Jest ze mną tylko z litości, uznała, kiedy lecieli do Afryki, a potem do Ameryki Południowej. Co on we mnie widzi? – dziwiła się, gdy coraz bardziej się bogacili, dostarczając zaopatrzenie wielkim miastom wiertniczym wydobywającym ropę naftową na Antarktydzie, a potem stracili ten majątek, kiedy musieli wyrzucić ładunek za burtę, żeby uciec przed podniebnymi piratami grasującymi nad Kordylierami. Lecąc nad błękitnymi wodami Atlantyku w konwoju kupieckich sterowców, szeptała do siebie: „Na pewno ode mnie odejdzie”.

A jednak nie odszedł. Już od ponad dwóch lat byli razem. I teraz, siedząc we wrześniowym słońcu na balkonie kawiarni Strefa Bezpieczeństwa w Airhaven, Hester po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że ich miłość wytrzyma próbę czasu. Ścisnęła pod stołem dłoń Toma i uśmiechnęła się do niego swoim krzywym uśmiechem, a on spojrzał na nią z tym samym gorącym uczuciem co wtedy, gdy po raz pierwszy pocałowała go w oślepiającym świetle wybuchu, który zniszczył jego rodzinne miasto.

Tej jesieni Airhaven poleciało na północ i unosiło się teraz kilkaset metrów nad Mroźnymi Rubieżami. Małe miasteczka padliniarzy, które przebywały przez ostatnie miesiące na śniegu, stłoczyły się pod nim, żeby sprzedać swoje znaleziska. W powietrze wzbijały się balony wypełnione kolorowo ubranymi handlarzami, którzy zaczynali wykrzykiwać swoją ofertę, gdy tylko postawili stopę na aluminiowym pokładzie. Skute lodem tereny Północy kryły niespotykane skarby dla zbieraczy starej technologii i kupcy przywieźli ze sobą części Łowców, akumulatory działek Tesla, bezimienne fragmenty maszyn pozostałych po sześciu różnych cywilizacjach, a nawet szczątki starożytnego samolotu, którego wrak leżał pod grubą pokrywą śniegu od czasów wojny sześćdziesięciominutowej.

Pod Airhaven na wschód, zachód i południe aż po zamglony horyzont rozciągało się niegościnne kamieniste pustkowie, gdzie Bogowie Lodu rządzili przez osiem miesięcy w roku. Na pooranym śladami miejskich gąsienic i kół gruncie już pojawił się śnieg. Na północy wznosiły się czarne bazaltowe zbocza gór Tannhauser, łańcucha wulkanów, które wyznaczały granicę Wielkiego Terenu Polowań. Z kilku buchały słupy szarego skłębionego dymu, które zdawały się podpierać nieboskłon niczym gigantyczne kamienne kolumny. Pomiędzy nimi, za półprzezroczystą zasłoną wirującego w powietrzu popiołu Tom i Hester widzieli biel Lodowych Pustkowi oraz ciemny poruszający się kształt – wielki i zwalisty niczym ruchoma góra.

Hester wyjęła z kieszeni płaszcza lunetę i przytknęła ją do oka. Przez chwilę regulowała pokrętłem ostrość, aż nagle obraz stał się wyraźny. Patrzyła na wielkie miasto – osiem pięter fabryk, baraków dla niewolników, strzeliste dymiące kominy, wokół których latały pasożytnicze sterowce zeskrobujące z nich mineralny osad, a w dole pod najniższym pokładem otoczone tumanami wzbijanego śniegu i miażdżonych skał wielkie obracające się koła.

– Archangielsk!

Tom wziął od niej lunetę.

– Masz rację. W lecie trzyma się podnóża gór Tannhauser, pożerając miasteczka padliniarzy, które próbują się przeprawić na Teren Polowań. Pokrywa lodowa jest teraz znacznie grubsza niż dawniej, ale Archangielsk i tak za dużo waży, żeby jeździć po niej w lecie.

– Zawsze wszystko wiesz – roześmiała się Hester.

– Nic na to nie poradzę – odparł Tom. – Byłem czeladnikiem Cechu Historyków, pamiętasz? Musieliśmy wkuć listę największych ruchomych metropolii, a Archangielsk zajmował pierwsze miejsce, więc dobrze go zapamiętałem.

– Szpaner – powiedziała z lekkim wyrzutem Hester. – Szkoda, że to nie Zimbra albo Xanne-Sandalsky. Wtedy nie mógłbyś zgrywać mądrali.

Tom znowu przyłożył lunetę do oka.

– Najdalej za kilka dni uniesie koła, opuści żelazne płozy i ruszy na północ, żeby zapolować na lodowe miasta i osiedla śnieżnych nomadów.

Na razie jednak Archangielsk zadowalał się handlem. Ze względu na potężne rozmiary nie mógł się przecisnąć przez wąwozy przecinające góry Tannhauser, ale z jego portów lotniczych wzbijały się w niebo statki lecące na południe, w stronę Airhaven. Pierwszy z nich wykonał pełen aroganckiej buty slalom pomiędzy tuzinem unoszących się nad miastem balonów i zapikował, lądując na stanowisku szóstym. Tom i Hester poczuli lekkie wibracje, gdy żelazne uchwyty sterowca zacisnęły się wokół żerdzi. Był to smukły statek myśliwski o krótkim zasięgu. Na powłoce jego balonu widniał czerwony wilk, a pod nim wykaligrafowana gotyckim pismem nazwa: „Powietrzna Turbulencja”.

Z opancerzonej gondoli wynurzyli się rośli mężczyźni w futrzanych płaszczach i czapkach. Krocząc pewnie po płycie lądowiska, ruszyli po schodkach na górę, na High Street. Pod ich płaszczami połyskiwały srebrzyste kolczugi. Jeden z lotników miał na głowie stalowy hełm, na którym sterczały dwie wielkie gramofonowe tuby połączone kablem z mikrofonem ściskanym w dłoni przez innego młodzieńca. Jego wzmocniony głos rozbrzmiał w całym Airhaven.

– Witajcie, lotnicy! Wielki Archangielsk, Postrach Północy, Pogromca Statycznej Kolonii na Spitsbergenie, Stolica Lodowych Pustkowi śle wam pozdrowienia! Mamy złoto dla każdego, kto wyjawi, gdzie przebywają lodowe miasta! Trzydzieści suwerenów za informację, która doprowadzi do schwytania ofiary!

Mężczyzna zaczął się przeciskać między stolikami na tarasie Strefy Bezpieczeństwa, wciąż wykrzykując swoją ofertę, a lotnicy kręcili głowami, krzywili się z niesmakiem i odwracali ostentacyjnie wzrok. Ostatnio, gdy coraz częściej brakowało ofiar do pożarcia, kilka wielkich drapieżników zaczęło oferować pieniądze za informacje o miejscach pobytu łownych miast. Jednak rzadko który robił to tak bezczelnie i otwarcie. Uczciwi powietrzni kupcy obawiali się, że wkrótce handel z mniejszymi miastami Północy w ogóle ustanie, bo który burmistrz pozwoli na lądowanie sterowcowi, który następnego dnia może odlecieć i sprzedać informacje o kursie osiedla jakiemuś chciwemu miastożercy w rodzaju Archangielska? Jednak zawsze znajdywali się inni – przemytnicy, półpiraci i handlarze, którzy nie osiągali zysków, na jakie liczyli. Oni gotowi byli przyjąć złoto drapieżcy.

– Jeśli w lecie lądowaliście na pokładzie Kivitoo, Breidhaviku lub Anchorage i wiecie, gdzie te miasta zamierzają przezimować, czekam na was w zajeździe Balon i Gondola! – zachęcał przybysz. Był to młokos o wyglądzie bogatego i dobrze odżywionego paniczyka, a z jego oczu biły bezmyślność i arogancja. – Trzydzieści sztuk złota, przyjaciele. Dość pieniędzy, żeby starczyło na roczny zapas paliwa i luftgazu…

– To Piotr Masgard – usłyszała Hester słowa lotniczki Dinka, która siedziała przy stoliku obok i rozmawiała ze znajomymi. – Jest najmłodszym synem dyrektora Archangielska. Nazywa tę swoją bandę Wilczym Stadem. Podobno nie ograniczają się do kupowania informacji, ale lądują tym swoim sterowcem na pokładach pokojowo nastawionych miasteczek, które są za szybkie dla Archangielska, i zmuszają mieszkańców do wjechania prosto w jego paszczę!

– Ale to niesprawiedliwe! – wykrzyknął Tom, który także przysłuchiwał się rozmowie i na nieszczęście dał wyraz swemu oburzeniu właśnie w chwili, gdy Masgard umilkł na moment. Dowódca Wilczego Stada odwrócił się, a na jego spasionej twarzy pojawił się lekceważący uśmiech.

– Co jest niesprawiedliwe? Miasto pożera miasto. Tak już jest na tym świecie.

Hester zdrętwiała. Nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Tom zawsze chciał, żeby wszystko było sprawiedliwe. Przypuszczała, że to przez jego wychowanie. Kilka lat wśród bezwzględnych padliniarzy wybiłoby mu podobne pomysły z głowy, ale młodość spędzona pod opieką Cechu Historyków sprawiła, że przejął się regułami i zwyczajami londyńskich uczonych tak bardzo, iż wciąż – mimo tego, przez co później przeszedł – oburzał się na ludzi w rodzaju Masgarda.

– Chodzi o to, że to wbrew prawom miejskiego darwinizmu – wyjaśnił Tom, podnosząc wzrok na krzepkiego osiłka. Następnie wstał od stołu, ale okazało się, że wciąż musi zadzierać głowę, bo przywódca Wilczego Stada jest od niego wyższy prawie o trzydzieści centymetrów. – Szybkie miasta pożerają wolniejsze, a silniejsze zjadają słabe. Tak powinno to działać. Jak w przyrodzie. Oferowanie złota za zdradę innych osiedli i napadanie ofiar z powietrza narusza równowagę – ciągnął dalej, jakby Masgard był jego kolegą czeladnikiem ze szkolnego kółka dyskusyjnego.

Masgard uśmiechnął się jeszcze szerzej. Odchylił połę płaszcza i dobył miecza. Ludzie wstrzymali oddech. Rozległy się trzaski upadających krzeseł, gdy siedzący najbliżej goście próbowali odsunąć się jak najdalej od zabijaków z Archangielska. Hester chwyciła Toma za ramię. Odciągała go, nie spuszczając oka z błyszczącej klingi.

– Tom, daj spokój, idioto! – mruknęła.

Masgard przyglądał się jej przez chwilę, a potem roześmiał się chrapliwie i wsunął miecz do pochwy.

– Patrzcie! Chłopak ma dziewuchę, która broni jego tyłka!

Kompani z Wilczego Stada śmiali się razem z nim, a Hester zarumieniła się i zasłoniła twarz starą czerwoną chustą.

– Wpadnij do mnie później, ślicznotko! – zarechotał Masgard. – Dla damy jestem zawsze do usług! I pamiętaj, jeśli wyjawisz mi kurs jakiegoś miasta, zapłacę ci trzydzieści sztuk złota! Będziesz mogła sprawić sobie nowy nos!

– Na pewno nie zapomnę – obiecała Hester, popychając Toma do tyłu. Gniew trzepotał w jej piersiach i kąsał niczym pirania. Chciała się odwrócić i stanąć do walki. Mogła się założyć, że Masgard nie wie, jak użyć miecza, którym tak się chełpi… Ale ostatnimi czasy starała się panować nad ciemną, morderczą i mściwą stroną swojej natury, więc przecięła tylko ukradkiem kabel od jego mikrofonu. Gdy spróbuje wygłosić następny komunikat, sam stanie się pośmiewiskiem.

– Przepraszam cię – wymamrotał wstydliwie Tom, kiedy szli w stronę lotniska, na którym roiło się teraz od kupców i turystów przybyłych z Archangielska. – Nie chciałem, żeby tak wyszło… wydawało mi się…

– Nie przejmuj się – odparła Hester. Chciała mu powiedzieć, że gdyby od czasu do czasu nie robił czegoś tak odważnego i głupiego, nie byłby sobą, a ona pewnie nie kochałaby go aż tak mocno. Nie potrafiła jednak wyrazić tego słowami, więc zaciągnęła go za jeden ze słupów podpierających High Street, a potem upewniwszy się, że nikt ich nie widzi, objęła Toma chudym ramieniem, ściągnęła chustę z twarzy i pocałowała go namiętnie.

– Odlećmy stąd – powiedziała po chwili.

– Ale nie mamy jeszcze żadnego ładunku. Przecież chcieliśmy znaleźć jakiegoś handlarza futrami albo…

– Na pokładzie nie ma handlarzy futrami, są tylko kupcy ze starą technologią, a nie chcemy transportować tych okropnych maszyn, prawda? – Wyglądał na niezdecydowanego, więc pocałowała go po raz drugi, nim zdołał cokolwiek odpowiedzieć. – Mam już dość Airhaven. Chcę znowu wyruszyć w drogę.

– Dobrze – odparł Tom. Uśmiechnął się, gładząc jej usta, policzek i przeciętą blizną brew. – Zgoda. Naoglądaliśmy się już śnieżnych krajobrazów. Lecimy na południe.

Już wkrótce przekonali się, że miało to być znacznie trudniejsze, niż przypuszczali. Kiedy dotarli do stanowiska siedemnastego, przed „Jenny Haniver” czekał na nich mężczyzna siedzący na pokaźnym skórzanym tobołku. Hester, która wciąż nie otrząsnęła się w pełni po złośliwościach Masgarda, znów zakryła twarz chustą. Tom puścił jej dłoń i przyśpieszył kroku, wychodząc na spotkanie nieznajomemu.

– Dzień dobry! – zakrzyknął mężczyzna, wstając. – Pan Natsworthy? Panna Shaw? Rozumiem, że jesteście właścicielami tego wspaniałego powietrznego statku? W wieży powiedziano mi, że jesteście młodzi, ale nie przypuszczałem, że aż tak! Toż z was jeszcze dzieci!

– Mam prawie osiemnaście lat – obruszył się Tom.

– Mniejsza o to! – zawołał radośnie nieznajomy. – Wiek nie ma znaczenia, jeśli macie wielkie i mężne serca, a w to akurat wcale nie wątpię. Kim jest ten przystojny młody człowiek? – zapytałem mojego przyjaciela, kierownika lotniska. A on mi na to: Toż to Tom Natsworthy, pilot „Jenny Haniver”. Pennyroyal, powiedziałem sobie, ten młodzieniec może być człowiekiem, którego szukasz! I oto jestem!

Bez wątpienia był tu – niewysoki, łysiejący jegomość z lekką nadwagą i siwą, równo przystrzyżoną białą bródką. Miał na sobie typowy strój padliniarza z Północy – długi futrzany płaszcz, ciepłą skórzaną czapkę, tunikę z wieloma kieszonkami, grube spodnie i wysokie, obszyte futerkiem buty – ale wszystkie części jego garderoby wyglądały na zbyt kosztowne, jakby zostały zamówione u modnego krawca jako kostium do sztuki teatralnej, której akcja toczy się w Lodowych Pustkowiach.

– No i jak? – zapytał.

– Z czym? – odezwała się Hester, której od razu nie spodobał się obcy.

– Przepraszam pana – powiedział Tom bardziej uprzejmym tonem. – Nie rozumiemy, o co panu chodzi…

– Och, proszę o wybaczenie – odrzekł nieznajomy. – Pozwólcie, że wyjaśnię! Nazywam się Pennyroyal, Nimrod Beauregard Pennyroyal. Prowadziłem badania tych wielkich, przerażających, ziejących ogniem gór, a teraz wybieram się do domu. Byłby to dla mnie niekłamany zaszczyt, gdybyście łaskawie przyjęli mnie na pokład waszego wspaniałego sterowca!

3. Pasażer

Nazwisko Pennyroyala wydało się Tomowi znajome, chociaż nie potrafił sobie przypomnieć dlaczego. Był pewien, że słyszał je na którymś z wykładów w szkole Cechu Historyków – ale nie wiedział, co takiego Pennyroyal zrobił lub napisał, żeby zasłużyć na wzmiankę nauczyciela. Zbyt wiele czasu poświęcał fantazjowaniu, żeby zwracać uwagę na to, co mówiono na lekcjach.

– Nie przewozimy pasażerów – powiedziała stanowczo Hester. – Lecimy na południe i podróżujemy samotnie.

– Południe jest w sam raz! – uradował się Pennyroyal. – Mieszkam w Paryżu. Tej jesieni moje miasto przebywa nad brzegami Morza Środkowego. Chciałbym jak najszybciej wrócić do domu, panno Shaw. Moi wydawcy, Fewmet i Spraint, bardzo nalegają, żebym dostarczył im nową książkę przed Festiwalem Księżycowym, a potrzebuję ciszy i spokoju mojego gabinetu, żeby zabrać się do pisania.

Kiedy to mówił, obejrzał się szybko przez ramię, obserwując ludzi kręcących się po płycie lotniska. Pocił się lekko i Hester pomyślała, że nie wygląda na kogoś, kto tęskni za domem. Sprawiał raczej wrażenie przestraszonego.

– Jest pan pisarzem, panie Pennyroyal? – zainteresował się Tom.

– Profesorze Pennyroyal – poprawił go uprzejmie paryżanin. – Jestem badaczem, podróżnikiem i historykiem alternatywnym. Może czytał pan którąś z moich książek. Na przykład Zaginione miasta pustyni albo Piękna Ameryka. Prawda o martwym kontynencie…

Teraz Tom przypomniał sobie, gdzie słyszał to nazwisko. Chudleigh Pomeroy wspomniał raz o Nimrodzie B. Pennyroyalu w wykładzie o najnowszych trendach w historii. Pennyroyal – powiedział stary londyński historyk – nie miał żadnego szacunku dla prawdy i odrzucał potrzebę badań naukowych. Jego śmiałe ekspedycje wykazywały wszystkie cechy amatorszczyzny, a w książkach roiło się od naciąganych hipotez i opisu nieprawdopodobnych romansów oraz przygód. Tom jednak lubił śmiałe teorie i fantastyczne przygody, więc później próbował znaleźć książki Pennyroyala w muzealnej bibliotece. Niestety poważni mistrzowie Cechu Historyków uznali, że nie są warte tego, by zajmować miejsce na jej półkach, dlatego Tom nigdy nie dowiedział się niczego o podróżach Pennyroyala.

– Mamy miejsce dla jednego pasażera – powiedział do Hester. – I przydałoby się trochę pieniędzy.

Dziewczyna skrzywiła się kwaśno.

– Och, pieniądze nie stanowią żadnego problemu – zapewnił Pennyroyal, wyciągając pokaźny trzos i potrząsając nim. – Powiedzmy, pięć suwerenów teraz i pięć następnych, kiedy wylądujemy w Paryżu? Oczywiście za zdradzenie jakiegoś biednego miasta dostalibyście od Piotra Masgarda znacznie więcej, ale to chyba uczciwa propozycja. A poza tym oddalibyście wielką przysługę literaturze.

Hester spuściła wzrok na zwój liny cumowniczej leżący na wybrzeżu. Wiedziała, że przegrała. Ten nazbyt wylewny i przyjacielski nieznajomy wiedział, jak przekonać Toma. Sama musiała zresztą przyznać, że dziesięć suwerenów bardzo im się przyda. Uczyniła jeszcze ostatnią próbę obrony przed tym, co nieuniknione, i kopnąwszy tobołek historyka, zapytała:

– Jaki ma pan bagaż? Nie przewozimy starej technologii. Widzieliśmy już za dużo zniszczeń, do jakich może doprowadzić.

– Na niebiosa! – zawołał Pennyroyal. – Zgadzam się w całej rozciągłości! Jestem alternatywnym historykiem, ale nie idiotą. Ja też widziałem, co dzieje się z ludźmi, którzy wykopują starożytne machiny. Umierają od jakiegoś dziwnego promieniowania albo giną w straszliwych eksplozjach. Nie, wiozę ze sobą tylko bieliznę na zmianę oraz parę tysięcy stron notatek i rysunków do mojej najnowszej książki pod tytułem Ogniste góry. Zjawisko naturalne czy wynik błędu starożytnych?

Hester po raz drugi kopnęła tobołek. Przewrócił się na bok, ale nie wydał żadnego metalicznego dźwięku, który świadczyłby o kłamstwie Pennyroyala. Spuściła wzrok na własne stopy, a potem przez kratę pokładu Airhaven spojrzała na ziemię, gdzie nieduże miasteczko jechało nieśpiesznie na zachód, ciągnąc za sobą długi cień. A niech tam, pomyślała. Morze Środkowe będzie ciepłe i błękitne, znacznie przyjemniejsze od tych niegościnnych mroźnych pustkowi, a podróż na miejsce zajmie najwyżej tydzień. Na pewno wytrzyma towarzystwo profesora Pennyroyala przez tak krótki czas. Później wszystko wróci do normy i znowu będzie miała Toma tylko dla siebie.

– Dobrze – oznajmiła. Wyrwała historykowi trzos z ręki i odliczyła pięć suwerenów, nim zdążył zaprotestować.

– Możemy pana zakwaterować w przedniej ładowni, profesorze – powiedział Tom. – A jeśli pan chce, może pan urządzić sobie tymczasowy gabinet w jednej z kajut. Zostaniemy w mieście na noc i wystartujemy z samego rana.

– Jeśli nie macie nic przeciwko temu – odparł Pennyroyal, znów rozglądając się nerwowo po lotnisku – wolałbym od razu wyruszyć w drogę. Muza mnie wzywa.

Hester wzruszyła ramionami i znów otworzyła sakiewkę.

– Wystartujemy, gdy tylko dostaniemy pozwolenie kontroli lotów – stwierdziła. – Za dodatkową opłatą w wysokości dwóch suwerenów.

Czerwone niczym ciemny bursztyn słońce zanurzyło się we mgle zachodnich gór Tannhauser. Z kupieckich osiedli na dole wciąż wzbijały się balony, a sterowce i statki z wielkiego Archangielska wciąż przelatywały ponad bazaltowymi szczytami do Airhaven. Jednym z nich wylądował sympatycznie wyglądający starszy pan, Widgery Blinkoe. Był to handlarz antykami i starą technologią, który dorabiał, wynajmując pokoje nad swoim sklepem w archangielskiej dzielnicy portowej i sprzedając informacje każdemu, kto gotów był za nie zapłacić.

Pozostawiwszy swoim żonom zacumowanie statku, pan Blinkoe pobiegł czym prędzej do biura kontrolera lotów i zapytał:

– Widział pan tego mężczyznę?

Urzędnik spojrzał na fotografię, którą podsunął mu Blinkoe, i odparł:

– To przecież profesor Pennyroyal! Ten dżentelmen, który pisze książki historyczne.

– Jaki tam dżentelmen! – wykrzyknął gniewnie Blinkoe. – Przez sześć tygodni wynajmował u mnie izbę, a gdy tylko pojawiło się Airhaven, uciekł, nie zapłaciwszy złamanego grosza! Gdzie on jest? Gdzie znajdę tę kreaturę?

– Za późno, kolego – uśmiechnął się kontroler lotów, który czerpał pewną przyjemność z przekazywania ludziom złych wiadomości. – Przyleciał jednym z pierwszych balonów z Archangielska, rozpytując o statki udające się na południe. Skontaktowałem go z młodymi ludźmi, którzy pilotują „Jenny Haniver”. Wystartowali dziesięć minut temu i wzięli kurs na Morze Środkowe.

Blinkoe jęknął żałośnie, ocierając dłonią tłustą pobladłą twarz. Nie mógł sobie pozwolić na utratę dwudziestu suwerenów, które obiecał Pennyroyal. Och, czemu nie kazał sobie zapłacić z góry? Tak bardzo pochlebiało mu, że Pennyroyal podarował mu egzemplarz Pięknej Ameryki z dedykacją: „Mojemu dobremu przyjacielowi Widgery’emu z najlepszymi życzeniami” i obiecał wspomnieć o nim w swoim następnym dziele, iż nie wyczuł niebezpieczeństwa, nawet gdy sławny uczony kupował wino na jego kredyt. Nie zaprotestował też, kiedy podróżnik zaczął otwarcie flirtować z najmłodszą panią Blinkoe! Niech diabli porwą wszystkich pismaków i gryzipiórków!

Nagle coś, co powiedział kontroler lotów, przedarło się przez mgłę żalu i wynikły ze zgryzot ból głowy, zaciemniający myśli Blinkoe’a. Nazwa. Znajoma nazwa. Wartościowa nazwa!

– Powiedział pan „Jenny Haniver”?

– Tak.

– Ale to niemożliwe! „Jenny Haniver” zaginęła, kiedy bogowie zniszczyli Londyn!

Kontroler lotów pokręcił głową.

– Nie, proszę pana, nic z tych rzeczy. Z tego, co słyszałem, przez ostatnie dwa lata latała na południu, handlując z miastami-zigguratami Neo-Majów.

Pan Blinkoe podziękował urzędnikowi i popędził z powrotem na płytę lotniska. Był dość korpulentnym statecznym człowiekiem i rzadko biegał, uznał jednak, że w tym przypadku pośpiech jest uzasadniony. Odepchnął grupkę dzieci, które oblegały zamontowaną na metalowej barierce lunetę, i skierował ją w niebo. Na południowym zachodzie w promieniach chowającego się za horyzont słońca ujrzał mały czerwony statek z dwoma silnikami Jeunet-Carot.

Archangielski kupiec wrócił do własnego sterowca o nazwie „Tymczasowe Zawirowania” i rozżalonych małżonek.

– Szybko! – zawołał, wpadając do gondoli. – Włączcie radio!

– Pennyroyal znowu ci zwiał – powiedziała pierwsza żona.

– Kto by się spodziewał? – sarknęła inna.

– Dokładnie jak w Archangielsku – dorzuciła trzecia.

– Cicho, żony! – wykrzyknął Blinkoe. – To poważna sprawa!

Czwarta małżonka zrobiła kwaśną minę.

– Pennyroyal nie jest wart takiego zachodu – mruknęła.

– Och, biedny, kochany profesor Pennyroyal – westchnęła płaczliwie piąta.

– Wybij go sobie z głowy – zbeształ ją mąż, zdejmując czapkę i zakładając na uszy słuchawki. Przestroił radio na tajną długość fal i gestem ręki nakazał najmłodszej małżonce powstrzymać płacz i uruchomić silnik. – Znam ludzi, którzy dobrze zapłacą za to, czego się właśnie dowiedziałem! Statek, którym uciekł Pennyroyal, należał kiedyś do Anny Fang!

Tom do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo brakuje mu towarzystwa innych historyków. Hester zawsze z radością słuchała anegdot i ciekawostek, które zapamiętał z czasów czeladnictwa, ale nie mogła się odwdzięczyć tym samym. Od kiedy skończyła siedem lat, żyła wśród barbarzyńców, zdana wyłącznie na własny spryt. Mimo że wiedziała, jak wskoczyć na pokład pędzącego miasta, złapać i wypatroszyć kota czy kopnąć niedoszłego złodzieja tam, gdzie najbardziej boli, nie miała czasu, żeby zainteresować się historią.

I oto zjawił się profesor Pennyroyal, a jego wspaniała osobowość ożywiła atmosferę w kabinie „Jenny Haniver”. Paryżanin miał teorię lub anegdotę na każdy temat. Słuchając go, Tom poczuł nostalgię za latami, które spędził w Muzeum Londyńskim wśród książek, zabytków i uczonych debat.

– Weźmy na przykład te góry – powiedział Pennyroyal, wskazując krajobraz za szybą. Lecieli na południe wzdłuż długiego łańcucha gór Tannhauser, a blask lawy wydobywającej się z czynnych wulkanów migotał na twarzy podróżnika. – Będą tematem mojej najnowszej książki. Skąd się wzięły? Nie było ich tu w starożytności, wiemy to z map, które przetrwały do naszych czasów. W jaki sposób pojawiły się tak szybko? Co sprawiło, że powstały? Z górami w dalekim Shan Guo mamy podobny problem. Zhan Shan jest najwyższym szczytem na Ziemi, a mimo to nie wspomina o nim żaden starożytny tekst. Czy rzeczywiście te nowe góry pojawiły się na skutek naturalnej działalności wulkanicznej, jak nam zawsze tłumaczono? A może patrzymy na skutki starożytnego eksperymentu technicznego, który wymknął się spod kontroli? Może chodziło o stworzenie nowego źródła energii albo o jakąś potworną broń! Machina do robienia wulkanów! Pomyśl tylko, cóż by to było za wspaniałe odkrycie, Tom!

– Nie interesuje nas stara technologia – powiedziała automatycznie Hester. Siedziała przy mapie, próbując wyznaczyć kurs, a tubalny głos Pennyroyala coraz bardziej ją denerwował.

– Oczywiście, że nie, moja droga! – zawołał Pennyroyal, spoglądając na belkę nad jej głową (obawiał się, że gdyby zawiesił wzrok na jej szkaradnej twarzy, skrzywiłby się z niesmakiem). – Oczywiście, że nie! To bardzo szlachetne i rozsądne uprzedzenie. Ale…

– To nie jest uprzedzenie – ucięła Hester, wytykając go cyrklem w taki sposób, iż przestraszył się, że zrobi mu krzywdę. – Moja mama była archeolożką. Podróżniczką i historykiem tak jak pan. Poleciała do Ameryki, wykopała straszną maszynę o nazwie Meduza i przywiozła ją do domu. Władcy Londynu dowiedzieli się o tym i wysłali Valentine’a, żeby ją zabił. A przy okazji zeszpecił mi twarz. Potem zawiózł Meduzę londyńskim inżynierom, którzy ją uruchomili. I bum! Całe miasto wybuchło.

– Ach, tak – odparł Pennyroyal pojednawczym tonem. – Wszyscy wiedzą o wypadku z Meduzą. Pamiętam dokładnie, co wtedy robiłem. Gościłem na pokładzie miasta Cittamotore w towarzystwie wspaniałej młodej damy Miętutki Bapsnack. Nawet z tak daleka widzieliśmy błysk na wschodnim niebie…

– A my byliśmy całkiem blisko. Uciekliśmy z Londynu tuż przed samą eksplozją, a rankiem zobaczyliśmy zniszczenia. Całe miasto zostało spalone na popiół przez coś, co wykopała moja mama. Właśnie dlatego nie chcemy mieć nic wspólnego ze starą technologią.

– Ach, tak – mruknął Pennyroyal, czując się teraz bardzo niezręcznie.

– Idę spać – oznajmiła Hester. – Boli mnie głowa.

Rzeczywiście, dwie godziny słuchania mądrości Pennyroyala spowodowały, że poczuła ostry, wiercący ból za ślepym okiem. Podeszła do fotela pilota z zamiarem pocałowania Toma na dobranoc, ale obecność profesora sprawiła, że zmieniła zdanie. Musnęła tylko ucho Toma wargami, powiedziała, żeby zawołał ją, gdy będzie potrzebował odpoczynku, a potem udała się do kabiny na rufie.

– Ups! – wyrwało się Pennyroyalowi, kiedy wyszła.

– Ma temperament – przyznał Tom, zakłopotany wybuchem dziewczyny. – Ale tak naprawdę jest wspaniała. Trochę nieufna, ale przemiła. Kiedy pozna ją pan lepiej…

– Oczywiście, oczywiście – odrzekł Pennyroyal. – Na pierwszy rzut oka widać, iż za tą dość niekonwencjonalną fasadą ukrywa się naprawdę, ee… tego tam… – Nie przychodziło mu jednak na myśl nic dobrego na temat dziewczyny, więc umilkł, patrząc przez okno na oświetlone księżycową poświatą góry i lampy małego miasteczka, które jechało w dole po płaskowyżu.

– Ale pomyliła się co do Londynu – powiedział w końcu. – Nie został spalony na popiół. Rozmawiałem z ludźmi, którzy byli na miejscu. Został olbrzymi wrak. Całe dzielnice Trzewi leżą na ziemi na zachód od Batmunkh Gompa. Moja znajoma, cudowna młoda dama, Cruwys Morchard, która też jest archeologiem, twierdzi, że udało się jej nawet dostać do wnętrza jednego z większych fragmentów. Opowiadała nieprawdopodobne rzeczy. Zwęglone szkielety leżą rozrzucone wśród na wpół roztopionych budynków i maszyn. Promieniowanie, które zostało po Meduzie, sprawia, że nad wrakiem unoszą się kolorowe światełka podobne do błędnych ogników.

Teraz z kolei Tom poczuł się niezręcznie. Myśl, że jego rodzinne miasto zostało zniszczone, nadal sprawiała mu ból. Dwa i pół roku później wciąż widział blask tamtej eksplozji w swoich snach. Nie chciał rozmawiać o zgliszczach Londynu, więc skierował konwersację na ulubiony temat Pennyroyala – osobę samego profesora.

– Na pewno zwiedził pan wiele bardzo interesujących miejsc?

– Interesujących! Och, nawet nie masz pojęcia, Tom! Ileż rzeczy widziałem na tym świecie! Gdy tylko wylądujemy na starym dobrym Gare Aëronautique, pójdę prosto do księgarni i kupię ci wszystkie moje dzieła. Dziwne, że taki bystry młody człowiek jak ty się na nie nigdy nie natknął.

Tom wzruszył ramionami.

– Obawiam się, że nie było ich w księgozbiorze Muzeum Londyńskiego…

– Oczywiście! Cech tak zwanych Historyków! Phi! Banda nudnych zgredów! Wiesz, że kiedyś starałem się o przyjęcie do ich stowarzyszenia? Ich Główny Historyk, Thaddeus Valentine, odrzucił moją kandydaturę bez mrugnięcia okiem! Tylko dlatego, że nie spodobały mu się odkrycia, jakich dokonałem w Ameryce!

Tom nie krył swojego zainteresowania. Nie podobało mu się, że Pennyroyal uważa członków jego dawnego cechu za nudnych zgredów, ale nie dotyczyło to Valentine’a – człowieka, który usiłował go zabić i zamordował rodziców Hester. Każdy, kogo zlekceważył główny londyński historyk, mógł liczyć na jego sympatię.

– A co takiego odkrył pan w Ameryce, profesorze?

– Och, to długa historia, Tom! Chcesz jej wysłuchać?

Tom pokiwał głową. Od południa wiał silny wiatr, więc czekała go cała noc za sterami, a ciekawa opowieść na pewno nie pozwoliłaby mu zasnąć. Poza tym potoczysty monolog Pennyroyala obudził w nim wspomnienie czasów, gdy wszystko wydawało się prostsze. Kiedy leżąc pod kołdrą w dormitorium czeladników trzeciej kategorii z latarką w ręku, zaczytywał się książkami wielkich historyków i archeologów: Monktona Wylde’a, Chung-Mai Spofforth, Valentine’a, Fishacre’a, Comtona Carka.

– Tak, bardzo chętnie, profesorze – zapewnił.

4. Młoda Ameryka

Ameryka – rozpoczął Pennyroyal – jest martwym kontynentem. Wszyscy o tym wiedzą. Została odkryta w 1924 roku przez Krzysztofa Kolumba, wielkiego podróżnika i detektywa. Z czasem powstało tam potężne imperium, które rządziło światem i zostało całkowicie zniszczone podczas wojny sześćdziesięciominutowej. Teraz pokrywają ją niegościnne pustynie, zatrute bagniska, wielkie leje po bombach atomowych, gruz i kamienie. Tylko kilku śmiałków, na przykład Valentine i matka twojej biednej młodej przyjaciółki, znalazło w sobie dość odwagi, by zapuścić się w głąb tych terenów w poszukiwaniu starej technologii.

Mimo to słyszy się różne plotki. Dziwne historie opowiadane przez starych, podchmielonych lotników w podrzędnych karawanserajach. Legendy o sterowcach, które podczas wichury zboczyły z kursu i nagle znalazły się nad zupełnie inną Ameryką – nad zielonymi lasami i łąkami, pośród których lśnią błękitne wody wielkich jezior. Jakieś pięćdziesiąt lat temu pewien pilot zwący się Snøri Ulvaeusson podobno nawet wylądował w zielonej enklawie, którą nazwał Krainą Winorośli, a potem sporządził jej mapę dla burmistrza Rejkiawiku. Oczywiście, kiedy współcześni historycy zaczęli szperać w tamtejszej bibliotece, nie natrafili na żaden ślad jej istnienia. Jeśli chodzi o pozostałe opowieści, finał jest zawsze ten sam – lotnik poświęca życie na powtórne odnalezienie rajskiej krainy, ale bez powodzenia. Albo ląduje pośród zieleni, która z powietrza wyglądała tak cudownie, i przekonuje się, że to tylko trujące algi porastające jezioro w starym kraterze.

Ale prawdziwi historycy, tacy jak my, wiedzą, że w legendach tkwi często ziarno prawdy. Zebrałem wszystkie opowieści na ten temat i uznałem, że warto całą sprawę dokładniej zbadać. Czy Ameryka jest naprawdę martwa, jak mówią nam mędrcy z Valentine’em na czele? Czy też na północ od ruin pradawnych miast odwiedzanych przez poszukiwaczy starej technologii istnieje jednak kraina, gdzie woda z topniejących lodowców zmyła trujące chemikalia, dając początek nowemu życiu?

Ja, Pennyroyal, postanowiłem poznać prawdę! Wiosną osiemdziesiątego dziewiątego roku wraz z czwórką towarzyszy przemierzyliśmy północny Atlantyk na pokładzie sterowca „Allan Quartermain” i wylądowaliśmy na brzegu Ameryki niedaleko miejsca zwanego przez starożytnych Nowym Jorkiem. Ziemia okazała się tam tak martwa i niegościnna, jak twierdzili inni podróżnicy. Jak okiem sięgnąć rozciągało się pustkowie pełne olbrzymich lejów, których brzegi stopiły się w ogniu eksplozji, tworząc substancję zwaną powszechnie szkłem powybuchowym.

Wystartowaliśmy więc ponownie i polecieliśmy na zachód, w samo serce Martwego Kontynentu, gdzie spotkała nas katastrofa. Wichura o niemal nadnaturalnej potędze pogruchotała nasz biedny stateczek, rzucając nas w sam środek niezmierzonej, zanieczyszczonej chemikaliami dziczy. Trzech moich kompanów zginęło podczas wypadku, czwarty umarł parę dni później, zatruwszy się wodą z jeziora, która wyglądała na czystą, ale musiała być skażona jakąś okropną substancją wyprodukowaną przez starożytnych. Biedaczyna zzieleniał, miotając się w potwornych konwulsjach, a z jego ust wydobywał się odór starych przepoconych skarpet.

Zdany sam na siebie brnąłem dalej na północ, przemierzając Nizinę Kraterów, gdzie niegdyś stały legendarne miasta Chicago i Milwaukee. Porzuciłem już nadzieję odkrycia zielonej Ameryki. Pragnąłem jedynie dotrzeć do obrzeży Lodowych Pustkowi, licząc, że natknę się na jakieś plemię nomadów, które wybawiłoby mnie od pewnej śmierci.

Wkrótce przestałem się łudzić. Słaby, wycieńczony marszem i brakiem wody, ległem na kamienistej ziemi w zapomnianym przez bogów wielkim wąwozie. Czy to naprawdę koniec Nimroda Pennyroyala?! – wykrzyknąłem zrozpaczony, a czarne skały zdawały się mówić: „Tak”. Straciłem wszelką nadzieję, rozumiesz? Poleciłem swą duszę opiece Bogini Śmierci i zamknąłem powieki, spodziewając się, że gdy znowu je otworzę, będę już tylko duchem błąkającym się po Krainie Bez Słońca. Kiedy się jednak ocknąłem, leżałem w kanoe owinięty w furta, a uroczy młodzi ludzie wiosłowali na północ.

Nie byli to jednak archeolodzy, jak początkowo sądziłem, tylko tubylcy! Na północnym krańcu martwego kontynentu żyją ludzie! Do tamtej pory wierzyłem w opowieść, jaką niechybnie i ciebie raczyli londyńscy historycy, mówiącą, że nieliczni nieszczęśnicy, którzy przeżyli upadek amerykańskiego imperium, uciekli na północ i zmieszali się z Eskimosami, tworząc rasę śnieżnych nomadów. Szybko zrozumiałem wszakże, iż część z nich nie wyemigrowała tak daleko! Znaleźli mnie dzicy, nieucywilizowani potomkowie narodu, którego egoizm i chciwość doprowadziły świat do ruiny. I okazali się na tyle humanitarni, żeby ocalić biednego wygłodniałego wędrowca.

Udało mi się porozumieć z moimi wybawcami na migi. Byli to chłopak i dziewczyna, a nazywali się Dwanaście Dni Na Dostarczenie i Pralnia Chemiczna. Wyglądało na to, że znaleźli mnie podczas ekspedycji po szkło powybuchowe, które wykopywali w ruinach starożytnego miasta zwanego Duluth. Nawiasem mówiąc, odkryłem, iż członkowie tego dzikiego plemienia cenią biżuterię ze szkła powybuchowego równie wysoko co strojne damy z Paryża czy Trakcjongradu. Zarówno chłopak, jak i jego towarzyszka nosili szklane bransolety i kolczyki. Oboje posiedli zdumiewającą umiejętność przetrwania na okropnych pustkowiach martwej Ameryki. Pod kamieniami wyszukiwali nadające się do spożycia larwy i potrafili uzyskać wodę pitną z pewnych gatunków wodorostów. Ale te niegościnne tereny nie były ich domem. O nie! Przybyli gdzieś z północy i teraz wracali tam razem ze mną!

Wyobraź sobie moje podniecenie, Tom! Płynąłem w górę rzeki, tak jakbym podróżował w czasie, cofnąwszy się przedtem do początków życia. Zrazu otaczały nas tylko nagie skały, głazy i złowieszczo wyglądające pozostałości wielkich starożytnych budowli. Jednak pewnego dnia dostrzegłem na brzegu zieloną plamę mchu, a potem następną! A kiedy posunęliśmy się trochę dalej na północ, zaczęła się pojawiać trawa, paprocie i trzciny. Woda w rzece stawała się coraz czystsza i bardziej przejrzysta. Dwanaście Dni łowił ryby, a Pralnia Chemiczna patroszyła je i piekła przy ognisku, które rozpalaliśmy każdej nocy na brzegu. Wreszcie ujrzałem drzewa – dęby i buki, i sosny. W końcu dopłynęliśmy do przepięknego jeziora, a na jego brzegach stały prymitywne chatki tubylczego plemienia. Cóż to był za widok dla historyka! Ameryka tętniąca życiem znowu, po tylu tysiącleciach!

Nie będę cię zanudzał opowieścią o tym, jak mieszkałem wśród tego dzikiego ludu przez trzy lata, ani historią o tym, jak uratowałem piękną córkę wodza, która miała na imię Kod Pocztowy, przed wielkim niedźwiedziem i dziewczyna zakochała się we mnie, a jej rozzłoszczony narzeczony zmusił mnie do salwowania się ucieczką. Wszystko to włącznie z trudami powrotu na Wielki Teren Polowań znajdziesz w moim międzymiastowym bestsellerze Piękna Ameryka, który przeczytasz, gdy tylko dolecimy do Paryża.

Tom siedział przez długi czas w milczeniu, pod wrażeniem cudownych obrazów, które odmalował przed nim Pennyroyal. Wprost trudno mu było uwierzyć, że nigdy wcześniej nie słyszał o wielkim odkryciu profesora. Było wstrząsające! Monumentalne! Jakimiż głupcami okazali się historycy Londynu, że nie przyjęli do swego cechu takiego człowieka!

– Ale nigdy pan tam nie wrócił, profesorze? – odezwał się w końcu. – Jestem przekonany, że druga ekspedycja z lepszym sprzętem…

– Niestety, Tom – westchnął Pennyroyal. – Nie udało mi się znaleźć sponsorów, którzy sfinansowaliby wyprawę. Musisz wziąć pod uwagę fakt, że aparaty fotograficzne i reszta urządzeń uległy zniszczeniu podczas katastrofy „Allana Quartermaina”. Opuszczając to gościnne amerykańskie plemię, zabrałem kilka przedmiotów w charakterze dowodów, ale wszystkie straciłem podczas podróży do domu. Więc jak mogłem liczyć na drugą ekspedycję? Niestety, okazuje się, że słowo alternatywnego historyka to za mało. Niektórzy – dodał rozżalony – do tej pory uważają, że w ogóle nie byłem w Ameryce.