Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 208 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złote ryby - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Złote ryby zabiorą Cię w fascynującą podróż szlakami Europy i Azji i ścieżkami ludzkich umysłów. Współczesny Berlin. Norbert Hanke, syn Iranki Szirin Nakkasz i Niemca Horsta Hanke, przez lata był człowiekiem nieszczęśliwym. Przed jego przyjściem na świat ojciec miał sen, w którym spotkał wodne bóstwa oraz uroczego chłopczyka. Gdy opowiedział sen matce Norberta, ta wpadła w rozpacz, a krótko po urodzeniu dziecka umarła. Wtedy ojciec znienawidził syna. Po latach polska żona Norberta, Agata, przywraca mu duchową równowagę, jednak fatum nie opuszcza rodziny Hanke - córka Norberta i Agaty, choć fizycznie nic jej nie dolega, cierpi na głęboką melancholię. Czy podróż, w którą wybiera się Norbert, odpowiadając na tajemnicze wezwanie, odmieni jego życie? Wojny i narody; rodzinne szczęście i konflikt pokoleń; marzenia i upiory nocy; przyjaźń, zdrada i wybaczenie - w magiczno-przygodowej powieści Strelnikoffa wątki sensacyjne splatają się z wątkami historycznymi, psychologicznymi i filozoficznymi. Autor podróżuje w czasie i przestrzeni z niezwykłą swobodą.

Opinie o ebooku Złote ryby - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Fragment ebooka Złote ryby - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Dmitrij Strelnikoff

ZŁOTE RYBY

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Jan Koźbiel

Korekta: Magdalena Stajewska, Beata Wójcik

Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Morawska

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Agnieszka Morawska

Fotografia autora: © Agencja Medium / Marek Krzyżanek

Wydawnictwo W.A.B.

ul. Usypiskowa 5, 02-386 Warszawa

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: AdamDabrowski.com

ISBN 978-83-7747-284-2

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dmitrij Strelnikoff (ur. 1969)– Rosjanin piszący po rosyjsku i po polsku. Poeta i prozaik, dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny.

Zwykształcenia biolog. W Polsce wydał dotychczas tom wierszyHomo mirabilis(2004),zbiór opowiadańNocne życie aniołów(2007)i trzy powieści: znakomicieprzyjętyRuski miesiąc (W.A.B. 2008), Nikołaja i Bibiguł(W.A.B.2009)orazWyspę(W.A.B.2010).

Na podstawieRuskiego miesiącapowstał spektakl pod tym samym tytułem w reżyserii Giovanny'ego Castellanosa. Strelnikoff jest także autoremWielkiej encyklopedii zwierząt,która ukazywała się w latach2006-2007,oraz współautorem ilustrowanej książki o dobrym jedzeniuUgryźć świat(2008).

www.strelnikoff.net

Cytat

Złote rybki bawiące się w Niebiańskim Pałacu

wypłynęły za krawędź chmury i spadły na ziemię.

Chińska legenda ludowa

I

Horst Hanke siedział w wygodnym wiklinowym fotelu przed kominkiem w swoim domku letniskowym niedaleko Berlina. Za oknem szumiał jesienny wiatr i padał deszcz. Po pewnym czasie ogień przygasł i trzeba było wyjść po drewno. Horst włożył kurtkę, otworzył drzwi i zobaczył, że wraz ze swoim domkiem nie wiadomo jak i kiedy znalazł się na górskiej łące, którą przecinał szeroki rwący potok. Wcale go to nie zdziwiło.

Popatrując na wysokie szczyty, przeszedł do wiaty, wyjął ze schowka wędkę i ruszył ku potokowi.

Przez dłuższy czas nic nie udawało mu się złowić, aż wreszcie poczuł szarpnięcie i zaciął ciężką, silną rybę.

– Mam cię. Mam cię – powtarzał, holując do brzegu lśniącego pstrąga, ale w jego głosie nie było radości.

Gdy przykucnął, by wyciągnąć rybę z wody, z najbliższego szczytu poderwał się ogromny kruk. Ptak podleciał do Horsta, chwycił go w szpony i oderwał od ziemi. Hanke próbował się uwolnić, ale widząc, że ptaszysko wzbija się coraz wyżej, przestał się szarpać i w myślach pożegnał się z życiem.

Kruk niósł go najpierw nad lądem, potem nad bezkresnym morzem. Walcząc z przeciwnym wiatrem, długo leciał nad wzburzonymi falami, aż wreszcie rzucił swoją ofiarę na samotną skałę. Horst zaczął krzyczeć, błagając ptaka, by wrócił po niego, jednak kruk oddalał się coraz bardziej i po chwili zupełnie zniknął.

Minęło wiele godzin. Od ciągłego wpatrywania się w monotonny krajobraz Horsta rozbolały oczy. Gdy wszystko pochłonął mrok nocy, Hanke dostrzegł światło płynące z podwodnej części skały. Poczuł się nieswojo, ale mimo to postanowił zejść do wody i odnaleźć źródło blasku. Skoczył do morza i zanurkował w kierunku bursztynowych promieni. Brnąc przez gęste wodorosty, dotarł do podwodnej jaskini. Światło sączyło się z jej głębi. Horst zobaczył wykute w skale stopnie; nie zastanawiając się, ruszył nimi i już za moment wynurzył się w podwodnej grocie. Schody prowadziły do uchylonych masywnych drzwi. Zaintrygowany Hanke wszedł do środka. Jakież było jego zdumienie, gdy przy wejściu powitały go dwie piękne, młode kobiety! Przenosił spojrzenie z jednej na drugą, nie mogąc uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

– Witaj, Horst, posłańcu szczęścia! Wejdź do naszego domu – powiedziała z miłym uśmiechem jedna z kobiet.

– Uszczęśliwiasz nas, bracie! Rozgość się – zawtórowała jej druga, dotykając ramienia gościa. – Chodźmy.

Hanke posłusznie podążał za kobietami, podziwiając wnętrze jaskini. Z holu o wysokim sklepieniu weszli do przestronnej sali, w której czekała na nich starsza pani.

– Dzień dobry, nazywam się Hanke, te dziewczyny… – Horst niepewnie obejrzał się na swoją świtę.

– Witaj! Wejdź. Usiądź z nami, nasz dom to twój dom. – Gospodyni wskazała gestem duży fotel w kształcie delfina.

Horst usiadł i rozejrzał się, nie kryjąc zdumienia. Podłoga komnaty była wykonana z niebieskiego szkła, ściany z pereł, a na czarnym suficie jaśniały diamentowe gwiazdy.

Dziewczyny również usiadły w fotelach o kształtach morskich zwierząt. Wtedy do salonu wbiegł w podskokach roześmiany chłopiec w połyskujących złotem szatach. Poruszał się z taką lekkością i gracją, że nie można było oderwać od niego oczu.

Szczęściarz z tego, kto jest jego ojcem – pomyślał Horst, zapominając o kruku i wzburzonym morzu, rozbijającym fale o tajemniczą skałę.

– To mój wnuk – rzekła z dumą starsza pani.

– Wspaniałe dziecko! – powiedział Hanke.

– Kazałeś długo na siebie czekać. – Kobieta spojrzała mu w oczy. – Co cię do nas sprowadza: słońce czy deszcz?

Horst czuł się coraz pewniej.

Teraz wszystko będzie dobrze, jestem uratowany – pomyślał i zaczął opowiadać staruszce o swoim domku letniskowym i kruku, który go porwał. Dziewczyny w tym czasie szykowały ucztę na jego cześć. Przyprowadziły do salonu tłustego barana i poprosiły Horsta, by go ubił.

– Nigdy tego nie robiłem – odparł Hanke, przyglądając się narzędziu aktu ofiarnego.

– Poradzisz sobie – nalegały kobiety.

Horst wziął od nich ostry nóż i zabił barana jednym ciosem.

Dziewczyny rozpaliły w piecu i zanim gość się obejrzał, stół uginał się pod ciężarem wybornych dań.

Na znak starszej pani rozpoczęła się uczta. Kierując słowa krótkiej modlitwy do Boga nad bogami, kobiety uniosły na nożach kawałki mięsa. Horst naśladował każdy ich ruch, a gdy zapadła cisza, zapytał, czy chłopiec też będzie chciał skosztować świątecznej potrawy.

– Zaproś go – powiedziała staruszka.

– Chodź do nas, skosztuj ofiarnej baraniny! – zawołał Horst i wyciągnął w kierunku dziecka kawałek mięsa nabity na ostrze noża.

Chłopiec szybko podbiegł do stołu, ale potknął się i wpadł piersią prosto na nóż. Długa klinga w mgnieniu oka przeszyła serce dziecka. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Hanke nie zdążył cofnąć ręki…

Oblany zimnym potem mężczyzna zerwał się z łóżka i przez długą chwilę błądził niewidzącym wzrokiem po swoim berlińskim mieszkaniu. Sen był tak realistyczny, że powrót do świadomości zajął kilkanaście sekund. Gdy Horst oprzytomniał na tyle, że rozpoznał otoczenie, poszedł do kuchni i nalał sobie dużą szklankę zimnej wody.

Wciąż widział chłopca w złotych szatach i rosnącą czerwoną plamę na jego piersi.

To stres – uznał po chwili. Od urodzenia żyję w stresie, wszystko tu przeszło zapachem śmierci. Czuję jej obecność wszędzie, a na dokładkę mam na głowie ten przeklęty sklep.

Horst Hanke, właściciel niewielkiego domu w dzielnicy Charlottenburg, prowadził sklep z rybami i owocami morza. Ostatnio nie wiodło mu się najlepiej. Zmarł jeden z jego najważniejszych dostawców, a następca nie chciał współpracować z Hankem. Powiedział, że ma lepszego kontrahenta. Sklepikarz był pewien, że poradzi sobie i znajdzie innego, równie dobrego dostawcę. Dobrze jednak wiedział, że nie nastąpi to z dnia na dzień.

– Stres mnie zabije – burknął do szklanki z wodą i szybko ją opróżnił.

Kilka dni później Horstowi urodził się syn. Sklepikarz, który z początku nie był zachwycony wiadomością, że zostanie ojcem, miał czas, by oswoić się z tym faktem i zmienić zdanie.

– Oto Norbert Hanke, dziedzic i kontynuator rodzinnego interesu, trzecie pokolenie! – cieszył się, biorąc pierworodnego na ręce.

Żona Horsta, Szirin Nakkasz, uśmiechała się łagodnie. Przepełniało ją słodkie przekonanie, że teraz już wszystko będzie dobrze – zawsze.

Kiedy ona i mały Norbert zostali wypisani ze szpitala, Horst urządził im uroczyste powitanie. Starał się stworzyć w domu radosną atmosferę, ale wciąż dręczyło go wspomnienie przerażającego snu. Nie mógł przestać o nim myśleć.

– Miałem sen – powiedział do żony.

– Tak? – Szirin odłożyła sztućce; właśnie skończyli kolację.

Horst zamilkł, nie mając pewności, czy powinien opowiadać jej o swoim koszmarze.

– Jakiś szczególny? – Milczenie męża pobudziło ciekawość Szirin. – Opowiedz.

– No wiesz… Durny, niedobry sen.

– Dręczy cię?

– Nie mogę o nim zapomnieć…

W końcu opowiedział żonie, co mu się przytrafiło w podwodnej jaskini ze snu.

Szirin słuchała go bardzo uważnie. Kiedy wspomniał o chłopcu w złotych szatach, poczuła niepokój. Wstała od stołu, przeszła się kilka razy po salonie i usiadła w najdalszym kącie. W napięciu czekała na zakończenie.

Gdy Horst umilkł, twarz Szirin wykrzywił grymas rozpaczy. Nie mogła powstrzymać łez. Płakała, kryjąc twarz w dłoniach. Potem nagle ucichła.

Hanke nie wiedział, co robić.

– Przepraszam, że ci o tym opowiedziałem. – Podszedł do żony i uklęknął przed nią. – Uspokój się, proszę.

Szirin znowu się rozpłakała.

– Nie możesz go zabić – powiedziała, łykając łzy. – To twój syn!

Jej słowa przestraszyły Horsta. Przeszło mu przez myśl, że jego żona postradała zmysły. Podniósł się z klęczek, by zadzwonić na pogotowie. Zupełnie się pogubił, szukał telefonu i nie pamiętał, gdzie on jest.

– Nie płacz, kochanie, zaraz ci pomogę – mamrotał. – Wytrzymaj proszę, wszystko będzie dobrze. – Chwycił drżącą dłonią słuchawkę szczęśliwie odnalezionego telefonu i wykręcił numer pogotowia.

– To twój syn! Nie zabijaj go, błagam! – Szirin wstała na drżących nogach, zachwiała się i nagle przewróciła, uderzając głową w kant biurka.

– Boże święty! – Horst wypuścił z dłoni słuchawkę i podbiegł do żony. – Słyszysz mnie? Szirin, co ci się stało? Co ja zrobiłem?! Boże święty, co ja zrobiłem?!

– Halo? Słucham? Jest tam ktoś? – z leżącej na podłodze słuchawki rozległ się głos dyżurnej pogotowia.

Zanim przed ich domem zatrzymała się karetka, Szirin Nakkasz już nie żyła.

W czasie między wypadkiem a pogrzebem Horsta odwiedziła policja i pracownicy jego sklepu. Jedni z obowiązku, drudzy z potrzeby serca.

– Wie pani, że to wszystko przez niego? – Horst spojrzał na Hertę, swoją księgową.

– Słucham?

– Ciągle o tym myślę i jestem pewien, że to wszystko stało się przez Norberta. – Horst zajrzał Hercie w oczy. – To on ją zabił.

– Niech pan tak nie mówi. – Herta dotknęła ręki szefa. – Tak nie można…

– Jeśli mam coś do powiedzenia policji, to tylko jedno: moją żonę zabił mój syn.

– Wiem, jak się pan czuje…

– Nie ma pani pojęcia, jak się czuję. – Horst odwrócił się do Herty plecami i poszedł w stronę policjantów, wciąż wypełniających jakieś formularze. Ominął ich i wszedł po schodach do pokoju dziecięcego.

– Coś ty narobił? – Pochylił się nad łóżeczkiem. – Zabiłeś ją. Nigdy ci tego nie wybaczę, rozumiesz? – Nacisnął brzuch niemowlaka i przez chwilę obojętnie wsłuchiwał się w płacz dziecka. – Cholerny szczeniak. – Horst wyprostował się i ruszył do drzwi. – Nie licz na wiele – rzucił, odchodząc.

Po pogrzebie Herta zapytała Horsta, jak radzi sobie z noworodkiem.

– Ma niańkę – odrzekł.

– Jest zdrowy, nic mu nie dolega? – dopytywała się.

– To nie należy do pani obowiązków – uciął Horst.

Później Herta miała okazję poznać nianię Norberta i wymieniła się z nią numerami telefonów. Regularnie do niej dzwoniła. Po upływie miesiąca podjęła decyzję i pewnego dnia przyszła do Hankego z propozycją.

– Przepraszam, szefie, że się wtrącam, z pewnością to nie moja sprawa, ale wydaje mi się, że mogę szefowi pomóc.

– O co chodzi? – Horst obrzucił kobietę surowym spojrzeniem.

– Szef wie, że mam dzieci…

– Tak.

– Mogę pomóc szefowi z Norbertem. Zdaje się, że nie ma pan zbyt wiele czasu dla syna. To zrozumiałe, sklep pochłania tak wiele energii…

– Nająłem niańkę – uciął Horst i odwrócił się do księgowej plecami.

– Wiem. Widziałam ją. Wydaje mi się, że nie jest zbyt miła dla dziecka.

Horst obejrzał się, marszcząc czoło.

– O co pani chodzi?

– Naprawdę mogę panu pomóc. Mamy z mężem dwie córki, trzecie dziecko nie zmieni za bardzo naszej sytuacji. Ale pewnie to niestosowna propozycja, przepraszam.

Horst jednak tak nie uważał. Po krótkim namyśle uznał, że propozycja Herty ma sens i już następnego dnia Norbert zmienił miejsce zamieszkania.

W odpowiednim czasie młodego Hankego uświadomiono, kto jest jego prawdziwym ojcem. Regularnie spotykał go w sklepie, do którego z upływem lat zachodził coraz częściej. Horst tolerował jego obecność, płacił za utrzymanie, ale nie zamierzał przyjmować z powrotem pod swój dach. Denerwowało go, że chłopiec jest ładny, schludny i spokojny. I przeszkadzało mu, że jego syn mówi do obcej osoby „mamo”.

– Matka jest tylko jedna! – rzucił mu kiedyś z niezadowoleniem. – A twoja leży w grobie, bo ją zabiłeś!

– Tak nie można! – zaprotestowała stojąca obok Herta i ugryzła się w język.

– Mam wobec pani dług wdzięczności – wycedził przez zęby Horst – ale pozwala sobie pani na zbyt wiele. Proszę przeprowadzić z moim synem stosowną rozmowę i wszystko mu wytłumaczyć. Niech wie, co uczynił, niech wreszcie pozna prawdę!

Słowa ojca przestraszyły Norberta, jednak nie dał tego po sobie poznać. Wciąż nazywał Hertę mamą. Dla kobiety, która zastąpiła komuś rodzicielkę, nie ma większej nagrody. Tym niemniej Herta i jej mąż poprosili Norberta o ostrożność w obecności ojca.

– Musisz uszanować jego ojcowskie uczucia – tłumaczyła mu Herta.

– Horst jest zły? – zapytał Norbert.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, spróbowała więc go przytulić, ale chłopiec odtrącił jej rękę.

– Kochany…

– Zabiłem matkę!

– Nieprawda!

– Horst jest zły? Nie lubicie go?

– To twój ojciec – wtrącił się August, mąż Herty, człowiek z natury spokojny i dobroduszny.

– Ty też jesteś moim ojcem. Prawda?

Herta przygryzła wargę.

– Oczywiście. August też jest twoim ojcem – powiedziała, walcząc z uciskiem w gardle – ale nosisz nazwisko Hanke. Twoim rodzicem jest Horst, wdowiec po twojej świętej pamięci mamie.

– Zabiłem ją? – Oczy chłopca zaszkliły się od łez. – Tak? Powiedzcie mi prawdę!

– Wiedziałam! – Herta ze złością uderzyła dłonią w kolano. – Jak można było coś takiego powiedzieć?!

Zadzwonił telefon. Odebrał August.

– Halo…

Przez kilka sekund milczał.

– Halo – powtórzył. – Słucham.

Herta spojrzała na męża z niepokojem.

– Znowu?

August skinął twierdząco głową i odłożył słuchawkę.

– Cisza – powiedział.

Herta przytuliła zapłakanego Norberta.

– Już dobrze, nie płacz.

– Nie lubisz go? – wydukał przez łzy syn sklepikarza. – Nikomu nie jestem potrzebny, po co ja się w ogóle urodziłem?

Później Norbert często powtarzał to pytanie, ale tylko do dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczył złotą rybę.

*

Gimnazjalistę Norberta Hankego, dorastającego na wyspie otoczonej oceanem NRD, można było spotkać zarówno w podejrzanych zaułkach Kreuzbergu, jak i w pomarańczarni pałacu Charlottenburg. Horst jednak wolał widzieć tylko ciemną stronę medalu: marihuanę, podejrzane znajomości i amoralne dziewczyny z klubu SO 36, z którego jego syn często wracał pijany lub posiniaczony.

– Wyszło szydło z worka – mamrotał pod nosem z satysfakcją za każdym razem, kiedy dowiadywał się o kolejnych przygodach Norberta. – Wreszcie gagatek pokazał swoją prawdziwą twarz!

Problemy z rówieśnikami Norbert miał już w tym czasie za sobą. Wcześniej, w podstawówce, trafił na kilku kolegów wyzywających go od czarnuchów. Po matce odziedziczył wschodnią karnację i urodę. Jego inność rzucała się w oczy, a oni tego nie lubili. Aby dokuczyć mu jak najboleśniej, wypytywali Norberta o matkę:

– Co słychać u mamusi? Wciąż pod ziemią? Pewnie liżą ją robaki! Czarna sierota!

Norbert musiał sobie poradzić z tym problemem. I poradził. Miał przecież paczkę sprawdzonych przyjaciół, z którymi nie bał się zapuszczać w najbardziej mroczne zakątki swojego półmiasta. To w ich towarzystwie, siedząc parę lat później okrakiem na burzonym przez podekscytowanych „wyspiarzy” murze, po raz pierwszy zrozumiał, że jeśli tylko zechce, może zostać panem własnego losu.

Nowa rzeczywistość nie wniosła nic nowego do relacji ojca z synem. Kłócili się regularnie, nawet częściej niż przedtem. Im Norbert był starszy, tym stawał się bardziej godnym przeciwnikiem dla dojrzałego mężczyzny.

– Zabiłeś matkę! – krzyczał Horst, nie panując nad gniewem. – Gdyby nie ty, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej! Po co ty się w ogóle zjawiłeś na tym świecie?

– Nie ja sprawiłem, że zaszła w ciążę, nie musiałeś jej zapładniać! – odgryzał się Norbert.

Coraz śmielej odpowiadał na zaczepki ojca, jednak nie czuł z tego powodu żadnej satysfakcji. Czasem myślał, że wyzywającym tonem sprowokuje reakcję, która przerodzi się w racjonalną rozmowę, w coś, co przyczyniłoby się do ich zbliżenia, ale do tego nigdy nie dochodziło.

W odróżnieniu od Horsta, Norbert bardzo przeżył zburzenie muru. Kreuzberg dostępny dla każdego mieszkańca zjednoczonego Berlina przestał go fascynować. Skończyła się era sączenia taniego piwa i palenia haszyszu z przyjaciółmi z SO 36. Chcąc coś zmienić w swoim dotychczasowym życiu, zaczął bardziej przykładać się do nauki.

W krótkim czasie dał się poznać jako przykładny uczeń, był nawet stawiany za wzór przez profesorów.

Mimo dobrych wyników w nauce Norbert wciąż nie mógł się odnaleźć w wyobrażanej przez siebie przyszłości. Nie wiedział, czego naprawdę chce od życia. Żaden z przedmiotów szkolnych nie interesował go na tyle, by chciał wiązać z nim swoją przyszłość. Jego jedyną szczerą pasją był rysunek, o którym jednak myślał wyłącznie w kategoriach rozrywki.

Rysować zaczął jako małe dziecko. Tak jak wszyscy. Ale w odróżnieniu od większości miał autentyczny dar. Od wczesnego dzieciństwa pasjonowały go ryby. Był zafascynowany ich oczami, tym, że nie mają powiek i nigdy się nie zamykają. To mogło oznaczać tylko jedno: ryby nigdy nie śpią i zawsze wszystko widzą. Z książek dowiedział się, że choć wszystkie ryby żyją w wodzie, to niektóre potrafią też przemieszczać się poza nią, a nawet przetrwać kilka miesięcy w suchej ziemi. Podekscytowany przeglądał rysunki i fotografie pokazujące skoczki mułowe – małe rybki tropikalne, które podczas odpływu wspinają się na gałęzie drzew mangrowych. Śledził palcem po mapie trasy wędrówek węgorzy, które wyruszając z jego rodzinnych Niemiec, co roku docierały aż do zachodniego Atlantyku, by w tym samym od wieków miejscu odbyć tarło, dając początek nowemu pokoleniu.

Fascynacja rybami popchnęła Norberta do prób utrwalenia ich piękna na papierze. Tak powstały jego pierwsze poważne rysunki. Potem były kolejne, coraz dokładniejsze i lepsze pod względem warsztatu i artyzmu. Dzięki swojej pasji, nieprzeciętnej wyobraźni i uporowi szybko się rozwijał.

Rysował nie tylko ryby. Kiedyś na lekcji chemii naszkicował w zeszycie kopulujące psy. Nauczyciel wyrzucił go za to z klasy, ale po lekcji powiedział: „Masz talent, chłopie! Nie wolno ci go zmarnować.” A w najbliższą sobotę zaprowadził Norberta do zoo i poznał ze swoim kolegą, zawodowym rysownikiem animalistą. Ta znajomość, którą młody Hanke początkowo potraktował bardzo nieufnie, szybko zaowocowała znakomitymi rysunkami, powstającymi pod czujnym okiem mistrza, którego Norbert nieraz zaskoczył wyczuciem kreski i proporcji. Wkrótce grafiki Hankego pojawiły się na plakatach reklamowych zoo, a później również w prasie, głównie wędkarskiej.

W tym samym czasie Norbert zainteresował się starożytnością, zwłaszcza sztuką ludów antycznych. Zaczął częściej bywać w muzeach, kupował też książki z dziedziny historii sztuki. Po raz pierwszy w życiu naprawdę się cieszył, że mieszka w Berlinie. Dziewczyny z SO 36, jeszcze niedawno zajmujące tak ważne miejsce w jego świecie, ostatecznie i na trwałe zastąpiła Wyspa Muzeów.

Hobby syna nie interesowało Horsta. Zdawał się go nie zauważać, jak całej reszty dotyczącej Norberta. Teczka z arkuszami papieru i pudełko z ołówkami tylko przez przypadek mogły stać się tematem ich rozmowy.

– Zostawiłeś coś w chłodni – mówił Horst, kładąc na parapecie aktówkę z rysunkami syna. – Prócz ryb i lodu nic tam nie powinno leżeć – dodawał niezadowolony.

Podstawowym zajęciem Norberta w sklepie było oprawianie ryb. W wolnym od nauki czasie wycinał filety, patroszył, odcinał głowy i kolczaste płetwy. Z ojcem prawie nie rozmawiał. Każdy dzień w sklepie był taki sam jak poprzedni. Aż pewnej soboty wszystko się zmieniło.

Norbert wstał jak zwykle przed siódmą, by o wpół do ósmej być u ojca.

Kolejna sobota w sklepie – myślał niewyspany. Nic miłego. Ale ktoś musi zarabiać na pana rozrywki! Uśmiechnął się, wyobrażając sobie twarz Herty, która demonstracyjnie zaciskała usta w wąską kreskę, gdy wyczuwała od niego nawet najlżejszy zapach alkoholu.

Norbert umył się, zjadł kilka grzanek, wypił szklankę gorącej czekolady i pobiegł do sklepu – o ósmej miała dotrzeć dostawa świeżych małży.

Horst już był na miejscu. Jak zwykle pierwszy.

Samochód dostawczy pojawił się punktualnie. Kierowca z pomocnikiem wnieśli do środka kilka skrzynek z ostrygami i omułkami. W sklepie zapachniało morzem.

– Przebierz ostrygi, ja zajmę się omułkami – rzucił Horst.

– Co jest? Nie ma Karola? – zdziwił się Norbert.

– Nie będzie go. – Horst otworzył pierwszą skrzynkę. – Jest chory. Zastąp go dzisiaj.

Ojciec i syn razem przebierali małże. Odrzucali otwarte muszle, grudy żwiru oblepiające jedwabne nici mięczaków, wodorosty.

– Do diabła! – pieklił się Horst. – Ten drań znowu naładował pełno morszczynów! Czy morszczyn to owoc morza?

Norbert w milczeniu robił swoje.

– Już ja z nim pogadam! – Horst rzucił na podłogę kolejny pęk śliskich glonów. – Ten nóż jest do niczego! – Ze złością cisnął starym kozikiem. – Podaj mi coś ostrzejszego. No szybciej, czas nagli!

Norbert w milczeniu wykonał polecenie.

Wracając na swoje miejsce, chciał przeskoczyć skrzynkę z wybrakowanymi małżami, ale pośliznął się na glonach. Stracił równowagę i wywrócił się, wpadając z impetem na ojca ściskającego w ręku długi, ostry nóż. Zupełnie jakby ktoś go popchnął z całej siły.

To była sekunda. Obaj nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Norbert patrzył na ojca ze zdziwieniem, a Horst stracił mowę. Chwycił syna w ramiona i patrzył mu bezradnie w oczy.

– Przepowiednia… – mamrotał wstrząśnięty – spełniła się… Zabiłem syna! Karetka! – Rozglądał się dookoła, wołając najgłośniej jak potrafił: – Niech ktoś wezwie karetkę, na litość boską! – Zszokowany, nie pamiętał, że oprócz nich w sklepie nikogo nie ma. – Wszystko będzie dobrze – szeptał – tylko nie umieraj. To moja wina, to wszystko przeze mnie. Przepraszam cię! – krzyczał, patrząc na Szirin, która nagle stanęła przed nim jak żywa.

Słabnący Norbert przyglądał się w milczeniu twarzy ojca i jego łzom. Nagle stracił przytomność.

Horst wreszcie zadzwonił po karetkę. Czekając na lekarzy, wciąż trzymał syna na rękach.

– Tylko nie umieraj – szeptał przez łzy. – Synku, nie umieraj…

Pogotowie przyjechało szybko.

– Rana jest poważna, konieczna jest natychmiastowa operacja – oświadczył lekarz, szpakowaty przysadzisty mężczyzna z gęstym zarostem i owłosionymi rękami.

Młody Hanke został przewieziony do najbliższego szpitala. Na blok operacyjny dotarł, nie odzyskawszy przytomności.

*
Przyjdź tu… Przyjdź… Wejdź, musisz to zobaczyć… Szybciej!

Norbert otworzył oczy. Nic więcej nie usłyszał, głos ucichł.

– Czy ktoś tu jest?

Rozejrzał się.

Był w domu swojego ojca. Siedział w salonie na kanapie.

Przed Norbertem na ciemnym, lakierowanym stoliku stała masywna popielniczka w kształcie głowy węża. Tlił się w niej niedopałek.

Przecież Horst nie pali – pomyślał.

Wstał i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku wejścia do piwnicy. Nigdy w niej nie był, ale doskonale się orientował, jak tam dotrzeć; otworzył drzwi, włączył światło i zszedł po schodach na dół.

Zatrzymał się na ostatnim stopniu. Patrzył przed siebie zaskoczony.

Cała podłoga przed zamkniętymi piwnicznymi drzwiami była usłana grubą warstwą lin. Niektóre z nich się poruszały.

– Do diabła! – Norbert cofnął się na wyższy stopień. W tym momencie jedna lina wystrzeliła w jego kierunku i błyskawicznie owinęła się wokół nogi.

– Chryste! – Norbert z krzykiem rzucił się ku wyjściu, ale lina błyskawicznie owinęła się wokół drugiej nogi, pętając obie. Runął na stopnie. Wtedy zaczęły się wspinać ku niemu kolejne liny.

– Hooorst!!!

Jedna owinęła mu się wokół szyi, inne unieruchomiły ręce. Wszystkie się napięły, podnosząc nieprzytomnego Norberta w powietrze. Gdy przestał się ruszać, na jego ciało wspięła się kolejna. Jej rozwarstwiona niczym mop końcówka dotarła do głowy Norberta i wepchnęła się do jego ust.

Ciało Norberta