Opis

Zbiór świetnie napisanych opowieści niezwykłych i niesamowitych. Znakomite opisy, zaskakujące zakończenia przełożył Zygmunt Niedźwiecki. Opowiadania zawarte w tym zbiorku to horror i fantastyka. Wyszły one spod piór takich mistrzów literatury jak: Edgar Allan Poe, Alfons Daudet, Guy de Maupassant i Catulle Mendès. Ukazują świat tajemniczy i groźny, przerażający, niepokojący i niezrozumiały, oparty jednak na na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych.Opowiadania mają klimat grozy, niepokoju i szoku, wzbudzają strach. Tych opowiadań lepiej nie czytac po zmroku!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 201

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Alfons Daudet, Guy de Maupassant, Catulle Mendès, Edgar Allan Poe

Złote pocałunki

opowieści niezwykłe

przełożył Zygmunt Niedźwiecki

Armoryka

Sandomierz

Redaktor: Włóczysław (Włóczek) Kot 

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Ilustracja na okładce: Sir Frank Dicksee (1853-1928), Romeo and Juliet (1884) (licencja: public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:DickseeRomeoandJuliet.jpg Na okładce i stronie tytułowej użyto czcionki Cadeaulx.ttf, której autorem i właścicielem jest Dave Nalle, The Scriptorium, www.fontcraft.com 

Copyright © 2009, 2013 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Catulle Mendès (1841-1909)

***

ZWIERCIADŁO

I.

Działo się to w królestwie, w którym nie było ani jednego zwierciadła. Wszystkie lustra i lusterka, i takie, którymi się ozdabia ściany, i te, które się trzyma w ręku i owe wreszcie, co bywają noszone u paska, — potłuczono, strzaskano na drobne kawałeczki z rozkazu królowej; w razie odkrycia zaś najmniejszego choćby zwierciadełka w czyimkolwiek domu, mieszkańców tegoż czekała śmierć niechybna wśród najstraszniejszych w świecie mąk. — Co się tyczy motywów tego dziwacznego kaprysu, nie myślę z niego przed wami czynić tajemnicy. Ponieważ królowa była tak brzydka, że najszkaradniejszy potwór wydałby się przy niej prześlicznym, nie chciała więc za nic w świecie być każdej chwili narażoną na to, aby przechodząc przez miasto, ujrzeć naraz brzydotę swoją w odbiciu, a z drugiej strony szukała w tem dla siebie satysfakcji, by inne kobiety, piękne, nie mogły rozkoszować się w lustrach swoją pięknością.

Pojmiecie łatwo, że młode dziewczęta i kobiety tego kraju nie były z takiego rozporządzenia wcale zadowolone. Cóż komuś z tego, że ma najcudniejsze w świecie oczy, usta świeże jak pączek róży, włosy ślicznie ustrojone kwieciem, jeśli nie może oglądać swoich oczu, ust swych, swej fryzury? A o przeglądaniu się w jeziorach i strumykach nie mogło być nawet mowy, gdyż wszystkie rzeki i stawy w kraju pokryto szczelnie deskami, wodę zaś dobywano z studni tak głębokich, że niepodobna było dosięgnąć okiem ich płynnej powierzchni, i to nie w konwiach szerokich, gdzie by było dość miejsca na odbicie ładnego buziaka, ale w naczyniach o ciasnym wylocie, nie wystarczającym na pomieszczenie najdrobniejszej choćby twarzyczki. Toteż rozpacz płci pięknej przechodziła wszelkie granice, szczególniej u osóbek zalotnych, których liczba w tym kraju nie była wcale mniejszą niż gdzie indziej. Ale królowa pozostała niewzruszoną, ciesząc się z tego nieopisanie, że jej poddankom tę samą prawie przykrość czyni niemożność oglądania samych siebie, jaką jej by sprawiło, gdyby siebie ujrzała.

II.

Tymczasem na jednym z przedmieść stolicy żyło młode dziewczę imieniem Hiacynta, nieco mniej tym wszystkim od innych zmartwione, ponieważ kochał się w niej młody chłopiec. A ktoś, co nas znajduje piękną i niestrudzenie nam to powtarza, — może nam do pewnego stopnia zastąpić zwierciadło.

— Naprawdę? — pytała go raz po raz uszczęśliwiona. — Kolor mych oczu nie razi cię niczym?

— Oczy twoje podobne są do bławatków, na których zawisły dwie jasne krople ambry.

— I nie mam skóry zbyt czarnej?

— Dowiedz się, że twoje czoło czystsze jest niżeli płatek śniegu, dowiedz się, że twoje lica są, jak róże, blade a przecież płonące!

— A co też mam myśleć o moich ustach?

— Że są podobne rozciętej jagódce maliny.

— A o mych zębach, jeśli łaska?

— Że ziarnka ryżu, równie im delikatne, nie są przecież tak biało.

— Czy nie powinnam się jednak niepokoić o kształt moich uszu?...

— O tak! niepokojąca to rzecz, ukrywać w leciuchnym puchu swych włosów dwie takie muszelki przecudne, na których widok przypomina się świeżo rozwity goździk.

Tak rozmawiali z sobą, ona oczarowana, on w jeszcze większym zachwycie, nie wyrzekł bowiem ani jednego słowa, które by nie było prawdą najczystszą, gdyż wszystko to, czego pochwały upajały ją, jego upajało swym widokiem. I oto miłość ich stawała się coraz gorętsza. W dniu wprawdzie, w którym ją zapytał, czy zechce go za męża, dziewczę zarumieniło się, zaiste jednak zarumieniło się nie ze strachu — a człowiek, który, dostrzegłszy w owej chwili jej uśmiech, przypuściłby, że uśmiechała się jej myśl powiedzenia: „nie” — również omyliłby się bardzo. Nieszczęściem wieść o tym małżeństwie dotarła aż do uszu niedobrej królowej, której jedyną rozkoszą było zakłócać cudze szczęście, Hiacynta zaś większą niżeli ktokolwiek wzbudzała w niej zawiść — będąc ze wszystkich najpiękniejszą.

III.

Kiedy się przechadzała razu pewnego, na krótko przed swymi zaślubinami, po sadzie, zbliża się ku niej starucha jakaś, prosząc o jałmużnę — wtem odskakuje z krzykiem, jak człowiek, co węża nadeptał.

— Nieba! co widzę!...

— A wam co?! dobra kobiecino... Cóż to takiego ujrzeliście?...

— Coś najbrzydszego na całym świecie!

— To chyba nie mnie z pewnością! — odrzekła Hiacynta, śmiejąc się.

— Niestety, tak, biedne dziecię... Ciebie właśnie... Długo już żyję na tej ziemi, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się spotkać osoby tak brzydkiej jak ty.

— Ja jestem brzydka?... ja?...

— Stokroć brzydsza, niżeli to wyrazić można.

— Jak to!... A moje oczy?...

— Szare jak pył uliczny! Lecz toby jeszcze było pół biedy, gdybyś nie zezowała najokropniej.

— Toż moja cera...

— Czarnaś jak smoluch jaki.

— Ale usta...

— Blade jak zwiędły kwiat jesieni.

— A zęby...

— Jeżeli zęby tym są piękniejsze im szersze, im bardziej żółte, w takim razie nikt chyba nie ma piękniejszych niż twoje...

— Ach!... więc chociaż uszy przynajmniej...

— Masz uszy tak duże, takie czerwone i obrośnięte pośród tych twoich rozczochranych włosisków, że trudno na nie spojrzeć bez wstrętu. Ja przecież nie jestem wcale ładna, a przecież zdaje mi się, że umarłabym ze wstydu, gdyby moje były takie same.

To rzekłszy, stara — musiała to być jakaś czarownica, zaprzyjaźniona z niedobrą królową — uciekła, parskając złośliwym śmiechem, podczas kiedy Hiacynta padła na ławkę, pomiędzy dwoma jabłoniami, cała w łzach.

IV.

Nic nie było w stanie biednej pocieszyć w jej strapieniu.

— Jestem brzydka! — jestem brzydka! — powtarzała bez przestanku.

Daremnie narzeczony zapewniał ją, że się myli, i przysiąg nie szczędził największych.

— Daj pokój!... kłamiesz przez litość — odpowiadała. — Teraz dopiero pojęłam wszystko. Uczucie twoje dla mnie nie płynie z miłości, lecz jest litością! żebraczka nie miała najmniejszego powodu powiedzieć mi nieprawdę; i po cóż miałaby mnie oszukiwać?... Tak, tak, jestem brzydką!... Nie pojmuję tylko, jak mogłeś znosić mój widok tak długo?...

Aby ukochaną wywieźć z błędu, sprosił do jej domu dużo ludzi; wszyscy mężczyźni oświadczyli, że Hiacynta jest jakby stworzona na to, aby się oczy z rozkoszą poiły jej widokiem; powiedziało toż samo nawet wiele kobiet, jakkolwiek naturalnie z przekonaniem znacznie mniejszym. Lecz wszystko nadaremnie, biedna dziewczyna upierała się przy swym przeświadczeniu, że wzbudza postrach.

— Zmówiliście się, żeby przede mną zataić prawdę.

A kiedy kochanek począł nalegać o przyspieszenie dnia godów, odrzekła:

— Ja?... twoją żoną? Przenigdy!... Zanadto szczerze cię kocham, aby ci robić prezent z takiej brzyduli jak ja.

Możecie sobie wyobrazić rozpacz młodego człowieka, zakochanego tak szczerze. Rzucił się na kolana, prosił ją, błagał... Odpowiadała jednak niezmiennie, że jest „za brzydka, aby iść za mąż.”

Co tu robić?... Jedynym sposobem, jakim można by zadać kłam starej wiedźmie a udowodnić prawdę Hiacyncie, byłoby: stawić jej przed oczy zwierciadło. Ale zwierciadeł nie było w całym państwie a strach, jaki królowa wzbudzała, był tak wielki, że żaden rzemieślnik nie podjąłby się go sporządzić.

— Ha! Pójdę na królewski dwór! — powiedział sobie w końcu narzeczony. — Pomimo całej swojej srogości władczyni nasza da się przecież wzruszyć mym łzom i piękności Hiacynty i cofnie, choćby na godzin kilka, okrutny zakaz, będący źródłem całego nieszczęścia.

Wiele kosztowało trudu nakłonienie młodej dziewczyny, aby się dała do pałacu zaprowadzić; nie chciała i nie chciała się ludziom pokazywać, taka brzydka; a potem na cóż się więcej zwierciadło przydać może, jak nie na tym wyrazistsze przekonanie jej o jej nieszczęściu, na które nie ma lekarstwa! Dopiero kiedy narzeczony wybuchnął płaczem — przystała.

V.

— Cóż tam znowu takiego? — ozwała się opryskliwie niedobra królowa. — Co to za ludzie i czego chcą ode mnie?

— Wasza królewska mość ma przed sobą najbardziej pożałowania godnego z narzeczonych na całej kuli ziemskiej.

— To mi dopiero powód, aby mnie niepokoić!

— Miej litość najjaśniejsza pani!

— Ech! cóż ja wam mogę poradzić w waszych strapieniach miłosnych?

— Gdybyś najjaśniejsza pani zezwolić raczyła, aby jedno tylko zwierciadło...

Królowa podniosła się z tronowego stolca, drżąc gniewem.

— Kto śmie tu wspominać O zwierciadle?! — wyrzekła, zgrzytając zębami.

— O, niech się wasza królewska mość nie unosi!... Łaski!... Proszę mnie tylko wysłuchać. Ta młoda dziewczyna, którą wasza królewska mość ma przed sobą, taka świeża i piękna, popadła w błąd najosobliwszy; zdaje się jej, że jest brzydką...

— Alboż co! — wykrzyknie królowa z dzikim śmiechem. — Ma rację! Nie widziałam jak żyję brzydszej niż ona dziewczyny!...

Hiacynta, posłyszawszy te słowa, myślała, że trupem padnie z rozżalenia. Trudno było wątpić dłużej, skoro w oczach królowej była równie brzydką jak w oczach żebraczki. Opuściwszy z wolna powieki, padła na stopnie tronu omdlała, z trupio bladym licem. Lecz narzeczony jej, usłyszawszy okrutne słowa władczyni, nie poddał się wcale rezygnacji, tylko zawołał, że jej królewska mość dostała chyba bzika, — jeżeli nie ma przypadkiem innych powodów, by kłamać tak bezczelnie.

Nie miał czasu dorzucić jednego słowa! bo już pochwyciły go straże i przytrzymały mocno; na znak zaś, dany przez królową, wystąpił kat; stał on zawsze obok tronu, mógł bowiem być potrzebnym każdej chwili.

— Czyń twoją powinność! — rzekła królowa, wskazując katowi tego, co śmiał ją znieważyć.

Kat dźwignął spokojnie swój miecz błyszczący, szeroki, w tej samej chwili kiedy Hiacynta, nie wiedząc, gdzie się znajduje, podniosła wzrok omdlały... I oto dały się słyszeć dwa krzyki kobiece, zupełnie odmienne swym brzmieniem: radosny okrzyk Hiacynty, która w zwierciadle obnażonej stali ujrzała się tak rozkosznie piękną! — i śmiertelny charkot rozpaczy i bólu, z jakim na ustach zła i brzydka królowa oddała ducha ze wstydu i gniewu, ujrzawszy się również z nagła w nieprzeczuwanym zwierciadle.

CUDZOZIEMKI

I.

— Drogi panie! — prawił uprzejmy gaduła — wiem ja sporo rzeczy, ponieważ mam lat, pięćdziesiąt, dosyć bystrości, znakomitą pamięć i nie upijam się nigdy. Dla człowieka, który jada od lat dwudziestu we wszystkich sferach towarzyskich, który potrafi wychylać noc w noc bezkarnie trzy butelki

szampana, nie może mieć tajemnic (chybaby miał diabelnie tępy słuch) to, co się działo i to co się dzieje w towarzystwie współczesnym. Pokręć pan zatem korbką! Jestem gramofonową kroniką wszystkich nowin jednej piątej części stulecia; przerzuć moje kartki; jestem skorowidzem wszystkich sekretnych adresów wszystkich dzielnic Paryża, almanachem gotajskim wszystkich cudzołóstw i rodowodów bękarcich. Potrafię panu wymienić — z nieomylnością pilnego ucznia, recytującego zadany wierszyk — imię, nazwisko, pochodzenie, majątek, męża, kochanka czy kochanków stu kobiet, uczestniczących w balu niniejszym; wiem, dokąd baronowa de Cantelos każe się wieźć dwa razy na tydzień, osłoniwszy twarz potrójną woalką — o! ani do przyjaciela ani do przyjaciółki; i jeśli tylko ciekaw jesteś usłyszeć, powiem panu, dla kogo pani de Villabianca sprzedała, z zastrzeżeniem odkupna, u jednego z jubilerów w Palais-Boyal, jeden z swych przecudownych kolczyków; obecnie tylko lewy zawiera brylanty prawdziwe. Ale przez litość dla mej miłości własnej paryskiego cicerone nie zadawaj mi pytań na temat tej ponętnej osóbki, która padła, po skończeniu walca, w głąb tego tam fotelu i ziewa w tej chwili z lekka, aby pokazać swoje różowe dziąsła młodej wilczycy, w chwili kiedy w nią wlepisz wzrok baranka, gotowego na jej widok zabeczeć z roztkliwienia. Albowiem być może, iż jest gdzieś pomiędzy niebem a ziemią tajemniczy mędrzec, który przewertowawszy starożytne rękopisy, potęgą ścisłego wnioskowania doszedł, w której z podziemnych bud ojczyzny Samojedów kryje się zaginiona Biblia, ale żadna z istot żyjących — nawet ja sam — nie mogę się pochlubić przeniknięciem tajemnicy, jaka otacza osobę markizy de Poleastro.

— Dobrze — odparł Walentyn — znane jest w każdym razie przynajmniej jej nazwisko i ojczyzna, ponieważ nazywa się z włoska.

— Znanym jest nazwisko! przypuszcza się ojczyznę! — Ludzie, którzy lubią podróżować — co się mnie tyczy, zaniedbałem trochę zanadto tę stronę szkoły światowego życia — opowiadają sobie na ucho, że we Włoszech, gdzie zwiedzała muzea jeszcze w postaci podlotka, w towarzystwie dekorowanego starca, nosiła nazwisko panny de Valclos, — w Anglii, gdzie ją uważano za mężatkę, zwali ją księżną Saratoff, — w Rosji zaś, po której podróżowała w charakterze wdowy, kazała się anonsować na balach ambasady pod nazwiskiem lady Helmsford. Prawdę mówiąc, ludzie nie są tego całkowicie pewni; zdaje im się, że sobie przypominają, mogą się jednak mylić, bo to już temu tyle lat... Co się tyczy markizy samej, jeżeli ktoś ciekawy a niedostatecznie poinformowany odważy się w jej obecności zrobić aluzję do tej przeszłości urozmaiconej i mglistej, nie wydaje się tym wcale zażenowaną, och! bynajmniej, i odpowiada wśród lekkich poruszeń wachlarza: — „Ach, tak jest, niegdyś, to możliwe... w podróży...” — z akcentem trochę hiszpańskim, wiedeńskim trochę, a być też może i włoskim, w którym znachodzą się nierzadko intonacje, przedmiejskie prawie, nowoczesnej kabotynki, i z lekkim, różowym uśmieszkiem, któremu nie ma nic do zarzucenia.

— Do diaska, awanturnica?...

— Romantyk z pana!... Wierzysz pan w awanturnice, dopuszczone do świata, w którym my żyjemy, dające shakehands'y ambasadorom wszystkich państw świata, które, sądząc po ich naszyjnikach z najczystszych pereł, spiętych rubinami, z ich sukni, nie oglądających blasku żyrandoli po dwakroć, z ich czterech ekwipaży, wyróżniających się między wszystkimi, jakie się pojawiają w lasku, wydają około trzechkroć stu tysięcy franków rocznie?... Nie, pani de Poleastro, czy była czy nie panną de Valclos, księżną Saratoff, lady Helmsford — nie jest jedną z pospolitych ladacznic, goniących za przygodami po wszystkich krańcach świata, które pierwszego lepszego dnia, skoro ich ofiarom otworzą się oczy, zjawiają się, wmieszane w jakiś brudny skandal, przed kratkami lub wynoszą się za granicę, posłuszne uprzejmej radzie sędziego śledczego. Stoimy w obliczu tajemnicy o odmiennej komplikacji i nowej zupełnie! Markiza, prawdopodobnie milionerka, choć pochodzenie jej milionów nikomu nie jest znanym, szlachetnego rodu, to pewna, choć rodowodu jej ściśle wskazać niepodobna, władająca zadziwiającą liczbą języków i wytwornie wykształcona, mimo że nikt nie wie, w którym z klasztorów którego kraju kształcono ją w dzieciństwie, markiza, Włoszka być może, prawdopodobnie Słowianka, czemu by nie Niemka? nie zdaje mi się jednak, aby Angielka — jest jedną z tych zachwycających i niezwykłych istot, znajomych wszystkim, chociaż nikomu nieznanych, budzących uwielbienie, mimo że podejrzanych, których mężowie są niewidzialni a kochankowie nieudowodnieni, młodych, pięknych, ekstrawaganckich trochę, które, zjawiwszy się ni stąd ni zowąd, by wkrótce zniknąć, doprowadzają do szału przez jedną zimę Paryż, same za nim szalejąc, a które skutkiem niedokładnej diagnozy — jak powiada lekarz — na los trafu nieledwie, dźwięku imienia lub innego równie błahego pozoru — zowiemy: „cudzoziemkami!”

Ale Walentyn przestał tymczasem słuchać uprzejmego gaduły, podziękował pod nosem i odszedł, rozglądając się po balu za kimś, kto by go mógł przedstawić markizie de Poleastro, a kiedy mimo niej przechodził, uczuł rozkosz bezbrzeżną, spojrzawszy w jej oczy ciemne, płowe nieco oczy Wenecjanki, z których uśmiechała się smętnie jak kwiat uperlony rosą, melancholia Ofelii.

II.

W dwa miesiące potem — od sześciu tygodni był kochankiem markizy — Walentyn wszedł do buduaru, w którym oczekiwała nań z szczerym utęsknieniem co popołudnia, przed godziną wizyt banalnych; i uchwyciwszy jej ręce, bez całowania ich, z oczyma, utkwionymi w jej twarz, rzekł tonem niezłomnej stanowczości:

— Posłuchaj mnie... Ja szaleję!... Nie ma szczęśliwszego człowieka nade mnie a jednak nie ma bardziej, niżeli ja, nieszczęśliwego. Na pierwszą, moją prośbę oddałaś mi się z pełnym ufności wdziękiem dziecka. Ogarnęło mnie rozkoszne zdumienie nabożnego, gotowego poddać się mękom, w nadziei dostąpienia nieba, a który uzyskał raj natychmiast, zaledwie ukląkł, aby oń prosić. Jaki raj!... Najcudniejsze marzenia scałowywałem z twoich ust!... Jesteś jak kwiat cała od stóp aż do głowy, — kiedy mi pozwalasz czoło złożyć w twe dłonie, na twoją pierś, zdaje mi się, że myśl moja zanurza się w wiośnie, w wiośnie nieznanej, dalekiej, utkanej z chimerycznych rozkwitów i z woni, jakimi nikt nie oddychał nigdy. Jesteś jednak nie tylko rozkoszną, jesteś także dobrą. Kochasz mnie, jak ja cię kocham; czuję to, wiem. Prawda, że my się kochamy?... Prawda, że serce twe drży, gdy krok mój doleci cię ze schodów, drży jak moje, i że omdlewasz, wieczorem, w mych objęciach, jak ja umieram w twoich, i że jesteśmy zjednoczeni na wieki w dreszczu tej samej rozkoszy?

— Caro mio! — odparła z akcentem rosyjskiej śpiewaczki, śpiewającej po włosku.

On mówił dalej:

— I cóż! pomimo naszego niezmiernego szczęścia ja cierpię straszliwie, a cierpień tych nie potrafię dłużej milcząc znosić. Muszę przemówić — i ty musisz przemówić także. Wątpliwości rozdzierają mi duszę. Och! ty mi powiesz, prawda?... nie ukryjesz przede mną niczego?... Słuchaj uważnie i odpowiadaj... U ciebie tutaj: gdzie jestem?... Ta służba, ten pałac, cały ten przepych zbytkowny i taki czarujący, ponieważ ty wkładasz w niego swój wdzięk — skąd ty to wszystko masz? Skąd pochodzisz ty sama?... Kto ty jesteś?... W pamięci swej przechowujesz wiele dni i krajów, wśród rzeczy, o których wspominasz bez namysłu, od niechcenia, brzmią echa podróży i przygód. A przecież jesteś tak młodą!... Dlaczego akcent twój zmienia się chwilami, jak gdybyś ty sama zmieniała wśród tego rasę; wydaje się, jakbyś pomiędzy jednym słowem a drugiem inną przybierała ojczyznę. Gdzie się właściwie urodziłaś? Czy masz jeszcze rodziców? Jesteś-li zamężną?... Ach! błagam cię! opowiedz mi twe życie minione, twoje wczoraj!... Czyliż nie winnaś należeć cała z wszystkimi twoimi tajemnicami, jak z wszystkimi wdziękami, do tego, co należy do ciebie również bez podziału raz na zawsze?...

Cofnęła z jego rąk dłonie i spojrzała nań wzrokiem zimnym, niezmieszanym, w którym błyszczał gniew.

Natenczas on, prawie szorstko:

— Odezwijże się!... Powinnaś mi powiedzieć to, co wiedzieć mam prawo. Czy nie domyślasz się najdziwniejszych podejrzeń, jakie mnie nękać muszą? Czy nie odczuwasz, jakie mnie nawiedzają myśli? Dalej — i schwycił ją po raz wtóry, wyżej kostek, za ręce — mów prawdę, ja tak chcę!...

— Boli mnie! — rzekła lodowato akcentem prawdziwym, niemieckim.

— Prawdę!

— Niech i tak będzie! Tym gorzej dla pana! I patrząc mu prosto w twarz, bez najmniejszego zmieszania, rzekła:

— Urodziłam się w małym pomorskim miasteczku. Biedna, bez rodziców, tyle tylko, że ładna, zjeździłam z cyrkowcami wszystkie kraje z jarmarku na jarmark. Śpiewałam potem w café-chantant'ach. W Wiedniu wyszłam za mąż za urzędnika w ministerium spraw zewnętrznych. Umarł już. Od lat siedmiu jestem na usługach austriackiego rządu.

III.

Kobieta-szpieg!... Ona!... taka piękna, z tym uśmiechem różanym, z tymi zamglonymi oczyma marzycielki, ona oddawała się ohydnemu rzemiosłu szpiegostwa i sprzedawania dusz! Więc do takiego celu używała swoich powabów, swej gracji, na to może spożytkowywała swe miłostki?... Pełen zgrozy, omal nie krzyknął:

— To nieprawda, ty kłamiesz!

Niestety! wszelka wątpliwość była wykluczoną. Była szpiegiem w istocie, skoro przyznawała się sama do tego. Ten ohydny wyraz zresztą, objaśniał wszystko: zbytek, zmiany nazwiska, podróże, przyznawanie się do coraz to innej narodowości. Uciekł z gestem obrzydzenia i nie wychodził z swego mieszkania przez dwa tygodnie, aby nie widzieć jej więcej, wyjechał wreszcie i nie spotkali się już.

Bywają jednak wspomnienia uporczywe. Ileż razy obraz czarującej nędznicy zjawiał się w jego myślach, na ustach zaś równocześnie imię wzgardzone a drogie: pewnego wieczora w Wiedniu, pod drzewami Prateru, zwierzył się z swej przygody młodemu arystokracie, dla którego czuł żywą przyjaźń a który był jak raz poufnym sekretarzem austriackiego ministra spraw zewnętrznych.

— To szczególne — odparł młody człowiek.

I oto nazajutrz Walentyn otrzymał list, w którym przyjaciel zapewniał go, na podstawie szczegółowych informacyj, jak najuroczyściej, że nigdy a nigdy ani pani de Poleastro, ani panna de Valclos, księżna Saratoff i lady Helmsford, ani żadna w ogóle osoba o jakimkolwiek podobieństwie sytuacji czy wyglądu nie pozostawała oficjalnie czy w sekrecie na usługach ministerstwa. Tak, że się po prostu tylko chwaliła — chwaliła szpiegowskim rzemiosłem! — być może w celu tym lepszego ukrycia innej, może jeszcze wstrętniejszej tajemnicy...