Złote myśli kobiety. Wiersze zebrane - Maria Pawlikowska Jasnorzewska - ebook

Złote myśli kobiety. Wiersze zebrane ebook

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

0,0
63,90 zł

lub
Opis

Najpełniejszy zbiór poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w jednym tomie.

O sobie pisała: "Po prostu trudno być mną. Tyle kantów". Maria Pawlikowska-Jasnorzewska posiadała niezwykły dar opisywania nastrojów, uczuć i stanów ducha. Potrafiła lekko i ulotnie - z wrażliwością na rzeczy z pozoru nieistotne - przekazać to, co trudne do uchwycenia, niewyrażalne. Ale dopiero najpełniejsze wydanie wierszy, zbierające także odnajdywane przez ostatnie lata teksty, pokazuje kanty, paradoksy i półcienie jej poetyckiego dorobku.
Jako poetka ceniona była przez wszystkich - od skamandrytów, przez Juliana Przybosia aż po Czesława Miłosza. Mijają kolejne dekady, a jej dar zachwytu i intensywności odczuwania fascynuje kolejne pokolenia.

Była istotą z gorącej krwi, cienkich kości i kobiecego, kruchego ciała, które tylko pragnęło kochać. A jednak była przy tym i nimfa grecką, i najadą, i sylfidą, i piękną czarownicą, którą wciąż spotykały niezwykłe przygody.
Magdalena Samozwaniec

Pewne jest, że taki stan euforii, miłosnego uniesienia był jej stanem naturalnym. Potrzebowała tego, aby istnieć. I nie chodziło tylko o to, aby ktoś ją kochał. Ona sama potrzebowała kochać. […] Gdy kochała, pisała wspaniałe wiersze. Nawet wtedy, gdy ukochany ją zawodził, też pisała o miłości, tyle że o miłości rozczarowanej. Gdy brakowało kochania, usychała jak kwiat.
Simona Kossak

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 469




 

 

Redaktor wydania

Michał Nalewski

 

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

 

Zdjęcie na okładce

© Muzeum Literatury/East News

 

Korekta

Marianna Chałupczak

Michał Załuska

 

ISBN 978-83-8169-786-6

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

NIEBIESKIE MIGDAŁY

(1922)

 

HISTORIA O CZAROWNICACH

Świeciły trzy księżyce,

leciały trzy czarownice.

Leciały z daleka po niebieskich drogach,

czasem ginęły w chmurze

– a na Łysej Górze

diabeł, diabeł na nie czekał,

o złotych rogach.

 

Jedna miała rudy włos,

na czarnej miotle leciała w skos.

Hej! Hej! Hej! Hej!

Druga, jak ćma siwa,

trzymała się ożoga

półżywa. –

Hej! Hej! Hej! Hej!

A trzecia nieboga,

podobna do białej jaskółki,

miała złociste włosy, na nich wieniec z witułki

rwanej o północku na łące

w miesięcznej poświacie.

Miała usta czerwone, ciało kocim sadłem

świecące

i oczy płonące cierpieniem upadłem.

Jechała na łopacie.

Hej! Hej! Hej! Hej!

 

Na Łysej Górze, pod cieniem trzech krzyży,

diabeł zasiadł posępny przy ognisku czerwonem,

owinął się ogonem,

rękami objął kopyta

i czarownic się pyta:

tej, której włos ryży,

tej, co siwa trzęsąca,

i tej, która srebrniejsza niźli talerz miesiąca: –

Za co go kochają? –

I rzecze ta ryża ruda:

„Kocham cię, szatanie,

miłują cię me usta za twe całowanie,

za szaleństw cuda.

Tyś mąż!

Kto cię zaznał, ten twój!

Ramieniem mnie zwiąż

i zawsze przy mnie stój!

Wszystko jest kłamstwem w świecie prócz twego uścisku,

on jest trójkątem w gwieździe Salomona,

ku niemu lecę jak błyskawica

w drzew nocnym szumie, w nietoperzy pisku,

ja, czarownica szalona!”.

– I rzecze ta stara siwa,

brzydka jak płaz:

„Ciało moje – pusta płachta,

skarby z niej wykradł mi czas.

Tak to bywa.

Kochali mnie księża, szlachta,

królowie, pany, sam Bóg!

Dziś jam zdeptana siłą młodych nóg

jako szczypawka lub skorek

i jeno dla ciebie jeszcze skarb zawiera

mój pusty worek.

Nocą, gdy księżyc prószy,

przychodzisz ku mnie –

stajesz u wezgłowia

i chciwymi rękami w ciała mego trumnie

szukasz pięknej jak kwiat złotogłowia

mej duszy.

Ty jeden, jeden jeszcze chcesz czegoś ode mnie.

Więc wlokę się za tobą w niepowrotne ciemnie

i kocham cię, kocham, szatanie,

za łaskę twoją: – cudne pożądanie!”.

 

– Szatan milczy, gładzi brodę,

na trzeciej czarownicy spogląda urodę

i wzywa ją do siebie, sadza na kolanach

– jałowiec trzaska w polanach.

I płyną ciche słowa, smutne jak śpiew łabędzi:

„Tęsknota mnie tu pędzi,

tęsknota wichrowa

i żałość bez miary. –

Zdradził mnie Jasiek jedyny.

– Ty mi dochowaj wiary

i nie krzywdź mnie bez winy.

Za miłość zapłać miłością,

za pożądanie pragnieniem –

choć jesteś jeno ciemnością

i Bożym cieniem. –

Zabierz mnie do domu,

nie daj mnie nikomu,

ani ludziom, ani bogom,

przyjaciołom ani wrogom,

gdyż nigdy nie słyszano,

nigdy nie mówiono,

by diabeł, diabeł rzucił duszę potępioną!”.

 

Na Łysej Górze czernią się trzy krzyże,

tańczą wkoło widma białe i cienie chyże.

Hej! Hej! Hej! Hej!

 

MGŁY I ŻURAWIE

Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata,

kiedy jeszcze zielone bije zegar chwile,

w które się już nieżywy karmin gęsto wplata...

Kobieto, włóż maskę i skrzydła motyle

i biegaj, i szukaj trwożliwie, ciekawie

w chińskim pawilonie i w szpalerów cieniu

(a mgła się już wznosi... Żurawie!!! Żurawie!!!) –

gdzie oczy wołające ciebie po imieniu? –

 

Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata,

gdy zielone wachlarze drzew migocą złotem. –

O kobieto przecudna, kobieto bogata,

szukaj za jaworami, za różanym płotem –

pytaj się pawiookich wód w okrągłym stawie,

gdy jęk wichru przepływa przez trzcin pióropusze

(a mgła się już wznosi – Żurawie!! Żurawie!!) –

gdzie usta, które miały całować twą duszę??

 

SEN

Iść przez sen ku tobie,

w twe słodkie ręce obie...

przez pola długie ogromnie,

sadzone w rzędy doniczek...

samych niebieskich konwalii

i szafirowych goryczek...

...przejść przez jezioro nieduże,

zrobione z drewnianej balii...

i trochę nieprzytomnie

iść dalej przez bór ciemny, w którym kwitną róże,

lecz w którym się nie pali ani jedna świeca...

gdzie straszy stary niedźwiedź dziecinny zza pieca,

dziś przerobiony na kota...

I widzieć w oddali już twoją psią budę

z kryształu, blachy i złota...

przedrzeć się z trudem poprzez dziwną grudę...

i jeszcze ten rów przebyć...

– potknąć się – i już nie być.

CZAS KRAWIEC KULAWY

Czas jak to Czas, krawiec kulawy,

z chińskim wąsem, suchotnik żwawy,

coraz to inne skrawki przed oczy mi kładzie,

spoczywające w ponurej szufladzie.

Czarne, bure, zielone i wesołe w kratki,

to zgrzebne szare płótno, to znów atłas gładki.

Raz – coś błysło jak złotem,

zamigotało zielonym klejnotem,

zatęczyło na zgięciu,

zachrzęściło w dotknięciu...

Więc krzyknęłam: „Ach! z tego, z tego chcę mieć suknię!”.

Lecz Czas jak to Czas, zły krawiec, tak pod wąsem fuknie:

„To sprzedane do nieba – cała sztuka –

szczęśliwy, kto ten skrawek widział – niech większego szczęścia nie szuka”.

– To rzekłszy, schował prędko próbkę do szuflady,

a mnie pokazał sukno barwy – czekolady. – –

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI