Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złota szansa - Jayne Ann Krentz

Philadelphia i Crissie zaprzyjaźniły się, kiedy miały trzynaście lat. Stały się sobie bliskie jak siostry, może dlatego, że obie nie miały rodziców. I nagle rok temu dwudziestosześcioletnia Crissie dowiedziała się, że jest nieślubną córką przemysłowego magnata. Dziedziczką bajecznej fortuny. A teraz zginęła w wypadku. Pozostawiła Philadelphii swoje udziały w rodzinnym koncernie Castleton & Lightfoot…
Czy to dlatego Philadelphię odwiedza niespodziewanie Nick Lightfoot, arogancki, obdarzony uwodzicielskim wdziękiem drapieżnika syn marnotrawny wpływowej rodziny? Chce odzyskać udziały Philadelphii czy też ma wobec niej zupełnie inne plany?

Opinie o ebooku Złota szansa - Jayne Ann Krentz

Fragment ebooka Złota szansa - Jayne Ann Krentz

Korekta

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Yellowj/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Golden Chance

Copyright © 1990 by Jayne Ann Krentz.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5467-8

Warszawa 2015. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Rozdział 1

Nicodemus Lightfoot w pewnym sensie szanował małe amerykańskie miasteczka i ludzi, którzy w nich mieszkali. Nie odczuwał wobec nich jakiegoś szczególnego rozczulenia ani nie wierzył w to, że są najbardziej patriotyczni. Nawet specjalnie nie przepadał za małymi miasteczkami, zwłaszcza w lecie. Panowała w nich senna, duszna atmosfera. Każdy dzieciak, który skończył właśnie miejscową szkołę średnią, marzył o tym, aby jak najszybciej wynieść się ze swego miasteczka, i Nick doskonale to rozumiał.

Obawiał się, że intuicyjna znajomość małych miasteczek, takich jak Holloway w stanie Waszyngton, wiąże się z jego pochodzeniem. Zaledwie jedno pokolenie dzieliło go od takich zajęć jak wypasanie bydła czy jeżdżenie na traktorze. Nick to akceptował. Nie miał z tego powodu żadnych kompleksów. I to mu dawało przewagę nad resztą rodziny. Pozostali członkowie rodzin Lightfootów i Castletonów wciąż usiłowali zapomnieć, jak bardzo byli związani z takimi miasteczkami jak Holloway we wschodniej części stanu Waszyngton.

Nick łyknął trochę piwa i usadowił się wygodniej. Opierał się o pień starej jabłoni, zajmującej niemal całą przestrzeń przed białym drewnianym domkiem. Trawa przed domem miała kolor brązowy. W sierpniu wyschnie zupełnie.

Siedział w cieniu jabłoni od blisko godziny. Piwo było cieple, uliczka przed domem – pusta. Odczuwał znudzenie, co rzadko mu się zdarzało.

Słysząc z daleka hałas, odwrócił się i zobaczył dwóch chłopców na zniszczonych deskorolkach. Za nimi biegły dwa wierne psy z wywieszonymi jęzorami. Chłopcy nic sobie nie robili z czerwcowego upału. Nick spoglądał za nimi, dopóki nie zniknęli za rogiem, po czym dokończył piwo.

Żaden z sąsiadów nie wyszedł, aby spytać Nicka, co robi tu, pod jabłonią, choć widział, jak w kilku oknach po przeciwnej stronie ulicy poruszyły się firanki.

Wcześniej dwóch nastolatków przyglądało się błyszczącymi oczyma jego porsche. Jeden z nich odważył się spytać Nicka, czy to jego samochód. Nick rzucił im kluczyki, żeby mogli usiąść z przodu i chwilę pomarzyć. Odeszli niechętnie, kiedy kobieta z kręconymi włosami zawołała ich do domu. Na tym się skończyły towarzyskie kontakty Nicka z sąsiadami panny Philadelphii Fox.

Zaczął się zastanawiać, czy dziewczyna kiedykolwiek wróci do domu, kiedy uporczywy jęk silnika małego samochodu kazał mu spojrzeć na ulicę.

Maleńki czerwony samochód wyskoczył zza rogu i przymierzył się do jedynego wolnego miejsca przy krawężniku. Z nieomylnym instynktem małego, dręczącego komara, wyczuwającego nagą skórę, czerwony samochodzik zakręcił koło zniszczonej ciężarówki i wjechał przodem na miejsce za porsche.

Zafascynowany Nick przyglądał się kobiecie kierującej autem. Najwyraźniej zdała sobie sprawę, że nie będzie w stanie wcisnąć się w bardzo ograniczoną przestrzeń. Samochód zajęczał wściekle, kierowca szarpnął w przód i w tył kilkoma krótkimi, konwulsyjnymi ruchami i zrezygnował z ataku.

Nick wstrzymał oddech, gdy stojący w poprzek pojazd wrócił na środek jezdni i niechętnie podjechał równoległe do porsche, tak żeby odpowiednio zaparkować. Porsche pozostał nietknięty, choć Nick miał wrażenie, iż stało się tak bez udziału kierowcy.

Domyślił się, że za kierownicą czerwonego owada siedzi Philadelphia Fox. Obserwował, jak wyłącza silnik i wysiada z pojazdu z dwiema torbami zakupów, tak wielkimi, że całkowicie ją zasłaniały.

Nickowi zdawało się, że ma przed sobą uosobienie skondensowanej, niespokojnej energii. Ruchy kobiety były szybkie, ostre, impulsywne. Nick zrozumiał, że oto widzi kobietę, która nigdy nie czeka, aż rzeczy dokonają się same, w odpowiednim czasie i we właściwy sposób, tylko je po prostu stwarza.

A więc to była jego przepustka do domu. Nie wiedział, czy się cieszyć, czy martwić.

Od trzech lat przebywał na wygnaniu i jeszcze nie był pewien, co myśleć o Philadelphii Fox, lecz jeśli rozegra tę partię właściwie, będzie mógł wykorzystać dziewczynę do swoich celów. W gruncie rzeczy nie miał wielkiego wyboru. Phila Fox albo nic. Żadnych innych możliwości, a czas uciekał.

Oczywiście nadal pozostawało kwestią otwartą, czy naprawdę chciał wrócić do domu. Wmawiał sobie, że jeszcze nie podjął decyzji, choć w głębi duszy wiedział, że klamka zapadła. Nie siedziałby, znudzony i spocony, w Holloway w stanie Waszyngton, gdyby nie był pewien, czego chce.

Nick uśmiechnął się pod nosem, patrząc, jak Philadelphia usiłuje sobie poradzić z zakupami i kluczami. Z tej odległości nie wyglądała na kobietę na tyle potężną ani na tyle piękną, żeby spowodować wybuch w obu rodzinach. To tylko dowodziło, że dynamit można zapakować w malinowe dżinsy i w koszulę w zielono-czarne wzory.

Fox. Pasowała do swego nazwiska. Było w niej coś z lisicy, coś sprytnego i zarazem delikatnego. Wielkie oczy w trójkątnej twarzy miały lekko uniesione kąciki.

Szczupła i niezbyt wysoka, miała jakieś sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, małe, wysoko osadzone piersi i cienką talię. Brązowe, gładkie, lśniące włosy sięgały brody. Nick wiedział, że skończyła dwadzieścia sześć lat i nie jest mężatką. I że była mocno związana z Crissie Masters.

Przypomniał sobie wczorajszy telefon od Eleanor Castleton.

– Ona jest problemem, Nick. Potwornym problemem.

– Tak, zdaję sobie sprawę. Na szczęście to nie mój problem.

– To nieprawda i dobrze o tym wiesz, mój drogi. Ona jest poważnym zagrożeniem dla rodziny, do której i ty należysz. Mimo tego, co się zdarzyło trzy lata temu. Jestem pewna, że w głębi duszy sam to czujesz.

– Posłuchaj, Eleanor, nic mnie nie obchodzi los rodziny.

– Nie wierzę ci, mój drogi. Jesteś Lightfootem. Nigdy nie porzuciłbyś swego dziedzictwa w obliczu niebezpieczeństwa. Pojedź do niej, Nick. Porozmawiaj z nią. Ktoś musi się tym zająć.

– Wyślij Darrena. On ma tyle wdzięku.

– Zarówno Darren, jak i Hilary usiłowali się z nią porozumieć. Nie chciała z nimi rozmawiać. Zwleka, szukając sposobu, aby wykorzystać sytuację. Czego można się spodziewać po kimś z jej środowiska? Jest kolejną awanturnicą, tak jak ta Masters, która się tu wkręciła jesienią. Wszystko zaczęło się od tej okropnej ulicznicy. Gdyby nie ona…

– Dlaczego sądzisz, że ta druga… ulicznica zechce ze mną rozmawiać?

– Znajdziesz jakiś sposób, mój drogi. – Eleanor Castleton przemawiała z niezachwianą pewnością. – O to jestem spokojna. Wierzę w ciebie. Należysz do rodziny, mój drogi. Po prostu musisz coś zrobić z tą Philadelphią Fox.

– Zastanowię się, Eleanor.

– Wiedziałam, że nas nie zawiedziesz. W końcu rodzina to rodzina, prawda?

Nick przekonał się, choć nie bez żalu, że Eleanor ma rację. W końcu rodzina jest rodziną. I oto siedział pod jabłonią i rozważał, co zrobi z tą intrygantką i awanturnicą.

Philadelphia Fox przeszła chodnikiem tuż obok niego w stronę frontowych drzwi małego białego domu. Pchnęła ruchome, ażurowe drzwiczki, przytrzymała je czubkiem buta i wetknęła klucz w zamek. Torby z zakupami przechyliły się niepokojąco.

Nick wstał powoli i ruszył za nią, zdejmując po drodze okulary i pocierając nos.

Klucz nie dawał się przekręcić. Torby przechyliły się jeszcze bardziej. Ażurowe drzwiczki wymknęły się spod stopy i Nick usłyszał ciche przekleństwo.

Pokiwał w duchu głową i włożył okulary, kiedy potwierdziły się jego przypuszczenia, że panna Fox zawsze działa szybko, czyli nie zawsze sensownie. Gdy podejmie decyzję, rusza do celu najkrótszą drogą. Pochopna, brawurowa i namiętna. Nick pomyślał, że niecodziennie zdarza mu się spotkać na swej drodze pochopną, brawurową i namiętną intrygantkę i awanturnicę.

Zastanowiła go nagle kwestia, czy mała Fox także w łóżku działa z prędkością stu kilometrów na godzinę. Skrzywił się na tę frywolną myśl, niepasującą do sytuacji. Poza tym Philadelphia Fox nie była w jego typie. Tak mu się przynajmniej zdawało.

Z drugiej strony, nie powinien właściwie robić sobie wyrzutów. Ostatecznie nigdy jeszcze nie kochał się z kobietą z prędkością stu kilometrów na godzinę. To mogło być ekscytujące.

Choć może wynikało również z faktu, że już od bardzo dawna nie kochał się z żadną kobietą.

Stanął tuż za Philą i spytał grzecznie:

– Czy mógłbym pani pomóc z tymi torbami?

Spodziewał się, że ją zaskoczy. Nie oczekiwał, że usłyszy okrzyk przerażenia i zobaczy w wielkich oczach ogromny strach. Udało mu się złapać jedną z toreb, tymczasem druga upadła na schodki – wysypały się z niej bochenek chleba, puszka tuńczyka i pęczek marchewki.

– Kim pan jest, u diabła?

– Nazywam się Nicodemus Lightfoot.

Z oczu dziewczyny zniknął strach, zastąpiony najpierw ulgą, a później niesmakiem. Obrzuciła ponurym wzrokiem rozrzucone zakupy, a potem podniosła głowę i spojrzała na niego zmrużonymi oczyma.

– A więc jest pan Lightfootem? Byłam ciekawa, jak oni wyglądają. Niech mi pan powie, czy Castletonowie są przystojniejsi? Chyba tak, skoro Crissie była taka śliczna.

Phila ukucnęła i zaczęła zbierać zakupy.

– Castletonowie mają wdzięk i urodę. Lightfootowie rozum. To doskonałe połączenie.

Nick podniósł puszkę tuńczyka i sięgnął do zamka. Lekko poruszył kluczem i po chwili drzwi się otworzyły.

– Zabawne – stwierdziła Philadelphia Fox, podnosząc się i patrząc ponuro na otwarte drzwi. – Tak właśnie mówiłyśmy o sobie z Crissie. Ona miała urodę, a ja – rozum. To też miała być doskonała spółka, ale nie wyszło. Przypuszczam, że chciałby pan wejść do środka i wziąć mnie w krzyżowy ogień pytań, co?

Nick spoglądał zamyślony na kolorowe, pełne roślin wnętrze małego domu. Na gładkich, drewnianych podłogach leżały czerwono-czarne dywaniki, a ściany pomalowano na jaskrawożółty kolor. Kanapa była tak samo czerwona jak samochód przed domem. Wszystkie te żywe kolory tworzyły miłą i przyjazną mieszaninę. Najwyraźniej gust panny Fox w dziedzinie architektury wnętrz nie odbiegał od jej gustu w strojach. Nick znów się uśmiechnął.

– Owszem – powiedział. – Bardzo bym chciał wejść do środka i porozmawiać z panią.

– Proszę – mruknęła Philadelphia, wchodząc do domu. – Równie dobrze możemy to wreszcie mieć za sobą. Mam w lodówce mrożoną herbatę.

– Znakomicie – stwierdził Nick z uśmiechem i podążył za nią.

Phila wiedziała, że istnieje słowo, określające jej stan. Nawet niejedno słowo. Rzuciła zakupy na ladę w kuchni i podeszła do lodówki, zastanawiając się na tymi słowami. Wypalenie. Stres.

Jej babka odrzuciłaby, naturalnie, taki nowoczesny żargon i powiedziałaby wprost, co myśli: „Przestań się nad sobą rozczulać. Problem polega na tym, moje dziecko, że za długo już pławisz się we własnych emocjach. Weź się w garść. Zrób coś. Świat czeka, aby go naprawić. Jeśli ty tego nie zrobisz, to kto?”

Dla Matildy Fox wszystko było wyzwaniem. Często twierdziła, iż przy życiu trzymała ją nadzieja na naprawienie świata. To dawało jej cel. Jej syn, Alan, ojciec Phili, poszedł w ślady swojej matki. Gorliwie naprawiał świat i ożenił się z Lindą, kobietą, która dzieliła jego pasje. Tych dwoje musiały łączyć jeszcze jakieś namiętności oprócz chęci zbawiania świata, gdyż w swoim czasie stworzyli Philę.

Nie pamiętała rodziców. Zmarli, kiedy była małym dzieckiem. Miała jedno wyblakłe, kolorowe zdjęcie dwójki ludzi w dżinsach i w koszulach w kratę, stojących obok dżipa. Za nimi kilka chat, brązowa rzeka i ściana dżungli. Phila nosiła to zdjęcie razem z fotografiami Crissie Masters i babki.

Mimo że nie pamiętała dobrze rodziców, zostawili jej jeszcze coś oprócz orzechowych oczu i brązowych włosów. Przekazali jej w genach filozofię życia, którą Matilda Fox troskliwie w dziewczynce pielęgnowała. Phila od kołyski otrzymywała zdrową dozę sceptycyzmu wobec ustalonych autorytetów, konserwatywnego myślenia i instytucji prawicowych. Była to filozofia niezależna i zdecydowanie liberalna, wręcz radykalna. Tego rodzaju filozofia rozkwita pod wpływem wyzwania.

Jednakże Phila doszła do wniosku, że ostatnio mało interesowały ją nowe wyzwania. Wszystko zdawało się coraz bardziej nieważne. Czuła, że jej rodzice i babka nie mieli racji. Jeden człowiek nie może zbawić całego świata. Co więcej, jeden człowiek może się przy zbawianiu świata mocno poranić.

Kontynuowanie rodzinnej tradycji stało się niesłychanie trudne, kiedy zabrakło rodziny popierającej jej działania. Od lat robiła wszystko sama i teraz nie miała już energii.

Z kolei filozofia życia Crissie Masters zaczęła ostatnio nabierać dla Phili coraz większego sensu. Można ją było zawrzeć w trzech słowach: Szukaj numeru jeden.

Ale teraz Crissie nie żyła. Różnica polegała na tym, że rodzice Phili, choć także zginęli młodo, oddali życie za coś, w co wierzyli i czemu się poświęcili. Matilda Fox umarła w wieku osiemdziesięciu dwóch lat przy biurku w trakcie pisania kolejnego artykułu dla jednego z lewicowych pisemek.

Crissie Masters natomiast zginęła za kierownicą samochodu, który zleciał w przepaść z drogi nad morzem. Miała dwadzieścia sześć lat. Na jej grobie można by wyryć napis: „Czy już się zaczęłam dobrze bawić?”

Phila wrzuciła lód do dwóch wysokich szklanek i nalała zimnej herbaty. Nie czuła szczególnej potrzeby, aby być miła dla Lightfootów, zwłaszcza dla tego wielkiego osobnika, jak ten w jej pokoju, ale głupio byłoby samej pić, nie proponując niczego gościowi. Ostatecznie na zewnątrz panował potworny upał, a ten Lightfoot wyglądał tak, jakby dość długo siedział pod jabłonią.

Wzięła tacę i ruszyła do pokoju. Przeszedł ją dreszcz strachu, kiedy sobie przypomniała, jak wcześniej stanął za nią, a ona nie zdawała sobie w ogóle sprawy z jego obecności. Tak by się to mogło odbyć, pomyślała z niepokojem. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, bam! Któregoś dnia po prostu się odwróci i okaże się, że jest w kłopotach.

Stawiając tacę na stoliku, Phila zmusiła się do opanowania. Ukradkiem przyglądała się przybyszowi. Na jaskrawoczerwonej sofie wydawał się wielki i ciemny. Okulary na jego nosie nie łagodziły tego wrażenia.

Jego potężny wygląd wzmagał tylko jej nieprzyjazne uczucia. Nie lubiła dużych mężczyzn.

– Dziękuję za herbatę. W ciągu ostatniej godziny miałem do dyspozycji jedynie ciepłe piwo.

Nicodemus Lightfoot sięgnął po oszronioną szklankę.

Koniuszkami nerwów Phila odczuła wibrujący tembr jego głosu. Stwierdziła, że chyba przesadza w swoich odczuciach. Jej nerwy były ostatnio dość napięte. Zawsze jednak polegała na instynkcie i teraz nie potrafiła zignorować tego, w jaki sposób jego głos działał na jej zmysły.

Wszystko w tym człowieku było zbyt spokojne, zbyt nieruchome i czujne, jakby mógł spędzać całe godziny, czekając w ciemnościach.

– Nikt pana nie zmuszał do siedzenia przez godzinę pod moim domem.

Phila usiadła na żółtym dyrektorskim krześle z płóciennym oparciem i wzięła szklankę z herbatą.

– Mów mi Nick.

Nie zareagowała od razu, lecz przyglądała mu się przez kilka sekund, odnotowując stalowozłoty zegarek, niebieską koszulę rozpiętą pod szyją i ciasne, wyblakłe dżinsy. Dżinsy wyglądały jak zwykłe lewisy, ale koszula zapewne kosztowała przynajmniej sto dolarów. Ludzie jego pokroju nosili studolarowe koszule do starych dżinsów.

– Dlaczego miałabym mówić panu po imieniu?

Napiła się zimnej herbaty.

Nick Lightfoot nie pochwycił przynęty. Tym razem to on przyjrzał jej się bacznym wzrokiem zza okularów. W ciszy słychać było tylko szum klimatyzacji.

– Będziesz się stawiać, prawda? – zauważył wreszcie.

– Jestem w tym dobra. Miałam niezłą praktykę.

Obrzucił wzrokiem szklany stolik i zauważył plik broszur z biura podróży.

– Wybierasz się dokądś?

– Jeszcze nie wiem.

– Do Kalifornii?

Przerzucił kilka folderów ze zdjęciami rozległych plaż i Disneylandu.

– Crissie mawiała, że spodobałoby mi się w Południowej Kalifornii. Zawsze twierdziła, że powinnam spróbować bardziej aktywnego życia.

Lightfoot nie odzywał się przez kilka minut i Phila obserwowała go kątem oka. Przypominał jej drapieżnika. Jego jasnoszare oczy nie wyrażały zbyt wiele, może… ustawiczne poszukiwanie ofiary i zimną inteligencję. Cienkie wargi, prosty, agresywny nos i wystające kości policzkowe przywodziły na myśl duże zwierzę. Srebrne nitki przetykały gęste ciemne włosy. Miał zapewne trzydzieści parę lat. I okres aktywnych działań za sobą.

W mocnych ramionach i szczupłym, umięśnionym ciele tkwiła jakaś nieświadoma arogancja. Phila przeczuwała, że obcy porusza się cichym, pewnym krokiem. W razie potrzeby potrafiłby osaczać ofiarę przez cały dzień i nadal zachować dość energii na sfinalizowanie polowania.

– Jesteś trochę inna, niż się spodziewałem – powiedział wreszcie, podnosząc głowę znad broszur.

– A czego się pan spodziewał?

– Nie wiem. Ale jesteś inna.

– Dzwoniła do mnie Hilary Lightfoot, która, sądząc po głosie, biega na co dzień w kostiumie do konnej jazdy. I jakiś facet, Darren Castleton. Z głosem kandydata na prezydenta. Jaka jest pana rola w tym scenariuszu? Crissie nigdy o panu nie wspominała. Prawdę mówiąc, wygląda pan na wynajętego goryla.

– Nie znałem Crissie Masters. Trzy lata temu przeprowadziłem się z Waszyngtonu do Kalifornii.

– Jak mnie pan odnalazł?

– Nie było to takie trudne. Zadzwoniłem w parę miejsc. Twoja dawna szefowa dała mi adres.

– Thelma dała panu mój adres? – spytała z niedowierzaniem Phila.

– Tak.

– Co pan jej zrobił?

– Niczego nie zrobiłem, po prostu z nią pogadałem.

– Akurat. Gładko pan kłamie, mój panie.

– Nic podobnego.

– Jest pan przyzwyczajony do tego, że ludzie odpowiadają na pańskie pytania, co?

– Dlaczego nie miałaby mi pomóc? – spytał lekko zaskoczony.

– Prosiłam, żeby nikomu nie dawała mojego adresu.

– Mówiła coś o tym, że unikasz dziennikarzy, ale kiedy się okazało, iż nie mam nic wspólnego z prasą, dała się przekonać.

– Naciskał pan i wreszcie się ugięła. – Phila westchnęła. – Robi pan jednak za fizycznego w swojej rodzinie. Biedna Thelma. Stara się, jak może, lecz nie potrafi się przeciwstawić naciskom. Zbyt długo jest pracownikiem administracji.

– Ty jesteś od niej lepsza, jak rozumiem? – Nick sceptycznie uniósł brwi.

– Jestem zawodowcem. I zaoszczędzę panu masę czasu, jeśli od razu powiem, że pod żadnym naciskiem nie zmienię zdania. Nie sprzedam moich udziałów w firmie Castleton & Lightfoot, które dostałam w spadku od Crissie. W każdym razie jeszcze nie teraz. Muszę się nad tym wszystkim poważnie zastanowić. Być może będę miała kilka pytań.

Mężczyzna skinął głową, ani zły, ani zdziwiony. Zdawał się mieć nadzwyczajną cierpliwość.

– O co chcesz spytać, Phila?

Dziewczyna zawahała się na moment. Prawdę mówiąc, nie miała żadnych pytań. Jeszcze nie. Nie zdążyła sobie wszystkiego porządnie przemyśleć. Nadal przeżywała to, co jej się ostatnio przydarzyło.

Najpierw proces sądowy, który ciągnął się tygodniami, a potem śmierć Crissie. Phila myślała, że da sobie radę z procesem, ale na wieść o śmierci przyjaciółki doznała szoku.

Piękna, zuchwała, błyskotliwa Crissie, która przysięgła, że będzie miała w życiu wszystko. Phila dokładnie pamiętała ten wieczór przysięgi Crissie, może dlatego, że wtedy po raz pierwszy piła alkohol.

Piętnastoletnia Crissie, wyglądająca na dwudziestoletnią kobietę z doświadczeniem życiowym, przekonała sprzedawcę w całodobowym sklepie, żeby im sprzedał butelkę taniego wina. Crissie potrafiła przekonać każdego mężczyznę. To była jedna z jej umiejętności przeżycia.

Crissie i Phila wypiły nielegalne wino za damską ubikacją w małym parku nad rzeką. Potem Crissie opowiedziała jej o swych planach na przyszłość.

„Są ludzie, od których coś niecoś mi się należy, Phila. Odnajdę ich i zmuszę, żeby oddali to, co moje. Nie martw się, nie zostawię cię samej. Ty i ja jesteśmy jak siostry, prawda? Jesteśmy rodziną, a rodzina zawsze trzyma się razem”.

Crissie na własnej skórze poznała znaczenie tych słów. Znalazła ludzi, którzy byli jej co nieco winni, i kiedy starała się, aby ją zaakceptowali, przekonała się, że rodzina zawsze trzyma się razem. Ci ludzie postawili solidny mur między sobą a nią i jej pretensjami do pokrewieństwa.

– Nie wiem, czy jestem gotowa, aby pytać – stwierdziła Phila. – Myślę, że poczekam z pytaniami na sierpniowe doroczne zebranie udziałowców C&L.

– Wszyscy udziałowcy Castleton & Lightfoot należą do rodziny.

– Już nie.

Phila uśmiechnęła się, naprawdę uśmiechnęła, po raz pierwszy od wielu tygodni.

Nick Lightfoot zdawał się rozbawiony.

– Zamierzasz rozrabiać?

– Jeszcze nie wiem. Może. Przynajmniej na tyle Crissie sobie zasłużyła, nie sądzi pan? Uwielbiała rozrabiać. W ten sposób mściła się na świecie. Narozrabianie w jej imieniu byłoby wyświadczoną jej pośmiertnie przysługą.

– Dlaczego Crissie Masters była dla ciebie taka ważna? – spytał Nick. – Byłyście spokrewnione?

– Nie, nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale pan tego i tak nie zrozumie.

– Rozumiem, co to jest przyjaźń. Czy Crissie była twoją przyjaciółką?

– Była kimś więcej niż przyjaciółką. Była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam.

– Nigdy jej nie poznałem, ale wiele o niej słyszałem. I z tego, co słyszałem, nie wydaje mi się, abyście miały ze sobą dużo wspólnego.

– To tylko dowodzi, jak mało pan wie zarówno o Crissie, jak i o mnie.

– Chętnie się dowiem czegoś więcej.

Phila zastanowiła się nad tym, co powiedział, i nie podobał jej się wniosek, do jakiego doszła.

– Jest pan inny od tamtych dwojga, co do mnie dzwonili.

– W czym?

– Jest pan sprytniejszy. Bardziej niebezpieczny. Zastanawia się pan nad wyborem sposobu postępowania.

Phila mówiła z namysłem. Przywykła do kierowania się własnym instynktem, kiedy przychodziło do osądzania ludzi, i rzadko się myliła. Tak samo jak Crissie, rozwinęła własne sposoby przetrwania. Nie była jednak tak ładna jak Crissie i musiała stosować inną strategię.

– Prawisz mi komplementy? – spytał zaciekawiony Nick.

– Nie. Stwierdzam oczywiste fakty. Proszę mi powiedzieć, kto się tu zjawi w następnej kolejności, jeśli panu się nie uda wyrwać mi tych akcji.

– Będę się bardzo starał, aby mi się udało.

– Jakie ma pan w tych sprawach osiągnięcia?

– Niezłe. Kilka razy pokpiłem sprawę.

– Ostatnio?

– Trzy lata temu.

Wyraźnie szczera odpowiedź zbiła ją z pantałyku i przez to osłabiła jej czujność.

– Co się stało? – spytała zaciekawiona. Nick uśmiechnął się z zadumą.

– Oboje dobrze wiemy, że to, co mi się przydarzyło trzy lata temu, nie ma w tej chwili żadnego znaczenia. Trzymajmy się naszego problemu.

Phila wzruszyła ramionami.

– Może pan robić, co chce. Ja mam lepsze zajęcia.

Nick ponownie przyjrzał się broszurom z biura podróży.

– Jesteś pewna, że chcesz jechać do Kalifornii?

– Chyba tak. Muszę stąd wyjechać, a to byłaby podróż dla uczczenia pamięci Crissie. Kochała Południową Kalifornię. Urodziłyśmy się i wychowały w Waszyngtonie, ale Crissie zawsze mówiła, że Kalifornia jest jej duchową ojczyzną. Po skończeniu szkoły pracowała tam jako modelka. Mam wrażenie, że też powinnam pojechać. Crissie chciałaby, abym się dobrze bawiła.

– Sama?

– Tak. Sama.

Nick zastanawiał się przez chwilę nad jej słowami, a potem wrócił do jedynego interesującego go tematu.

– Czy będziesz walczyć z Castletonami i Lightfootami do upadłego, czy też istnieje w twoim słowniku słowo „współpraca”?

– Znam to słowo, ale używam go tylko wtedy, kiedy mi pasuje.

– I teraz nie pasuje ci na tyle, żeby odsprzedać akcje rodzinie?

– Nie.

– Nawet za duże pieniądze?

– Chwilowo pieniądze mnie nie interesują.

Nick pokiwał głową, jakby Phila potwierdziła jakiś wniosek, do którego już sam doszedł.

– Tak, cóż, to załatwia sprawę.

– Co załatwia? – spytała zaniepokojona Phila.

– Moje zadanie się skończyło. Poproszono mnie, żebym cię spytał o udziały. Zrobiłem to i zyskałem pewność, że nie będziesz współpracować z rodziną. Przekażę im wiadomość o mojej nieudanej misji i na tym zakończę działalność.

Phila ani przez moment nie wierzyła jego słowom.

– Powiedział pan, że będzie się bardzo starał, żeby mu się powiodło.

– Zrobiłem, co mogłem – stwierdził urażony.

Phila jeszcze bardziej się przeraziła. Miała wrażenie, że byłby w stanie zrobić znacznie więcej.

– Nie powiedział mi pan, kogo przyślą po panu.

– Nie mam pojęcia, co zrobią. To ich problem.

Phila odstawiła szklankę i zmrużyła oczy.

– Pan zakończył już sprawę?

Nick wzruszył ramionami.

– Nie mam wyboru. Nie chcesz nawet rozmawiać o akcjach.

– Pan nie z tych, co się prędko poddają.

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.

– Skąd możesz wiedzieć, jaki jestem?

– To nieważne. Wiem i już, a pan tak naprawdę wcale nie starał się mnie przekonać.

– Rozczarowana?

– Nie, ale bardzo jestem ciekawa, co pan chowa w zanadrzu.

– Mhm. – Uśmiechnął się i znów spoważniał. – Nie wątpię. I jestem równie ciekaw, do czego ty zmierzasz. W końcu oboje się dowiemy tego, co nas interesuje, prawda? Będę z niecierpliwością oczekiwał na wieści o tym, jak ci się udało narozrabiać. Doroczne spotkanie powinno być nadzwyczaj interesujące. Szkoda, że mnie na nim nie będzie.

– Dlaczego nie? Przecież jest pan Lightfootem! Nie ma pan żadnych akcji?

– Mam akcje, które dostałem, kiedy się urodziłem, a także trochę odziedziczonych po matce, ale nie dają mi one w sumie żadnego głosu decydującego. Ostatnio w ogóle się nimi nie zajmowałem. Od trzech lat moimi udziałami zarządza ojciec.

– Dlaczego?

– To długa historia. Powiedzmy, że straciłem zainteresowanie firmą Castleton & Lightfoot. Zajmuję się czymś innym.

Phila palcami wystukała szybki rytm na poręczy fotela. Przebiegła w myśli rozmaite możliwości, których dotąd nie brała pod uwagę.

Crissie nigdy nie wspominała o tym członku rodziny. Może dlatego, że z jakiegoś powodu był od nich odsunięty. Sam to sugerował, mówiąc, iż nie interesuje się swoimi udziałami w firmie. Jeśli to prawda, pomyślała z nagłym ożywieniem, to taki człowiek może jej się bardzo przydać.

– Jeśli nie pracuje pan już dla firmy rodzinnej, to co pan teraz robi? – spytała wprost.

Niemal natychmiast zrozumiała, że popełniła błąd taktyczny. Nie powinna była w tak jawny sposób okazywać zainteresowania jego osobą.

– Mam własne przedsiębiorstwo w Santa Barbara – odpowiedział, jakby niczego nie zauważył. – Firmę Konsultingową Lightfoot. Na prośbę rodziny zgodziłem się z tobą porozmawiać. Ale, prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy twoje działania względem firmy rodzinnej w ogóle mnie obchodzą. Baw się dobrze, Phila.

Mimo tego, co powiedział, nadal siedział na sofie.

– Jakiego rodzaju konsultacji udziela pana firma?

Rzucił jej nieodgadnione spojrzenie.

– Doradzamy przedsiębiorstwom, które chcą wejść na rynki zagraniczne. Wiele firm chciałoby działać na szerszym polu, choć nie mają pojęcia, jak robić interesy w Europie czy w krajach tropikalnych.

– A pan to wie?

– Mniej więcej.

– Czy nadal pracowałby pan dla rodziny, gdyby się pan nie zblamował trzy lata temu?

– Wcale się nie zblamowałem.

– Sam pan to mówił.

– To było coś w rodzaju kłótni rodzinnej. Ale odpowiadając na pytanie, muszę stwierdzić, że tak, nadal zapewne pracowałbym dla firmy, gdyby nie zbieg okoliczności. W gruncie rzeczy przypuszczalnie w dalszym ciągu bym nią kierował.

– Kierował pan firmą Castleton & Lightfoot? – Phila ze zdumienia zmarszczyła czoło.

– Zostałem szefem rok przed wycofaniem.

– To wszystko wydaje się coraz dziwniejsze. Dlaczego pan odszedł? Co pan robi w Kalifornii? Dlaczego zrobił pan komuś przysługę, kontaktując się ze mną? Co to wszystko znaczy?

– Myślę, że wyjaśniłem wszelkie wątpliwości, panno Fox. Nie pracuję dla firmy rodzinnej. Zadzwonił do mnie ktoś z Castleton & Lightfoot, kto nadal ze mną od czasu do czasu rozmawia, i na jego prośbę zgodziłem się z tobą porozmawiać. I porozmawiałem. Koniec przysługi.

– I dla pana sprawa jest zamknięta?

– Tak.

– Nie wierzę.

Coś w tym wszystkim mocno Philę niepokoiło.

– To twój problem, Phila. Zjesz ze mną kolację?

Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała ostatnie zdanie. Patrzyła na niego tępo, z gapowatą miną.

– Proszę?

– Słyszałaś. Już za późno, żeby dziś wieczorem wracać do Kalifornii. Przenocuję tutaj. Pomyślałem, że moglibyśmy zjeść razem kolację. W końcu nie znam nikogo innego w Holloway. Chyba że masz inne plany.

Phila powoli pokręciła głową.

– Nie wierzę.

– W co nie wierzysz?

– Nie zamierza mnie pan chyba uwieść, żeby odzyskać te akcje, co? To doprawdy byłoby staroświeckie i głupie podejście. I w dodatku bezcelowe.

Zastanawiał się przez chwilę, wpatrzony w bluszcz rosnący w czerwonej doniczce. Kiedy znów spojrzał na Philę, wyraz jego oczu był chłodny i zdecydowany. Dziewczyna miała wrażenie, że podjął ważną decyzję.

– Panno Fox – zaczął Nick niepokojąco grzecznym tonem. – Chciałbym pani wyjaśnić, że gdybym usiłował panią uwieść, to wyłącznie po to, żeby się z panią przespać, a nie po to, żeby odzyskać te cholerne akcje.

Przypatrywała mu się zmrużonymi oczyma, starając się go zanalizować, ocenić i usystematyzować. Myślała, że dokładnie wie, czego się spodziewać po członkach bogatego i potężnego klanu Castletonów i Lightfootów. Jednakże Nicodemus Lightfoot nie pasował do schematu. To czyniło go jeszcze bardziej niebezpiecznym.

A jednak nie mogła się oprzeć wrażeniu, że mógłby się jej przydać.

– Jeśli zjem z panem kolację, opowie mi pan o prawdziwych sekretach rodzinnych?

– Chyba nie.

– To o co chodzi?

– O to, że nie musielibyśmy jeść samotnie.

– Nie mam nic przeciwko temu. Często jadam samotnie.

– To mnie nie dziwi. Ja również często jadam kolacje wyłącznie we własnym towarzystwie. Zbyt często. – Nick wstał. – Przyjadę po ciebie o szóstej. Znasz miejscowe knajpy. Zarezerwuj stolik.

Podszedł do drzwi i wyszedł na dwór. Nawet się nie obejrzał.

Dla Phili był to kolejny sygnał oznaczający niebezpieczeństwo. Żaden inny mężczyzna nie odmówiłby sobie spojrzenia przez ramię, żeby sprawdzić, jakie zrobił wrażenie swym nagłym wyjściem.

Ten człowiek najwyraźniej całkowicie nad sobą panował i był przyzwyczajony do kontrolowania sytuacji wokół siebie.

Na zewnątrz rozległ się miękki, chrapliwy warkot srebrnoszarego porsche. Słuchając dźwięku odjeżdżającego samochodu, Phila coraz bardziej czuła, że Nicodemus Lightfoot będzie dla niej problemem.

Nagle pomyślała, że może czegoś takiego właśnie potrzebuje. Może potrzebuje problemu, którym mogłaby się zająć. Może to będzie znacznie lepsze rozwiązanie niż wycieczka do Kalifornii.

Rozdział 2

Powinnaś chyba wiedzieć, Hilary, że zadzwoniłam do Nicka i poprosiłam, aby się skontaktował z tą Fox.

Mówiąc to, Eleanor Castleton nie podniosła głowy znad kwiatów. Chodziła po cieplarni między zastawionymi stołami, przez cały czas zręcznie operując okrytymi rękawiczkami dłońmi pośród oszukańczo delikatnych z wyglądu pąków i liści.

– Zadzwoniłaś do niego?

– Tak, kochanie. Wiesz przecież, że dzwonię do niego od czasu do czasu. Nie chcę, żeby był całkiem pozbawiony kontaktu z rodziną. W końcu jest Lightfootem.

– I zgodził się zobaczyć z Philadelphią Fox?

Hilary Lightfoot przyjrzała się małemu kwiatkowi o kremowej barwie. Wygląda zdumiewająco niewinnie, pomyślała, zupełnie jak Eleanor Castleton.

– Tak, kochanie. Dlaczego miałby się nie zgodzić? – spytała Eleanor, lekko zdumiona i rozkojarzona, co zawsze irytowało Hilary.

Eleanor Castleton przekroczyła sześćdziesiątkę, ale Hilary była pewna, że zachowywała się w ten słodki, rozkojarzony, czarująco powierzchowny sposób od kołyski. Pasował do stylu arystokracji z Południa.

– Nick już od dłuższego czasu nie interesuje się firmą. Jestem trochę zdziwiona, że zechciał zaangażować się w nasze sprawy – stwierdziła Hilary.

W cieplarni było ciepło i wilgotno; Hilary miała nadzieję, że zdoła wyjść, nim ubranie zacznie jej się kleić do ciała. Zamierzała pojechać na wieś, gdy tylko skończy tę irytującą pogawędkę z Eleanor.

Hilary miała na sobie kremową jedwabną bluzkę i brązowe spodnie. Kilka wąskich drewnianych bransoletek otaczało jej przegub, lekko postukując. Ciemnorude włosy, gładko zaczesane, upięte były na karku w klasyczny kok, który doskonale podkreślał jej szlachetne rysy.

Z biżuterii nosiła jedynie zwykłą złotą obrączkę. Kobieta młodsza od męża o trzydzieści pięć lat musi bardzo uważać na swój wygląd. Hilary zawsze czuła, że duży brylant wyglądałby w tych okolicznościach wulgarnie. Poza tym nie lubiła dużych brylantów.

– Nick należy do rodziny – powiedziała Eleanor, przycinając mały listek w kształcie miseczki. – Odszedł trzy lata temu, ale to nie znaczy, że nie docenia powagi sytuacji zaistniałej w związku z Philadelphią Fox.

– Wątpię, czy Nickowi uda się cokolwiek osiągnąć – oznajmiła Hilary. – Dzwoniłam do tej kobiety i niczego nie zyskałam. Darren też próbował. Nie chciała się z nim nawet spotkać. Nie wiem, dlaczego uważasz, że Nick coś załatwi. Gdyby ta Fox była wrażliwa na męskie wdzięki, to twój syn już dawno miałby te akcje.

– Nigdy nie wiadomo, co działa na taką kobietę.

Hilary uśmiechnęła się lekko. Nikt tak jak Eleanor Castleton nie potrafił wyrazić subtelnej pogardy dla niższych klas.

– Być może. Jednakże najlepiej chyba zrobimy, jeśli pozwolimy, aby przyszła na nasze doroczne zebranie, i wtedy zaproponujemy jej wykupienie udziałów.

Eleanor wzruszyła ramionami.

– Nie wyobrażam sobie kogoś obcego na zebraniu C&L. Osobiście wolałabym wcześniej wyjaśnić całą sytuację. Zobaczymy, jak pójdzie Nickowi.

– Naprawdę wierzysz, że mu się uda, skoro mnie i Darrenowi nie wyszło? – spytała Hilary, starając się mówić głosem spokojnym i uprzejmym.

– Nick ma swoje sposoby – odparła enigmatycznie Eleanor. – Podaj mi konewkę, kochanie.

Hilary wzięła metalową konewkę i podała ją Eleanor. Przez moment patrzyły sobie w oczy. Hilary zdawało się, że w niebieskim, lekko zamglonym wzroku Eleanor dostrzegła szary odcień stali. Nie po raz pierwszy widziała ten wyraz oczu u starszej kobiety i za każdym razem odczuwała zaniepokojenie. Jednakże już po chwili Eleanor odzyskała swój zwykły roztargniony wygląd.

– Dziękuję, kochanie. – Eleanor zaczęła podlewać rząd roślin w doniczkach. – Te nowe nepenty potrzebują dużo wody. Nieźle wyrosły. Widzisz, jak ładnie mają uformowane lejki? Gdzie jest Reed?

– Gra w golfa.

Hilary przyjrzała się uważnie delikatnie ukształtowanym listkom rośliny, którą podlewała Eleanor. Wyglądały niesłychanie niewinnie.

– Ostatnio stale gra w golfa albo ćwiczy strzelanie w towarzystwie Teca. Nie chciał nawet porozmawiać z Darrenem o tej Fox.

– Mój mąż cieszy się zasłużonym wypoczynkiem – stwierdziła chłodno Hilary.

– Na pewno – powiedziała miękko Eleanor. – Ale wiesz, kochanie, nigdy bym nie przypuszczała, że Reed tak całkowicie straci zainteresowanie firmą. Castleton & Lightfoot było kiedyś całym jego życiem. On i Burke poświęcili wszystko dla firmy. To jakoś nie w porządku, że Reed ostatnio niczym się nie interesuje.

– Reed wierzy, że ja wszystkiego dopilnuję – powiedziała chłodno Hilary.

– Ależ oczywiście, kochanie. Jak najbardziej. Doskonale kierujesz naszą firmą. Doskonale. Czy mogłabyś mi podać tę łopatkę? Nie, nie tę, tę drugą. Wybierasz się do miasta?

– Umówiłam się na obiad z nową przewodniczącą Teatru Letniego w Port Claxton.

– Ojej, znów będą chcieli pieniędzy.

– Niewątpliwie.

– Wydaje mi się, że dość już przez te wszystkie lata daliśmy na teatr w Port Claxton. Byłam bardzo rozczarowana ich przedstawieniem w zeszłym roku.

– Zabawkami wojny?

– Przedstawienie ukazywało wojsko w niekorzystnym świetle, nie sądzisz? Nie mówiąc już o firmach, które pracują dla armii. Tutaj, w Port Claxton, nie jest nam potrzebny taki teatr.

I na pewno dobrzy ludzie w Port Claxton nie obejrzą w najbliższej przyszłości sztuki antymilitarnej, pomyślała kwaśno Hilary. Castletonowie i Lightfootowie nie robili sekretu ze swojej reakcji na Zabawki wojny.

Zeszłoroczny szef stowarzyszenia teatrów musiał na jakiś czas stracić zdrowy rozsądek, skoro zaakceptował taką sztukę. A może to nie przypadek. Może był to ostateczny cios wymierzony w artystyczną wolność przez ustępującego biurokratę.

Hilary miała nadzieję, że odchodzący szef przynajmniej odczuł jakąś satysfakcję ze swego gestu, bo walczący o przetrwanie letni teatr w Port Claxton jeszcze przez długi czas będzie płacił cenę za swoje przedstawienie. Nowa przewodnicząca na pewno na dzisiejszym zebraniu będzie się starała przeprosić za błędy swego poprzednika. Hilary z niechęcią myślała o czekającym ją spotkaniu.

– Poproszę chyba Teca, żeby pojechał do szkółki ogrodniczej – stwierdziła Eleanor, marszcząc brwi nad tacą zielonych roślinek. – Zabrakło mi mchu dla sadzonek Dionaea.

– Powiem mu, żeby tu przyszedł.

W tej chwili drzwi cieplarni gwałtownie się otworzyły.

– Mam ją! Mam ją! Mam ją!

Do środka wbiegł podekscytowany pięcioletni chłopiec w koszulce polo i w dżinsach. Miał krótko przycięte jasnobrązowe włosy, a z rysów przypominał niezwykle przystojnego ojca.

Eleanor Castleton uśmiechnęła się do wnuka.

– Co masz, Jordanie?

– Zdechłą muchę. – Jordan otworzył zaciśniętą dłoń, odsłaniając martwą muchę. – Czy mogę nakarmić jakąś roślinę? Mogę? Mogę? Mogę?

– Tak, kochanie, myślę, że znajdziemy jakąś głodną roślinę, która zje twoją muchę. Chwileczkę, a może ta mała Dionaea? Od dawna nic nie jadła.

Hilary przyglądała się z niechęcią, a zarazem z fascynacją, jak Jordan ostrożnie wrzuca zdechłego owada między otwarte liście pułapki. Ciało owada wpadło w czujne włoski i liście zamknęły się z prędkością zaskakującą obserwatorów. Mucha zniknęła w środku.

– Ach! – zawołał Jordan. – Ach! Ach! Ach! Widziałaś to, Hilary?

– Tak, Jordanie, widziałam.

Hilary rzuciła ostatnie spojrzenie na soczystą zieleń wypełniającą cieplarnię. Jedne rośliny wisiały w specjalnych koszykach, inne – wodne okazy – pływały w akwariach, jeszcze inne rosły w rzędach doniczek ustawionych na półkach.

Eleanor Castleton stworzyła interesującą kolekcję dzbaneczników, rosiczek, tłustoszy i pływaczy. Wszystkie miały jedną wspólną cechę: mięsożerność.

Nick wszedł za Philą do jaskrawo oświetlonego wnętrza i rozejrzał się wokół z rezygnacją. Miejsce wyglądało wręcz modelowo: czerwone plastykowe siedzenia, stoliki na metalowych nóżkach pokryte laminatem imitującym drewno i długa barowa lada ze stołkami, które były przynajmniej o jeden numer za małe dla klientów. Głośne kelnerki w wytłuszczonych fartuchach, które także wydawały się dla nich za małe, przemykały między stolikami. Przez otwarte drzwi do kuchni widać było skwierczący, zadymiony grill z kawałkami mięsa, z których tłuszcz skapywał w ogień. Klasyczne wnętrze dopełniał wspaniały widok na parking.

– To najlepsza knajpa, jaką znasz? – spytał grzecznie Nick.

– Tak jest – odparła wesoło Phila. – Najlepszy lokal w mieście. Wszyscy się tu spotykają w sobotę wieczorem.

– Dzisiaj jest piątek.

– Dlatego nie musieliśmy czekać na stolik – podsumowała gładko Phila. – Polecam kurczaka albo befsztyk. Zamówienie czegoś innego może być trochę ryzykowne.

– Będę o tym pamiętał.

Nick rozejrzał się od niechcenia wokół siebie, nim ponownie skupił uwagę na kobiecie, która siedziała naprzeciwko. Uśmiechnął się do niej. Phila miała na sobie żółto-zieloną jedwabną bluzkę i dżinsy z paskiem nabijanym srebrnymi i turkusowymi kamieniami. Panna Fox wyraźnie lubiła jaskrawe kolory. Pasowały do jej niewyczerpanej energii.

Przyszła kelnerka, aby przyjąć zamówienie na napoje. Nick zamówił whisky i nie był specjalnie zdziwiony, gdy Phila poprosiła o białe wino. Napoje podano natychmiast. Nick przez chwilę rozglądał się po pełnej restauracji.

– O co chodzi? – spytała Phila. – Nie jest pan przyzwyczajony do takich wyszukanych wnętrz?

– Jadałem w gorszych. – Otworzył kartę. – A także w lepszych. Powiedz mi, Phila, dlaczego zgodziłaś się zjeść ze mną kolację?

– Chcę to już mieć za sobą. Nie wytrzymuję napięcia.

– Mieć za sobą?

– Dowiedzieć się, co pan planuje, żeby odzyskać akcje.

W skupieniu studiowała menu, jakby z dużym trudem przychodziło jej wybieranie między pieczonymi kartoflami a frytkami.

– Mówiłem ci, że zakończyłem sprawę.

– Akurat. Nie wierzę. – Podniosła wzrok znad karty. – Co pan będzie jadł?

– Danie dnia.

– Nawet pan nie wie, co to jest. Należy najpierw spytać kelnerkę.

Nick wzruszył ramionami.

– Zaryzykuję.

– To może być niebezpieczne.

– Nic nie szkodzi. – Nick uśmiechnął się lekko.

– Proszę bardzo. – Phila z trzaskiem zamknęła kartę dań. – Ja wezmę kurczaka. Jak zwykle.

Położyła łokcie na stole, splotła palce i oparła na nich brodę. Uważnie przyglądała się towarzyszowi.

– Niech więc mi pan powie, Nicodemusie, od jak dawna Lightfootowie i Castletonowie zajmują się produkcją narzędzi śmierci dla rządu?

– Kiedy zaczynali, nie było cię jeszcze na świecie, dziewczynko.

Phila zamrugała.

– Nawet nie usiłuje pan zaprzeczać?

– Z technicznego punktu widzenia są to urządzenia elektroniczne, a nie narzędzia śmierci. Niektórzy ludzie uważają je za rodzaj technologicznego zabezpieczenia, sposobu zachowania równowagi w wyścigu zbrojeń. Są tacy, którzy twierdzą, że C&L jest przedsiębiorstwem patriotycznym. Definicja narzędzia śmierci zależy od tego, kto o tym mówi.

– O ile wiem, Castleton & Lightfoot produkuje instrumenty elektroniczne, które są używane w samolotach myśliwskich i na stanowiskach dowodzenia, na zamówienie wojska. To znaczy, że wytwarzacie narzędzia śmierci. Oraz że wasza firma ma bezpośrednie i bardzo korzystne układy finansowe z Pentagonem.

Nick skinął głową. Wszystko się wyjaśniało.

– Rozumiem – powiedział łagodnie. – Jesteś jedną z nich.

– Z których?

– Jesteś – zawahał się – powiedzmy… liberałką.

Phila uśmiechnęła się ponuro.

– Szkoda, że nie znał pan mojej babki.

– Różowa, radykalna, lewicowa anarchistka, tak?

– Nie podobał jej się świat rządzony przez takich jak pan.

– Jak ja?

– Arystokraci, którzy mają wszystko oprócz tytułów. Za dużo pieniędzy i za dużo władzy. Była przekonana, że zarówno władza, jak i pieniądze korumpują.

– Podobnie jak brak jednego i drugiego. Na dziesięć osób, które nie mają dość władzy ani pieniędzy, żeby kontrolować własne życie, dziewięć staje się naprawdę niebezpiecznymi ludźmi.

Powietrze wokół Phili wibrowało niemal odczuwalnie, a jej oczy rzucały groźne błyski. Wyraźnie włączała drugi bieg.

Cała ta kobieca energia skoncentrowana na jego osobie sprawiła, że Nick zaczynał doznawać pewnych fizycznych objawów w dolnych częściach ciała, czego od dawna nie doświadczał. Phila nie miała pojęcia, że podnieca go seksualnie i było to zarówno zabawne, jak i frustrujące.

– To jest pańskie usprawiedliwienie faktu, że urodził się pan w klasie uprzywilejowanej? Udaje pan, że jest bardziej szlachetny niż ci, którzy są od pana biedniejsi? Że nie zniżyłby się pan do pewnych rzeczy, jakich musiałby się chwytać biedny człowiek, aby przeżyć?

– To jakieś nieporozumienie. Castletonowie i Lightfootowie nie są Rockefellerami ani Du Pontami. Kiedy patrzysz na mnie, widzisz pieniądze zaledwie w drugim pokoleniu, a w dodatku ja osobiście nie mam ich od trzech lat.

– I co, mam panu współczuć?

– Posłuchaj, Phila, nie wiem, co ci opowiadała Crissie, ale mój ojciec, Reed Lightfoot, i jego kumpel, Burke Castleton, byli dwoma biedakami, którzy dopiero w wojsku zdobyli wykształcenie i wtedy okazało się, że wykazują smykałkę do elektroniki. Po wojsku mieli wielkie plany i wielkie ambicje, i taką przewagę, że znali trochę sposób działania armii. Stworzyli C&L od zera. Szczęście im dopisało. Wystartowali w doskonałym momencie i okazało się, że są równie dobrymi biznesmenami, jak elektronikami.

– I dzięki temu mogli się zająć produkowaniem narzędzi śmierci – dokończyła z satysfakcją Phila.

Nick stwierdził, że bardzo mu się podoba błysk entuzjazmu w oczach dziewczyny. Ciekaw był, czy ma podobny wyraz oczu, kiedy leży nago obok mężczyzny.

Sama myśl wywołała w nim dziwne sensacje, fizyczne i psychiczne. Od dawna już nie wyczekiwał z niecierpliwością na pójście do łóżka z kobietą. Dokładnie pamiętał tamten dzień: dwudziesty piąty września, cztery i pół roku temu. Jego noc poślubna. Od tej chwili sprawy toczyły się coraz gorzej aż do rozwodu półtora roku później.

Potem spotykał się z jedną kobietą, weteranką wojen rozwodowych. Pocieszali się wzajemnie przez jakiś czas, pozostając w bezpiecznym i wygodnym, choć mało ekscytującym związku.

Ten wspólnie spędzony czas obojgu łagodził rany. Żadne z nich nie czekało na wielką miłość. Pięć miesięcy temu Jeannie doszła do wniosku, że jest już gotowa na szukanie czegoś konkretniejszego i bardziej znaczącego. Od tej pory Nick wegetował w stanie spokojnego celibatu.

Aż do dziś. Dziś wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś na nowo odczuł zwykłą męską radość seksualnego oczekiwania.