Złota klatka - Camilla Läckberg - ebook + audiobook

275 osób właśnie czyta

Opis

Pierwsza część nowej serii królowej szwedzkiego kryminału.

Inteligentna i piękna Faye ma wszystko – wspaniałego męża, ukochaną córeczkę i luksusowy apartament w najlepszej dzielnicy Sztokholmu. Jednak pozory mogą mylić... Jej idealne życie to w rzeczywistości desperackie próby zadowolenia Jacka. Dręczona przez mroczne wspomnienia z Fjällbacki, Faye coraz częściej czuje się jak zamknięta w złotej klatce. Nie może pozbyć się wrażenia, że poświęciła swoje ambicje na rzecz mężczyzny, który coraz bardziej się od niej oddala.

Kiedy Jack i ich córka Julienne nie wracają z rejsu łodzią, a policja dostrzega w mieszkaniu kałużę krwi, podejrzenie szybko spada na męża Faye. Co przed nią ukrywa? Czy zabił własną córkę? Nic w życiu Faye nie będzie już takie, jak do tej pory.

Złota klatka” to trzymający w napięciu thriller o determinacji, sile charakteru i brutalnej zemście.

Camilla Läckberg należy do najbardziej poczytnych pisarek w Szwecji. Składająca się z dziesięciu pozycji seria powieści kryminalnych z Fjällbacki sprzedała się w dwudziestu dwóch milionach egzemplarzy w sześćdziesięciu krajach. Camilla Läckberg odnosi również sukcesy jako bizneswoman, jest współzałożycielką spółki inwestycyjnej Invest In Her, działającej na rzecz kobiecej przedsiębiorczości i równości płci.

W skład serii o Fjällbace wchodzą książki: Księżniczka z lodu; Kaznodzieja; Kamieniarz; Ofiara losu; Niemiecki bękart; Syrenka; Latarnik; Fabrykantka aniołków; Pogromca lwów; Czarownica.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 17 min

Lektor: Wydawnictwo Czarna Owca

Oceny
4,3 (3612 oceny)
1987
877
486
212
49

Popularność


CZĘŚĆ 1

– A może ona jest tylko ranna? – odezwała się Faye.

Wpatrywała się w stół, nie była w stanie znieść ich spojrzeń.

Chwila wahania, potem głos, w którym słychać ubolewanie:

– Okropnie tam dużo krwi. Jak na tak nieduże ciało. Ale nie chcę gdybać, dopóki nie wypowie się lekarz sądowy.

Faye kiwnęła głową. Podali jej wodę w przezroczystym plastikowym kubku, podniosła go do ust, ale tak się trzęsła, że kilka kropli spłynęło jej po podbródku i dalej na bluzkę. Policjantka, blondynka o miłych niebieskich oczach, nachyliła się i podała jej papierową serwetkę.

Faye wycierała powoli. Na jedwabnej bluzce zostaną brzydkie plamy od wody. Chociaż to akurat było już bez znaczenia.

– Nie ma wątpliwości? Jakichkolwiek?

Policjantka zerknęła na swego kolegę i pokręciła głową. Starannie ważyła słowa:

– Jak już powiedziałam, lekarz przygotuje ocenę na podstawie oględzin miejsca zbrodni. Jednak na tym etapie wszystko wskazuje na to, że pani były mąż Jack zabił waszą córkę.

Faye zamknęła oczy i wydała zduszony szloch.

Julienne wreszcie zasnęła. Włosy rozrzucone na poduszce. Oddech spokojny. Faye pogłaskała ją po policzku, ostrożnie, żeby nie obudzić.

Jack miał tego wieczoru wrócić z podróży biznesowej do Londynu. A może z Hamburga? Nie pamiętała. Wróci do domu zmęczony i zestresowany, ale Faye zadba, żeby się porządnie odprężył.

Ostrożnie zamknęła drzwi, by nie obudzić Julienne, na palcach wyszła do przedpokoju i upewniła się, że drzwi wejściowe są zamknięte. W kuchni przesunęła dłonią po trzymetrowym blacie. Z białego marmuru. Kararyjskiego, rzecz jasna. Niestety bardzo niepraktycznego, bo porowaty marmur chłonął wszystko jak gąbka i już były na nim brzydkie plamy. Jack nie przyjmował do wiadomości, że można było wybrać coś praktyczniejszego. Kuchnia w ich mieszkaniu przy Narvavägen kosztowała prawie milion koron, na niczym nie oszczędzali.

Faye sięgnęła po butelkę amarone i postawiła na blacie kieliszek. Kieliszek na blacie, bulgot nalewanego wina – tak w skrócie wyglądały jej wieczory bez Jacka. Ostrożnie napełniła kieliszek, żeby nie narobić jeszcze więcej plam na marmurowej powierzchni, i zamknąwszy oczy, podniosła go do ust.

Przygasiła światło ściemniaczem i wyszła do przedpokoju, gdzie wisiały czarno-białe zdjęcia jej, Julienne i Jacka. Dzieła Kate Gabor, nieoficjalnej fotografki dworu następczyni tronu, co roku portretującej królewskie dzieci, hasające wśród jesiennych liści w białych delikatnych ubrankach. Faye z Jackiem zdecydowali się na zdjęcia latem. Przedstawiały ich w figlarnych pozach nad samą wodą. Julienne w środku, jasne włosy powiewające na wietrze. Oczywiście w białych ubraniach. Faye w prostej bawełnianej sukience od Armaniego, Jack w koszuli i podwiniętych spodniach od Hugo Bossa, Julienne w koronkowej sukieneczce z kolekcji dziecięcej Stelli McCartney. Chwilę przed sesją zdjęciową pokłócili się. Już nie pamiętała o co, tylko tyle, że była to jej wina. Jednak na zdjęciach nie było po nich nic widać.

Faye weszła po schodach na górę do gabinetu Jacka. Gdy stanęła przed drzwiami, zawahała się, ale otworzyła. Pokój znajdował się w wieży z widokiem na wszystkie strony świata. Niezwykłe rozwiązanie w niezwykłym budynku, jak podkreślił agent nieruchomości, kiedy pięć lat temu pokazywał im to mieszkanie. Była wtedy w ciąży z Julienne i miała mnóstwo oczekiwań na przyszłość.

Uwielbiała ten pokój. Dzięki tej przestrzeni i światłu wpadającemu przez okna miała wrażenie, jakby unosiła się w powietrzu. A teraz, gdy na zewnątrz panowała zwarta ciemność, sklepione ściany otaczały ją jak ciepły kokon.

Sama urządziła ten gabinet, podobnie jak resztę mieszkania. Wybrała tapety, regały na książki, biurko, zdjęcia i obrazy na ścianach. Jack był zachwycony. Nigdy nie kwestionował jej gustu i był bezgranicznie dumny, kiedy goście prosili o numer telefonu do architekta wnętrz.

W takich chwilach pozwalał jej błyszczeć.

Pozostałe pokoje zostały urządzone nowocześnie, były jasne i przestrzenne, gabinet Jacka był bardziej męski. Cięższy. Poświęciła mu więcej uwagi niż wszystkim innym pomieszczeniom razem wziętym, łącznie z pokojem Julienne. Jack miał tu spędzać dużo czasu i podejmować ważne decyzje, mające wpływ na przyszłość ich rodziny. Mogła przynajmniej stworzyć mu azyl pod chmurami.

Z zadowoleniem przesunęła dłonią po jego biurku, ciężkim i masywnym. Wylicytowała je w domu aukcyjnym Bukowskis, kiedyś było własnością Ingmara Bergmana. Jack nie był znawcą Bergmana, wolał filmy akcji z Jackie Chanem albo komedie z Benem Stillerem, ale podobnie jak ona lubił, kiedy za meblem stała jakaś historia.

Oprowadzając gości po swoim domu, zawsze uderzał dwukrotnie ręką w blat biurka i jakby mimochodem wspominał, że kiedyś stało u sławnego reżysera. Zawsze kiedy to mówił, uśmiechała się, bo ich spojrzenia się spotykały. To była jedna z tysięcy rzeczy, które ze sobą dzielili. Porozumiewawcze spojrzenia, chwile – drobne i te ważniejsze – które składają się na związek.

Usiadła na fotelu przed komputerem, zrobiła pół obrotu i jej twarz znalazła się naprzeciw okna. Padał śnieg, który na ulicy, daleko w dole, zamieniał się w błoto. Spojrzała tam – jakiś samochód przedzierał się przez ciemny lutowy wieczór. Przy Banérgatan kierowca skręcił w stronę centrum i zniknął. Na moment zapomniała, po co tu przyszła, dlaczego siedzi w gabinecie Jacka. Tak łatwo było zagubić się w ciemnościach, dać się zahipnotyzować płatkami śniegu, które opadały wolno, przecinając mrok.

Zamrugała, wyprostowała się na fotelu i odwróciła, znalazła się na wprost wielkiego ekranu Apple’a, który wybudził się po poruszeniu myszą. Ciekawe, co Jack zrobił z podkładką, którą dała mu pod choinkę, tą z fotografią jej i Julienne. Zamiast niej miał brzydką niebieską z Nordei. Ostatni prezent gwiazdkowy dla klientów prywatnej bankowości.

Hasło znała. „Julienne2010”. Przynajmniej wygaszacz nie był od Nordei, Jack miał tam zdjęcie, które zrobił jej i córce w Marbelli. Leżały w płytkiej wodzie tuż przy brzegu, Faye trzymała dziewczynkę, unosząc ją pod niebo. Obie były roześmiane, chociaż śmiech Faye był nie tyle widoczny, ile wyczuwalny. Leżała na wznak, jej włosy unosiły się na wodzie. Niebieskie oczy Julienne patrzyły prosto w obiektyw. Prosto w równie niebieskie oczy ojca.

Faye przysunęła się bliżej, powiodła spojrzeniem po swoim opalonym ciele, lśniącym od słonej wody. Chociaż było to zaledwie kilka miesięcy po porodzie, była wtedy w lepszej formie niż teraz. Brzuch płaski. Szczupłe ramiona. Uda smukłe i jędrne. Dziś, trzy lata później, ważyła co najmniej dziesięć kilo więcej niż w Hiszpanii. Może piętnaście. Od dawna bała się stanąć na wadze.

Oderwała wzrok od swojego ciała na ekranie, otworzyła przeglądarkę, kliknęła na historię, potem na „porn”. Ukazały się kolejne linki z datami. Mogła z łatwością śledzić seksualne fantazje Jacka z ostatnich miesięcy. Jakby przeglądała słownik jego chuci. Erotyczne fantazje dla manekinów.

Dwudziestego szóstego października oglądał dwa klipy. Russian Teen Gets Slammed By Big Cock i Skinny Teen Brutally Hammered. Cokolwiek o nich myśleć, tytuły były przynajmniej konkretne. Żadnych eufemizmów, upiększeń, aluzji czy ogólnikowych opisów tego, co dostanie człowiek siedzący przed ekranem. Sama szczerość i otwartość.

Odkąd go znała, Jack zawsze oglądał pornosy. Czasem i ona, kiedy była sama. Odnosiła się z pogardą do koleżanek, według których ich mężom nie przyszłoby do głowy oglądanie pornosów. To się nazywa wyparcie.

Do tej pory zainteresowanie Jacka pornosami nie miało wpływu na ich pożycie. Nie doszło do sytuacji albo – albo. Jednak ostatnio nie dążył do zbliżeń, chociaż nadal szukał zaspokojenia u Skinny Teen Brutally Hammered.

Oglądając kolejne klipy, czuła coraz większy ucisk w żołądku. Dziewczyny na filmach były młode, chude i uległe. Jack zawsze lubił, żeby jego dziewczyny były szczupłe i młode. To nie on się zmienił, tylko ona. Zresztą czy większość mężczyzn nie chce, żeby ich kobiety tak wyglądały? Na Östermalmie1 starzenie się i tycie jest nie na miejscu. W każdym razie jeśli chodzi o kobiety.

W ostatnim miesiącu Jack aż siedem razy oglądał jeden film. Young Petite Schoolgirl Brutally Fucked By Her Teacher. Faye kliknęła na „play”. Młoda dziewczyna w krótkiej wzorzystej spódniczce, białej bluzce koszulowej, krawacie, pończochach i warkoczykach jak u Pippi Pończoszanki ma problemy w szkole. Największe dotyczą nauki biologii. Zaniepokojeni rodzice załatwiają jej korepetycje i zostawiają dziewczynkę samą w domu. Dzwonek do drzwi. Na progu czeka mężczyzna około czterdziestki, w marynarce z łatami na łokciach i z teczką w ręku. Wchodzą do jasnej kuchni. Dziewczynka przynosi podręczniki, otwiera je. Omawiają mięśnie w ciele człowieka.

„Będę wymieniał kolejne nazwy mięśni, a ty będziesz pokazywać je na sobie, potrafisz?” – pyta nauczyciel grubym głosem.

Dziewczyna robi wielkie oczy, kiwa głową i wydyma usta. Pokazuje kolejno dwa mięśnie. Kiedy on pyta o gluteus maximus, to znaczy mięsień pośladkowy wielki, podciąga lekko spódniczkę, odsłaniając brzeg majtek i pachwinę. Nauczyciel uśmiecha się i kręci głową.

„Wstań, pokażę ci” – mówi.

Dziewczynka odsuwa krzesło i wstaje. Wtedy on sunie swoją wielką dłonią od kolana w górę, pod spódnicę, podwija ją jeszcze bardziej i wsuwa palec do majtek. Dziewczynka wydaje jęk. Taki idealny, pornosowy superjęk. Sugerujący zdumioną niewinność i lekkie poczucie grzechu. Jakby przyznawała, że wie, że nie powinna. Nie powinna, ale nie może się oprzeć, bo pokusa jest zbyt wielka.

On wsuwa i wysuwa palec kilka razy. Potem pochyla ją nad biurkiem i pieprzy od tyłu. Ona krzyczy, jęczy, drapie blat. Prosi o więcej. Kończy się to w ten sposób, że on każe jej włożyć okulary – spadły jej podczas tej jazdy – kiedy ma spuścić jej się na twarz. Dziewczynka przyjmuje jego nasienie z grymasem rozkoszy i półotwartymi ustami.

W filmach pornograficznych, jak nigdzie indziej, widać wyraźnie, jak bardzo mężczyźni cenią własne nasienie. Wydzielają je spragnionym i patrzącym nabożnie kobietom, których usta są półotwarte, jakby przyjmowały jakiś dar.

Faye wyłączyła komputer kilkoma kliknięciami myszy na brzydkiej podkładce z logo Nordea. Skoro Jack tego chce, dostanie właśnie to.

Podniosła się i odsunęła fotel, który skrzypnął niechętnie. Ciemność za oknem była nieprzenikniona. Śnieg przestał prószyć. Wyszła z gabinetu, zabierając kieliszek.

W swojej garderobie miała wszystko, co trzeba. Spojrzała na zegarek. Wpół do dziesiątej. Samolot zaraz wyląduje, wkrótce Jack wsiądzie do taksówki, korzystając z usług dla VIP-ów, a więc przejazd z Arlandy nie zabierze mu dużo czasu.

Wzięła szybki prysznic i zgoliła lekki odrost na wzgórku łonowym. Umyła całe ciało, umalowała się, ale nie tak jak zwykle, tylko niestarannie, młodzieńczo. Naróżowała policzki, wytuszowała rzęsy aż za mocno i jako wisienkę na torcie pomalowała usta wściekle różową szminką znalezioną na spodzie kosmetyczki, przypuszczalnie upominek z jakiegoś eventu.

Zamiast Faye, swojej żony i matki swego dziecka, Jack dostanie młodszą i bardziej niewinną, nietkniętą, czyli taką, jakiej mu potrzeba.

Wybrała jeden z cieńszych szarych krawatów Jacka i zrobiła niedbały węzeł. Założyła jego okulary do czytania, których wstydził się używać przy innych i dlatego chował je przed oczami gości. Prostokątne czarne oprawki Dolce & Gabbana. Sprawdziła rezultat w lustrze. Wyglądała na dziesięć lat mniej. Prawie tak jak wtedy, kiedy wyjeżdżała z Fjällbacki.

Nie była już niczyją żoną. Niczyją matką. Po prostu idealnie.

Weszła na palcach do pokoju Julienne po zeszyt i ołówek z różowym meszkiem. Przystanęła, kiedy dziewczynka mruknęła przez sen. Czyżby się obudziła? Jednak po chwili znów oddychała spokojnie.

Faye weszła do kuchni, już miała nalać wina do kieliszka, ale zatrzymała się i sięgnęła do szuflady z plastikowymi kubkami córki. Napełniła duży kubek z motywem Hello Kitty, z przykrywką i słomką. Doskonale.

Kiedy klucz zgrzytnął w drzwiach, siedziała, przewracając strony „The Economist”. Jack upierał się, żeby pismo zawsze leżało na wierzchu, chociaż tak naprawdę tylko ona je czytała.

Jack postawił walizkę na podłodze, zdjął buty i włożył cedrowe prawidła, żeby jego ręcznie szyte włoskie buty z miękkiej skóry trzymały kształt. Nie poruszyła się. W odróżnieniu od jej dyskretnego błyszczyka Lancôme różowa szminka lepiła się na wargach i wydawała syntetyczny zapach.

Jack ostrożnie otworzył lodówkę. Nadal jej nie zauważył. Poruszał się cicho, widocznie myślał, że obie z córką śpią.

Obserwowała go z miejsca, gdzie siedziała w ciemnym salonie. Jak obca zaglądająca przez okno patrzyła na swego męża, który nie wiedział, że jest obserwowany. Jack był zawsze spięty, a teraz, kiedy myślał, że nikt go nie widzi, poruszał się zupełnie inaczej niż zwykle. Miał rozluźnione, niemal niedbałe ruchy. Jego zazwyczaj strzelista sylwetka była lekko zapadnięta, naprawdę nieznacznie, ale dla niej, znającej go tak dobrze, dość, żeby dostrzec różnicę. Twarz miał gładszą niż zwykle, bez tej ostatnio częstej zmarszczki między brwiami, którą miał również w sytuacjach towarzyskich, nierozerwalnie związanych z jego karierą, ich wspólnym życiem, w którym śmiechy i brzęk kieliszków przekładały się następnego dnia na wielomilionowe transakcje.

Przypomniała sobie, jaki był, kiedy się poznali. Jego łobuzerskie spojrzenie, wesoły śmiech, dłonie, które ciągle musiały jej dotykać, bo nigdy nie miały dość.

Światło lodówki oświetliło mu twarz, Faye nie mogła oderwać od niego oczu. Kochała go. Jego szerokie plecy, wielkie dłonie, którymi chwycił karton soku i podniósł do ust. Zaraz poczuje te dłonie na sobie i w sobie. Boże, jak go pragnęła.

Chyba się poruszyła, bo nagle odwrócił głowę i zobaczył jej odbicie w wypolerowanej klapie kuchenki. Drgnął i odwrócił się, wciąż trzymając w ręku karton soku.

Odstawił go na wyspę kuchenną.

– Nie śpisz? – zdziwił się. Wróciła zmarszczka między ładnie zarysowanymi brwiami.

Nie odpowiedziała, wstała i zrobiła kilka kroków w jego stronę. Spojrzał badawczo na jej ciało. Dawno nie patrzył na nią w ten sposób.

– Chodź tu – powiedziała miękko.

Jack zamknął lodówkę, kuchnia znów pogrążyła się w ciemności, chociaż światła miasta pozwalały im widzieć się nawzajem. Okrążył wyspę, grzbietem dłoni wytarł usta i nachylił się, żeby ją pocałować, ale Faye odwróciła twarz i popchnęła go na krzesło. Tym razem to ona rządzi. Sięgnął ręką do jej spódniczki, ale odtrąciła ją, by za moment przycisnąć do swojego kolana. Podciągnęła spódniczkę, odsłaniając koronkowe majtki, liczyła, że je pozna, zobaczy, że są takie same jak u tamtej. Tej młodej. Niewinnej.

Powędrował ręką wyżej, nie mogła powstrzymać jęku. Zamiast, jak na filmie, odsunąć majtki, rozdarł je. Znów jęknęła, tym razem głośniej, pochyliła się nad stołem i zgięła, podczas gdy Jack rozpiął spodnie i jednym ruchem ściągnął je razem z kalesonami. Chwycił ją za włosy i docisnął do stołu. Pochylił się nad nią całym swoim ciężarem, gryząc kilka razy mocno w kark; poczuła zapach soku pomarańczowego zmieszany z whisky, którą pił w samolocie. Zdecydowanymi ruchami rozsunął jej nogi, stanął z tyłu i wbił się w nią.

Pieprzył ją mocno, agresywnie, blat stołu uwierał ją w przeponę. Sprawiał jej ból, ale ten ból był jak wyzwolenie, bo nie myślała o niczym innym i mogła skupić się na rozkoszy.

Należała do niego. Jak jej rozkosz. I ciało.

– Powiedz mi, kiedy będziesz kończył – jęknęła, oparta policzkiem o nagi blat z lepkimi plamami od jej szminki.

– Teraz – stęknął.

Stanęła przed nim na czworakach. Ciężko oddychając, wepchnął jej penisa do ust, a potem jeszcze głębiej, przytrzymując dłońmi jej potylicę. Faye walczyła z odruchem wymiotnym i chęcią odwrócenia głowy. Przyjęła to. Jak zawsze.

Przed oczami miała scenę z filmu i gdy Jack kończył, rozkoszowała się jego wyrazem twarzy, takim samym jak u nauczyciela, kiedy brał młodą, niewinną dziewczynę.

– Witaj w domu, kochanie – powiedziała z wymuszonym uśmiechem.

Był to jeden z ostatnich razy, kiedy uprawiali seks jako mąż i żona.

Sztokholm, lato 2001

Moje pierwsze tygodnie w Sztokholmie były bardzo samotne. Fjällbackę zostawiłam za sobą dwa lata po maturze. Zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Wręcz wyrywałam się z mojej małej klaustrofobicznej miejscowości. Dusiłam się, chodząc po jej malowniczych uliczkach pod wścibskimi spojrzeniami mieszkańców. Opuszczając ją, miałam przy sobie piętnaście tysięcy koron i świadectwo z najwyższymi ocenami ze wszystkich przedmiotów.

Chciałam wyjechać już wcześniej, jednak załatwienie wszystkiego zabrało mi więcej czasu, niż myślałam. Sprzedaż domu, a przedtem wyrzucenie wszystkich rzeczy, odparcie napierających duchów. Wspomnienia były strasznie bolesne. Chodząc po rodzinnym domu, miałam ich cały czas przed oczami. Sebastiana. Mamę. A zwłaszcza tatę.

Wtedy nikogo nie było przy mnie. Tak samo teraz. A więc spakowałam walizkę i wsiadłam do pociągu jadącego do Sztokholmu. Bez oglądania się za siebie, przysięgając, że nigdy tutaj nie wrócę.

Na dworcu w Sztokholmie zatrzymałam się przy koszu na śmieci, otworzyłam moją komórkę i wyrzuciłam kartę SIM. Już mnie nie dosięgną żadne cienie z przeszłości. Nikt mi nie będzie groził ani mnie ścigał.

Na lato wynajęłam pokój w mieszkaniu w budynku zwanym Fältöversten, brzydkim centrum handlowym, na które mieszkańcy Östermalmu kręcą głowami, mrucząc pod nosem, że to wszystko wina socjaldemokratów, którzy oczywiście musieli zepsuć naszą piękną dzielnicę. Jednak wtedy nie wiedziałam takich rzeczy. Byłam przyzwyczajona do tego, jak wyglądał sklep ICA2 Hedemyrs w Tanumshede, i Fältöversten mi się podobał.

W Sztokholmie zakochałam się od pierwszej chwili. Z okna na siódmym piętrze spoglądałam na piękne okoliczne domy, na gęsto zarośnięte parki, piękne samochody i myślałam sobie, że pewnego dnia ja też zamieszkam w jednym z tych wspaniałych dziewiętnastowiecznych domów z mężem, trójką cudownych dzieci i psem.

Mój mąż miał być malarzem. Albo pisarzem. Albo muzykiem. Kompletnie inny od taty. Wyrafinowanym intelektualistą, światowcem. Miał ładnie pachnieć i elegancko się ubierać. Być surowy dla innych, ale nie dla mnie, bo tylko ja bym go rozumiała.

W tamte pierwsze długie i jasne noce dużo spacerowałam ulicami Sztokholmu. Widziałam bójki uliczne po zamknięciu piwnych ogródków, słyszałam krzyki, płacz i śmiech. Wyjące samochody służb ratowniczych. Ze zdumieniem patrzyłam na dziwki w centrum, miały makijaż jak z lat osiemdziesiątych i wysokie buty, gąbczastą cerę, a na rękach ślady po igłach, które starały się ukryć pod długimi rękawami bluzek i sweterków. Prosiłam je o papierosa i snułam fantazje o ich życiu. O wolności wynikającej ze znalezienia się na dnie. Bez ryzyka, że spadnie się jeszcze niżej. Bawiłam się myślą o tym, aby też tam stanąć, żeby zrozumieć, co się z tym wiąże, co to za mężczyźni, którzy kupują sobie chwilę obleśnego zbliżenia w swoim volvo, gdzie na tylnym siedzeniu mają fotelik dla dziecka, a w schowku trzymają zapas pampersów i wilgotne chusteczki.

To był czas, kiedy moje życie zaczęło się naprawdę. Przeszłość ciążyła mi jak kajdany, przygniatała, przeszkadzała. Ale moje ciało, do ostatniej, najmniejszej komórki, aż wibrowało ciekawością. Ja kontra świat. Daleko od domu, w mieście, o którym marzyłam całe życie. Marzyłam nie tylko o tym, żeby się wyrwać, lecz także aby właśnie tu przyjechać. Powoli, stopniowo oswajałam Sztokholm jako moje miasto. Z nadzieją, że mnie uleczy i pozwoli zapomnieć.

Na początku lipca moja gospodyni, emerytowana nauczycielka, wyjechała w odwiedziny do wnuków w Norrlandzie.

– Żadnych gości – zapowiedziała władczym tonem, zanim zamknęła za sobą drzwi.

– Żadnych gości – odparłam posłusznie.

Wieczorem się umalowałam i piłam jej alkohole. Gin i whisky. Likier wiśniowy i z amaruli. Smakowały obrzydliwie, ale nieważne, chodziło o szmerek w głowie, który przynosił zapomnienie i rozchodził się ciepłem po całym ciele.

Kiedy już wypiłam tyle, że nabrałam odwagi, włożyłam bawełnianą sukienkę i poszłam na Stureplan3. Po chwili wahania usiadłam w przyjemnie wyglądającym ogródku kawiarnianym. Obok przechodziły osoby znane mi wcześniej jedynie z telewizji. Śmiejące się, odurzone alkoholem i latem.

Około północy stanęłam w kolejce do klubu po drugiej stronie ulicy. Panował nastrój niecierpliwości, wcale nie byłam pewna, czy uda mi się wejść do środka. Próbowałam naśladować innych. Zachowywać się jak oni, chociaż później domyśliłam się, że oni również musieli być przyjezdni. Trochę zagubieni jak ja, ale udający asertywnych.

Ktoś z tyłu się zaśmiał. Dwóch chłopaków w moim wieku podeszło bez kolejki do bramkarzy. Jedno kiwnięcie głową, uściśnięcie ręki. Wszyscy wpatrywali się w nich z zazdrością i fascynacją. Wielogodzinne przygotowania, chichoty nad kieliszkiem różowego wina, żeby potem sterczeć i marznąć w kolejce. A może być to takie łatwe. Wystarczy być kimś.

W odróżnieniu ode mnie ci dwaj faceci byli zauważani i szanowani. Byli Kimś. To wtedy postanowiłam, że ja też będę.

Jeden z nich właśnie się odwrócił i spojrzał ciekawie na tłumek z tyłu. Nasze spojrzenia się spotkały.

Odwróciłam wzrok, zaczęłam grzebać w torebce, szukając papierosów. Nie chciałam wyglądać ani na głupią, ani jak ktoś, kim przecież byłam, czyli dziewczynę z prowincji, która wybrała się po raz pierwszy do nocnego klubu w stolicy. Podchmieloną ginem i likierem z amaruli. W następnym momencie stanął przede mną. Ogolona głowa, miłe niebieskie oczy, trochę odstające uszy. Ubrany w beżową koszulę i ciemne dżinsy.

– Jak ci na imię?

– Matylda.

Nienawidziłam tego imienia. Należało do innego życia, innej osoby, którą już nie byłam. Zostawiłam ją, kiedy wsiadałam do pociągu do Sztokholmu.

– A mnie Viktor. Sama jesteś?

Nie odpowiedziałam.

– Podejdź i stań koło bramkarza – powiedział.

– Nie ma mnie na jego liście – mruknęłam.

– Mnie też nie.

Olśniewający uśmiech. Wyszłam z kolejki. Pełne zazdrości, tęskne spojrzenia zbyt skąpo ubranych dziewczyn i nażelowanych facetów.

– Ona jest ze mną.

Stojący na bramce mięśniak odsunął sznur i powiedział:

– Zapraszamy.

Viktor wziął mnie za rękę i poprowadził w głąb ciemnego pomieszczenia. Sylwetki ludzi, mrugające kolorowe światła, dudnienie basów, kłębiące się ciała, tańce. Stanęliśmy na końcu długiego kontuaru, Viktor przywitał się z barmanem.

– Czego się napijesz? – spytał.

– Piwa – odparłam, mając jeszcze w ustach mdląco słodki smak likieru.

– Bardzo dobrze, lubię dziewczyny, które piją piwo. Jest w tym klasa.

– Klasa?

– Tak. Coś autentycznego, nieudawanego.

Podał mi heinekena i przepił do mnie, unosząc butelkę. Uśmiechnęłam się do niego i wypiłam łyk.

– Jakie jest twoje życiowe marzenie, Matyldo?

– Zostać kimś – odparłam. Bez zastanowienia.

– Chyba już jesteś kimś?

– No to kimś innym.

– Nie wydaje mi się, żeby było z tobą coś nie tak.

Zrobił kilka tanecznych kroków i poruszał głową w takt muzyki.

– A ty o czym marzysz?

– Ja? Chcę tylko grać muzykę.

– Jesteś muzykiem?

Musiałam się nachylić i mówić głośniej, żeby mnie słyszał.

– Didżejem. Ale dziś mam wolne. Jutro gram. Wtedy będę stał tam.

Spojrzałam w tym kierunku. Na scence przy ścianie, za sprzętem grającym, stał facet, z którym tutaj przyszedł, i wsłuchiwał się w muzykę. Chwilę później podszedł do nas i się przedstawił. Axel. Wydał mi się sympatyczny, niegroźny.

– Miło mi, Matyldo – powiedział, podając mi rękę.

Zwróciłam uwagę, jak bardzo się różnili od facetów z moich stron. Gładcy. Elokwentni. Axel zamówił drinka i zniknął. Przepiliśmy do siebie z Viktorem. Moje piwo się kończyło.

– Jutro przed graniem robimy z kumplami wstępną imprezkę. Wpadłabyś?

– Może – odparłam, przyglądając mu się. – A właściwie to dlaczego chciałeś, żebym weszła tu z tobą?

Ostentacyjnie dopiłam piwo. Miałam nadzieję, że zamówi więcej. I rzeczywiście. Jedno dla mnie, drugie dla siebie. Dopiero potem odpowiedział na moje pytanie. Jego oczy lśniły w mroku.

– Bo jesteś ładna. I wyglądałaś samotnie. Żałujesz?

– Nie, wcale.

Wyłowił paczkę marlboro z tylnej kieszeni spodni i poczęstował mnie. Czemu nie, dzięki temu własne wystarczą mi na dłużej. Z piętnastu tysięcy, które miałam po sprzedaży domu, po spłaceniu pożyczek i innych rzeczy nie zostało mi dużo.

Nasze dłonie się zetknęły, kiedy przypalał mi papierosa. Miał ciepłą, opaloną rękę. Gdy ją odsunął, zatęskniłam za jego dotykiem.

– Masz smutne oczy, wiesz? – powiedział, zaciągając się głęboko.

– Co masz na myśli?

– Że jest w tobie jakiś smutek. Mnie się to podoba. Jestem podejrzliwy wobec osób, które uważają, że życie jest super. Owszem, bywa fajne, ale nie zawsze. Nudzą mnie ludzie, którzy ciągle są rozradowani. Nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby wciąż być szczęśliwi, świat przestałby się wtedy kręcić.

Jeden z ochroniarzy rzucił mu znaczące spojrzenie, Viktor wzruszył ramionami i zgasił papierosa, ale najpierw zaciągnął się jeszcze parę razy. Zrobiłam to samo. Nie odpowiedziałam. Podejrzewałam, że robi sobie ze mnie żarty.

Nagle zakręciło mi się w głowie od alkoholu. Postanowiłam zrobić sobie pamiątkę, nachyliłam się, przytknęłam mu dłoń do karku i przysunęłam jego twarz bliżej. Chyba wydałam się bardziej pewna siebie niż w rzeczywistości. Nasze wargi przylgnęły do siebie. Jego miały smak piwa i marlboro. Dobrze całował. Miękko, ale mocno.

– Pójdziemy do mnie? – spytał.

Jack siedział przy stole kuchennym, w ciemnoniebieskim szlafroku, i czytał „Dagens Industri”4. Nawet nie podniósł wzroku, kiedy weszła, ale przyzwyczaiła się, że tak się zachowuje, gdy jest zestresowany. Zważywszy na wielką odpowiedzialność, jaka spoczywała na jego barkach, i ile godzin spędzał w pracy, zasługiwał, żeby w weekend mieć spokój.

W takie dni ich mieszkanie o powierzchni czterystu metrów kwadratowych, powstałe w wyniku połączenia czterech mniejszych, wydawało jej się klaustrofobiczne i zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

Wracając samochodem z Lidingö5, dokąd zawiozła Julienne, żeby córka pobawiła się z koleżanką z przedszkola, wyobrażała sobie, jak będą spędzać przedpołudnie. Tylko we dwoje. Zaszyją się w łóżku, obejrzą wspólnie jakiś program telewizyjny, który następnie zjadą za głupotę i prostactwo. Chciała posłuchać, jak spędził tydzień. Pospacerować za rękę po Djurgården6.

Porozmawiać, jak dawniej.

Sprzątnęła resztki ze śniadania, które zjadła z córką. Płatki zmiękły w kefirze. Nie cierpiała dotyku mokrych płatków, ścierając je, musiała opanować mdłości, jakie budził ich kwaśny zapach.

Na wyspie kuchennej było mnóstwo okruszków, a na samym brzegu, zmagając się z siłą ciążenia, balansowała nadgryziona kanapka. Nie spadała, bo leżała masłem do dołu.

– Mogłabyś posprzątać przed wyjściem z domu, co? – odezwał się Jack, nie podnosząc wzroku znad gazety. – W weekendy nie musimy chyba mieć sprzątaczki?

– Przepraszam. – Faye przełknęła gulę, która urosła jej w gardle, i przeciągnęła ścierką po zlewie. – Julienne koniecznie chciała już wyjść. Okropnie krzyczała.

Jack mruknął coś i czytał dalej. Po powrocie z joggingu wziął prysznic. Ładnie pachniał Armani Code, perfumami, których używał już wtedy, kiedy się poznali. Julienne była zawiedziona, że nie zobaczyła taty, który zdążył wyjść, zanim się obudziła, a wrócił, gdy jej już nie było. Ranek był nerwowy. Córka nie zaakceptowała żadnej z czterech propozycji śniadania, a ubieranie jej kosztowało ją wiele potu.

Tak czy inaczej, blat był już czysty. Ślady po bitwie sprzątnięte.

Faye odłożyła ścierkę do zlewu i spojrzała na męża siedzącego przy stole. Wysoki, wysportowany i odpowiedzialny, miał wszystkie klasyczne atrybuty człowieka sukcesu, jednak pod wieloma względami był nadal chłopcem. Ona jedna widziała go takim, jaki był naprawdę.

Zawsze będzie go kochała, cokolwiek się zdarzy.

– Kochanie, niedługo powinieneś się ostrzyc.

Wyciągnęła rękę, zdążyła dotknąć kilku wilgotnych kosmyków, zanim się uchylił.

– Nie mam czasu. Rozszerzenie działalności spółki jest skomplikowane i muszę być totalnie skupiony. Nie mogę, jak ty, latać co chwilę do fryzjera.

Faye usiadła na krześle obok niego. Złożyła ręce na kolanach i usiłowała przypomnieć sobie, kiedy była ostatnio u fryzjera.

– Chcesz o tym porozmawiać?

– O czym?

– O Compare.

Powoli przeniósł wzrok z gazety na nią. Pokręcił głową i westchnął. Żałowała, że się odezwała, że nie ścierała dalej blatu. Mimo to podjęła jeszcze jedną próbę.

– Kiedyś chciałeś…

Drgnął i opuścił gazetę. Nieco przydługa grzywka opadła mu na twarz, ze złością pokręcił głową. Nie mogłaby dać mu w spokoju poczytać? Zetrzeć blat? Być szczupła, piękna i układna? Przez cały tydzień tyrał. Na ile go znała, pewnie zamknie się w swoim gabinecie w wieży, żeby dalej pracować. Dla niej i dla Julienne. Żeby im było dobrze. Bo to i c h cel. Nie jego, tylko ich wspólny.

– A po co mielibyśmy rozmawiać? Przecież ty się już nie znasz na biznesie. Trzeba być na bieżąco. Nie można polegać na dawnych sukcesach.

Faye zaczęła kręcić obrączką.

Gdyby się nie odezwała, spędziliby to przedpołudnie tak, jak sobie wymarzyła. Wszystko zepsuła jednym głupim pytaniem. Chociaż wiedziała, że tak będzie.

– Wiesz przynajmniej, jak się nazywa minister gospodarki? – spytał.

– Mikael Damberg – odparła odruchowo. Prawidłowa odpowiedź.

Pożałowała, widząc jego spojrzenie.

– Okej. Niedługo wejdzie w życie nowe prawo. Wiesz jakie?

Wiedziała, ale pokręciła głową.

– No jasne, że nie wiesz. Chodzi o to, że jako firma musimy teraz miesiąc wcześniej przypominać naszym klientom, że kończy im się umowa. Przedtem przedłużała się automatycznie. Rozumiesz, co to znaczy?

Pewnie, że wiedziała. Mogłaby wyliczyć dokładnie, co to znaczy dla Compare. Mimo to kochała go. Siedziała w kuchni za milion koron z mężem, który był chłopcem w ciele mężczyzny, mężem, którego tylko ona znała i kochała ponad wszystko. Dlatego pokręciła głową. Zamiast powiedzieć, że należąca do Compare Leasando AB, niewielka spółka dystrybuująca energię, straci około dwudziestu procent klientów, których umowy nie zostały automatycznie przedłużone. Oznaczało to zmniejszenie obrotów o pięćset milionów koron rocznie. A zysków o dwieście milionów.

Tylko pokręciła głową.

Kręcąc obrączką.

– Nie wiesz – skonstatował Jack. – Dasz mi teraz czytać?

Podniósł gazetę, by wrócić do świata liczb, kursów akcji, nowych emisji i zakupów przedsiębiorstw, tematyki, której Faye poświęciła trzy lata studiów na Handelshögskolan7, zanim je przerwała. Dla dobra Jacka. Firmy. I rodziny.

Wypłukała ścierkę pod kranem, namoknięte płatki i okruszki wybrała ręką ze zlewu i wyrzuciła do śmieci. Z tyłu dochodził szelest gazety. Cicho zamknęła drzwi szafki, żeby mu nie przeszkadzać.

Sztokholm, lato 2001

Viktor Blom miał jasnobrązowe znamię na karku i szerokie opalone plecy. Spał głębokim snem, miałam czas popatrzeć zarówno na niego, jak i na pokój, w którym spaliśmy. Okno bez zasłon, poza podwójnym łóżkiem było jeszcze krzesło zarzucone brudnymi ciuchami. Słońce wpadające przez szyby tworzyło pryzmaty tańczące na białych ścianach.

Wilgotne i brudne prześcieradło zaplątało mi się wokół nóg. Zrzuciłam je, owinęłam się nim jak ręcznikiem i ostrożnie otworzyłam drzwi sypialni. Skromnie umeblowane dwupoziomowe mieszkanie, wynajęte przez Viktora i Axela na lato, zajmowało parter i pierwsze piętro domu przy Brantingsgatan w dzielnicy Gärdet. Na zewnątrz był ogródek ze stolikiem, drewnianymi krzesłami i czarnym kulistym grillem. Na stoliku stała puszka po fancie pełna niedopałków.

Z pokoju Axela dochodziło głośne chrapanie. Salon i kuchnia znajdowały się na parterze. Zeszłam tam, zrobiłam sobie kawy i wygrzebałam papierosy z mojej torebki porzuconej na podłodze w przedpokoju. Następnie z kawą i paczką papierosów usiadłam w ogródku.

Przede mną rozpościerał się Tessinparken. Słońce stało jeszcze dość nisko, musiałam mrużyć oczy przed światłem.

Nie zamierzałam się narzucać ani utrudniać sytuacji Viktorowi. Jego propozycja, żebym przyszła do nich na dzisiejszą imprezkę, to na pewno tylko słowa. Po prostu chciał iść ze mną do łóżka. Słyszałam już niejedną uroczystą obietnicę składaną po pijaku. Viktorowi chyba było ze mną przyjemnie. A mnie z nim. I niech tak zostanie. Zgasiłam papierosa w puszce po fancie i wstałam, żeby poszukać swojego ubrania. W tym momencie otworzyły się za mną drzwi.

– A, tutaj jesteś – odezwał się zaspany. – Masz papierosa?

Podałam mu. Opadł na krzesło, na którym przedtem siedziałam, i zamrugał od słońca. Usiadłam obok.

– Właśnie się zbierałam, żeby iść – powiedziałam.

Spodziewałam się, że na jego twarzy zobaczę ulgę. Wdzięczność, że nie jestem namolną panienką, do której nie dociera, że pora się wynosić.

A jednak mnie zaskoczył.

– Iść? – wykrzyknął. – Dlaczego?

– Bo tu nie mieszkam.

– I co z tego?

– Na pewno nie chcecie, żebym wam się tu plątała, prawda? Rozumiem, że to jednorazowa historia, masz swoje sprawy. Nie chcę ci zawadzać ani się narzucać.

Odwrócił głowę i spojrzał na park. Powstrzymałam odruch, żeby go pogłaskać po szczecince na głowie. W sypialni było zdjęcie, na którym miał gęste, wijące się blond włosy. Nadal milczał i już myślałam, że go przejrzałam, że jest równie łatwy do rozszyfrowania jak inni faceci.

Wreszcie powiedział:

– Nie wiem, jak cię traktują ani jakie panują zwyczaje tam, skąd pochodzisz, ale według mnie jesteś fajna. Inna, prawdziwa. Oczywiście możesz iść, jeśli masz ochotę, ale byłoby mi miło, gdybyś została. Zamierzałem zejść do Seven Eleven, kupić nam sok i croissanty, potem byśmy się poopalali i później zamówili sobie pizzę.

– Okej – odpowiedziałam bez namysłu.

Koło twarzy latała mi osa. Odpędziłam ją, nigdy nie bałam się os. Są gorsze rzeczy.

– Okej? A tak poważnie, co to za pętaki, z którymi się zwykle zadajesz?

– U nas faceci… Czy ja wiem. Chcą iść do łóżka, a potem, żeby sobie pójść. Coś w tym rodzaju. Następnego dnia mają co innego do roboty.

Nie wspomniałam o spojrzeniach. O słowach. O tym, że nie wiedziałam, gdzie podziać oczy ze wstydu, chociaż to nie ja powinnam się wstydzić. Że pójście do łóżka z tym, kto mnie zechce, to było nic w porównaniu z tamtym.

Viktor zasłonił ręką oczy przed słońcem.

– Od jak dawna mieszkasz w Sztokholmie?

– Od miesiąca.

– To witaj.

– Dziękuję.

Wieczorem około siódmej do mieszkania zaczął wlewać się strumień ludzi. W większości starszych ode mnie o kilka lat, więc z początku czułam się trochę niewyraźnie. Viktor przepadł w tłumie, wylądowałam przy stoliku w ogrodzie razem z Axelem. Popijałam drinka, paliłam i pękałam ze śmiechu, kiedy opowiadał, jak zeszłego lata razem z Viktorem jeździli pociągiem po Europie. Przyszły przywitać się dwie dziewczyny, Julia i Sara. Julia miała długie brązowe włosy, zielone oczy i śliczną ciemnoniebieską sukienkę. Sara była w dżinsowej spódnicy i białej koszulce, jasne włosy związała w niedbały węzeł.

– Cholernie się denerwuję na myśl o semestrze jesiennym – odezwała się Julia, nachylając się. – Chciałabym zrezygnować, a w najgorszym razie wziąć urlop dziekański, ale ojciec się nie zgadza. Wścieka się, kiedy tylko próbuję z nim rozmawiać. Kurde, jak ja nienawidzę Lund.

– No to biedna jesteś – zauważyła Sara, wydmuchując kółka z dymu.

– Świadectwo nie pozwala mi niestety dostać się na Handelshögskolan. A zresztą… dziś się bawimy.

Usiadła prosto i spojrzała na mnie, jakby dopiero mnie zauważyła.

– A ty czym się zajmujesz?

Chrząknęłam. Wypuściłam smużkę dymu z ust. Nie miałam ochoty opowiadać o swoich planach dopiero co poznanej osobie.

– Teraz właściwie niczym.

– Fajnie. Ale będziesz studiować?

Złożyłam papiery w kilku miejscach w Sztokholmie, więc przytaknęłam. Pomyślałam o moim koncie w banku, które topniało w alarmującym tempie.

– Mam taki zamiar. Ale trochę potrwa, zanim dostanę odpowiedź – odparłam.

– Skąd znasz Axela? – spytała ta druga, Sara, i kiwnęła głową w jego stronę.

– Przez Viktora, może go znacie, poznałam go wczoraj w Buddha Bar.

– Spałaś tutaj?

Przytaknęłam.

W milczeniu wypaliły papierosy i poszły.

– Julia i Viktor byli kiedyś parą – wyjaśnił Axel.

– Co znaczy „kiedyś”?

– Jakieś trzy miesiące temu. Dziś widzą się po raz pierwszy, odkąd wróciła z Lund.

Julia i Sara poszły z nami do Buddha Bar. Trzymały się blisko Viktora i cały czas patrzyły na mnie z niechęcią. Im więcej piłam, tym bardziej mnie to złościło.

Viktor zrobił sobie małą przerwę w puszczaniu płyt i podszedł do mnie i Axela. Objęłam go, patrząc w zwężone oczy Julii. Pocałował mnie, ugryzłam go lekko w dolną wargę. Kiedy przyszła pora wrócić do kabiny didżeja, spytał, czy mogłabym mu potowarzyszyć. Obejmował mnie ramieniem w pasie, kiedy przedzieraliśmy się przez tłum. Powoli nam szło, bo ciągle ktoś go zatrzymywał. W końcu dotarliśmy. Viktor nałożył słuchawki, poruszył kilkoma suwakami i zaczął się kiwać w takt muzyki.

Ja też. Potem chwyciłam jego rękę i włożyłam sobie pod sukienkę, między nogi. Byłam bez majtek.

– Pójdziesz ze mną do domu? – spytał.

– Owszem, a chcesz?

Jego spojrzenie wystarczyło za odpowiedź.

– I co będziemy robić? – spytałam, drażniąc się z nim.

Zaśmiał się i zmienił melodię.

Ogarnęło mnie wspaniałe uczucie. Jestem wolna. Mogę robić, co chcę, i być, kim chcę. Bez przeszłości, która paskudziła wszystko wokół mnie i we mnie. Bez tych wszystkich ludzi, którzy mnie ściągali w dół. Powoli, kawałek po kawałku, zamieniałam się w kogoś innego.

Spojrzałam z góry na tańczących, zamknęłam oczy i przypomniałam sobie Fjällbackę. Wścibskie spojrzenia, które podążały za mną, gdziekolwiek szłam, fascynacja pomieszana ze współczuciem, lepka, ciężka i mdląca. Tutaj nikt nie wiedział. Nie widział. Moje miejsce było tu. W Sztokholmie.

– Idę do łazienki! – krzyknęłam.

– Okej. Za dziesięć minut kończę grać. Zobaczymy się przy wyjściu?

Kiwnęłam głową i skierowałam się do łazienki. Ustawiłam się w kolejce i uśmiechnęłam się na myśl, że Viktor jest mój i tylko mój. Z dala dochodziła muzyka z sali tanecznej, lustro na ścianie wibrowało do taktu.

Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Włosy mi jeszcze zjaśniały, byłam opalona i czułam się świeżo. Miałam wrażenie, że wyglądam poważniej niż zaledwie tydzień temu. Dziewczyna stojąca przy umywalce skierowała różowy pojemnik ze sprejem na swoją fryzurę i nacisnęła. Zakłuło mnie w nosie, bo zapach był słodki, ale stanowił przyjemny kontrast z wonią potu, wódki i ubrań przesiąkniętych dymem.

Drzwi za mną otworzyły się, na sekundę zrobiło się głośniej.

Poczułam puknięcie w ramię i odwróciłam się. Mignęła mi Julia, a potem poleciał na mnie drink. Kawałek lodu trafił mnie w czoło, spadł na podłogę i poleciał dalej. Zaszczypały mnie oczy, zamrugałam ze zdumienia i z bólu.

– Co ty robisz, do cholery? – krzyknęłam, cofając się.

– Prowincjonalna kurewka – powiedziała Julia, odwróciła się na pięcie i wyszła.

Kilka innych dziewczyn zaśmiało się. Wytarłam się papierowym ręcznikiem. Odbierałam upokorzenie całym ciałem, jakby opadł mnie rój insektów. Poczułam się jak dawna ja. Ta, która się kuliła, chowała w cieniu, uginając się pod ciężarem nazbyt wielu tajemnic.

A potem się wyprostowałam i spojrzałam w lustro. Nigdy więcej.

Tydzień później dostałam pocztą zawiadomienie, że zostałam przyjęta do Handelshögskolan. Skserowałam je, odszukałam adres Julii, kupiłam kopertę i włożyłam odbitkę razem ze zdjęciem, które Viktor i ja zrobiliśmy sobie przy użyciu samowyzwalacza; ja na czworakach, Viktor za mną, na twarzy miał grymas rozkoszy. Wrzucając kopertę do skrzynki na listy w domu Julii, miałam w głowie tylko jedną myśl. Nigdy więcej nie dam się nikomu upokorzyć.

Miesiąc później, przy rejestrowaniu się na uczelni, podałam, że mam na imię Faye, było to moje drugie imię, po autorce ulubionej książki mojej mamy. Matylda przestała istnieć.

Z tyłu za Faye przemknął pospiesznie kelner, pewnie do któregoś z brzuchatych gości siedzących kilka stolików dalej. Do tego rodzaju mężczyzn zawsze kelnerom jest spieszno. Właściwie nic dziwnego, zważywszy na to, że wszyscy wyglądali, jakby od zawału dzieliła ich zaledwie jedna porcja Biff Rydberg8.

Spojrzała na Alice, która właśnie usiadła naprzeciw niej. Poznała ją przy tej samej okazji co inne kobiety z tego samego towarzystwa, które określała jako gęsi, bo ich głównym zadaniem było znoszenie jaj dla swoich mężów. Miały rodzić spadkobierców, a potem trząść się nad nimi, osłaniając skrzydłami udrapowanymi w ciuchy od Gucciego. Kiedy w końcu dzieci szły do starannie wybranych przedszkoli, należało rozwinąć jakieś zainteresowania, chodzić na jogę, na manikiur, wydawać kolacje, pilnować sprzątaczek i długiego szeregu niań. Dbać o wagę, a najlepiej, żeby w ogóle nie było tego tematu. I jeszcze żeby zawsze być w seksualnej gotowości. A najważniejsze: nauczyć się zamykać oczy, ilekroć mąż wraca z późnej „służbowej kolacji” z koszulą niestarannie wsuniętą do spodni.

Początkowo szydziła z nich. Z luk w wykształceniu i kompletnego braku zainteresowania tym, co naprawdę ważne w życiu, z tego, że ich ambicje nie sięgały dalej niż do ostatniego modelu torebki Rockstud od Valentino i decyzji, czy na ferie zimowe wyjechać do Sankt Moritz czy na Malediwy. Jednak Jack chciał, żeby „utrzymywała z nimi dobre stosunki”. Zwłaszcza z Alice, która była żoną Henrika. Dlatego spotykała się z nimi regularnie.

Faye i Alice nie żywiły do siebie szczególnej sympatii, ale chcąc nie chcąc, były ze sobą związane poprzez firmę swoich mężów. Poprzez „ich niezwykłą przyjaźń”, jak się kiedyś wyraziła pewna gazeta biznesowa.

Alice Bergendahl miała dwadzieścia dziewięć lat, czyli była trzy lata młodsza od Faye. Miała wydatne kości policzkowe, talię jak u dziesięciolatki, a nogi jak jakaś pieprzona Heidi Klum na szczudłach. W dodatku urodziła dwoje pięknych, udanych dzieci. Pewnie z uśmiechem na ustach podczas całego porodu. A między bólami przypuszczalnie robiła na drutach czapeczkę dla tego cudu, który rozerwał jej pachnącą mufkę na dwie idealne części. Alice Bergendahl była bowiem nie tylko piękna, dziewczęca, szczupła i pachnąca, ale jeszcze kreatywna i towarzyska, organizowała zachwycające imprezki, na które wszystkie gęsi przyprowadzały swoich mężów. W przeciwnym razie trafiłyby na czarną listę Alice, co dla sztokholmskich lepszych sfer było czymś w rodzaju Guantanamo.

Alice przyprowadziła do Riche jeszcze jedną długonogą kobietę, o imieniu Iris, żonę finansisty Jespera, który zajmował się tradingiem. Na razie był golcem, ale podobno dobrze rokował, a Iris została przyjęta do towarzystwa Alice na coś w rodzaju okresu próbnego do momentu, gdy sukces Jespera stanie się faktem. Jej los miał się zapewne rozstrzygnąć w ciągu paru miesięcy.

Zamówiły sałatki – oczywiście po pół, nie po całej – i po kieliszku cavy. Jadły drobnymi kęskami i uśmiechały się do siebie, opowiadając o swoich dzieciach. Był to jedyny temat ich rozmów. Oczywiście oprócz mężów.

– Jesper wziął urlop na ferie wielkanocne – powiedziała Iris. – Wyobrażacie sobie? Jesteśmy cztery lata po ślubie i nigdy w ciągu roku nie miał dłuższego urlopu jak tydzień. A parę dni temu przychodzi i robi mi niespodziankę, że jedziemy na Seszele.

Faye poczuła ukłucie zazdrości. Pomógł łyk cavy.

– To wspaniale – zauważyła.

A w duchu zastanawiała się, jaki Jesper ma powód, aby w ten sposób zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Restauracja była pełna. Turystów sadzano przy oknach, cieszyli się, że w ogóle znalazło się dla nich jakieś miejsce. Pod wieloma stołami stały torby pełne zakupów. Przybierali obojętne miny, ale rozglądali się między jednym kęsem a drugim, otwierając szeroko oczy, kiedy dostrzegli jakąś ważną osobę, i szeptali porozumiewawczo; byli pod wielkim wrażeniem obecnych w restauracji prezenterów telewizyjnych, artystów i polityków. Jednak ludzi prawdziwej władzy nie rozpoznawali. Tych, którzy za kulisami pociągają za sznurki. Chociaż akurat Faye wiedziała dokładnie, kim są.

– Seszele są naprawdę cudowne – odezwała się Alice. – Takie egzotyczne. Pytanie, jak sobie tam radzą z bezpieczeństwem. Było tam trochę… problemów.

– Czy Seszele są na Bliskim Wschodzie? – spytała niepewnie Iris, wodząc po talerzu kawałkiem awokado.

Faye wypiła łyk cavy, żeby powstrzymać śmiech.

– No gdzieś w tamtej okolicy? Pewnie jest tam ISIS i cała reszta.

Alice skrzywiła się lekko, bo Faye, słysząc to, aż zabulgotała.

– Nie, no na pewno jest tam spokój – ciągnęła Iris, teraz wodząc po talerzu połówką jajka. – Jesper nie narażałby na żadne ryzyko mnie i małego Orvara.

Małego Orvara? Jak można dać dziecku imię odpowiednie raczej dla osiemnastowiecznego pirata chorego na syfilis? Z drugiej strony musiała przyznać, że Julienne też jest pretensjonalne. Ale tak chciał Jack. Mówił, że ładnie brzmi i sprawdzi się w wielu krajach. Takie rzeczy trzeba zapewniać dziecku już na etapie życia płodowego. Co rodzicom Orvara najwyraźniej umknęło, ale to da się jeszcze zmienić. W przedszkolu Julienne parę miesięcy temu pewien Sixten stał się nagle Henrim. Dla trzylatka musiał to być totalny stres, ale nie sposób brać pod uwagę takie rzeczy, jeśli się chce, żeby chłopak dobrze wypadł w kontekście międzynarodowym.

Faye dopiła wino i kiwnęła dyskretnie na kelnerkę, żeby jej dolała.

– Oczywiście, że nie narażałby was – skomentowała Alice, żując pożądliwie liść sałaty.

Sprawiała wrażenie lubieżnie przeżuwającej krowy, bo w jakimś piśmie o zdrowiu wyczytała, że każdy kęs należy pogryźć przynajmniej trzydzieści razy. Faye spojrzała ponuro na swój talerz. Zjadła już swoją połówkę sałatki i była równie głodna jak na początku. Spojrzała tęsknie na zamówienia przyniesione właśnie na sąsiednie stoliki. Biff Rydberg. Klopsiki. Pasta. Kelnerzy stawiali talerze przed pulchnymi panami w garniturach. Takimi, którzy mogą sobie pozwolić na otyłość brzuszną. Biedni mężczyźni są tłuści, bogaci są dobrze zbudowani. Oderwała wzrok od klopsików. W towarzystwie Alice nie jada się klopsików w sosie śmietanowym z ziemniakami purée.

– Małe, kilkutygodniowe porwanko mogłoby ci nawet dobrze zrobić, co, Iris? – sugerowała Faye. – Miałabyś superdietę, a gdybyś ładnie poprosiła, mogliby ci nawet zorganizować matę do jogi – dodała, patrząc na nietkniętą sałatkę Iris.

– To nie jest temat do żartów. To jest straszne!

Alice pokręciła głową, a Faye westchnęła.

– Seszele to wyspy na Oceanie Indyjskim. Na Bliski Wschód jest bliżej od nas niż stamtąd.

Zapadło milczenie. Iris i Alice skupiły się na swoich sałatkach, a Faye na kończącej się znów cavie.

– Widzicie, kto tam jest? – szepnęła Iris, nachylając się do nich, ze wzrokiem utkwionym w wejściu do restauracji.

Faye próbowała się domyślić, o kogo jej chodzi.

– Ten facet, który właśnie wszedł. Stoi i rozmawia z barmanem.

Teraz Faye już zobaczyła. Piosenkarz John Descentis. Ulubiony wykonawca Jacka. Od kilku lat przeżywał pasmo niepowodzeń i pojawiał się głównie w skandalizujących pisemkach w związku z nieudanymi romansami, bankructwami i żenującymi migawkami z życia celebrytów. Wraz z towarzyszką, ufarbowaną na czarno ładną dwudziestopięciolatką w skórzanej ramonesce, zostali zaprowadzeni do stolika naprzeciw nich.

– Dwa piwa – zwrócił się do kelnera. – Na początek.

Alice i Iris przewróciły oczami.

– Dziwię się, że dają mu stolik – mruknęła Alice. – Ten lokal zaczyna schodzić na psy.

Iris tak się wzdrygnęła, że aż zagrzechotały jej złote bransoletki od Cartiera.

Faye spojrzała na Descentisa. Planowała wyprawić urodziny Jacka, który na pewno byłby zachwycony, gdyby wystąpił John Descentis. Wstała i ku przerażeniu Alice i Iris podeszła do stolika artysty.

– Przepraszam, że przeszkadzam. Jestem Faye.

John Descentis spojrzał, zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu.

– Cześć, Faye – odparł z uśmieszkiem. – Bez obaw, wcale nie przeszkadzasz.

– Mój mąż Jack ma urodziny w kwietniu, organizuję mu imprezę w Hasselbacken9. On ciebie uwielbia. Pomyślałam, że spytam, czy będziesz wtedy wolny i mógłbyś wpaść, żeby zaśpiewać kilka kawałków.

– Jack Adelheim? Ten przedsiębiorca?

Dziewczyna ściągnęła usta, ale John wyprostował się, siedząc na ławie.

Faye uśmiechnęła się.

– Zgadza się, jest właścicielem firmy Compare.

– No pewnie, wiem, kim jest. Oczywiście, nie ma problemu. Nie wiedziałem, że lubi moje piosenki.

– Odkąd był nastolatkiem. Ma w domu wszystkie twoje płyty. Fizycznie.

Zaśmiała się.

– W wywiadach dla dzienników gospodarczych raczej nie ma miejsca, żeby człowiek pochwalił się czymś takim – zauważył John.

Dziewczyna westchnęła głośno, wstała od stołu i poinformowała obojętnie, że idzie do toalety.

Faye usiadła na jej miejscu. Kusiło ją, żeby wypić piwo, które kelner właśnie postawił na stole, ale opanowała się. Kątem oka widziała wpatrujące się w nią Alice i Iris.

Musi opowiedzieć Jackowi. Właściwie powinna zachować to w tajemnicy, zrobić z tego niespodziankę, ale znała siebie i wiedziała, że nie wytrzyma.

– Czy mogę… czy mógłbyś podać mi swój telefon? Żebym zadzwoniła i dogadała szczegóły. Ustalilibyśmy cenę i tak dalej.

– Pewnie, podaj mi swój numer, wyślę ci esemesa.

Napisał esemesa i rzucił jej uśmiech, który wciąż miał pewien urok. Plotki mówiły, że jego pobyty w klinikach odwykowych nie były spowodowane jedynie alkoholem, ale w tym momencie chyba nie był pod wpływem.

Komórka zapiszczała. Faye zerknęła na esemesa i puszczający oko uśmiechnięty emotikon, a potem wróciła do swojego stolika.

– Co mu powiedziałaś? – spytała szeptem Alice, chociaż prawdopodobnie słyszała każde słowo.

Gdyby Faye nie wiedziała, że Alice ma czoło ostrzykane botoksem, mogłaby przysiąc, że dostrzegła na nim zmarszczkę.

– Będzie grał na urodzinach Jacka.

– On? – syknęła Alice.

– Tak. John Descentis. Jack go uwielbia.

– Jackowi to się nie spodoba – stwierdziła Alice. – Przyjdą różni znajomi z biznesu. To po prostu nie wypada.

– Chyba ja wiem najlepiej, co lubi, a czego nie lubi mój mąż. Pilnuj swojej rodziny, Alice, a ja będę pilnowała swojej.

Po wyjściu z Riche Faye zaciągnęła poły płaszcza. Od zatoki wiał lodowaty wiatr. Niebo było szare. Ludzie szli pośpiesznie, wychyleni do przodu. Siedemdziesięcioprocentowa wyprzedaż u Schutermanów zmierzała ku końcowi, sklep wyglądał dość pusto.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Östermalm − dzielnica Sztokholmu, gdzie mieszkają ludzie zamożni i bogaci (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

ICA − sieć supermarketów. [wróć]

Stureplan − plac w centrum Sztokholmu, popularne miejsce spotkań. [wróć]

„Dagens Industri” − dziennik finansowy wydawany w Sztokholmie przez sześć dni w tygodniu. [wróć]

Lidingö − wyspa w bezpośrednim sąsiedztwie Sztokholmu. [wróć]

Djurgården − wyspa i dzielnica Sztokholmu z licznymi parkami i muzeami. [wróć]

Handelshögskolan − Wyższa Szkoła Handlowa. [wróć]

Biff Rydberg − drobno krojona polędwica podsmażana z cebulą i ziemniakami, podawana z żółtkiem. [wróć]

Hasselbacken − znana sztokholmska restauracja. [wróć]