Opis

Jedna z najlepszych powieści Henry`ego Jamesa wreszcie w języku polskim.

Maggie Verver, młoda dziedziczka milionowej fortuny oraz jej owdowiały ojciec Adam, znany kolekcjoner dzieł sztuki, wiodą wykwintne, dostatnie życie w Londynie. Oboje zawierają też związki małżeńskie: Maggie poślubia zubożałego włoskiego arystokratę, księcia Amerigo, Adam bierze za żonę przyjaciółkę swojej córki, piękną, lecz niezbyt posażną Charlotte Stant. Żadne z nich nie ma jednak pojęcia, że ich małżonkowie skrywają tajemnicę, której cenę przyjdzie zapłacić wszystkim.

Złota czara”, jedno z ostatnich dzieł Henry’ego Jamesa, to doskonałe, przesycone intensywnymi emocjami studium zdrady, zazdrości i namiętności, które stanowi jednocześnie kontynuację i zupełnie nową interpretację tematu zderzenia amerykańskiej niewinności i europejskiego doświadczenia. Jedna z najwybitniejszych powieści, jakie wyszły spod pióra autora uważanego za kluczowego pisarza XIX-wiecznego realizmu, o której sam Henry James powiedział: „Najlepsza książka, jaką kiedykolwiek stworzyłem”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 971

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

THE GOLDEN BOWL

First published 1904

Projekt okładki: Sylwia Tymkiewicz

Redakcja: Wiesława Karaczewska

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Korekta: Grażyna Nawrocka

Łamanie: Jacek Kucharski

ISBN 978-83-7839-349-8

Warszawa 2011

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA

Pośród wielu spraw, na które zwracam szczególną uwagę podczas ponownej lektury „Złotej czary”, najbardziej rzuca się w oczy nadal wyraźnie w niej zakorzeniony pośredni, niemal ukradkowy ogląd zaprezentowanej akcji, o ile, oczywiście, nie zdecyduję się określić tego sposobu patrzenia na świat dokładnie na odwrót, niezależnie od pozorów, najbardziej bezpośrednim i bliskim rzeczywistości z możliwych. Już wcześniej niejednokrotnie dawałem wyraz swojej uważanej niekiedy wręcz za ekstrawagancką skłonności do traktowania materii tematu, postrzegania historii przez pryzmat możliwości i wrażliwości jakiegoś mniej czy bardziej obiektywnego, niezwiązanego z biegiem wypadków, ale mimo wszystko jak najbardziej nimi zainteresowanego inteligentnego świadka czy też sprawozdawcy, kogoś, czyj wkład w całą sprawę sprowadza się do obdarzonej pewną dozą krytycyzmu interpretacji zdarzeń. Interpretowane za każdym razem od nowa, zwłaszcza krótsze formy, które zebrałem w tej serii, stanowią nie tyle moją obiektywną relację z konkretnego zdarzenia, ile raczej zapis czyichś wrażeń dotyczących danej sytuacji – warunków, na jakich osoba ta zyskała ogląd wypadków, oraz jej oceny tychże, siłą jakiegoś nieokreślonego prawa pogłębiających jedynie jej zainteresowanie. Ów ktoś pozostaje często, w każdym razie w moich krótkich opowiastkach, w których przyznaję mu prawo głosu, pozbawionym imienia i właściwie nieuprawnionym (o ile wystarczającym uzasadnieniem nie okaże się tu wrodzona bystrość umysłu) uczestnikiem zdarzeń, przedstawicielem czy też porte-parole bezstronnego autora, wygodnym zastępstwem, apologetą twórczej siły, która poza tym pozostaje ukryta, pozbawiona jakiejś materialnej formy. Za każdym razem instynkt zdaje się podpowiadać mi, że dzięki relacjonowaniu konkretnych faktów i poczynań przedstawionych postaci za pośrednictwem jakiegoś świadomego, zdeklarowanego przedstawiciela, cała sprawa, czyli jak wspomniałem już wcześniej, sama jej istota, zostaje wzbogacona. Innymi słowy nieustannie skłaniam się ku pomysłowi analizy każdego odrębnego przypadku poprzez jego indywidualny ogląd, który zasadza się zwykle na bliskim, uczuciowym stosunku wypowiadającego się w powieści wyobrażonego obserwatora, oczarowanego malarza czy też poety, do owej sytuacji, nieważne za jak błahą uważanej. W skrócie rzecz ujmując, wszystko musiało mi się zawsze wydawać lepsze, teraz to rozumiem – lepsze, jeśli chodzi o sam proces i efekt odwzorowania, mój niedościgniony ideał – niż stłumiony majestat nieodpowiedzialnego „autorstwa”. Nieustannie dręczony poczuciem, że malarz tworzący obraz czy pieśniarz wykonujący balladę (jakkolwiek zechcemy ich określić) nigdy nie mogą być wystarczająco odpowiedzialni za każdy centymetr kwadratowy swojego płótna i każdą nutę śpiewanego utworu, już po fakcie śledzę swoje własne niezborne kroki, kiedy tak zdążam najlżejszymi ze stąpnięć, krążąc pośpiesznie w prawo i w lewo, ku punktowi widzenia, który w obrębie wskazań mojego wewnętrznego kompasu da mi nie najmniejszy, lecz największy zakres odpowiedzialności.

Zdaję sobie sprawę, że zdążyłem już nie raz spojrzeć w stronę owej niezręcznej prawdy – której nie odmawiam znaczenia, ale którą zaczynam uświadamiać sobie od nowa, zorientowawszy się już, iż sposób, w jaki się ona objawia, może stanowić jedno z najbardziej ożywczych źródeł rozrywki dla czytelników „Złotej czary”. Nie chodzi o to, że stłamszony majestat autorstwa nie rządzi tu na pozór, jednak po raz kolejny przyłapuję się na tym, że odsuwam go od siebie i wypieram się wszelkich do niego pretensji, kiedy wstępuję na scenę i ze wszystkich sił staram się żyć, oddychać, rozmawiać z tymi, którzy tak jak ja nie szczędzą starań, by zapewnić bliźnim przednią rozrywkę. Oczywiście, nie ma nikogo innego poza zanurzonymi w tym świecie uczestnikami owej walki, w mniejszym lub większym stopniu skrwawionymi, jednak nie przestaję się łudzić, że to właśnie ja utrzymuję cały ten świat silną, choć delikatną dłonią za pomocą metody, w której cała sytuacja pozostaje obiektem bacznej obserwacji zaledwie dwojga z bohaterów. W pierwszej części powieści patrzymy na świat oczyma księcia, to on objaśnia czytelnikom otaczającą go rzeczywistość – w znacznym stopniu przypominając w tym sprawozdawcę czy wręcz krytyka, choć nigdy przecież nie mówi w pierwszej osobie. Wyczulony na najdrobniejsze szczegóły, pokazuje interesujące nas sprawy niczym kryształowe zwierciadło, w którym odbija się każda z krótkich opowiastek z naszej długiej listy, choć nigdy nie zdradza się z choćby cieniem podejrzenia, że on również jest skazanym na zagładę, uwikłanym w bieg zdarzeń, zażenowanym uczestnikiem tej skomplikowanej sytuacji, aktorem w przedstawianej na kartach powieści sztuce. W drugiej części książki dokładnie tę samą funkcję pełni księżna, a zapis jej spostrzeżeń pozostaje równie szczegółowy jak w przypadku księcia – szczerze mówiąc, okazuje się wręcz tak dokładny jak w przypadku któregoś z inteligentnych, lecz nie do końca zindywidualizowanych świadków zniszczenia „Autografów Jeffreya Asperna” czy też spostrzegawczej bohaterki „The spoils of Ponton”, wysoce charakterystycznej, a przy tym niezwykle inteligentnej postaci, by przytoczyć zaledwie dwa przykłady. Ostatecznie księżna nie tylko znakomicie odgrywa wyznaczoną rolę, przeżywając wszystkie naturalne w jej sytuacji emocje, ale staje się też źródłem rozwiązań kompozycyjnych najwyższej próby, decydującym o wartości powieści. Tak więc to właśnie owa obdarzona godnymi podziwu przymiotami para, której losy śledzę, próbując jednocześnie usystematyzować własną metodę pisarską, ponownie wskazuje mi morał płynący z niekończącego się zainteresowania podobnymi rozwiązaniami kompozycyjnymi, nieskończonej wartości „rozrywki”. Ich dzieje stanowią, moim zdaniem, doskonały przykład, który winien przypominać nam nieustannie, że żaden najbardziej nawet wyszukany przejaw przemyślności czy zapobiegliwości nie zostanie zaprzepaszczony za sprawą odwołania się w najlepszej wierze do różnorodności, nieobliczalności, wyrafinowania, wręcz pełni literackiego efektu.

Mógłbym zwrócić tu również uwagę na jeszcze kilka spraw, nawet jeśli już wcześniej wystarczająco sugestywnie przedstawiłem owe ogólne powiązania, znacznie bardziej zaprzątają mnie teraz inne problemy, poświęcę więc tylko chwilę, aby odpowiedzieć na potencjalne zarzuty szczególnie dbałych czy po prostu uważnych czytelników wobec moich słów. To znaczy można, oczywiście, zauważyć, że w tomie, gdzie to książę pełni nominalnie funkcję przewodnią, jest on przedstawiony szerokiemu ogółowi jedynie w tych aspektach, w których funkcjonalnie nie góruje nad nim pani Assingham, nawet jeśli w istocie takie zachowanie z jej strony może niekiedy sprawiać wrażenie nieco zbyt gorliwego. Podobna rozbieżność w moich zamierzeniach jest jednak tylko powierzchowna, całość bowiem surowo trzyma się zasady, że najpierw zostaje przedstawiona Maggie Verver, zaprezentowana przez pryzmat otwarcie wyrażanych opinii konkurenta do jej ręki, a później męża, następnie zaś mamy okazję spojrzeć na księcia oczami jego małżonki z niemal równą intensywnością, przy czym owe przymioty doświadczenia pozwalają wyraziście zarysować postacie czujących bohaterów i zbliżyć się do pożądanego ideału. To właśnie książę uchyla przed nami drzwi, aby rzucić nieco światła na Maggie, ona zaś postępuje dokładnie tak samo w jego przypadku, podczas gdy reszta naszych odczuć co do owej dwójki to już efekt sposobu, w jaki to robią. W pierwszych scenach poznajemy również Charlotte oraz Adama Verdera, nie wspominając już o pani Assingham, jak również o całej galerii pozostałych postaci i ich spraw, patrzymy jednak na nich przez pryzmat korzyści księcia, jeśli wolno mi tak to ująć, a więc tego, jak on sam zostanie czytelnikowi zaprezentowany. Identycznie widzimy zresztą potem te same osoby i zdarzenia, tyle że już oczyma Maggie, z jej punktu widzenia. Przy czym czyniąc takie założenie, które w oczywisty sposób ogranicza listę wykorzystanych przeze mnie środków, muszę być również przygotowany na skromny zasób tychże, co w oczywisty sposób pociąga za sobą fakt stawiania przeze mnie tak wysokich wymagań grupce bohaterów, których można by policzyć na palcach jednej ręki. W „Złotej czarze” mamy do czynienia z zaledwie kilkoma postaciami, rekompensuje to jednak plan powieści, który zakłada zaprezentowanie owej skromnej trzódki tak dogłębnie, jak tylko pozwoli na to spójna literacka forma. To właśnie był mój problem, że się tak wyrażę, i moje gageure1 – jak najlepiej rozegrać ów ograniczony zasób atutów i jak pracować nad tym moim systemem, sposobem rozłożenia poszczególnych akcentów, wykorzystaniem budzących zainteresowanie czytelnika elementów, aby wydobyć cały kunszt owego zamysłu. Równie godny szacunku zamiar wymaga jednak szczególnej ostrożności przy wprowadzaniu go w życie, „rozrywka” zaś, jakiej dostarczają czytelnikowi dzieje bohaterów – przez co po raz kolejny rozumiem zbiór wszelkich możliwych rodzajów zainteresowania – oznaczała właśnie umiejętność dostrzeżenia, do czego prowadzi równie szczere podejście.

To tyle, jeśli chodzi o zaledwie część z sugestii nasuwających się autorowi po ponownej lekturze powieści – zwłaszcza że przez cały czas zdają się oczekiwać na moje zainteresowanie jeszcze dwie sprawy, znacznie pilniejsze od tych, o których dopiero co opowiedziałem, na początek zajmę się jednak tą mniej istotną, by tak to ująć. Zagłębiłem się w kwestie dotyczące poniższego tekstu tak mocno, że powinienem chyba uznać za jedynie drobne przeoczenie fakt, iż do tej pory nie wspomniałem nawet słowem o równie istotnym szczególe obecnej edycji powieści, jaki stanowi kilka dziesiątków zdobiących ją „ilustracji”. Zdaję sobie sprawę, że gdyby przepiękne fotografie Alvina Langdona Coburga, których reprodukcje zamieszczono tutaj, zostały odwzorowane z większą dokładnością, owa seria rycin stanowiłaby jeszcze wspanialszą ozdobę, jednak te z nich, które ucierpiały w tym procesie najmniej, nadal pozostają, moim zdaniem, wspaniałe, mam więc okazję cieszyć się świadomością, że ich dodanie do moich, już i tak obszernych, choć przecież mimo wszystko odważnych notatek, zapisze się jednak na kartach historii. Szczerze mówiąc, gdyby nie brak miejsca, chyba nie oparłbym się pokusie szerszego podejścia do tego tematu – kwestii powszechnej akceptacji ilustrowania tekstów, które w naszych czasach wcześniej czy później stanie się faktem dla autorów dążących do malowania obrazów słowem, sztuka ta bowiem coraz częściej jest spychana przez konkurencyjny dla niej proces na margines. Istotę wszelkiej sztuki figuratywnej stanowi, oczywiście, nawał bezpośrednich obrazów, ja zaś, ze wszystkich ludzi na świecie, powinienem przecież krzywo patrzeć na podobną propozycję ze strony moich współpracowników, by „zaszczepić” we własnej wizji, dodać do niej obraz namalowany cudzą ręką, co w mojej opinii niezmiennie stanowi nieuprawnione działanie. Oczywiście, uwaga ta kładzie się cieniem na owej „obrazkowości” prozy, z którą współcześni pisarze angielscy i amerykańscy coraz częściej są zmuszeni się godzić, choćby najbardziej nawet niechętnie, jednak taka chwila zadumy przypomina morał, jaki płynie dla nas z owego zagrożenia.

Wszystko, co zwalnia odpowiedzialną prozę z obowiązku bycia wystarczająco dobrą, interesującą oraz, jeśli już mowa o jej obrazowości, malarską w samej swej istocie, oddaje jej doprawdy niedźwiedzią przysługę, mogąc rodzić nawet wśród miłośników literatury spore wątpliwości co do zasadności jej istnienia. Jeśli autor ogranicza czytelnika o „artystycznych” skłonnościach do podobnego stanu ułudy za sprawą tworzonych przez siebie obrazów, zwykle nie dają one odbiorcy spokoju tak długo, dopóki nie zdecyduje się ich uwiecznić, odwzorować w jakimś innym medium, sztuce, którą sam się para, choć przyznaję, że nic nie byłoby w stanie lepiej od podobnego zabiegu współgrać z pragnieniem czy też ambicją roztaczania literackiego uroku. To wręcz czarujące dla pomysłodawcy, twórcy postaci i scen, które stają się właściwie niczym od momentu, gdy nie uda się im przybrać mniej lub bardziej widocznej formy, czarujące dla manipulatora żonglującego perspektywą, ujrzeć podobną potęgę, którą mógłby posiadać, dostrzeżoną, wręcz zaaprobowaną, za sprawą owoców wydanych przez posiane jego ręką ziarno. Jego własny ogródek to jednak zupełnie inna sprawa od ogrodu, którego pełen rozkwit pomógł zapewnić cudzymi rękami, co oznacza, że rama jakiegoś dzieła wcale nie musi zapewnić odpowiedniego miejsca do rozwinięcia fabuły, tak jak nie oczekujemy podania mięsiwa i ryby na jednym półmisku. Innymi słowy, prozaik przyjmuje ilustracje z dumą i radością, ale również z przekonaniem, że gdyby tylko udało mu się pohamować „literacką zazdrość”, mogłyby się one wyróżnić jako samodzielna, niezależna publikacja, stając się jeszcze wspanialszym hołdem dla jego dzieła, którego ducha odzwierciedlają, tak jak słowo pisane kryje w sobie malarski potencjał. Tak więc wygląda moje nieco obraźliwe rozróżnienie pomiędzy „ramą” pisarza a rysownika, jeśli jednak mimo wszystko nadal jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że A.L. Coburn ma również pewien wkład w dodanie wartości każdemu z poniższych tomów – wkład zapewniony przez tak odmienne medium, jak to tylko możliwe – to wyłącznie dlatego, że zaproponowane fotografie miały stanowić odzwierciedlenie poszukiwań nowej drogi, którą zresztą, moim zdaniem, szczęśliwie udało się im odnaleźć, bez zbędnego udawania, że są w stanie dotrzymać kroku swojej ekscytującej treści. To oczywiście zdyskredytowałoby je całkowicie w moich oczach, bowiem podchodzę do tej kwestii wyjątkowo surowo, w tym wypadku okazały się one jednak „w porządku”, by użyć tu równie analitycznego zwrotu współczesnej krytyki, za sprawą owej dyskretnej rywalizacji. Szczerze mówiąc, nic nie mogłoby rozbawić autora bardziej niż możliwość poszukiwania zestawu dających się odtworzyć w innej materii tematów – zwłaszcza tych stanowiących wdzięczny temat dla fotografii – które nie powinny nawiązywać do powieści czy też opowiadania w sposób wręcz konkurencyjny i oczywisty, ale całkiem przeciwnie, bronić swojej sprawy z pewną nieśmiałością, typową dla obrazów stanowiących jedynie wizualny symbol czy też odbicie, wyraz odzwierciedlający nie jakiś konkretny element tekstu, lecz jedynie ogólną ideę tej czy owej rzeczy. W naszym przypadku miały one pozostać jedynie obrazkami przedstawiającymi „przygotowaną” przez nas scenę, na której zabrakło aktorów, co jednak najbardziej interesujące, to właśnie one powstały pierwsze.

Wiązało się to zresztą z dosyć zabawnymi poszukiwaniami, które z chęcią opiszę tu dokładniej, jako że wymagały one, dość zresztą nieoczekiwanie, zakrojonych na szeroką skalę i niezwykle pouczających, acz raczej przypadkowych studiów nad scenerią ulic Londynu, jak się okazało, niwą wydającą doprawdy wspaniały plon od chwili, gdy w towarzystwie jednego z moich kolegów artystów rzuciłem na nią światło naszego nieco naiwnego pomysłu – to znaczy przekonania, że wygląd rzeczy czy też ich powiązania mogą z racji swoich zalet stanowić dowód na istnienie ich związku z jakimś konkretnym elementem fabuły, jak również ich niezwykłej czy też po prostu interesującej wartości. Nietrudno zauważyć, że seria rycin, choć doskonale służy naszym celom, w znacznym stopniu zakłada jednak „odtworzenie” pewnych nieożywionych właściwości londyńskich ulic, toteż fakt, że okazała się wystarczająca do zbudowania przekonującej scenerii dla niniejszych tomów, stanowi niezmiennie źródło zarówno zdziwienia, jak i komfortu. Przyznaję, że nawet za cenę braku konsekwencji w moim nastawieniu do tak „zaszczepionego” w tkance tekstu obrazu byłem skłonny ulec czystej przyjemności odkrywania miasta, tak wielkiej od samego początku dzięki całej galerii interesujących osobliwości, dla których każdy miłośnik Londynu jest gotów postawić ostatniego pensa na to niesamowite miasto. Nie zawsze od razu znajdowaliśmy z moim towarzyszem wędrówek to, czego szukaliśmy, ale często już same poszukiwania rzucały dosyć światła na pytanie, czym ów „obiekt”, „postać” lub też ogólna idea mają być, czym zaś nie, ostatecznie jednak nasza misja zakończyła się całkowitym, nie waham się tu użyć podobnego określenia, sukcesem. Na przykład jeśli chodzi o odpowiedni wstęp do pierwszego tomu „Złotej czary”, od razu czuliśmy, że nic nie byłoby tu odpowiedniejsze niż widok małego sklepiku, w którym bohater po raz pierwszy ową czarę widzi.

Problem ten okazał się zresztą niezwykle ekscytujący, chociaż bowiem sklepik ów stanowił jedynie wytwór wyobraźni autora, element wyczarowanego przez niego świata, miejsce, w którym wszystkie elementy wystroju są ze sobą powiązane, a więc nie mogły zostać „zaczerpnięte” z jakiegoś konkretnego lokalu, obraz wydestylowany z kropli esencji dziesiątków takich sklepów, potrzebowaliśmy (ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, każda z ilustracji miała również pozostać całkowicie niezależnym dziełem) jakiegoś konkretu, przykładu, który urzekłby nas swoją przypadkową trafnością. Tak łatwo mógłby się przecież okazać niewłaściwy – przez sam fakt swojego istnienia. Przede wszystkim musiał być takim, jakim powinny go uczynić Londyn, przypadek i skrajne nieprawdopodobieństwo, następnie zaś winien dawać nam pełen obraz wizyt księcia, Charlotte oraz księżnej. Oczywiście, obraz spełniający wszystkie te wymogi długo się nam wymykał, nie miało to jednak wpływu na naszą naiwną pewność, że ta konkretna scenka gdzieś tam na nas czeka, skoro Londyn zawsze ofiarowuje człowiekowi to, czego ten akurat szuka. Nie myliliśmy się, choć w tym momencie muszę się ugryźć w język, nic bowiem nie skłoniłoby mnie teraz do zdradzenia, o jakie miejsce chodzi. Tak samo jak, by zakończyć temat, było równie oczywiste, że dla potrzeb drugiego tomu mej powieści nic nie wydawało się równie odpowiednie jak pewne uogólnione wyobrażenie Portland Place. Jednak zarówno nasze ograniczenia, jak również nasze możliwości zdawały się wynikać z faktu, że w przeciwieństwie do beztroskich rysowników mieliśmy nie „stworzyć”, lecz „odtworzyć” to miejsce z najwyższą finezją, chodziło bowiem o to, by wyczarować na kartach książki uogólnioną wizję owej ulicy. Tak właśnie owo cudowne miasto, jak określiłem je już wcześniej, idzie czasem na kompromis wobec tych postaci inteligencji zrodzonych w jego łonie, które ono samo uznaje. Wszystko to oznaczało wszakże, że na jedną niezwykłą nastrojową chwilę owa nijaka, filistyńska perspektywa musiała zamienić się w interesujący widok za sprawą jakiegoś cudu, do którego tylko Londyn jest zdolny, naszym zaś zadaniem było ogarnąć to rozumem. Chyba jednak posuwam się w swojej relacji za daleko.

To tyle, jeśli chodzi o zaledwie poniektóre wnioski, płynące z ponownej lektury powieści oraz rozważań nad jej odpowiednim zobrazowaniem, ponieważ cały czas mam wrażenie, że na moje zainteresowanie czeka jeszcze sytuacja znacznie bardziej paląca od wspomnianych powyżej kwestii. Przeczytanie w porządku chronologicznym moich najnowszych tekstów oznaczało dla mnie tak naprawdę uświadomienie sobie, że w przypadku ostatnich publikacji (choć można to również powiedzieć o wcześniejszych elementach serii) przeprowadziłem cały ten proces zgodnie ze współczesnymi, całkiem oczywistymi, realnymi warunkami, musiałem więc przyjąć do wiadomości, że moja obecna uwaga pokrywa się wystarczająco z pierwotną linią ekspresji, że moje rozumienie tekstu, wyartykułowane już konkretnie, wpasowuje się praktycznie bez problemu, bez owej udręki niepewności, w niezliczone zawczasu przygotowane dla niego miejsca. Tak jak kronikarz stara się poznać temat, by móc o nim mówić, tak moje, jako czytelnika, pojmowanie owej treści wychodzi mu naprzeciw, tak bierne, chłonne, pełne uznania, a często wręcz wdzięczne; tkwiąc w błogiej nieświadomości co do istnienia jakiejkolwiek przeszkody we wzajemnych relacjach, jakiejkolwiek rozbieżności rozumowania między nami. Jako uległy, choć obdarzony wyobraźnią czytelnik potulnie podążam jego śladem, jego wizja bowiem zdawała się idealnie współgrać w każdym aspekcie z moimi wyobrażeniami, tak jak wycięty z papieru kształt narzuca swą formę ostremu cieniowi na ścianie, bez jakiegokolwiek nadmiaru czy niedostatku. To uświadomiło mi, z jak odmiennymi problemami będę się musiał zmierzyć, biorąc do ręki któryś z moich wcześniejszych tekstów, z tego zaś powrotu miał się zrodzić zupełnie nowy rodzaj świadomości. Przy czym nic w moim ożywionym na nowo zainteresowaniu tymi sprawami, właściwie każdym z powstałych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat tekstów, nie było bardziej oczywiste niż owa prawda, iż żaden równie ożywczy, pełen uznania proces nie mógłby mieć miejsca jedynie w oparciu o ewidentne wyznaczniki ekspresji – dzięki tak częstemu rozdźwiękowi pomiędzy moją obecną metodą działania a tą z przeszłości, której następstwo stanowiły owe istniejące już ślady. Zupełnie jakby, całkiem zresztą rozsądnie, czysta materia nadal się przede mną rozciągała, nieskazitelna niczym lśniąca warstwa śniegu, pokrywająca równinę, mój badawczy krok zaś znaczył się na jego gładkiej bieli kompletnie nowym tropem, mniej lub bardziej zgodnym z pierwotnym śladem, zazwyczaj jednak naruszającym powierzchnię śnieżnego puchu w odmiennych miejscach. Szczególnie interesujące wydało mi się dostrzeżenie ogromnej dozy spontaniczności owych odstępstw i odmienności, które tym sposobem stały się nie tyle kwestią wyboru, ile bezpośredniej, doskonałej konieczności: konieczności zajęcia się w ogóle całą tą obfitością.

I odpowiednio żadna eskapada, jak błyskawicznie się zorientowałem, nie mogłaby się okazać bardziej pewna i swobodna niż ów nieskończenie interesujący i zabawny akt ponownego zagarnięcia sensu; to wyzbycie się wszelkich ograniczeń teorii, wyzwolenie od upokarzającej niepewności – tak jak miało się wkrótce okazać – sytuacja równie ożywcza, czy przynajmniej doniosła, jak nieoczekiwane ogarnięcie absolutu przez filozoficznie nastawiony umysł. W istocie cóż mogłoby być bardziej zachwycającego niż rozkoszowanie się prawdą ostateczną w równie sprzyjających okolicznościach? Odstępstwa i różnice oczywiście mogły w ogóle nie ujrzeć światła dziennego, jednak od chwili, gdy zaczęły w sposób tak naturalny się mnożyć, przeistoczyły się, jak ja to nazywam, w moją metodę poznawczą. Kwestia „sprawdzenia” istniejących już tekstów budziła mój niepokój, a momentami wydawała mi się nawet najeżona trudnościami nie do pokonania, lecz ów etap niepewności, jak ku swojej niepomiernej radości miałem się wkrótce przekonać, spowodowany był niemal wyłącznie przez stan odłożonego w czasie doświadczenia lub też przedłużającej się, fatalistycznej wręcz obojętności. Ponieważ zaś stworzenie dzieła, którego nie trzeba by już uzupełniać czy wyjaśniać, przez całe lata stanowiło dla mnie jedyne prawo, podczas owego nudnego bezkrólewia, gdzie jedyną regułę, jak powinniśmy to chyba jasno zaznaczyć, stanowiła właśnie ignorancja, zdradzieckie wątpliwości co do tego, z czym tak naprawdę się mierzymy, miały dość czasu, by wychynąć na światło dzienne i rozkwitnąć. Na dodatek wcale niemałą rolę odegrał w tym naiwny lęk, że wszelkie próby zaprowadzenia porządku pośród płodów swojego umysłu, choćby chodziło jedynie o zdmuchnięcie nagromadzonego przez lata kurzu czy wyszorowanie pomarszczonych twarzy, przygładzenie posiwiałych pukli lub poprawienie niemodnego stroju, mogą stanowić wstęp do niezwykle kosztownych poprawek. Skorzystałem tutaj z porównania do wieku i zniedołężnienia, choć w zasadzie postrzegałem ponowne narodziny mojego pierworodnego dziecka – która to sytuacja byłaby pewnie nie do pomyślenia, gdyby nie dziedzictwo w postaci znacznie bardziej obiecującego, spójnego materiału czy zbieranych przez lata rozmaitości w zakresie formy, kształtu, rozmiarów, pełnych godności i właściwego nastawienia, niż zwykle roiło się w ludzkich głowach w oczekiwaniu na to, by przybrać właściwą postać – raczej jako pojawienie się trzódki niezdarnych pociech w bawialni na wyraźną prośbę ciekawskich, choć w sumie życzliwych, a może nawet faktycznie zainteresowanych gości. Dlatego właśnie przyjąłem za pewnik powszechne w takiej sytuacji nakazy przyzwoitości – odpowiedzialne spojrzenie jakiegoś autorytetu, przesuwane od jednego oseska do drugiego, nerwowy błysk igły, niemożliwe do przeoczenia efekty działania wody z mydłem, a wszystko to zastosowane ze względu na światło salonowych lamp, tak bezlitosne w porównaniu z przyćmionym blaskiem świec w dziecinnym pokoju. Przez cały ten czas zdawałem sobie jednak sprawę, że od momentu, kiedy uznałem za niezbędne szybkie przesunięcie szczotką po włosach czy zacerowanie drobnego rozdarcia, naczelną zasadą miała się dla mnie stać konieczność uczynienia mojej progenitury godną zaprezentowania w znacznie szlachetniejszym świetle, tu zaś czyhało na mnie prawdziwe niebezpieczeństwo.

Obawiam się, że w wolnych chwilach marnowałem czas na zastanawianie się, jakim cudem ograniczenia w swobodnym używaniu igły i gąbki można by określić inaczej niż jako arbitralne. Przyznanie się do podobnej niedoskonałości oznaczałoby w tym wypadku uznanie tychże ograniczeń za doprawdy obmierzłe.

„Żadnych ingerencji ze strony piastunki!”, tak mogło brzmieć najzupełniej prawdopodobne, choć jakże barbarzyńskie napomnienie, ale jedynie w świetle prawdy, że nigdy nie poskutkowało ono w żadnym sprawiedliwym i majestatycznym, acz pozbawionym wulgarnej lekkomyślności wznowieniu tekstu. Tak więc nietrudno dostrzec, że jakiekolwiek odstępstwo od tej reguły, użycie choć odrobiny mydła, pozostawiło drzwi otwarte na oścież. Wszelkie prośby, by pobłażliwy przeciwnik rygoru bawialni, a więc oczyszczania niewinnego dziecięctwa ze wszystkiego, co brudne, zechciał łaskawie odmierzyć stosowną ilość dezynfekującego płynu, bez wątpienia wprawiłyby owego arbitra w zdumienie. Jednakowoż sam, powtarzam to po raz kolejny, w momentach największego chaosu na niego się właśnie powoływałem, niezdolny przewidzieć, jak cudowną odpowiedź na moje wątpliwości szykuje tymczasem dla mnie przyszłość. Tak otwarcie wystawić tekst na próbę – innymi słowy, rozpocząć jego ponowną lekturę – oznaczało przyjrzeć się poszczególnym jego elementom i tym samym kolejnym szczęśliwym zrządzeniem losu uwolnić go od wszelkich wątpliwości. To właśnie owo nerwowe odwlekanie równie pełnego szacunku podejścia określiłem przed chwilą mianem marnowania czasu. Podobna niezręczność płynęła, jak miałem się przekonać we właściwym momencie, z mojej aż nazbyt uniżonej zgody na wyniosłość cechującą sam termin „adiustacja” oraz z mojej nieumiejętności przeanalizowania znaczenia tego słowa. Nanoszenie poprawek oznacza konieczność ponownego przejrzenia, sprawdzenia wszystkiego, co w wypadku słowa pisanego równa się ni mniej, ni więcej, tylko jego ponownej lekturze. Niestety, oznaczało to w moim ponurym stanie ducha konieczność napisania wszystkiego od nowa, co przecież nie powinno mieć miejsca, jak podsuwała mi świadoma część umysłu. Podobne zadanie jawiło mi się jako trudne, niedorzeczne, wręcz niemożliwe – skoro zaś o tym mowa, to w podobnym duchu postrzegałem też ponowną lekturę własnych dzieł. Jednak szczęśliwym zrządzeniem losu w trakcie owego przedsięwzięcia okazało się, że tam, gdzie ponuro zakładałem konieczność zdwojenia wysiłków, potrzeba było tylko jednego podejścia – na dodatek sprawiającego wrażenie trudnego jedynie na pierwszy rzut oka. Czym mogłoby się okazać ponowne pisanie tekstu, już na zawsze miało dla mnie pozostać zagadką. Z drugiej strony, nanoszenie poprawek we własnych dziełach, akt patrzenia na dany tekst świeżym okiem sprawiały, że wszystko rozkwitało teraz przede mną w jedynych godnych to wyrazić słowach, każdy zaś „poprawiony” element niniejszej edycji to ten, który za sprawą owych rygorystycznych założeń ponownej lektury zwrócił moją uwagę, cała masa drobnych zapisków, dotyczących konkretnego sposobu wyrażenia tematu, który doświadczenie ostatecznie uczyniło jedynym możliwym do zaakceptowania.

Naprawdę interesujące i, odważę się zauważyć, również zachwycająco trudne byłoby jednak zagłębienie się w historię podobnego doświadczenia, innymi słowy, historię rozwoju wspaniałego zestawu pojęć, percepcyjnych i ekspresywnych, które w każdym zdaniu czy akapicie, na każdej wręcz stronie, zwyczajnie wykraczały w sposób opisany przeze mnie powyżej poza ustalone już określenia – choć może raczej przypominały w tym wypadku czujne skrzydlate stworzenia, które przysiadły na tych najniższych szczytach tylko po to, by stamtąd wzbić się wyżej, ku przejrzystszemu powietrzu. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do jednego – w każdym razie dla dojrzalszego umysłu, o ile, oczywiście, założymy, iż umysł ów wciąż pozostaje otwarty na tego rodzaju wątpliwości – równie intensywnego zainteresowania tematem, czy też, by ująć to bardziej prozaicznie, podobnej intelektualnej „zabawy”: skąd wzięło się owo światło doświadczenia i czemu nadal uparcie lśni. W ten sposób postawione pytanie jest szczególnie ważne, jak wspomniałem, ponieważ tak naprawdę stanowi istotę życia artysty – w każdym razie, by ująć to bardziej klarownie, jego życia intelektualnego. „Dawna” materia wciąż tam jest, na nowo zbadana, zaakceptowana, zasymilowana, doceniona – w którą, mówiąc krótko, nadal wierzę z tym samym wdzięcznym przekonaniem (jako że za każdym razem, kiedy owa wiara podsuwała mi pewne wątpliwości, zwyczajnie traktowałem to jako argument przeciwko konkretnej tematyce i po prostu ją zarzucałem), choć na potrzeby nowego świadectwa, ponownego ugruntowania wartości odkrywa ona jakby za sprawą działania jakiejś niesamowitej, może skromnej i uśpionej, a przecież skoncentrowanej siły dziesiątki odpowiedniejszych sposobów wyrażania. To właśnie nad owym fenomenem, nad jego bogatą historią pochylam się ze szczególną troską – co z powodów, o których wspominałem już wcześniej, oznacza niejako prześledzenie od samego początku całej drogi rozwoju czyjegoś „gustu”, jak zwykło się mawiać w dawnych czasach: cudowne, wszechstronne określenie na tyle rozmaitych rzeczy, które tkwią głęboko w każdym z nas. „Gust” poety jest tym, co nadaje sens jego życiu, o ile poezja bierze w nim górę nad całą resztą, kiedy więc już zdołamy tenże gust uchwycić, zdobędziemy srebrny klucz do labiryntu świadomości artysty. On sam też to przeczuwa, dostrzega, jakie to ważne, za każdym razem, kiedy w jego głowie aż roi się od uwag poczynionych podczas owej ponownej lektury, wedle moich własnych słów, co przytrafiało się mu w ostatnich czasach już niejeden raz w sposób jakże budujący dla nas, czytelników. A przytrafia mu się to, jak widzę, najczęściej, kiedy to poezja stanowi jego główną formę wyrazu; co jednak w żadnym razie nie czyni jego sytuacji wyjątkową, bowiem nawet dla najbardziej ograniczonej inteligencji musi być oczywiste, że miano, jakie mu nadajemy, stanowi jedynie dogodne określenie dla tych, którzy z pasją pielęgnują taki obraz życia i odzwierciedlającej je sztuki, w ogólnym rozrachunku tak przecież korzystny. „Poeta” to człowiek przemawiający pod wpływem boskich wizji, niezależnie od tego, kim tak naprawdę jest, tracący prawo do tego miana jedynie wtedy, gdy jego postać, nieważne, jak powierzchowna czy prostacka, staje się bogów niegodna, w którym to jednak wypadku, śpieszę natychmiast dodać, w ogóle nie jest wart wysłuchania. Bóstwo przygarnia go jednak pod swoje skrzydła, potwierdzając tym samym jego wyjątkową rolę i prawo do miana artysty, gdy każdy z jego natchnionych porywów, każda z namiętności okazują się wszechogarniające i absolutne – zastrzeżenie w zakresie definicji, które mówi tak wiele o równie drobnej różnicy jak ta pomiędzy poezją i prozą.

W każdym razie fakt, że poeci, przynajmniej ci najbardziej intrygujący, doświadczają rozmaitych wizji w związku z zajmującą ich materią, stanowi najlepsze świadectwo działania owej reguły przyciągania wszędzie tam, gdzie umysł jest, jak zauważyłem to już wcześniej, „dostępny” – to znaczy wystarczająco otwarty na szlachetny urok interesującego nas tematu i na poczucie, że w ogóle warto się tym zająć. Choć muszę w tym miejscu zauważyć, że jeśli chodzi o mnie, owo ponowne zajęcie się daną materią zawsze stanowiło najmniej istotny aspekt całego procesu kolejnej edycji tekstu, wystarczył bowiem najmniejszy gest z mojej strony, bym znowu miał ręce pełne roboty, bo zgromadzony materiał zdawał się stanowić istny róg obfitości, wciąż obdarowujący mnie na nowo. Wspominałem już, co prawda, o pewnych ograniczeniach płynących z podobnego bogactwa, bo przecież nie raz przyłapywałem się na tym, że wcale nie jestem skłonny przyjmować na każdych warunkach wszystko to, co podsuwa mi wyobraźnia, jednak w większości wypadków towarzyszyło mi poczucie wdzięczności za podobny nadmiar wrażeń, luksus, którego jedynym warunkiem jest to, bym zgodził się na rolę inteligentnego słuchacza. Ów zgromadzony w dziesiątkach najprzeróżniejszych form materiał, tak podatny na wszelkie zainteresowanie, zdawał się zresztą proponować mi, w kilku krótkich słowach, interes najlepszy z możliwych. „Uwierz w nas, a sam się przekonasz!” – było to tak proste, a jednak równie ekscytujące, jak ciągłe poszukiwanie kolejnych, nieodkrytych jeszcze znaczeń. Tak więc zobaczyłem to, co zobaczyłem, czego oczywiste dowody, śmiem tuszyć, czytelnik znajdzie na kolejnych stronach niniejszej powieści, choć jeden fascynujący element wybijał się nieustannie na pierwszy plan: świadomość, tak wyraźna na każdym etapie mej podróży, zmiennych kolei mojej pierwotnej eskapady. Już samo to wystarczyło, by zbudzić w moim sercu pełne napięcia podekscytowanie, czegóż bowiem miałem się spodziewać podczas tej krytycznej lektury: serii miłych wrażeń, czy też wręcz przeciwnie, rozczarowań? Choć jeśli przyjrzeć się temu uważniej, nawet tak niedopasowane elementy zdają się niezbędne, by rzucić światło na co bardziej szczęśliwe rozwiązania, tak jak dwie różne strony monety dopełniają się wzajemnie. Tak czy inaczej, nie byłem jednak w stanie przewidzieć wszelkich możliwości, zmian i powiązań, bowiem dopiero wyruszywszy w podróż, mogłem poznać ich prawdziwą naturę, krytyczne spojrzenie po fakcie miało zaś odsłonić w nich te wszystkie momenty zawahania i zdumienia, przynieść uczucie zarówno rozczarowania, jak i uniesienia: niezbity dowód, że cały tekst stanowił żywą istotę.

Tempo, w jakim pojawiały się te nowe interpretacje, nowe rozumienie tekstu, mające się złożyć na właściwe jedno słuszne odczytanie sensu, stało się zapisem, odzwierciedleniem ogólnej wyprawy ludzkiego intelektu; aż człowiek nie mógł się wprost nadziwić takiej różnorodności dostępnych wręcz na wyciągnięcie ręki wyznaczników tego, co można uznać za właściwą „interpretację” utworu, czego zaś nie. Ze wszystkich pytań, które mi się w takich momentach nasuwały, jedno pojawiało się szczególnie często: jakim cudem pisarze podczas „redagowania” własnego tekstu są w ogóle w stanie bronić się skutecznie przed nawałą tych wszystkich nowych odczytań, które w większości wypadków wydają się po prostu nieuniknione. Słowa, które zdają się najlepiej oddawać zamysł autora, są bowiem niczym kwiaty żyjące własnym życiem, rozkwitające nieoczekiwanie (często wystarczy tu ułamek sekundy) w samym środku zebranego naręcza roślin. Takie zalążki pąków zwyczajnie już tam są, właściwie nim ktokolwiek zdąży za nimi zatęsknić czy uświadomić sobie ich istnienie – toteż nigdy tak naprawdę nie zdołamy zrozumieć, przynajmniej moim zdaniem, w czym tkwi sekret powodzenia osoby nanoszącej poprawki w tekście, dla której kolor i zapach tego kwiecia na chwilę wprowadza zamęt, by zaraz potem znaleźć dla siebie właściwe miejsce. Wszelkie nasze domysły są jednak daremne, jak przyjdzie nam się szybko przekonać, z tego prostego powodu, że jeszcze żaden znany mi pisarz nie okazał się skłonny do rozmowy na ten temat. „Nikt nie robi takich rzeczy”, w takich chwilach przypominają mi się te słyszane wielokrotnie słowa, innymi słowy, ludzie tak naprawdę nie czytają swoich tekstów od nowa, nie tak naprawdę, bo nie próbują przecież nawet tchnąć nowego życia w skostniałą formę utworu i przebić się przez tę twardą skorupę na jego powierzchni – na skutek czego, śpieszę tu dodać, sytuacja pozostaje prosta, a odpowiedzialność autora może spoczywać obok jego pracy niczym lew obok jagnięcia, gdyby zaś postąpili inaczej, musieliby zawczasu zamknąć swe oczy i uszy. Na tę ostatnią odważną zasadę spoglądam jednak pełen wątpliwości, w jakich konkretnie przypadkach – poniósłszy klęskę w tych, o których już wspomniałem – mogłaby ona znaleźć zastosowanie. W każdym razie przeciwnicy poprawiania tekstów z jakichkolwiek względów są wystarczająco liczni i elokwentni w dowodzeniu swoich racji – ich wiara, co chyba oczywiste, pozostaje głęboka, ich życie wolne od trosk, ich spokój niezmącony. Jednak ten obraz autora, który wcale do nanoszenia poprawek we własnych utworach skłonny nie jest, owego stronniczego krytyka, który okazuje się tak niekonsekwentną i nieszczerą, wręcz podejrzaną personą, wciąż staje mi przed oczami, by podać w wątpliwość moje przekonanie. Gdzie się na niego natknęliśmy w naszych wędrówkach po interesującej prozie, skoro już o tym mowa, no i czemu zakładamy, że musimy w niego wierzyć, zanim nie będziemy do tego zmuszeni?

Jeśli potrzebuję wytchnienia i odmiany, zwracam się ku pokaźnemu dorobkowi Balzaca, gdzie zawsze znajdę całkowite przeciwieństwo takiego obrazu, tak kompletne w swoim podejściu do tego, co „przeszłe”. Ów pisarz w obliczu nowych terminów, lepszych środków wyrazu (a owe rzeczy, jak wiadomo, rozrastały się wokół niego z niewyobrażalną wprost szybkością) nigdy nie zdołał dostrzec czy wypowiedzieć wszystkiego, nigdy też jednak nie ustał w ciągłym dążeniu ku ideałowi. Przypadek Balzaca jest szczególnie wyrazisty i ważny, toteż w jego ochronnym cieniu mogę bez przeszkód szukać czegoś, co przypomni mi sens owych uwag. Jesteśmy dłużnikami jego wrażliwości pisarza, która nigdy nie przestała służyć za wzór, choć czasem musimy przypomnieć sobie ów najwspanialszy obraz tego, co nieodwracalne, naszą największą i najbogatszą spuściznę twórczej prozy. Już samo to wystarczy, by wzmocnić moje zainteresowanie kwestią pobudzania, przeżywania na nowo wizji – gdyby moje własne doświadczenia, powszechnie zresztą znane, nie dostarczyły mi dosyć materiału do przemyśleń. Czytelnik może wręcz odnieść wrażenie, że zatracam się w tej niezrozumiałej obfitości, niezrozumiałej bez wątpienia dlatego, że składającej się z tylu różnorodnych, delikatnych rzeczy, tak płochliwych i nieuchwytnych, zwodniczych i nieodgadnionych, które przyczyniają się do głębokich i właściwie wręcz pewnych zmian. W każdym razie to wystarczy, aby poczuć się jednocześnie oczarowanym i zadziwionym przemianami dostępnymi właściwie na wyciągnięcie ręki, bez sondowania nieznanych, niezgłębionych wód. Ponieważ jednak owo przyjemne podniecenie oraz niedoskonała jeszcze przytomność umysłu mogą, na tej samej podstawie, stanowić doskonałe źródło pokrzepienia, dzięki czemu rozbrzmiewający w tym całym podekscytowaniu ciągły refren – „Gdyby tylko można było napisać tekst na nowo, gdyby tylko można było lepiej oddać sprawiedliwość tym wszystkim poprawkom na jego topornej powierzchni, lichym drobinom świadomie skromnej materii, które rzucają się w oczy za sprawą smutnej przygany dla dawnych niedorzeczności artystycznego podejścia!” – owa pełna tęsknoty refleksja ma tak wiele wspaniałych, pozytywnych momentów, bez wątpienia osiągając swoje apogeum na przepełnionych smutkiem kartach „Amerykanina”, gdzie, biorąc pod uwagę wszelkie elementy i samą istotę tekstu, owa długo chowana uraza znalazła wreszcie swe ujście, niczym postać zbyt długo odziana w niedopasowany strój, strój tandetnie przyozdobiony i wręcz jej niegodny. Z drugiej strony, owa ostrość wezwania, domaganie się przykładnej kary albo przynajmniej podstawowej sprawiedliwości okazały się praktycznie niczym w obliczu znacznie lepszych literackich rozwiązań „Ambasadorów” i „Złotej czary” – przy czym mogę tę listę znacząco rozszerzyć, dodając do niej parę opowiadań.

Nieuchronnie, przede wszystkim w wypadku „Amerykanina”, choć w niewiele mniejszym stopniu także „Portretu damy” oraz „Księżnej Casamassimy”, każdego z tych tekstów pełnych historii o dobrych intencjach, zniweczonych za sprawą podstępnych machinacji, biegłości aż nazbyt spóźnionej, mogłem jedynie roić sobie to wszystko od nowa w trakcie powtórnej lektury tekstu, szukać odmiennych środków wyrazu, z nadzieją, że dla jakiegoś świeższego, bardziej przenikliwego krytycznego intelektu nie przywracałem do życia dawnych nieszczęść i wypadków, nie otwierałem starych ran i blizn całkiem na darmo. To samo tyczy się zresztą ewentualnego oddziaływania tego procesu na wiele z zebranych już, krótszych i dłuższych utworów; wciąż nie przestaję się bowiem modlić o to, by subtelniejszy nastrój tak ulepszonej formy dodawał im wystarczającej pozłoty – przynajmniej dla tych czytelników, choćby nawet nielicznych, którzy wykażą zainteresowanie tematem nastroju i formy. W tym momencie formułowania końcowych już przecież uwag nic nie mogłoby wydawać mi się trafniejszym wyborem – oczywiście, przy założeniu sporego marginesu swobody – niż próba rzucenia odrobiny światła na to, jak niektóre z moich wizji okazały się twardo, nieustępliwie wręcz powtarzać, podczas gdy inne ochoczo, acz z rumieńcem zawstydzenia zdawały się na nowo odradzać. I jeden, i drugi sposób bez wątpienia pozwalały mi jednak uniknąć sromoty, choć muszę tu przyznać, że generalnie dla mnie jako obserwatora znacznie ciekawsze wydaje się obserwowanie, jak tekst rodzi się na nowo, niż powtarza jedynie to, co wydało mi się warte zachowania. Czymże było w najgorszym wypadku owo zadanie, muszę tu spytać, jeśli nie szczerym zaproszeniem czytelnika, aby odważył się śnić w moim towarzystwie, by jeszcze lepiej pojąć, co chciałem w swym tekście wyrazić? Najważniejszą konsekwencję ponownej lektury zawsze stanowi bowiem świadomość, że w głębokim oceanie naszych wysiłków można znaleźć znacznie więcej połyskujących srebrzyście ryb, niż dałoby się schwytać w największą nawet sieć; więc tylko zwykła uprzejmość dyktuje autorowi, jaki kurs najlepiej obrać, by uczynić ów sens zaraźliwym – tak piękną sieć udaje mu się utkać, choć może żaden to powód do zachwytów, jeśli tylko ma na względzie ową ufność, którą sam przecież ochoczo wzbudził. I nic nie jest go w stanie zwolnić z obowiązku odpłacenia za to zaufanie.

Najlepszym sposobem byłoby dla niego zwielokrotnienie w każdym z powiązań wszelkich możliwych źródeł rozrywki albo też, by znów uciec się do grubiańskich określeń, zintensyfikowanie okazji do odczuwania przyjemności, wszystko sprowadza się bowiem właśnie do tego, do mojej i waszej „uciechy”, jeśli tylko pozwolimy temu słowu w pełni się rozwinąć, choć dla kwestii, czy tekst będzie czytelnika bawić, wcale nie są istotne najdrobniejsze nawet wątpliwości związane z jego tworzeniem, takie jak pytanie o kadencję zdań czy położenie przecinka. Wystarczy przez moment pomyśleć o takim tekście jako o grze figuratywnych wartości, które czynią go częścią, 1 to ważną częścią, naszego postrzegania świata przede wszystkim w jego wizualnym aspekcie – traktowania ich w najwyższym stopniu jako wizerunków, obrazów, figur, odwzorowań, tak istotnych dla naszego oglądu rzeczywistości – by natychmiast odczuć efekty podobnego stanu na każdym niemal zakręcie naszej drogi i w każdym niemal punkcie reprezentatywnej powierzchni. Wystarczy jedynie uchylić drzwi dla wszystkich sposobów obrazowania w ogóle godnych tego miana, by już po chwili ujrzeć, jak ów wyobrażeniowy, kwalifikujący czynnik natychmiast włącza się do gry. Możemy przemierzyć całe połacie oszukańczo przedstawieniowej prozy, której niezmiennie brak owego elementu bezpośrednio przywołującego i dokładnie odwzorowującego rzeczywistość, pozwalającego osiągnąć wierne podobieństwo, tworzącego przekonującą, czarowną, przemawiającą do odbiorcy iluzję. Wszystko to oznacza zaś ni mniej, ni więcej, że czytelnika trzeba, by użyć tu potocznego zwrotu, „kupić” – nawet jeśli biedak, ciągle zaskakiwany i oszukiwany w kwestii tego, co należy do jego obowiązków, niezbyt zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Tym samym w większości wypadków nie może się pochwalić, mam wrażenie, wystarczająco wyczuloną wrażliwością także w innych kwestiach, a już najmniej jeśli chodzi o to, że padł ofiarą oszustwa tam, gdzie obietnica prawdziwego oczarowania nie zdołała mu dostarczyć pełni przyjemności, która czeka jedynie na bezpośrednie odczytanie ze skierowanego do niego wezwania. Nie trzeba chyba dodawać, że najwyższą próbą jakiejkolwiek literackiej formy poczętej z „poezji” – jeśli użyć tego terminu w jego najszerszym sensie – jest jej głośne odczytanie. Mówimy tu, oczywiście, nie o formach niepoetyckich, lecz o takich, których przesłanie skierowane jest do wyobraźni czytelnika, zasadzającej się na nieobliczalności sztuki, na duchowej i estetycznej wizji, która ma porwać umysł swym urokiem i czarem. Zasadniczą właściwością takiej formy jest zdradzanie swoich najskrytszych tajemnic, i to zdradzanie ich z wdzięcznością, pod naciskiem uwagi otwarcie wyartykułowanej. Nawet jeśli nagradza ona ze wszystkich sił ową bezgłośną, „cichą” lekturę, nadal w sposób godny ubolewania „tłamsi” jej szanse na odniesienie powodzenia, nadal igra z rozbudzonymi apetytami, wobec których w istocie nigdy nie może pozostać obojętna, nie zadbawszy o zorganizowanie wszystkiego tak, by owe wspaniałe efekty dało się przypisać samemu aktowi i procesowi pojmowania, równie wspaniale domagającego się tego, co najlepsze. Potem zaś, niezawodnie i nie mniej pięknie, na to żądanie odpowiada; bowiem nigdzie nie znalazłem potwierdzenia dla równie dziwnej tezy, że prawdziwa wartość interesującej prozy zależy całkowicie od wstrzymania podobnych sprawdzianów – innymi słowy, od bycia, co doprawdy oburzające, jedynie pobieżnie przeglądaną, lekceważoną i mamrotaną pod nosem. Gustaw Flaubert znalazł na to doskonałe określenie – w tym sensie, że wszelka przedstawieniowa proza, która po odczytanu na głos okazuje się nie dość satysfakcjonująca, jest nieodpowiednia, bowiem nie potrafi odwzorować „prawdziwego życia”. Im bardziej bowiem pozostaje w nim zanurzona, tym większą przyjemność potrafi dawać, morał zaś jest taki, że – choć oczywiście można na ten temat powiedzieć jeszcze wiele innych, równie trafnych rzeczy – odkryłem, jak bardzo kolejna lektura tekstu wzmacnia we mnie pragnienie, by owo prawdziwe życie wiernie odwzorować.

Wszystko to bez wątpienia sprowadza się do stwierdzenia, że tak jak całe nasze życie składa się z takich doprowadzonych do końca spraw, które ze swojej strony przyczyniają się do wykonania kolejnych, tak nasze zachowanie i jego owoce stanowią tak naprawdę jednię, nieustępliwą i nienasyconą, toteż każdy nasz postępek pośród tylu innych uczynków mówi sam za siebie i każdy zazębia się z całą resztą. Im bardziej jesteśmy zdolni do działania, tym rzadziej szukamy po omacku takich różnic, dzięki czemu przy minimum zdolności zaczynamy z czasem rozumieć, że ujmowanie rzeczy w słowa to nic innego jak wykonywanie tego zadania dokładnie, odpowiedzialnie, bez końca. Nasz sposób wyrażania i pojmowania tych zależności stanowi element naszego postępowania, naszego życia niemal w tym samym stopniu, co każdy inny aspekt naszej wolności; takie sprawy stanowią bowiem w znacznej mierze doskonały materiał do działania. Co więcej, nasze literackie dokonania cieszą się tą przewagą nad tyloma innymi z naszych poczynań, że choć wędrują w świat i często błądzą nawet po pustyni, nie zatracają się do końca, bowiem ich powiązanie z nami, choćby najsłabsze, nigdy tak naprawdę nie przestaje istnieć – podczas gdy z tym, co nas z nimi wiąże, możemy uczynić niemal wszystko, na co przyjdzie nam ochota. Innymi słowy, jesteśmy skazani, czy tego chcemy, czy nie, na to, by porzucać, gubić, zapominać tyle z naszych ważnych społecznych wystąpień, oddawać je na pastwę rozpaczy i zwątpienia, choćby tylko dlatego, że te ślady, zapiski, powiązania, które chętnie byśmy zachowali, są praktycznie niemożliwe do uratowania spośród całej reszty. Rezygnujemy więc z nich, nawet kiedy tego nie chcemy – to nie jest kwestia wyboru. Z drugiej strony nie dotyczy to rzeczy wyższego rzędu, których jesteśmy „sprawcami” – o nich również moglibyśmy zapomnieć, a jednak nie musimy się przecież ich wypierać. Nasz związek z nimi jest oczywisty, ale w tym właśnie fakcie kryje się niezrównana przewaga artysty. To wyłącznie jego decyzja, że nie zrywa kontaktu z wyznawanymi przez siebie wartościami, nie „zdradza” tego, co najważniejsze. Nigdy nie będzie od nich oderwany, wystarczy, że nie będzie się taki czuł, bo przecież najlżejszy jego dotyk na nowo powołuje do życia cały łańcuch wzajemnych powiązań i odpowiedzialności. To znaczy, jeśli zawsze robi coś, czego we własnym mniemaniu nigdy dotąd nie miał okazji spróbować. A wszystko to oznacza dla niego działanie z wielkim zapamiętaniem, skoro jest to działanie publicznie zaświadczone. Nasze zachowanie często może się wydawać nierówne, ponieważ nieustannie wymyka się ono naszej władzy – wciąż na nowo musimy się godzić z tym, że jawi się ono całkiem bez osłonek, a więc w stanie nieznoszącym jakiejkolwiek krytyki. Jednak we wszystkich sytuacjach aspirujących do miana publicznych wystąpień nadal rządzi jedna naczelna prawda – skoro wszelka sztuka to kwestia odwzorowania, troska to sprawa aktywności, a zakończenie spójności, to dowiedziona pomyłka jest w istocie aktem przeprosin, bezsilny żal jałowym komentarzem, „powiązania” zaś przydatne do celów wyższych niż proste wyrażenie skruchy.

Henry James

TOM PIERWSZYKSIĄŻĘ

KSIĘGA PIERWSZA

I

Książę zawsze lubił Londyn, kiedy ten tak ochoczo się przed nim otwierał; był jednym z tych współczesnych rzymian, którzy znajdują nad Tamizą bardziej przekonujący obraz prawdy o starożytnym państwie niż ten pozostawiony nad Tybrem. Wychowany na legendzie wiecznego Miasta, któremu cały świat oddawał hołdy, dostrzegał podobny przypadek bardziej we współczesnym Londynie niż Rzymie swoich czasów. Jeśli chodziło o potęgę imperium, powtarzał sobie, jeśli tylko człowiek pragnął, jako rzymianin, odzyskać choć odrobinę poczucia tamtej potęgi, odpowiednim miejscem był tu London Bridge, w piękne majowe popołudnie zaś Hyde Park Corner. Jednakże jego szczególne upodobanie, w końcu wystarczająco nieuchwytne, nie zaprowadziło go w chwili, kiedy kierujemy na niego swoje oczy, do żadnego z tych miejsc – zwyczajnie wędrował teraz Bond Street, gdzie pod wpływem fantazji, pobudzonej jakimś ulotnym wrażeniem, przystawał tu i ówdzie przed sklepową witryną, pełną już to wielkich, przyciężkawych przedmiotów ze srebra i złota, o formach nadanych im przez szlachetne kamienie, już to rozmaitości ze skóry, metalu czy mosiądzu, z dziesiątkami rozmaitych zastosowań i przeznaczeń pożytecznych albo też nie, które leżały zrzucone na stos niczym zdobyte w dalekich krajach łupy zuchwałego imperium. Ruchy młodego mężczyzny nie zdradzały jednak większego zainteresowania – nawet wtedy, kiedy jeden z takich przystanków całkowicie odwrócił jego uwagę od możliwości kryjących się w mijanych na chodniku twarzach, osłoniętych ogromnymi, ozdobionymi wstążką kapeluszami albo jeszcze delikatniej ocienionych napiętym jedwabiem parasoli trzymanych pod najbardziej niezwykłymi kątami przez damy czekające w powozach. Owe pozbawione konkretnego punktu zaczepienia myśli księcia były zresztą dosyć symptomatyczne, choć bowiem minął już szczyt sezonu, a tłumy zalewające zazwyczaj ulice miasta zaczynały rzednąć, możliwość zlustrowania całej galerii twarzy wciąż stanowiła w to sierpniowe popołudnie jeden z najważniejszych elementów nadających ton całej scenerii. Książę czuł jednak zbyt wielki niepokój – tak właśnie wyglądała prawda – by się w ogóle skupić, a ewentualne umizgi były ostatnią rzeczą, jaka mogłaby mu teraz przyjść do głowy.

Zajmował się tym przez ostatnich sześć miesięcy tak intensywnie, jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu, a tym, co tak naprawdę przyprawiało go o niepewność w chwili, w której go poznajemy, było poczucie słuszności jego poczynań. Schwytanie zdobyczy zwieńczyło pogoń, czy też, jak ująłby to on sam, cnota została nagrodzona zwycięstwem; jednak świadomość tego faktu uczyniła go raczej statecznym niż radosnym. Powaga, która lepiej współgrałaby z porażką, gościła teraz na jego przystojnej twarzy o budująco regularnych, dostojnych rysach, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób wręcz promiennych za sprawą tych granatowych oczu, ciemnych wąsów i ogólnego wyrazu „cudzoziemskości” nie dość wyrazistego dla angielskiego oka, by wywołać coś więcej poza okazjonalną uwagą, kryjącą ową powierzchowną słuszność, że książę przypomina „wyrobionego” Irlandczyka. Tym razem chodziło o to, że parę kwadransów wcześniej, o trzeciej po południu, jego los został praktycznie przypieczętowany, a choć sam zainteresowany udawał, że nie zamierza się spierać z wyrokami przeznaczenia, chwila ta miała w sobie coś z surowości zgrzytu klucza chroboczącego w najmocniejszym zamku, jaki potrafią stworzyć ludzkie ręce. Na razie jednak nie pozostawało nic więcej do zrobienia, poza rozmyślaniem o tym, co się zrobiło, i o tym właśnie dumał nasz bohater, snując się bez celu ulicami miasta. Zupełnie jakby już był żonaty, tak kategorycznie adwokaci wyznaczyli o trzeciej datę owej uroczystości, od której dzieliło młodą parę zaledwie kilka dni. O wpół do dziewiątej miał zasiąść do kolacji razem z narzeczoną i jej ojcem, w których imieniu londyńscy prawnicy porozumieli się tak wspaniale z jego własnym prokurentem, biednym panem Calderonim, przybyłym prosto z Rzymu, dokąd miał zresztą wkrótce powrócić, teraz jednak poznającym miasto w towarzystwie samego pana Ververa, pana Ververa, którego hojność wystawiła na doprawdy ciężką próbę w owej fazie przygotowań zasadę wzajemności. Wzajemności, za sprawą której Calderoni zdecydował się poświęcić swój czas na podziwianie lwów. W każdym razie w tym zwrotnym momencie swojego życia książę był pewien przynajmniej jednego: że okaże się o wiele przyzwoitszym zięciem niż tylu młodzieńców w podobnej roli, którzy przychodzili mu do głowy. Snuł te swoje rozważania po angielsku, podobnie jak użył w myślach angielskiego określenia na opisanie własnej odmienności, jako że od najwcześniejszego dzieciństwa zaznajomiony z językiem, który nie wydawał się już obcy ani dla warg, ani dla ucha, znajdował go wyjątkowo użytecznym w życiu codziennym. Co zdumiewające, używał go również w odniesieniu do samego siebie, choć zdawał się doskonale pamiętać, że z czasem mogą się też pojawić inne sytuacje, również te bardziej prywatne, w których język ojczysty sam będzie się mu cisnął na usta, może nawet z niejaką gwałtownością. Panna Verver zwróciła mu już uwagę, że mówi po angielsku za dobrze – stanowiło to jego jedyną przywarę, nie potrafił jednak tego zmienić, nawet po to, aby sprawić przyjemność rozmówczyni. „wie pani, znacznie gorzej wyrażam się po francusku”, wyjaśnił jej wtedy, sugerując, że istnieją takie momenty, niewątpliwie niezbyt przyjemne, w których ów język wydaje się mu stosowniejszy. Dziewczyna uznała to jednak, powiedziała mu to wówczas otwarcie, za zarzut wobec poziomu jej francuszczyzny, którą od dawna pragnęła udoskonalić; nie wspominając już o jego ewidentnym przekonaniu, że mowa ta wymagała od rozmówcy biegłości, do której nie miała prawa pretendować. Odpowiedź księcia na te uwagi była równie uprzejma i czarująca jak każda odpowiedź udzielana przez niego osobom z jego nowego otoczenia: ćwiczył swój angielski, aby móc rozmawiać swobodnie z panem Ververem. Jego przyszły teść władał językiem tak biegle, zapewniał młodą damę, że jego stawiało to na straconej pozycji w każdej praktycznie dyskusji, a poza tym, no cóż, poza tym książę podzielił się z panną Verver spostrzeżeniem, które ze wszystkich jego dotychczasowych uwag poruszyło ją najbardziej.

– Moim zdaniem, pani ojciec to prawdziwy galantuomo2, bez dwóch zdań. Wokół aż roi się od ludzi tylko udających podobną wytworność, ale on zwyczajnie wydaje mi się najlepszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.

– No cóż, mój drogi książę, czemu miałoby być inaczej? – zapytała wtedy wesoło panna Verver.

I to właśnie ta uwaga zmusiła księcia do myślenia. Wszystko to, co uczyniło z pana Ververa dżentelmena, zdawało się podnosić zarzut marnotrawstwa wobec tylu rozmaitych spraw, które w wypadku innych znanych młodemu człowiekowi ludzi nie zdołały doprowadzić do równie wspaniałych rezultatów.

– Ponieważ jego „maniery” – wrócił do tematu – mogły budzić niejakie wątpliwości.

– Maniery? – Panna Verver najwyraźniej niczego takiego nie zauważyła. – Zdaje mi się, że papa nie ma żadnych.

– Na pewno nie ma moich, ani nawet twoich, pani.

– Dziękuję za to „nawet”! – parsknęła śmiechem panna.

– Och, pani maniery są doprawdy doskonałe. Pani ojciec ma jednak własny kodeks postępowania, jak zdążyłem się już zorientować. To fakt bezsporny. Ale to go właśnie ośmiela – w tym cała rzecz.

– To jego dobroć go ośmiela – zaoponowała rozmówczyni księcia.

– Och, moim zdaniem, dobroć jeszcze nigdy nikogo nie ośmieliła. Dobroć, jeśli jest autentyczna, sprawia raczej, że ludzie się w sobie zamykają. – Już wcześniej interesował się tym zagadnieniem, które dosyć go bawiło. – Nie, to jego metoda, całkowicie do niego przynależna.

Panna Verver nie dała się jednak przekonać.

– To typowy sposób bycia wszystkich Amerykanów. Oto cały sekret.

– Dokładnie, oto cały sekret. Przecież to właśnie powiedziałem! To do pani ojca pasuje, a więc musi czemuś służyć.

– Sądzi pan, że mogłoby się przysłużyć panu? – zapytała z uśmiechem Maggie Verver.

Jego odpowiedź była najbardziej udatna z możliwych.

– Jeśli rzeczywiście chce pani wiedzieć, to nie sądzę, żeby cokolwiek mogło mi sprawić przykrość albo pomóc. W każdym razie w mojej obecnej sytuacji – ale o tym sama się wkrótce pani przekonasz. Załóżmy jednak, że jestem galantuomo, na co zresztą liczę: w najlepszym wypadku przypominam posiekanego i oblanego sosem kurczaka, ugotowanego jako crême de volaille, pozbawionego niektórych elementów. Pani ojciec zaś jest jak kurczę biegające po basse-cour3. Jego upierzenie, jego ruchy i pokrzykiwanie – to właśnie elementy, które mi odebrano.

– Ach, ale to przecież oczywiste, skoro nie da się zjeść kurczęcia żywcem!

Książę nie był tym zdenerwowany, po prostu pewien swoich racji.

– No cóż, ale ja właśnie pochłaniam pani ojca żywcem – bo to jedyny sposób, aby naprawdę go posmakować. Nie zamierzam wyrzekać się tej przyjemności, a że pani ojciec jest najbardziej żywotny właśnie w chwilach, kiedy mówi na swój amerykański sposób, muszę pielęgnować również ten język. W żadnym innym pan Verver nie mógłby się wydać równie przyjemnym rozmówcą.

Nie miało to większego znaczenia, że panna nie przestawała się z nim droczyć, bo zwyczajnie sprawiało jej to uciechę.

– Myślę, że może jednak polubiłby go pan, gdyby mówił po chińsku.

– Byłby to doprawdy zbędny kłopot. Chciałem jedynie zauważyć, że to sposób wysławiania się czyni pani ojca takim, a nie innym człowiekiem. To w nim właśnie lubię – ten ton, który go określa.

– Och, usłyszy to pan jeszcze nie raz – roześmiała się panna Verver – zanim się pan nami znudzi.

Dopiero w tym momencie książę lekko zmarszczył brwi.

– A czemu miałbym się wami znudzić?

– Na pewno tak się stanie, kiedy już dowie się pan o nas wszystkiego, co możliwe.

Bez trudu zdołał obrócić jej słowa w żart.

– Ależ, moja droga, od tego przecież zacząłem. Wiem dosyć, tak mi się przynajmniej zdaje, by nigdy nie dać się zaskoczyć. A tymczasem tak naprawdę to wy – dodał – nic nie wiecie. Są we mnie dwie natury. – Tak, czuł potrzebę, by mówić dalej. – Jedna jest zbudowana z historii innych ludzi, ich uczynków, małżeństw, występków, szaleństw, niezliczonych bêtises4, zwłaszcza haniebnego trwonienia pieniędzy, które mogłyby trafić do mnie. Wszystkie te sprawy są zapisane w dziesiątkach tomów zapełniających setki bibliotek i równie powszechnie znane. Każdy może je poznać, zresztą oboje z ojcem sami chyba napatrzyliście się na to dość. Ale istnieje jeszcze moja druga strona, bez wątpienia znacznie skromniejsza, sama istota mojego jestestwa, ukryta przed światem, mało znacząca dla innych ludzi, no, może poza panią i ojcem. O tym nic nie wiecie.

– Na całe szczęście, mój drogi – odparła odważnie panna – bo cóż stałoby się z moim przyobiecanym zajęciem na przyszłość?

Młody człowiek pamiętał nawet teraz, jak zdumiewająco wyraziście – nie mógłby tego inaczej określić – panna Verver wyglądała w tamtej chwili, taka piękna, kiedy to wypowiadała te słowa. Pamiętał również, jakiej odpowiedzi czuł się wówczas w obowiązku udzielić.

– Najszczęśliwsze rządy to, jak uczy nas historia, te pozbawione wszelkiej historii.

– Och, nie lękam się historii! – Tego Maggie Verver była pewna. – Czy też owej złej natury, jak zapewne by pan to określił – swojej nie zdołał pan przecież ukryć. Cóż jednak innego mogło na samym początku zwrócić na pana moją uwagę? – dodała jeszcze. – Nie była to przecież owa, jak sam pan to nazwał, istota, pańskie konkretne ja, lecz właśnie te wszystkie stojące za panem pokolenia z ich szaleństwami i występkami, grabieżami i rozrzutnością, nawet ów niegodziwy papież, ten najgorszy z możliwych potwór – wszystkie te postacie, o których traktuje tyle ksiąg w pańskiej rodzinnej bibliotece. Nawet jeśli przeczytałam dotąd zaledwie dwie lub trzy pozycje, gdy tylko znajdę dosyć czasu, natychmiast poświęcę się jedynie lekturze reszty. Kim bowiem – wytknęła mu ponownie – by pan był bez tych wszystkich archiwów, kronik, niesławnych przypadków?

Pamiętał dobrze, co wówczas odpowiedział jej z powagą.

– Możliwe, że moja sytuacja finansowa przedstawiałaby się teraz nieco lepiej. – Faktyczny stan jego finansów miał jednak dla nich tak niewielkie znaczenie, że choć korzystał dotąd ze swojej uprzywilejowanej pozycji, żadna riposta panny Verver na ten temat nie utkwiła mu szczególnie w pamięci. Wszystko to osładzało jedynie jego obecną sytuację niczym kilka kropel jakiegoś olejku z ozdobnego flakonu, dodanych do wody, by uczynić ją aromatyczną. Nikt przed nim, nawet ów niesławny papież, nie tkwił nigdy aż po same uszy w podobnej kipieli. Dowodziło to najlepiej, że żaden przedstawiciel jego rodu nie zdoła ostatecznie uciec od przeszłości. Czymże bowiem, jeśli nie przeszłością, na dodatek tak typową dla ich rodziny, było owo przekonanie, że można czerpać z życia pełnymi garściami, wydając sumy, których nawet najwyższy hierarcha nie byłby sobie w stanie wyobrazić? To właśnie był ów element, który utrzymywał go na powierzchni, a do którego Maggie dorzucała czasem parę kropel niezwykłej barwy. Kropel czegóż by innego, u licha, jeśli nie amerykańskiej dobrej wiary panny Verver, jej niewinności i wyjątkowej wyobraźni, która nadawała ton ich relacjom, jej i ojca, z księciem. Pamięć wciąż podsuwała mu wspomnienie jego własnych słów, kiedy tak wędrował bez celu ulicami miasta, ów głos przepełniony poczuciem szczęścia, które wciąż zdawało się go nie opuszczać.

– Wy, Amerykanie, jesteście niewiarygodnie wprost romantyczni.

– To oczywiste. Dzięki temu wszystko wydaje się nam tak przyjemne.

– Wszystko? – zdumiał się.

– No cóż, wszystko, co w ogóle takie jest. Cały świat – albo przynajmniej to, co w nim piękne. Bo przecież oglądamy tak wiele.

Popatrzył na nią przez chwilę – ona też należała do tego pięknego świata, jeden z jego najcudowniejszych elementów. Ale odpowiedział wówczas jedynie:

– Widzi pani za wiele – to właśnie może czasem przysparzać problemów. To znaczy przynajmniej wtedy – poprawił się po namyśle – kiedy nie dostrzegasz pani zbyt mało.

Przyznał tym samym, że dobrze wie, co miała na myśli, choć jego ostrzeżenie zapewne było całkowicie zbędne. Widywał już wcześniej szaleństwa owych romantycznych natur, jednak w charakterze Ververów najwyraźniej nie kryło się nic podobnego – nic poza niewinnymi przyjemnościami, przyjemnościami wolnymi od grzechu. Ich uciecha stanowiła hołd składany bliźnim bez żadnego uszczerbku dla nich samych. Zabawne było jedynie to, książę musiał to przyznać, że ojciec panny Verver, choć starszy i mądrzejszy, a do tego przecież mężczyzna, był pod tym względem równie niepoprawny jak ona sama.

– Och, papa jest o wiele gorszy – przyznała wówczas panna. – Jego nastawienie do tego, na czym mu zależy, to kwintesencja romantyzmu. Tak jak całe jego życie tutaj – to najbardziej romantyczna rzecz, jaką znam.

– Ma pani na myśli jego wyobrażenie ojczyzny?

– A dokładnie chodzi mi o kolekcję, którą pragnie obdarować muzeum i o której myśli, jak sam pan wie, częściej niż o czymkolwiek innym na świecie. To dzieło jego życia, siła napędowa wszystkiego, co robi.

W obecnym stanie ducha młody człowiek mógł się jedynie uśmiechnąć, uśmiechnąć delikatnie, tak jak uśmiechnął się wtedy do niej.

– Czy ta sama siła stała za decyzją o oddaniu mi pani ręki?

– Bez wątpienia, mój drogi książę, przynajmniej w pewnym sensie – odparła wówczas. – A tak przy okazji,

Ameryka nie jest ojczyzną, bo choć niezbyt stary, przewyższa przecież wiekiem miasto, w którym przyszło mu tam żyć. Tam rozpoczynał, więc darzy je sentymentem, a tymczasem miasto rozrasta się, jak sam mówi, niczym program dobroczynnego koncertu. W każdym razie pan również stanowisz element jego kolekcji – wyjaśniła – jedną z rzeczy, które można zdobyć tylko tutaj. Okazał się pan wspaniałą osobliwością, pięknym i cennym eksponatem. Może nie stanowi pan jedynego w swoim rodzaju unikatu, ale jest pan na tyle interesujący i niepowtarzalny, by stanowić rzadki okaz – należy pan do klasy, o której wiadomo już wszystko. Jest pan tym, co określa się mianem morceau de musée5.

– Rozumiem. Na pewno łączy mnie z nimi jedna ważna rzecz – rzucił. – Kosztuję mnóstwo pieniędzy.

– Nie mam najmniejszego pojęcia, jaka jest pańska cena – odparła z powagą Maggie Verver, wzbudzając w nim podziw dla sposobu, w jaki to powiedziała. Przez chwilę czuł się nawet ordynarny, postarał się jednak wykorzystać ten moment jak najlepiej.

– Nie próbowałaby się pani tego dowiedzieć, gdyby chodziło o konieczność rozstania się ze mną? W takim wypadku moja wartość na pewno zostałaby oszacowana.

Omiotła go uważnym spojrzeniem swoich czarujących oczu, jakby jego wartość była dla niej zupełnie jasna.

– Tak, jeśli chodzi panu o to, że wolałabym raczej zapłacić, niż pana stracić.

A on znowu przypomniał sobie to uczucie, które skłoniło go do powiedzenia:

– Nie mówmy o mnie – to pani nie pasuje do tych czasów. Jest pani istotą odważniejszego i wytworniejszego stulecia, nawet cinquecento w swoim apogeum by się pani nie powstydziło. Mnie i owszem, zresztą gdybym nie znał niektórych z eksponatów zakupionych przez pani ojca, na miejscu owego amerykańskiego miasta obawiałbym się krytyki ze strony ekspertów. Czy w ogóle postałoby pani w głowie – spytał nieco żałośnie – by odesłać mnie tam ze względów bezpieczeństwa?

– No cóż, może będzie trzeba o tym pomyśleć.

– Pójdę wszędzie, gdzie mi pani każe.

– Najpierw musimy się upewnić – zrobimy to tylko, jeśli zajdzie taka konieczność. W końcu część rzeczy – ciągnęła – papa oddaje na przechowanie, te co większe i bardziej nieporęczne przedmioty, które gromadzi, których zgromadził już całe masy tutaj i w Paryżu, we Włoszech i w Hiszpanii, w magazynach, skarbcach, bankach, sejfach, we wszystkich tych cudownych tajemnych miejscach. Jesteśmy niczym para piratów, takich wręcz karykaturalnych, z tych, co to mrugają do siebie i wołają „cha-cha!” po dotarciu do miejsca, w którym spoczywa zakopany skarb. Nasze skarby są pozakopywane praktycznie na całym świecie, poza tymi kilkoma mniejszymi przedmiotami, z którymi podróżujemy, bo lubimy na nie patrzeć, zwyczajnie mieć blisko. Te rzeczy zawsze wyciągamy z kufrów i ustawiamy tam, gdzie się nam tylko podoba, by uczynić hotelowe pokoje, w których się zatrzymujemy, i domy, które wynajmujemy, choć odrobinę mniej brzydkimi. Oczywiście, to trochę niebezpieczne, więc musimy zachować czujność. Jednak papa tak kocha piękne przedmioty, uwielbia, jak sam mawia, ich doskonałość, że dla możliwości obcowania z nimi jest gotów podjąć ryzyko. Poza tym dotąd mieliśmy zaiste niebywałe szczęście – podkreśliła panna Verver – bo jeszcze nigdy niczego nie straciliśmy. A najwspanialsze są przecież często rzeczy najmniejsze. Musi pan bowiem wiedzieć, że wartość zwykle nie ma nic wspólnego z wielkością. Choć i tak nigdy nie musieliśmy się rozstać – podsumowała – nawet z najdrobniejszym bibelotem.

– Podoba mi się klasa – roześmiał się na te słowa książę – do której mnie pani zaliczasz! Będę więc jednym z tych cacek, które rozpakowuje pani w hotelach albo w najgorszym wypadku w wynajętych domach, takich jak ten tutaj, a potem rozkłada w rozmaitych miejscach razem z rodzinnymi fotografiami i nowymi czasopismami. W każdym razie to już coś, że nie jestem na tyle nieporęczny, by mnie zakopywać.

– Och – rzuciła w odpowiedzi panna Verver – zostanie pan złożony pod ziemią, mój drogi książę, dopiero po śmierci. Chyba że przyrównuje pan do pogrzebu wyjazd do Ameryki.

– Zanim podejmę decyzję, chciałbym najpierw zobaczyć mój grób. – Na swój sposób to on miał jednak ostatnie słowo w tej wymianie zdań, choć uwaga, od której zdołał się wcześniej powstrzymać, teraz znów cisnęła mu się na usta. – Niezależnie od tego, co dobrego czy złego pani o mnie sądzisz, mam nadzieję, że jesteś pewna przynajmniej jednego.

Zabrzmiało to uroczyście nawet dla niego samego, panna Verver jednak szybko obróciła to w żart.

– Ach, proszę nie ograniczać mnie tylko do „jednego”! Wierzę w tyle rzeczy na pański temat, drogi książę, że nawet jeśli większość z nich rozbije się w drobny mak, jeszcze parę mi zostanie. Już ja o to zadbam. Rozdzieliłam moją wiarę pomiędzy mnóstwo pewnych skrytek, bylebyśmy tylko nie zatonęli.

– Wierzy więc pani, że nie jestem obłudnikiem? Że nie kłamię, nie zwodzę i nie oszukuję? Czy to wystarczająca pewność?

To pytanie, wypowiedziane z pewną zaciekłością, sprawiło, dobrze to zapamiętał, że zapatrzyła się na niego na moment, lekko zarumieniona, jakby jego słowa wydały się jej dziwniejsze, niż planował. Natychmiast zauważył, że wszelka poważna dyskusja o prawdomówności i lojalności, czy też raczej o pragnieniu tych rzeczy, stanowiła dla panny Verver spore zaskoczenie, jakby była dla niej czymś zupełnie nowym. Dostrzegł to już wcześniej: był to angielski, czy może raczej amerykański znak, że wszelki fałsz, taki jak „miłość”, należy wykpić, zamiast się w niego zagłębiać. Tak więc ton jego pytań był, no cóż, z braku innego określenia należałoby chyba powiedzieć: przedwczesny, omyłka warta jednak popełnienia ze względu na niemal przesadną błazenadę, w której jego rozmówczyni instynktownie szukała schronienia.

– Pewny schowek na statku, największy ze wszystkich? No cóż, to najlepsza kabina, główny pokład, maszynownia i spiżarnia stewarda! To sam statek, cała flotylla. To pulpit kapitański i bagaż kogoś przygotowującego się do podróży.

Posługiwała się takimi właśnie porównaniami, zaczerpniętymi ze świata parowców i pociągów, z owego zaznajomienia z rozmaitymi „liniami” pasażerskimi, możliwości korzystania z „własnych” salonek, z doświadczenia zdobytego na kontynentach i oceanach, z którymi książę jak dotąd nie miał okazji rywalizować, ze wspomnień potężnych nowoczesnych machin i urządzeń, z którymi on musiał się jeszcze zaznajomić, choć jego przyszłość zdawała się być nimi usiana, jak myślał sobie teraz bez najmniejszego grymasu niezadowolenia.