Złodzieje snów - Małgorzata Strękowska-Zaremba - ebook
lub
Opis

To przypowieść o tym, jak trudno dzieciom zachować poczucie bezpieczeństwa w świecie ludzi dorosłych…

Małgorzata Strękowska-Zaremba

Mała Basia po rozstaniu rodziców nie może spać. Po jej kolorowych snach zostało tylko straszące puste miejsce. I choć mama i tata próbują pomóc córeczce, nie da się go wypełnić ani bajkami na dobranoc, ani zabawkami, ani lekarstwem o słodkim smaku. Dopiero Bartek, starszy brat dziewczynki, odkrywa prawdę. Marzenia senne Basi ukradli złodzieje. Dlatego rodzeństwo musi wyruszyć w niebezpieczną podróż…

Złodzieje snów” – w nowym wydaniu z sugestywnymi ilustracjami Daniela de Latoura – zdobyli wyróżnienie w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY (2008) oraz II Nagrodę w I Konkursie Literatury Dziecięcej im. Haliny Skrobiszewskiej (2009). Książka została także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej.

Małgorzata Strękowska-Zaremba – pisarka, członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Stowarzyszenia Wolnego Słowa, stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za swoją twórczość dla dzieci i młodzieży była wielokrotnie nagradzana: otrzymała m.in. Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego (za książkę „Abecelki i duch Bursztynowego Domu”) i wyróżnienie w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku 2006 (za książkę „Bery, gangster i góra kłopotów”). Jej „Złodzieje snów” zdobyli wyróżnienie w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku 2008 oraz II Nagrodę w I Konkursie Literatury Dziecięcej im. Haliny Skrobiszewskiej; nagrodzoną książkę wpisano ponadto na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Autorka została nominowana do Astrid Lindgren Memorial Award 2016.

Daniel de Latour ilustruje książki i czasopisma dla mniejszych i większych, rysuje komiksy, uczy się grać na skrzypcach od wiejskich muzykantów. Otrzymał wiele nagród, takich jak Przecinek i Kropka (za ilustracje do „Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek” Justyny Bednarek oraz do „Domu nie z tej ziemi” Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby) czy Nagroda Literacka Miasta Stołecznego Warszawy (również za „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek”). Dwukrotnie nominowano go w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku (za ilustracje do „Wyprawy do kraju księcia Marginała” Henryka Bardijewskiego oraz do „Zaskórniaków i innych dziwadeł z krainy portfela” Grzegorza Kasdepke i Ryszarda Petru). Jego „Zaskórniaki” wyróżniono także w konkursie Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek Najpiękniejsze Książki Roku. Do najbardziej znanych prac Daniela de Latoura należy publikowany w internecie cykl rysunków „Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 34


Małgorzata Strękowska-Zaremba

Złodzieje snów

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

***

Mamo, tato, przeczytaj tę książkę ze swoim dzieckiem. To przypowieść o tym, jak trudno dzieciom zachować poczucie bezpieczeństwa w świecie ludzi dorosłych.

Małgorzata Strękowska-Zaremba

1.

To nie było za siedmioma górami, to nie było za siedmioma lasami, to było o tam, niedaleko. Słyszałam, jak tata Basi i Bartka trzasnął drzwiami. Z półki spadł dzbanek i – brzdęk! – rozbił się w drobny mak. Słyszałam, jak porcelanowy pył wybucha tysiącem zdziwionych głosów i nagle, niespodziewanie, milknie.

Słyszałam, bo to było bardzo blisko.

Tata nacisnął gaz, aż samochód zawył z bólu.

– Oj! – krzyknął samochód i odjechał.

To było naprzeciwko ulicznej latarni, tam, gdzie brakuje jednej kostki w chodniku. A może nawet bliżej?

Nikt nic nie mówił. Mama Basi i Bartka patrzyła w milczeniu za odjeżdżającym samochodem. Jej sąsiedzi zerkali zza firanki na ulicę i też milczeli. Basia i Bartek siedzieli w pokoju na piętrze z twarzami przylepionymi do szyby, więc nie mogli poruszać ustami. Basia i Bartek nie byli z bajki i nie znali czarów, a jednak usłyszeli krzyk bólu, który wydał samochód.

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

2.

Wszyscy milczeli aż do wieczora. Mama jak zwykle zaczęła przygotowania do kolacji. Bartek jak zwykle usiadł przed komputerem. Basia jak zwykle ułożyła lalki do snu, a potem poszła do kuchni, by pomóc mamie nakryć do stołu.

Na stole, inaczej niż zwykle, stały trzy talerze. Basia dostawiła czwarty, dla taty. Mama jednak wyrzuciła ten talerz do kosza na śmieci. Basia znów dostawiła czwarty talerz, a mama znów wyrzuciła go do śmietnika.

– Aj! – Ból przeszył porcelanowe ciało talerza, zanim pękło na cztery części.

– Umarłeś? – spytała Basia, ale talerz jej nie odpowiedział, ponieważ to nie była bajka.

Na stole zostały trzy talerze – miały szczęście, że ocalały. Gdy jednak mama odwróciła głowę, Basia pośpiesznie wrzuciła je do kosza.

– Ojej! – Kosz zachwiał się, zakołysał, a potem jeszcze długo drżał, zanim znieruchomiał i przestał się dziwić.

Mama postawiła na stole trzy nowe talerze.

Podczas kolacji wszyscy milczeli. Tylko szklanka, którą mama ściskała w dłoni, wzdychała cichym szklistym głosem:

– Ojej…

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

3.

Przyszła noc, taka jak każdego wieczoru, czarnoszara. Mama jak zwykle pocałowała Basię i Bartka na dobranoc. Potem poszła do swojej sypialni. Przymykane drzwi jak zwykle skrzypnęły. Tylko ich głos był trochę inny, jakby mówiły przez tubę.

Basia czekała na ciszę nocy, a gdy ją usłyszała, wyskoczyła z łóżka i podniosła dach domku dla lalek. Na lalkowym stole stały cztery lalkowe talerze: dla lalkowej mamy, dla lalkowego taty, dla lalkowych dzieci. Dziewczynka rzuciła je na podłogę i rozdeptała.

– Och! – zawołały plastikowym głosem, zanim się zmieniły w plastikowe skorupki.

I choć to nie była bajka, Basia je usłyszała.

– Dobrze wam tak! – powiedziała pełna gniewu.

Położyła się, żeby zasnąć. W łóżku jednak nie czekał na nią sen, więc wstała i na paluszkach poszła do sypialni rodziców. Na tapczanie leżały dwie poduszki. Pod jedną mama ukryła głowę. Druga, taty, leżała bezczynnie.

– Ajaj! – krzyczała poduszka taty, gdy dziewczynka wciskała ją pod łóżko.

I choć to nie była bajka, Basia ją usłyszała.

– Dobrze ci tak! – powiedziała pełna gniewu.

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

4.

Następnego dnia wszystko było jak zwykle. Słońce zbudziło najpierw pulchnego psa sąsiadów, a potem niczyjego kota z dachu nad cukiernią.

Ta sama co zwykle szkoła czekała na Bartka, a na Basię czekało to samo przedszkole. A gdy trzeba było wracać do domu, pod przedszkole podjechały dwa samochody: jeden mamy, drugi taty.

Mama chciała zabrać Basię do domu i tata chciał zabrać Basię do domu. Niestety, Basia była jedna, a samochody były dwa. Może i domy były dwa, tego Basia nie wiedziała, bo to przecież nie była bajka.

Tata wziął Basię na ręce, ale mama mu ją zabrała, więc ręce taty pociągnęły dziewczynkę w swoją stronę, a ręce mamy w swoją. Rodzice mieli cztery ręce, cztery dłonie i aż dwadzieścia palców. A Basia była jedna.

Wreszcie ręce się zmęczyły.

– Ojej! – westchnęły głosem zmęczonego ciała.

Basia usłyszała je, choć to nie była bajka. Nie powiedziała jednak: „Dobrze wam tak!”. Jej ręce obejmowały to szyję mamy, to szyję taty, i gdyby były dłuższe, objęłyby naraz obie szyje.

Ale nie były dłuższe.

Tata trzasnął drzwiami, aż samochód zawył z bólu.

– Ajaj! – wykrzyknął samochód, lecz zaraz posłusznie odjechał.

I nic więcej tam się nie wydarzyło.

5.

Samochód mamy wjechał do garażu przy ulicy Pachnących Bzów. Samochód taty nie wjechał do garażu. Tata był w domu, ale pakował walizki. Basia i Bartek też tam byli, lecz tylko walizki odjechały wraz z tatą. Mama nie patrzyła wtedy na ulicę. Sąsiedzi zerkali zza firanki. Dzieci przywarły twarzami do szyby, aż się popłakała od ich gorących oddechów.

– Ojej… – szlochała cichutko szklanym głosem.

Wieczorem mama pocałowała Basię i Bartka na dobranoc, a potem poszła do sypialni.

Przybiegła czarnoszara noc. Basia zamknęła oczy. Miał przyjść sen. Sen w kolorowe kwiatki, w kolorową kratkę, w kolorowe historyjki. Jednak sen nie przyszedł. Gdzieś się zawieruszył. A może noc była zbyt ciemna i dlatego nie znalazł drogi do domu Basi?

Dziewczynka czekała na sen i dziwiła się, że wciąż go nie ma. Wreszcie wzięła swoją poduszkę i poszła do pokoju Bartka. Ostrożnie ułożyła poduszkę w nogach łóżka.

– Tata już nie będzie z nami mieszkał – powiedział brat, gdy Basia wsunęła się pod kołdrę.

Bartek zasnął, a Basia aż do rana wypatrywała swojego snu, który nie odnalazł do niej drogi.

I już nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

6.

Następny dzień był taki jak zwykle. Mama zawiozła Bartka do szkoły, a Basię do przedszkola.

– Do zobaczenia, kochanie. – Przytuliła Basię mocniej niż zwykle.

– Ojej? – zaniepokoił się wieszak, na którym dziewczynka powiesiła kolorowy płaszczyk.

I choć to nie była bajka, Basia go usłyszała.

– Aaaa! – ziewnęła szeroko jak hipopotam i nawet się uśmiechnęła.

A jednak, gdy po śniadaniu dzieci wyszły na plac zabaw, gdzie wszystko było jak zwykle, już się nie uśmiechała.

Wiosenny wiatr, który pędził za dziećmi na oślep i czasami wwiercał im się w nosy, by kichały jak z armaty, na widok Basi nagle zmienił kierunek i zderzył się z pniem wysokiej lipy.

Bumbum! Lipa zgubiła kilka całkiem świeżych liści.

– Ojojoj! Ojojoj! – jęknął wiatr. Być może nabił sobie guza na rozczochranej głowie, lecz tego Basia nie mogła wiedzieć, bo to przecież nie była bajka.

– Jojojo! Jojojo! – powtórzyła drwiąco lipa, rozgniewana na gapowaty wiatr.

On jednak nie przejął się zbytnio.

– Eeeeej! – odkrzyknął lipie, świsnął radośnie, zerwał Basi czapkę z głowy i uniósł wysoko jak latawiec.

Dzieci śmiały się z tego żartu.

Basia stała na środku placu zabaw i patrzyła, jak bledną kolory na czapce.

– Fiu-bździu! – usłyszała wreszcie cichy gwizd. Wiatr zwrócił czapkę i przestał żartować.

I nic więcej tam się nie wydarzyło.

7.

Wieczorem mama pocałowała Basię na dobranoc. A potem pocałowała na dobranoc Bartka.

Basia położyła się do łóżka i zamknęła oczy. Miał przyjść sen, ale pod powiekami ukrył się dzień i nie chciał ustąpić miejsca nocy. Pokazał Basi kolorową czapkę unoszoną na czuprynie wiatru, wciąż wyżej i wyżej. Dziewczynka znów zobaczyła kolory na czapce, które blakły i bladły jak barwy tęczy.

Dzień miał Basi wiele do opowiedzenia, ona jednak czekała na sen. To była jego pora. Po granatowym niebie od dawna toczył się pulchny, pyzaty księżyc. Gwiazdy od dawna huśtały się na świetlistych huśtawkach, a te najbardziej ciekawskie podsłuchiwały i podglądały przez okna.

– Chrap-chrap, chrum-chrum, chrup-chrup! – chrapał piekarz z początku ulicy, okrągły jak bułeczka.

– Chrap-chrap, chrup-chrup, chrum-chrum! – chrapał pulchny pies sąsiadów, miękki jak pierzynka.

– Ojej?! – zdziwiły się ciekawskie gwiazdy, gdy zajrzały do pokoju Basi.

Dziewczynka stała przy oknie. W jej szeroko otwartych oczach odbijał się blask księżyca. Wypatrywała snów. To jednak nie była bajka, więc sny nie wędrowały księżycową drogą, nie pływały na łódkach z obłoków, nie wspinały się po gwiezdnych pajęczynach.

Gdzie one są? Basia wzięła poduszkę i znów poszła do Bartka. A gdy zamknęła oczy, zobaczyła jedynie puste miejsce po swoich snach. Puste miejsce bez kolorów i bez opowieści.

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

8.

Gwiazdy współczuły Basi, lecz nie umiały odnaleźć jej snów, bo to nie była bajka.

Księżyc współczuł Basi, ale nie umiał odnaleźć jej snów, bo to nie była bajka.

Noc współczuła Basi, jednak i ona nie umiała odnaleźć jej snów.

Bartek poskarżył się mamie:

– Basia nie daje mi spać.

Odtąd mama co wieczór siadała przy łóżku Basi i opowiadała córeczce różnokolorowe historie. To były bajki na sen, smaczniejsze niż lekarstwa.

Słowo za słowem, kropelka po kropelce snuły się opowieści jak strużki pachnącego kwiatowego dymu. Wypełniały pokój aż po sufit. Tańczyły nad łóżkiem Basi. Dawały pokazy niczym cyrkowcy na arenie. Chciały być zauważane i oklaskiwane. Czasami jedna strużka słów niechcący splatała się z drugą i wtedy dochodziło do zabawnej katastrofy. Słowa gubiły się, potrącały i fikały koziołki.

– Fiku-miku, śpij, ludziku. – Basia słyszała ich szept, a jednak nie zasypiała, bo to nie była bajka.

Cierpliwe słowa znów ustawiały się jedno za drugim, aby opowiedzieć nową bajkę na sen:

Była sobie mała wesoła dziewczynka.

Mieszkała w domku w kratkę.

Nikt inny nie miał takiego domu.

Dziewczynka mieszkała tam z mamą, tatą…

– To nieprawdziwa bajka! – krzyczała Basia i wypraszała słowa za drzwi.

– Ojej! – Słowa wycierały zapłakane oczy w kraciaste chusteczki.

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

9.

Co wieczór Basia kładła się do łóżka i co wieczór czekała na swoje sny. Tęskniła za nimi. Odeszły na zbyt długo. Dziewczynka bała się, że ktoś je skrzywdził i już nigdy do niej nie wrócą. Bała się pustego miejsca po snach. I bała się tego, że się boi.

Księżyc mrugał do niej księżycowym okiem i słał księżycowe buziaki. Nocne chmury specjalnie dla niej urządzały wyścigi na ogonach komet. A gwiazdy układały gwiezdne domino, które nocny wiatr przewracał jednym palcem.

Szur, szur, szur, szur – wywracały się kostki domina i chichotały, rozbawione gwiezdną katastrofą.

Basia spoglądała w niebo bezsennymi oczami.

– Ach! – Gwiazdy gasły pod jej spojrzeniem.

Mama stała w uchylonych drzwiach, patrzyła na Basię i także widziała te oczy. Potem schodziła do pokoju na dół, brała telefon i wpatrywała się w nieme przyciski, aż słuchawka drżała pod jej wzrokiem – ajaj! – ale posłusznie łączyła z telefonem taty.

– Basia nie śpi – mówiła mama.

– Basia znów nie śpi – powtarzała mama, a jej słowa były blade jak świt, który właśnie zaglądał w okno.

– To twoja… – Mama nie kończyła zdania, bo do pokoju wchodził Bartek.

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

10.

Przyjeżdżał tata, przywoził swoje słowa i kazał im usypiać Basię. A gdy snuły się po pokoju jak świeże zapachy z ogródka, ukradkiem zerkał na zegarek.

– Ojej! – wołały oburzone wskazówki, ale posłusznie pokazywały godzinę.

– Ojej! – Czas pęczniał z niecierpliwości, gwałtownie rozpychał się w małym zegarku i popędzał zdyszane wskazówki.

– Ojej! Ojej! Ojej! – słychać było zamiast tykania.

I choć to nie była bajka, słowa usłyszały głos rozpędzonych wskazówek i ze strachu rozsypały się jak domek z kart. Nawet jeśli wcześniej kryły się w nich zagubione sny Basi, teraz już nikt nie potrafiłby ich odnaleźć.

Tata miał pretensję do zegarka. Jak on śmiał rozpędzić słowa, które mogłyby pomóc Basi! Chował zegarek do kieszeni i na przekór złośliwym wskazówkom rozpoczynał nową bajkę na zasypianie:

Była sobie mała, wesoła, piegowata dziewczynka, która pewnego słonecznego dnia wybrała się na rowerze do lasu. Dziewczynka jechała pierwsza, a za nią jechali brat, mama i tata…

– To nieprawdziwa bajka! – krzyczała Basia i wypraszała słowa za drzwi.

– Ojej! – Drzwi patrzyły, jak tata zakłada zegarek na rękę i wychodzi.

Bartek wyglądał na korytarz. Widział smutne plecy taty i smutne plecy drzwi.

I już nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

11.

Wszyscy szukali prawdziwej bajki dla Basi. Mama, tata, a nawet sąsiedzi, ci od psa miękkiego jak pierzynka.

Bardzo się starali.

Tak bardzo się starali.

Tak bardzo się starali odnaleźć prawdziwą bajkę.

Powiedzieli Basi, że prawdziwa bajka przywoła jej kolorowe sny.

Basia im uwierzyła. Obiecała poczekać, chociaż wciąż z niepokojem myślała o zagubionych snach. Co one robią nocą? Powinny odwijać się z kłębka jak tasiemki lub wstążki albo malować obrazki w pachnące kwiaty. Powinny śmiać się wraz z nią i nucąc piosenki, podskakiwać na rozbrykanych nutach.

Bartek nie lubił bajek, ale dla Basi przypomniał sobie jedną i nakazał słowom ustawić się we właściwym porządku:

Dawno temu żyła mała, wesoła dziewczynka. Mieszkała z bratem, mamą i tatą w małym domku w kratkę.

– Bardzo, bardzo dawno temu żyła mała, wesoła dziewczynka… – poprawiła go Basia i aż klasnęła w dłonie, bo ta bajka była prawdziwa. Pies sąsiadów zamerdał z radości ogonem.

Radość jednak nie trwała długo. Bajka wypowiedziała wszystkie słowa, bardzo porządnie ułożyła je we właściwej kolejności, ale nie potrafiła odnaleźć utraconych snów Basi.

Nie potrafiła, bo to była prawdziwa bajka.

Basia patrzyła w puste miejsce po swoich snach i milczała.

I nic więcej nie wydarzyło się na ulicy Pachnących Bzów.

12.

Do Basi przyszedł pan doktor. Doktor inny niż zwykle.

Bawił się z nią w rysowanie snów w kolorowe kwiatki, w kolorową kratkę, w kolorowe historyjki. Wypisał receptę na słodki syrop w kolorowej butelce, który miał wyczarować nowe kolorowe sny. Jednak to nie była bajka, więc syrop nie umiał czarować.

Kap, kap – spływał niemą kroplą po niemej butelce.

Kap, kap – wsiąkał w niemą serwetkę.

Basia przygotowała lalkowy syrop i napoiła nim lalki, a one zasnęły.

– To nieprawdziwe lalki! – powiedziała Basia i już nie chciała się nimi bawić.

Dziewczynka bała się kłaść do łóżka.

Puste miejsce po snach było coraz większe i nabrało czarnego jak węgiel koloru.

Mama czasami płakała, więc Basia kładła się do łóżka, żeby mamie odechciało się płakać. Wtedy mama się uśmiechała i całowała ją na dobranoc.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2008

Text © copyright by Małgorzata Strękowska-Zaremba, 2008

Illustrations © copyright by Daniel de Latour, 2019

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Joanna Wajs

Redakcja wydania pierwszego Katarzyna Piętka

Korekta Roma Sachnowska

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13531-5

Plik wyprodukowany na podstawie Złodzieje snów, Warszawa 2019

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o. 02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49, faks 22 643 70 28 e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.