Złodzieje snów - Maggie Stiefvater - ebook
Opis

Jeśli moglibyście kraść przedmioty ze swoich snów, co byście zabrali? Ronan Lynch ma sekret. Sekret, który ukrywa przed innymi, a czasem nawet przed samym sobą. Ronan potrafi kraść przedmioty ze snów. Nie jest jedyną osobą, która ich pragnie. Drugi tom magicznej sagi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 492

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maggie Stiefvater

ZŁODZIEJE SNÓW

przełożył Piotr Kucharski

Tytuł oryginału: The Dream Thieves

Copyright © 2013 by Maggie Stiefvater. All rights reserved.

Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Piotr Kucharski, MMXV

Wydanie I

Warszawa

Prolog

Tajemnica to dziwna rzecz.

Istnieją trzy rodzaje tajemnic. Pierwsze to takie, które wszyscy znają i do których potrzeba przynajmniej dwóch osób: jednej, by jej dochowała, a kolejnej, by nigdy się nie dowiedziała. Drugi rodzaj jest trudniejszy: to tajemnice, których należy dochować przed sobą samym. Każdego dnia tysiące wyznań pozostaje ukrytych przed potencjalnymi spowiednikami i żaden z tych wyznających nie wie, że wszystkie ich nigdy niewypowiedziane sekrety sprowadzają się do tych samych dwóch słów: „Boję się”.

Jest wreszcie trzeci rodzaj tajemnic, najbardziej skryty. To tajemnice, o których nikt nie wie. Być może ktoś kiedyś je znał, lecz zabrał sekret do grobu. Mogą to być również bezużyteczne niewiadome, ezoteryczne i samotne, nieodkryte, ponieważ nikt ich nigdy nie szukał.

Czasami, w bardzo rzadkich przypadkach, tajemnica pozostaje ukryta, ponieważ umysł nie byłby w stanie jej ogarnąć. Jest zbyt dziwna, zbyt wielka, zbyt przerażająca, by się nad nią zastanawiać.

W życiu każdego z nas są tajemnice. Albo ich dochowujemy, albo ktoś ich dochowuje przed nami. Posługujemy się nimi albo ktoś posługuje się nimi przeciwko nam. Tajemnice i karaluchy – oto co pozostanie, gdy wszystko się już skończy.

Ronan Lynch żył ze wszystkimi rodzajami tajemnic.

Pierwsza z nich dotyczyła jego ojca. Niall Lynch był chełpliwym poetą, muzykiem bez sukcesów na koncie, czarującym przykładem pechowca wychowanego w Belfaście, lecz urodzonego w Kumbrii, Ronan zaś kochał go jak nikogo innego.

Choć Niall był draniem i nikczemnikiem, Lynchowie byli bogaci. Zajęcie Nialla było osnute tajemnicą. Znikał czasami na całe miesiące, choć trudno powiedzieć, czy robił to z powodów zawodowych, czy dlatego, że był łajdakiem. Zawsze wracał z podarunkami, skarbami i niewyobrażalnymi sumami pieniędzy, lecz dla Ronana najwspanialszy był sam Niall. Przy każdym rozstaniu chłopiec czuł się, jakby miało być tym ostatnim, każdy powrót był więc niczym cud.

– Gdy się urodziłem – Niall Lynch mówił swemu średniemu synowi – Bóg rozbił formę tak mocno, że ziemia zadrżała.

Już to było kłamstwem, ponieważ gdyby Bóg naprawdę rozbił formę, w której odlał Nialla, musiałby zrobić kolejną dwadzieścia lat później, aby stworzyć Ronana oraz jego dwóch braci: Declana i Matthew. Trzej przystojni bracia byli niczym skóry zdjęte z ojca, choć w każdym z nich ujawniała się inna strona Nialla. Declan w taki sam sposób wykorzystywał okazje. W kędzierzawe loki Matthew wplecione były urok i poczucie humoru Nialla. Ronan dostał natomiast wszystko, co zostało: roziskrzone oczy i uśmiech osoby gotowej do walki.

W żadnym z nich nie było zbyt wiele z matki.

– To musiało być prawdziwe trzęsienie ziemi – tłumaczył Niall, zupełnie jakby ktoś prosił o wyjaśnienia, a znając go, zapewne prosił. – Cztery punkty w skali Richtera. Wszystko poniżej czwórki tylko by zarysowało formę, zamiast ją rozbić.

Ronan nie brał tego już wówczas na wiarę, ale to nie stanowiło problemu, ponieważ ojciec pragnął podziwu, nie zaufania.

– A co do ciebie, Ronanie – mówił Niall. Zawsze wypowiadał „Ronan” inaczej niż pozostałe słowa. Zupełnie jakby chciał powiedzieć coś zupełnie innego, na przykład „nóż”, „trucizna” lub „zemsta”, lecz w ostatniej chwili zamieniał to na imię syna. – Gdy się urodziłeś, rzeki wyschły, a wszystkie krowy w hrabstwie Rockingham płakały krwią.

Opowiadał to wielokrotnie, lecz Aurora, matka Ronana, utrzymywała, że to kłamstwo. Mówiła, że gdy Ronan się pojawił, wszystkie drzewa zakwitły, a kruki z Henrietty się roześmiały. Rodzice kłócili się nieustannie o jego narodziny, lecz Ronan nigdy nie sugerował, że obie wersje mogą być prawdziwe.

– A co się działo, gdy ja się rodziłem? – spytał pewnego razu Declan, najstarszy z braci Lynch.

Niall Lynch popatrzył na niego i odparł:

– Nie mam pojęcia. Nie było mnie przy tym.

Gdy Niall mówił „Declan”, zawsze brzmiało to tak, jakby chciał powiedzieć „Declan”.

Później Niall zniknął na kolejny miesiąc, Ronan skorzystał z okazji, by przetrząsnąć Stodółki, jak nazywano rozległe gospodarstwo Lynchów, w poszukiwaniu wskazówek, skąd biorą się pieniądze Nialla. Nie znalazł żadnych informacji, które przybliżyłyby mu naturę pracy ojca, ale w zardzewiałej metalowej skrzynce odkrył pożółkły wycinek z gazety pochodzący z roku, w którym urodził się Niall. Opisano w nim jałowym stylem historię trzęsienia ziemi w mieście Kirkby Stephen, odczuwanego w północnej Anglii i południowej Szkocji. Cztery przecinek jeden. Wszystko poniżej czwórki tylko by zarysowało formę, zamiast ją rozbić.

Niall wrócił w środku nocy, a po przebudzeniu zauważył, że Ronan stoi nad nim w małej, pomalowanej na biało głównej sypialni. Poranne słońce sprawiało, że wyglądali niczym śnieżne anioły, co również było przekłamaniem. Twarz Nialla była wysmarowana krwią, do której przykleiły się niebieskie płatki kwiatów.

– Właśnie śniłem o dniu, w którym się urodziłeś – powiedział Niall. – Ronanie.

Otarł krew z czoła, by pokazać synowi, że pod spodem nie ma rany. Zakrwawione płatki miały kształt maleńkich gwiazdek. Ronan był zaskoczony, gdy uzmysłowił sobie, że pochodzą z umysłu ojca. Niczego w życiu nie był bardziej pewien.

Świat spoglądał na nich i rozciągał się, stając się nagle nieskończony.

– Wiem, skąd pochodzą pieniądze – oznajmił Ronan.

– Nie mów nikomu – odrzekł ojciec.

To była ich pierwsza tajemnica.

Druga była doskonale ukryta. Ronan jej nie wypowiedział. Nie myślał o niej. Nigdy jej nie określił, trzymał ją z dala od siebie.

Wciąż była jednak obecna w tle.

A potem stało się to. Trzy lata później Ronan śnił o samochodzie swojego przyjaciela Richarda C. Ganseya III. Gansey powierzał mu wszystko oprócz broni. Broni oraz tego camaro z 1973 roku o barwie piekła, ozdobionego czarnymi paskami. Ronan na jawie nie znalazł się nigdy bliżej niż na fotelu pasażera. Gdy Gansey wyjechał z miasta, zabrał ze sobą kluczyki.

We śnie Ronana nie było jednak Ganseya, ale camaro był. Stał w nachylonym narożniku opuszczonego parkingu, za którym w oddali majaczyły błękitne góry. Ronan zacisnął dłoń na klamce od strony kierowcy. Sprawdził, czy dobrze leży. Siła pochodziła ze snu i pozwalała jedynie na to, by uchwycić się idei otwierania drzwi. To wystarczyło. Ronan wsunął się na fotel kierowcy. Góry i parking były snem, ale zapach wnętrza pochodził ze wspomnień: benzyna, winyl, tkanina i lata zużycia przeplatały się ze sobą.

„Są kluczyki” – pomyślał Ronan.

I były.

Zwisały ze stacyjki niczym metalowy owoc, a Ronan dłuższą chwilę trzymał je w myślach. Raz za razem przemieszczał je ze wspomnień do snu i z powrotem, by wreszcie zacisnąć na nich dłoń. Poczuł między palcami miękką skórę i zniszczoną krawędź breloczka, chłodny metal kółka i klucza do bagażnika oraz wąską, ostrą obietnicę kluczyka do stacyjki.

I wtedy się obudził.

Gdy otworzył dłoń, leżały na niej kluczyki. Sen stał się rzeczywistością.

To była jego trzecia tajemnica.

1

Prawdopodobnie Blue Sargent zabije kiedyś jednego z tych chłopców.

– Jane! – po wzgórzu poniósł się krzyk. Był skierowany do Blue, choć wcale nie nazywała się Jane. – Pospiesz się!

Jako jedynej niejasnowidzce w rodzinie o uzdolnieniach parapsychicznych wielokrotnie przepowiadano jej przyszłość i za każdym razem słyszała, że jeśli spróbuje pocałować mężczyznę, którego naprawdę kocha, on umrze. Co więcej, wywróżono jej również, że zakocha się właśnie w tym roku. Poza tym Blue oraz jej jasnowidząca przyrodnia ciotka Neeve widziały w kwietniu jednego z chłopców idącego niewidzialną drogą umarłych, co oznaczało, że zginie on w ciągu dwunastu miesięcy. Wszystko to składało się w przerażającą całość.

W tym momencie ów konkretny chłopak, Richard Campbell Gansey III, nie wyglądał, jakby łatwo go było zabić. Stał na szczycie rozległego zielonego wzgórza, na wilgotnym wietrze jaskrawożółta koszulka polo łopotała mu na piersi, a krótkie spodnie w kolorze khaki uderzały o wspaniale opalone nogi. Tacy chłopcy jak on nie umierali, oni opalali się na brąz i kręcili w pobliżu bibliotek publicznych. Skierował dłoń w stronę Blue wspinającej się na wzgórze od pozostawionego na dole samochodu. Gest ten wyglądał jak zachęta, lub raczej jakby chłopak kierował ruchem lotniczym.

– Jane. Musisz to zobaczyć! – W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał płynny niczym miód akcent starych wirginijskich pieniędzy.

Wdrapując się na szczyt z teleskopem na ramieniu, Blue w myślach sprawdzała poziom niebezpieczeństwa. „Czy już jestem w nim zakochana?”.

Gansey popędził w dół wzgórza, by wziąć od niej teleskop.

– Nie jest taki ciężki – powiedział jej i ruszył z powrotem.

Nie sądziła, aby była w nim zakochana. Nigdy dotąd w nikim nie była, ale uważała, że zdołałaby to rozpoznać. Na początku roku miała wizję, w której go całowała, i wciąż mogła to sobie dość wyraźnie przypomnieć. Jednakże rozważna strona Blue, zwykle dominująca, uważała, że miało to znacznie więcej wspólnego z ładnymi ustami Richarda Campbella Ganseya III niż z jakimkolwiek kwitnącym romansem.

Zresztą skoro los sądził, że może jej dyktować, w kim ma się zakochać, czekała go niespodzianka.

– Wydawało mi się, że masz lepsze mięśnie. Czy feministki nie mają dużych mięśni? – dodał Gansey.

Z pewnością nie była w nim zakochana.

– Nawet gdy mówisz to z uśmiechem, nie staje się zabawne – rzekła Blue.

Na najnowszym etapie poszukiwań walijskiego króla Owena Glendowera Gansey prosił miejscowych właścicieli ziemskich o możliwość przejścia przez ich tereny. Wszystkie działki leżały na linii mocy Henrietty – niewidzialnej, idealnej prostej łączącej miejsca o wysokiej duchowości – i otaczały Cabeswater, leżący na tej osi mistyczny las. Gansey był pewien, że Glendower ukrywał się gdzieś w Cabeswater, śpiąc od wieków. Ktokolwiek obudziłby króla, miał otrzymać od niego przysługę. Blue ostatnio często o tym myślała. Uważała, że Gansey jako jedyny tak naprawdę jej potrzebował. Nie wiedział jednak, że w ciągu paru miesięcy miał umrzeć. Ona zaś nie zamierzała mu tego powiedzieć.

„Gdybyśmy szybko znaleźli Glendowera – pomyślała Blue – moglibyśmy uratować Ganseya”.

Strome podejście zawiodło ich na rozległy, trawiasty szczyt górujący nad zalesionymi wzgórzami. Daleko, daleko w dole leżała Henrietta. Miasteczko było otoczone pastwiskami usianymi przez domy i bydło, tak małe jak na makietach kolejek. Wszystko oprócz strzelistego błękitnego łańcucha górskiego było zielone i lśniło w letnim skwarze.

Chłopcy nie przyglądali się jednak okolicy. Stali w ciasnym kole: chudy i piękny Adam Parrish, umorusany i przygarbiony Noah Czerny oraz dziki i mroczny Ronan Lynch. Na wytatuowanym ramieniu Ronana przysiadł jego kruk – Piła. Choć trzymał się ostrożnie, po obu stronach ramiączka czarnej koszulki bez rękawów widać było cienkie linie wyrysowane pazurami. Wszyscy przyglądali się czemuś, co Ronan trzymał w dłoniach. Gansey nonszalanckim gestem rzucił teleskop w bujną zieloną trawę i dołączył do nich.

Adam wpuścił do kręgu również Blue, na moment krzyżując z nią wzrok. Blue jak zawsze zaintrygowały jego rysy. Nie był klasycznie przystojny, lecz mimo to interesujący. Miał typowe dla mieszkańców Henrietty wydatne kości policzkowe i głęboko osadzone oczy, lecz u niego wyglądały delikatniej. Dzięki nim wydawał się lekko obcy. Lekko nieprzenikniony.

„Wybieram jego, losie – pomyślała z zawziętością. – Nie Richarda Ganseya III. Nie będziesz mi dyktować, co mam robić”.

Dłoń Adama znajdowała się tuż nad jej nagim łokciem. Jego dotyk był niczym szept w języku, którym nie potrafiła zbyt dobrze władać.

– Otwórz to – polecił Ronanowi.

W jego głosie słychać było powątpiewanie.

– Niewierny Tomasz – zakpił Ronan, lecz bez zbytniej zgryźliwości.

Maleńki model samolotu w jego dłoniach miał taką samą szerokość jak jego palce. Został uformowany z czystego białego, gładkiego plastiku, niemal całkowicie pozbawionego szczegółów, przez co wyglądał wręcz śmiesznie. Chłopak otworzył komorę bombową na spodzie. Była pusta.

– A więc to niemożliwe – powiedział Adam. Podniósł świerszcza, który skoczył mu na kołnierzyk. Cała grupa śledziła jego ruchy, ponieważ przed miesiącem odprawił dziwny rytuał. Jeśli nawet Adam zauważył, że znalazł się pod wzmożoną obserwacją, nie dał tego po sobie poznać. – Nie poleci, jeśli nie ma baterii i silnika.

Blue wiedziała już, co to jest. Ronan Lynch, strażnik tajemnic, wróg ludzi, diabelski chłopak, opowiedział im, że potrafi wyciągać przedmioty ze snów. Eksponat A: Piła. Gansey był podekscytowany. Należał do osób, które niekoniecznie we wszystko wierzą, ale chciał wierzyć. Jednak Adam, który zabrnął tak daleko w życiu, kwestionując każdą przedstawianą mu prawdę, żądał dowodów.

– Nie poleci, jeśli nie ma baterii i silnika – Ronan wyższym głosem przedrzeźniał rozwlekły akcent Adama. – Noah, sterownik.

Noah znalazł sterownik radiowy w rosnącej kępkami trawie. Podobnie jak samolot był biały i lśniący, miał zaokrąglone krawędzie. Trzymające go dłonie chłopaka wyglądały normalnie. Choć od jakiegoś czasu był martwy i powinien bardziej przypominać widmo, na linii mocy zawsze wydawał się żywy.

– Co ma być w środku, jeśli nie bateria? – spytał Gansey.

– Nie wiem – odparł Ronan. – We śnie to były małe pociski, ale chyba nie przeszły razem z nim.

Blue zerwała kilka dmuchawców.

– Trzymaj – powiedziała.

– Dobrze kombinujesz. – Ronan wsunął je do luku. Sięgnął po sterownik, ale Adam przejął go i potrząsnął nim przy uchu.

– To nawet nic nie waży – rzekł, kładąc przedmiot na dłoni Blue.

Rzeczywiście był bardzo lekki. Miał pięć malutkich białych przycisków. Cztery z nich ułożono w kształt krzyża, piąty był osobno. Dla Blue ten piąty był niczym Adam. Wciąż dążył do tego samego celu co pozostała czwórka, ale nie był już z nimi tak blisko.

– Zadziała – powiedział Ronan, zabierając sterownik i podając samolot Noahowi. – We śnie działał, więc i teraz będzie. Przytrzymaj go.

Wciąż się garbiąc, Noah chwycił malutki samolot kciukiem i palcem wskazującym, jakby zamierzał rzucać ołówkiem. Coś w piersi Blue zadudniło podnieceniem. Było niemożliwe, aby Ronan wyśnił taki samolocik. Zdarzyło się już jednak tak wiele innych niemożliwych rzeczy.

– Kerah – odezwała się Piła. Tak nazywała Ronana.

– Tak – zgodził się Ronan, po czym rzekł władczo do pozostałych: – Odliczajcie w dół.

Adam się skrzywił, lecz Gansey, Noah i Blue posłusznie zaczęli skandować:

– Pięć... Cztery... Trzy...

Na hasło „start” Ronan nacisnął jeden z przycisków.

Samolocik bezgłośnie wyskoczył Noahowi z dłoni i wzbił się w powietrze.

Zadziałał. Naprawdę zadziałał.

Gansey roześmiał się głośno, gdy wszyscy odchylili głowy, aby obserwować wznoszący lot maszynki. Blue osłoniła oczy, nie chciała bowiem zgubić w blasku małej białej figurki. Była tak drobna i zwinna, że wyglądała jak prawdziwy samolot lecący setki metrów nad wzgórzem. Wydawszy pełen wściekłości okrzyk, Piła zerwała się z ramienia Ronana, by ją ścigać. Ronan pochylał samolot w lewo i w prawo, oblatując nim wierzchołek, a Piła mknęła tuż za maszyną. Gdy figurka przelatywała nad ich głowami, nacisnął piąty przycisk. Ziarenka wysypały się z otwartego luku, spadając im na ramiona. Blue zaklaskała i wyciągnęła dłoń, próbując jedno złapać.

– Niezwykłe – odezwał się Gansey.

Jego zachwyt był zaraźliwy i bezwarunkowy podobnie jak uśmiech. Adam odchylił głowę, by obserwować, a jego oczy były nieruchome i odległe. Noah pod nosem wydyszał „łał”, wciąż trzymając wzniesioną rękę, jakby czekał, aż samolot do niego wróci. Ronan zaś stał z dłońmi na sterowniku i ze wzrokiem utkwionym w niebo, nie uśmiechając się, ale też nie marszcząc brwi. Miał nienaturalnie ożywione spojrzenie i usta wygięte w dzikim, pełnym zadowolenia grymasie. Nagle zupełnie przestało być zaskakujące, że potrafi zabierać przedmioty ze snów.

W tym momencie Blue czuła, że po trochu kocha każdego z nich. Ich magię. Ich zadanie. Ich ohydę i dziwność.

To byli jej kruczy chłopcy.

Gansey szturchnął Ronana w ramię.

– Glendower podróżował z magami, wiedziałeś? Z czarodziejami. Pomagali mu kontrolować pogodę. Może mógłbyś wyśnić nam trochę chłodu?

– Cha, cha.

– Przepowiadali też przyszłość – dodał Gansey, odwracając się do Blue.

– Nie patrz na mnie – powiedziała krótko.

Jej brak talentów psychicznych był wręcz legendarny.

– Albo pomagali przepowiadać przyszłość jemu – ciągnął Gansey. Nie miało to większego sensu, ale wyraźnie próbował ją ułagodzić. Gwałtowny temperament Blue i jej zdolność wzmacniania psychicznych talentów innych osób również były legendarne. – Idziemy?

Blue popędziła, by podnieść teleskop, zanim on zdążył do niego dojść – aż Gansey zmierzył ją wzrokiem – zaś pozostali chłopcy zebrali mapy, kamery i mierniki częstotliwości elektromagnetycznej. Ruszyli prosto wzdłuż linii mocy. Wzrok Ronana wciąż skierowany był na samolot i Piłę, na białego i czarnego ptaka na lazurowym stropie świata. Nagły podmuch wiatru przetoczył się po trawie, niosąc ze sobą woń płynącej wody i kamieni ukrytych w cieniu, a Blue zadrżała na myśl, że magia była prawdziwa, magia była prawdziwa, magia była prawdziwa.

2

Declan, najstarszy z braci Lynch, nigdy nie był sam. Nigdy nie był z żadnym ze swoich braci, lecz nie był sam. Był niczym machina perpetuum mobile, ale napędzana energią innych: tu pochylał się nad stolikiem przyjaciela w pizzerii, tam do wnęki wciągała go dziewczęca dłoń, jeszcze gdzie indziej śmiał się przy masce mercedesa starszego mężczyzny. Spotkania te były tak naturalne, że nie dawało się określić, czy to Declan przyciągał niczym magnes, czy też to on był przyciągany jak metalowe opiłki.

Z tego powodu Szary Mężczyzna miał niemałe problemy, aby znaleźć okazję do rozmowy z nim. Musiał przez większą część dnia kręcić się po kampusie Akademii Aglionby.

Oczekiwanie nie było jednak niemiłe, ponieważ Szary Mężczyzna był pod wrażeniem kryjącej się w cieniu dębów uczelni. Kampus był podniszczony, lecz zachował swój formalny charakter, co było możliwe tylko dzięki połączeniu czasu i bogactwa. Internaty nie były tak pełne jak podczas roku szkolnego, lecz nie były też puste. Wciąż przebywali tam synowie dyrektorów podróżujących do krajów Trzeciego Świata, by dawać się tam korzystnie fotografować, synowie przebywających w trasie muzyków punkowych, którzy woleli zabierać ze sobą inne rzeczy niż siedemnastoletnie potomstwo, a także synowie mężczyzn, którzy nie żyli i nie mogli po nich przyjechać.

Choć owych synów lata nie było wielu, na pewno nie zachowywali się bezszelestnie.

Internat Declana Lyncha nie okazał się tak ładny jak inne budynki, mimo to widać w nim było pieniądze. Pochodził z lat siedemdziesiątych, z dekady w technikolorze, do której Szary Mężczyzna miał ogromny sentyment. Drzwi wejściowe mogły być otwierane jedynie przy użyciu kodu, lecz ktoś zablokował je gumowym klinem. Szary Mężczyzna cmoknął z dezaprobatą. Oczywiście zamknięte drzwi by go nie powstrzymały, ale liczyło się myślenie.

Tak naprawdę Szary Mężczyzna nie był pewien, czy sam w to wierzył. Liczył się czyn.

W środku internat pomalowany był w neutralne barwy pasujące do porządnego hotelu. Zza jednych z zamkniętych drzwi grzmiał kolumbijski utwór hiphopowy, coś o pożądaniu i przemocy. Szary Mężczyzna nie przepadał za taką muzyką, ale nie mógł nie dosłyszeć jej powabu. Zerknął na drzwi. Pokoje Aglionby nie były numerowane. Zamiast tego na każdych drzwiach znajdowała się cecha, z którą, jak miały nadzieje władze uczelni, uczniowie opuszczali szkołę. Ten pokój oznaczony był jako Miłosierdzie. Nie tego szukał Szary Mężczyzna.

Skierował się w drugą stronę, odczytując napisy na drzwiach (Pilność, Szczodrość, Pobożność), dopóki nie dotarł do pokoju Declana Lyncha. Żywiołowość.

Kiedyś w artykule nazwano Szarego Mężczyznę „żywiołowym”. Był przekonany, że to z powodu bardzo prostych zębów. Równe zęby wydawały się warunkiem koniecznym do żywiołowości.

Zastanawiał się, czy Declan Lynch ma ładne zęby.

Zza drzwi nie dobiegały żadne dźwięki. Poruszył lekko klamką. Zamknięte.

„Dobry chłopiec” – pomyślał.

W głębi korytarza muzyka dudniła niczym odgłosy apokalipsy. Szary Mężczyzna zerknął na zegarek. Wypożyczalnia samochodów zamykała się za godzinę, a jeśli czegoś nie cierpiał, była to komunikacja publiczna. Musiał się pospieszyć.

Kopnął w drzwi.

Declan Lynch siedział na jednym z dwóch znajdujących się w środku łóżek. Był bardzo przystojny, miał bujne ciemne włosy i wydatny rzymski nos.

Oraz wspaniałe zęby.

– O co chodzi? – spytał.

Zamiast odpowiedzieć, Szary Mężczyzna podniósł Declana z łóżka i rzucił nim w stronę znajdującego się obok okna. Dźwięki były dziwnie stłumione i najgłośniejszy okazał się odgłos powietrza wyrywającego się z ust chłopca, gdy wpadł kręgosłupem na parapet. Declan zerwał się jednak szybko, gotów do walki. Był niezłym bokserem i Szary Mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że uważał to za swój atut.

Szary Mężczyzna już wcześniej dowiedział się jednak, że Niall Lynch uczył synów boksowania. Jedyną rzeczą, jakiej Szarego Mężczyzny uczył jego ojciec, była wymowa słowa trebuszet.

Walczyli przez chwilę. Declan był dobry, lecz Szary Mężczyzna lepszy. Ciskał chłopcem po pokoju i ramieniem Declana zrzucił z szafki nagrody, karty kredytowe oraz kluczyki do samochodu. Odgłos uderzenia głową w szufladę zatonął w basach dobiegających z korytarza. Declan zamachnął się i chybił. Szary Mężczyzna podciął chłopcu nogi, rzucił nim o ścianę obok komody i zbliżał się, by kontynuować zadawanie ciosów. Zatrzymał się tylko na moment, aby podnieść kask motocyklowy, który potoczył się na środek podłogi.

Zerwawszy się nagle, Declan podniósł się, podtrzymując o szafkę, a następnie wyciągnął z szuflady pistolet.

Wycelował go w Szarego Mężczyznę.

– Stój – powiedział krótko.

Zwolnił bezpiecznik.

Szary Mężczyzna nie spodziewał się tego.

Zatrzymał się.

Kilka różnych emocji walczyło o dominację na twarzy Declana, ale nie należał do nich szok. Wyraźnie było widać, że broń nie znalazła się w szufladzie z powodu możliwości ataku, lecz jego prawdopodobieństwa.

Szary Mężczyzna zastanawiał się, jak to jest żyć w taki sposób, w wiecznej gotowości, że ktoś kopniakiem otworzy drzwi. Uznał, że nie było to przyjemne. W najmniejszym stopniu.

Nie sądził, by Declan Lynch zawahał się przed strzałem. W jego postawie nie widać było niezdecydowania. Trzęsła mu się lekko dłoń, lecz Szary Mężczyzna uznał, że to z powodu odniesionych obrażeń, nie ze strachu.

Szary Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, po czym rzucił kaskiem. Chłopak wystrzelił, lecz jedynym tego efektem był hałas. Kask uderzył go w palce, a mężczyzna podszedł do oszołomionego Declana i wyłuskał mu pistolet z odrętwiałej dłoni. Poświęcił chwilę, by przesunąć bezpiecznik.

Następnie Szary Mężczyzna uderzył Declana bronią w policzek. Powtórzył to kilkakrotnie, by pokazać, że nie żartuje.

Wreszcie pozwolił Declanowi osunąć się na kolana. Chłopak dość walecznie trzymał się przytomności. Szary Mężczyzna docisnął go butem do podłogi, po czym położył na plecach. Declan skupiał wzrok na wiatraku sufitowym. Z nosa płynęła mu krew.

Szary Mężczyzna przyklęknął i przycisnął lufę broni Declanowi do brzucha, który unosił się i opadał gwałtownie, gdy chłopak próbował złapać powietrze. Przesunął pistolet nad wątrobę Declana i powiedział spokojnie:

– Gdybym cię tu postrzelił, umierałbyś dwadzieścia minut, a ratownicy z pogotowia i tak nie zdołaliby cię ocalić. Gdzie jest Greywaren?

Declan się nie odezwał. Szary Mężczyzna dał mu chwilę, by zastanowił się nad odpowiedzią. W wyniku obrażeń głowy myśli zwykle zwalniały.

Chłopak wciąż milczał, mężczyzna przesunął więc lufę na jego udo. Nacisnął tak mocno, że Declan aż stracił dech.

– A po postrzeleniu tutaj umrzesz w pięć minut. Nie muszę zresztą do ciebie strzelać. Szpic twojego parasola równie dobrze załatwi sprawę. Odejdziesz w pięć minut i będziesz żałować, że to nie trzy.

Declan zamknął oczy. Tak naprawdę tylko jedno, bo lewe już tak napuchło, że niemal nic nim nie widział.

– Nie wiem – powiedział w końcu. Jego głos brzmiał tak, jakby chłopiec był senny. – Nie wiem, co to jest.

– Kłamstwa są dla polityków, takich jak ty – rzekł Szary Mężczyzna bez gniewu. Chciał tylko uświadomić chłopakowi, że wiedział o jego życiu i o stażu. Że przygotował się do zadania. – Wiem, gdzie są teraz twoi bracia. Wiem, gdzie mieszka twoja matka. Wiem, jak nazywa się twoja dziewczyna. Wyrażam się jasno?

– Nie mam pojęcia, gdzie to jest. – Declan się zawahał. – To prawda. Nie mam pojęcia, gdzie to jest. Tyle wiem.

– Oto moja propozycja. – Szary Mężczyzna wstał. – Znajdziesz to dla mnie, a następnie oddasz mi. I odejdę.

– Jak cię znajdę, żeby ci to oddać?

– Chyba nie zrozumiałeś. Jestem twoim cieniem. Jestem plwociną, którą przełykasz. Jestem kaszlem, który nie daje ci zasnąć w nocy.

– Zabiłeś mojego ojca? – spytał Declan.

– Nialla Lyncha. – Szary Mężczyzna smakował te słowa w ustach. Według niego Niall Lynch był kiepskim ojcem, który dał się zabić, a następnie pozwolił swoim synom żyć w miejscu, w którym bezpieczne drzwi zostawia się otwarte. Uważał, że świat jest pełen złych ojców. – On też zadał mi to pytanie.

Declan Lynch wypuścił nierówno powietrze: najpierw pół oddechu, później drugie pół. Szary Mężczyzna z zadowoleniem zauważył, że chłopak wreszcie zaczął się bać.

– Dobrze – powiedział Declan. – Znajdę to. A później zostawisz nas w spokoju. Wszystkich.

Szary Mężczyzna odłożył pistolet do szuflady i zamknął ją. Zerknął na zegarek. Miał dwadzieścia minut, by odebrać samochód z wypożyczalni. Zastanawiał się nad wyższą klasą. Niemal równie mocno jak transportu publicznego nie cierpiał małych samochodów.

– Tak.

– Dobrze – powtórzył Declan.

Szary Mężczyzna opuścił pokój, przymykając za sobą drzwi. Nie zamknęły się do końca, bo wchodząc, zepsuł jeden z zawiasów. Na pewno była jakaś polisa, która pokryje uszkodzenia.

Przystanął, spoglądając przez szczelinę w drzwiach.

Dowiedział się kolejnej rzeczy o Declanie Lynchu.

Przez kilka minut nic się nie działo. Declan leżał zgięty wpół, krwawiąc. Następnie palce prawej dłoni zaczęły macać w miejscu, w którym upadła jego komórka. Nie wykręcił jednak od razu numeru alarmowego. Z bolesną powolnością – niemal na pewno miał zwichnięty bark – wybrał inny numer. Natychmiast na sąsiednim łóżku odezwał się telefon. Szary Mężczyzna wiedział, że należał on do Matthew, najmłodszego z braci. Jako dzwonek ustawiono piosenkę zespołu Iglu & Hartly, którą mężczyzna znał, lecz jej nie cierpiał. Szary Mężczyzna wiedział już, gdzie jest Matthew Lynch – pływał po rzece łodzią z paroma miejscowymi chłopakami. Podobnie jak starszy brat nie lubił być sam.

Nie otwierając oczu, Declan pozwolił dzwonkowi rozbrzmiewać dłużej, niż to było konieczne. Wreszcie zakończył połączenie i wybrał inny numer. Wciąż nie był to numer alarmowy. Kimkolwiek był rozmówca, nie odebrał. Napięta twarz Declana stężała jeszcze bardziej. Szary Mężczyzna usłyszał cichutki sygnał dzwoniącego telefonu, a następnie krótkie powitanie na poczcie głosowej, którego już nie zrozumiał.

Declan Lynch zamknął oczy i wydyszał:

– Ronanie, gdzie jesteś, do diabła?

3

Pytanie, czy da się go w ogóle znaleźć – powiedział Gansey do telefonu, na wpół krzycząc, by było go słychać przez hałas silnika. – Gdyby naprawdę dało się odszukać Glendowera, po prostu idąc wzdłuż linii mocy, nie sądzę, by nie odkryto go już przez ostatnie kilkaset lat.

Wracali do Henrietty w Świni, pomalowanym na wściekle czerwono i pomarańczowo starym camaro Ganseya. Gansey prowadził, zresztą jak zawsze, gdy jechali tym samochodem. Tematem rozmowy był Glendower, zresztą jak niemal zawsze, gdy przebywało się w pobliżu Ganseya.

Na tylnym siedzeniu Adam odchylił głowę na tyle, by jednocześnie słuchać rozmowy i okazywać własne zmęczenie. Blue wysunęła się do przodu, by łatwiej jej było podsłuchiwać, i wydłubywała ziarenka z szydełkowych legginsów. Noah znajdował się po drugiej stronie, choć nigdy nie było pewności, czy pozostanie cielesny, gdy oddalą się od linii mocy. Było ciasno, zwłaszcza w takim upale. Klimatyzacja dawała z siebie wszystko, lecz chłodniejsze powietrze uciekało przez szczeliny w dziurawym samochodzie. Miała zresztą tylko dwa ustawienia: włączona i zepsuta.

– To jedyna rzecz – rzucił Gansey do telefonu.

Ronan oparł się o popękaną winylową wyściółkę drzwi po stronie pasażera i żuł rzemyki na ręku. Smakowały jak benzyna i dla Ronana ten smak był jednocześnie seksowny oraz letni.

Tylko czasami myślał o Glendowerze. Gansey chciał odnaleźć Glendowera, ponieważ pragnął dowieść niemożliwego. Ronan wiedział już, że niemożliwe istnieje. Jego ojciec był niemożliwy. On sam był niemożliwy. Ronan chciał odnaleźć Glendowera przede wszystkim dlatego, że pragnął tego Gansey. Tylko czasami zastanawiał się, co by się stało, gdyby naprawdę go odszukali. Uznał, że mogłoby to w dużej mierze przypominać śmierć. Gdy Ronan był młodszy i z większą wyrozumiałością podchodził do cudów, myślał o momencie śmierci z niemal entuzjastyczną rozkoszą. Matka mówiła mu, że jeśli spojrzy się Bogu w oczy u perłowych bram nieba, otrzyma się odpowiedź na wszystkie pytania.

Ronan miał bardzo dużo pytań.

Z przebudzeniem Glendowera mogło być podobnie. Pojawiłoby się może mniej aniołów i słyszałoby się silniejszy walijski akcent. Sąd zaś byłby trochę mniej ostateczny.

– Nie, rozumiem to – mówił Gansey profesjonalnym głosem Pana Ganseya, który ociekał pewnością siebie i rozkazywał szczurom oraz małym dzieciom: „Wstańcie, wstańcie, chodźcie za mną!”. Przynajmniej na Ronana tak działał jego głos. – Jeśli jednak założymy, że Glendower został przywieziony pomiędzy 1412 a 1420 rokiem oraz że jego grobowiec pozostał bez opieki, przyrastająca w naturalny sposób gleba zakryłaby go. Starkman sugeruje, że warstwy średniowieczne mogą znajdować się pod osadami sięgającymi od półtora do ponad pięciu metrów. Wiem, nie jestem na równinie zalewowej. Starkman pracował jednak z założeniem, że... Tak, oczywiście. Co pan myśli o GPR?

Blue popatrzyła na Adama. Nie podnosząc głowy, wyjaśnił cicho:

– Georadar.

Rozmówcą był Roger Malory, niesłychanie stary brytyjski profesor, z którym Gansey pracował w Walii. Podobnie jak Gansey od lat badał linie mocy. W przeciwieństwie jednak do chłopaka nie zamierzał odnaleźć dzięki nim pradawnego króla. Były dla niego raczej weekendowym hobby, gdy nie musiał uczestniczyć w paradach. Ronan nie spotkał go osobiście i nie zamierzał. Starsi ludzie budzili jego niepokój.

– Gradiometria transduktorowa? – zasugerował Gansey. – Używaliśmy już kilka razy samolotu. Nie wiem tylko, czy zobaczymy coś jeszcze przed zimą, zanim opadną liście.

Ronan poruszył się niespokojnie. Udany lot samolotu sprawił, że czuł ogromną energię. Jakby spalił coś na popiół. Przyłożył dłoń do wylotu klimatyzacji, by nie paść z gorąca.

– Prowadzisz jak stara baba.

Gansey machnął ręką w uniwersalnym geście mówiącym: „Zamknij się”. Przy drodze międzystanowej cztery czarne krowy uniosły głowy, by popatrzeć na przejeżdżające camaro.

„Gdybym to ja prowadził...”. Ronan pomyślał o kluczykach do camaro, które wyśnił i schował w szufladzie w swoim pokoju. Pozwolił, by w umyśle rozwinęły mu się powoli możliwości. Zerknął na telefon. Czternaście nieodebranych połączeń. Włożył go z powrotem do kieszeni w drzwiach.

– A może magnetometr protonowy? – spytał Gansey Malory’ego, po czym dodał gniewnie: – Wiem, że to do użytku podwodnego. Chodzi mi o użytek podwodny.

To właśnie z powodu wody zakończyli na dzisiaj pracę. Gansey uznał, że następnym etapem poszukiwań powinno być ustalenie granic Cabeswater. Wchodzili do lasu tylko od wschodu i nigdy nie dotarli do żadnej z pozostałych krawędzi. Tym razem odeszli zdecydowanie na północ od miejsc poprzednich prób, a urządzenia miały ich ostrzec, gdyby znaleźli północną granicę elektromagnetyczną lasu. Po kilku godzinach marszu grupa dotarła jednak do jeziora.

Gansey zatrzymał się gwałtownie. Jezioro wcale nie było nie do pokonania. Obejmowało jedynie paręnaście tysięcy metrów kwadratowych, a biegnąca wokół niego ścieżka nie wyglądała na niebezpieczną. Nie oszołomiło go też swoim pięknem. Jak na jezioro było zresztą dość nieciekawe – ot, nienaturalnie kanciasty zbiornik wbity w zalane pole. Krowy lub owce wydeptały dróżkę wzdłuż jednego z brzegów.

Ganseya powstrzymał oczywisty fakt, że jezioro było dziełem człowieka. Już wcześniej powinien był pomyśleć, że fragmenty linii mocy mogły zostać zalane, jednak dotąd na to nie wpadł. I z jakiegoś powodu, choć nie było niemożliwością wierzyć, że Glendower wciąż w jakiś sposób by żył po kilkuset latach, było niemożliwością sądzić, że udałoby mu się to pod litrami wody.

– Musimy wymyślić coś, by zajrzeć pod spód – oznajmił Gansey.

– Och, Gansey, daj spokój – odparł Adam. – Jakie są szanse...

– Zajrzymy pod spód.

Samolot Ronana uderzył o wodę i unosił się na niej poza ich zasięgiem. Przeszli długi kawałek dzielący ich od samochodu. Gansey zadzwonił do Malory’ego.

„Zupełnie jakby zgrzybiały staruch – pomyślał Ronan – znajdujący się pięć tysięcy kilometrów stąd mógł mieć jakieś błyskotliwe pomysły”.

Gansey zakończył rozmowę.

– No i? – spytał Adam.

Gansey skrzyżował z nim spojrzenia w lusterku wstecznym. Adam westchnął.

Ronan pomyślał, że mogliby po prostu obejść jezioro. Oznaczałoby to jednak wejście prosto w Cabeswater, a choć pradawny las wydawał się najbardziej prawdopodobnym miejscem pobytu Glendowera, z powodu kipiącej niestabilności nowo utkanej linii mocy był z lekka nieprzewidywalny. Nawet Ronan, który nie przejmował się zbytnio tym, że mógłby opuścić doczesną powłokę, musiał przyznać, że perspektywa stratowania przez bestie lub przypadkowego wpadnięcia w czterdziestoletnią pętlę czasową nie była zbyt zachęcająca.

Wszystko to było winą Adama – to on przebudził linię mocy, choć Gansey wolał udawać, że była to wspólna decyzja. Pakt, jaki Adam zawarł, by to osiągnąć, również jego uczynił z lekka nieprzewidywalnym.

Ronan sam był grzesznikiem, mniej więc poruszyła go ta przewina niż upór Ganseya, by dalej uważali Adama za świętego.

Gansey nie był kłamcą. Ten fałsz nie pasował do niego.

Ganseyowi zaćwierkał telefon. Chłopak przeczytał wiadomość i ze zduszonym okrzykiem upuścił aparat obok dźwigni zmiany biegów. Wpadł nagle w ponury nastrój i oparł głowę o fotel. Adam gestem wskazał Ronanowi, by podniósł komórkę, lecz Lynch nie cierpiał telefonów chyba bardziej niż czegokolwiek na świecie.

Siedział więc z uniesionymi brwiami, czekając.

Wreszcie Blue wychyliła się na tyle, by złapać aparat. Przeczytała głośno wiadomość:

– „Naprawdę przydałbyś mi się w ten weekend, jeśli to nie problem. Helen by Cię zabrała. Zignoruj, jeśli zajmujesz się czymś innym”.

– Chodzi o Kongres? – spytał Adam.

Na dźwięk słowa „Kongres” Gansey westchnął ciężko, a Blue wyszeptała z kąśliwą drwiną:

– Kongres!

Nie minęło wiele czasu, odkąd matka Ganseya oznajmiła, że będzie się ubiegać o mandat. Na tym początkowym etapie kampania nie wpływała jeszcze bezpośrednio na Ganseya, ale było nieuniknione, że wreszcie zostanie powołany do służby. Wszyscy wiedzieli, że gładki, przystojny Gansey, nieustraszony nastoletni odkrywca i wzorowy uczeń, był atutem, przed którego użyciem nie zawahałby się żaden potencjalny polityk.

– Nie może mnie zmusić – rzekł Gansey.

– Nie musi – parsknął Ronan. – Jesteś maminsynkiem.

– Wyśnij mi rozwiązanie.

– Nie ma potrzeby. Natura dała ci kręgosłup. Wiesz, co ci poradzę? Pieprzyć Waszyngton.

– Dlatego ty nigdy nie musisz robić takich rzeczy – odparł Gansey.

Na drugim pasie z camaro zrównał się samochód. Ronan, miłośnik drogowych pojedynków, zauważył go pierwszy. Błysk białej farby, a później dłoń z podniesionym środkowym palcem. Samochód wystrzelił naprzód, a następnie zwolnił, po czym znów ruszył do przodu.

– O Chryste – powiedział Gansey. – Czy to Kavinsky?

Oczywiście, że był to Joseph Kavinsky, również uczeń z Akademii Aglionby i najbardziej znany hobbystyczny fałszerz w Henrietcie. Jego osławione mitsubishi evo było wcieleniem chłopięcego piękna, białym niczym księżyc, z żarłoczną czarną osłoną chłodnicy i ogromnymi malunkami zębatych noży po obu stronach karoserii. Mitsubishi zostało właśnie zwolnione z miesięcznego przymusowego postoju na parkingu policyjnym. Sędzia oznajmił Josephowi, że jeśli jeszcze raz zostanie przyłapany na ściganiu się, zezłomują samochód i każą mu na to patrzeć, podobnie jak robili z bogatymi piratami drogowymi w Kalifornii. Krążyły plotki, że Kavinsky roześmiał się i powiedział sędziemu, iż nigdy już nie da się zatrzymać.

I pewnie tak będzie. Krążyły plotki, że ojciec Kavinsky’ego przekupił szeryfa Henrietty.

Aby uczcić zwolnienie mitsubishi z konfiskaty, Kavinsky nałożył trzy warstwy antylaserowego lakieru na przednie światła i kupił sobie nowy antyradar.

Takie krążyły plotki.

– Nienawidzę tego fiuta – odezwał się Adam.

Ronan wiedział, że on też powinien go nienawidzić.

Szyba po stronie kierowcy odsunęła się, ukazując Josepha Kavinsky’ego w okularach przeciwsłonecznych w białych oprawkach, które odbijały jedynie niebo. Ogniwa złotego łańcucha, który miał na szyi, pobłyskiwały. Miał minę uciekiniera, beznamiętną i niewinną.

Uśmiechnął się leniwie i bezgłośnie powiedział do Ganseya coś, co kończyło się na „pka”.

Wszystko, co wiązało się z Kavinskym, było godne pogardy.

Ronanowi mocniej zabiło serce. Pamięć mięśniowa.

– Zrób to – ponaglił.

Rozciągała się przed nimi szara czteropasmowa droga międzystanowa. Słońce podpalało czerwień i pomarańcz na masce camaro, pod nią zaś mruczał leniwie podkręcony i tragicznie niewykorzystywany silnik. Cała sytuacja aż się prosiła, aby ktoś wdepnął nogą pedał gazu.

– Wiem, że nie masz na myśli wyścigów – powiedział rzeczowo Gansey.

Noah roześmiał się chrapliwie.

Gansey nie nawiązał kontaktu wzrokowego z Kavinskym ani z jego pasażerem – wiecznie przy nim obecnym Prokopenką.

Zawsze kręcił się obok niego, tak jak elektron kręci się wokół jądra atomu, lecz ostatnio zyskał chyba oficjalnie status kumpla.

– No dalej, stary – rzekł Ronan.

– Nie wiem, dlaczego sądzisz, że to zadziała – sennym, lekceważącym głosem odezwał się Adam. – Świnia ma na pokładzie pięć osób...

– Noah się nie liczy – odparł Ronan.

– Hej – sprzeciwił się Noah.

– Jesteś martwy. Nic nie ważysz.

– ...mamy włączoną klimatyzację – ciągnął Adam – a on ma evo, prawda? Od zera do setki w cztery sekundy. A to ile wyciąga? Do setki w pięć? Sześć? Porównaj sobie.

– Pokonałem go już – powiedział Ronan. Perspektywa umykającego wyścigu wydawała mu się lekko przerażająca. Było tak blisko, adrenalina czekała na wyzwolenie. I to jeszcze przy Kavinskym. Każdy skrawek skóry Ronana drżał z bezcelowego podniecenia.

– Nie w tamtym samochodzie. Nie w twoim bmw.

– Właśnie w tym – zripostował Ronan. – W moim bmw. On jest gównianym kierowcą.

– To nieistotne – rzekł Gansey. – Nic z tego. Kavinsky jest gnojkiem.

Na drugim pasie Kavinsky stracił cierpliwość i powoli wysforował się do przodu. Blue zauważyła samochód.

– On nie jest gnojkiem! – wykrzyknęła. – Jest dupkiem!

– I widzisz – powiedział Gansey. – Jane się zgadza.

Ronan dostrzegł twarz Kavinsky’ego oglądającego się na nich przez ciemne okulary. Uważał ich wszystkich za tchórzy. Ronan poczuł, jak swędzą go dłonie. Nagle białe mitsubishi wystrzeliło naprzód w obłoku dymu. Gdy camaro dotarł do zjazdu na Henriettę, nie było już po nim śladu. Żar unosił się nad drogą międzystanową, przemieniając wspomnienie po Kavinskym w miraż. Zupełnie jakby go nigdy nie było.

Ronan osunął się na fotelu, straciwszy całą ochotę do walki.

– Nigdy nie starasz się zabawić, staruszku. 

– To nie jest zabawa – odrzekł Gansey, włączając kierunkowskaz. – To kłopoty.

4

Szary Mężczyzna nie zawsze chciał być mięśniakiem.Miał wręcz stopień naukowy w dziedzinie zupełnie niezwiązanej z obijaniem ludzi. Kiedyś napisał nawet całkiem udaną książkę pod tytułem Braterstwo w poezji anglosaskiej, która była lekturą obowiązkową na przynajmniej siedemnastu uczelniach w całym kraju. Szary Mężczyzna starannie zbierał te spisy lektur i przechowywał je w segregatorze razem z okładkami, wydrukami redakcyjnymi i dwoma listami pochwalnymi zaadresowanymi na jego pseudonim literacki. Gdy tylko serce domagało się małej salwy fajerwerków, wyciągał segregator z szuflady przy łóżku i przeglądał zawartość, wypijając przy tym jedno lub siedem piw. Odcisnął swoje piętno.

Choć jednak Szary Mężczyzna uwielbiał poezję anglosaską, była dla niego lepsza jako hobby niż jako sposób na życie. Wolał profesję, do której mógł podchodzić z pragmatyzmem, która dawała mu możliwość czytania i studiowania w dowolnej chwili. Tak oto znalazł się w Henrietcie.

Szary Mężczyzna pomyślał, że było to mimo wszystko całkiem niezłe życie.

Po pogawędce z Declanem Lynchem zameldował się w pensjonacie Przyjemna Dolina tuż za miasteczkiem. Było już dość późno, ale Małemu i Patty Wetzel nie wydawało się to przeszkadzać.

– Jak długo będzie pan u nas? – spytała Patty, podając Szaremu Mężczyźnie kubek z niezbyt anatomicznie przedstawionym kogutem.

Przyjrzała się stojącym w przejściu bagażom: szaremu brezentowemu workowi i równie szarej, twardej walizce.

– Zapewne przynajmniej dwa tygodnie – odparł Szary Mężczyzna. – Czternaście dni w państwa towarzystwie. – Kawa była wyjątkowo niedobra. Zsunął z ramion jasnoszarą marynarkę, ukazując ciemnoszarą koszulkę w serek. Wetzelowie popatrzyli na odsłonięte barki i klatkę piersiową. – Macie coś, co ma trochę więcej charakteru? – spytał.

Chichocząc, Patty posłusznie wyciągnęła z lodówki trzy corony.

– Nie lubimy wyglądać na pijaków, ale... Limonkę?

– Limonkę – zgodził się Szary Mężczyzna.

Przez chwilę panowało milczenie, a trzy pełnoletnie osoby wspólnie delektowały się napojem alkoholowym po długim dniu. Wyłonili się po drugiej stronie ciszy jako dobrzy znajomi.

– Dwa tygodnie? – spytał Mały.

Szarego Mężczyznę nieodmiennie fascynował sposób, w jaki Mały formułował słowa. Główna zasada akcentu z Henrietty wydawała się polegać na łączeniu pięciu typowych dla języka angielskiego samogłosek w cztery.

– Mniej więcej. Nie jestem pewien, jak długo potrwa ten kontrakt.

Mały podrapał się po brzuchu.

– Czym się pan zajmuje?

– Jestem płatnym zabójcą.

– W tych czasach chyba ciężko o pracę?

– W księgowości byłoby łatwiej – odparł Szary Mężczyzna.

Wetzelom bardzo się to spodobało. Po kilku chwilach serdecznego śmiechu Patty zaryzykowała:

– Ma pan takie głębokie spojrzenie.

– To po matce – skłamał.

Jedyną rzeczą, jaką miał po matce, była niezdolność do opalania się.

– Szczęściara! – powiedziała Patty.

Wetzelowie od kilku tygodni nie mieli gości, a Szary Mężczyzna pozwolił sobie być obiektem ich żarliwych powitań przez mniej więcej godzinę, zanim przeprosił ich i odszedł z kolejną coroną. Gdy zamknęły się za nim drzwi, Wetzelowie byli już jego zdeklarowanymi sympatykami.

„Tak wiele problemów świata – zadumał się – mogło być rozwiązanych dzięki czystej ludzkiej przyzwoitości”.

Nowym domem Szarego Mężczyzny była cała piwnica posiadłości. Przechadzał się pomiędzy odsłoniętymi filarami, zaglądał w każde otwarte drzwi. Wszędzie były pikowane kołdry, stare kołyski i ciemne portrety od dawna martwych wiktoriańskich dzieci. Pachniało jak od dwustuletniej solonej szynki. Szary Mężczyzna lubił świadomość przeszłości. Było jednak także dużo kogutów.

Wrócił do pierwszej sypialni i rozpiął zostawiony tam worek. Przerzucał spodnie, kosmetyki i skradzione artefakty zawinięte w bokserki, aż znalazł małe urządzenia, z których pomocą wykrył Greywarena. Na parapecie małego, wysokiego okna przy łóżku postawił miernik pola elektromagnetycznego, stare radio i geofon, po czym z walizki wypakował sejsmograf, odbiornik pomiarowy i laptop. Wszystko to dostarczył profesor. Gdyby Szary Mężczyzna sam miał dobierać urządzenia, skorzystałby z prymitywniejszych narzędzi lokalizacyjnych.

W tym momencie tarcze i wskaźniki wychyliły się gwałtownie. Mówiono mu, że Greywaren wywołuje anomalie energetyczne, ale to był tylko... szum. Wyzerował te instrumenty, które miały odpowiednie przyciski, i potrząsnął pozostałymi. Odczyty wciąż nie miały sensu. Może wina leżała po stronie samego miasteczka? Wszystko tu wydawało się naładowane, uznał więc bez zbytniego niepokoju, że przyrządy mogą okazać się bezużyteczne.

„Mam przecież czas”. Gdy profesor zatrudnił go do tego zadania, wydawało się ono nie do wykonania – jak mógłby istnieć relikt, który pozwalał właścicielowi wyciągać przedmioty ze snów? Chciał w to wierzyć, rzecz jasna. Magia i intrygi to rzeczy opiewane w sagach. Poza tym od ich pierwszego spotkania profesor zdobył inne obiekty, które nie powinny istnieć.

Szary Mężczyzna wyciągnął z worka segregator i otworzył go na narzucie łóżka. Na wierzchu leżał program zajęć z pierwszej części historii średniowiecza. Lektury obowiązkowe: Braterstwo w poezji anglosaskiej. Nałożył słuchawki na uszy i włączył playlistę z piosenkami The Flaming Lips. Poczuł się całkiem zadowolony.

Obok niego zadzwonił telefon. Szarego Mężczyznę gwałtownie opuściło zadowolenie. Numer na ekranie nie pochodził jednak z Bostonu, nie należał więc do jego starszego brata. Odebrał połączenie.

– Dobry wieczór – powiedział.

– Czy dobry? Chyba tak. – Rozmówcą był Colin Greenmantle, profesor opłacający jego rachunki. Jedyny człowiek o spojrzeniu jeszcze głębszym niż jego. – Wie pan, co ułatwiłoby mi telefony do pana? Gdybym znał pańskie nazwisko. Mógłbym je wtedy wypowiadać.

Szary Mężczyzna nie odpowiedział. Greenmantle przeżył pięć lat bez jego nazwiska, mógł więc przeżyć kolejne pięć. W końcu, pomyślał Szary Mężczyzna, jeśli wystarczająco długo nie będzie go używał, sam może je zapomnieć i stanie się wówczas kimś zupełnie innym.

– Znalazł pan to? – spytał Greenmantle.

– Dopiero przyjechałem – przypomniał mu Szary Mężczyzna.

– Mógłby pan po prostu odpowiedzieć na pytanie. Mógłby pan powiedzieć „nie”.

– „Nie” to coś innego niż „jeszcze nie”.

Teraz Greenmantle milczał. Świerszcz grał tuż za malutkim oknem.

– Chcę, aby w tym przypadku pan się pospieszył – rzekł w końcu profesor.

Szary Mężczyzna już od jakiegoś czasu poszukiwał rzeczy, których nie można było znaleźć, kupić ani zdobyć, i instynkt mówił mu, że Greywaren nie jest czymś, co szybko wpadnie mu w ręce. Przypomniał Greenmantle’owi, że minęło już pięć lat, odkąd zaczęli go szukać.

– Skąd ten nagły pośpiech?

– Inni go szukają.

Szary Mężczyzna zerknął na przyrządy. Nie chciał pozwolić, by Greenmantle zepsuł mu leniwe badanie Henrietty.

– Zawsze szukali go jacyś inni – powiedział to, co Declan Lynch już wiedział.

– Nie zawsze byli w Henrietcie.

5

W nocy Ronan obudził się w Monmouth Manufacturing. Obudził niczym żeglarz wprowadzający okręt na skały, gwałtownie, nieostrożnie, najszybciej jak tylko mógł, gotowy na uderzenie.

Śnił, że jechał do domu. Droga do Stodółek była kręta jak drucik w żarówce, z gwałtownymi zakrętami i pozbawiającymi tchu podjazdami w nierównym terenie. To nie łagodne pagórki Ganseya. Wschodnie wzgórza Singer’s Falls były zielonymi nierównościami, nagłymi wypiętrzeniami i stromymi uskokami w usianych skałami lasach. Wznosiła się z nich mgła i opadały na nie chmury. Gdy do Stodółek zachodziła noc, była o kilka odcieni ciemniejsza niż w Henrietcie.

Ronan śnił o tej jeździe więcej razy, niż przemierzał tę drogę w rzeczywistości. Nawierzchnia czarna jak atrament, wyłaniający się nagle stary wiejski dom, wiecznie zapalone światło w pokoju, w którym przebywa cicha matka. We śnie nigdy jednak nie docierał do domu.

Podobnie jak tym razem. Wyśnił jednak coś, co chciał zabrać ze sobą.

Z trudem poruszył się w łóżku. Tuż po przebudzeniu, po śnieniu, jego ciało nie należało do nikogo. Spoglądał na nie z góry niczym żałobnicy na pogrzebie. Z zewnątrz ten budzący się wczesnym rankiem Ronan wyglądał zupełnie inaczej, niż czuł się od środka. Wszystko, co nie nadziewało się na ostrą linię okrutnych ust śpiącego chłopca, więzło w bezlitosnych zadziorach jego tatuażu, było wciągane pod skórę, by utonęło.

Czasami Ronan myślał, że pozostanie uwięziony w ten sposób, że będzie się unosił poza ciałem.

Gdy Ronan nie spał, nie wolno mu było jeździć do Stodółek. Kiedy Niall Lynch zmarł – został zabity, a nie zmarł, zatłuczony na śmierć łyżką do opon, która wciąż leżała obok niego, gdy Ronan go znalazł, wciąż pokryta krwią, mózgiem i sporą częścią twarzy, twarzy, która była żywa niespełna godzinę, może dwie wcześniej, gdy Ronan zaledwie kilka metrów dalej przesypiał całą noc, do czego teraz nie był już zdolny – prawnik przekazał im testament ojca. Bracia Lynchowie byli bogaci, byli niczym książęta Wirginii, jednak byli wygnańcami. Wszystkie pieniądze należały do nich, lecz pod jednym warunkiem: chłopcy nigdy już nie mogli postawić nogi na terenie posiadłości. Nie mogli zakłócać swą obecnością spokoju domu, nie mieli praw do jego zawartości.

W tym do ich matki.

„To nigdy nie przejdzie w sądzie – powiedział Ronan. – Powinniśmy to podważyć”.

„To nie ma znaczenia – odrzekł Declan. – Bez niego mama jest niczym. Równie dobrze my też możemy odejść”.

„Musimy walczyć” – nalegał Ronan.

Declan już się odwrócił.

Ona nie walczy.

Ronan mógł poruszać palcami. Ciało znów należało do niego. Czuł w dłoniach chłodną drewnianą powierzchnię skrzynki, a stale obecne na nadgarstkach rzemyki pełzły w stronę palców. Czuł wypiętrzenia i doliny liter wyrytych na skrzynce. Wąwozy szufladek i ruchomych elementów. Poczuł, że krew popłynęła mu szybciej, poczuł twórcze podniecenie. Niezdarny zachwyt wywołany wytworzeniem czegoś z nicości. Niełatwo było zabrać coś ze snu.

Niełatwo było zabrać choć jedną rzecz ze snu.

Wzięcie choćby ołówka było niczym mały cud. Wzięcie dowolnej rzeczy z jego koszmarów – nikt poza Ronanem nie wiedział, jaka groza zamieszkiwała wtedy jego umysł. Choroby, diabły, zdobywcy i bestie.

Była to najniebezpieczniejsza tajemnica Ronana.

Noc kłębiła się w nim. Skupił się na skrzynce, znów panując nad myślami. Zaczął się lekko trząść. Przypomniał sobie, co powiedział Gansey: „Ty niesłychana istoto!”.

„Istota – to było dobre określenie – pomyślał Ronan. – Czym, do diabła, jestem?”.

Może Gansey nie spał.

Ronan oraz Gansey cierpieli na bezsenność, choć obaj walczyli z nią w inny sposób. Gdy Ronan nie mógł – albo nie chciał – spać, słuchał muzyki, pił lub ruszał na ulicę, by za kółkiem szukać kłopotów. Czasami łączył wszystkie trzy rzeczy. Gdy Gansey nie mógł spać, wertował najeżony zakładkami dziennik z notatkami na temat wszystkiego, co związane z Glendowerem, a gdy był zbyt zmęczony, by czytać, brał pudełko po płatkach zbożowych i skrzynkę z farbami, aby dodać kolejny budynek do budowanej przez siebie makiety Henrietty, sięgającej aż do pasa. Nie potrafili sobie nawzajem pomóc w zaśnięciu, ale czasami dobrze było po prostu wiedzieć, że ktoś inny też nie śpi.

Ronan podreptał ze swego pokoju z Piłą wtuloną w ramię. Nie pomylił się – Gansey siedział po turecku przy Main Street, powoli machając świeżo pomalowanym kawałkiem tektury w kierunku jedynego okiennego klimatyzatora. Nocą wyglądał na wyjątkowo niskiego, a może to magazyn wyglądał na wyjątkowo duży. Pokój oświetlony był tylko małą lampką, która stała na podłodze przy dzienniku, i przypominał jaskinię czarodzieja pełną książek, map oraz trójnogich przyrządów mierniczych. W setkach szybek widać było jedynie czerń nocy, dzięki czemu wyglądały po prostu jak kolejna ściana.

Ronan postawił wyśnioną właśnie drewnianą skrzynkę obok Ganseya i cofnął się na drugi koniec uliczki.

Gansey wyglądał staromodnie i uczenie w noszonych nocą drucianych okularach, które ześlizgnęły mu się w dół nosa. Przeniósł wzrok z Ronana na skrzynkę i z powrotem, lecz nic nie powiedział. Wyciągnął jednak z ucha jedną ze słuchawek i dalej wyciskał klej wzdłuż miniaturowego połączenia.

Strzeliwszy kością w szyi, Ronan zestawił Piłę, by się zabawiła. Postanowiła przewrócić śmietnik i przetrząsnąć jego zawartość. Działała dość hałaśliwie, szeleszcząc niczym sekretarka przy pracy.

Scenariusz wydawał się znany i nudny. Obaj mieszkali w Monmouth niemal tak długo, jak Gansey mieszkał w Henrietcie – prawie dwa lata. Oczywiście na początku budynek wyglądał inaczej. Był po prostu jak wszystkie pozostałe fabryki i magazyny w dolinie. Nigdy ich nie burzono, jedynie o nich zapominano. Z Monmouth Manufacturing było podobnie.