Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 481 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złodziej kości - Luca Veste

Płacz nie pomoże. Porwie cię w złości. Pokroi ciało, zachowa kości.

Dwadzieścia lat temu czworo nastolatków postanowiło odnaleźć w lesie Kościucha, złodzieja kości, potwora z dziecięcej rymowanki. Tylko troje z nich powróciło z tej wyprawy.

W Liverpoolu odnaleziono błąkającą się, okaleczoną kobietę, która twierdzi, że uciekła potworowi z lasu. Prowadząca dochodzenie detektyw Louise Henderson pamięta sprawę zaginięcia dziecka sprzed lat. Teraz musi przekonać kolegów z pracy, że legendarne monstrum może okazać się człowiekiem z krwi i kości. Gdy w lesie zostaje znalezione kolejne ciało, sprawy przybierają jeszcze mroczniejszy obrót…

"Ta książka pochłonie całe wasze dni i noce".
Val McDermid

"Mroczny, genialny thriller".
Mark Billingham

"Połączenie Candymana i Milczenia owiec".
Eva Dolan

"Prawdopodobnie najlepszy thriller o seryjnym mordercy od czasu Czerwonego smoka". Steve Cavanagh

"Przeraża i wciąga. Najlepszy tegoroczny thriller o seryjnym mordercy".
Mason Cross

Opinie o ebooku Złodziej kości - Luca Veste

Fragment ebooka Złodziej kości - Luca Veste

Dedykuję ‌tę ‌książkę Emmie,

mojej żonie ‌i najlepszej przyjaciółce.

Nie chciałbym ‌iść przez życie

z nikim ‌innym.

Kościuch ‌nadchodzi.

Kościuch ‌prawdziwy.

Nieposkromiony.

Na ‌nic ‌wrażliwy.

Płacz ‌nie ‌pomoże.

Porwie cię ‌w złości.

Pokroi ‌ciało.

Zachowa kości.

WCZEŚNIEJ

Jej ‌historia zaczyna się ‌w tunelu.

Miękka ziemia pod stopami. ‌Wietrzyk ‌delikatnie muskający policzki. ‌Odgłosy dobiegające z ciemności. ‌Rozbrzmiewające echem. ‌Szał. Zapach śmierci ‌wczepiający ‌się jej w skórę.

Ona właśnie ‌tak ‌to ‌zapamięta ‌już na zawsze.

Tunel.

Czworo ‌ich miało przez ‌ten tunel ‌przejść. W samotności ‌i w milczeniu. Jedno po drugim.

Wyszło ‌troje.

Zanim ‌pojawił się ‌tunel, wieczór ‌był zupełnie inny. ‌Szli grupką przez ‌las w rześkim jesiennym powietrzu. ‌Ona miała jedenaście ‌lat. Szła za swoim ‌bratem Mattym. Był od ‌niej co ‌prawda ‌trzy lata starszy, ‌ale niespecjalnie mądrzejszy. ‌W powolnej wędrówce ‌towarzyszyli im ‌jeszcze Lee ‌i Faye, ‌bratanek i bratanica ich ‌nowego ‌ojczyma. To ‌była tylko zabawa, ‌swego rodzaju ‌przygoda. Nie wolno ‌im było bawić się ‌tak daleko od domu, ‌ale trwały ‌właśnie jesienne ‌ferie, a oni przecież ‌byli ‌tylko dziećmi.

Nie było ‌na ‌nich ‌mocnych.

– ‌Dalej – powiedziała, ‌wychodząc ‌na ‌prowadzenie i ruszając ‌krokiem, który ‌miał sugerować ‌pewność ‌siebie. – Miejmy to ‌z głowy.

Minęli znak z napisem ‌„Rezerwat Przyrodniczy Dibbinsdale”, ‌zostawili po prawej stoliki ‌piknikowe i weszli na ‌ścieżkę prowadzącą wśród drzew. ‌Zrobiło się ciemniej. Niebo stopniowo znikało za ciemnymi chmurami. Gdyby przyszli tu tydzień później, o tej porze byłoby już całkiem ciemno, na razie jednak wieczór dopiero wygaszał światło.

Mrok jednak nadchodził szybko.

– Będzie padać.

– Nie martw się – powiedział Matty, zrównując z nią krok. – Chronią nas drzewa. Jak naturalny parasol.

Na jego twarzy na chwilę pojawił się głupkowaty uśmiech. Ostatnie wspomnienie po tamtym małym chłopcu, którego kiedyś znała. Przeszli przez drewniany most, z którego po drodze Matty i Lee rzucali do wody patyki. Zatrzymała się na chwilę, bo zauważyła drganie i pęcherzyki powietrza na powierzchni wody.

– Myślicie, że tu są ryby?

– Nie-e – powiedziała Faye, która stanęła obok i oparła dłonie na zmurszałej drewnianej barierce. – Nie przeżyłyby tu.

Bąbelki znów się pojawiły, pozostawiając po sobie na powierzchni wody koncentryczne okręgi. Przyglądała im się przez chwilę, mrużąc oczy, żeby lepiej widzieć w coraz słabszym świetle. Potem ruszyła za pozostałymi, ich głosy zaczęły się już bowiem oddalać. Ścieżka zrobiła się trochę szersza, ale potem znów się zwęziła, gdy weszli między wysokie trzciny tonące na grząskim gruncie.

Ziemia pod ich nogami wyraźnie zmiękła. Zbliżali się do celu. Musnęła stopą pojedyncze szare piórko. Zwolniła kroku.

– To tutaj.

Nagle wszyscy zamilkli. Konary i liście ożywały za sprawą wiatru falującego pośród niewidocznych drzew. Gdy trójka przed nią się zatrzymała, zrobiło się jakby chłodniej.

– Myślicie, że to prawda? – zapytał Matty, siląc się na krotochwilny ton sugerujący odwagę. Ona wiedziała, że tylko się zgrywa. Byli na miejscu i dotychczasowa pewność siebie powoli ulatywała.

– Tu mieszka Kościuch – odparł Lee tak cicho, że szum liści nad ich głowami niemal zagłuszył jego szept. – Ludzie go widzieli.

Dołączyła do pozostałych. Stali na drugim drewnianym moście i patrzyli przed siebie. Tunel zobaczyła, gdy tylko się zatrzymała.

– Kto wchodzi pierwszy? – zapytał Matty, który teraz jakby stracił rezon.

– Myślałem, że Matty pójdzie – odparł Lee, odwracając się, żeby na niego spojrzeć. – Panie przodem.

Spomiędzy drzew zawiał wiatr i nagle zrobiło się jeszcze chłodniej. Przeszedł ją dreszcz. Kilka kropli spadło na powierzchnię wody, po czym odgłosy deszczu ustąpiły miejsca dojmującej ciszy.

– Dlaczego niby ja? Ty się boisz?

– A myślisz, że to mój pierwszy raz?

– A jakże. – Na twarzy Matty’ego wymalował się uśmiech. – Przecież ty byś się nigdy nie odważył czegoś takiego zrobić…

– Ja pójdę pierwsza.

Wszyscy spojrzeli na Faye, unosząc brwi na dźwięk cichego głosu. Któż mógł się domyślić, że to chucherko, jeszcze rok młodsze od niej, zgłosi się na ochotnika.

Po zejściu z mostu wychodziło się na krótką kamienną ścieżkę, podobną do tych, które przemierzali wcześniej. Na jej końcu znajdowały się dwa tunele. Jeden wyłożony cegłami, ten drugi… nie.

„To jest Wydrowy Tunel” – powiedział jej wcześniej tego samego dnia przyszywany ojciec. „Dawniej w całości wypełniała go woda i podobno kiedyś żyły tu wydry. Tak ze dwieście lat temu. Teraz mieszka tam kilka nietoperzy, może parę szczurów”.

Ciarki przeszły ją po plecach – wtedy, gdy to usłyszała, i teraz też. Matty rzucił jej wymowne spojrzenie, więc dla niepoznaki potarła dłońmi ramiona, jak gdyby było jej zimno.

– To idę – powiedziała Faye, ruszając przed siebie. – Nie będę tak tu stać i się gapić.

Podążyła wzrokiem za Faye. Matty i Lee wymienili spojrzenia, a potem wzruszyli ramionami.

– Naprawdę wam nie przeszkadza, że dziesięciolatka wejdzie przed wami? – zapytała, tłumiąc drwinę. – Ale z was twardziele!

Matty i Lee spojrzeli na nią z irytacją i oburzeniem. Chociaż gdzieś na skraju tych spojrzeń dostrzegła również cień strachu. Czekali, aż Faye wyjdzie, ustawieni jedno za drugim niemal w równym rządku.

Ona weszła trzecia, po dwójce głupich dzieciaków. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby wejść wcześniej. Przecież to było po prostu głupie. Żadnych rozgorączkowanych wrzasków, żadnego przeraźliwego wycia. Szczerze powiedziawszy, nawet trochę nuda. Tunel musiał być dość krótki, tak przynajmniej sądziła na podstawie tłumionych okrzyków, które dobiegały z drugiej strony.

Teraz jej kolej.

Ruszyła w stronę tunelu, wytężając wzrok, aby dostrzec jego drugi koniec. Wieczór nastał już na dobre, światło prawie całkiem przygasło. Powoli otulał ich mrok. Gdy ostatnie promienie słońca zniknęły, powietrze jakby zrzedło i przestało żyć.

– Boisz się?

Odwróciła się do Matty’ego, który kołysał się z boku na bok.

– Nie, oczywiście, że nie.

– No to co tak stoisz? Twoja kolej!

– Nie chcesz iść pierwszy?

Matty odpowiedział jej uśmiechem. Tym perfidnym uśmiechem, którym zawsze kwitował swój triumf.

– Miałbym cię zostawić samą po tej stronie? To na pewno by ci się nie spodobało. Po prostu idź. Za chwilę musimy wracać.

Nie wiedziała, która jest godzina, ale przypuszczała, że minął już ten magiczny moment, w którym przekroczona zostaje granica między „w porządku” a „stanowczo za późno”. Usiłowała sobie przypomnieć, ile czasu potrzebowali, żeby tu dotrzeć, ale teraz nic nie zdołała ustalić. Wrócić też chyba będą musieli przez tunel. Pewnie tym razem już we czworo. Spodziewała się, że chłopcy będą je próbowali przy okazji dodatkowo nastraszyć.

– No dalej. Idziesz czy nie? Zaczynam się nudzić.

– Idę, idę – odpowiedziała, a jej głos rozniósł się echem po milczącym lesie. – Przyznaj, że też się boisz. Chcesz, żebym się wycofała, żebyś sam nie musiał iść.

– Bzdura! Bez problemu poszedłbym pierwszy, gdyby tamta dwójka nie zapragnęła się popisywać.

– Jasne. Wierzę ci. Poważnie.

– Co o nich myślisz?

Spojrzała uważnie na brata. Dobrze wiedziała, co to znaczy, gdy on wpycha ręce do kieszeni i kopie ziemię. Chciał wiedzieć, czy wszystko będzie w porządku – czy należy się martwić o przyszłość.

Był od niej co prawda starszy, ale coraz częściej odnosiła wrażenie, że to ona powinna się opiekować nim.

– Ot, wkurzający kretyni z Wirral – odparła z prześmiewczym uśmiechem. – Po naszej stronie rzeki wytrzymaliby może pięć sekund. Ale są w porządku. Tak mi się wydaje. Poza tym nie musimy z nimi spędzać za dużo czasu.

– Mam nadzieję, że mama nie planuje się tam przeprowadzić. – Matty nie patrzył na nią, wzrok miał skierowany w ziemię. – Chyba bym tego nie zniósł.

– Bywało gorzej.

Rzucił jej pełne udręki spojrzenie, wykrzywił twarz i pokiwał głową.

– Nie wydaje mi się.

Tym razem podniósł wzrok, a na jego twarzy pojawił się dokładnie ten uśmiech, na który liczyła.

– No dalej – powiedział, wyjmując ręce z kieszeni i wskazując w stronę tunelu. – Miejmy to z głowy.

Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Przeszła przez próg i znalazła się w tunelu. Z początku miała za plecami światło, więc widziała, dokąd idzie. To jednak się szybko zmieniło. Gdy światło zniknęło, a w tunelu zapanował mrok, zupełnie straciła orientację.

Wzdłuż ścieżki stała woda, znikąd nic nie było słychać. Skupiała się na tym, żeby iść przed siebie. Spoglądała w przód i mrużyła oczy, aby lepiej widzieć punkt, w którym spodziewała się dojrzeć wyjście.

Była w połowie drogi, gdy zaatakował ją smród.

Żołądek podszedł jej do gardła. Zatrzymała się i nachyliła, zasłaniając usta dłonią. Zapach był tak odstręczający, że aż jej w oczach stanęły łzy. Ruszyła przed siebie z zamiarem powiedzenia paru słów tej parze kretynów, która ich przed tym nie ostrzegła.

Wtedy coś usłyszała.

Lekki ruch, nic więcej. Cichy odgłos, którego z zewnątrz pewnie w ogóle nie było słychać. W środku jednak niósł się niczym potężny ryk.

Na chwilę straciła kontrolę nad własnym ciałem. Stanęła jak wryta, nie mogła się ruszyć. Serce przyspieszyło dziesięciokrotnie, w brzuchu coś się ścisnęło. Podmuch wiatru płynącego przez tunel połaskotał włosy zjeżone na karku.

Dźwięk rozległ się ponownie. Przeszedł w gwizd. W chrapliwą melodię.

Znała tę piosenkę.

„Kościuch nadchodzi. Kościuch prawdziwy”…

– Lee – powiedziała szeptem, bo nie miała odwagi odezwać się głośniej. – Jeśli to ty, to nie żyjesz.

Gwizd ustał, ale zaraz potem pojawiło się coś innego. Warkot. Śmiech. Już sama nie wiedziała.

Tym razem ciało poddało się jej woli. Znów mogła się poruszać. Bez zastanowienia popędziła przed siebie, licząc na to, że obrała właściwy kierunek. Czuła, jak grunt mięknie jej pod stopami wraz z każdym kolejnym krokiem. Martwiła się, co będzie, jeśli się poślizgnie, ale nie mogła zwolnić.

Bała się myśleć, co by się stało, gdyby się przewróciła.

Wydawało jej się, że dźwięk podąża za nią, ale cały czas zmierzała w kierunku światełka na końcu tunelu, które stopniowo się powiększało.

Coś w tym tunelu było. Coś się czaiło w cieniu, coś z niego wyzierało. Teraz już biegła. Była niemal pewna, że to coś ją goni. Słyszała, jak pełznie po ścieżce, jak się przygotowuje do ataku.

Wystrzeliła z tunelu i padła na ziemię. Nad nią stała dwójka innych dzieci. Odwróciła się, spodziewając się za chwilę zobaczyć w wyjściu z tunelu kogoś, kto próbuje ją złapać. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

– Co jest? – zapytał Lee, chwytając ją za ramię. – Czyżbyś się przestraszyła?

Nie była w stanie nic powiedzieć. Oddychała ciężko, wciągając do płuc świeże powietrze. Spojrzała tylko w stronę tunelu, ale nic nie potrafiła tam dojrzeć.

Chciała wykrzyczeć imię Matty’ego. Chciała go ostrzec. Dać mu znać, co słyszała, widziała, czuła.

Tyle że nie mogła wydobyć z siebie głosu.

Nie mogła mu powiedzieć, żeby się zatrzymał. Że tam coś jest.

Nie mogła go przestrzec, żeby tam nie wchodził.

Nie mogła go ostrzec, że tam nie jest bezpiecznie.

Miała go już nigdy nie zobaczyć.

TERAZ

Można było odnieść wrażenie, że świat przeistoczył się

we śnie i że jeden z jego koszmarów nagle się ziścił.

Steve Mosby, Black Flowers

Mity, w które ludzie wierzą, często się urzeczywistniają.

George Orwell

Mit to ostatecznie niekończąca się opowieść.

Joan D. Vinge

Rozdział 1

Louise Henderson odebrała telefon w samochodzie. Gdy zadzwonił, próbowała właśnie uspokoić oddech.

Nie wierzyła w przeznaczenie i nie miała zdolności proroczych, ale jej ciało zdawało się już wiedzieć, co się za chwilę wydarzy. Próbowało wysłać jej ostrzeżenie. Może gdzieś w głębi duszy przeczuwała, co ją czeka.

Zobaczyła znak ostrzegający przed niebezpieczeństwem, na który zwykle nie zwracała uwagi.

W tym momencie myślała już tylko o tym, żeby dalej spokojnie oddychać. To niby proste. Dopóki człowiek nagle nie zatraci tej umiejętności, robi się to zupełnie nieświadomie.

„Czy tak to jest, jak się umiera?”.

W momencie, w którym z głośników samochodowych nagle przestała dobiegać piosenka, a jej miejsce zastąpił dzwonek telefonu, siedziała za kierownicą w aucie stojącym na poboczu. Silnik pracował na luzie. Słońce znikało właśnie za szarymi chmurami, zupełnie jak gdyby również odgrywało rolę w tym dramacie.

Louise rozmyślała o pożarze. To dlatego zjechała z drogi. Zapach dymu i popiołu nagle ją przytłoczył. Przed oczami zobaczyła błysk, potem czerwono-pomarańczową łunę, a wreszcie czerń. Trwało to tylko kilka sekund, ale ona nie mogła przez to oddychać. Zupełnie jak gdyby ktoś jej zacisnął ręce na gardle i położył się na klatce piersiowej. Ściskało ją w żołądku. Gdzieś obok przejeżdżały niewyraźne samochody, chodnikiem przeszły ze dwie osoby, ona postanowiła jednak zamknąć oczy i skupić się na oddychaniu. Wdech, wydech. Była bezpieczna. Nic jej nie groziło.

Nie teraz.

„Wszystko w porządku. Nic złego się nie dzieje”.

Kojący ton jej własnego wewnętrznego głosu trochę pomagał, ale ledwo go było słychać pośród tabunu innych myśli kołatających jej po głowie.

Sytuacja wcale się nie poprawiała. Napady lęku i trudności z oddychaniem pojawiały się coraz częściej. Poprzedniego wieczora Louise wpatrywała się w jasny ekran telefonu komórkowego, bo leżała w łóżku, ale nie mogła zasnąć. Przeglądała oferty terapeutów z okolicy.

Zupełnie jak gdyby potrzebowała pomocy.

Stwierdziła jednak, że pomocy nie potrzebuje. „Ludzie zawsze mogą sobie poradzić sami”, pomyślała, okłamując sama siebie. „Terapia to jedno wielkie oszustwo, nędzna sztuczka, mająca na celu wyciąganie pieniędzy. Pieniędzy za nic”. Zupełnie nie mieściło jej się w głowie, że to mogłoby cokolwiek w jej życiu zmienić.

Z jakiegoś jednak powodu zaczynała dochodzić do wniosku, że innego sposobu nie ma. Że w tym momencie nic innego jej nie pomoże. Że musi obcej osobie zdradzić swoje najgłębiej skrywane i najmroczniejsze uczucia. Że musi przywołać zapomniane i tłumione wspomnienia.

Nie!

W tym momencie wyłączyła telefon, spojrzała w mrok i potrząsnęła głową. Takie spotkanie upłynęłoby pod znakiem bezsensownych pytań. Terapeuta każe jej analizować własne uczucia i takie tam.

Przecież jej to nie jest potrzebne.

Z drugiej strony, Louise nie bardzo mogła dłużej ignorować to, co się z nią działo. I to, co zawsze w niej tkwiło – gdzieś głęboko. Nie mogła nie zauważać, że jest coraz gorzej. Jeszcze trochę i ludzie w pracy też to zauważą. Niewykluczone zresztą, że już zauważyli. Louise nie wiedziała, co ludzie o niej opowiadają za jej plecami. Nie wiedziała, czy czasem nie stała się już obiektem plotek.

Domyślała się tylko, że gdyby tak było, to Shipley by jej powiedział.

Gdy wracała myślami do rzeczywistości, wnętrze samochodu znów wypełnił odgłos dzwoniącego telefonu. Dotknęła ekranu, aby odebrać połączenie. Rzeczywistość nabierała z każdą chwilą coraz bardziej wyrazistych kształtów, a oddech wracał do normalnego rytmu. Żałowała tylko, że nie sprawdziła, kto dzwoni.

– Słucham?

– To ja – odezwał się głos po drugiej stronie. – Jedziesz już?

Louise przygryzła dolną wargę, a potem odpowiedziała detektywowi sierżantowi:

– A niby dokąd? – odparła, rzucając okiem w lusterko wsteczne. Skontrolowała sytuację na drodze i ponownie włączyła się do ruchu.

– Nikt jeszcze do ciebie nie zadzwonił? Jasna cholera…

– Co się dzieje? – zapytała Louise, przerywając wypowiedź, która zapowiadała się na długie pasmo narzekania.

– W Melling znaleziono kobietę. Szwendała się po okolicy. Nosi ślady ataku. Ratownicy medyczni się nią zajęli. Nie wygląda to dobrze. Musisz przyjechać i sama ocenić.

– Jaki adres?

Z ust detektywa sierżanta Paula Shipleya padła nazwa ulicy.

– Ile ci to zajmie?

Louise rozejrzała się wokół siebie, ale nie rozpoznała ulicy. Nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Próbowała sobie przypomnieć, dokąd jechała, zanim się zatrzymała, ale przychodziło jej to z trudem.

– Już jadę, proszę pana – powiedziała, po czym się rozłączyła.

Starała się jechać prosto przed siebie, licząc na to, że w końcu rozpozna jakiś charakterystyczny element krajobrazu albo trafi na jakiś drogowskaz. W końcu jednak dała sobie spokój i znów zjechała na pobocze. Wprowadziła adres do nawigacji i ponownie ruszyła w drogę.

Radio wróciło do życia, wydając z siebie jakąś piosenkę bez większej wartości tekstowej czy muzycznej. Louise puszczała te dźwięki mimo uszu, koncentrując się na trasie. Miejsce lęku szybko zajął gniew. Te dwie emocje zdawały się ostatnio bardzo mocno ze sobą przenikać.

Louise liczyła na to, że napastnik, który tę kobietę zaatakował, ciągle jeszcze będzie na miejscu, gdy ona tam dotrze. To by jej ułatwiło zadanie.

Pod podany adres dojechała po upływie dwudziestu minut. Przez ten czas po jej wcześniejszych myślach nie było już nawet śladu. Louise skupiała się tylko na pracy. Osobiste uczucia potrafiła odsunąć na dalszy plan, a całą jej uwagę pochłaniało czekające ją wyzwanie. Zatłoczona ulica, mnóstwo samochodów. Policyjna obstawa miejsca zdarzenia w pełnej krasie.

Praca, jej praca.

Dzielnica mieszkalna. Kilka sklepów rozsianych po okolicy. Tradycyjny sklep na rogu, który teraz należy do sieci Londis. Obok poczta. Przejście dla pieszych z zebrą w starym stylu, kuliste latarnie po każdej stronie. Waddicar Lane. Louise z przyjemnością wyszeptała tę nazwę, kiedy jeszcze siedziała sama w samochodzie.

„Waddicar”.

Samochód zaparkowała przy jednej z bocznych uliczek, w połowie na jezdni, w połowie na chodniku. Gdy szła w kierunku centrum wydarzeń, sprzed domów witały ją pomruki niezadowolenia tamtejszych mieszkańców. Mocniej otuliła się płaszczem, bo wiatr się wzmógł i próbował ją okrążyć.

– Detektyw konstabl Louise Henderson – powiedziała do jednego z funkcjonariuszy ustawionych przy ciągle jeszcze rozciągniętej policyjnej taśmie. Mundurowy zgromił ją spojrzeniem, więc pokazała mu identyfikator. – Ofiara jeszcze jest?

Mundurowy skinął potakująco głową, a potem przeniósł wzrok na karetkę zaparkowaną w pobliżu.

– Ludzi w takim stanie zwykle zabiera się do szpitala.

Louise powstrzymała się od równie sarkastycznej riposty. Postanowiła nie wdawać się w dalszą rozmowę z funkcjonariuszem, który bez żadnej zewnętrznej przyczyny okazywał jej swoją wyższość. Skierowała się w stronę człowieka, który stał kilka metrów dalej.

– Sierżancie?

– Louise, w końcu jesteś – powiedział Shipley, na chwilę przenosząc na nią wzrok. Zaraz potem ponownie spojrzał w stronę ratowników medycznych, których ona teraz widziała zdecydowanie lepiej. – Zacznij od zbierania zeznań od najbliższych świadków. Nie zakładaj, że mundurowym udało się wychwycić wszystkie istotne szczegóły. No i zrób coś z całą tą hałastrą, która filmuje naszą pracę.

Louise spojrzała na drugą stronę ulicy, gdzie zgromadziła się spora grupa gapiów. Kilku trzymało w górze telefony komórkowe wycelowane w jej kierunku. Instynktownie uniosła dłoń do twarzy, ale zaraz ją opuściła. Miała nadzieję, że Shipley nie dostrzegł tego gestu.

– Co my tu mamy? – powiedziała, usiłując wykonać zadanie zgodnie z poleceniem. – Chcę wiedzieć, o co pytać.

Shipley głośno wypuścił powietrze przez nos, po czym na chwilę wsparł dłonie na biodrach, aby zaraz potem, płynnym ruchem, skrzyżować muskularne ramiona przed sobą. Był wyższy od Louise – miał ponad metr osiemdziesiąt, a ona nieco mniej – ale nie dominował nad nią fizycznie tak jak jej poprzedni przełożeni. Był szczupły i jakiś taki niegroźny.

– Młoda kobieta, szła wzdłuż drogi. Jest w okropnym stanie. Karetka była na miejscu pierwsza. Ofiara przewróciła się chyba mniej więcej tutaj. Ktoś ją ostro potraktował. Wygląda, że została pobita i pokłuta nożem. Na drodze są ślady krwi. Ratownicy próbują ją ustabilizować.

Louise zaczęła się rozglądać po okolicy, wypatrując czegokolwiek, co by odstawało od normy, ale wszystko było aż do bólu zwyczajne. Zwyczajna droga, wzdłuż której stały domy. Na niższej kondygnacji dwudzielne wykuszowe okna, a wyżej zwykłe, też dwudzielne. Czerwona cegła. Przed większością budynków skrawek trawnika. W innych okolicznościach wyglądałoby to niemal bajkowo, teraz jednak spokój zakłócały policyjne radiowozy i furgonetki, karetka i grupa gapiów.

– Jak ona się nazywa?

– Nie mam pojęcia – odparł Shipley, który najwyraźniej miał ochotę zająć się już innymi sprawami. Rozłożył ramiona i przeciągnął dłonią po włosach. Nieco je przez to rozczochrał i teraz przedziałek nie tworzył już linii prostej. – Nie zdołała nam się przedstawić.

„Znów sarkazm”, oceniła Louise, ale nie dała po sobie nic poznać. Norma. Ludzie skrywają swoje uczucia przed światem.

Oni jako gliniarze, jako detektywi, byli w tym szczególnie biegli.

Louise już nic więcej nie powiedziała. Ruszyła w stronę grupy ustawionej po drugiej stronie ulicy, po drodze przechodząc obok ratowników, którzy udzielali pomocy kobiecie. Wiele nie udało jej się zobaczyć, ale zdołała dostrzec, że nie jest z nią najlepiej.

Ubranie miała podarte, poszarpane, niemal w strzępach. Widać było rozpryśniętą krew, ale kałuży nie było – tylko kropki, kleksy. Oczy miała zamknięte, ale dało się zauważyć wznoszący ruch klatki piersiowej. Zupełnie regularny. Ratownicy klęczeli przy kobiecie i pracowali w zupełnej ciszy, którą tylko od czasu do czasu przerywały wypowiadane jej szeptem do ucha słowa pocieszenia.

Louise odwróciła wzrok. Rozglądała się teraz wokół siebie, wypatrując czegokolwiek istotnego. Czegokolwiek, co mogłoby jej wyjaśnić, jak ta kobieta się tu znalazła. Okolica nie była jej zupełnie obca, ale też dobrze jej nie znała – a w tych okolicznościach taka wiedza mogłaby się akurat przydać.

Spojrzała na drogę, wyobrażając sobie, jaką trasę kobieta pokonała, zanim zabrakło jej sił. Widziała długie rzędy domów, które na sporym odcinku specjalnie niczym się od siebie nie różniły. Dopiero za nimi Louise dostrzegła pola. I drzewa.

Pomyślała, że to las.

Kobieta zapewne była wcześniej w lesie.

Rozdział 2

Taśma policyjna rozciągnięta wzdłuż drogi powiewała lekko na wietrze. Louise przeszła na drugą stronę ulicy. Ludzi cały czas przybywało. Wśród gapiów zapewne nie brakowało przypadkowych przechodniów, którzy chcieli się dowiedzieć, co się stało. Część ludzi pewnie się jednak dowiedziała o całym zajściu i przyszła tu specjalnie, żeby obserwować wydarzenia rozgrywające się w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Louise przyłapała się na tym, że przechodząc na drugą stronę, rozejrzała się w prawo i w lewo, mimo że w tym momencie nic nie miało prawa tamtędy przejeżdżać. Cały przejazd blokowały wozy policyjne. Po kilku sekundach stanęła przed gęstniejącym tłumem. Ludzie zaczynali robić wrażenie zaniepokojonych. Dołączyła do niej znajoma funkcjonariuszka w mundurze.

– Dość już tego – powiedziała, unosząc ręce w kierunku kilku osób zgromadzonych przy drodze. – Proszę się cofnąć w tamtą stronę i zaprzestać filmowania.

– To chyba nasze prawo, co? – Dobiegł ją głos z tyłu. – Nie zabronicie nam. Mamy swoje prawa. To miejsce publiczne.

– Proszę się po prostu zastosować do poleceń i pozwolić nam wykonywać naszą pracę – rzuciła policjantka, która towarzyszyła Louise. Nazywała się Robertson. Jej imię też Louise przypomniała sobie bez trudu. Andrea. Wysoka, mocnej budowy kobieta po trzydziestce. Długie, ciemne włosy, związane w kitkę. – Nie róbmy zbędnego zamieszania.

Louise miała zamiar coś jeszcze powiedzieć, ale wtedy awanturnik odezwał się ponownie.

– Do niczego nie możecie nas zmusić. Nic złego nie robimy. Czego się niby boicie? Że zobaczymy, jak robicie coś, czego nie powinniście robić?

„Tak to już teraz jest”, pomyślała Louise. „Każdy ruch jest nagrywany i drobiazgowo analizowany. Ci ludzie się nie przejmują niczyją krzywdą. Zależy im tylko na tym, żeby nakręcić film albo zrobić zdjęcia. Chcą wrzucić coś atrakcyjnego do mediów społecznościowych, żeby jak najwięcej osób to udostępniło, polubiło, skomentowało i tak dalej. Nie interesuje ich, czyim kosztem się to odbędzie”.

– Proszę tu podejść – powiedziała Louise. Spoglądała teraz groźniej. Wysoki chłopak trzymający się z tyłu rzucił kąśliwy uśmiech do swoich kumpli, po czym się od nich odłączył i wyszedł przed tłum, gdzie Louise już na niego czekała. – Proszę to na chwilę odłożyć.

Chłopak miał najwyżej dwadzieścia lat, co tłumaczyło jego buńczuczne i niepoważne zachowanie. Ubrany był w czarne dresowe spodnie, jedną nogawkę miał zatkniętą w zszarzałą białą skarpetkę. Telefon trzymał uniesiony ku górze, wycelowany prosto w Louise.

– A niby dlaczego miałbym to zrobić?

Louise się uśmiechnęła, co wywołało zamierzony efekt. Twarz chłopaka spłonęła różowym rumieńcem. Chłopak opuścił telefon, wyłączył go i schował do kieszeni.

– Proszę posłuchać, staramy się zapewnić ofierze minimum godności – powiedziała możliwie cicho, żeby nikt z pozostałych gapiów jej nie usłyszał. – Rozumie to pan, prawda?

Chłopak się zawahał, szybko otaksował ją wzrokiem. Gdy ponownie spojrzał jej w oczy, na jego twarzy malował się już głupkowaty uśmiech.

– Całkiem pani zgrabna jak na policjantkę.

– Widział pan cokolwiek? Może powie mi pan coś pożytecznego?

– Zjawiłem się tu równo z karetką. – W jego głosie pobrzmiewały mocny akcent i wyraźne pretensje do świata. – Widziałem tylko tę laskę na chodniku, nic więcej.

Louise starała się puścić słowo „laska” mimo uszu. Zacisnęła zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, czego by mogła potem żałować.

– Przestanie pan się wtrącać i wróci pan do swoich spraw?

– A co będę z tego miał?

Louise poczuła, że traci panowanie nad tą rozmową. Rzuciła okiem na drugą stronę drogi, gdzie toczyła się główna część policyjnej akcji. Oczami wyobraźni widziała, jak łapie chłopaka za gardło i powala go na ziemię. Jak uderza jego głową o chodnik i przygląda się, jak ze łzami w oczach błaga ją o litość. Obraz zniknął równie szybko, jak się pojawił. Niekontrolowany wybuch agresji. Często zdawało jej się słyszeć, jak inni – zwykle jakieś szumowiny w pokoju przesłuchań – opisują to jako zstępującą czerwoną mgłę, ale sama doświadczała tego inaczej. To było bardziej jak mrok. Świat nagle tonął w ciemności, którą przenikały tylko plamy światła pełnego czegoś przerażającego.

– Powiem panu, co zrobię – powiedziała Louise, mruganiem oczu odpychając od siebie te obrazy i zachowując spokój. – Zrezygnuję z przeszukania pańskich kieszeni i w związku z tym nie znajdę w nich trawy ani niczego innego, co pan przy sobie ma.

– Ja nic nie mam…

– Może pan sobie darować. – Louise ucięła, podchodząc bliżej chłopaka. – Czuć od pana na kilometr. Niech pan wyświadczy nam obojgu przysługę, wsiada na ten swój motor i stąd spływa. Dość tu mamy spraw na głowie.

Chłopak zastanowił się przez chwilę, a potem sobie poszedł, po drodze przyzywając skinieniem głowy paru innych młodych mężczyzn, którzy uważnie obserwowali ich z oddali. Louise odczekała, aż znikną za rogiem, i wtedy mogła odetchnąć.

Wróciła do pozostałych ludzi, którzy kręcili się przy ulicy i usiłowali coś zobaczyć. Telefonów już nie było, ale należało się spodziewać, że za chwilę znów się pojawią. „I tak już za późno”, pomyślała. „Już mają dość, żeby sobie zapracować na te wszystkie upragnione lajki i retweety”.

– Możemy jakoś pomóc?

Louise odwróciła się do dwóch funkcjonariuszy w mundurach, którzy byli gotowi w każdej chwili ją wesprzeć. Zmierzyła ich wzrokiem, starając się ocenić, na ile skutecznie ta niemrawa para mogłaby jej faktycznie pomóc. Potrząsnęła głową.

– Pomóżcie Robertson cofnąć taśmę. Przynajmniej na tyle, żeby nie było widać karetki.

Odpowiedzi już nie usłyszała, bo nagle zainteresowała się sklepem po drugiej stronie. Karetka stała tuż obok, ale najwyraźniej nikt wcześniej nie zwrócił na niego uwagi. W drzwiach dostrzegła postać mężczyzny. Na chwilę nawiązała z nim kontakt wzrokowy, ale potem on się odwrócił i zniknął w środku. Louise zmarszczyła brwi i przeszła na drugą stronę, pozostawiając mundurowym rozwiązanie problemu gapiów. Kilka sekund później przekraczała już próg sklepu.

– Dzień dobry!

Nikt jej nie odpowiedział, więc weszła do środka. To był sklep wielobranżowy, dało się tu kupić wszystko, czego człowiek mógł nagle potrzebować. Taka alternatywa dla większych supermarketów, do których kawałek trzeba było stąd dojść. Louise wyobrażała sobie, że chętnie zaglądają tu starsze panie, które zapewne stanowią całkiem spory odsetek mieszkańców okolicy.

– Dzień dobry! – spróbowała raz jeszcze, tym razem nieco głośniej. – Wiem, że pan tu jest. Widziałam pana w drzwiach. Mam kilka pytań, nic więcej.

Gdy dotarła do lady, usłyszała dochodzący zza niej ciężki oddech. Mężczyzna, którego wcześniej widziała w drzwiach, teraz stał na uboczu i krył się za sporych rozmiarów ekspozytorem ze zdrapkami.

– Dzień dobry – odparł mężczyzna, powoli podchodząc do lady.

Był starszy, niż się Louise wcześniej wydawało. Czas wyraźnie zapisał się zmarszczkami na jego twarzy. Skórę miał zgrubiałą, również na czole. Po bokach głowy pozostały mu jeszcze niesforne kępki siwych włosów. Gdy unosił ręce, żeby wskazać za witrynę, dłonie delikatnie mu drżały. Niemal niedostrzegalnie.

– Nie wiem, co się tam dzieje.

– Był pan tu całe rano? – zapytała Louise, jak gdyby w ogóle go nie usłyszała. – Widział pan, co się stało?

Mężczyzna pokiwał przecząco głową. Im dłużej Louise przyglądała się jego dłoniom, tym wyraźniej dostrzegała ich drżenie.

– Niech mi pani da spokój, ja naprawdę nic nie wiem.

Miał w sobie coś znajomego. Przypominał jej starszego pana, którego znała. Sprzedawcę ze sklepu na rogu. Też był taki zmęczony i rozczochrany.

– Proszę się nie martwić – powiedziała, pochylając głowę i lekko się uśmiechając. – Chcemy po prostu mieć pewność, że nic nam nie umknęło. Chcemy pomóc. Jestem detektyw Louise Henderson. A pan jak się nazywa?

– George – odparł mężczyzna. Ton jego głosu sugerował wyraźnie, że niczego więcej na razie od niego nie wydobędzie.

– W porządku, George. Chcemy pomóc tej kobiecie, która została skrzywdzona. To może…

– Ja nie mogę pomóc.

Louise przestała się uśmiechać. Musiała się powstrzymywać, żeby nie potraktować go ostro i z buta.

– To może niech mi pan powie, co pan widział, zanim przyjechaliśmy. Co się wydarzyło?

Mężczyzna potrząsnął głową, tym razem jeszcze mocniej.

– Nie chcę się w to mieszać. Już im powiedziałem, że niczego nie widziałem. Wiem, jak to jest. Wy prosicie o pomoc, a potem się nagle okazuje, że jestem waszym szpiclem, kretem. W przyszłym tygodniu okna mi powybijają. Tylko mnie narażacie. Nie będę z wami rozmawiać.

– O czym pan mówi? Nie rozumiem…

Na tyłach sklepu dało się słyszeć jakiś ruch. Jak gdyby ktoś coś przesuwał po jednej z półek.

– Kogoś pan tam ukrywa? – zapytała Louise, ale George nie odpowiedział. Louise rzuciła okiem na drzwi, a potem skierowała się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Szła przed siebie, nasłuchując kolejnych odgłosów.

Zza drzwi wychyliła się głowa, która natychmiast potem zniknęła. Louise szła dotychczas pochylona, ale teraz się wyprostowała.

– Możesz wyjść, widziałam cię.

Zza półek spojrzał na nią mały chłopiec, miał może osiem, może dziewięć lat. Również i tym razem szybko się schował, ale jednak wolniej niż poprzednio.

– Ja nie gryzę – powiedziała Louise, zatrzymując się kilka kroków od niego. – Chcę się tylko upewnić, że nic ci nie jest.

Chłopiec wyłonił się, szurając nogami i cały czas obserwując własne stopy. Dostrzegła pewne podobieństwo do George’a, który stał nieruchomo za ladą, ale cały czas bacznie ją obserwował.

– Jak masz na imię?

Chłopiec nie odpowiedział, więc Louise przykucnęła. Udało jej się skupić na sobie jego wzrok.

– Ja mam na imię Louise. Wszystko u ciebie w porządku?

Chłopiec chwilę się zastanowił, a potem kiwnął potakująco głową.

– Ty aby nie powinieneś być w szkole? – zapytała, starając się jednak uniknąć nauczycielskiego tonu.

– Nauczyciele są na szkoleniu – odparł chłopiec cicho. Mówił z lekkim akcentem, zdecydowanie jednak mniej wyraźnym niż chłopacy w tym wieku, z którymi się zadawała w przeszłości.

– W szkole potwierdzą – powiedział George, który teraz stał już tuż przy nich. – Powiedzą pani, że on nie opuścił ani jednego dnia. Pomagam córce, ot co. Ona go nie mogła zabrać ze sobą do pracy, więc przyszedł mi pomagać tutaj.

Louise nie zwróciła uwagi na te wyjaśnienia.

– Byłeś tu przez cały czas?

Chłopiec skinął głową.

– Stałem w drzwiach, gdy ta kobieta przechodziła.

– Widziałeś ją?

– Tak. Krew jej leciała.

– Zgadza się, ale teraz ktoś już jej pomaga. A widziałeś coś jeszcze?

– Nie – odparł chłopiec, kiwając głową. Był niski, ale przy tym dość masywny jak na swój wiek. Robił wrażenie twardego. – Śpiewała.

Louise poczuła, że nie wytrzyma już długo w pozycji kucającej. Na razie jednak nie mogła wstać.

– A co śpiewała?

Chłopiec popatrzył na dziadka, a w oczach stanęły mu łzy. Mrugnął powiekami. Louise przeniosła wzrok na George’a i zobaczyła, że piorunuje ją spojrzeniem. Skinieniem głowy dał chłopcu znać, że może mówić.

– Znasz tę piosenkę? – Louise próbowała coś od niego wydobyć. – To jakaś piosenka z radia? Coś w tym stylu?

Chłopiec zaprzeczył ruchem głowy.

– Nie, nie taka. Taka, którą chłopcy recytują w szkole, jak chcą kogoś wystraszyć.

Louise zmarszczyła brwi, zastanawiając się, w cóż to się znowu wpakowała. „Nie słuchaj dzieciaków”, usłyszała w głowie głos Shipleya.

– Co to za piosenka? – zapytała Louise, gotowa dać sobie spokój, wyjść ze sklepu i zająć się ważniejszymi sprawami.

– O Kościuchu – odpowiedział chłopiec.

Louise lekko zakołysała się na piętach, ale niczego nie dała po sobie poznać. Pamiętała tę piosenkę. Przywołała jej tekst z pamięci łatwo i bez trudu. Znajome rymy i dźwięk głosów, które je wiele lat temu wyśpiewywały. Przez lata jej nie słyszała, ale wystarczyło jedno hasło, aby wspomnienia znów ożyły.

– Piosenkę o Kościuchu? – powtórzyła, żeby się upewnić.

– Tak – potwierdził chłopiec, który teraz już nie odrywał wzroku od dziadka. Być może obawiał się jego reakcji, a być może zabiegał o uznanie. – Powtarzała ją w kółko, a potem się przewróciła. Tuż przed sklepem.

W głowie Louise rozbrzmiała piosenka, śpiewana przez fałszujący głos. Dziecięcy głos, w którym wyraźnie dało się słyszeć pogardę. Który chciał ją przestraszyć. Śpiewał ten paskudny wierszyk, w którym tyle jest śmierci i strachu.

– A czy powiedziała coś jeszcze?

Chłopiec znów wbił wzrok w podłogę i zaczął pocierać butami o linoleum.

– Powiedziała, że on po nią wróci. Że ją dopadnie. Uciekłem i schowałem się na tyłach sklepu.

Louise wstała, kolana jej przy tym zatrzeszczały. Odwróciła się do George’a, który stał teraz za nią. Ręce miał skrzyżowane na piersi, a na jego twarzy malował się strach. Spojrzała na chłopca, który teraz jeszcze bardziej się skulił.

– Świetnie sobie poradziłeś, mały – powiedziała. Nie wiedzieć czemu poczuła potrzebę potarmoszenia go za włosy, ale zdołała się powstrzymać. – Dziękuję ci.

Odwróciła się do George’a i uśmiechnęła się do niego tak samo jak do chłopca. On jednak nie odwzajemnił uśmiechu.

– Proszę się nie martwić. Nikomu nie powiem, że się czegoś od pana dowiedziałam.

Gdy wychodziła, jej umysł zalewała już fala wspomnień. Dziecięcych głosów, rozśpiewanych i rozbawionych. Skrzypienie huśtawek i donośny śmiech chłopców. Dźwięki, które usłyszeć można tylko głęboko w lesie, gdzie drzewa stoją blisko siebie i gdzie wiatr przeciska się między nimi z trudem. Jedna myśl zdawała się jednak nad tym wszystkim dominować.

Dlaczego dorosła kobieta miałaby śpiewać tę piosenkę?

Rozdział 3

Louise stała na szpitalnym korytarzu. Towarzyszył jej detektyw sierżant, na pierwszy rzut oka znudzony. Przechadzał się w tę i z powrotem, mamrocząc coś pod nosem. Louise nie słyszała konkretnych słów, ale domyślała się, że raczej nie należą one do najmilszych. Shipley sprawiał wrażenie poirytowanego. O ile go znała, raczej nie należało się spodziewać, żeby się miał w najbliższym czasie uspokoić. Byli w szpitalu dopiero od godziny, ale atmosfera była taka, jak gdyby minęło ich dziesięć. Nie mieli nic do roboty. Mogli tylko stać i podpierać ściany w oczekiwaniu.

To oczekiwanie było najgorsze.

– Celowo nam o tym nie mówią na szkoleniu – powiedział Shipley, spoglądając na zegarek po raz setny, odkąd się tu znaleźli. – Całe to wystawanie bez sensu.

– Ktoś mi kiedyś powiedział, że ta robota to dziewięćdziesiąt pięć procent nudy, a tylko przez pięć procent czasu faktycznie się coś dzieje – odparła Louise, wspominając starszego inspektora, który sprzedał jej tę konkretną mądrość życiową. Nie żył już. Zmarł na zawał dwa lata po przejściu na emeryturę. Louise ciągle jeszcze miała przed oczami ten wyraz niedowierzania, który malował się podczas pogrzebu na twarzy jego żony. Ona najwyraźniej nie potrafiła pojąć, czym sobie zasłużyła na taki los. – Można by się zastanawiać, czemu nam się tego nie mówi wcześniej.

– Pewnie po to, żeby ludzi nie zniechęcać. Chociaż ja bym się pewnie już na tym etapie nie wycofał.

– Ja też nie.

Louise nigdy nie wątpiła w słuszność decyzji o wstąpieniu do policji. Niewątpliwie miało to sens. Miała za sobą pokręcone dzieciństwo, jako nastolatka nie raz pakowała się w tarapaty. Wydawało się zatem dość logiczne, że w końcu znalazła swoje miejsce w szeregach policji.

Nikt jej nie uprzedził, że to świat równie dysfunkcyjny jak prawdziwe życie.

Teraz stała i gapiła się w ścianę, usiłując nazwać jej kolor. Za wszelką cenę starała się zająć czymś umysł, żeby nie myśleć o zapachu unoszącym się w powietrzu. Biała czy kremowa? A może to raczej złamana biel?

– Jak tak dalej pójdzie, to nie dotrę dzisiaj na siłownię – powiedział Shipley, splatając ręce przed sobą i wyciągając ramiona. – Najwyższa pora zainstalować sobie sprzęt treningowy w mieszkaniu i przestać sobie wmawiać, że to jest praca, którą się wykonuje od dziewiątej do piątej.

– Ostatnio trochę się pan uzależnił od siłowni.

– Odpowiada mi to, jak wyglądam dzięki temu, że ćwiczę – odparł Shipley z uśmiechem.

Gdy Louise odwróciła wzrok, on raz jeszcze spojrzał na telefon. „Rzeczywiście lepiej od tego wygląda”, pomyślała. Nigdy nie miał nadwagi, ale w miarę jak odliczał kolejne lata po trzydziestych urodzinach, robił się jakby trochę misiowaty. W zeszłym roku zapisał się na siłownię, zrzucił kilka zbędnych kilogramów i prezentował się dzięki temu młodziej i ogólnie lepiej.

Problem polegał tylko na tym, że bez przerwy o tym gadał.

– Gdyby się nad tym zastanowić, to w sumie nawet nie wiem, po co my się w to angażujemy – stwierdził Shipley, podchodząc do Louise powolnym krokiem. Skrzyżował ręce na piersi i oparł się o ścianę. – Owszem, kiepsko to wygląda, ale jest zupełnie prawdopodobne, że to partner albo eks ją pobił i postanowił porządnie nastraszyć. I na tym sprawa się skończy. Zamiast tu przesiadywać do nie wiadomo której, zeznanie moglibyśmy przyjąć jutro rano.

– No tak, pewnie ma pan rację – odparła Louise, nie wierząc w ani jedno swoje słowo. – Tyle że już pan próbował szefa do tego przekonać i nic z tego nie wyszło. Instynkt dobrze panu podpowiadał na miejscu zdarzenia. Od początku było wiadomo, że wylądujemy tutaj.

Shipley nic nie odpowiedział. Wydał z siebie tylko jakiś gardłowy dźwięk i znów zaczął się przechadzać w tę i z powrotem. Jakby to miało cokolwiek dać… Bawił się telefonem, obracał ekran, na chwilę się zatrzymywał, żeby coś przewinąć, a potem znowu zaczynał chodzić.

– Może by się pan na chwilę zatrzymał?

– Źle się tu czuję, Louise – odparł, stając tuż przy niej. Louise spojrzała na telefon, który trzymał w dłoni, ponieważ jego ekran nagle się rozświetlił. Shipley dostrzegł jej zainteresowanie i się uśmiechnął. – „Echo” jeszcze nic nie pisze, same podstawowe fakty. Uruchomili serwis do raportowania na żywo, ale na razie reporterowi udało się zrobić kilka zdjęć naszych wozów.

– Myślę, że temat szybko się rozejdzie po kościach. Wydarzy się coś ciekawego i dziennikarze zajmą się czymś innym.

Louise znów wpatrywała się w ścianę. Miała pełną świadomość, że gra na zwłokę. Nie dopuszczała do siebie tych słów, które usłyszała od chłopca w sklepie. Nie chciała, żeby te wszystkie myśli do niej wróciły.

Nie chciała, żeby przeszłość ją przytłoczyła.

Tyle że niewiele mogła na to poradzić. Mogła sobie powtarzać, że nie będzie się tymi myślami przejmować, ale one tkwiły gdzieś w jej głowie. Wyglądały zza starannie ustawionego muru. Ona ten mur budowała długo i z rozmysłem.

Teraz już była dorosła. Nie wierzyła już ani w bajki, ani w mity.

To były fałszywe wspomnienia, którym młody umysł nadał jakiś nieprawdopodobny wymiar, ponieważ pragnął zaznać magii – lub choćby uwagi. Nie mogła tym wspomnieniom ufać. Stojąc z plecami opartymi o ścianę, Louise poczuła, jak dłoń zamyka jej się w pięść i zaczyna uderzać o nogę. Rozprostowała palce i spojrzała na Shipleya, żeby sprawdzić, czy przypadkiem tego nie zauważył. On jednak stał do niej plecami. Potrząsając głową, wyjął z kieszeni telefon i spojrzał na ekran.

Louise przeniosła wzrok na przeciwległą ścianę. „Raczej beżowa niż biała”, pomyślała. Nic mądrzejszego już chyba nie wymyśli.

To nie było prawdziwe.

Dopiero godzinę później wpuszczono ich do pacjentki. Szpitale były, jakie były, ale jakoś jeszcze na razie nie odwieziono kobiety na oddział. Na oddziale ratunkowym największego szpitala w mieście udało się dla niej wygospodarować jednoosobowy pokój. W sali przebywała jeszcze pielęgniarka. Notowała coś na karcie, którą chwilę później powiesiła na łóżku.

– Nie jest jeszcze do końca przytomna – powiedziała do Louise po tym, jak zmęczonym wzrokiem zmierzyła Shipleya. – Nie wiem, czy uda wam się wydobyć od niej cokolwiek sensownego.

– Jak ona się czuje? – zapytała Louise, gdy już stało się jasne, że jej przełożony tego nie zrobi. – Jakie odniosła obrażenia?

– Jest w kiepskim stanie, tyle mogę powiedzieć. Jest porządnie pokiereszowana. Mocno posiniaczona, żebra ma poobijane… Ale w sumie nie to jest chyba najgorsze.

Louise zrobiła zatroskaną minę, licząc na to, że nie zdradzi w ten sposób swoich prawdziwych myśli:„Idź już sobie, żebyśmy ją mogli zapytać, kto to zrobił”.

– A co jest najgorsze?

– Straciła dużo krwi. On ją nacinał – odparła pielęgniarka, z trudem cedząc słowa. – Zdejmował skórę z różnych części jej ciała, jak gdyby chciał ją żywcem obedrzeć ze skóry. To nie do wiary, że ktoś mógł zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi.

– Proszę się nie martwić, złapiemy sprawcę – powiedział Shipley, zbliżając się do łóżka i nachylając się nad kobietą. – Dziękujemy pani.

Louise spojrzała na pacjentkę, która powoli otwierała oczy. Zastanawiała się, ile z tej rozmowy udało jej się usłyszeć. Rozmawiali przecież o niej, jak gdyby w ogóle jej tam nie było.

Pielęgniarka chciała chyba jeszcze coś powiedzieć, ale ostatecznie ruszyła w kierunku drzwi. Gdy do nich dotarła, odwróciła się jeszcze na chwilę i ponownie odezwała się tylko do Louise.

– Lepiej, żeby wam się udało. Nie chciałabym się dowiedzieć, co ktoś taki jest w stanie zrobić w przyszłości.

Drzwi się za nią zamknęły. Louise ciągle jeszcze stała kilka kroków za Shipleyem, który nachylał się nad kobietą w łóżku. Na pierwszy rzut oka było widać, że personel szpitala próbował ją doprowadzić do porządku, ale na jej twarzy ciągle jeszcze pozostawały resztki zaschniętej krwi. Pokój straszył nijakością. Przez pojedyncze okno przysłonięte żaluzjami wpadały do środka tylko resztki światła. Na ścianach wisiało kilka ulotek, a przy umywalce znajdował się podajnik na mydło, chyba pusty. Przy łóżku stało krzesło dla odwiedzających, ale żadne z nich nie usiadło. Louise postanowiła ustawić się po drugiej stronie łóżka. Wycisnęła sobie na dłonie odrobinę alkoholowego preparatu z podajnika, który był umieszczony w nogach łóżkach. Roztarła go na dłoniach, uważając przy tym, aby przy okazji nie dotknąć żadnego sprzętu.

– Technicy zabezpieczyli już wszystkie ślady – powiedział Shipley, przyglądając się Louise, która cały czas wcierała preparat w dłonie. Pokiwał głową. – Miejmy nadzieję, że coś im się uda znaleźć.

– Może jednak najpierw powinniśmy porozmawiać z nią – odparła Louise, przenosząc wzrok na kobietę leżącą w łóżku, która teraz wpatrywała się tępo w detektywa. Patrzyła jakby w dal. Zdawała się nie skupiać wzroku, jak gdyby w ogóle go przed nią nie było. – Byłoby znacznie łatwiej, gdyby to był ktoś, kogo zna.

– Słyszy mnie pani? – powiedział Shipley, nachylając się nad nią jeszcze bardziej. Mówił nienaturalnie głośno, zważywszy na rozmiary pomieszczenia. Jego głos niemal odbijał się echem od ścian. – Jak pani się nazywa?

Kobieta cały czas wpatrywała się w detektywa, jak gdyby starała się domyślić, z kim ma do czynienia. I co ten ktoś do niej mówi. Shipley spojrzał na Louise, skinieniem głowy zachęcając, aby teraz ona spróbowała.

– Dzień dobry. Jestem detektyw Louise Henderson. To jest detektyw Paul Shipley – powiedziała Louise, odczekując chwilę, żeby kobieta miała czas obrócić głowę w jej stronę. – Jesteśmy tu, żeby pani pomóc, rozumie pani? Chcemy zadać pani kilka pytań i zaraz damy pani spokój, żeby mogła pani wrócić do siebie.

Louise usłyszała pociągnięcie nosem dobiegające z drugiej strony łóżka, ale postanowiła nic sobie z tego nie robić. Czasami zostawiał jej wolną rękę, żeby to ona znalazła sposób na nawiązanie kontaktu, ale z góry wiedziała, co usłyszy na ten temat po powrocie na komisariat. Mogła przewidzieć, jaką rolę w tym jego monologu odgrywać będzie hasło „kobiece podejście”.

Kobieta wpatrywała się teraz w Louise, mrugała powiekami w jej kierunku. Chyba dotarło do niej, z kim ma do czynienia, bo jakby bardziej skupiła wzrok. Zdawała się tylko nie wiedzieć, co oni robią po obu stronach jej łóżka.

– Jak pani się nazywa?

Otworzyła usta, ale zaraz potem znów je zamknęła. Spróbowała ponownie.

– Caroline – odpowiedziała, wydobywając z siebie tylko szept. Najwyraźniej mówienie przychodziło jej z trudem, ale Louise była na to przygotowana. – Caroline… Rickards.

– Dzień dobry, Caroline – powiedziała Louise. Usłyszała co prawda wahanie, z jakim kobieta podawała swoje nazwisko, ale i tak starała się uśmiechnąć do niej pocieszająco. – Wie pani, czemu tu jesteśmy?

Caroline na chwilę zmarszczyła brwi, spojrzała jakby za Louise, rozejrzała się po pokoju.

– Ktoś mi zrobił krzywdę.

– Tak, zgadza się. Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań na ten temat. Na razie kilka. Nic bardzo poważnego. Wrócimy do sprawy, jak poczuje się pani trochę lepiej. Możemy się tak umówić?

Caroline skinęła głową naprawdę bardzo lekko, ale cienka poduszka pod jej głową i tak zaszeleściła.

– Co pani pamięta sprzed chwili, gdy się tu pani znalazła?

– Hm… Nie wiem.

– Pamięta pani karetkę?

Caroline zaprzeczyła ruchem głowy.

– Biegłam.

– Pamięta pani, gdzie pani biegła?

– Drogą – odparła Caroline, odrywając wzrok od Louise i przenosząc go na sufit. – Stała mi się krzywda.

– Zgadza się. Właśnie na drodze panią znaleziono. A coś, co było wcześniej? Pamięta pani cokolwiek, co było wcześniej?

Twarz Caroline się wykrzywiła, ale z oczu nie pociekły jej łzy.

– Wokół mnie była trawa i błoto. Drzewa. To tam było. To coś robiło mi krzywdę.

– Kto panią krzywdził, Caroline? – odezwał się Shipley, lekceważąc proszące spojrzenie Louise, która chciała sama dalej pociągnąć ten wątek. Czasem gdy potrzebne było ciche pukanie, on od razu sięgał po taran. – Kto to pani zrobił?

– On, to był on! – odparła Caroline, która teraz już krzyczała. – On istnieje naprawdę.

– To był pani chłopak albo pani mąż, Caroline? – dociekał Shipley, kładąc jedną rękę na łóżku obok jej ciała. – Pani były albo ktoś taki? Jak on się nazywa?

Caroline zupełnie go zignorowała i znów spojrzała na Louise.

– On istnieje naprawdę. Wszystko, co mówią, jest prawdą. To coś tam żyje. W lesie.

– W porządku. Spokojnie, Caroline – powiedziała Louise, wyciągając do niej rękę. – Nie musi się pani spieszyć.

Prawa ręka Caroline wystrzeliła znad łóżka i mocno chwyciła Louise. Louise była zaskoczona siłą tego uścisku. Kobieta wykręciła jej skórę na nadgarstku do tego stopnia, że aż sprawiła jej ból. Caroline podniosła się z trudem, zgrzytając zębami z wysiłku. W pokoju powiało chłodem.

– To był Kościuch. To on mi to zrobił. On naprawdę istnieje. I wróci. I mnie znajdzie.

Rozdział 4

Louise rozcierała nadgarstek, wpatrując się w zaczerwienienie, które jej pozostało na skórze. W duszy robiła sobie jednak wyrzuty. Caroline przeżyła koszmar, a mimo to miała dość sił, aby ją tak mocno chwycić i aż zostawić ślad.

Za wcześnie na to było. I oni powinni to wiedzieć. Ich pytania to na pewno nie było to, czego w tym momencie potrzebowała.

Z drugiej strony, mieli przecież zadanie do wykonania.

– Moim zdaniem to po prostu cholerna wariatka – powiedział Shipley, gdy jechali w kierunku północnym, niespecjalnie przejmując się innymi użytkownikami drogi. – Trafi do wariatkowa, a sprawcy nigdy nie znajdziemy.

– Może i nie – odparła Louise, opuszczając rękaw i starając się nie zwracać uwagi na pieczenie skóry. – A może coś tam się faktycznie wydarzyło. W tamtej okolicy są pola i lasy.

– Co ty mówisz? Chyba jej nie wierzysz? – powiedział Shipley, wzmacniając swój komentarz śmiechem. – Odbiło jej i tyle. Ktoś ją mocno poobijał i jeszcze pozdzierał z niej skórę.

– Dzieciak w sklepie…

– Chyba nie będziemy wierzyć w to, co mówił jakiś dzieciak?!? Cóż z tego, że śpiewała o jakimś potworze? Przecież nie można powiedzieć, żeby była przy zdrowych zmysłach…

– Nie twierdzę, że była, ale ten dzieciak nie kłamał. Ona też to potwierdziła. Jej się wydaje, że zaatakował ją… zaatakowało ją coś. Nie możemy tego tak po prostu olać. – Louise nie dawała za wygraną, chociaż z góry wiedziała, co powie Shipley.