Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 483 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złodziej dusz - Aneta Jadowska

Ona. Oficjalnie policjantka. Prywatnie złośliwa wiedźma uczulona na związki.

On numer 1. Diabelnie przystojny pomiot.

On numer 2. Prawdziwy z niego anioł.

Teoretycznie powinni być wrogami, ale nie lubią sztywnych zasad. Zatem są przyjaciółmi. Wbrew wszystkim i wszystkiemu muszą znaleźć mordercę, który zagraża magicznej społeczności Torunia. Po drodze przyjdzie im śmiertelnie obrazić wampiry, skopać tyłki wilkołakom oraz przekonać pewną nastolatkę, że piekło to nie tylko sex, drugs and rock&roll. Na dokładkę złamią też wszystkie możliwe reguły obowiązujące w magicznym świecie.

Przejdź przez bramę i powiedz zaklęcie. A potem wpadnij na drinka do Szatańskiego pierwiosnka.

Opinie o ebooku Złodziej dusz - Aneta Jadowska

Cytaty z ebooka Złodziej dusz - Aneta Jadowska

Nic się nie zmieniło, jesteśmy tak blisko, jak byliśmy. Nie ma w tobie nic, czego bym się bał lub co by mnie zniechęcało do ciebie. Do cholery, słonko, jestem diabłem, przy mnie jesteś wcieleniem cnót i niewinności.
Ktokolwiek wiedział o Paulinie Kozanek coś, co doprowadziłoby mnie do zabójcy, teraz będzie siedział cicho, przez pamięć o zmarłej. Będzie przedstawiana jako święta wcielona, co tylko utrudni moją robotę. Zbyt długo pracuję w policji, by wierzyć w świętych. Nawet Mikołaj ma na koncie co najmniej włamania do domów. Kto wie czemu naprawdę chce te wszystkie dzieciaki sadzać na kolanie...
Większość nadnaturalnych lubi dotykanie. Czułości dowodzą zaufania, przyjacielskich zamiarów. Magiczni o wiele częściej przekraczają dystans, przestrzeń personalna jest zredukowana chyba tylko do stref intymnych.

Fragment ebooka Złodziej dusz - Aneta Jadowska

Seria o Dorze Wilk:

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięzca bierze wszystko

Rozdział 1

Paulina Kozanek należała do tych kobiet, z których ludzie śmieją się za plecami, ale tak, by ich na tym przyłapały. Ze swoją lekką nadwagą, podwójnym podbródkiem skrytym w obfitej kryzie koronkowego kołnierzyka, makijażem mocnym jak u tancerki z nocnego klubu i włosami odświeżanymi płukanką, która nadawała fryzurze delikatny odcień zsiniałych z zimna rąk, wyglądała jak wiele jej podobnych niewiast. Licznie reprezentowanych w każdym społeczeństwie starszych pań, wdów przeważnie lub ofiar niezmiennie darwinowskiego rynku matrymonialnego – zawsze były inne, młodsze, do których ich mężowie mogli odejść i co z reguły robili. Pan Kozanek zrobił.

Podejrzewałam, że Paulina Kozanek dała się we znaki wielu osobom. Jej uporządkowane do przesady mieszkanie, stos poduszek i obrazków ręcznie haftowanych ściegiem krzyżykowym sugerowały, że dysponowała nadmiarem wolnego czasu, co zwykle kończy się nudą, która popycha starsze panie do wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Z pewnością nobliwa niewiasta miała wrogów, czy jednak był wśród nich ktoś, kto wykracza poza standardy osoby, która nie przepada za starszą panią? Ktoś, kto mógłby zrobić coś takiego?

Sądząc po zapachu panującym w mieszkaniu, ciało musiało tu leżeć tydzień, może dłużej – było chłodno, wszystkie kaloryfery przykręcone do zera, co spowolniło rozkład. Schludne ubranie ofiary nie nosiło śladów walki. Skulona na dywanie wyglądała, jakby spała i być może złudzenie byłoby pełniejsze, gdyby nie zaschnięta brązowa skorupa krwi, otaczająca jej głowę posępną aureolą.

Ktokolwiek wiedział o Paulinie Kozanek coś, co doprowadziłoby mnie do zabójcy, teraz będzie siedział cicho, przez pamięć o zmarłej. Będzie przedstawiana jako święta wcielona, co tylko utrudni moją robotę. Zbyt długo pracuję w policji, by wierzyć w świętych. Nawet Mikołaj ma na koncie co najmniej włamania do domów. Kto wie czemu naprawdę chce te wszystkie dzieciaki sadzać na kolanie...

– Koroner już jest? – spytałam posterunkowego Piotra, który choć przydzielony był bezpośrednio do mojego oddziału i poniekąd mi podlegał, najchętniej udawałby, że mnie nie zna. Zerkał na mnie niechętnie i odpowiadał na pytania, tylko jeśli nie mógł ich zignorować.

– Jest. Prokuratora nie ma. Zresztą był zły, że go pani wzywa do jakiejś staruszki, która pewnie dostała zawału.

– Jasne, a umierając, zasztyletowała się widelcem, który rozpłynął się w powietrzu na skutek utleniania się żelaza... Co za brednie.

– Tu się z tobą zgadzam w całej rozciągłości. – Bogna była ubawiona. – Utlenianie żelaza trwałoby znacznie dłużej niż tydzień i zostałby ślad rdzy w ranach.

– Cieszę się, że już jesteś, dość mam sterczenia w tym przybytku naftaliny. Obejrzałaś zwłoki?

– Pobieżnie, na ile mogę to zrobić tutaj, nie ruszając jej nadmiernie. Na pewno nie była to śmierć naturalna, dwie rany kłute na szyi, nawet niezbyt głębokie, ale dość, by uszkodzić tętnicę. Zabieraliście coś?

– Nie, czekałam na was.

– No więc brak narzędzia zbrodni...

– Ale dojdziesz do tego, czego mam szukać?

– Jak zawsze. – Uśmiechnęła się.

Była znakomita w swoim fachu, nie popadała przy tym w tak częste uprzedstawicieli tej grupy zawodowej wisielczy humor lub alkoholizm. Skoro oficer policji i patolog mówią, że nie ma mowy, by śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, to ten patafian z prokuratury powinien już dawno tu być... Albo zostawić mi oględziny i dokumentację i czekać, aż raporty pojawią się na jego biurku. Naoglądał się amerykańskich kryminałów i sądzi, że jego bystre oko dostrzeże to, co ja, głupia baba, przegapiłam.

Pokój roił się od ludzi, ktoś robił zdjęcia, ktoś rozmawiał przez telefon. Nie było mi to na rękę, musiałam bowiem dyskretnie coś sprawdzić. Podeszłam do zwłok i uważnie przyjrzałam się śladom na szyi. Dwa czerwone punkty, jeden przy drugim, oddalone (sprawdziłam malutką miarką) o trzy centymetry od siebie... Wątpiłam, by był to wampir – za dużo krwi na dywanie, poza tym one wolą młodsze ofiary, pachnące bardziej apetycznie, o jędrnych szyjkach i tętniczkach. Od dawna też nie słyszałam, by kogoś zabiły, wolałam jednak sprawdzić. Ślady na szyi, brak narzędzia zbrodni... rozumiecie mój tok rozumowania? Oczywiście nie zamierzałam dzielić się moimi podejrzeniami z Bogną czy patafianem, ale sama dla siebie musiałam wiedzieć. Trzy centymetry nie wykluczają kłów, jednak intuicja podpowiadała mi, że nie był to krwiopijca. Dyskretnie dotknęłam zimnego czoła. Musiałam zdjąć rękawiczki, by cokolwiek poczuć, co było jawnym pogwałceniem regulaminu, ale tylko tak mogłam zebrać jakieś resztki aury. Często na ofiarach morderstwa zostawał wyraźny ślad przemocy, jakby pieczęć agresji i emocji, głównie strachu, czasem nawet wskazówki co do sprawcy, ale wyczuwalne były tylko kilka godzin, czasem dni, w zależności od natężenia uczuć towarzyszących ostatnim chwilom zmarłego. Tym razem nie wyczułam prawie nic, lekkie mrowienie w palcach niosło tylko jedną emocję – totalne zaskoczenie. I jakby... irytację. Paulina Kozanek przed śmiercią nie bała się. Była poirytowana.

– Wilk, co ty robisz, do cholery? – gardłowy i nieprzyjemny głos prokuratora Marcina Żamłody wyrwał mnie z zamyślenia. – Z jakiej to okazji dotykasz ciała bez rękawiczek?

– Okazją są oględziny zwłok, które mielibyśmy już za sobą, gdybyś raczył się tu pofatygować wcześniej, Żamłoda – warknęłam.

– Jest niedziela, ciesz się, że tu w ogóle jestem.

– Jakoś nie mogę tej radości w sobie odnaleźć. Trzeba było dać znać, że niedziela ci nie pasuje, może pani Kozanek umarłaby innego dnia.

– Pieprz się.

– Tak, to bardzo dojrzała riposta.

Sapnął. Zawsze łudził się, że jego słowo będzie ostatnim. Prawie dwa lata współpracy niczego go nie nauczyły. Przeciwnie, na mój widok reaguje jak pies Pawłowa – toczy pianę. Nie wiem czemu, ale zawsze coś do mnie miał. To znaczy wiem. Czuł, że ze mną jest coś nie tak, ale to jego problem, nie muszę mu tłumaczyć, kim jestem i co robię. Żamłoda miał w genach jakiś cień nadnaturalny, może był pociotkiem wiedźmy czy innego magicznego stworzenia, nie dość jednak rozwiniętym, by mnie rozpoznać. Pozostawały mu tylko niepokój, mrowienie w rękach i przeczucie. Utrudniało mi to nieco życie, ale nie spędzało snu z powiek.

– Rób, co do ciebie należy, ja sprawdzę, co zebrali chłopcy w wywiadach.

Przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu było bardziej irytujące niż noc w kanałach w towarzystwie szczurów.

– Tylko ich nie obmacuj.

– Bardzo śmieszne. Gdybym miała taki zamiar, i tak byś się nie załapał, więc możesz zachować fantazje dla siebie. Myślenie życzeniowe, mówi ci to coś? – Odwróciłam się, nie obdarzając go spojrzeniem.

Sapnął. Pies Pawłowa.

Chłopcy, a dokładnie dwaj młodzi posterunkowi, Jacek i Piotr (zwany na posterunku Plackiem, jako że ci dwaj byli praktycznie nierozłączni i zaczęli służbę w tym samym czasie), kończyli już zbierać zeznania sąsiadów. Domyślałam się, co usłyszę. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, święta kobieta i nie wiedzą, co za zwyrodnialec mógłby podnieść na nią rękę. Zaskoczyli mnie.

– Podobno Kozanek była prawdziwym wrzodem na dupie – powiedział Jacek, przeglądając zapiski w notesiku z miną pilnego ucznia, pasującą do jego urody nastoletniego chłopca.

– Rozwiń, proszę.

– Kilkoro sąsiadów składało na nią skargi, nawet wzywali policję z powodu naruszania ciszy nocnej.

– Nie powiesz mi, że imprezowała w swojej serwetkowej melinie?

– Nie, ewangelizowała. Od rana do nocy na cały regulator miała ustawioną jedyną słuszną stację radiową.

– O cholera, w tym bloku to podpada pod tortury!

Bloki na Legionów były miłe i niewysokie, ale miały jedną istotną wadę, ściany były cienkie, akustyka koszmarna. Na studiach przez kilka miesięcy wynajmowałam pokój dwie klatki dalej.

– Właśnie.

– Kto skarżył się najczęściej?

– Sąsiedzi z góry i z mieszkania obok, po trzy zgłoszenia. U góry mieszka młoda rodzina z kilkuletnim dzieckiem, z boku studenci. Bez meldunku, więc nikt nie kwapił się reagować na zgłoszenia.

– Cholera, mam nadzieję, że dzieciakom nie puściły nerwy. Gdyby była moją sąsiadką, mogłabym mieć wypadek przy czyszczeniu broni.

– Wiem, co masz na myśli. – Jacek wyszczerzył równiutkie ząbki. Zapewne w liceum nosił aparat ortodontyczny, co oznacza, że zdjął go nie dalej niż dwa lata temu. Piotr stał obok posępny, unikał mojego wzroku.

– O co chodzi? – zapytałam, wiedząc, że mi nie odpowie.

– O nic, proszę pani. – Nadal uciekał oczyma. Nikt w całym komisariacie nie zwracał się do mnie w ten sposób. Zignorowałam go. Nie wszyscy muszą mnie lubić. Nie wyczuwałam od niego napięcia mocy, aura sugerowała zwykłego homo sapiens. Przeżyję.

Na miejscu powinien być już cały zespół, którego byłam częścią, ale wciąż czekałam na Nowakowskiego i Witkaca. Zakładałam, że mogą się nie pojawić, choć wolałam, by było to tylko złe przeczucie. Dość miałam świecenia za nich oczami przed szefową. Wystarczająco często świeciłam za samą siebie. Zwłaszcza w tych dniach wolałam nie wchodzić jej przesadnie w zasięg radaru, wciąż nie odbyła się „poważna rozmowa”, którą zapowiedziała po wpłynięciu na mnie skargi.

Nowakowski pojawił się ponad dwie godziny po wezwaniu. Jak zawsze niechlujny, niepodopinany, jakby obudził się w kanale i po ciemku zbierał swoje rzeczy. Pod pięćdziesiątkę, z lekką nadwagą i przerzedzonymi włosami, wyglądał jak kuzyn Ferdka Kiepskiego. Był niewiele bystrzejszy. Myślał, że nikt nie zauważy, że pociąga z piersiówki coś więcej niż ziółka na ból brzuszka. Wzruszyłam ramionami. Nie ja go zatrudniłam, choć musiałam z nim pracować. Nie mam już kłopotów z jego lepkimi rączkami, odkąd porachowałam mu kości, dokładnie kości ręki. Połamałam mu palce lewej dłoni, kiedy usiłował mnie poklepywać po tyłku. Może nie zareagowałabym tak gwałtownie, gdyby nie okoliczności. Pochylałam się właśnie nad ciałem brutalnie pobitego kilkulatka. Nawet taka okazja czyniła go złodziejem.

Stał przede mną, zaspany i nieświeży, z permanentnym kacem, który nie miał nigdy okazji przejść w stan miniony, i rzucał mi aroganckie spojrzenie.

– Referuj – powiedział.

Jasne, to, że jest dwie dekady starszy i jest facetem wystarczy, by mną dowodzić. Palant, mieliśmy ten sam stopień.

– Sam sobie zreferuj. Trzeba było przyjechać na czas, nie byłbyś teraz w tyle.

Wyszłam na korytarz, zostawiając go w serwetkowej melinie z Jackiem i Plackiem. Rozejrzałam się po klatce. By na nią wejść, trzeba pokonać domofon, była więc czysta, bez śladów graffiti na ścianach czy zapachu moczu. Zamek u drzwi nienaruszony. Chłopcy z laboratorium pozbierali już odciski palców, ciemne ślady proszku daktyloskopijnego pokrywały klamkę, ale wiedziałam, że niewiele mi to da. Zabójca znał ofiarę, musiał bywać tu wcześniej, może był zaproszony. Statystyki wskazują, że ponad sześćdziesiąt procent morderstw popełniają członkowie rodziny i osoby bliskie ofierze. Jeszcze jeden powód, by trzymać się z daleka od własnej rodzinki. Zanotowałam w czarnym moleskinie, by sprawdzić rodzinę i wezwać wszystkich na przesłuchanie. Wyszłam przed blok, zajrzałam w krzaki przy chodniku i pod oknami, ale nie znalazłam nic podejrzanego. Czekałam, aż Bogna i jej asystent Tomasz, zwany Tomciem Paluchem, zabiorą ciało i w mieszkaniu zrobi się luźniej. Chciałam zrobić własne zdjęcia miejsca zbrodni, przyjrzeć mu się, wykorzystując wszystkie moje zmysły, także te, których nie mają śmiertelnicy. Zaglądałam właśnie do najbliższego śmietnika, kiedy przed klatką zatrzymała się taksówka i pojawił się Witkacy. Lubiłam go, choć należałam tym samym do jednego z najmniejszych fanklubów na komendzie. Równie niewielki był tylko mój. Witkacy naprawdę nazywał się inaczej, ale na ksywę zapracował prawdziwie naukowym podejściem do eksperymentowania z używkami. Wszelkimi, także tymi zakazanymi przez polskie prawo. Podejrzewam, że naprawdę nie robił tego dla odlotu, ale z pasji poznawczej. Przełożeni nie docenili jednak tego poświęcenia, zwłaszcza że pracował w jednostce do zwalczania problemu narkomanii. Dostał przeniesienie. Nieodurzony był cholernie inteligentny i spostrzegawczy, właśnie dlatego, gdy doszły mnie słuchy, że szukają dla niego przechowalni, poszłam do Anity, naszej szefowej, i zaproponowałam, by dała go sobie podrzucić.

Mojego wzrostu, ale suchotniczo chudy, zawsze zmarznięty, był na swój sposób atrakcyjny. Kobiety przyciągała otaczająca go aura nieszczęścia i melancholii. Po prawdzie, Witkacy to najbardziej depresyjna jednostka, jaką znałam, ale nie z tych, którzy oczekują pocieszania i przytulania do piersi.

– Hej, Ti – tylko on się do mnie tak zwracał, pozwalałam mu na to, nawet lubiłam. – Widzę, że świetnie się bawisz.

Zerknęłam na swoje ręce w rękawiczkach i śmieci dookoła stóp.

– Wiesz, że zrobię wszystko, by nie zostawać z Nowakowskim zbyt długo w jednym pomieszczeniu. – Zaśmiałam się. – Nawet przeglądanie śmietników jest lepsze.

Uśmiechnął się bez cienia prawdziwej wesołości.

– Jak się masz, Witkac, ciężki weekend? – zapytałam, widząc wyraźne cienie pod jego oczyma.

Skrzywił się tylko.

– Jak zawsze, od piątków jest gorsza tylko sobota, a tę dwójkę na głowę bije niedziela, wiesz, jak jest.

Wiedziałam, że jest sam. Myślał, że ja też jestem sama. Na swój sposób byłam, ale nie tak jak on. Choć może on też miał przyjaciół, których krył przed światem.

Hałas przy drzwiach wejściowych zwrócił naszą uwagę. Bogna przytrzymała drzwi, kiedy technik iJacek wynosili ciemny worek z ciałem. Kolejne osoby opuszczały miejsce zbrodni, nawet Nowakowski wytoczył się zasapany. Skinęłam na Witkacego i bez słowa ruszyliśmy do mieszkania Kozanek, wiedząc, że został tam tylko Placek jako zabezpieczenie. Mogłam się wreszcie rozejrzeć.

Witkacy był jedynym z zespołu, który nigdy nie zadawał pytań o to, co robię, i po co fotografuję akurat ten przedmiot, a nie inny. Nie wiem, czy to narkotyki otworzyły jego percepcję na różne dziwactwa, czy miał tak od urodzenia. Podejrzewał, że jestem trochę jak medium, obserwował mnie nieraz na miejscach zbrodni. Chyba wyczuwał ode mnie jakąś energię, ale w przeciwieństwie do Żamłody reagował spokojem i zaufaniem. Myślę, że gdyby chciał, mógłby zostać niezłym czarownikiem, ale jego życie nie miało, jak moje, drugiego dna, nie miał podwójnej tożsamości i prócz tego, skąd czerpie zasoby środków halucynogennych, nie miał tajemnic. To więcej, niż ja mogłam powiedzieć o sobie.

Zapaliłam wszystkie światła w mieszkaniu. Było już po siedemnastej i powoli robiło się szaro. Nie wiem, dlaczego w tylu filmach kryminalnych policjanci chodzą po miejscu zbrodni po ciemku, tylko z małymi latarkami. Ja chciałam widzieć wszystko. Zaczęłam od saloniku. Witkacy poszedł do łazienki. Ślady po ciele Kozanek sugerowały, że spadła z krzesła w chwili śmierci. Stolik nakryty był do podwieczorku, na jasnej serwecie leżała przewrócona filiżanka, niewielka ilość herbaty wsiąkła w tkaninę czerwonawą plamą. Powąchałam, coś ziołowego i malwa sudańska, o charakterystycznym cierpkim zapachu. Zaintrygowało mnie krzesło naprzeciw miejsca, gdzie siedziała Kozanek przed śmiercią. Przy stoliku były cztery krzesełka. Na wpół odsunięte – ofiary, dwa zsunięte razem i częściowo schowane pod blatem stolika oraz jedno – właśnie to, na którym, jak podejrzewałam, siedział zabójca, wsunięte głęboko, najdalej jak się dało. Na stole nie dostrzegłam drugiego naczynia. Wydało mi się to podejrzane. Intuicja podpowiadała mi, że powinna tu być filiżanka, zwłaszcza że były dwie srebrne łyżeczki – jedna przy spodeczku Kozanek, druga zakryta serwetą. Jakby ktoś zapomniał jej zabrać, kiedy uprzątnął filiżankę. Przeszłam do kuchni. Na suszarce nie było nic, otwierałam drzwiczki szafek, aż trafiłam na tę, w której Kozanek trzymała porcelanę. Cztery filiżanki z kwiatowym motywem, identycznym, jak ta na stoliku. Cztery plus jedna znaczyło, że do pełnego kompletu brakowało jednej. Oczywiście mogło być tak, że stłukła się lata temu, ale intuicja znów szczypała pod skórą. Kozanek była zbyt porządnicka, by znieść zdekompletowany serwis kawowy. Czy zabójca zabrał ze sobą filiżankę? Nie znalazłam jej w krzakach ani w koszu. Kto zabiera ze sobą porcelanę? Ktoś, kto bał się, że znajdziemy DNA czy odciski palców akurat na tym przedmiocie, ale nie obawiał się, że będą one na innych rzeczach w mieszkaniu? Może zginęło coś więcej? Wróciłam do pokoju. Porządek, jaki utrzymywała Kozanek, ułatwiał rozeznanie. Na widoku leżały srebra, szkatułka z biżuterią, niezbyt imponującą, jednak zawsze coś wartą. Zabójca nie zabrał też sprzętu elektronicznego. Motywu rabunkowego nie brałam pod uwagę, ale sprawca mógł jednak podjąć trud upozorowania rabunku. Nie zrobił tego. Jeśli działał pod wpływem emocji, zachował dość zimnej krwi, by zabrać swoje nakrycie i wsunąć krzesło. Chodziłam po pokoju, usiłując zebrać cokolwiek z energii tego miejsca. Nie czułam nic. Nie było gniewu, nie było strachu.

Usłyszałam kroki za swoimi plecami. Odwróciłam się do Witkacego. W dłoniach miał kilka słoiczków i niewielką reklamówkę z blistrami. Hobby Witkaca sprawiało, że nie potrzebowałam dzwonić do laboratorium z pytaniem o znalezione leki i ich zastosowanie. Wiedział wszystko. Gdybym zapytała, powiedziałby nawet, jakie byłyby skutki uboczne zażycia wszystkich razem i popicia whiskey.

– Ti, niby nie ma tu nic, czego nie powinno być w łazience starszej pani, ale coś mi nie daje spokoju.

– O co chodzi? – Ufałam jego przeczuciom.

Podszedł i rozłożył na stoliku wszystkie leki. Pogrupował je w trzy kupki.

– Tu – wskazał na największą – wszystko, co potrzeba starszej pani, by jej ciało nie skrzypiało, glukozamina, witaminy, wapń, tabletki z tranem, żeń-szeń, pierdoły typu suplementy diety. Nic groźnego. Tu – mniejsza kupka – leki na receptę, nitro na serce, coś na obniżenie ciśnienia, profilaktyka przeciwmiażdżycowa, aspiryna, rutyna i coś na uregulowanie poziomu cholesterolu. To – podniósł jedną z małych brązowych fiolek – leki na uspokojenie, dość łagodne, ale na receptę. Data na opakowaniu sugeruje, że kupiła je kilka tygodni temu, ale nie otworzyła opakowania, nie brakuje tabletek. Dziwne, bo trzy inne puste fiolki po tym leku sugerują, że brała je regularnie.

– A trzecia kupka?

– Tu mam zagadki, Ti. Jest kilka preparatów odchudzających, czy właściwie zmniejszających łaknienie, aż trzy z pięciu zawierają pochodne efedryny, spore dawki. Jeśli brała je wszystkie naraz, a myślę, że tak, bo w każdej fiolce brakuje dokładnie tyle samo tabletek, musiała być nakręcona jak mały robocik.

– Naspeedowana?

– Właściwie tak. To są leki na receptę, ale coś mi mówi, że nie ma lekarza, który przepisałby wszystkie trzy jednej starszej pani. Stawiam na jej przedsiębiorczość. Zdobyła recepty u różnych lekarzy lub zdobył je ktoś podstawiony. Poza tym widzę tu sporo ziół. Nie wszystkie są opisane. Podejrzewam, że też mogą być odchudzające, a nigdy nie wiesz, co w nich znajdziesz. Nie kupiła ich w sklepie zielarskim, na dwóch – podniósł w górę saszetki – opisy są cyrylicą.

– Myślisz o bazarze przy supersamie? – domyśliłam się.

Przytaknął. Gdzie indziej babcia zdobyłaby nielegalne, nieprzebadane i niedopuszczone do obiegu zioła z nalepkami z bratniego kraju?

– Niepokoi mnie jedno. Skoro nie otworzyła fiolki z lekiem uspokajającym, czy brała inne leki, te na serce czy ciśnienie? Na pewno brała te odchudzające i zioła...

– Myślisz, że jej odbijało?

– Bez uspokajających tabletek takie ilości efedryny... Zauważyłabyś wyraźną zmianę jej zachowania, nerwowość, pobudzenie, zgrzytanie zębami, prawdopodobnie uderzenia gorąca...

– Kaloryfery były zakręcone do zera – przypomniałam sobie. – Wiesz, że to nie leki ją zabiły, ale dwie rany kłute w tętnicy szyjnej...

Przytaknął, wzruszając ramionami.

– Ale może ich wpływ na jej zachowanie dostarczył komuś motywacji?

– Była suką od dość dawna, są zgłoszenia, ale wiesz, musimy się dowiedzieć, na ile jej charakterek był czymś stałym, a na ile zmienną z ostatnich tygodni, miesięcy?

– Co najmniej dwóch miesięcy – powiedział, pokazując puste buteleczki. – Choć podejrzewam, że to mogło trwać dłużej. Stawiałbym na to, że nie od razu zaczęła szaleć z pięcioma środkami odchudzającymi, raczej zażywała jeden, organizm się przyzwyczaił, nie widziała efektów, więc dodała następny i następny, aż doszła do tego koktajlu.

Ufałam jego intuicji, zwłaszcza że moja się z nią nie kłóciła. Ktoś będzie musiał przejść się do przychodni w okolicy i apteki ze zniżkami dla emerytów w poszukiwaniu danych z recept. Zapisałam sobie to w notesie. Wyślę jutro któregoś z młodziaków albo Nowakowskiego. Na myśl o tym ostatnim biegającym gdziekolwiek, zasapanym i rozchełstanym, złośliwy uśmiech pojawił mi się na twarzy. Taa, Nowakowski ma zaplanowany jutrzejszy poranek.

– Ti, mogę spytać o coś spoza tej sprawy? – Witkacy zawsze był delikatny, gdy wkraczał na teren prywatny lub coś, co w jego odczuciu było prywatne. Może dlatego dobrze nam się pracowało razem.

– Pytaj. – Jakoś wiedziałam, że nie zapyta o nic naprawdę intymnego.

– Ta skarga, masz kłopoty, prawda? – Patrzył na mnie ze spokojną miną człowieka zrezygnowanego.

– Jeśli jeszcze nie mam, będę mieć. Anita zapowiedziała poważną rozmowę, Żukrowski złożył skargę nie tylko do niej, ale też do prokuratury i do wydziału wewnętrznego. Nie wiem, z której strony oberwę, ale nie liczę, że ujdzie mi to na sucho.

– Co mu właściwie zrobiłaś? Jest rozjuszony jak diabli.

Właściwie jak diablica, bo diabły lepiej panują nad emocjami, ale nie powiedziałam tego na głos.

– Och, wiesz, nie zdzierżyłam i przyłożyłam mu. Po prostu. Wiem, że to on skrzywdził te dzieci, ale nie mam dowodów. Żamłoda nawet nie wszczął dochodzenia, spławił mnie i już. A Żukrowski... cóż, zasugerował mi po przesłuchaniu, że mogę się ugryźć i że widział mnie ostatnio z milutką dziewczynką, której postara się przyjrzeć bliżej.

Tą małą dziewczynką była Maja, czteroletnia córka kolegi z drogówki, moja chrześnica. Jedyna osóbka, która potrafiła zmusić mnie do pójścia na mszę i powtarzania, że obiecuję wspomóc rodziców w wychowaniu dziecka w wierze. To znaczyło, że naprawdę kocham to dziecko.

– Skurwiel. – Witkacy sapnął ze złości. – Mam nadzieję, że mocno mu przyłożyłaś.

– Dość, by miał pretekst do obdukcji.

Cóż, nie wszystko wyszło na obdukcji, podbite oko i kilka siniaków to zaledwie ułamek tego, co mu zostawiłam. Ale nie mógł przyznać, że od spotkania ze mną, ilekroć usiłuje się zbliżyć do dziecka w złych intencjach albo onanizować się przy pornografii dziecięcej, czuje w podbrzuszu ból nie do zniesienia, mdleje i sika krwią przez kilka kolejnych dni. O tym nie mógł wspomnieć lekarzowi z izby przyjęć. Wiedział, przeczuwał, że mam z tym coś wspólnego, choć nie wiedział, jak to zrobiłam. Gdybym mu powiedziała, że rzuciłam urok, uwierzyłby? Gdybym mu powiedziała, że kiedy naskoczył na mnie po kilku dniach od naszego feralnego spotkania, wyzywając od czarownic, był całkiem bliski prawdy, uwierzyłby? Oczywiście nie byłam czarownicą. Byłam wiedźmą, tylko laik nie zna różnicy. On nim był.

Wyciągnęłam z torby swój prywatny aparat i zaczęłam robić zdjęcia, skrupulatnie obfotografowywałam wszystko, co wydawało mi się istotne.

– Myślisz, że cię wyrzucą? – Witkacy wciąż zastanawiał się nad moją sytuacją.

– Nie sądzę, pośmierdzi, pośmierdzi i minie, ale Anita jest wnerwiona, za dużo szumu, a nie minął jeszcze miesiąc od sprawy Szaraka.

Szarak był naszym kolegą z zespołu, który miesiąc temu przeżył załamanie nerwowe po tym, jak odeszła od niego żona. Nie poszedł jednak do baru pić, jak poradziłaby sobie z tym problemem większość gliniarzy, jakich znam, ale wziął broń i poszedł pod urząd skarbowy. Nie żeby miał jakieś problemy z fiskusem, po prostu tam pracowała jego żona. Opróżnił magazynek w orła białego przy drzwiach wejściowych i ze zdziwieniem zauważył, że zapomniał zostawić naboju, który zamierzał umieścić w swojej czaszce. Nie stawiał oporu, gdy strażnicy go obezwładnili. Obecnie przebywa w psychiatryku na Mickiewicza. Nie ma prawa do wizyt, bo ponawia próby samobójcze na najdziwniejsze sposoby. Nieskuteczne, jak dotąd. Byłam jednak pewna, że to kwestia czasu. Pięć lat pracowałam z Szarakiem – gdy wbił sobie coś do głowy, nigdy nie popuszczał.

– Załamanie Szaraka wszystkich zaskoczyło, co? – powiedział spokojnie.

Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek jego głos wyrażał coś więcej niż smutek czy spokój. Przytaknęłam.

– Pewnie wszyscy zakładali, że jeśli ktoś od nas wyląduje w psychiatryku, to będę to ja, co? – Blady uśmiech przemknął mu po twarzy.

– Jasne, Szaraka nawet nie uwzględniali w zakładach. – Uśmiechnęłam się szeroko. – To daje mi pewną nadzieję. Mnie obstawiają najczęściej jako osobę, która wyląduje za kratkami jako pierwsza, może to znaczy, że ostatni na liście pójdzie siedzieć?

Ostatni na liście był Nowakowski. Witkacy parsknął śmiechem. Nasze opinie o Nowakowskim były całkowicie zgodne.

– Gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy, wiesz, zawsze pomogę. Poznałem w ostatnich latach kilku niezłych prawników.

Byli na tyle dobrzy, że zapobiegli jego zwolnieniu oraz, uwięzieniu za posiadanie substancji psychoaktywnych w ogromnych ilościach ikilka wyskoków po zażyciu.

– Jasne, dzięki, na razie sama nie wiem, co z tego wyjdzie. Nie zamartwiam się, zrobiłabym dziś to samo i wiesz o tym. Ale jakby co, zgłoszę się po wizytówkę. – Poklepałam go po ramieniu. Przytaknął i znów uśmiechnął się po swojemu, trochę krzywo, półgębkiem, jakby prawa strona jego twarzy była odrobinę mniej plastyczna.

– Chyba wszystko, co? Wracamy? – Rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy o niczym nie zapomnieliśmy.

– Tak, czas już, Placek został? – zapytałam, przypominając sobie, że żadne z nas nie ma samochodu, a nie chciało mi się płacić taksówkarzowi.

– Jest na dole. Naprawdę odebrali ci prawko?

– Tak, uzbierałam więcej punktów karnych niż niemoralnych propozycji w barze w sobotnią noc. – Skrzywiłam się. – Micra stoi na policyjnym parkingu, żebym nie miała pokusy, by jednak się wybrać na przejażdżkę.

– Szkoda, byłaś moją ulubioną podwózką.

Witkacy sam oddał swoje prawo jazdy. Na wszelki wypadek, gdyby miał ochotę siąść za kółkiem w czasie swoich eksperymentów ze świadomością.

– Teraz zostaje nam Placek, pewnie umiera ze szczęścia.

– Tak jak ze wszystkim, co ciebie dotyczy. O co z nim chodzi? Przygadałaś mu, pobiłaś, opieprzyłaś?

– Jestem niewinna jak dziecię. Nie wiem, widać nie nadajemy na tych samych falach. Może jest na to zbyt normalny. – Uśmiechnęłam się, poklepując Witkaca po plecach. Wielu właśnie tak tłumaczyło fakt, że my dwoje się dogadujemy, choć inni unikali pracy z Witkacem.

– Nie wie, co traci.

Pogasiłam światła i zabezpieczyliśmy drzwi taśmą. Dobiegała dziewiętnasta. Kolejny jedenastogodzinny dzień pracy.

Placek stał przy swoim fiacie. Palił papierosa i czekał zrezygnowany. Nie był zachwycony, że musi z nami jechać, i nie krył się z tym. Nim wsiadłam do samochodu, zadzwoniła moja komórka.

– Dora, właśnie dostałam papiery z wydziału wewnętrznego. Jutro masz się stawić na przesłuchanie – głos Anity był suchy i zimny. Znałam ją wystarczająco, by wiedzieć, że jest wściekła.

– Sorry, szefowo, nie wiedziałam, że będziesz świecić za mnie oczami.

– Nie jest dobrze, Wit powiedział mi nieoficjalnie – zaakcentowała ostatnie słowo – że są naciski ze strony prokuratury, by sprawę zbadać dogłębnie – znów akcent.

– Żamłoda – westchnęłam.

– Obawiam się, że tak. Twoi wielbiciele zwarli szeregi.

Wiedziała o naszym konflikcie charakterów. Niestety, to, co było wystarczającym powodem do rozwodu, nie mogło zmienić tego, że byliśmy skazani na „pracowali razem długo i nieszczęśliwie”.

– Myślisz, że mnie wywalą?

– Nie, ale mogą zawiesić – nie owijała w bawełnę.

– Przeżyję. – Skrzywiłam się. – Będzie czas na wakacje.

– Jeszcze jedno, Dora – zawiesiła głos na chwilę. – Żukrowski wystąpił do sądu o zakaz zbliżania się. Nie możesz podejść bliżej niż pięćdziesiąt metrów.

– Świetnie, jeśli idzie o mnie, wolałabym nie zbliżać się do niego w ogóle, ale powiedz, że dasz jego sprawę komuś innemu, że nie umorzysz jej jak Żamłoda.

– Na razie będziemy cicho, ale nie martw się, jeśli masz rację i jest pedofilem, złapiemy go. – W takich chwilach miała głos ostry jak brzytwa. Wiedziałam, że dopnie swego, choćby miała iść do piekła i z powrotem. Tylko idiota zadarłby z Anitą Czarny, ja zdecydowanie wolę grać z nią w tej samej drużynie.

– Wiesz, że mam rację – powiedziałam spokojnie.

– Wiem, ale musimy mieć coś więcej niż naszą intuicję. Póki twoja sprawa nie przyschnie, mamy związane ręce, oskarżyłby nas o prześladowanie, ale gdy tylko to się skończy, weźmiemy się za niego.

– Mogę ją skończyć szybciej, jeśli chcesz. Przyznam się do winy i tyle.

– Nie – znów głos jak ostrze – nie dostanie tego, czego chce. Jeśli cię skażą, nie będziesz mogła wrócić.

Przytaknęłam, choć nie mogła tego zobaczyć.

– Jutro przesłuchanie, tak? Mam nadzieję, że po południu. Muszę przesłuchać sporo osób w sprawie Kozanek.

– Morderstwo zawsze jest priorytetem – powiedziała. – Nawet wydział wewnętrzny musi to zrozumieć. Nic, trzymaj się, Dora. Pozdrów Witkaca.

Wiedziała, że jeśli z kimś jest, to ze mną. Zaśmiałam się. Troska o Witkaca była chyba jedyną słabością Anity. Jakimś cudem to narkomańskie nasienie budziło jej instynkt macierzyński bardziej niż jej własne, dorosłe już dzieci.

– Jasne, do jutra.

Placek siedział za kółkiem, niecierpliwie stukając palcami o kierownicę. Witkacy ze stoicką miną zajął tylne siedzenie. Mając do wyboru miejsce obok nadąsanego posterunkowego albo depresyjnego eksperymentatora, szarpnęłam za klamkę od tylnych drzwi. Podaliśmy adresy. Witkacy jechał na Balonową, ja na Bydgoskie. Placek sapnął, ale nie skomentował. Obie lokalizacje dokładnie w przeciwnym kierunku niż Rubinkowo, gdzie mieszkał. Anita musiała go pouczyć o koleżeńskich podwózkach.

Rozdział 2

Kocham moje mieszkanie, słodkie czterdzieści cztery metry mojej własnej przestrzeni. Moje mebelki z Ikei, moją sypialnię z ogromnym łóżkiem i trzydrzwiową szafą, salonik z całą ścianą zastawioną białymi regałami pełnymi książek i ogromną kolekcję płyt, malutką kuchnię z dużym stołem i witrynką pełną kubków i kolorowej porcelany. Uwielbiam błękit ścian w sypialni, waniliową kuchnę i kojący piaskowy beż saloniku. Światło przesączające się przez na wpół uchylone żaluzje. Mogłabym długo wymieniać. Meblowałam to wnętrze kilka miesięcy, ciułając pieniądze z policyjnej wypłaty (za nadnaturalne zlecenia zwykle nie dostaję realnych pieniędzy), wkładając w to wiele serca.

Twarda Dora, jaką znają moi koledzy z komendy, zamieniała się w tych ścianach w Marthę Stewart, która z lubością szyła zasłoneczki i poszeweczki na poduszki ozdobione koronką. Nie stać mnie było na ekipę, więc sama robiłam wszystko, od malowania ścian po hydraulikę (tę ostatnią z podręcznikiem w jednej i słownikiem ilustrowanym dla dzieci w drugiej dłoni, jako że nie rozróżniałam elementów wymienionych w instrukcji, dopóki nie zobaczyłam ich na obrazku). Kredyt będę spłacać kolejne trzydzieści lat, nieważne.

Moje mieszkanie jest jak azyl. Kiedy wchodzę, spływa ze mnie całe napięcie. Najchętniej już w progu zrzucałam marynarkę i buty, rozplatałam włosy i pozwalałam, by rudą rzeką spłynęły na plecy, wolne jak dzikie zwierzątka. Następny w kolejce był stanik, którego nie cierpiałam, ale musiałam nosić – inaczej nigdy żaden z napotykanych mężczyzn nie spojrzałby mi w oczy. Nie zdobyłabym nawet jednego logicznego zeznania. Nie przesadzam. Geny kapłanek płodności mszczą się jeszcze po kilku pokoleniach.

Wyjaśniając. Zastanawialiście się, skąd biorą się wiedźmy i czemu nie ma nas zbyt wiele? Nie pytam o czarownice, bo te po prostu stają się nimi, zdobywszy wiedzę. Pytam o wiedźmy z urodzenia, z krwi, jak mówią nadnaturalni. Geny, kochani. Jeden z najbardziej recesywnych genów przenosi drobną modyfikację, która sprawia, że nie jestem do końca ludzka. Dziedziczy się rzadko, bo mało kto jest nosicielem, a nawet jeśli występuje u obojga rodziców, prawdopodobieństwo przekazania go itak utrzymuje się w granicach błędu statystycznego. Chyba że Natura Matka i wszystkie Boginie naprawdę się uprą i idą z recesywnością na całość. Tak było ze mną. Jestem jasna jak śnieg, z piegami na nosie i rudymi włosami, choć moja matka jest śniada i ma najczarniejsze włosy, jakie widziałam. Mam szare oczy, zmieniające kolor w zależności od pogody i nastroju, gdy reszta rodziny oscyluje wodcieniach brązu i zieleni. Jedynie wzrost mam dominujący, pełne metr osiemdziesiąt, ale tylko dlatego, że genu kurduplostwa nie było po żadnej ze stron, co przyjmuję z ulgą. O wiele łatwiej skopać komuś tyłek, jeśli można mu spojrzeć w oczy bez stawania na palcach. Nawet grupę krwi mam recesywną, zero Rh minus, gdzieś w granicach błędu statystycznego, idealną jako dawca, beznadziejnie ograniczającą, gdybym kiedyś potrzebowała transfuzji. Nie wiem nawet, czy zwykłe zero Rh minus od niewiedźmy by się przyjęło. Dotąd nie było potrzeby sprawdzać, bo choć kaleczę się i miewam wypadki, rany goją mi się znacznie szybciej niż u ludzi. Nie tak szybko, jak u zmiennokształtnych, ale dość, by się nie wykrwawić. Moi rodzice nie są nadnaturalni, są do bólu normalni. Moje siostry i brat też. Śniadzi, piękni, wiotcy jak trzcinki. Ija z moją figurą kapłanki płodności i rudymi włosami, z darem przepowiadania przyszłości, wizjami, snami magicznymi, aurą, która w młodości była tak pełna energii, że kopała ich prądem przy każdym dotyku. Wyróżniałam się, mówiąc delikatnie. Często podejrzewałam, że zostałam podmieniona w szpitalu lub adoptowano mnie w niemowlęctwie. Sporadycznie czytałam też w myślach. To nie sprzyja dobrym relacjom z rodzeństwem, wierzcie mi. Jakby i bez tego życie, zwłaszcza dorastanie, nie było trudne. Dorastanie wiedźmy bez przewodnika było koszmarem. Nie panowałam nad mocą, aże w rodzinie od pięciu pokoleń nie zdarzyła się wiedźma, nie było nikogo, kto by rozpoznał symptomy. Ze strony matki odziedziczyłam magię płodności, ze strony ojca magię Pani Północy. Tę drugą przyjęłam z radością, z tą pierwszą walczę do dziś. To długa historia. Najważniejsze, że do dziś nie wypełniłam rytuałów i nie zamierzam poddać się przeznaczeniu kapłanki płodności – możecie zgadywać, co ono oznacza.

Gdy miałam siedemnaście lat, na koloniach nad morzem spotkałam na plaży kobietę starą jak świat. Spojrzała i wiedziała. Spojrzałam jej w oczy i też wiedziałam. Stałyśmy bez słowa, pozwalając, by wiatr znad morza przenikał nasze ciała i zostawiał w nich życiodajną energię. Gdy tylko skończyłam liceum, wyjechałam z rodzinnego miasta na studia tak daleko, jak mogłam. Nie nad morze, bo za mało panowałam nad mocą, by przebywać blisko jej źródła – byłabym niebezpieczna dla siebie i otoczenia – ale blisko. Toruń był wystarczająco daleko, bym nie musiała wracać na weekendy do domu, i wystarczająco blisko morza, by móc dojechać tam w trzy godziny i odnawiać się do woli. Tu szybko mnie odnaleźli. Nadnaturalni mają dobry wywiad, ale nie docierają na prowincję, gdzie spędziłam dzieciństwo. W skrócie – przeszłam szkolenie, zostałam uznana za swoją i przestałam czuć się jak wyrzutek z piekła rodem, zresztą, gdy poznałam prawdziwych piekielników, wiedziałam, że zupełnie ich nie przypominam. Odnalazłam tu jakąś wspólnotę, jednak nie zdecydowałam się żyć tylko w alternatywnym świecie nadnaturalnych. Mam realne mieszkanie, pracę, nawet znajomych. Zupełnie realnych kochanków. Nie każdemu z nadnaturalnych się to podoba, ale trudno, nie wszyscy muszą mnie kochać. Nie chcę zastygnąć w czasie, zyskać dziwnej wersji nieśmiertelności, zbyt kruchej, by była pewna. Poza tym tam ciężej byłoby spławiać te cholerne kapłanki płodności. Ich uporczywe nawracanie mnie na kult Matki Rodzicielki przypomina ewangelizujących jehowitów. Choć tym ostatnim nigdy nie trzaskam drzwiami przed nosem bez uprzejmego „dziękuję, nie jestem zainteresowana zbawieniem mojej duszy”. Po prawdzie, należę do innego systemu religijnego, starszego niż chrześcijaństwo, więc nie wiem, jak to dokładnie jest z moją duszą. I zwykle nie zawracam tym sobie głowy. Trwam w przyjemnej codzienności, korzystając pełnymi garściami z tego, co najlepsze w życiu na pograniczu.

Naga, uwolniona od ubrań, przeszłam przez sypialnię do łazienki, freudowskiej jaskini szczęścia, i weszłam pod prysznic. Musiałam spłukać z siebie aurę mieszkania Kozankowej, jeśli nie chciałam, by jej zirytowany duch przywarł do mnie na wieki. Szorowałam się peelingiem solno-cynamonowym, najlepszym na wszelkie magiczne osady, aż poczułam, że niemal świecę własną energią. Zasłona iluzji, z którą wychodzę na realne ulice, spłynęła ze mnie jak makijaż. Wycisnęłam włosy, których najdłużej trzymają się wszelkie magiczne śmieci. Dopiero teraz mogłam wytrzeć się i coś zjeść. Pierwszy raz od rana, a było już po dwudziestej pierwszej. Na szczęście jedzenie nie jest moim jedynym źródłem energii.

Nie miałam już siły wychodzić wieczorem, opadłam na łóżko i zasnęłam, ledwie przyłożywszy głowę do poduszki.

Najpierw był zapach, ostry, jakby octu. Po jakimś czasie doszły dźwięki, delikatna melodyjka pozytywki. Zamrugałam oczami, by zobaczyć coś więcej niż ciemność. Wyławiałam kształty, zarysy mebli, wielkie łóżko z baldachimem, rzeźbione maski na ścianach, futrzany dywan pod moimi bosymi stopami. Poczułam pierwsze ukłucie niepokoju. Rozpoznawałam to wnętrze. Rozglądałam się w poszukiwaniu osoby, która powinna tu być, choć czułam, że jej tu nie ma. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nie ma jej całej, a nie tylko jej ducha. Ze ściśniętym gardłem przeszłam do kuchni, bałagan był nie do opisania, musiałam uważać, by nie nadepnąć na walające się po podłodze okruchy szkła, porcelany, drzazgi z połamanych krzeseł. Pachniało kawą z rozbitego dzbanka. Kucnęłam, była już zimna, lekko gęstniejąca od cukru. Nie podobało mi się to wszystko.

Naprawdę zaniepokoiłam się, widząc, co moja przyjaciółka zostawiła na drzwiach lodówki. W metalowych drzwiach odciśnięta była jej drobna dłoń, palec po palcu, jakby usiłowała schwytać się czegoś, przytrzymać. Walczyła, ale z kim? Co z nią? Oczyściłam umysł i zaczęłam szukać, przeczesywałam nicość w poszukiwaniu jej sygnału. Nagle sama mnie znalazła. Fala wściekłości, bólu i strachu wypełniła mnie całą, ból rozlał się po skórze, po policzku spłynęła krew. Wiedziałam już, jak czuła się, walcząc tu, w kuchni. Na własnych żebrach czułam ciosy, krew zalewała mi oczy. Strach, kosztowałam jego smak na własnym języku, żelazisty i całkiem realny. Czego ona mogła bać się tak bardzo? Jako wiedźma, potężna nekromantka, była silniejsza ode mnie, choć maleńka i drobna. Dotarło do mnie, że czuję tylko ciało i emocje, ale nie odbieram nic z jej magii, coś, co ją zaatakowało, zablokowało moc. Fala wściekłości. Nie widziałam napastnika, krył twarz za mgłą iluzji, ale bił zupełnie realnie. Cios, nie ręką, a energią, powalił mnie na kolana, czułam, jak coś wdziera się w moje ciało i ciągnie, usiłuje ukraść mi moją istotę. Chwyciłam się ciasno ramionami i zaczęłam wrzeszczeć, uwalniając magię obronną. Skóra zaszczypała, gdy nasze magie zetknęły się, impulsy elektryczne sprawiły, że włosy zafalowały mi niczym aureola. Odskoczył. Wstałam i broniłam się przed jego atakami, krążył wokół mnie jak dzikie zwierzę. Nie widziałam nigdzie ciała Katii, nie widziałam jego twarzy, choć rzucałam zaklęcia deziluzji. Uderzył. Krzyknęłam, odbijając cios. Ocalała szyba witryny rozprysła się miliardem szkiełek. Musiałam uciekać.

Obudziłam się z krzykiem, pierwotnym krzykiem ofiary walczącej o życie. Dyszałam. Pościel była mokra i skopana. Na twarzy czułam krew. Cholera, Katia! Nie musiałam jechać do jej mieszkania, by wiedzieć, że wszystko zastałabym dokładnie tak jak we śnie. Zwlokłam się z łóżka obolała jak po walce bokserskiej. W lustrze zobaczyłam podbiegające krwią oko i policzek umazany zastygającą krwią. Pięknie, ciekawe, jak to wytłumaczę na komendzie za kilka godzin. Miałam jednak inne sprawy na głowie. Ubierałam się pospiesznie, bielizna, czarne dżinsy i sweter, pochewka z nożem przy pasku, drugi, mniejszy, w pochewce przypiętej do przedramienia. Dopiero po chwili zrozumiałam, że moje ciało szykuje się na wojnę. Do podręcznej torby spakowałam zestaw magiczny. Nigdy nie wiadomo, choć na razie szłam na zwiady. Na walkę przyjdzie czas.

Wychodząc, na progu narysowałam palcem runy zaklęcia ochronnego. Nie musiałam już nawet zamykać drzwi na zamek, zrobiłam to jednak – realne przyzwyczajenia. Na wszelki wypadek zostawiłam jeszcze zaklęcie szpiegowskie, wyłapie aurę wszystkiego, co chciałoby się kręcić pod moimi drzwiami. Zbiegałam po schodach, jakby gonił mnie wielki zły wilk. Choć wolałabym wilka od tego, co widziałam w śnie. Z wilkiem poradziłabym sobie bez problemu.

Z mojego mieszkania na Asnyka miałam jakieś pół godziny na Stare Miasto, kolejne pięć minut do Bramy. Najchętniej puściłabym się biegiem, ale wolałam oszczędzać siły. Poza tym miałam złamane żebro, nie musiałam go dotykać, oglądać stłuczeń, by mieć pewność.

Bydgoskie Przedmieście o trzeciej nad ranem jest ciche jak nigdy, ale nie wyludnione. Szłam ulicą Mickiewicza, nieustannie myśląc o Katii. Po chwili uspokoiłam się, jak zawsze, gdy szłam po mojej dzielnicy. Słabe światło latarni nie wystarczało, by przeniknąć mrok. Wysokie kamienice po obu stronach ulicy zdawały się kryć sekrety, choć wiedziałam, że nie ma tu nic tajemniczego, ludzkie życie, ludzkie sprawy. Kochałam to miejsce, nie chciałam mieszkać w innej dzielnicy Torunia. Było tu coś przyjemnie niedzisiejszego, jakby poza czasem. Mój rewir i dla niego śpiewam pieśń. Bydgoskie jest jak zakręcony pępek świata. Za dnia życie jest tu intensywniejsze niż w innych częściach miasta, może dlatego, że tak wiele osób nie zamartwia się chodzeniem do pracy. Ilekroć myślę o przeprowadzce, i tak zwykle krążę wkoło tych samych ulic. Moje mieszkanko było na granicy, było kompromisem między pragnieniem, by tu zostać, a zupełnie przyziemną potrzebą centralnego ogrzewania, szczelnych okien i klatki schodowej, na której o nikogo się nie potykam. Przez kilka lat mieszkałam w kamienicach, gdzie wszystkie z wymienionych warunków były marzeniami ściętej głowy.

Lubiłam ulice pod literackimi patronami, może tylko w zaułkach romantyków i pozytywistów mogłam odnaleźć spokój, byli tacy niedzisiejsi, jak cała dzielnica. Królestwo najmłodszych matek, najbrzydszych psów, gdzie zniszczone kobiety czekają na progach na pijanych mężów. Rozwydrzone dzieciaki są takie same jak te, które w dziewiętnastym wieku biegały ulicami Paryża. Tylko tu w jednej klatce mieszkają studenci, artyści, adiunkci z uniwersytetu i półanalfabeci zapijający się bełtami. Różnorodność, jakiej nie dostarczą mi strzeżone osiedla, pełne odciśniętych na sztancy ludzi. Uśmiechałam się, zbliżając się do rogu Mickiewicza i Sienkiewicza. Wiedziałam, że Głupi Piotruś i jego pies nigdy nie opuszczają tego miejsca. Siedzieli na schodkach zajęci rozmową i tylko pomachali mi, gdy ich mijałam.

Na początku nowy mieszkaniec nie czuje się tu najlepiej, nieufne spojrzenia wbite w plecy przyprawiają go o dreszcz, ale to mija po kilku tygodniach, gdy tubylcy oswajają się z nową twarzą. Wiedzą, że nie ma co pytać o złotówkę do wina, bo swoich się nie zagaduje. Bieda ma więcej kolorów niż bogactwo, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Kto artysta, kto szaleniec, kto ma prawo wyznaczać takie granice? Lubiłam tutejsze okna, wysokie, ze szprosami, ozdobne secesyjne balkony, płaskorzeźby na ścianach, wyłaniające się z mroku, wielkie, ciężkie bramy z okuciami.

Z Czarnego Tulipana dobiegały gwar, muzyka i śmiechy. Było chłodno, wiatr delikatnie omiatał moje rozpalone ciało i nasączał mnie energią. Może przyspieszy leczenie żebra, które nadal doskwierało. Potężny biały budynek szkoły muzycznej upewniał mnie, że zbliżam się do centrum. Ogromna i piękna mimo zdewastowania kamienica pod dwudziestką przypomniała mi, na co wydam pieniądze, jeśli wygram w totka – niestety, nigdy nie zdołałam przewidzieć cyfr, mój dar był bezużyteczny w przypadku gier losowych (choć przydawał się w czasie gry w pokera).

Akademiki nawet o tej porze nie są ciche ani ciemne. Z okien dobiegały odgłosy imprezek studenckich. Przeszłam przez park do placu Rapackiego. Światła na przejściu migały pomarańczowo; jak zwykle wyłączono sygnalizację, kiedy ruch na ulicach dogasał. Plac przy fontannie, zapach tuj rosnących wkoło solarnej rzeźby, chłodny cień bram i arkad. Znane i niezmienne elementy mojej trasy do portalu.

Brama jest nieopodal ruin zamku krzyżackiego. Nie mogę zdradzać gdzie, choć i tak nie przeszedłby nią nikt, kto nie zna zaklęcia. Magia odpychała, mrowienie na skórze skłoniłoby każdą niemagiczną istotę do przejścia na drugą stronę ulicy. Na pierwszy rzut oka Brama wyglądała jak zwyczajne drzwi wiodące na podwórko studnię. I nie znając zaklęcia, właśnie tam dojdziecie. Nad klamką kartka zawieszona przez mieszkańców kamienicy: „Kulturalnych ludzi zamykanie drzwi nie trudzi”. Parsknęłam, znałam tubylców, niewielu z nich zaliczyłabym do grona kulturalnych osób. Nie zaliczyłabym ich nawet do grona ludzi. Nacisnęłam klamkę, wymawiając zaklęcie. Znalazłam się na ulicy alternatywnego Torunia, a właściwie Thornu.

Był sporo starszy od ludzkiego miasta, zwiedzanego każdego dnia przez niemieckich turystów. Mrok stał się gęstszy, latarni nie było, większość mieszkańców miała dość dobry wzrok, by nie mieć kłopotu z nocnym widzeniem. Thorn pod wieloma względami jest podobny do Torunia, architektura i ukształtowanie ulic Starówki są odzwierciedleniem kształtu centrum alternatywnego miasta. Nie przypadkiem. Budowniczowie Thornu byli pierwsi. Stulecia przed tym, nim zbudowano perłę gotyku, istniała już osada istot nadnaturalnych, niedostępna dla zwykłych śmiertelników. W całej Polsce takich miast jest kilka, nie licząc mniejszych osad. Żadna z lokalizacji nie była przypadkowa, nadnaturalni osiadają w punktach, które mają wysoki współczynnik energetyczny, lub gdzie linia dzieląca świat realny od świata niematerialnego jest wyjątkowo cienka. Tak było w miejscu, gdzie założono Thorn. Pod wieloma względami lokalizacja tego miasta jest wyjątkowa – właśnie tu stykają się trzy światy, a granica między nimi jest najcieńsza w Polsce i jedna z najcieńszych w Europie. Przyciąga to wiele ciekawych istot, nie tylko magicznych. Nigdzie nie spotykałam tylu piekielników, co w Thornie.

Rozplanowanie ulic obu miast odzwierciedla linie energii, biegnące pod powierzchnią ziemi. Linie, które w równym stopniu są nam potrzebne do życia, do magii, a współcześnie – do zasilania naszych mieszkań w prąd – nie mamy ani jednej elektrowni, ciepłowni czy oczyszczalni ścieków w miastach nadnaturalnych, jesteśmy najbardziej ekologiczną grupą na świecie.

Thorn architektonicznie nie odbiega wiele od miasta realnego, widać wpływy baroku czy secesji, większość nadnaturalnych miło wspomina lata własnej młodości, sztukę, wśród której dorastali; rodzaj mechanizmu psychologicznego bazującego na sentymencie. Nie zawsze tak jest. Nadnaturalny Poznań jest bardzo nowoczesny, prawie pozbawiony kamienic czy domków, składa się raczej ze szklanych apartamentowców. Nie mogłabym tam mieszkać. Thorn jest miłym miejscem do życia, nie za duży, nie za mały, trochę niedzisiejszy, a dzięki temu bardziej wyluzowany. Mamy nieco samochodów, ale nie tyle, by tkwić w korkach, by każdy skrawek uliczek zajmowały parkingi, nigdzie nie jest zbyt daleko, by nie można było po prostu dojść, jeśli tylko ma się czas na spacer. Ja zwykle przebywałam w ścisłym rejonie Starego Miasta, zamkniętego w kręgu murów obronnych sprzed kilkuset lat.

Pod wieloma względami Szatański Pierwiosnek był dla mnie centrum Thornu, spędzałam tu więcej czasu niż gdziekolwiek poza realnym światem. Lokalizacja baru była idealna. Dwie równoległe ulice i przecinające je prostopadle trzy wąskie uliczki stanowiły odpowiednik Starówki. Tu znajdowały się budynki Starszyzny, oddalone od Szatańskiego zaledwie sto pięćdziesiąt czy dwieście metrów, trochę dalej siedziba mojego sabatu. Tu, na wąskich uliczkach, ulokowała się większość przybytków cechowych, czyli rad poszczególnych gatunków nadnaturalnych. Administracyjne serce Thornu. Kilka sklepów magicznych, gdzie bez trudu znalazłabym najbardziej egzotyczne ingrediencje do zaklęć, sklepiki rzemieślników, głównie krasnoludów, którzy jak nikt opanowali fach związany z metalem – niezależnie, czy chcesz kupić nóż, strzelbę, czy klamkę do drzwi, najlepsze znajdziesz właśnie w krasnoludzkich sklepach.

Ulice w Thornie nie mają nazw, patronów, oznaczeń – przynajmniej nie w starszej części miasta. Każdy z nas wie, jak trafić pod poszukiwany adres – ślady magii są dość wyraźne, by prowadzić ślepego. Za wskazówki służyły miejsca – ulice wyróżniały budynki – gdy chciałam umówić się z kimś, wystarczyło powiedzieć, że spotykamy się na rogu między Starszyzną a pałacem Romana, i nie sposób było nie trafić. Rzadko miałam potrzebę zapuszczać się dalej.

Wąska uliczka wiodła mnie między wysokimi, nieco barokowymi (choć może to tylko iluzja?) kamienicami. Zza rogu słyszałam już gwar i ciężką muzykę, zbliżałam się do celu.

Rozdział 3

Drzwi nie rozchylają się jak w westernach. Trzeba nacisnąć klamkę, pchnąć i pozwolić się wessać muzyce. Szatański Pierwiosnek to mój ulubiony bar wThornie, jestem tu właściwie codziennie. Zaczynam traktować ciemny korytarz między drzwiami wejściowymi a drzwiami na salę jak przedsionek mojego alternatywnego domu – nie mam tu innego miejsca, w którym bywałabym tak regularnie. Czarne ściany, czerwone neonowe napisy, malunki przedstawiające księżyc w pełni i kilka rodzajów piekielników. Właściciel baru postawił przy wyborze wystroju na oczywistość, dzięki czemu lokal nie stał się kolejnym modnym miejscem i trzymają się go starzy bywalcy, ci lubiący raczej dobrą muzykę, drinka i towarzystwo kumpli niż zabawę do upadłego (od tego jest kilka innych, bardziej lanserskich lokali w Thornie).

Lubiłam właściciela, wielkiego jak skała czarta o imieniu Leon, doceniałam też jego stylistyczne wybory. Niekoniecznie jednak wybory personalne – i nie mam na myśli jego szczerze nieznośnej i upierdliwej żony, ale Drakę, bramkarza stojącego przy drzwiach. Draka naprawdę nazywał się inaczej, nikt nie pamięta jak, bo nowe imię pasowało do gburowatego cyklopa jak ulał. Zatrudnianie cyklopa jako ochroniarza miało swoje zalety – choć miał jedno oko, widział lepiej, potrafił też „przejrzeć cię na wylot”, dosłownie prześwietlić w poszukiwaniu broni. Super, ale potrafił też prześwietlić ubranie tylko po to, by gapić się na twoje cycki i nie tylko. Nie znosiłam chama. Ponad rok temu ustaliłam z Leonem, że muszą być jakieś granice, poza które Draka nie może się posunąć, jak choćby granica bielizny. Przyznał mi rację i wymógł taką obietnicę na cyklopie. Mimo to czuję się nieswojo, przechodząc obok niego. Widziałam podejrzane błyski w jego oku i złośliwy uśmieszek, błąkający się mu po ustach. Był niższy ode mnie o kilka centymetrów, ale szeroki jak szafa, zastawiał prawie całe wejście i, po prawdzie, musiałam się obok niego przecisnąć, nie przypadkiem zapewne. Podejrzewam, że to jedyny sposób, żeby jakaś kobieta dotknęła jego cielska. Wzdrygnęłam się. Przystanęłam i poczułam, że krew uderza mi do głowy. W krótkim błysku wizji zobaczyłam sowę i hagal, niewielki znak runiczny. Odwróciłam się na pięcie i nim Draka się zorientował, moja pięść wylądowała na jego nosie, a kolano na klejnotach. Gdy zgiął się wpół, podcięłam mu nogi, tak że padł jak długi. Docisnęłam drania do podłogi ciężkim butem. To by było na tyle, jeśli idzie o jego umiejętności zawodowe.

– Posłuchaj mnie uważnie, skurwielu, zrobisz to jeszcze raz, a ból, jaki teraz czujesz, będzie tylko miłym wspomnieniem. Wydłubię ci to cholerne oko, jeśli nie nauczysz się manier, a tu – docisnęłam piętę do jego krocza – będą szpilki na metalowym obcasie. Wierz mi, sprawię sobie takie specjalnie dla ciebie. Zrozumiano?

Sapał i milczał, myślałby kto – powściągliwy. Wyraz twarzy miał jednak zacięty, jak tylko cyklop potrafi. Poczułam czyjąś rękę na moim barku, delikatne przyłożenie, ostrożne.

– Witaj, Leonie, twój pracownik nadal nie potrafi się zachować – powiedziałam słodko.

– Dziękuję, Dora, możesz go puścić, załatwię to z nim – zmęczenie w głosie czarta było namacalne. Nie ja jedna skarżyłam się na Drakę.

– Wyręczę cię, mój miły. Dałam mu już jedno ostrzeżenie, to jest drugie, trzeciego nie będzie, zrozumiałeś, Draka?

Docisnęłam but, zagłębił się w miękkie ciało. Cyklop zajęczał i usiłował odciągnąć moją stopę, trzymając mnie oburącz za kostkę. Średnio skutecznie. Dociskałam dalej. Zawył.

– Zrozumiałem, puść!

Puściłam i z pełnym lekceważeniem pokazałam mu plecy, by przywitać się serdecznie z Leonem. Czart miał maniery Vita Corleone, więc musiałam go uścisnąć i złożyć pocałunki na obu policzkach. Większość nadnaturalnych lubi dotykanie. Czułości dowodzą zaufania, przyjacielskich zamiarów. Magiczni o wiele częściej przekraczają dystans, przestrzeń personalna jest zredukowana chyba tylko do stref intymnych. Nikogo nie dziwi dwóch kolesi dotykających się czy ściskających „na misia”, jakby nie widzieli się od lat. To norma. Jednak Leon, nawet jak na nadnaturalnego, lubił przytulania szczególnie mocno. Powitanie zawsze trwa kilka minut, przywykłam. Jak mówiłam, lubiłam go.

– Co zrobił? – zapytał na tyle cicho, by była to sprawa między nami, a nie Draki i pozostałych klientów, którzy obserwowali tę scenę ze spokojem. Nie było to nic, czego dotąd nie widzieli.

– Zbyt dokładnie obejrzał sobie moje tatuaże – mruknęłam. – A mam je, dodam, w dość intymnych miejscach, zdecydowanie pod bielizną.

Właściwie hagal nie był tatuażem, runa w magiczny sposób po prostu pojawiła się na mojej piersi i wyglądała raczej jak blizna niż rysunek tuszem. Wciąż nie wiedziałam, czemu się objawiła, nie wiedziałam też, co dokładnie wieszczy. Wedle wykładni runa ta zapowiada poważne zmiany, ostrzega, by je przyjąć, aby uniknąć kłopotów. Nie powiedziałam jednak tego Leonowi ani nikomu innemu. Zastosowałam taktykę Scarlett O’Hary, postanowiłam pomyśleć o tym jutro, a najlepiej pojutrze, może do tego czasu znak sam zniknie.

– Racja więc po twojej stronie – powiedział i posłał ostre spojrzenie Drace, który pozbierał się już z podłogi i stał za moimi plecami, dysząc chęcią odwetu. – Draka, panuj nad sobą, jeśli nie chcesz szukać innej roboty. Doro, pozwól, że postawię ci drinka za nieprzyjemności, jakie cię spotkały pod moim dachem.

Ten jego formalny sposób mówienia – często nie mogłam zachować powagi. Uśmiechnęłam się lekko. Był dobrym czartem i świetnym informatorem, no i robił najlepsze drinki. Powiodłam wzrokiem po sali. Większość stolików była zajęta. Nadnaturalni różnej maści. Powietrze, utkane głównie z dymu, pachniało piwem i mocniejszymi alkoholami. No i jeszcze hormonami wypoconymi przez kilkudziesięciu napalonych samców. Jak zza grubej kotary dochodziły do moich uszu ich głosy, rozochocone krzyki, chichoty kobiet i plaskanie rąk o obnażone uda i zadki.

W rogu siedział Miron ze swoim anielskim przyjacielem. Pomachałam mu. Puścił mi oczko i pokiwał ręką, bym się przyłączyła. Skinęłam, prosząc, jak trener na boisku, o czas. Musiałam wypytać Leona o kilka spraw. Usiadłam przy barze, Leon już przygotowywał szklankę. Znał mnie na tyle dobrze, by nie pytać, na co mam ochotę.

– Leon, czy słyszałeś ostatnio coś niepokojącego? Jakieś zniknięcia, zła magia?

Spojrzał zaskoczony.

– Coś mi się obiło, czemu pytasz?

– Mam bardzo złe przeczucia. Miałam sen o Katii, zaginęła, ktoś, magiczny ktoś, porwał ją, pobił, potrafił zablokować jej magię ochronną. Pobił mnie w wizji i zostało na jawie.

Starałam się mówić spokojnie, ale wiedziałam, że wdepnęłam w gówno, jakich mało. Zwłaszcza to ostatnie było złą nowiną. Leon patrzył chwilę na moje podbite oko.

– Myślisz, że zrobił to tobie?

Wiedziałam, o co pyta. Mogło być tak, że w wizji odebrałam obrażenia Katii, to jej podbił oko, ale że ja się w nią wcielałam, to ja mam teraz limo. To nadal zły znak, bo magia z wizji nie powinna przenikać do jawy tak wyraźnie, ale nie tak zły jak to, że porywacz pobił MNIE, widział i pobił. To już bardzo zła magia.

– Nie wiem, szczerze mówiąc. Pierwszy raz przeżyłam coś podobnego. – Zasępiłam się. – Nie byłam w jej ciele, bo ją widziałam, ale możliwe, że to ona mnie ściągnęła i powiązała jakoś swoją mocą, chcąc wezwać mnie na pomoc. Nie wiem, musiałabym zapytać mentora, czy to w ogóle możliwe.

– Nie słyszałem o takim przypadku.

Gdy był zdenerwowany, nie pamiętał, by zasłaniać wargami zęby, i teraz błyskał nimi – ostrymi jak u drapieżnej rybki. Przy łagodnej, lekko śniadej twarzy i najsłodszych oczach spaniela te zęby wyglądały naprawdę zaskakująco. Leon cały był kontrastem, wielki, wyższy ode mnie o dobre pół metra, ciężki i masywny, był jednocześnie najłagodniejszym czartem, jakiego poznałam – na tle swego gatunku był jak owieczka. Miękkie, ciemne włosy opadające falami na ramiona sugerowały, że mama Leona mogła mieć bliższą znajomość z przedstawicielem innego gatunku – stawiam dolary przeciw orzechom, że jego ojciec (biologiczny, nie oficjalny) był aniołem. Większość czartów ma włosy sztywne jak szczecina dzika i równie urodziwe.

– Słyszałem jednak okilku porwaniach. – Przez chwilę przyglądał mi się i dodał: – Był tu dziś ktoś ze Starszyzny i pytał o ciebie. Sądzę, że w tej właśnie sprawie.

Zrobiłam wielkie oczy. Starszyzna do mnie? To jakby Święty Mikołaj przyniósł mi prezent osobiście, a nie przez mamusię. Wzięłam wizytówkę, jaką dla mnie zostawili, i wpatrywałam się w drogi papier i kunsztowne zawijasy nazwiska. Mieszkałam w realnym świecie, a tu nikt właściwie, poza Mironem, nie znał mojego adresu. Ale on by go im nie podał.

– No cóż, zadzwonię jutro z rana. Ale powiedz mi jeszcze, kim były ofiary tych innych porwań? Same wiedźmy, jak Katia?

– Nie, wiem o co najmniej czterech innych: wilkołak, viccanka, wampir i strzyga.

– Cholera, nie ma wzoru – jedyne, co ich łączy, to nadnaturalność, ale nie zawęża nam to obszaru poszukiwań. Dzięki, gdybyś coś usłyszał albo wiedział, kogo zapytać...

– Wiem, zadzwonię, masz to jak w banku. – Zagryzł wargi, coś jeszcze chciał mi powiedzieć. – Ta viccanka – zniżył głos do szeptu – niech to pozostanie między nami – w domyśle: moja żona nie może się dowiedzieć – znałem ją, to miła dziewczyna, zdolna i ładna...

– Byliście razem? – spytałam, patrząc na niego uważnie. Jego połowica, Braga, była cholernie niebezpieczną kobietą. Z tych zazdrosnych jak diabli (była zresztą diablicą).

Zaprzeczył. Domyśliłam się, że myślał o tym, ale bał się. Też bym się bała.

– A z Katią? Czy wy... – Wiem, że kiedyś, jakieś piętnaście lat temu, w pięknej epoce sprzed pojawienia się Bragi, mieli się ku sobie. Znów zaprzeczył, już bez tęsknoty, zamknięty rozdział.

Dopiłam drinka. Byłam chyba jedyną osobą, która zamawiała Smoka: wódka, sok z kaktusa i limonki, plaster ogórka na lodzie. Zielony, orzeźwiający, bez wyczuwalnego smaku alkoholu, idealny. Podejrzewałam, że Leon specjalnie dla mnie zawsze ma pod ladą karton soku kaktusowego, nie używa go do innych drinków. To było miłe.

– Dzięki. – Odstawiłam szklankę. Ruszyłam do stolika w rogu.

Miron wstał, by się przywitać. To jeden z niewielu mężczyzn, przy których muszę zadzierać głowę, by spojrzeć im w oczy. Sto dziewięćdziesiąt siedem centymetrów gibkości, męskości i uroku osobistego. Zazdrościłam mu urody, naprawdę. Był blady, a z jego jasną twarzą przyjemnie kontrastowały gęste i lśniące czernią włosy. Miał perfekcyjną strukturę kości, nos, którego ideału nie osiągnąłby żaden chirurg plastyczny, czarne oczy z wąską czerwoną obwódką tęczówki. I rzęsy, dla których każda kobieta mogłaby zabić. Ale on nie robił sobie z tego zbyt wiele, skromny do przesady, nawet jeśli czasem zgrywał kogucika, bywał w tym bardziej autoironiczny niż poważny. Dziewczęta, rzecz jasna, doceniały te walory. Tłumnie.

Jego przyjaciel Joshua był przystojny, ale w inny sposób. Bardziej chłopięcy niż męski, choć byli rówieśnikami, niższy o kilka centymetrów, szczuplejszy, trochę nieporadny w ruchach, niczym nastolatek. Miał miłą dla oka twarz z ładnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi i żuchwą, granatowe oczy i bardzo długie – dłuższe od moich – jasnozłote włosy. Wyglądał trochę jak muzyk z jakiejś garażowej kapeli, co jeszcze podkreślały postrzępione dżinsy i koszula w kratę. Podejrzewam, że podobał się dziewczynom, zwłaszcza tym młodszym, ale nigdy nie widziałam go z żadną. Początkowo zastanawiałam się, czy nie woli chłopców, ale z nimi też go nie widywałam. Właściwie widywałam go tylko z Mironem.

Diabły zwykle są bardziej powściągliwe niż inni nadnaturalni, Miron przejął jednak nieco zaangażowania magicznych w kontakt cielesny. Mocne przytulenie, pogłaskanie po plecach i jeszcze całus w policzek. Jak na zlocie rodzinnym, tylko milej, bo jego naprawdę lubiłam. Był przyjacielem.

– Słonko, jak zawsze kroczysz aleją kłopotów. – Zaśmiał się, wskazując głową cyklopa przy drzwiach.

Początkowo drażniło mnie, że nazywa mnie słonkiem. Uzasadniał to moim kolorem włosów i tym, że nawet w dość mrocznym Szatańskim Pierwiosnku zdawałam się świecić. W lokalu nie można używać magii, więc moje osłony działają na pół gwizdka. Aura nie była w pełni widoczna, ale przeświecała migotliwie.

Jeśli ktoś chce ci tu zrobić krzywdę, musi tradycyjnie sięgnąć do rękoczynów, ryzykując interwencję Leona.

– Cóż, doigrał się. – Nie musiałam mówić, za co. Miron od dawna przewidywał, że kolejne starcie jest kwestią czasu. Musnęłam jego policzek, na którym został leciutki ślad mojej szminki. O niego jednak nikt nie byłby zazdrosny. Samotny wilk, jak i ja.

– Joshua – uprzejmie skinęłam głową aniołowi.

Anioły nie przepadają za dotykaniem, musiał mi wystarczyć powściągliwy uścisk dłoni. Ten konkretny egzemplarz nie przepadał też za mną. Zwykle był nieco gburowaty w moim towarzystwie, ale tolerowałam go, przyjaźnił się z Mironem od jakichś trzystu pięćdziesięciu lat, ja zaledwie od kilku.

Właściwie od czasu, kiedy po kilku głębszych zaczęliśmy się gorliwie podrywać, by następnie wymknąć się z imprezy z zamiarem pieprzenia się jak króliki. Poszliśmy do samochodu, by udać się w zacisze jego sypialni. Włączył radio i... gadaliśmy całą noc. Zero seksu, noc przegadana jak w czasach liceum. Okazało się, że mamy sporo wspólnego, dobrze nam się rozmawia, chyba nawet się lubimy. Szkoda było psuć to pójściem do łóżka. Kochanków mam wielu, z iloma z nich można porozmawiać? Pytanie retoryczne. Zresztą kochankowie znikali z mojego życia, Miron został. Usiadłam na wolnym krześle i spojrzałam na karty.

– Nie przeszkadzajcie sobie – mruknęłam.

Grali w pokera. Nigdy z nimi nie grałam, nie miało to sensu – oni uczyli się tej gry ostatnie trzy wieki, na oko, ja góra dekadę, nie miałam z czym startować.

Wyciągnęłam notes, by spisać i uporządkować sobie kilka spraw. Wypisywałam wszystko, co już wiedziałam o porwaniu Katii i pozostałych. Szukałam tropów do sprawdzenia, myślałam, z kim mogłabym jeszcze porozmawiać. Czego, do cholery, chciała ode mnie Starszyzna? Udawałam, że jestem całkiem pochłonięta swoimi sprawami, choć kątem oka obserwowałam, co się dzieje przy stoliku.

Joshua i Miron byli niecodzienną parą. Rzadko widuje się diabła i anioła w takiej komitywie. Jednak bywalcy Szatańskiego Pierwiosnka właściwie mieli ich na co dzień i nikt nie zwracał na to uwagi.

Joshua ewidentnie ogrywał Mirona. Stosik pieniędzy po jego stronie rósł wprost proporcjonalnie do tego, jak malały fundusze diabła.

– Do jasnej cholery, do dziś myślałem, że anioły nie oszukują w pokera – mruknął Miron. Widać znów rozdanie nie było dlań łaskawe.

– A mylisz się, nie tyle nie oszukują, co w ogóle nie grają. – Joshua uśmiechnął się do swoich kart. – Sprawdzam.

Po chwili zgarnął kolejne monety. Ze złośliwą satysfakcją układał je w stosiki po dziesięć, a te ustawiał w szeregu. Wszystko na oczach Mirona.

– Tak? To co ty, u diabła, robisz? – warknął diabeł.

– Spełniam dobry uczynek, ogrywam cię z kasy, którą wydałbyś na dziwki lub przepił.

– Opatrzność boża nad tobą czuwa – mruknął zrezygnowany Miron, odkładając karty na stół.

– Raczej mam nadzieję, że mu to umknęło... – zaczął anioł.

Drzwi knajpy rozwarły się z hukiem. Z lekkiej kurzawy wyłonił się cherubin pocztowy.

– Co znowu? – warknął Joshua na widok pergaminu obwieszonego pieczęciami jak choinka bombkami.

– Dziadek się stęsknił. – Miron był szczerze rozbawiony nieszczęśliwą miną przyjaciela. Dziadek Joshui był szychą w Radzie Archanielskiej. Może o nim słyszeliście, na imię ma Gabriel, a na koncie jedno spektakularne zwiastowanie.

List, przynajmniej oficjalnie, był od rady, nie od Gabriela, ale nie byłby to pierwszy raz, gdy uparty starszy pan wykorzystywał kanały służbowe, by dotrzeć do niepokornego wnuka. Joshua rozwinął pergamin. Czytając, z każdą sekundą marszczył się bardziej. Ręka z listem opadła bezwładnie na blat stolika.

– Wzywają mnie przed oblicze Trybunału. W związku z koniecznością podjęcia przynależnych mi zobowiązań – głos brzmiał pustką, ale oczy po prostu krzyczały.

– Tak mi przykro – powiedziałam, odruchowo dotykając jego ręki.

Odskoczył jak oparzony. Cholera, nie każdy musi mnie kochać, ale on naprawdę przesadzał. Traktował mnie jak trędowatą. Współczułam mu kłopotów z dziadkiem, zbyt ambitnym, by pozwolić wnukowi iść swoją drogą, zżeranym ambicjami politycznymi, które Joshua miał mu pomóc osiągnąć. Na swój sposób nawet lubiłam anielskiego przyjaciela Mirona, ale nie mogłam znieść go w chwilach takich jak ta, gdy odskakiwał ode mnie i unikał mojego spojrzenia. Wstałam więc i podeszłam do baru zamówić następnego Smoka. Pozwoliłam im się pożegnać, wróciłam do stolika, gdy wychodził. Kiwnął głową na pożegnanie. Łaskawca.

– Będzie miał kłopoty? – spytałam.

– Zapewne. Jak zwykle, gdy Gabe przypomni sobie, że wciąż nie postawił na swoim.

Miron mógł tylko wzruszyć ramionami. Jego własny dziadek, zresztą brat Gabriela, Lucyfer, dawno już pogodził się z tym, że Mirona nie interesuje kariera w piekielnej administracji, i po prostu dał mu wolną rękę. Uznał, że kiedyś chłopakowi się znudzi balangowanie, dorośnie i wróci do rodziny. W tych kręgach trzystupięćdziesięcioletni faceci to wciąż nastolatki i będą nimi, dopóki nie założą rodzin, co może nastąpić zarówno za rok, jak i za siedem stuleci. Podejrzewam, że w przypadku Mirona może to nie nastąpić nigdy.

– Powiedz lepiej, co u ciebie, znów masz jakieś kłopoty, prawda? – spytał po prostu.

– Skąd wiesz? Ach, notes, zapomniałam. – Miron miał teorię, całkiem słuszną, że jeśli mam kłopoty, pojawia się notes, czarny moleskine, w którym rozgryzam problem. – Diabełku, kiedy ja nie mam kłopotów? Katia zaginęła, ktoś ją porwał. A ja oberwałam i nie wiem, czy za nią, czy indywidualnie, a to zmienia wiele.

– Masz to ze snu? – Wskazał moje oko i otworzył usta ze zdumienia. Był za ładny, by wyglądać z tą miną gapiowato.

Przytaknęłam. Powiedziałam mu wszystko, co wiem, opisałam sen i to, co czułam, gdy się obudziłam. Przyznałam, że Starszyzna chce mnie widzieć i że nie podoba mi się to. Ostatnim razem, gdy mnie wezwali, usiłowali mnie zmusić do matactw przy śledztwie, by pewien cholerny wilkołak wyłgał się od gwałtu na śmiertelniczce. Odmówiłam. Wilkołak nie poszedł siedzieć, więc domyślam się, że ktoś inny miał mniej skrupułów. Korupcja nie jest wymysłem realnego świata. Rozmawialiśmy chwilę, nim podszedł do nas Leon. Był zdenerwowany, może nawet przestraszony.

– Dora, hm, telefon do ciebie.

Napięcie w jego głosie nie pasowało do treści tej lakonicznej wiadomości. Podeszłam do baru i odebrałam słuchawkę z rąk skrzywionej Bragi. W Thornie komórki nie mają zasięgu, nie można stąd dzwonić, nie można też dodzwonić się tu, będąc w realnym świecie. Pozostawały tradycyjne (choć właściwie magiczne) linie. Głos w słuchawce był zimny i antypatyczny.

– Wasza Kąśliwość, cóż to za zaszczyt – powiedziałam.

Roman był wampirem ze Starszyzny, nie znosiłam go, mentalnie zatrzymał się w średniowieczu i tak już chyba zostanie. Wydawało mu się, że miejsce kobiety jest przy palenisku albo w legowisku, i tyle.