Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 239 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złodziej cieni - Marc Levy

Początek roku dla bohatera, a zarazem narratora, jest po prostu fatalny. Nowa szkoła, obce miasteczko, - najniższy w klasie, staje się ofiarą drugorocznego przystojniaka i osiłka – Marquèsa. W dodatku już w pierwszą sobotę musi za karę zbierać liście na boisku.

Właśnie tego dnia odkrywa u siebie dziwną zdolność – rozmawiając ze szkolnym woźnym, Yves’em, „kradnie” jego cień i poznaje tragiczną historię dzieciństwa tego ciepłego, życzliwego mężczyzny, który pracuje w szkole, żeby nie rozstać się z własnym dzieciństwem.

Opinie o ebooku Złodziej cieni - Marc Levy

Cytaty z ebooka Złodziej cieni - Marc Levy

Nie mogę być raz twoją najlepszą przyjaciółką, a raz kochanką. Jesteś gotów poświęcać się dla całego świata, dla obcego człowieka, którego rano jeszcze nie znałeś, ale ja jestem tylko boją, której się chwytasz podczas sztormu i puszczasz ją, kiedy tylko wraca ładna pogoda. Przez tych kilka miesięcy poświęciłeś Lucowi więcej czasu i uwagi niż mnie przez dwa lata. Czy ci się to podoba, czy nie, nie jesteśmy już na szkolnym podwórku, życie to nie pasmo szczenięcych wygłupów. Jestem cieniem w twoim życiu, ty w moim znaczysz o wiele więcej i to mnie boli. Dlaczego zabrałeś mnie do swojej matki, dlaczego pozwoliłeś, żeby zdarzyła się chwila intymności na strychu, po co pozwalałeś mi wejść do twojego życia, skoro wyznaczyłeś mi jedynie rolę gościa? Sto razy byłam bliska zerwania z tobą, ale sama nie potrafię tego zrobić. Dlatego proszę cię, wyświadcz nam obojgu przysługę, zrób to. Albo jeżeli wierzysz, że możemy coś wspólnie stworzyć, choćby tylko na jakiś czas, pozwól, żebyśmy naprawdę to przeżyli.
Dzieciństwo jest święte, a pierwszej miłości nic nie może nam odebrać. Ona zostaje, tkwi głęboko w nas. Jeśli tylko ożywi ją jakieś wspomnienie, wypływa na powierzchnię, choćby nawet z połamanymi skrzydłami.
Chciałabym umieć Cię okłamać, powiedzieć, że jestem szczęśliwa, chciałabym, żebyś mi uwierzył, ale nie potrafię. Kiedy jesteś ze mną, najbardziej mnie boli, że jesteś taki samotny. Nie mam do Ciebie żalu, ale niczym nie zasłużyłam sobie na to, żeby stać za zamkniętymi drzwiami. Byłeś bardziej pociągający, kiedy byliśmy przyjaciółmi. Nie chciałabym stracić najlepszego przyjaciela, za bardzo potrzebuję jego serdeczności i czułości, no i szczerości. Muszę odzyskać Cię takiego jak, kiedyś. Później, w kafeterii, będziesz mi opowiadał, co przyniósł dzień, a ja opowiem Ci o sobie i znów staniemy się sobie bliscy, tak jak wtedy, kiedy z tego zrezygnowaliśmy. Za jakiś czas uda się nam, zobaczysz.
Są takie drobne sprawy, które pozostawiamy za sobą, okruchy życia zakotwiczone w pyle czasu. Możemy się starać je ignorować, ale te drobiazgi, jeśli je ze sobą połączyć, tworzą łańcuch, którym jesteśmy przykuci do przeszłości.
Dorastając, marzymy o dniu, gdy odejdziemy od rodziców, ale kiedyś przychodzi dzień, w którym to oni nas opuszczają. A wtedy marzymy tylko, by móc choć na chwilę stać się znowu dzieckiem, które mieszka pod ich dachem, by ich mocno przytulić i nie wstydząc się słów, powiedzieć, że ich kochamy, a potem wtulić się w nich, żeby jeszcze raz ukoili nasze lęki.
Nigdy nie tracimy rodziców, nawet po śmierci żyją dalej w nas. Ci, którzy nas poczęli, którzy dali nam ogrom miłości, abyśmy mogli ich przeżyć, nie mogą zniknąć. Ksiądz miał rację, lecz myśl, że nie ma już na tym świecie miejsca, w którym oddychają, że nie słyszymy ich głosów, że okiennice domu dzieciństwa na zawsze pozostaną zamknięte, rodzi takie poczucie osamotnienia, jakiego nie zdoła wypełnić nawet sam Bóg. Nigdy nie przestałem myśleć o matce. Jest przy mnie w każdej chwili mego życia. Zdarza mi się oglądać film i myśleć, że na pewno by się jej spodobał, słuchać piosenki, którą czasem nuciła, a w pewne cudowne dni czuć w powietrzu, gdy mijam jakąś kobietę, zapach ambry, który mi ją przypomina. Czasami zdarza mi się nawet rozmawiać z nią półgłosem. Ksiądz miał rację – ani dla tego, kto wierzy w Boga, ani dla niewierzącego matka nigdy nie umiera bez reszty, jej nieśmiertelność jest tu, w sercu dziecka, które kochała. Mam nadzieję kiedyś zdobyć moją cząstkę wieczności w sercu dziecka, które wychowam. Na pogrzebie było prawie całe miasteczko,
Ale czasem dopiero drobiazgi uświadamiają nam, że nie ma już tych, których kochaliśmy. Budzik na nocnym stoliku, który wciąż tyka, poduszka, która leży krzywo na rozesłanym łóżku, zdjęcie na komodzie, szczoteczka do zębów w szklance, czajniczek do herbaty na parapecie okna w kuchni, ustawiony dziobkiem tak, żeby mógł patrzeć na ogród, a na stole resztki biszkoptu z jabłkami i z syropem klonowym. Tu było moje dzieciństwo, dogorywało w domu pełnym

Fragment ebooka Złodziej cieni - Marc Levy

Wydanie elektroniczne

MARC LEVY (ur. 1961)

Je­den z naj­le­piej roz­po­zna­wal­nych pi­sa­rzy Fran­cji. W wie­ku 18 lat pod­jął pra­cę w or­ga­ni­za­cji Czer­wo­ne­go Krzy­ża. Rów­no­le­gle stu­dio­wał za­rzą­dza­nie na Uni­wer­sy­te­cie Pa­ris-Dau­phi­ne. W 1984 wy­je­chał do USA, gdzie za­ło­żył fir­mę zaj­mu­ją­cą się gra­fi­ką kom­pu­te­ro­wą. Po po­wro­cie do kra­ju otwo­rzył ko­lej­ną, spe­cja­li­zu­ją­cą się w ar­chi­tek­tu­rze wnętrz. De­biu­tanc­ka po­wieść Jak w nie­bie uczy­ni­ła go gwiaz­dą li­te­ra­tu­ry. Prze­tłu­ma­czo­na na 38 ję­zy­ków, ro­ze­szła się w 3 mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy; w Hol­ly­wo­od po­wsta­ła jej ad­ap­ta­cja z Re­ese Wi­ther­spo­on w głów­nej roli (za pra­wa fil­mo­we Ste­ven Spiel­berg za­pła­cił 2 mi­lio­ny do­la­rów!). Łącz­na sprze­daż ksią­żek Levy’ego, m.in. W na­stęp­nym ży­ciu, Dzie­ci wol­no­ści, Moi przy­ja­cie­le, moje ko­chan­ki, Pierw­szy dzień, Pierw­sza noc, Zło­dziej cie­ni, Prze­po­wied­nia, Re­play i Un sen­ti­ment plus fort que la peur prze­kro­czy­ła 20 mi­lio­nów. „Le Fi­ga­ro” pla­su­je go na dru­gim pod wzglę­dem po­czyt­no­ści miej­scu we Fran­cji (w 2012 sprze­dał aż 1.43 mln ksią­żek).

www.marc­le­vy.info

Tego au­to­ra

JAK W NIE­BIE

JESZ­CZE SIĘ SPO­TKA­MY

W NA­STĘP­NYM ŻY­CIU

MOI PRZY­JA­CIE­LE, MOJE KO­CHAN­KI

DZIE­CI WOL­NO­ŚCI

WSZYST­KO, CZE­GO NIE ZDĄ­ŻY­LI­ŚMY PO­WIE­DZIEĆ

PIERW­SZY DZIEŃ

PIERW­SZA NOC

GDZIE JE­STEŚ?

ZŁO­DZIEJ CIE­NI

PRZE­PO­WIED­NIA

RE­PLAY

UCZU­CIE SIL­NIEJ­SZE OD STRA­CHU

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LE VO­LEUR D’OMBRES

Co­py­ri­ght © Marc Levy & Su­san­na Lea As­so­cia­tes 2010

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Kry­sty­na Sze­żyń­ska-Mać­ko­wiak 2013

Re­dak­cja: Ma­ria Ma­tu­siak

Zdję­cia na okład­ce:

Po­zny­akov/Shut­ter­stock (dziew­czyn­ka), Lyn Adams/Shut­ter­stock (la­ta­wiec)

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-154-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Pau­li­ne, Lo­uisa i Geo­r­ges’a

Są lu­dzie, któ­rzy ca­łu­ją tyl­ko cie­nie;

tym dany jest le­d­wie cień roz­ko­szy.

Wil­liam Sha­ke­spe­are

Wi­dzisz, mi­łość naj­bar­dziej po­trze­bu­je wy­obraź­ni. Każ­dy musi two­rzyć dru­gie­go całą mocą swej wy­obraź­ni, ze wszyst­kich sił, nie od­da­jąc rze­czy­wi­sto­ści ani skraw­ka zie­mi; i nie ma nic rów­nie pięk­ne­go, jak spo­tka­nie dwóch wy­obraź­ni.

Ro­ma­in Gary

Ba­łem się nocy, ba­łem się kształ­tów, któ­re wpra­sza­ją się wraz z mro­kiem wie­czo­ru, któ­re tań­czą w fał­dach za­słon, na ta­pe­tach sy­pial­ni. Z cza­sem znik­nę­ły. Wy­star­czy jed­nak, że wspo­mnę dzie­ciń­stwo, a one znów się wy­ła­nia­ją, strasz­li­we i groź­ne.

Chiń­skie przy­sło­wie mówi, że czło­wiek uprzej­my nig­dy nie dep­cze cie­nia są­sia­da, ale nie zna­łem tego po­wie­dze­nia w dniu, kie­dy przy­sze­dłem do no­wej szko­ły. To tam, na dzie­dziń­cu, to­czy­ło się moje dzie­ciń­stwo. Chcia­łem je od­pę­dzić, stać się do­ro­sły, ale ono przy­lgnę­ło do mnie, ob­le­pi­ło to przy­cia­sne, zbyt małe jak na mój gust cia­ło.

„Zo­ba­czysz, wszyst­ko bę­dzie do­brze…”.

Po­czą­tek roku szkol­ne­go. Opar­ty o pla­tan pa­trzy­łem, jak two­rzą się grup­ki. Nie na­le­ża­łem do żad­nej z nich. Nie mo­głem li­czyć na ni­czyj uśmiech, na klep­nię­cie po ple­cach, na żad­ną ozna­kę ra­do­ści ze spo­tka­nia po wa­ka­cjach. Nie mia­łem komu opo­wie­dzieć, jak mi­nę­ły moje. Ci, któ­rzy zmie­nia­li szko­łę, wie­dzą, jak to jest we wrze­śnio­we ran­ki, kie­dy czu­je się dła­wie­nie w gar­dle i nie wia­do­mo, co po­wie­dzieć ro­dzi­com, któ­rzy po­wta­rza­ją z prze­ko­na­niem, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Zu­peł­nie jak­by jesz­cze co­kol­wiek pa­mię­ta­li! Ro­dzi­ce wszyst­ko już za­po­mnie­li, to nie ich wina – po pro­stu się ze­sta­rze­li.

Na dzie­dziń­cu roz­legł się dzwo­nek i ucznio­wie usta­wi­li się w rzę­dach przed pro­wa­dzą­cy­mi apel na­uczy­cie­la­mi. Było nas tro­je oku­lar­ni­ków – to nie­wie­le. Za­pi­sa­no mnie do kla­sy 6C i znów oka­za­ło się, że je­stem naj­niż­szy. Ro­dzi­ce nie naj­le­piej to ob­li­czy­li – przy­sze­dłem na świat w grud­niu, a oni wciąż się cie­szy­li, że wy­prze­dzam in­nych o pół roku, schle­bia­ło im to, za to ja po każ­dych wa­ka­cjach za­mar­twia­łem się swo­im wzro­stem.

By­cie naj­mniej­szym w kla­sie ozna­cza­ło: ście­ra­nie ta­bli­cy, przy­no­sze­nie kre­dy, sprzą­ta­nie ma­te­ra­cy w sali gim­na­stycz­nej, ukła­da­nie pi­łek fut­bo­lo­wych na pół­ce, do któ­rej się nie się­ga, a co naj­gor­sze – po­zo­wa­nie do kla­so­wych zdjęć w sia­dzie po tu­rec­ku, w pierw­szym rzę­dzie, sa­mot­nie. Tak, w szko­le czło­wiek jest na­ra­żo­ny na naj­gor­sze upo­ko­rze­nia.

Jed­nak żad­na z tych rze­czy nie po­cią­gnę­ła­by za sobą po­waż­nych kon­se­kwen­cji, gdy­by w kla­sie 6C nie było Ma­rqu­esa – ist­ne­go po­stra­chu i mo­je­go cał­ko­wi­te­go prze­ci­wień­stwa.

Pod­czas gdy ja – ku nie­wy­po­wie­dzia­nej ra­do­ści ro­dzi­ców – pod­ją­łem na­ukę kil­ka mie­się­cy wcze­śniej niż moi ko­le­dzy, Ma­rqu­es już dwu­krot­nie po­wta­rzał kla­sę, a jego ro­dzi­ce nic so­bie z tego nie ro­bi­li. Za­do­wa­lał ich fakt, że szko­ła zaj­mu­je się ich sy­nem, że obiad za­pew­nia mu sto­łów­ka, a do domu chło­pak wra­ca do­pie­ro wie­czo­rem.

By­łem oku­lar­ni­kiem, Ma­rqu­es miał so­ko­li wzrok. By­łem o dzie­sięć cen­ty­me­trów niż­szy od ró­wie­śni­ków, Ma­rqu­es zaś o dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­szy, a więc róż­ni­ca wzro­stu mię­dzy nami rzu­ca­ła się w oczy; nie cier­pia­łem ko­szy­ków­ki, a Ma­rqu­éso­wi z ła­two­ścią przy­cho­dzi­ło wrzu­ce­nie pił­ki do ko­sza; ja lu­bi­łem po­ezję, a on sport – i cho­ciaż nie są to rze­czy nie do po­go­dze­nia, nas dzie­li­ły; ja lu­bi­łem ob­ser­wo­wać sza­rań­czę na pniach drzew, a Ma­rqu­és naj­chęt­niej ją ła­pał i wy­ry­wał skrzy­deł­ka.

A jed­nak coś nas łą­czy­ło, tyl­ko to jed­no – Éli­sa­beth! Obaj się w niej ko­cha­li­śmy, ale ona nie zwra­ca­ła uwa­gi na żad­ne­go z nas. Mo­gło nas to na swój spo­sób zbli­żyć, lecz nie­ste­ty sta­ło się przy­czy­ną ostrej ry­wa­li­za­cji.

Éli­sa­beth nie była naj­ład­niej­szą dziew­czy­ną w szko­le, ale mia­ła o wie­le wię­cej wdzię­ku niż wszyst­kie inne. Krył się w nie­po­wta­rzal­nym spo­so­bie wią­za­nia wło­sów, w ge­stach pro­stych, ale peł­nych uro­ku, w uśmie­chu, któ­ry po­tra­fił roz­świe­tlić po­nu­re je­sien­ne dni, kie­dy deszcz pada bez­u­stan­nie, kie­dy prze­mo­czo­ne buty chlu­pią po żwi­rze, a la­tar­nie roz­pra­sza­ją mrok w dro­dze do szko­ły rano i wie­czo­rem, kie­dy nad­cho­dzi pora po­wro­tu do domu.

Tu to­czy­ło się moje dzie­ciń­stwo, w tym ma­łym, pro­win­cjo­nal­nym mia­stecz­ku, gdzie roz­pacz­li­wie cze­ka­łem, aż Éli­sa­beth ra­czy na mnie spoj­rzeć, i gdzie roz­pacz­li­wie ma­rzy­łem o tym, by wresz­cie uro­snąć.

1

Wy­star­czył je­den dzień, żeby Ma­rqu­és wziął mnie na ce­low­nik. Je­den kró­ciut­ki dzień, któ­re­go skut­ki były nie­od­wra­cal­ne. Na­uczy­ciel­ka an­giel­skie­go, pani Scha­ef­fer, wy­ja­śni­ła nam, że past sim­ple w ogól­nym za­ry­sie od­po­wia­da cza­so­wi prze­szłe­mu do­ko­na­ne­mu, przy czym wy­ra­żo­ny nim stan czy też czyn­ność nie mają już związ­ku z te­raź­niej­szo­ścią, nie są trwa­łe i dają się ści­śle osa­dzić w cza­sie. Ja­kie to pro­ste!

Za­raz po­tem pani Scha­ef­fer wska­za­ła mnie pal­cem i po­le­ci­ła, że­bym po­dał przy­kład ilu­stru­ją­cy jej sło­wa. Kie­dy za­su­ge­ro­wa­łem, że by­ło­by bar­dzo faj­nie, gdy­by rok szkol­ny był w cza­sie prze­szłym do­ko­na­nym, Éli­sa­beth nie zdo­ła­ła się po­wstrzy­mać od śmie­chu. Po­nie­waż mój dow­cip roz­ba­wił tyl­ko nas dwo­je, uzna­łem, że resz­ta kla­sy wca­le nie zro­zu­mia­ła, czym jest ów czas, a Ma­rqu­és do­szedł do wnio­sku, że zy­ska­łem w oczach Éli­sa­beth. Mia­łem za to pła­cić do koń­ca try­me­stru. Od tego po­nie­dział­ku pierw­sze­go dnia na­uki, a ści­ślej, od pierw­szej lek­cji an­giel­skie­go, za­czę­ło się dla mnie ist­ne pie­kło.

Obe­rwa­ło mi się też od pani Scha­ef­fer. Kara obo­wią­zy­wa­ła od so­bo­ty rano – trzy go­dzi­ny gra­bie­nia li­ści na szkol­nym dzie­dziń­cu! Nie­na­wi­dzę je­sie­ni!

We wto­rek i śro­dę Ma­rqu­és za­fun­do­wał po­kaz kuk­sań­ców i pod­sta­wia­nia nogi, uży­wa­jąc mnie jako wor­ka tre­nin­go­we­go. Za każ­dym ra­zem, kie­dy pa­da­łem jak dłu­gi, ten­że Ma­rqu­és zdo­by­wał punk­ty w kon­ku­ren­cji roz­śmie­sza­nia in­nych. Mu­szę przy­znać, że uda­ło mu się na­wet zy­skać pew­ną prze­wa­gę, ale Éli­sa­beth nie do­ce­nia­ła jego po­czu­cia hu­mo­ru, więc nie zdo­łał za­spo­ko­ić żą­dzy ze­msty.

We czwar­tek Ma­rqu­és na­brał roz­ma­chu i prze­sie­dzia­łem ma­te­ma­ty­kę uwię­zio­ny w szaf­ce – we­pchnął mnie tam, a po­tem za­mknął na kłód­kę. Po pew­nym cza­sie woź­ny, któ­ry za­mia­tał szat­nię, usły­szał, jak walę w drzwicz­ki, i po­da­łem mu szyfr. Żeby nie wpaść w jesz­cze więk­sze ta­ra­pa­ty i nie za­ro­bić so­bie na opi­nię skar­ży­py­ty, po­wta­rza­łem z upo­rem głu­pią hi­sto­ryj­kę o tym, że sam się za­mkną­łem, pró­bu­jąc się scho­wać. Za­in­try­go­wa­ny woź­ny za­py­tał, jak mo­głem za­mknąć kłód­kę, sie­dząc w szaf­ce, ale uda­łem, że nie sły­szę tego py­ta­nia, i ucie­kłem, ile sił w no­gach. Opu­ści­łem apel, więc na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki prze­dłu­żył moją so­bot­nią karę o go­dzi­nę.

Pią­tek oka­zał się naj­gor­szym dniem tego ty­go­dnia. Ma­rqu­és pro­wa­dził na mnie do­świad­cze­nia, spraw­dza­jąc, jak dzia­ła siła gra­wi­ta­cji, w ra­mach po­wtór­ki z New­to­na, któ­re­go pra­wo oma­wia­li­śmy na fi­zy­ce o je­de­na­stej rano.

Pra­wo przy­cią­ga­nia ziem­skie­go, od­kry­cie Iza­aka New­to­na, wy­ja­śnia, że dwa cia­ła przy­cią­ga­ją się z siłą pro­por­cjo­nal­ną do masy każ­de­go z nich, a od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­ną do kwa­dra­tu od­le­gło­ści, jaka je dzie­li. Siła ta dzia­ła wzdłuż li­nii pro­stej prze­ci­na­ją­cej śro­dek cięż­ko­ści obu ciał.

Mniej wię­cej ta­kie in­for­ma­cje ucznio­wie mogą zna­leźć w pod­ręcz­ni­kach. W prak­ty­ce wy­glą­da to tro­chę in­a­czej. Weź­my na przy­kład ga­gat­ka, któ­ry zwę­dził ze sto­łów­ki po­mi­do­ra, ale nie po to, żeby go zjeść; za­cze­kaj­my, aż jego ofia­ra znaj­dzie się w od­po­wied­niej od­le­gło­ści. Ga­ga­tek z ca­łej siły ci­śnie wte­dy tym­że po­mi­do­rem w ofia­rę. Prze­ko­na­my się wów­czas, że w przy­pad­ku Ma­rqu­ésa pra­wo New­to­na nie spraw­dza się w swym pier­wot­nym brzmie­niu. Do­wód? Otóż po­mi­dor, któ­rym rzu­cił, nie po­ru­szał się po pro­stej, żeby przejść przez śro­dek cięż­ko­ści mo­je­go cia­ła, a wy­lą­do­wał do­kład­nie na mo­ich oku­la­rach. Wśród śmie­chu, któ­ry wy­peł­nił ko­ry­tarz, roz­po­zna­łem szcze­ry i ślicz­ny śmiech Éli­sa­beth i to strasz­li­wie mnie po­gnę­bi­ło.

W pią­tek wie­czo­rem, kie­dy mat­ka po­wta­rza­ła to­nem „a nie mó­wi­łam” swo­je: „Wi­dzisz, wszyst­ko było w po­rząd­ku”, po­ło­ży­łem na sto­le w kuch­ni dzien­ni­czek, w któ­rym in­for­mo­wa­no ją o ka­rze, oświad­czy­łem, że nie chce mi się jeść, i po­sze­dłem spać.

♦ ♦ ♦

W so­bot­ni ra­nek, kie­dy moi ko­le­dzy sia­da­li przed te­le­wi­zo­rem do śnia­da­nia, ja wy­ru­szy­łem do szko­ły.

Na dzie­dziń­cu nie było ży­we­go du­cha. Woź­ny za­brał ode mnie pod­pi­sa­ną przez mat­kę in­for­ma­cję o ka­rze i wsu­nął ją do kie­sze­ni sza­rej blu­zy. Wrę­czył mi wi­dły, ostrze­ga­jąc, że­bym nie zro­bił so­bie nimi krzyw­dy, wska­zał tacz­ki i ster­tę li­ści pod ko­szem do ko­szy­ków­ki, któ­ry za­wist­nie ły­pał na mnie oka­mi siat­ki ni­czym Ma­rqu­és.

Zma­ga­łem się ze zwię­dły­mi li­ść­mi od do­brej pół go­dzi­ny, kie­dy woź­ny wresz­cie przy­był z od­sie­czą.

– Znam cię, to ty sie­dzia­łeś za­mknię­ty w szaf­ce w szat­ni, praw­da? Za­ro­bić so­bie na karę już w pierw­szą so­bo­tę roku szkol­ne­go to pra­wie taka sama sztu­ka, jak za­mknąć na kłód­kę szaf­kę, w któ­rej się sie­dzi – po­wie­dział, za­bie­ra­jąc mi wi­dły.

Wbił je wpraw­nym ru­chem w ster­tę li­ści i za jed­nym ra­zem ze­brał ich wię­cej niż ja przez cały czas pra­cy.

– Co ta­kie­go zma­lo­wa­łeś, że za­słu­ży­łeś na karę? – za­py­tał, na­peł­nia­jąc tacz­ki.

– Mia­łem pro­ble­my z ko­niu­ga­cją! – bąk­ną­łem.

– Hm… Nie będę cię po­uczał, bo nig­dy nie by­łem do­bry z gra­ma­ty­ki. Ale do sprzą­ta­nia też nie masz chy­ba smy­kał­ki. Jest coś, co po­tra­fisz ro­bić jak na­le­ży?

Tym py­ta­niem wpra­wił mnie w po­nu­rą za­du­mę. Za­sta­na­wia­łem się bar­dzo dłu­go, pró­bu­jąc zna­leźć w so­bie ja­ki­kol­wiek ta­lent, i na­gle zro­zu­mia­łem, dla­cze­go ro­dzi­ce przy­wią­zy­wa­li taką wagę do tych paru mie­się­cy prze­wa­gi nad ko­le­ga­mi – nie było we mnie nic in­ne­go, czym mo­gli­by się szczy­cić.

– Coś prze­cież musi cię in­te­re­so­wać, coś, co chciał­byś ro­bić, masz ja­kieś ma­rze­nia, któ­re chcesz zre­ali­zo­wać? – do­dał, na­bi­ja­jąc ko­lej­ną por­cję li­ści.

– Oswo­ić noc! – wy­beł­ko­ta­łem.

Śmiech Yves’a, bo tak miał na imię woź­ny, spło­szył na­wet dwa sie­dzą­ce na ga­łę­zi wró­ble – ucie­kły, trze­po­cząc skrzy­dła­mi. A ja od­sze­dłem ze zwie­szo­ną gło­wą, z rę­ka­mi wci­śnię­ty­mi do kie­sze­ni, na dru­gi ko­niec bo­iska. Yves mnie do­go­nił.

– Nie chcia­łem się z cie­bie wy­śmie­wać, ale to, co po­wie­dzia­łeś, tro­chę mnie za­sko­czy­ło, i tyle.

Cień ko­sza wy­dłu­żył się na pły­cie bo­iska. Słoń­ce mia­ło do ze­ni­tu jesz­cze da­le­ką dro­gę, a moja kara też jesz­cze się nie za­koń­czy­ła.

– Ale dla­cze­go chcesz oswo­ić noc? To na­praw­dę nie­zwy­kły po­mysł!

– Kie­dy pan był w moim wie­ku, pana też ona prze­ra­ża­ła. I na­wet pro­sił pan o za­mknię­cie okien­nic, żeby noc nie we­szła do środ­ka.

Yves pa­trzył na mnie w osłu­pie­niu. Twarz mu się zmie­ni­ła, znik­nął z niej wy­raz życz­li­wo­ści.

– Po pierw­sze, to nie­praw­da, po dru­gie, skąd mógł­byś o tym wie­dzieć?

– Czy to waż­ne, jak było na­praw­dę? – od­par­łem, ru­sza­jąc.

– Dzie­dzi­niec jest nie­du­ży, da­le­ko nie odej­dziesz – po­wie­dział Yves, zrów­nu­jąc się ze mną. – Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie.

– Po pro­stu wiem.

– Do­brze, przy­zna­ję, rze­czy­wi­ście bar­dzo ba­łem się nocy, ale ni­ko­mu o tym nie mó­wi­łem, więc je­śli mi po­wiesz, jak się o tym do­wie­dzia­łeś, i obie­casz, że do­cho­wasz ta­jem­ni­cy, po­zwo­lę ci wyjść o je­de­na­stej za­miast w po­łu­dnie.

– Umo­wa stoi! – rzu­ci­łem, wy­cią­ga­jąc rękę.

Yves przy­bił piąt­kę i spoj­rzał mi w oczy. Nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, skąd wiem, że szkol­ny woź­ny jako dziec­ko pa­nicz­nie bał się nocy. Może po pro­stu przy­pi­sa­łem mu wła­sne lęki. Dla­cze­go wła­ści­wie do­ro­śli za­wsze chcą wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć?

– Chodź, usiądź­my so­bie – po­wie­dział Yves, wska­zu­jąc ław­kę przy ko­szu do ko­szy­ków­ki.

– Wo­lał­bym usiąść gdzie in­dziej – od­par­łem, pa­trząc na ław­kę na wprost.

– Jak chcesz!

Jak mia­łem mu wy­ja­śnić, że przed chwi­lą, kie­dy sta­li­śmy ra­mię w ra­mię na dzie­dziń­cu, wi­dzia­łem go jako tyl­ko tro­chę star­sze­go ode mnie chłop­ca? Nie wiem ani jak, ani dla­cze­go tak się sta­ło, wiem tyl­ko, że ta­pe­ta w jego po­ko­ju była po­żół­kła, a par­kiet w ca­łym domu skrzy­piał, co tak­że wpra­wia­ło go w prze­ra­że­nie, kie­dy za­pa­da­ła noc.

– Nie wiem – wy­zna­łem, lek­ko wy­stra­szo­ny – my­ślę, że so­bie to wy­obra­zi­łem.

Dłu­go sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu na tej ław­ce. Po­tem Yves wes­tchnął, po­kle­pał mnie po ko­la­nie i wstał.

– Do­bra, zmy­kaj stąd, prze­cież tak się umó­wi­li­śmy, już je­de­na­sta. Tyl­ko się nie wy­ga­daj, bo nie chcę, żeby ucznio­wie się ze mnie wy­śmie­wa­li.

Po­że­gna­łem się z woź­nym i wra­ca­łem do domu go­dzi­nę przed cza­sem. Po dro­dze za­sta­na­wia­łem się, jak przy­wi­ta mnie oj­ciec. Po­przed­nie­go wie­czo­ru póź­no wró­cił z po­dró­ży, ale do tej pory mama na pew­no zdą­ży­ła mu po­wie­dzieć, dla­cze­go nie ma mnie w domu. Jaką karę za­ro­bię tym ra­zem, sko­ro już w pierw­szą so­bo­tę roku szkol­ne­go za­słu­ży­łem na sprzą­ta­nie szko­ły? Gdy snu­łem te przy­kre roz­wa­ża­nia, ude­rzy­ło mnie coś za­ska­ku­ją­ce­go. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, a mój cień był nie­zwy­kle dłu­gi, znacz­nie ma­syw­niej­szy niż do­tąd. Przy­sta­ną­łem na chwi­lę, żeby do­kład­niej mu się przyj­rzeć – jego kształt do mnie nie pa­so­wał, jak­by to nie mój cień prze­su­wał się przede mną po chod­ni­ku, wy­glą­dał, jak­by na­le­żał do ko­goś in­ne­go. Uważ­nie go ob­ser­wo­wa­łem i znów na­gle uj­rza­łem chwi­lę z cu­dze­go dzie­ciń­stwa.

Ja­kiś czło­wiek wlókł mnie w głąb nie­zna­ne­go mi ogro­du. Chwi­lę po­tem zdjął pa­sek i spra­wił mi so­lid­ne la­nie.

Mój oj­ciec, na­wet roz­wście­czo­ny, nig­dy nie pod­niósł­by na mnie ręki. Do­my­śla­łem się, z czy­jej pa­mię­ci wy­mknę­ło się to wspo­mnie­nie, ale prze­cież wie­dzia­łem, że to, co przy­szło mi do gło­wy, jest ab­so­lut­nie nie­praw­do­po­dob­ne, a wła­ści­wie – zu­peł­nie nie­moż­li­we. Śmier­tel­nie wy­stra­szo­ny przy­spie­szy­łem kro­ku, żeby jak naj­prę­dzej zna­leźć się w domu.

Oj­ciec cze­kał na mnie w kuch­ni. Kie­dy usły­szał, że wsze­dłem do sa­lo­nu i od­sta­wi­łem tecz­kę, za­raz mnie za­wo­łał. W jego gło­sie po­brzmie­wa­ła tro­ska.

Kil­ka­krot­nie zda­rzy­ło mi się wy­wo­łać oj­cow­ski gniew: a to za zły sto­pień, a to za ba­ła­gan w po­ko­ju, znisz­cze­nie za­ba­wek, plą­dro­wa­nie lo­dów­ki w środ­ku nocy, czy­ta­nie pod koł­drą przy la­tar­ce, cho­dze­nie z ma­łym ra­diem tran­zy­sto­ro­wym mamy przy uchu albo za tak cięż­kie grzesz­ki, jak na­pcha­nie kie­sze­ni cu­kier­ka­mi w su­per­mar­ke­cie, kie­dy mama spu­ści­ła mnie z oka w dzia­le sło­dy­czy. Sto­so­wa­łem jed­nak pew­ne sztucz­ki, na przy­kład roz­bra­ja­ją­cy uśmiech wi­no­waj­cy, co za­wsze roz­pra­sza­ło gro­ma­dzą­ce się nad moją gło­wą czar­ne chmu­ry.

Tym ra­zem nie po­trze­bo­wa­łem się do nich od­wo­ły­wać – tata nie był ob­ra­żo­ny, ale po pro­stu smut­ny. Po­pro­sił, że­bym usiadł z nim przy ku­chen­nym sto­le, i ujął mnie za ręce. Roz­mo­wa trwa­ła naj­wy­żej dzie­sięć mi­nut. Tłu­ma­czył mi wie­le ży­cio­wych prawd, któ­re mia­łem sam zro­zu­mieć, kie­dy będę w jego wie­ku. Za­pa­mię­ta­łem tyl­ko jed­no: za­mie­rzał wy­pro­wa­dzić się z domu. Po­wie­dział, że bę­dzie­my się nadal wi­dy­wa­li, naj­czę­ściej, jak to moż­li­we, tyl­ko nie po­tra­fił do­kład­niej wy­ja­śnić, co zna­czy „jak to moż­li­we”.

Tata wstał i po­pro­sił, że­bym po­szedł do po­ko­ju mamy iją­po­cie­szył. Do­tąd na­zy­wał ten po­kój „na­szą sy­pial­nią”, ale te­raz był to już tyl­ko po­kój mamy.

Usłu­cha­łem i po­bie­głem na górę. Obej­rza­łem się, przy­sta­jąc na naj­wyż­szym stop­niu – tata trzy­mał w ręku małą wa­liz­kę. Ski­nął mi na po­że­gna­nie, a po­tem fron­to­we drzwi za­mknę­ły się za nim.

Zo­ba­czy­łem się z oj­cem, do­pie­ro gdy by­łem do­ro­sły.

♦ ♦ ♦

Spę­dzi­łem week­end z mamą, uda­jąc, że nie sły­szę jej roz­pa­czy. Mama nic nie mó­wi­ła, cza­sem wzdy­cha­ła, a jej oczy na­tych­miast wy­peł­nia­ły się łza­mi, więc szyb­ko się od­wra­ca­ła, że­bym tego nie wi­dział. Wcze­snym po­po­łu­dniem po­szli­śmy do su­per­mar­ke­tu. Już daw­no za­uwa­ży­łem, że kie­dy mama ma kiep­ski na­strój, cho­dzi­my na za­ku­py. Nig­dy nie zdo­ła­łem po­jąć, ja­kim cu­dem pacz­ka płat­ków śnia­da­nio­wych, pę­czek ja­rzyn albo nowe raj­sto­py mogą po­pra­wić ko­muś na­strój. Pa­trzy­łem, jak krą­ży mię­dzy pół­ka­mi, i za­sta­na­wia­łem się, czy pa­mię­ta, że mnie wzię­ła ze sobą. Z peł­nym wóz­kiem i pu­stą port­mo­net­ką wró­ci­li­śmy do domu. Mama po­świę­ci­ła masę cza­su na ukła­da­nie zgro­ma­dzo­nych za­pa­sów.

Tego wie­czo­ru mama upie­kła cia­sto – bisz­kopt z jabł­ka­mi po­la­ny sy­ro­pem klo­no­wym. Na­kry­ła do sto­łu w kuch­ni na dwie oso­by, wy­nio­sła krze­sło ojca do piw­ni­cy, wró­ci­ła i usia­dła na wprost mnie. Wy­su­nę­ła szu­fla­dę przy ku­chen­ce ga­zo­wej, wy­ję­ła pacz­kę uży­wa­nych świe­czek, któ­re zdmuch­ną­łem w uro­dzi­ny, wsa­dzi­ła jed­ną w śro­dek cia­sta i za­pa­li­ła.

– To na­sza pierw­sza ko­la­cja we dwo­je – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się. – Mu­si­my na za­wsze ją za­pa­mię­tać.

Gdy się nad tym za­sta­na­wiam, do­cho­dzę do wnio­sku, że moje dzie­ciń­stwo było na­fa­sze­ro­wa­ne róż­ny­mi „pierw­szy­mi” ra­za­mi.

Cia­sto z jabł­ka­mi i sy­ro­pem klo­no­wym było na­szym po­sił­kiem wie­czor­nym. Mama wzię­ła mnie za rękę i za­mknę­ła ją w swo­ich dło­niach.

– Może opo­wiesz mi w koń­cu, co jest nie tak w tej szko­le – po­pro­si­ła.

♦ ♦ ♦

Cier­pie­nie mamy tak moc­no za­przą­ta­ło moje my­śli, że za­po­mnia­łem o so­bot­nich nie­przy­jem­no­ściach. Przy­po­mnia­łem so­bie o nich w dro­dze do szko­ły, pe­łen na­dziei, że Ma­rqu­és miał znacz­nie bar­dziej uda­ny week­end niż ja. Kto wie, przy odro­bi­nie szczę­ścia może się oka­zać, że nie po­trze­bu­je już chłop­ca do bi­cia.

Kla­sa 6C usta­wi­ła się już w dwu­sze­re­gu na bo­isku; za­raz miał się za­cząć apel. Éli­sa­beth sta­ła przede mną, ubra­na w gra­na­to­wy swe­te­rek i kra­cia­stą spód­ni­cę do ko­lan. Zna­lazł się i Ma­rqu­és – rzu­cił na mnie wred­ne spoj­rze­nie. Ucznio­wie gę­sie­go we­szli do szko­ły.

Na lek­cji hi­sto­rii, kie­dy pani Hen­ry opo­wia­da­ła nam o oko­licz­no­ściach, w ja­kich Tu­ten­cha­mon od­szedł z tego świa­ta, zu­peł­nie jak­by była przy jego śmier­ci, ja nie bez obaw my­śla­łem o co­raz bliż­szej prze­rwie.

Dzwo­nek miał za­brzmieć o dzie­sią­tej trzy­dzie­ści, a per­spek­ty­wa zna­le­zie­nia się na dzie­dziń­cu z Ma­rqu­ésem zu­peł­nie mnie nie cie­szy­ła. Mu­sia­łem jed­nak wyjść ze wszyst­ki­mi.

Usia­dłem sa­mot­nie na ław­ce tam, gdzie w so­bo­tę roz­ma­wia­łem z woź­nym, za­nim skró­cił mi karę, tuż przed po­wro­tem do domu, kie­dy to do­wie­dzia­łem się, że oj­ciec nas zo­sta­wił. Ma­rqu­és pod­szedł i usiadł obok mnie.

– Mam cię na oku – po­wie­dział, kła­dąc mi rękę na ra­mie­niu. – Tyl­ko się nie waż zgła­szać w wy­bo­rach na go­spo­da­rza kla­sy. To ja je­stem naj­star­szy i na­le­ży mi się to miej­sce. Je­śli chcesz, że­bym dał ci spo­kój, to coś ci po­ra­dzę: nie wy­ry­waj się tak, a poza tym trzy­maj się z da­le­ka od Éli­sa­beth. Mó­wię ci to dla two­je­go do­bra. Je­steś za mło­dy, i tak nie masz szans, więc po co się łu­dzić: choć­byś sta­nął na gło­wie, nic z tego nie bę­dzie, kre­ty­nie.

Pa­mię­tam jak dziś, że tego ran­ka na szkol­nym dzie­dziń­cu świe­ci­ło słoń­ce, i wiem, dla­cze­go to za­pa­mię­ta­łem! Na­sze dwa cie­nie ocie­ra­ły się o sie­bie na as­fal­cie. Ten na­le­żą­cy do Ma­rqu­ésa był o do­bry metr dłuż­szy od mo­je­go – to wszyst­ko kwe­stia pro­por­cji, zwy­kła ma­te­ma­ty­ka. Dys­kret­nie się prze­su­ną­łem, żeby mój cień zdo­mi­no­wał tam­ten. Ma­rqu­és na­wet tego nie za­uwa­żył, ale mnie ta gra ba­wi­ła. Przy­najm­niej raz by­łem naj­sil­niej­szy – prze­cież każ­de­mu wol­no ma­rzyć. Ma­rqu­és, któ­ry przez cały czas miaż­dżył mi ra­mię, zo­ba­czył prze­cho­dzą­cą pod kasz­ta­now­cem Éli­sa­beth. Dzie­li­ło ją od nas kil­ka me­trów. Wstał, ka­zał mi się stąd nie ru­szać i w koń­cu zo­sta­wił mnie w spo­ko­ju.

Yves wy­szedł z ma­ga­zy­nu, gdzie po­rząd­ko­wał swój sprzęt. Ru­szył w moją stro­nę, pa­trząc na mnie z taką po­wa­gą, że za­czą­łem się za­sta­na­wiać, co zno­wu zro­bi­łem.

– Przy­kro mi z po­wo­du two­je­go ojca – po­wie­dział. – Wiesz, z cza­sem to wszyst­ko może się ja­koś uło­ży.

Ja­kim cu­dem tak szyb­ko się do­wie­dział? Prze­cież o odej­ściu ojca nie pi­sa­no w miej­sco­wej pra­sie, a na pew­no nie była to wia­do­mość dnia!

Po­wi­nie­nem był pa­mię­tać, że w ma­łych mia­stecz­kach wszy­scy wie­dzą wszyst­ko o wszyst­kich, żad­na plot­ka ni­ko­mu nie umy­ka, bo lu­dzie lu­bią się na­pa­wać nie­szczę­ścia­mi in­nych. Kie­dy to so­bie uświa­do­mi­łem, po raz dru­gi do­tar­ło do mnie, że oj­ciec na­praw­dę nas zo­sta­wił, i ten cię­żar mnie przy­tło­czył. By­łem już pe­wien, że tego wie­czo­ru w do­mach mo­ich szkol­nych ko­le­gów bę­dzie się o tym mó­wi­ło. Jed­ni obar­czą od­po­wie­dzial­no­ścią mat­kę, inni uzna­ją, że wi­nien jest oj­ciec. Tak czy in­a­czej, ja będę sy­nem, któ­ry nie po­tra­fił dać ojcu tyle szczę­ścia, żeby go za­trzy­mać.

Rok szkol­ny za­czy­nał się na­praw­dę fa­tal­nie.

– Do­brze się do­ga­dy­wa­li­ście? – za­py­tał Yves.

Ski­ną­łem gło­wą na po­twier­dze­nie i wbi­łem wzrok w czub­ki bu­tów.

– Ży­cie jest źle urzą­dzo­ne. Mój oj­ciec był łaj­da­kiem. Dał­bym wie­le, żeby wy­niósł się z domu, ale to ja wy­pro­wa­dzi­łem się przed nim, żeby nie po­wie­dzieć: przez nie­go.

– Tata nig­dy nie pod­niósł na mnie ręki! – po­wie­dzia­łem szyb­ko, żeby unik­nąć wszel­kich nie­do­mó­wień.

– Mój też nie – od­parł woź­ny.

– Je­że­li pan chce, że­by­śmy zo­sta­li kum­pla­mi, to mu­si­my mó­wić so­bie praw­dę. Do­brze wiem, że oj­ciec pana bił. Za­bie­rał pana w kąt ogro­du i tam bił pa­sem.

Co mnie na­pa­dło?! Jak mo­głem to po­wie­dzieć? Nie mia­łem po­ję­cia, jak to się sta­ło, że te sło­wa prze­szły mi przez usta. Może czu­łem po­trze­bę wy­zna­nia Yves’owi, że w pa­mięt­ną so­bo­tę, wra­ca­jąc po od­by­ciu kary, wi­dzia­łem tę sce­nę. Spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

– Kto ci o tym po­wie­dział?

– Nikt – szep­ną­łem spe­szo­ny.

– Albo je­steś ja­kimś szpic­lem, albo kłam­czu­chem.

– Nie je­stem szpic­lem! A kto panu po­wie­dział o moim ojcu?

– Za­nio­słem pani dy­rek­tor pocz­tę i wte­dy za­dzwo­ni­ła two­ja mama, żeby ją uprze­dzić… Dy­rek­tor­ka była tak wzbu­rzo­na, że od­kła­da­jąc słu­chaw­kę, po­wie­dzia­ła gło­śno do sie­bie: „Co za łaj­da­cy z tych męż­czyzn, świ­nie, zwy­czaj­ne świ­nie”. Kie­dy za­uwa­ży­ła, że wsze­dłem do ga­bi­ne­tu, uzna­ła, że na­le­żą mi się prze­pro­si­ny. „Nie mia­łam na my­śli pana, Yves”, po­wie­dzia­ła. „Oczy­wi­ście, pan taki nie jest”, do­da­ła. Może tak mó­wić, ale o mnie też tak my­śli, jak o wszyst­kich fa­ce­tach. Uwa­ża, że je­ste­śmy łaj­da­ka­mi; wy­star­czy, że czło­wiek jest fa­ce­tem, chłop­cze, a już jest prze­gra­ny. Gdy­byś wi­dział, jaka była nie­szczę­śli­wa, kie­dy wpro­wa­dzo­no ko­edu­ka­cję! Wia­do­mo prze­cież, że męż­czyź­ni zdra­dza­ją żony, po­ja­wia się tyl­ko py­ta­nie: z kim? Z kim, je­śli nie z ko­bie­ta­mi, któ­re zdra­dza­ją mę­żów? Wiem, co mó­wię. Zo­ba­czysz, kie­dy bę­dziesz do­ro­sły.

Chcia­łem prze­ko­nać Yves’a, że nie mam po­ję­cia, o czym on mówi, ale prze­cież po­wie­dzia­łem mu, że na­sze ko­le­żeń­stwo nie może opie­rać się na kłam­stwie. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, o czym mó­wił. Pew­ne­go dnia mama zna­la­zła w kie­sze­ni płasz­cza taty szmin­kę do ust, a tata twier­dził, że nie ma po­ję­cia, skąd się wzię­ła ta szmin­ka, że to pew­nie głu­pi żart któ­re­goś ko­le­gi z pra­cy. Tata i mama kłó­ci­li się przez całą noc, a ja przez je­den wie­czór do­wie­dzia­łem się o nie­wier­no­ści wię­cej, niż mógł­bym usły­szeć, oglą­da­jąc wszyst­kie se­ria­le, któ­re śle­dzi­ła w te­le­wi­zji mama. Na­wet sam dźwięk, bez ob­ra­zu, jest znacz­nie bar­dziej au­ten­tycz­ny, kie­dy ak­to­rzy dra­ma­tu gra­ją w po­ko­ju obok.

– No do­brze, po­wie­dzia­łem ci, skąd wiem o two­im ojcu – pod­jął Yves – a te­raz two­ja ko­lej.

Dzwo­nek ob­wie­ścił ko­niec prze­rwy. Yves burk­nął coś pod no­sem i ka­zał mi iść na lek­cję. Do­dał, że jesz­cze do tego wró­ci­my. Po­tem on po­szedł do swe­go skła­dzi­ku, a ja do kla­sy.

Słoń­ce świe­ci­ło mi pro­sto w oczy. Bły­ska­wicz­nie się od­wró­ci­łem i zo­ba­czy­łem, że po­dą­ża­ją­cy za mną cień znów jest mały, a ten, któ­ry idzie przed woź­nym – o wie­le więk­szy. Na po­cząt­ku tego ty­go­dnia jed­no przy­najm­niej sta­ło się nor­mal­ne i to strasz­nie do­da­wa­ło mi otu­chy. Może mama mia­ła ra­cję, może to zbyt buj­na wy­obraź­nia cza­sem pła­ta mi pa­skud­ne fi­gle.

♦ ♦ ♦

Na an­giel­skim zu­peł­nie nie uwa­ża­łem. Po pierw­sze, nie da­ro­wa­łem pani Scha­ef­fer kary, a po dru­gie, i tak my­śla­łem o czym in­nym. Dla­cze­go mat­ka za­dzwo­ni­ła do dy­rek­tor­ki i opo­wie­dzia­ła jej o swo­im – o na­szym – ży­ciu? Nie były przy­ja­ciół­ka­mi, więc ta­kie zwie­rze­nia wy­da­wa­ły mi się nie­sto­sow­ne. Czy wy­obra­ża­ła so­bie, ja­kie to może mieć dla mnie kon­se­kwen­cje? Te­raz nie mia­łem już szans u Éli­sa­beth. Za­kła­da­jąc na­wet, że po­do­ba­ją jej się ni­scy oku­lar­ni­cy, co i tak było opty­mi­stycz­ną hi­po­te­zą, i że po­cią­ga ją prze­ci­wień­stwo Ma­rqu­ésa, czy­li wy­so­kie­go, bar­czy­ste­go i pew­ne­go sie­bie chło­pa­ka, trud­no było so­bie wy­obra­zić, że ma­rzy o wspól­nej przy­szło­ści z czło­wie­kiem, któ­re­go oj­ciec wy­niósł się z domu z po­wszech­nie zna­nych po­wo­dów, wśród któ­rych naj­waż­niej­szym był syn, nie­wart, żeby przy nim zo­stać.

Gry­złem się tą my­ślą w sto­łów­ce, na lek­cji geo­gra­fii i pod­czas po­po­łu­dnio­wej prze­rwy, a po­tem jesz­cze w dro­dze do domu. Wró­ci­łem zde­cy­do­wa­ny wy­tłu­ma­czyć mat­ce, w ja­kiej pa­skud­nej sy­tu­acji mnie po­sta­wi­ła. Ale kie­dy ob­ra­ca­łem klucz w zam­ku, przy­szło mi do gło­wy, że w ten spo­sób zdra­dził­bym Yves’a, bo mat­ka ju­tro za­dzwo­ni­ła­by do dy­rek­tor­ki z pre­ten­sja­mi o nie­do­trzy­ma­nie ta­jem­ni­cy, a dy­rek­tor­ka nie mu­sia­ła­by się dłu­go za­sta­na­wiać, żeby usta­lić źró­dło prze­cie­ku. De­ma­sku­jąc woź­ne­go, zni­we­czył­bym szan­sę na prze­ro­dze­nie się na­szej zna­jo­mo­ści w pięk­ną przy­jaźń, a w no­wej szko­le naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło mi wła­śnie przy­ja­cie­la. Nie prze­szka­dza­ło mi, że Yves jest ode mnie star­szy o trzy­dzie­ści czy czter­dzie­ści lat. Kie­dy w ja­kiś za­gad­ko­wy spo­sób ukra­dłem mu jego cień, po­czu­łem, że jest go­dzien za­ufa­nia. Mu­sia­łem zna­leźć inny spo­sób na mat­kę.

Ko­la­cję je­dli­śmy przy te­le­wi­zo­rze, a mama zde­cy­do­wa­nie nie była w na­stro­ju do roz­mów. Od odej­ścia taty pra­wie się nie od­zy­wa­ła, jak­by sło­wa sta­ły się zbyt trud­ne do wy­mó­wie­nia.

Idąc spać, my­śla­łem o tym, co tłu­ma­czył mi pod­czas prze­rwy Yves – zda­rza się, że w koń­cu wszyst­ko się ukła­da. Może za ja­kiś czas mama zno­wu przyj­dzie do mo­je­go po­ko­ju po­wie­dzieć mi „do­bra­noc”, jak daw­niej. Tej nocy za­sło­ny w uchy­lo­nym oknie po­zo­sta­ły nie­ru­cho­me, nic już nie śmia­ło za­kłó­cić ci­szy pa­nu­ją­cej w domu – na­wet cień w fał­dach tka­ni­ny.

♦ ♦ ♦

Moż­na by po­my­śleć, że bieg mo­je­go ży­cia zmie­nił się po odej­ściu ojca, ale tak się nie sta­ło. Tata czę­sto póź­no wra­cał z biu­ra, więc już daw­no przy­wy­kłem spę­dzać wie­czo­ry sam na sam z mat­ką. Bra­ko­wa­ło mi nie­dziel­nych prze­jaż­dżek ro­we­rem, ale bar­dzo szyb­ko za­stą­pi­ły je kre­sków­ki, któ­re mama po­zwa­la­ła mi oglą­dać, kie­dy czy­ta­ła ga­ze­tę. Nowe ży­cie, nowe zwy­cza­je: te­raz cho­dzi­li­śmy ra­zem na ham­bur­ge­ry do po­bli­skiej re­stau­ra­cji, a po­tem spa­ce­ro­wa­li­śmy po uli­cach han­dlo­wych. Skle­py były za­mknię­te, mia­łem jed­nak wra­że­nie, że mama wca­le tego nie za­uwa­ża.

W po­rze pod­wie­czor­ku za­wsze na­ma­wia­ła mnie, że­bym za­pra­szał do domu ko­le­gów, a ja tyl­ko wzru­sza­łem ra­mio­na­mi i obie­cy­wa­łem, że to zro­bię… póź­niej.

Przez cały paź­dzier­nik pa­dał deszcz. Kasz­ta­now­ce zgu­bi­ły li­ście, pta­ki z rzad­ka przy­sia­da­ły na go­łych ga­łę­ziach. Z cza­sem umilkł ich śpiew – nad­cią­ga­ła zima.

Co rano wy­pa­try­wa­łem słoń­ca, ale do­pie­ro w po­ło­wie li­sto­pa­da jego pro­mie­nie zdo­ła­ły prze­bić się przez gę­stą war­stwę chmur.

♦ ♦ ♦

Kie­dy tyl­ko nie­bo znów sta­ło się nie­bie­skie, na­uczy­ciel przy­ro­dy zor­ga­ni­zo­wał wy­ciecz­kę. Zo­sta­ło nam le­d­wie kil­ka dni na ze­bra­nie oka­zów po­trzeb­nych do zro­bie­nia po­rząd­ne­go ziel­ni­ka.

Wy­na­ję­ty au­to­kar za­wiózł nas do lasu na obrze­żach mia­stecz­ka. I oto cała 6C ru­szy­ła zma­gać się z po­szy­ciem le­śnym i śli­skim bło­tem w po­szu­ki­wa­niu wszel­kich oka­zów bo­ta­nicz­nych: li­ści, grzy­bów, wy­so­kich traw i mchu w je­sien­nych bar­wach. Ma­rqu­és pro­wa­dził, jak przy­sta­ło na kla­so­we­go przy­wód­cę. Dziew­czę­ta z na­szej kla­sy prze­ści­ga­ły się w ka­pry­sach i żar­ci­kach, żeby zwró­cić na sie­bie jego uwa­gę, ale on nie od­ry­wał oczu od Éli­sa­beth. Ona trzy­ma­ła się z dala od in­nych i uda­wa­ła, że nie do­strze­ga jego za­in­te­re­so­wa­nia, jed­nak nie była aż tak na­iw­na i z ża­lem stwier­dzi­łem, że bar­dzo ją ono cie­szy.

Po­nie­waż zbyt dłu­go za­trzy­ma­łem się przy po­tęż­nym dę­bie, u któ­re­go stóp rósł mu­cho­mor o ka­pe­lu­szu god­nym stać się czap­ką smer­fa, zo­sta­łem w ogo­nie, od­da­lo­ny od gru­py. Mó­wiąc wprost – zgu­bi­łem się. Sły­sza­łem gdzieś w dali na­uczy­cie­la, gdy wy­krzy­ki­wał moje imię, ale nie po­tra­fi­łem usta­lić, skąd do­bie­ga głos.

Sta­ra­łem się od­na­leźć gru­pę, mu­sia­łem jed­nak po­go­dzić się z rze­czy­wi­sto­ścią – albo ten las był nie­prze­by­ty, albo krę­ci­łem się w kół­ko. Unio­słem gło­wę i pa­trzy­łem na ko­ro­ny klo­nów – słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi. Ob­le­ciał mnie po­twor­ny strach.

Choć była to pla­ma na ho­no­rze, za­czą­łem wrzesz­czeć na całe gar­dło. Ko­le­dzy mu­sie­li być już da­le­ko, bo nikt nie od­po­wia­dał na moje wo­ła­nia. Usia­dłem na pniu dębu i po­my­śla­łem o mat­ce. Kto bę­dzie jej do­trzy­my­wał to­wa­rzy­stwa wie­czo­ra­mi, je­że­li nie wró­cę? Czy uzna, że od­sze­dłem, jak oj­ciec? On przy­najm­niej jej o tym po­wie­dział. Nig­dy nie zdo­ła mi wy­ba­czyć, że ją po­rzu­ci­łem, i to wła­śnie wte­dy, kie­dy naj­bar­dziej mnie po­trze­bo­wa­ła. Cho­ciaż zda­rza­ło jej się za­po­mi­nać, że z nią­je­stem, kie­dy bie­ga­li­śmy po su­per­mar­ke­cie, cho­ciaż pra­wie się do mnie nie od­zy­wa­ła, bo zbyt trud­no było jej wy­po­wia­dać sło­wa, cho­ciaż nie przy­cho­dzi­ła już do mo­je­go po­ko­ju, żeby mi ży­czyć do­brej nocy, wie­dzia­łem, że bę­dzie bar­dzo nie­szczę­śli­wa. Do dia­ska, po­wi­nie­nem był o tym po­my­śleć, za­nim za­ga­pi­łem się na ja­kie­goś głu­pie­go mu­cho­mo­ra! Je­że­li go znaj­dę, ze­rwę mu ten prze­klę­ty ka­pe­lusz kop­nia­kiem za to, że tak pa­skud­nie mnie urzą­dził.

– Cho­le­ra, co ty wy­pra­wiasz, głup­ku?

Po raz pierw­szy od roz­po­czę­cia roku szkol­ne­go ucie­szy­łem się na wi­dok gęby Ma­rqu­ésa, któ­ra wy­su­nę­ła się spo­mię­dzy dwóch wy­so­kich pa­pro­ci.

– Przy­rod­nik jest bli­ski sza­leń­stwa, chciał już spro­wa­dzić sfo­rę psów, ale po­wie­dzia­łem mu, że cię znaj­dę. Kie­dy idzie­my na po­lo­wa­nie, mój sta­ry wciąż po­wta­rza, że mam ta­lent do tro­pie­nia naj­gor­szej zwie­rzy­ny. Chy­ba w koń­cu w to uwie­rzę. Po­spiesz się. Szko­da, że się te­raz nie wi­dzisz, dam gło­wę, że gdy­bym po­cze­kał jesz­cze chwil­kę, przy­ła­pał­bym cię za­be­cza­ne­go jak ja­kaś smar­ku­la.

Ma­rqu­és ura­czył mnie tym życz­li­wym ko­men­ta­rzem, klę­cząc przede mną. Słoń­ce było za nim, więc wo­kół gło­wy miał au­re­olę i wy­glą­dał jesz­cze groź­niej niż zwy­kle. Jego twarz zna­la­zła się tak bli­sko mo­jej, że wy­raź­nie czu­łem za­pach gumy, któ­rą żuł. Wy­pro­sto­wał się i klep­nął mnie po ra­mie­niu.

– To co, idzie­my czy masz za­miar tu no­co­wać?

Pod­nio­słem się bez sło­wa i po­zwo­li­łem mu odejść o kil­ka kro­ków.

Do­pie­ro kie­dy się tro­chę od­da­lił, zo­rien­to­wa­łem się, że coś tu nie gra. Cień, któ­ry za sobą wlo­kłem, był o do­bry metr dłuż­szy niż zwy­kle, a cień Ma­rqu­ésa – mały, tak mały, że nie­wąt­pli­wie był moim cie­niem.

Gdy­by Ma­rqu­és, po tym, jak mnie ura­to­wał, od­krył, że wy­ko­rzy­sta­łem oka­zję, żeby ukraść jego cień, już nie try­mestr, ale wszyst­kie ko­lej­ne lata na­uki w tej szko­le by­ły­by dla mnie pa­smem udrę­ki aż do eg­za­mi­nów koń­co­wych w osiem­na­stym roku ży­cia. Nie trze­ba było ge­niu­szu ma­te­ma­tycz­ne­go, żeby uświa­do­mić so­bie, że cze­ka­ło­by mnie wie­le dni zmie­nio­nych w kosz­mar na ja­wie.

Do­go­ni­łem go, żeby na­sze cie­nie szły obok sie­bie i żeby wszyst­ko było nor­mal­nie, jak przed odej­ściem taty. Ale prze­cież to nie mia­ło naj­mniej­sze­go sen­su – nie za­bie­ra się ko­muś tak po pro­stu jego cie­nia! A jed­nak to wła­śnie się zda­rzy­ło, i to już po raz dru­gi. Cień Ma­rqu­ésa na­ło­żył się na mój, a gdy on od­da­lił się ode mnie, jego cień po­zo­stał, ucze­pio­ny mo­ich nóg. Ser­ce biło mi jak sza­lo­ne, nogi się pode mną ugi­na­ły.

Prze­szli­śmy przez po­la­nę do dro­gi, przy któ­rej cze­kał na­uczy­ciel przy­ro­dy z resz­tą kla­sy. Ma­rqu­és wzniósł ręce na znak zwy­cię­stwa – wy­glą­dał jak my­śli­wy, a ja mia­łem być zwie­rzy­ną, któ­rą wlókł za sobą. Na­uczy­ciel za­czął ma­chać, ka­żąc nam się po­spie­szyć. Au­to­kar cze­kał. Czu­łem, że zno­wu mi się obe­rwie. Ko­le­dzy przy­glą­da­li się nam i by­łem pe­wien, że się ze mnie na­śmie­wa­ją. Po­cie­sza­łem się my­ślą, że tego wie­czo­ru będą mo­gli opo­wie­dzieć tę hi­sto­ryj­kę za­miast roz­trzą­sać pro­ble­my mał­żeń­skie mo­ich ro­dzi­ców.

Éli­sa­beth sie­dzia­ła już w au­to­ka­rze, na tym sa­mym miej­scu, co w dro­dze do lasu. Na­wet nie wy­glą­da­ła przez okno, jak­by moje znik­nię­cie wca­le jej nie obe­szło. Słoń­ce wol­no prze­su­wa­ło się w dół, na­sze cie­nie były co­raz bled­sze, w koń­cu sta­ły się pra­wie nie­wi­docz­ne. Ucie­szy­ło mnie to – nikt nie mógł już za­uwa­żyć, co się wy­da­rzy­ło w le­sie.

Ze zwie­szo­ną gło­wą wsia­dłem do au­to­ka­ru. Na­uczy­ciel przy­ro­dy za­py­tał, ja­kim cu­dem zdo­ła­łem się zgu­bić, i wy­znał, że po­twor­nie go wy­stra­szy­łem, ale wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny, że wszyst­ko do­brze się skoń­czy­ło. Nie za­mie­rzał wy­cią­gać wo­bec mnie kon­se­kwen­cji.

Po­sze­dłem usiąść w ostat­nim rzę­dzie i nie ode­zwa­łem się ani sło­wem przez całą dro­gę. Zresz­tą i tak nie mia­łem nic do po­wie­dze­nia – po pro­stu się zgu­bi­łem, i tyle, każ­de­mu może się to zda­rzyć. Oglą­da­łem kie­dyś w te­le­wi­zji film o wy­traw­nych al­pi­ni­stach, któ­rzy zgu­bi­li się w gó­rach, a ja prze­cież nig­dy nie po­da­wa­łem się za wy­traw­ne­go tra­pe­ra.

Kie­dy wró­ci­łem do domu, mama cze­ka­ła na mnie w sa­lo­nie. Wzię­ła mnie w ra­mio­na i moc­no, może za moc­no, przy­tu­li­ła.

– Zgu­bi­łeś się? – za­py­ta­ła, gła­dząc mnie po po­licz­ku.

Mu­sia­ła mieć go­rą­cą li­nię z dy­rek­tor­ką szko­ły, bo nie wiem, jak bez tego in­for­ma­cje na mój te­mat mo­gły­by krą­żyć z taką pręd­ko­ścią.

Opo­wie­dzia­łem jej o tym in­cy­den­cie, a ona upar­ła się, że­bym wziął go­rą­cą ką­piel. Na próż­no po­wta­rza­łem, że nie zmar­z­łem – nic do niej nie do­cie­ra­ło. Moż­na by po­my­śleć, że ta ką­piel zmy­je z nas oboj­ga wszel­kie pro­ble­my – z niej odej­ście taty, ze mnie po­ja­wie­nie się Ma­rqu­ésa.

Kie­dy wcie­ra­ła mi we wło­sy szam­pon, któ­ry spły­wał do oczu i szczy­pał, mia­łem ocho­tę po­wie­dzieć jej o kło­po­tach z cie­nia­mi, ale wie­dzia­łem, że nie po­trak­tu­je tego po­waż­nie i znów za­rzu­ci mi, iż zmy­ślam, więc mil­cza­łem, li­cząc, że na­za­jutrz bę­dzie brzyd­ka po­go­da, a cie­nie nie wy­peł­zną pod sza­rym nie­bem.

Na ko­la­cję do­sta­łem ro­st­bef z fryt­ka­mi, a to zna­czy­ło, że może po­wi­nie­nem czę­ściej gu­bić się w le­sie.