Wydawca: Krytyka Polityczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu ebook

Ha-Joon Chang  

4.33333333333333 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 455 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu - Ha-Joon Chang

Źli Samarytanie. Tajna historia kapitalizmu to porywająca historia awansu nędzarzy do rangi czempiona globalnych rynków. Opowieść nie nowa, ale mało znana – ponieważ dotychczas to zwycięzcy pisali historię i naginali ją do własnych potrzeb, kreując użyteczne dla swych interesów mity. Orędownicy wolnego handlu, niewidzialnej ręki rynku i wycofania państwa z gospodarki pragną by inni zapomnieli, że dzisiejsi liderzy światowej gospodarki, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, sami zamykali dostęp do swych rynków, chronili swój raczkujący przemysł przed konkurencją, wspomagali prywatny biznes za publiczne pieniądze, a wolny handel wymuszali na słabszych przemocą.

Autor książki pochodzi z Korei Południowej – kraju, który za życia dwóch pokoleń dokonał największego skoku cywilizacyjnego w historii. Atakuje hipokryzję najsilniejszych i każe nam czerpać lekcje z realnych doświadczeń, a nie dominujących w mediach opowieści o rozwoju i dobrobycie. W czasie wielkiej debaty o przyszłości rozwoju Polski obalająca błędne mity książka Changa jest potrzebna jak mało kiedy – aby fałszywa historia kapitalizmu nie stała się matką nędznej gospodarki.

Opinie o ebooku Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu - Ha-Joon Chang

Fragment ebooka Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu - Ha-Joon Chang

Dla Hee-Jeong

PROLOGCud ekonomiczny MozambikuJak uciec przed biedą

Orzechy i wolty

28 CZERWCA 2061, MAPUTO

„The Economist” wersja papierowa

Tres Estrelas ogłasza nowy przełom w technologii ogniw paliwowych

W ramach starannie zaaranżowanego wydarzenia, zbiegającego się z przypadającym na 25 czerwca lokalnym dniem niepodległości, Tres Estrelas z siedzibą w Maputo, czyli największy afrykański koncern poza granicami RPA, objawił światu przełomową technologię masowej produkcji wodorowych ogniw paliwowych. „Kiedy jesienią 2063 roku nasza nowa fabryka rozpocznie produkcję”, ogłosił energiczny prezes firmy Armando Nhumaio, „będziemy w stanie konkurować z najsilniejszymi graczami z Japonii i USA, oferując konsumentom dużo lepszą jakość za tę samą cenę”. Analitycy są zgodni, że nowa technologia Tres Estrelas oznacza zastąpienie alkoholu wodorem w roli głównego źródła energii dla samochodów. „Z pewnością będzie to poważne wyzwanie dla czołowych producentów paliwa alkoholowego, takich jak brazylijski Petrobras czy malezyjski Alconas”, stwierdził Nelson Mbeki-Malan, szef prestiżowego Instytutu Badawczego Ekonomiki Energii przy południowoafrykańskim Uniwersytecie Zachodniego Przylądka.

Od czasu swych skromnych początków Tres Estrelas pokonał dystans nieomal kosmiczny. Firma zaczynała od eksportu orzechów nerkowca w roku 1968, siedem lat przed uzyskaniem przez Mozambik niepodległości od Portugalii. Potem całkiem dobrze radziła sobie dzięki rozszerzeniu produkcji w kierunku tekstyliów i rafinacji cukru. Jeszcze później wykonała śmiały krok w stronę elektroniki, najpierw jako podwykonawca koreańskiego giganta elektronicznego Samsung, a potem już jako samodzielny producent. Ogłoszenie w 2030 roku, że kolejnym przedsięwzięciem firmy będzie produkcja ogniw paliwowych na wodór wywołało jednak poważny sceptycyzm. „Wszyscy myśleli, że upadliśmy na głowę”, mówi dziś Nhumaio. „Wydział ogniw paliwowych przynosił straty przez siedemnaście lat. Na szczęście nie mieliśmy wówczas wielu zewnętrznych udziałowców, którzy domagaliby się natychmiastowych wyników. Wytrwaliśmy w przekonaniu, że zbudowanie firmy światowej klasy wymaga długiego okresu przygotowań”.

Sukces firmy jest symbolem gospodarczego cudu, z jakim mamy do czynienia we współczesnym Mozambiku. W 1995 roku, trzy lata po zakończeniu krwawej, szesnastoletniej wojny domowej, dochód per capita tego kraju wynosił około 80 dolarów, co czyniło go dosłownie najbiedniejszą gospodarką świata. Głębokie podziały polityczne, wszechobecna korupcja i nędzny, bo ledwie 33-procentowy wskaźnik alfabetyzacji składały się na prognozy ponure bądź wprost katastrofalne. W roku 2000, osiem lat po wojnie domowej, przeciętny mieszkaniec Mozambiku wciąż zarabiał ledwie 210 dolarów rocznie, a więc niewiele ponad połowę tego, co przeciętny Ghańczyk, zarabiający 350 dolarów. Od tamtego czasu mozambijski cud gospodarczy przekształcił jednak ten kraj w jedną z najbogatszych gospodarek Afryki i całkiem solidny kraj średnio wysokiego dochodu. Przy odrobinie szczęścia i wysiłku w ciągu kolejnych dwudziestu, trzydziestu lat może on dołączyć do grona gospodarek rozwiniętych.

„Nie spoczniemy na laurach”, zapewnia Nhumaio, którego szelmowski uśmiech skrywa ponoć żelazną determinację. „To niełatwa branża, w której technologie zmieniają się szybko. Cykl życia produktu jest krótki i nikt nie może liczyć, że dzięki jednej innowacji zostanie liderem rynku na dłużej. Konkurenci na horyzoncie mogą pojawić się znikąd, w każdej chwili”. To zresztą jego firma zrobiła Amerykanom i Japończykom niemiłą niespodziankę. Może jakiś stosunkowo nieznany producent elektroniki gdzieś w Nigerii uzna, że skoro Tres Estrelas mogło wydobyć się z najgłębszego cienia aż na podium, to dlaczego on nie byłby w stanie?

Mozambik dorośnie do mojej fantazji albo i nie dorośnie. Ale jak byście zareagowali, gdyby powiedziano wam w 1961 roku, na sto lat przed tym mozambijskim snem, że Korea Południowa za lat czterdzieści będzie jednym z czołowych na świecie eksporterów telefonów komórkowych, a zatem produktu, który wówczas należał do dziedziny science-fiction? Ogniwa paliwowe na wodór przynajmniej już istnieją.

W 1961 roku, osiem lat po zakończeniu bratobójczej wojny z Koreą Północną, roczny dochód Korei Południowej wynosił 82 dolary na głowę. Przeciętny Koreańczyk zarabiał mniej niż połowę tego, co przeciętny obywatel Ghany (wówczas 179 dolarów)1.

Wojna koreańska – która zupełnym przypadkiem rozpoczęła się 25 czerwca, a więc w dniu święta niepodległości Mozambiku – należała do najbardziej krwawych w historii ludzkości, przynosząc straty rzędu czterech milionów zabitych w ciągu trzech lat (1950–1953). Połowa bazy przemysłowej Korei Południowej i ponad 75 procent jej linii kolejowych zostało zniszczone. Kraj zdołał wprawdzie wykazać pewien potencjał organizacyjny, podnosząc poziom alfabetyzacji do 71 procent w 1961 roku – z mizernych 22 procent, jakie odziedziczył w 1945 roku po japońskich kolonizatorach, rządzących półwyspem od roku 1910. W szerokim odbiorze Koreę traktowano jednak jako beznadziejny przykład klęski polityki rozwojowej. Wewnętrzny raport USAID – głównej amerykańskiej agencji pomocowej, tak wtedy jak i dziś – nazywał Koreę „studnią bez dna”. W owym czasie głównymi towarami eksportowymi kraju były wolfram, ryby i inne produkty nieprzetworzone.

Firma Samsung[1], obecnie jeden z czołowych na świecie eksporterów telefonów komórkowych, półprzewodników i komputerów, swą działalność rozpoczęła w 1938 roku od eksportu ryb, warzyw i owoców, na siedem lat przed uzyskaniem przez Koreę niepodległości od japońskiej władzy kolonialnej. Aż do lat 70. najważniejsze gałęzie jej biznesu, uruchomione w połowie lat 50., stanowiły przetwórstwo cukru i włókiennictwo2. Kiedy firma weszła w przemysł półprzewodników, wykupując 50 procent udziałów w firmie Korea Semiconductor w roku 1974, nikt nie traktował jej serio. Zresztą Samsung aż do 1977 roku nie produkował nawet telewizorów kolorowych. Kiedy w 1983 roku ogłosił zamiar konkurowania z największymi graczami w branży półprzewodników z USA i Japonii poprzez projektowanie własnych procesorów, mało kto był do tego przekonany.

Korea, jedno z najbiedniejszych miejsc na Ziemi, było tym właśnie nieszczęsnym krajem, w którym przyszedłem na świat 7 października 1963 roku. Dziś jestem obywatelem jednego z zamożniejszych, jeśli nie najzamożniejszych krajów świata. Za mojego życia, mierzony parytetem siły nabywczej dochód Korei Południowej per capita wzrósł około 14-krotnie. Osiągnięcie tego samego wyniku zajęło Wielkiej Brytanii ponad dwa stulecia (od końca XVIII wieku do dziś), a Stanom Zjednoczonym półtora stulecia (od lat 60. XIX wieku do dziś)3. Postęp materialny, jaki mogłem zaobserwować w ciągu czterdziestu kilku lat swego życia, był taki, jak gdybym urodził się jako brytyjski emeryt za panowania Jerzego III bądź amerykański dziadek urodzony za prezydentury Abrahama Lincolna.

Dom, w którym się urodziłem i w którym mieszkałem do szóstego roku życia, znajdował się na ówczesnym północno-zachodnim krańcu Seulu, stolicy Korei. Był jednym z małych (dwie sypialnie), ale nowoczesnych domków, które rząd z zagraniczną pomocą zbudował w ramach programu poprawy stanu rozpadającej się infrastruktury mieszkaniowej. Wzniesiono go z bloczków cementowych i słabo ogrzewano, więc zimą było w nim dość zimno – a zimowe temperatury w Korei potrafią spadać do 15 czy nawet 20 stopni poniżej zera. Nie było oczywiście spłukiwanej toalety: te były zarezerwowane dla bardzo zamożnych.

Moja rodzina cieszyła się jednak pewnymi luksusami, których wielu innym brakowało, a to za sprawą mojego ojca, wysokiego urzędnika państwowego w Ministerstwie Finansów, który skrzętnie oszczędzał pieniądze ze swego rocznego stypendium na studiach w Harvardzie. Posiadaliśmy czarno-biały telewizor, który niczym magnes przyciągał sąsiadów. Jeden z przyjaciół rodziny, dobrze zapowiadający się młody dentysta w szpitalu św. Marii, jednym z największych w kraju, zawsze znajdował czas, by wpaść do nas akurat w czasie ważnego meczu w telewizji – oczywiście z powodów zupełnie z meczem niezwiązanych. W dzisiejszej Korei rozważałby zapewne zamianę drugiego domowego telewizora w sypialni na ekran plazmowy. Mój kuzyn, który właśnie przeniósł się do Seulu z rodzinnego miasta mego ojca, Kwangju, przy okazji jakiejś wizyty dopytywał moją matkę o dziwaczną białą szafkę w salonie. To była nasza lodówka – za duża, by mogła pomieścić się w kuchni. Z kolei moja żona Hee-Jeong, urodzona w Kwangju w 1966 roku, opowiadała mi, że jej sąsiedzi regularnie „oddawali w depozyt” cenne mięso do lodówki jej matki, żony majętnego lekarza, tak jakby była menedżerem w ekskluzywnym szwajcarskim banku.

Mały domek z cementowych bloków z czarno-białym telewizorem i lodówką nie wygląda może zbyt efektownie, ale był spełnieniem marzeń dla pokolenia moich rodziców, którzy przeżyli dotąd najbardziej burzliwe i ponure czasy: kolonialne rządy Japończyków (1910–1945), II wojnę światową, podział kraju na część północną i południową (1948) i wreszcie wojnę koreańską. Kiedy tylko ja, moja siostra Yonhee czy brat Hasok narzekaliśmy na jedzenie, matka mówiła nam, jak bardzo jesteśmy rozpuszczeni. Przypominała, że kiedy była w naszym wieku, ludzie z jej pokolenia czuli się szczęściarzami, jeśli mogli sobie pozwolić na jajko. Wiele rodzin nie mogło, a te, które było na nie stać, zachowywały je dla ojców i pracujących starszych braci. Matka wspominała też dramatyczny moment, kiedy jej pięcioletni braciszek głodujący w czasie wojny koreańskiej powiedział, że poczułby się trochę lepiej, gdyby mógł potrzymać w rękach ryżową miskę – choćby pustą. Z kolei ojciec, uwielbiający wołowinę mężczyzna o zdrowym apetycie, jako uczeń szkoły średniej w czasie wojny koreańskiej musiał przeżyć głównie na ryżu, czarnorynkowej margarynie od armii USA, sosie sojowym i paście chili. W wieku dziesięciu lat patrzył bezradnie, jak jego siedmioletni brat umiera na czerwonkę, zabójczą chorobę, która dziś w Korei jest w ogóle nieznana.

Wiele lat później, bo w 2003 roku, będąc w Korei na urlopie z Cambridge, oprowadzałem mojego przyjaciela i mentora Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznego Nobla, po Muzeum Narodowym w Seulu. Przechodziliśmy obok wystawy pięknych czarno-białych fotografii ukazujących życie codzienne ludzi z seulskich dzielnic klasy średniej w późnych latach 50. i wczesnych 60. XX wieku. Dokładnie tak samo zapamiętałem własne dzieciństwo. Za mną i Joem stanęły dwie młode kobiety, w wieku dwudziestu kilku lat. Jedna z nich wykrzyknęła: „To naprawdę było w Korei? To wygląda jak Wietnam!”. Między nami było mniej niż dwadzieścia lat różnicy, ale sceny tak dobrze znane mnie, były zupełnie obce dla niej. Odwróciłem się do Joego i powiedziałem, jak bardzo jestem „uprzywilejowany” jako ekonomista rozwoju, skoro mogłem przeżyć tak wielką zmianę. Czułem się jak historyk średniowiecznej Anglii, który na własne oczy zobaczył bitwę pod Hastings, albo astronom, który przeniósł się w czasy Wielkiego Wybuchu.

Nasz drugi dom rodzinny, w którym mieszkałem od 1969 do 1981 roku, w samym szczycie koreańskiego cudu gospodarczego, nie tylko miał spłukiwane toalety, ale też mógł się poszczycić systemem centralnego ogrzewania. Bojler pechowo zapalił się niedługo po naszym wprowadzeniu się i omal nie spalił całego domu. Nie mówię o tym, żeby się skarżyć; szczęściem było mieć taki bojler, bo większość domów ogrzewano brykietami węglowymi, które każdej zimy zabijały tysiące ludzi poprzez zatrucie tlenkiem węgla. Ta historia pokazuje jednak stan koreańskich technologii w tak odległej, a przecież faktycznie niedawnej epoce.

W roku 1970 poszedłem do podstawówki. Była to szkoła prywatna trochę gorszego sortu, gdzie w klasie uczyło się po sześćdziesiąt pięć dzieci. Byliśmy z tego bardzo dumni, bo w państwowej szkole tuż obok w jednej klasie siedziało ich dziewięćdziesięcioro. Wiele lat później, w czasie seminarium w Cambridge, jeden z dyskutantów powiedział, że w efekcie cięć budżetowych narzuconych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy średnia liczba uczniów w klasie w kilku krajach afrykańskich wzrosła z trzydziestu kilku do czterdziestu kilku w latach 80. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo zły był stan koreańskiej szkoły mojego dzieciństwa. Kiedy byłem w podstawówce, najbardziej ekskluzywna szkoła w kraju miała po czterdzieści dzieci w klasie i wszyscy się zastanawiali, „jak oni to robią?”. Szkoły państwowe w części gwałtownie powiększających się obszarów miejskich były zapchane do granic możliwości, nieraz z setką uczniów w klasie i nauczycielami pracującymi na dwie albo i trzy zmiany. Biorąc pod uwagę warunki, trudno się dziwić, że edukacja obejmowała bicie dzieci przy byle okazji i naukę wszystkiego na pamięć. Te metody mają swoje oczywiste wady, niemniej jednak Korei udało się od lat 60. XX wieku zapewnić co najmniej sześcioletnią edukację właściwie każdemu dziecku.

W roku 1972, kiedy byłem w trzeciej klasie, boisko mojej szkoły zamieniło się nagle w żołnierskie obozowisko. Żołnierze byli tam po to, by powstrzymać ewentualne demonstracje studenckie przeciwko stanowi wojennemu wprowadzonemu przez prezydenta kraju, byłego generała Parka Chung-Hee. Na szczęście, nie zabierali się za mnie ani za moich kolegów. My, koreańskie dzieci, jesteśmy może i znane z przedwczesnej dojrzałości szkolnej, ale polityka ustrojowa, mówiąc szczerze, niewiele nas, dziewięciolatków, obchodziła. Moja szkoła podstawowa była jednak powiązana z uniwersytetem, którego zbuntowani studenci mieli być celem żołnierzy. I tak naprawdę to studenci koreańskich uniwersytetów byli sumieniem narodu w ponurych czasach wojskowej dyktatury i to oni odegrali czołową rolę w jej demontażu w 1987 roku.

Po dojściu do władzy w efekcie przewrotu wojskowego w 1961 roku generał Park został „cywilem”, po czym wygrał trzy kolejne wybory. Jego zwycięstwom sprzyjał sukces Pięcioletniego Planu Rozwoju Gospodarczego w postaci gospodarczego „cudu”. Do ich zapewnienia posłużyło też jednak fałszowanie wyborów i brudne chwyty polityczne. Jego trzecia i prawdopodobnie ostatnia kadencja miała się skończyć w roku 1974, ale Park nie potrafił zwyczajnie odejść. W połowie trzeciej kadencji zaaranżował coś, co w Ameryce Łacińskiej nazywa się „autozamachem”. Polegał on na rozwiązaniu parlamentu i „ustawieniu” systemu wyborczego tak, by zagwarantował mu dożywotnią prezydenturę. Wymówka głosiła, że nie możemy sobie teraz pozwolić na chaos demokracji. Park mówił ludziom, że kraj musi się bronić przed północnokoreańskim komunizmem i przyspieszyć rozwój gospodarczy. Ogłosił zamiar podniesienia dochodu krajowego na głowę do tysiąca dolarów przed rokiem 1981, który uznawano jednak za nazbyt ambitny, wręcz nierealny.

Prezydent Park swój ambitny program budowy przemysłu ciężkiego i chemicznego (HCI) uruchomił w roku 1973. Pierwsza huta i pierwsza nowoczesna stocznia rozpoczęły produkcję, a z linii produkcyjnych zjechały pierwsze zaprojektowane w kraju samochody (składane głównie z importowanych części). Powstały nowe firmy w branży elektronicznej, maszynowej, chemicznej i w innych zaawansowanych gałęziach przemysłu. W okresie między rokiem 1972 a 1979 dochód narodowy per capita wzrósł fenomenalnie – licząc w dolarach ponad pięciokrotnie. Rzekomo nierealny cel Parka – tysiąc dolarów dochodu na głowę do 1981 roku – osiągnięto na cztery lata przed terminem. Eksport w tym samym czasie wzrósł jeszcze szybciej, bo aż dziewięciokrotnie, licząc w dolarach4.

Doskonałym odbiciem narodowej obsesji rozwoju gospodarczego była nasza edukacja. Uczyliśmy się, że naszym patriotycznym obowiązkiem jest donieść na każdego, kto pali zagraniczne papierosy. Kraj potrzebował każdej najdrobniejszej sumy twardych walut zarobionych na eksporcie po to, by importować maszyny i inne komponenty dla rozwoju lepszego przemysłu. Cenne waluty zagraniczne były tak naprawdę potem i krwią naszych „żołnierzy przemysłu” walczących na eksportowej wojnie w krajowych fabrykach. Ludzie trwoniący je na fanaberie w rodzaju nielegalnych, zagranicznych papierosów byli „zdrajcami”. Nie sądzę, żeby którykolwiek z moich przyjaciół faktycznie doniósł na kogoś za taki „akt zdrady”. Jeśli dzieci wypatrzyły jednak obce papierosy w domu kolegi, zaczynały się plotki. Ojciec takiego kolegi – niemal zawsze to mężczyzna palił – był przez wszystkich obmawiany jako nie-patriota, a przez to człowiek niemoralny, jeśli nie zwyczajny przestępca.

Wydawanie obcych walut na cokolwiek zbędnego dla rozwoju przemysłu było albo zabronione, albo mocno utrudniane poprzez zakazy importu, wysokie cła i podatki akcyzowe (nazywane podatkami od konsumpcji luksusowej). Do towarów „luksusowych” zaliczano jednak stosunkowo proste rzeczy, jak małe samochody, whisky czy herbatniki. Pamiętam małą narodową euforię, kiedy pod koniec lat 70. za specjalnym pozwoleniem rządu sprowadzono partię duńskich herbatników. Z tych samych powodów zakazane były podróże zagraniczne, o ile nie miało się rządowego pozwolenia na prowadzenie biznesu bądź studiowanie poza krajem. W rezultacie, choć miałem całkiem sporo krewnych mieszkających w USA, nie wyjechałem nigdy z Korei aż do czasu podróży na studia w Cambridge w 1986 roku, w wieku dwudziestu trzech lat.

To nie znaczy oczywiście, że nikt nie palił zagranicznych papierosów ani nie jadł nielegalnych herbatników. W obiegu znajdowała się całkiem spora ilość nielegalnych i półlegalnych towarów zagranicznych. Było ich trochę z przemytu, głównie z Japonii, ale większość tych towarów pochodziła – nielegalnie bądź półlegalnie – z licznych baz amerykańskich rozsianych po kraju. Amerykańscy żołnierze, którzy walczyli w wojnie koreańskiej, mogą wciąż pamiętać biegające za nimi niedożywione koreańskie dzieci, żebrzące o czekoladę czy gumę do żucia. Aż do lat 70. produkty armii amerykańskiej były traktowane jako luksus. Coraz zamożniejsze rodziny z klasy średniej mogły sobie pozwolić na kupno czekolad M&M’s i soków w proszku Tang w sklepach i od domokrążców. Mniej zamożni mogli pójść do restauracji serwujących boodae chige, czyli dosłownie „gulasz z bazy wojskowej”. To była tańsza wersja klasycznego gulaszu koreańskiego – kimchee chige, z kimchee(kapustą marynowaną w czosnku i chili), w którym drugi kluczowy składnik, tzn. boczek wieprzowy, zastępowano tańszym odpowiednikiem, na przykład słoniną, kiełbasą czy mielonką przemyconą z amerykańskiej bazy.

Marzyłem o tym, by spróbować mielonki z puszki, prażonej wołowiny, czekolady, herbatników i całej masy innych rzeczy, których nazw nawet nie znałem, z amerykańskich paczek wojskowych, tzw. Racji C (puszkowanych i suszonych racji żywnościowych przeznaczonych na pole walki). Wujek od strony mamy, który był generałem koreańskiej armii, zbierał ich zapasy ze wspólnych z amerykańskimi kolegami ćwiczeń na poligonie i dawał mi je w prezencie przy różnych okazjach. Amerykańscy żołnierze przeklinali beznadziejny smak swych racji polowych, ale dla mnie były one niczym kosz piknikowy od Fortnum & Mason. Mieszkałem jednak w kraju, w którym lody waniliowe zawierały tak mało wanilii, że zanim nauczyłem się angielskiego w szkole średniej, sądziłem, że „wanilia” oznacza „bez smaku”. A byłem przecież dobrze odżywionym dzieckiem wyższej klasy średniej, można więc sobie wyobrazić, jak to wyglądało u całej reszty.

Kiedy poszedłem do szkoły średniej, ojciec podarował mi elektroniczny kalkulator Casio – prezent spoza najśmielszych marzeń. Wtedy był wart pewnie połowę miesięcznej pensji robotnika z fabryki odzieżowej, ale nawet dla mojego ojca, który na naszą edukację nie szczędził grosza, stanowił ogromny wydatek. Jakieś dwadzieścia lat później kombinacja gwałtownego rozwoju technologii elektronicznych i wzrostu poziomu życia w Korei sprawiła, że wszechobecne kalkulatory elektroniczne rozdawano za darmo w domach towarowych. Wiele z nich skończyło jako zabawki dla niemowląt – choć nie sądzę, aby to był powód, dla którego koreańskie dzieci są tak dobre z matematyki.

Koreański „cud” gospodarczy miał oczywiście swe ciemne strony. Wiele dziewcząt z ubogich rodzin na wsi było zmuszonych znaleźć pracę tuż po skończeniu podstawówki w wieku dwunastu lat – aby „pozbyć się dodatkowej gęby do wykarmienia” i zdobyć pieniądze, za które przynajmniej jeden z braci mógł uzyskać wyższe wykształcenie. Wiele z nich skończyło jako pomoce domowe w rodzinach miejskiej klasy średniej, pracując za wikt, dach nad głową oraz, jeśli miały szczęście, skromne kieszonkowe. Inne dziewczęta i mniej szczęśliwi chłopcy byli wyzyskiwani w fabrykach, gdzie warunki przypominały XIX-wieczne „szatańskie młyny”, ewentualnie współczesne sweatshopy w Chinach. W przemyśle tekstylnym i odzieżowym, a więc głównych branżach eksportowych, robotnicy pracowali często po dwanaście albo i więcej godzin w niebezpiecznych i groźnych dla zdrowia warunkach, za niskie wynagrodzenie. Niektóre fabryki odmawiały podawania zupy w stołówce, żeby robotnicy nie domagali się dodatkowej przerwy na wyjście do toalety, która mogłaby jeszcze zredukować ich minimalne marże. Warunki były nieco lepsze w nowo powstających branżach przemysłu ciężkiego – samochodowej, stalowej, chemicznej, maszynowej itd. – generalnie jednak koreańscy robotnicy z ich średnio pięćdziesięciotrzy-, pięćdziesięcioczterogodzinnym tygodniem pracy tyrali więcej niż ktokolwiek inny w ówczesnym świecie.

Powstawały też miejskie slumsy. Ponieważ zazwyczaj wyrastały na niewysokich wzgórzach, jakich pełno w krajobrazie Korei, nazywano je „księżycowymi osiedlami”, za tytułem popularnego w latach 70. XX wieku sitcomu. Pięcio- czy sześcioosobowe rodziny gnieździły się często w malutkim pokoju, a setki ludzi korzystały z jednej wspólnej toalety i jednego kranu z bieżącą wodą. Wiele z tych slumsów było w końcu przymusowo „oczyszczanych” przez policję, a ich mieszkańców wyrzucano na jeszcze bardziej oddalone przedmieścia, z jeszcze gorszymi warunkami sanitarnymi i dojazdem po to, by zrobić miejsce dla nowych bloków mieszkalnych rozrastającej się klasy średniej. Jeśli biedni nie potrafili odpowiednio szybko opuścić slumsów (choć wydostanie się z nich było przynajmniej możliwe, ze względu na szybki wzrost gospodarki i tworzenie nowych miejsc pracy), doganiało ich rozrastające się miasto, okrążając zewsząd i spychając w dalsze rejony. Niektórzy z nich kończyli przetrząsając największe wysypisko śmieci w mieście, Nanji Island. Mało kto spoza Korei był świadom, że te piękne publiczne parki otaczające imponujący stadion piłkarski w Seulu, które mogli podziwiać w czasie Mistrzostw Świata w 2002 roku, wybudowano dosłownie na szczycie dawnej góry śmieci na wyspie (gdzie dziś znajduje się supernowoczesna, przyjazna środowisku elektrownia na metan, wykorzystująca zgromadzony tam materiał organiczny).

W październiku 1979 roku, kiedy wciąż jeszcze byłem uczniem szkoły średniej, prezydent Park niespodziewanie padł ofiarą zamachu ze strony szefa swych własnych tajnych służb, a kontekstem zamachu była fala rosnącego niezadowolenia społecznego z dyktatury i gospodarczych zawirowań związanych z tzw. drugim szokiem naftowym. Nastąpiła krótka „wiosna seulska”, rozbudzając nadzieje na demokrację. Brutalnie przerwał ją jednak kolejny rząd wojskowy generała Chun Doo-Hwana, który przejął władzę po dwutygodniowym powstaniu zbrojnym, zmiażdżonym w czasie masakry w Kwangju w maju 1980 roku.

Mimo tych wszystkich ponurych wydarzeń, do początku lat 80. Korea stała się solidną gospodarką średniego dochodu, na równi z Ekwadorem, Mauritiusem czy Kostaryką. Wciąż daleko jej było jednak do zamożnego kraju, jaki znamy dziś. Jedno ze slangowych wyrażeń popularnych wśród ówczesnych licealistów brzmiało: „byłem w Hongkongu”, co oznaczało: „mam doświadczenie spoza tego świata”. Do dziś Hongkong jest znacznie bogatszy od Korei, ale wówczas wyrażenie to odzwierciedlało fakt, że w latach 60. i 70. XX wieku dochód Hongkongu na głowę mieszkańca był trzy do czterech razy wyższy od koreańskiego.

Kiedy wstąpiłem na uniwersytet w roku 1982, zainteresowałem się kwestią intelektualnych praw własności, którą dziś zresztą dyskutuje się dużo bardziej intensywnie. Wówczas już Korea była wystarczająco konkurencyjna, aby móc kopiować zaawansowane produkty i wystarczająco bogata, by domagać się lepszych towarów (muzyki, modnych gadżetów, książek). Wciąż jednak nie była dostatecznie wyrafinowana, żeby tworzyć własne oryginalne pomysły i uzyskiwać międzynarodowe patenty, prawa autorskie czy znaki handlowe.

Dziś Korea należy do najbardziej „odkrywczych” narodów na świecie, znajdując się w pierwszej piątce krajów o najwyższej liczbie patentów przyznawanych rocznie przez amerykański urząd patentowy. Aż do połowy lat 80. ubiegłego wieku kraj żył jednak z „odwróconej inżynierii”. Moi przyjaciele kupowali „kopiowane” komputery produkowane w małych warsztatach, które rozkładały na części sprzęt IBM, kopiowały części i składały je z powrotem. To samo dotyczyło znaków handlowych. W tamtym czasie mój kraj był jedną z „pirackich stolic” świata, produkując na potęgę podrabiane buty Nike’a czy torebki Louis Vuitton. Ci o nieco wrażliwszych sumieniach decydowali się na quasi-podróbki. Na przykład buty, które wyglądały jak Nike, ale nazywały się Nice lub które miały „łyżwę” Nike’a, ale z dodatkowym ząbkiem. Podrabiane towary rzadko sprzedawano jako oryginalne. Kupujący mieli pełną świadomość, że kupują podróbki; chodziło o modne pokazanie się, a nie o wprowadzenie kogoś w błąd. Dobra chronione prawami autorskimi traktowano w ten sam sposób. Dziś Korea eksportuje coraz większe ilości zabezpieczonych prawem autorskim dóbr (filmów, oper mydlanych, popularnych piosenek), ale w tamtych czasach importowana muzyka (płyty winylowe) czy filmy (na wideo) były tak drogie, że bardzo niewielu ludzi mogło sobie pozwolić na oryginały. Dorastaliśmy słuchając pirackich płyt rockowych, które nazywaliśmy „płytami z baru tempura”, bo jakość ich dźwięku była tak zła, jak gdyby ktoś w tle smażył coś na głębokim tłuszczu. Zagraniczne książki były poza zasięgiem większości studentów. Pochodząc z zamożnej rodziny, która gotowa była inwestować w edukację, miałem trochę książek z importu, jednak większość z nich była spiratowana. Nigdy nie dostałbym się na Cambridge ani tam nie przetrwał bez nielegalnych książek.

Do czasu, kiedy kończyłem swe studia na Cambridge pod koniec lat 80., Korea stała się solidną gospodarką o średnio wysokim dochodzie. Najpewniej świadczył o tym fakt, że kraje europejskie przestały domagać się od Koreańczyków wiz wjazdowych. Większość z nas nie miała już zresztą powodu, by nielegalnie emigrować. W roku 1996 kraj dołączył nawet do OECD – klubu państw bogatych – i zadeklarował „osiągnięcie celów”, choć euforię mocno osłabił kryzys finansowy, który uderzył w Koreę w roku 1997. Od czasu tego kryzysu mój kraj nie radzi sobie najlepiej, zwłaszcza według własnych, wysokich standardów – przede wszystkim z racji nadmiernie entuzjastycznej akceptacji dla modelu „reguł wolnorynkowych”. Ale do tej historii jeszcze wrócimy.

Niezależnie jednak od ostatnich kłopotów, wzrost gospodarczy Korei i wynikająca z niego transformacja społeczna w ciągu ostatnich czterech i pół dekad były naprawdę spektakularne. Mój kraj przeszedł drogę od jednego z najbiedniejszych państw na świecie do kraju porównywalnego pod względem dochodu narodowego na głowę z Portugalią i Słowenią5. Kraj, którego głównymi towarami eksportowymi były rudy wolframu, ryby oraz peruki z ludzkich włosów, stał się wielką fabryką hi-tech eksportującą modne telefony komórkowe i telewizory z płaskim ekranem, pożądane na całym świecie. Lepsze odżywianie i opieka zdrowotna sprawiły, że dziecko urodzone dziś w Korei może spodziewać się o dwadzieścia cztery lata dłuższego życia niż ktoś urodzony we wczesnych latach 60. XX wieku (siedemdziesiąt siedem lat zamiast pięćdziesiąt trzech). Zamiast siedemdziesięciorga ośmiorga dzieci na tysiąc, w ciągu roku od narodzin umrze ich pięć, łamiąc serce nie tak wielu rodzicom. Pod względem wskaźników szans na przeżycie postęp Korei jest taki, jak gdyby Haiti zamieniło się w Szwajcarię6. Jak ten „cud” był możliwy?

Dla większości ekonomistów odpowiedź jest bardzo prosta. Korei się udało, gdyż kierowała się wytycznymi wolnego rynku. Przyjęła za swoje reguły zdrowego pieniądza (niskiej inflacji), ograniczonego rządu, prywatnej przedsiębiorczości, wolnego handlu i przyjaznego klimatu dla inwestycji zagranicznych. Podejście to znamy pod nazwą ekonomii neoliberalnej.

Ekonomia neoliberalna to uaktualniona wersja ekonomii liberalnej XVIII-wiecznego ekonomisty Adama Smitha i jego następców. Pojawiła się po raz pierwszy w latach 60. XX wieku, a od lat 80. dominuje jako pogląd na gospodarkę. Liberalni ekonomiści w XVIII i XIX wieku wierzyli, że nieograniczona konkurencja na wolnym rynku to najlepszy sposób organizacji gospodarki, ponieważ zmusza każdego do uzyskiwania maksymalnej wydajności. Interwencję rządu uznawano za szkodliwą, gdyż redukuje ona presję konkurencyjną, ograniczając możliwości wejścia na rynek potencjalnych konkurentów, czy to przez kontrolę importu, czy przez ustanawianie monopoli. Neoliberalni ekonomiści popierają pewne rozwiązania, których nie popierali starzy liberałowie – zwłaszcza niektóre formy monopolu (jak na przykład patenty czy monopol banku centralnego na emisję banknotów) i demokrację polityczną. W zasadzie jednak podzielają oni entuzjazm starych liberałów dla wolnego rynku. I pomimo kilku „korekt” wywołanych całą serią rozczarowujących efektów stosowania polityki neoliberalnej w krajach rozwijających się w ostatnim ćwierćwieczu XX wieku, rdzeń neoliberalnego programu deregulacji, prywatyzacji i otwierania międzynarodowego handlu i przepływu inwestycji pozostał niezmieniony od lat 80.

W stosunku do krajów rozwijających się program neoliberalny forsowany był przez koalicję rządów państw zamożnych kierowanych przez USA i zapośredniczony przez „nieświętą trójcę” międzynarodowych organizacji gospodarczych, które są przez te państwa w dużej mierze kontrolowane – Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), Bank Światowy i Światową Organizację Handlu (WTO). Rządy krajów bogatych używają swych budżetów „pomocowych” oraz dostępu do swych lokalnych rynków jako „marchewek”, aby skłonić kraje rozwijające się do przyjęcia neoliberalnej polityki. Czasem chodzi o korzyści dla konkretnych lobbujących firm, ale częściej o stworzenie takiego klimatu w danym kraju rozwijającym się, który będzie sprzyjał zagranicznym towarom oraz inwestycjom w ogólności. MFW i Bank Światowy odgrywają swą rolę poprzez dołączanie do udzielanych pożyczek warunku, że kraje pożyczające wdrożą neoliberalną politykę. WTO z kolei ustanawia takie reguły handlu, które faworyzują wolny handel w obszarach, gdzie zamożne kraje są silniejsze, ale już nie w tych, gdzie są słabsze (jak na przykład w rolnictwie czy tekstyliach). Rządy te i organizacje międzynarodowe wspierane są przez całą armię ideologów. Część z nich to świetnie wykształceni akademicy, którzy powinni być świadomi ograniczeń swej wolnorynkowej ekonomii, ale jako doradcy polityczni zazwyczaj je ignorują (jak to czynili na przykład w latach 90., doradzając w krajach postkomunistycznych). Razem wzięte, te wszystkie ciała zbiorowe i jednostki współtworzą potężną machinę propagandową – finansowo-intelektualny kompleks wspierany przez władzę i pieniądze.

Cały ten neoliberalny establishment chciałby, abyśmy uwierzyli, że w czasie swych „cudownych” dekad XX wieku, od lat 60. do 80., Korea prowadziła neoliberalną strategię rozwoju gospodarczego7.

Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Tak naprawdę bowiem w ciągu tych dekad Korea wspierała niektóre nowe gałęzie przemysłu, wybrane przez rząd w konsultacji z sektorem prywatnym, za pomocą ochrony celnej, subsydiów i innych form pomocy rządowej (na przykład zagranicznych kampanii marketingowych prowadzonych przez państwową agencję eksportu) tak długo, aż stały się wystarczająco „dojrzałe”, by wytrzymać międzynarodową konkurencję. Rząd był właścicielem wszystkich banków, mógł zatem regulować krwiobieg biznesu, jakim jest kredyt. Niektóre wielkie projekty były podejmowane bezpośrednio przez firmy państwowe – najlepszy przykład to POSCO, producent stali – aczkolwiek w Korei panowało raczej pragmatyczne niż ideologiczne podejście do kwestii własności państwowej. Jeśli prywatne przedsiębiorstwa działały prawidłowo, to świetnie; jeśli jednak nie inwestowały w jakichś ważnych obszarach, rząd nie miał skrupułów, by utworzyć przedsiębiorstwa państwowe; jeśli wreszcie jakieś prywatne przedsiębiorstwa były źle zarządzane, rząd często przejmował nad nimi kontrolę, restrukturyzował je i zazwyczaj (choć nie zawsze) odsprzedawał z powrotem.

Koreański rząd sprawował również całkowitą kontrolę nad skąpymi zasobami walut obcych (a złamanie restrykcji dotyczących ich obiegu mogło być karane nawet śmiercią). W połączeniu ze starannie zaprojektowaną listą priorytetów ich wykorzystania gwarantowało to, że ciężko zarobione waluty obce będą wykorzystane do importu niezbędnych maszyn i komponentów dla przemysłu. Rząd ściśle kontrolował również zagraniczne inwestycje, przyjmując je z otwartymi ramionami w pewnych sektorach i kompletnie blokując dostęp do innych, w zależności od ewolucji narodowego planu rozwoju. Wykazywał również elastyczną postawę wobec zagranicznych patentów, sprzyjając „odwrotnej inżynierii” i przymykając oczy na „piratowanie” opatentowanych produktów.

Potoczne wyobrażenie o Korei jako gospodarce wolnorynkowej wiązało się z jej sukcesami w eksporcie. Sukcesy eksportowe nie wymagają jednak wolnego rynku, co pokazały również przykłady Japonii i Chin. Koreański eksport we wcześniejszym okresie – towary w rodzaju prostych ubrań czy taniej elektroniki – służył zarabianiu twardej waluty koniecznej do opłacenia zaawansowanych technologii i drogich maszyn, które były niezbędne dla nowych, bardziej wyrafinowanych gałęzi przemysłu, chronionych cłami i subsydiami. Jednocześnie ta ochrona celna i subsydia nie miały służyć ochronie branż przed międzynarodową konkurencją w nieskończoność, lecz jedynie dać im czas na wdrożenie nowych technologii i uzyskanie nowych zdolności organizacyjnych, tak by mogły konkurować na rynkach światowych.

Koreański cud gospodarczy był rezultatem zręcznej i pragmatycznej kombinacji bodźców rynkowych i sterowania przez państwo. Koreański rząd nie zwalczał rynku, jak czyniły to państwa komunistyczne. Nie wierzył jednak w rynek ślepo. Traktując rynek poważnie, koreańska strategia zakładała jednak, że często wymaga on korekty poprzez interwencję polityczną.

Gdyby to wyłącznie Korea wzbogaciła się dzięki tak „heretyckiej” polityce, wolnorynkowi guru mogliby zanegować jej przykład jako wyjątek potwierdzający jedynie regułę. Tyle że Korea nie jest wyjątkiem. Jak wykażę w dalszej części książki, praktycznie wszystkie rozwinięte dzisiaj kraje, włącznie z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi, a więc rzekomymi ojczyznami wolnego rynku i wolnego handlu, bogaciły się dzięki receptom politycznym sprzecznym z ortodoksją ekonomii neoliberalnej.

Bogate dziś państwa stosowały protekcjonizm i subsydia, dyskryminując jednocześnie zagranicznych inwestorów – to wszystko w dzisiejszej ortodoksji ekonomicznej obłożone jest anatemą, ściśle ograniczone przez traktaty wielostronne w rodzaju porozumień WTO, a do tego zabronione przez dawców pomocy i międzynarodowe organizacje finansowe (zwłaszcza MFW i Bank Światowy). Było kilka krajów, które nie stosowały wielu praktyk protekcjonistycznych, jak Holandia czy (do I wojny światowej) Szwajcaria. Odbiegały one jednak od ortodoksji na inne sposoby, na przykład odmawiając ochrony patentów. Skądinąd bilans dzisiejszych państw zamożnych w sferach polityki wobec inwestycji zagranicznych, przedsiębiorstw państwowych, zarządzania makroekonomicznego oraz instytucji politycznych także wykazuje znaczne odchylenia od ortodoksji.

Dlaczego zatem bogate kraje nie polecają dzisiejszym krajom rozwijającym się tych strategii, które im samym tak świetnie się przysłużyły? Dlaczego opowiadają fikcyjną historię kapitalizmu, do tego aż tak nieprawdziwą?

W roku 1841 niemiecki ekonomista Friedrich List krytykował Wielką Brytanię za głoszenie innym krajom „ewangelii” wolnego handlu, choć sami Brytyjczycy uzyskali dominację w gospodarce dzięki wysokim cłom i szeroko zakrojonym subsydiom. Oskarżał ich tym samym o „odpychanie” drabiny, po której sami się wspięli na szczyt światowej gospodarki: „To bardzo powszechne i sprytne zarazem, że kiedy ktoś osiągnie szczyt wielkości, odpycha od ściany drabinę, po której sam się wcześniej wspiął. Oczywiście po to, żeby pozbawić innych możliwości wspięcia się na ten szczyt za nim”8.

Z pewnością w tych bogatych krajach nie brakuje ludzi, którzy zachwalają krajom ubogim wolny rynek i wolny handel po to, aby przejąć większe udziały w rynkach tych drugich i zapobiec pojawieniu się możliwej konkurencji. Mówią: „róbcie, jak wam mówimy, nie jak sami robiliśmy”, zachowując się jak Źli Samarytanie, wykorzystujący fakt, że ktoś jest w tarapatach[2]. Co gorsza jednak, wielu ze współczesnych Złych Samarytan nawet nie wie, że swą polityką wyrządzają krajom rozwijającym się krzywdę. Historia kapitalizmu została bowiem przeinaczona do tego stopnia, że wielu ludzi zamożnego świata nawet nie dostrzega podwójnych standardów historycznych, jakie wiążą się z rekomendowaniem krajom rozwijającym się wolnego handlu i wolnego rynku.

Nie sugeruję bynajmniej, że istnieje gdzieś jakiś mroczny, tajny komitet, który systematycznie wymazuje niewygodnych ludzi z fotografii i przepisuje dane historyczne. Historię piszą jednak zwycięzcy, a w ludzkiej naturze jest interpretowanie przeszłości z punktu widzenia teraźniejszości. W rezultacie kraje zamożne, z czasem i stopniowo – nawet jeśli podświadomie – przepisywały swoje własne historie, aby uczynić je spójnymi raczej z tym, jak same widzą siebie dziś, niż z tym, jakie były naprawdę – na takiej samej zasadzie, jak współcześni piszą o renesansowych „Włoszech” (choć taki kraj nie istniał aż do 1871 roku) czy włączają francuskojęzycznych Skandynawów (tzn. normańskich królów-najeźdźców) w poczet „angielskich” królów i królowych.

W rezultacie wielu Złych Samarytan poleca biednym krajom politykę wolnego handlu i wolnego rynku w dobrej, acz błędnej wierze, że właśnie tymi sposobami ich własne kraje w przeszłości doszły do bogactwa. W ten sposób faktycznie utrudniają życie tym, którym próbują pomóc. Czasami ci właśnie Źli Samarytanie stanowią większy problem niż ci, którzy świadomie „odpychają drabinę”, bo zadufanie bywa trudniejsze do wykorzenienia niż egoizm.

Jak zatem odwieźć Złych Samarytan od szkodzenia krajom ubogim, niezależnie od tego, jakie są ich intencje? Co powinni czynić zamiast? Książka ta daje kilka odpowiedzi, łącząc historię, analizę świata współczesnego, nieco prognoz na przyszłość i sugestie zmian.

Zacząć należy od prawdziwej historii kapitalizmu i globalizacji, którą prześledzę w kolejnych dwóch rozdziałach (pierwszym i drugim). Pokażę w nich, jak wiele spośród rzeczy, które czytelnik mógł uznać za „fakty historyczne”, jest albo nieprawdziwych, albo prawdziwych tylko częściowo. Wielka Brytania i USA nie były ojczyzną wolnego handlu; tak naprawdę przez bardzo długi czas były to najbardziej protekcjonistyczne kraje na świecie. Nie wszystkim krajom wiodło się dobrze dzięki protekcjonizmowi i subsydiom, ale niewiele poradziło sobie bez ich pomocy. Dla krajów rozwijających się wolny handel rzadko był sprawą wyboru; często bywał narzucany z zewnątrz, czasem nawet przy pomocy siły wojskowej. Większości z nich w warunkach wolnego handlu wiodło się bardzo źle; dużo lepiej działo się wówczas, gdy stosowano cła ochronne i subsydia. Najlepsze wyniki osiągały te gospodarki, które otwierały się w sposób selektywny i stopniowy. Neoliberalna polityka wolnego handlu i wolnego rynku ma w założeniu zwiększać wzrost kosztem równości, ale tak naprawdę nie przynosi ani jednego, ani drugiego; wzrost zwolnił w ostatnich dwu i pół dekadach, kiedy rynki uwalniano i otwierano granice.

W głównych rozdziałach książki, jakie następują po rozdziałach historycznych (od rozdziału trzeciego do dziewiątego), stosuję mieszankę teorii ekonomicznej, historii i współczesnych dowodów empirycznych, które łącznie stawiają na głowie potoczne „mądrości” na temat rozwoju.

1. Wolny handel ogranicza wolność wyboru krajów biednych.

2. Trzymanie zagranicznych firm na dystans może być dla tych krajów dobre na dłuższą metę.

3. Inwestowanie w przedsiębiorstwo, które przez siedemnaście lat będzie przynosić straty, może być świetnym pomysłem.

4. Niektóre spośród najlepszych firm na świecie są w posiadaniu i w zarządzie państwa.

5. „Pożyczanie” pomysłów od bardziej produktywnej zagranicy jest kluczowe dla rozwoju gospodarczego.

6. Niska inflacja i zachowawczość rządu mogą być szkodliwe dla rozwoju gospodarczego.

7. Korupcja pojawia się dlatego, że rynku jest zbyt dużo, a nie zbyt mało.

8. Wolny rynek i demokracja nie są naturalnymi sprzymierzeńcami.

9. Kraje nie są biedne dlatego, że ich mieszkańcy są leniwi; ich mieszkańcy są „leniwi”, bo są biedni.

Podobnie jak ten rozdział otwierający książkę, rozdział ją zamykający zaczyna się od alternatywnej „historii przyszłości” – tym razem jednak bardzo ponurej. Scenariusz jest świadomie pesymistyczny, ale też mocno zakorzeniony w realiach, wskazując, jak blisko nam do takiej właśnie przyszłości, jeśli dalej prowadzić będziemy neoliberalną politykę propagowaną przez Złych Samarytan. Reszta rozdziału służy prezentacji pewnych kluczowych reguł wyprowadzonych ze szczegółowych alternatyw politycznych, które omawiam w książce, a które powinny być wyznacznikiem naszych działań, jeśli chcemy umożliwić krajom rozwijającym się poprawę stanu ich gospodarek. Pomimo ponurego scenariusza, rozdział ten – a tym samym cała książka – kończy się nutą optymizmu, tłumacząc, dlaczego wierzę, że większość spośród Złych Samarytan może się zmienić i naprawdę pomóc krajom rozwijającym się poprawić ich sytuację gospodarczą.

ROZDZIAŁ 1Lexus i drzewo oliwne – od nowaFakty i mity na temat globalizacji

Pewnego razu czołowy producent pojazdów z pewnego kraju rozwijającego się wysłał swe pierwsze samochody osobowe na eksport do USA. Dotychczas niewielka firma produkowała jedynie tandetę – nie najlepsze kopie jakościowych wyrobów wytwarzanych w bogatych krajach. Nowy samochód też nie był zbyt wyrafinowany – ledwie tani subkompakt (ktoś mógłby o nim powiedzieć: „cztery koła i popielniczka”). Dla kraju była to jednak wielka chwila, a eksporterzy odczuwali wielką dumę.

Niestety, ich produkt rozczarował. Większość klientów uznała, że samochód wygląda beznadziejnie, a poza tym nabywcy nie mieli ochoty wydawać sporych pieniędzy na rodzinny samochód wyprodukowany w miejscu znanym jedynie z towarów drugiej kategorii. Auto trzeba było z amerykańskiego rynku wycofać. Klęska ta wywołała wśród mieszkańców naszego kraju wielką debatę.

Wielu twierdziło, że firma powinna się trzymać swej pierwotnej dziedziny, to znaczy wyrobu prostych maszyn włókienniczych. Tym bardziej, że najważniejszym towarem eksportowym kraju był jedwab. Skoro firma nie była w stanie robić dobrych samochodów po dwudziestu pięciu latach prób, to w przyszłości też nie ma na to szans. Rząd stwarzał producentowi wszelkie warunki do osiągnięcia sukcesu. Gwarantował mu wysokie zyski w kraju dzięki wysokim cłom i drakońskiej kontroli inwestycji zagranicznych w branży motoryzacyjnej. Niecałą dekadę wcześniej wydał nawet publiczne pieniądze, by uratować firmę od bankructwa. Krytycy wskazywali więc, że w takiej sytuacji należy wreszcie wpuścić na krajowy rynek zagraniczne auta i pozwolić otworzyć interes obcym producentom, których dwadzieścia lat wcześniej z kraju wyrzucono. Inni jednak protestowali. Mówili, że żaden kraj do niczego nie doszedł bez rozwoju „poważnych” gałęzi przemysłu, takich jak produkcja samochodów. Potrzeba jednak więcej czasu, by produkować samochody atrakcyjne dla wszystkich.

To było w roku 1958, a ten kraj to oczywiście Japonia. Firmą, o której mowa, była Toyota, a samochód nazywał się Toyopet. Sama Toyota zaczynała jako producent maszyn włókienniczych (Krosna Automatyczne Toyoda), a na produkcję samochodów przerzuciła się w roku 1933. Sześć lat później japoński rząd usunął z kraju General Motors i Forda, a w roku 1949 ratowano Toyotę środkami z Banku Japonii. Dziś japońskie samochody to coś równie „naturalnego” jak szkocki łosoś czy francuskie wino, ale jeszcze pół wieku temu większość ludzi, w tym wielu Japończyków sądziło, że japoński przemysł samochodowy po prostu nie ma po co istnieć.

Pół wieku po klęsce Toyoty jej luksusowa marka Lexus stała się swoistą ikoną globalizacji, a to za sprawą książki amerykańskiego dziennikarza Thomasa Friedmana Lexus i drzewo oliwne. Książka zawdzięcza swój tytuł objawieniu, jakiego Friedman doznał w superszybkim pociągu Shinkansen w czasie swej podróży do Japonii w roku 1992. Złożył tam wizytę w fabryce Lexusa, która zrobiła na nim potężne wrażenie. Wracając pociągiem z miasteczka Toyoty do Tokio, natrafił z kolei na artykuł prasowy o problemach na Bliskim Wschodzie, gdzie wcześniej był długoletnim korespondentem. I wtedy go trafiło. Zrozumiał, że „Połowa świata wyszła z zimnej wojny z postanowieniem budowania lepszych lexusów, zdecydowana modernizować, usprawniać i prywatyzować swoją gospodarkę po to, by osiągnąć sukces w epoce globalizacji. Natomiast druga połowa świata – czasem druga połowa tego samego kraju, a nawet druga połowa tej samej osoby – wciąż bije się o to, do kogo należy drzewo oliwne”9.

Według Friedmana kraje ze świata drzew oliwnych nie będą w stanie dołączyć do świata Lexusa, jeśli nie wpasują się w specyficzny zestaw polityk, który nazywa on „złotym kaftanem bezpieczeństwa”. Opisując ów kaftan, Friedman tak naprawdę sumuje współczesną ortodoksję gospodarki neoliberalnej: żeby się do niego dopasować, kraj powinien sprywatyzować przedsiębiorstwa państwowe, utrzymywać niską inflację, zredukować skalę biurokracji państwowej, zrównoważyć budżet (a najlepiej uzyskiwać nadwyżkę), zliberalizować handel, zderegulować inwestycje zagraniczne i rynki kapitałowe, wprowadzić wymienialność waluty, ograniczyć korupcję i sprywatyzować emerytury10. Jego zdaniem to jedyna droga do sukcesu w nowej gospodarce globalnej. Ten kaftan bezpieczeństwa to jedyny mechanizm, który pasuje do niełatwej, ale w sumie przecież ekscytującej gry w globalizację. Friedman jest tu jednoznaczny: „Niestety, kaftan ten ma tylko jeden rozmiar. A zatem jednych ciśnie, drugich uwiera, a społeczeństwa zmusza do nieustannego doskonalenia swoich instytucji gospodarczych i poprawiania swoich wyników. Ci, którzy go zdejmują, błyskawicznie zostają z tyłu, ale ci, którzy noszą go tak jak trzeba, mogą dzięki niemu równie szybko dogonić czołówkę. Nie jest on ani ładny, ani wygodny, ale jest obowiązującym strojem w obecnym historycznym sezonie”11.

Prawda jest jednak taka, że gdyby rząd japoński posłuchał wolnorynkowych ekonomistów już we wczesnych latach 60., to Lexusa by w ogóle nie było. Toyota byłaby dziś w najlepszym razie podwykonawcą jakiegoś zachodniego producenta samochodów albo, w gorszym, zostałaby wymieciona z rynku. To samo dotyczyłoby całej gospodarki Japonii. Gdyby kraj ten od początku przywdział Friedmanowski złoty kaftan bezpieczeństwa, Japonia pozostałaby trzeciorzędną siłą w przemyśle, którą była w latach 60. XX wieku, z poziomem dochodów równym Chile, Argentynie czy RPA12, i której premiera francuski prezydent obraźliwie spostponował jako „obwoźnego sprzedawcę odbiorników tranzystorowych”13. Innymi słowy, gdyby Japończycy posłuchali rad Friedmana, nie eksportowaliby Lexusów, ale wciąż kłócili się o to, do kogo należy które drzewko morwowe.

1.1. OFICJALNA HISTORIA GLOBALIZACJI

Nasza opowieść o Toyocie sugeruje, że w baśni o globalizacji, którą promują Thomas Friedman i jego koledzy, coś się ewidentnie nie zgadza. Żeby wyjaśnić, co takiego, muszę najpierw opowiedzieć coś, co nazywam „oficjalną historią globalizacji” i omówić jej niedostatki. Według tej historii globalizacja postępowała w ciągu ostatnich trzech stuleci mniej więcej następująco14:

Wielka Brytania wprowadziła u siebie wolny rynek i politykę wolnego handlu w XVIII wieku, na długo przed pozostałymi krajami. Do połowy wieku XIX wyższość tej polityki stała się za sprawą spektakularnego sukcesu ekonomicznego Wielkiej Brytanii tak oczywista, że pozostałe kraje również zaczęły liberalizować swą politykę handlową i deregulować lokalne gospodarki. Ten liberalny porządek świata, który swój pełny kształt uzyskał około 1870 roku, w warunkach brytyjskiej hegemonii opierał się na: leseferystycznej polityce przemysłowej państwa; niskich barierach dla międzynarodowych przepływów dóbr, kapitału i pracy; wreszcie stabilności makroekonomicznej, zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym, którą gwarantowały reguły zdrowego pieniądza (niskiej inflacji) i równowagi budżetowej. Rezultatem tego była epoka nieznanej dotąd prosperity.

Na nieszczęście, po I wojnie światowej zaczęły się problemy. W reakcji na utrzymującą się niestabilność gospodarki światowej, kraje nieroztropnie zaczęły znów wznosić bariery dla handlu. W roku 1930 USA porzuciły wolny handel i wprowadziły niesławną ustawę Smoota-Hawleya o cłach. Kraje takie jak Niemcy czy Japonia w ogóle porzuciły liberalną politykę, ustanawiając wysokie bariery dla handlu i tworząc kartele, które ściśle dało się powiązać z tamtejszym faszyzmem i skierowaną na zewnątrz agresją. Światowy system wolnego handlu dobiegł swego kresu w roku 1932, kiedy Wielka Brytania, dotychczas główny herold wolnego handlu, również uległa pokusie i sama na powrót wprowadziła cła. Wywołane tym skurczenie się i niestabilność gospodarki światowej, a w końcu II wojna światowa, dopełniły dzieła zniszczenia ostatnich resztek pierwszego liberalnego porządku świata.

Po II wojnie światowej gospodarka światowa została znów zreorganizowana w bardziej liberalnym duchu, tym razem w warunkach hegemonii amerykańskiej. Pewien istotny postęp udało się osiągnąć zwłaszcza w obszarze liberalizacji handlu między krajami bogatymi, a to za sprawą wczesnych rund GATT (Układ ogólny w sprawie taryf celnych i handlu). Protekcjonizm i interwencjonizm państwowy wciąż jednak trzymały się mocno w większości krajów rozwijających się i, co oczywiste, w krajach komunistycznych.

Na szczęście, od lat 80., wraz ze wzrostem wpływów neoliberalizmu, politykę nieliberalną na całym świecie w dużej mierze zarzucono. Pod koniec lat 70. XX wieku klęska modelu industrializacji przez substytucję importu (ISI) w krajach rozwijających się – opartego na ochronie rynku, subsydiach i regulacji – stała się zbyt oczywista, by ktokolwiek mógł ją zignorować[3].

Gospodarczy „cud” w Azji Wschodniej, która już praktykowała wolny handel i ściągała do siebie zagraniczne inwestycje, wybudził inne kraje rozwijające się z drzemki. Po kryzysie zadłużenia Trzeciego Świata w 1982 roku wiele spośród nich porzuciło interwencjonizm i protekcjonizm, akceptując neoliberalizm. Chwalebnym ukoronowaniem trendu na rzecz integracji globalnej był upadek komunizmu w roku 1989.

Wszystkie te zmiany w polityce poszczególnych państw były nieuniknione przede wszystkim ze względu na bezprecedensowe przyspieszenie rozwoju technologii komunikacyjnych i transportowych. Wraz z tym procesem możliwości zawierania wzajemnie korzystnych umów gospodarczych z partnerami w dalekich krajach – poprzez międzynarodowy handel i inwestycje – wzrosły radykalnie. To z kolei uczyniło otwartość jeszcze bardziej niż dotąd kluczowym czynnikiem determinującym sukces danego kraju.

Odzwierciedlając to pogłębienie globalnej integracji gospodarczej, wzmocniony został system globalnego zarządzania. Przede wszystkim, w roku 1995 GATT zostało przekształcone w Światową Organizację Handlu (WTO), potężną instytucję promującą liberalizację nie tylko handlu, ale także innych sfer, jak uregulowań inwestycji zagranicznych czy praw własności intelektualnej. WTO tworzy nowy rdzeń globalnego systemu zarządzania gospodarką, łącznie z MFW – odpowiedzialnym za dostęp do finansowania krótkoterminowego, oraz Bankiem Światowym – odpowiedzialnym za inwestycje długoterminowe.

Rezultatem wszystkich tych procesów, według historii oficjalnej, jest zglobalizowana gospodarka światowa, której wolności i potencjał sukcesu są porównywalne jedynie z wcześniejszą „złotą erą” liberalizmu z lat 1870–1913. Renato Ruggiero, pierwszy dyrektor generalny WTO, oświadczył uroczyście, że za sprawą tego nowego porządku światowego mamy dziś „potencjał zlikwidowania globalnego ubóstwa we wczesnej fazie kolejnego [XXI – przyp. autora] stulecia – co było ideą utopijną jeszcze kilka dziesięcioleci temu, a dziś stanowi realną możliwość”15.

Taka wersja historii globalizacji jest szeroko akceptowana. Ma ona wytyczać mapę drogową dla tych decydentów, którzy pragną skierować swe kraje na drogę do dobrobytu. Niestety, ukazuje ona zasadniczo błędny obraz wydarzeń, wypaczając nasze rozumienie tego, skąd przyszliśmy, gdzie jesteśmy dziś i dokąd możemy zmierzać. Zobaczmy dlaczego.

1.2. PRAWDZIWA HISTORIA GLOBALIZACJI