Złe towarzystwo - Robyn Harding - ebook
Opis

Na pozór sielankowe życie zamożnej rodziny z San Francisco zostaje wywrócone do góry nogami. Kiedy w pięknym domu dochodzi do tragedii, mroczne sekrety wychodzą na jaw, a przyjaciele stają się wrogami.

Jedno zaproszenie, którego będą żałować do końca życia.

Szesnaste urodziny obchodzi się raz w życiu. To radosny rytuał przejścia, wkroczenia w dorosłość, ważny etap rozwoju i symboliczny koniec niewinności. Jeff i Kim Sandersowie planują z tej okazji wydać przyjęcie dla swojej córki. Hannah nigdy nie sprawiała problemów, dobrze się uczy i przyjaźni tylko z miłymi dziewczętami. Uroczystość ma być skromna: cztery najbliższe przyjaciółki, pizza, tort i seans filmowy. Co mogłoby pójść nie tak?
Okazuje się, że wszystko. Po strasznym wypadku, który ma miejsce pod ich dachem, idealne życie Kim i Jeffa na bogatych przedmieściach wielkiej metropolii nagle zaczyna się rozpadać na kawałki. Fasada doskonałości pęka, wychodzą na jaw prawdziwe oblicze Hannah oraz ciemne tajemnice jej rodziców.

Oszałamiający, prowokujący do myślenia dramat rodzinny, który przypadnie do gustu wielbicielom książki autorstwa Liane Moriarty i serialu produkcji HBO pod tytułem "Wielkie kłamstewka". Robyn Harding w swej porywającej powieści udowadnia, że nawet najlepsza rodzina może nie przetrwać pod ciężarem kłamstw i zdrady. Wszyscy mamy jakieś tajemnice. Doskonała lektura wakacyjna, idealna na plażę i do poduszki.

Zręcznie skonstruowana i doskonale poprowadzona fabuła. Złe towarzystwo to mocna opowieść o dezintegracji rodziny, od której nie sposób się oderwać.
Bill Clegg, "Czy miałaś kiedyś rodzinę?"

Opowiedziana po mistrzowsku historia na pozór idealnej rodziny, która walczy o przetrwanie w obliczu tragicznych konsekwencji nastoletniego wybryku. Trzymająca w napięciu i brutalna w opisie ciemnej strony ludzkiej natury. Wredne dziewczyny w nowej, szokującej odsłonie.
A.J.Banner, "Mroczna toń"

Książka trzymająca w napięciu i zmuszająca do myślenia jeszcze długo po jej odłożeniu. Zaproszenie, którego nie należy odrzucać.
Barbara Taylor Sissel, "Crooked Little Lies"

Piekielnie wartko poprowadzona opowieść o współczesnych, ambitnych matkach, które toczą batalie ze swoimi wrednymi nastolatkami wzbraniającymi się przed dorosłością. Dlaczego miałyby dojrzeć, skoro ich rodzice nigdy tego nie zrobili?
Robyn Harding drąży temat wewnętrznego konfliktu pomiędzy prymitywnymi impulsami a „tym, co właściwe” na kartach powieści, od której trudno się oderwać. Złe towarzystwo to przejażdżka na diabelskim młynie o piekielnych konsekwencjach. Lojalnie ostrzegam.
Erica Ferencik, "The River at Night"

Trzymająca w napięciu, porywająca historia o tym, jak jedna noc może zburzyć cale życie niszcząc rodzinę i relacje między przyjaciółmi. Sekrety, pragnienia, wybory i ich konsekwencje. Robyn Harding obnaża w swej powieści fakt, że rodzina - i każdy z jej członków - nie zawsze jest tym, czym się wydaje. Przeczytałam od deski do deski z zapartym tchem.
Megan Miranda, "Miasteczko kłamców"

Napięcie, wartka akcja i zburzenie mitu o idealnej rodzinie.

Rebecca Drake, "Only Ever You"

Nikt nie jest bez wad w tej współczesnej opowieści o matkach i córkach. Każdy ma coś na sumieniu. Rewelacyjna lektura.
Lucy Ferriss, "Utracona córka"

Wredne nastolatki i zdrowa dawka suspensu. Połączenie stylów Megan Abbott i Jodi Picoult przyprawione dużą dawką Jamesa Pattersona.
"Booklist"

Robyn Harding jest autorką kilku powieści - między innymi "Złe towarzystwo" oraz "Her Pretty Face" - a także scenarzystką i producentką niezależnego filmu. Mieszka w Vancouver wraz z mężem i dwojgiem dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Tytuł oryginału

THE PARTY

Copyright © 2017 by Robyn Harding

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcia na okładce

© Stephen Mulcahey / Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-859-5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

KIM

TAMTEJ NOCY

Powinna była usłyszeć, że dzieje się coś złego. Byłoby to możliwe, gdyby nie działanie środka nasennego i uszy zatkane stoperami. Chociaż młodzież spędzała czas dwa piętra niżej, Kim spodziewała się częstych wybuchów śmiechu, głośnej muzyki oraz nocnych szturmów na lodówkę, postanowiła zatem zadbać o swój spokojny sen, zażywając połówkę ambienu, pomimo że wypiła dwie lampki wina do kolacji. Zdarzało się jej mieszać nieduże dawki leków z odrobiną alkoholu i nigdy wcześniej jej to nie zaszkodziło. Zawsze miała lekki sen, a teraz – przy rozregulowanych hormonach i wahaniach nastroju – nie mogła sobie pozwolić na zaniedbanie wypoczynku. A po nieprzespanej nocy napięcie, które panowało w jej małżeństwie, było ponad jej siły.

– Mamo! Tato! – Krzyk wyrwał ją z otchłani farmaceutycznego snu. Płaczliwy głos Hannah dobiegał z niewielkiej odległości. Uniósłszy ciężkie powieki, ujrzała córkę stojącą w nogach łóżka. Wysoka, ładna nastolatka, ubrana w koszulę nocną przypominającą bluzę futbolisty, z numerem dwadzieścia osiem. Miała dziś szesnaste urodziny i z tej okazji wyprawiała piżama party. Co tu robiła w środku nocy? Dlaczego płakała?

Kim walczyła o odzyskanie pełnej przytomności umysłu, czując, że stało się coś bardzo niedobrego. Po policzkach Hannah płynęły strumienie łez; jej ręce były pokryte czymś ciemnym i mokrym, połyskującym w nikłej ledowej poświacie radiowego budzika. Krew.

 

KIM

TAMTEGO DNIA

– Chyba czas obudzić naszą królewnę? – Słowa zawisły w chłodnym powietrzu poranka.

Kim oparła łokcie o kuchenny blat i napiła się kawy, czekając na reakcję męża.

– Niech pośpi. W końcu ma dziś urodziny – powiedział wreszcie, nie odwracając głowy od monitora.

Kim zerknęła na cyfrowy zegar kuchenki: ósma trzydzieści siedem – niestosowna pora, aby budzić nastolatkę w jakikolwiek sobotni poranek, a co dopiero w jej urodziny. Szesnaście lat… Mój Boże, kiedy to zleciało? Pozwoliła sobie na chwilę nostalgii, wracając pamięcią do tamtego ponurego marcowego dnia, kiedy jej córka przyszła na świat. Miała wrażenie, że to było wczoraj, a zarazem że minęła cała wieczność. Różowe wierzgające stworzonko, które urodziła z takim trudem, przeobraziło się w wysoką, piękną młodą kobietę… Kim również się zmieniła, choć jej fizyczna transformacja była mniej spektakularna – nie wyglądała na swoje czterdzieści sześć lat, ale o sześć lub nawet siedem lat młodziej dzięki regularnym treningom pilates, świeżo wyciskanym sokom oraz mądrze dawkowanej pomocy medycyny estetycznej. W każdym razie nie była już naiwną, pełną nadziei trzydziestolatką. Dorosła – tak samo jak Hannah.

Jeff nieprzerwanie stukał w klawiaturę laptopa.

– Wciąż pracujesz nad tą prezentacją? – Nie udało się jej ukryć lekkiej irytacji, która jednak umknęła uwadze Jeffa. Ostatnio nie dostrzegał prawie nic, co dotyczyło Kim. Mogłaby naga stanąć na rękach na grzbiecie jednorożca, a on nadal dziobałby w tę swoją klawiaturę.

– Aha. – Pozostał skupiony na pracy, jak gdyby spędzał dzień powszedni w swoim biurze w Palo Alto, a nie sączył sobotnią kawę w domowym zaciszu w towarzystwie żony. Najwyraźniej zapomniał, że sobota to czas odpoczynku i pielęgnowania rodzinnych więzi. Zresztą Kim też nie zależało na pielęgnowaniu ich osiemnastoletniego małżeństwa. Po zeszłorocznym incydencieledwie zachowywała pozory uprzejmości – utrzymywanie rodzinnej sielanki nie wchodziło w grę. Niemniej poczuła się zlekceważona. Zazdrościła mężowi, że potrafi bez reszty zaangażować się w swoją pracę, która polegała na zaopatrywaniu przedsiębiorców w oprogramowanie finansowe. Zazdrościła mu niezłomnej wiary w sens tego, co robi jako dyrektor w Fin-Tech Solutions. On naprawdę uważał, że bez jego nieustannej uwagi cała amerykańska gospodarka legnie w gruzach.

– Ja też trochę popracuję – oświadczyła, podnosząc się z kuchennego stołka.

Stukanie w klawisze ucichło.

– Jeszcze kawy? – Jeff stanął obok ekspresu przelewowego.

– Nie, dziękuję. Zawołaj mnie, kiedy Aidan wstanie. Zrobię mu jajecznicę.

– Jeżeli to dziś nastąpi. Ten dzieciak mógłby spać kilka dni bez przerwy.

– Ma trzynaście lat. Rośnie.

Z kubkiem do połowy wypełnionym letnią już kawą, Kim w domowych pantoflach przeszła przez przestronny salon z dużymi oknami, za którymi rozciągał się oszałamiający widok na Zatokę San Francisco. Gabinet – nieduże, schludne pomieszczenie, w którym wykonywała swoje zlecenia jako copywriter – mieścił się w głębi domu, urządzonego przez architekta wnętrz, pomiędzy pralnią a piwniczką na wina. „Tylko po to, żeby nie wypaść z rynku”, wyjaśniła, kiedy Jeff zwrócił jej uwagę, że jego zarobki w zupełności wystarczą na utrzymanie rodziny. „Może kiedyś będę chciała wrócić. Jak dzieci dorosną”.

Dzieci – obecnie w wieku trzynastu i szesnastu lat – nie wymagały już opieki, lecz ona wciąż nie zdecydowała się na powrót do pracy na pełen etat w agencji reklamowej. To było zajęcie dla dwudziestoparolatków – gotowych zostawać po godzinach, a później jeszcze prowadzić bujne życie klubowe i towarzyskie, które zazwyczaj wiązało się ze spontanicznym seksem z tym czy innym kolegą z pracy oraz kacem moralnym nazajutrz. Kiedyś, dawno temu, nawet jej odpowiadała taka forma spędzania czasu. Teraz miała ciężko pracującego męża, dwoje dużych, zdolnych dzieci i ogromny dom z lat pięćdziesiątych – gruntownie wyremontowaną i nowocześnie urządzoną rezydencję w Portero Hill (na bardziej pożądanym zboczu wzgórza, z panoramicznym widokiem, który podnosił wartość nieruchomości o jakiś milion dolców). Zamieniła stresujące, rozwiązłe życie na stabilność idealnego ogniska domowego. Zazwyczaj nie żałowała.

Usiadła na ergonomicznym krześle obrotowym i uruchomiła komputer. Ekran rozbłysnął magicznie, a ona poczuła w trzewiach dziwne łaskotanie – mieszaninę poczucia winy i ekscytacji. Cóż to za fenomenalna technologia, która pozwala kobiecie zasiąść w kapciach i szlafroku, z potarganymi włosami, bez makijażu, w odległości kilku metrów od własnego męża i nawiązać kontakt z kimś na drugim końcu miasta.

Otworzyła Messenger, żeby napisać do Tony’ego:

Pracujesz?

Wysłała krótką wiadomość, czując się jak rozemocjonowana nastolatka, która zaczepia swoją miłość z lat młodości.

Udaję. A Ty?

Poczuła, że jej serce przyspiesza.

Kończę coś.

Skłamała. Miała już tylko jednego stałego zleceniodawcę – trzeci co do wielkości sklep z odzieżą sportową w San Francisco – dla którego co dwa tygodnie przygotowywała nową gazetkę; zajmowało jej to jakieś siedem godzin w tygodniu, a rachunek wystawiała za piętnaście. Nie była jednak gotowa przyznać, iż jedynym powodem, dla którego znalazła się w swoim gabinecie w ten sobotni poranek, była chęć poflirtowania z grafikiem.

Co dziś robisz? – zapytał Tony.

Urodziny Hannah. Szesnastka.

Wszystkiego najlepszego dla Hannah.

Poczuła się nieswojo. Tony nie znał Hannah, nie było powodu, by składał jej życzenia. Nie pozwoliła mu wejść w swą osobistą sferę. Nie przedstawiła mu męża ani dzieci. Czy naprawdę oczekiwał, że przekaże córce życzenia od niego, jakby był jakimś przyszywanym wujkiem? Cóż za niestosowny pomysł.

Wcześniej Tony i Kim spotykali się mniej więcej raz na dwa tygodnie, zawsze w sprawach służbowych; odkąd nawiązali tę niezdefiniowaną relację, podwoili liczbę spotkań. Połączyła ich jakaś mglista nić porozumienia. W ich komunikacji nie było nic nieprzyzwoitego ani kompromitującego, ot zwykły, niewinny flirt; jeżeli nawet było w nim coś lekko zawstydzającego, to właśnie pewna niedojrzałość. Kontakt fizyczny ograniczał się do szybkiego uścisku na powitanie, dłoni położonej na ramieniu, żartobliwego kuksańca – cechowała go wymuszona niefrasobliwość. Zachowywali się jak para platonicznych przyjaciół, kumple ze studiów, rodzeństwo… Jedynie przyspieszone tętno Kim, kiedy słyszała jego głos, czytała wiadomości od niego lub wypowiadała jego imię, wskazywało na coś więcej. Płonęły jej wtedy policzki, a w dole brzucha czuła przyjemne ciepło.

Mogła tylko się domyślać, że Tony reaguje na nią podobnie, choć niekiedy jego zachowanie dawało jej do myślenia. Na przykład teraz: życzenia urodzinowe dla Hannah. W tych czterech słowach zawarł świadomość faktu, że Kim jest matką, żoną, kobietą, która prowadzi poukładane życie poza ich relacją. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że Tony też ma rodzinę, ale nie lubiła o tym myśleć. Nie chciała znać imion jego dzieci (Declan i Ruby). Nie chciała wiedzieć, że jego żona (Amanda) dużo pracuje, przez co większość obowiązków domowych – odbieranie dzieci ze szkoły, odwożenie ich na zajęcia pozalekcyjne, gotowanie obiadów – spada na Tony’ego, który jednocześnie pracuje nad swoimi projektami. Kim wolała myśleć o nim jak o samotnej wyspie – poza kontekstem rodzinnym. Nadeszła kolejna wiadomość.

Będzie impreza?

Tak. Kilka koleżanek, pizza i tort.

Pizza i tort? Jasne.

???

Przecież to szesnastolatki. Przemycą alkohol albo chłopaków.

Kim poczuła irytację. Tony nie znał Hannah. Nie miał powodu wrzucać jej do jednego worka ze wszystkimi bezmyślnymi szesnastolatkami, które znał z telewizji: zażywającymi narkotyki, rodzącymi dzieci w publicznych toaletach albo powodującymi śmiertelne wypadki drogowe. Traktowała poważnie swoje rodzicielskie obowiązki, a jej dzieci były tego dowodem. Czytała poradniki, uczęszczała na kursy, złapała równowagę pomiędzy wprowadzaniem granic a pozwoleniem na wyrażanie własnej osobowości, pomiędzy formułowaniem oczekiwań a narzucaniem nadmiernej presji. Poza tym rozmawiała ze swoimi dziećmi o wszystkim. Miała za sobą pogawędkę z Hannah o rozmaitych nastoletnich wybrykach – od samookaleczeń i palenia marihuany po zaburzenia odżywiania i amfetaminę. Dogłębnie przedyskutowały zagrożenia związane z upijaniem się do nieprzytomności. Akurat tak się szczęśliwie złożyło, że jej siostrzeniec, mieszkający w Oregonie, upił się na jakimś przyjęciu, publicznie oddał mocz, po czym wylądował w szpitalu pod kroplówką. Naturalnie powiedziała córce, że urodziny mają być bezalkoholowe. „Oczywiście, mamo”, odparła Hannah, ponieważ nie pijała alkoholu. Być może Declan i Ruby są typowymi, zbuntowanymi nastolatkami, które piją, palą i nie szanują matki, pracoholiczki, oraz ojca flirtującego ze współpracowniczką pod przykrywką projektowania ulotek. Dzieci Kim są inne. Dobrze wychowane.

Muszę kończyć, napisała.

Rozdrażniona, skasowała konwersację i wróciła do kuchni. Tony wydawał się jej atrakcyjny, czarujący, zabawny… Jego zainteresowanie mile łechtało jej próżność, zwłaszcza w obliczu całkowitej obojętności własnego męża. Tymczasem ten komentarz uświadomił Kim, że właściwie się nie znają. Współpracowali ze sobą od sześciu miesięcy, ale przez cały ten czas nie odbyli ani jednej istotnej rozmowy. Albo omawiali sprawy zawodowe, albo flirtowali niczym nastolatki, używając skrótów w rodzaju „LOL”. Co w nią wstąpiło?

– Już skończyłaś? – spytał Jeff, nie odrywając wzroku od monitora, kiedy wróciła do kuchni.

– Nie miałam wiele do zrobienia. – Podeszła do ekspresu. – Zostawiłeś pusty dzbanek na rozgrzanej płycie.

– Nie chciałaś kawy.

– To nie znaczy, że masz roztrzaskać dzbanek albo puścić kuchnię z dymem.

Wreszcie na nią spojrzał.

– Czemu się czepiasz?

– Nie czepiam się – warknęła, po czym, kierując się ku szerokim schodom wiodącym do głównej sypialni, oświadczyła: – Idę pod prysznic.

– Potrzebujesz pomocy w przygotowaniach do przyjęcia?

Odwróciła się, udobruchana nieoczekiwaną propozycją, która przypomniała jej, że nadal stanowią zespół. Nieważne, jak wiele ich dzieli, jak bardzo ją zranił – są na siebie skazani. Spojrzała na jasne potargane włosy męża, na jego nieogoloną twarz, która wciąż miała chłopięcy wyraz, choć skończył już czterdzieści osiem lat. W głębi duszy żywiła nadzieję na odzyskanie tego, co niegdyś ich łączyło. Nagle pożałowała tych dziesięciu minut spędzonych w samotności na korespondowaniu z innym mężczyzną.

– Obiecałam Hannah tort z masłem orzechowym i czekoladą z cukierni na Cesar Chavez. Moglibyśmy się przejść. Słońce właśnie próbuje się przebić przez chmury.

– Umówiłem się z Grahamem. Idziemy na basen i pobiegać.

Zacisnęła zęby.

– W takim razie nie ma o czym mówić.

– W sierpniu triatlon! – zawołał za nią.

 

Przed dziesiątą czterdzieści audi Kim było wypełnione po dach niezdrowymi przekąskami, napojami, półmiskami warzyw oraz trzema bukietami świeżych fioletowych tulipanów – w ulubionym kolorze Hannah. W torebce od Gucciego spoczywało pudełko z bransoletką wartą pięć tysięcy dolarów, którą ona i Jeff postanowili podarować córce. W ich środowisku poprzeczka była zawieszona wysoko: jedna z koleżanek Hannah dostała na urodziny samochód; jej ojciec chwilę wcześniej odpłynął w ramiona higienistki dentystycznej, więc miał pewne winy do odkupienia. Kim uważała, że bransoletka z białego złota i diamentów jest mniej krzykliwym wyrazem miłości.

Ostatni przystanek to Tout Sweet – kolorowa cukiernia uwielbiana przez dzieciaki. Tutejsze makaroniki, pianki i bezy cieszyły się taką popularnością, że co rusz otwierano kolejny punkt; cukrowe oblężenie miasta. Właśnie skończyła zamawiać tort, gdy usłyszała za plecami czyjś głos:

– Kim?

Odwróciła się i natychmiast została zamknięta w uścisku.

– Mój Boże! Jak się masz?

Lisa. Matka Ronni, koleżanki Hannah. Przyjaźniły się kiedyś, gdy dziewczynki były małe, ale ta relacja została im niejako narzucona przez okoliczności. Tak naprawdę były skazane na swoje towarzystwo, kiedy pilnowały córek wyczyniających akrobacje na placach zabaw, chlapiących się w zasikanych basenowych brodzikach lub skaczących na dmuchanych pałacach. Czasami Kim zapraszała Lisę na kieliszek białego wina, gdy ta przyjeżdżała do nich odebrać Ronni. Wiele je różniło, lecz mimo to nawiązała się między nimi pewna nić porozumienia. Lisa była samotną matką zafascynowaną filozofią New Age, pracowała dorywczo i mieszkała z córką na południowym zboczu Portero, wprawdzie nie w mieszkaniu socjalnym, lecz zdecydowanie skromniej niż Sandersowie. Kim zależało na tym, by jej dzieci miały do czynienia z różnorodnością, dlatego posłała je do prywatnej szkoły z bogatą ofertą stypendialną. Oraz dawała dobry przykład, przyjaźniąc się z kimś o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. Noblesse oblige.

– Lisa… Całe wieki cię nie widziałam.

– Wiem! Teraz, kiedy dziewczynki dorosły, w ogóle nie mamy okazji się spotkać.

Kim spojrzała na długie, pofalowane włosy Lisy, na jej opaloną skórę… Była tylko kilka lat młodsza, ale wciąż ubierała się w młodzieżowym stylu. W swoich balerinach i eleganckiej tunice poczuła się przy niej jak matrona.

– Świetnie wyglądasz.

– Zaczęłam surfować. Allan, mój nowy facet, jest miłośnikiem surfingu. Pracuje jako kucharz, więc jest bardzo kreatywny i energiczny. A także wysportowany – Lisa pochyliła się i dotknęła ramienia Kim – jeśli wiesz, co mam na myśli.

Owszem, wiedziała. Uniosła brwi i uśmiechnęła się z udawanym podziwem. Tak naprawdę była zażenowana tym nadmiarem szczerości, szczególnie że ona i Jeff nie uprawiali seksu od blisko roku.

– W maju zabieram się do roboty – ciągnęła Lisa. – Idę na kurs reiki i uzdrawiania dotykiem.

– To dobrze – odparła Kim z całym entuzjazmem, jaki zdołała z siebie wykrzesać. Lisa miała na swoim koncie kilka mądrych inwestycji w rynek nieruchomości, ale czy w obecnej sytuacji gospodarczej reiki to potrzebna umiejętność? Czy uzdrawianie dotykiem to plan Lisy na wykształcenie córki? Chociaż Ronni nigdy nie przejawiała zainteresowania studiami…

Nagle przypomniała sobie, czemu ich przyjaźń nie rozkwitła. Lisa była ekscentryczką. Wariatką. Dziwaczką. Wprawdzie nie miała łatwego życia – Kim bardzo jej współczuła bolesnych przeżyć – ale była zdecydowanie zbyt oderwana od rzeczywistości. W przeciwieństwie do pragmatycznej, mocno stąpającej po ziemi Kim. Toteż kiedy drogi dziewczynek się rozeszły, również ich kontakt stopniowo osłabł. Dopiero niedawno Ronni wróciła do towarzyskiego kręgu Hannah.

– Ronni wybiera się dziś na urodziny Hannah, prawda?

– Nie może się doczekać! Tak się cieszę, że odnowiły znajomość.

– Ja też – skłamała Kim. Już jako mała dziewczynka Ronni była przemądrzała wobec dorosłych i zdawała się dominować nad łagodną Hannah – typowa jedynaczka, wychowywana przez samotną matkę. W wieku szesnastu lat pozowała na światową i zblazowaną, epatowała znudzeniem i pogardą, typowymi dla dzisiejszych nastolatków.

– Praszam… – przerwała im nastoletnia sprzedawczyni. – Ma być jakiś napis na torcie? – Dziewczyna była bardzo podobna do Ronni: taka sama maska fluidu na twarzy, skrupulatnie wyrysowane brwi, rzęsy jak pajęcze odnóża i blade, błyszczące usta. Te dziewczęta przypominały lalki… seksowne lalki. Bardzo niepokojące.

Kim spojrzała na Lisę.

– Może: „16. urodziny Hannah, wszystkiego najlepszego”? Nie będzie obciachowo?

– Skąd! One tylko zgrywają twardzielki. W głębi duszy wciąż są małymi dziewczynkami.

Kim z uśmiechem uścisnęła jej dłoń. Wariatka, ale miła wariatka, pomyślała.

– Dobrze cię widzieć – powiedziała szczerze. – Może umówimy się któregoś dnia na kawę?

– Bardzo chętnie.

Już po kilku chwilach szła do samochodu, niosąc przed sobą pudełko z tortem, który nagle wydał się jej okropnie ciężki. Poczuła się słaba, pozbawiona energii i znacznie starsza, niż była w rzeczywistości. Spotkanie z Lisą sprawiło jej przyjemność – pozostały znajomymi mimo upływu lat i diametralnie różnych osobowości – ale ogarnęło ją poczucie monotonii własnego życia. Lisa zmieniała pracę, miała nowego mężczyznę, uprawiała surfing, tymczasem w życiu Kim od czasu narodzin Aidana nie wydarzyło się nic ekscytującego. Chyba że wziąć pod uwagę zeszłoroczny incydent, czego jednak nie zamierzała robić. Ekscytacja to nie to samo co katastrofa. Po prostu.

Umieściła tort w bagażniku, po czym zerknęła na zegarek. Hannah pośpi co najmniej do południa; zostało jeszcze trochę czasu do zabicia. Rozważała zabieg u kosmetyczki, ale od poprzedniego minął dopiero tydzień, a powtarzane zbyt często powodowały wypryski skórne. Mogłaby zrobić paznokcie u rąk i nóg, lecz nie miała przy sobie klapek. Zawahała się tylko przez chwilę, zanim wyjęła telefon i wybrała numer. Słuchała sygnału z przyspieszonym biciem serca.

– Tony Hoyle. – Jego głos jak zwykle wywołał rozkoszny dreszcz.

– Cześć. To ja.

– Cześć, Kim – odparł z przesadną uprzejmością. Najwyraźniej nie był sam, zapewne towarzyszyli mu Declan i Ruby. Może nawet żona. – Jak tam postępy w pracy?

– Szczerze mówiąc, mam pewien problem. – Zdała sobie sprawę, że oblała się potem i rumieńcem; ta gra była jej obca, a jednocześnie cudownie zakazana. – Może moglibyśmy się spotkać i omówić kilka rzeczy?

– Da radę. Gdzie i kiedy?

– Hm… teraz. W Farley’s.

– Świetnie. Wezmę laptopa z materiałami i wspólnie coś wymyślimy. – Rozłączył się.

Kim odeszła od parkometru z łobuzerskim uśmiechem. Jedna rozmowa telefoniczna cofnęła ją do czasów liceum.

 

HANNAH

TAMTEGO DNIA

Hannah zmrużyła oczy w promieniach przedpołudniowego słońca przenikających przez ażurowe zasłony. Szesnaście lat. Nareszcie – to była jej pierwsza myśl po przebudzeniu. Przeturlała się na skraj łóżka i sięgnęła po telefon. Mama zabroniła trzymać go w sypialni (docierały do niej opowieści o nastolatkach, które zarywały całe noce, pisząc esemesy!); na szczęście często zapominała tego dopilnować. Czternaście wiadomości z życzeniami! Nieźle, wziąwszy pod uwagę fakt, że większość jej rówieśników jeszcze spała. Sprawdziła serwisy społecznościowe i znalazła jeszcze więcej życzeń.

Otulona ciepłą, luksusową kołdrą, przez chwilę delektowała się spokojem. Zazwyczaj mama zrywała ją z łóżka o jakiejś nieludzkiej porze, zaganiała do nauki, pianina lub idiotycznych, nikomu niepotrzebnych prac domowych. Tego ranka panowała cisza. Matka zapewne poszła na pilates, ojciec pracuje albo trenuje, a młodszy brat, podłączony do jakiegoś urządzenia, przeżuwa śniadanie, poruszając pryszczatą szczęką. Idealna pora na refleksję.

Miniony rok był dla niej bardzo łaskawy, szczególnie ostatnie dwa miesiące, odkąd Noah obdarzył ją swoją uwagą. Jej życie zmieniło się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z pełną naiwnością i prostotą przyjmowała zainteresowanie najpopularniejszego chłopaka w szkole. Nagle stała się kimś ważnym i podziwianym… Kiedy Noah uznał ją za godną uwagi, reszta szkoły poszła za jego przykładem. Łącznie z Ronni Monroe i Lauren Ross.

Obie były w jej wieku, lecz znacznie bardziej wyrafinowane. Zwłaszcza Lauren, która emanowała pewnością siebie, arogancją i odrobiną okrucieństwa, co – jak wie każdy licealista – stanowi zestaw cech świadczących o posiadaniu władzy. Hannah doskonale wiedziała, że Lauren poświęca jej swój czas wyłącznie z powodu kręcącego się wokół niej Noah, ale wierzyła, że zdoła przekuć owo zainteresowanie w prawdziwą przyjaźń. Mogła się wiele nauczyć od szkolnej gwiazdy pokroju Lauren, więc była gorliwą protegowaną.

W pewnym sensie przyjęcie do paczki najpopularniejszych dzieciaków w szkole nie stanowiło dla niej zaskoczenia. W podstawówce przyjaźniła się z Ronni Monroe, która jednak przeskoczyła ją w siódmej klasie – jej przedwcześnie bujne kształty przyciągały uwagę starszych kolegów. Hannah dojrzewała powoli. Noah był jej pierwszym chłopakiem; wcześniej była dosłownie niewidzialna dla płci przeciwnej. Poza tym matka Ronni pozwalała jej się malować i nosić krótkie szorty do szkoły, podczas gdy matka Hannah prowadziła kampanię przeciwko dojrzewaniu córki, zakazując jej przywdziewania skąpej odzieży, używania kredki do oczu, słuchania rapu oraz wszelkich aktywności, które mogłyby się przyczynić do „hiperseksualizacji” nastolatki. Kim bowiem obejrzała film dokumentalny na ten temat i od tamtej pory bez przerwy przynudzała o „epidemii seksualizacji nastolatek”, poczuciu własnej wartości i kobiecej sile. Taki oto pech prześladował Hannah.

Jej życie przed Noah może nie było nieznośne, raczej zwyczajnie… nudne. Kręciło się wokół szkoły, koszykówki, lekcji gry na pianinie – innymi słowy: polegało na spełnianiu oczekiwań rodziców. I nagle, jakieś dwa tygodnie po tym, jak zaczęła chodzić z Noah, podeszły do niej Lauren i Ronni. Bez szczególnego entuzjazmu zapytały, czy chce coś porobić. Hannah wiedziała, że to wielkie wyróżnienie. Od dwóch lat podziwiała szkolne królowe piękności, paradujące z nonszalancją pośród zwykłych szaraczków i patrzące na nie z góry. Hannah awansowała do grona szkolnych monarchiń.

Przywołała w głowie obraz Noah – jego leniwy uśmiech, błękitne oczy, mięśnie zarysowane pod czarną koszulką. Poczuła zabawne łaskotanie w dole brzucha i wsunęła dłoń w majtki. Podrapała się energicznie. Lauren i Ronni nalegały, żeby ogoliła sobie „tam” wszystkie włosy. Podobno robią tak wszystkie dziewczyny oprócz hipisek i fanatyczek religijnych. Tak jest bardziej higienicznie, seksownie i chłopcy to lubią – a w zasadzie wymagają tego. Hannah musiała przyznać, że włosy łonowe są obrzydliwe. Ale do diabła, jak to swędzi!

Noah jeszcze nie zapoznał się z tą bezwłosą częścią jej ciała. Mimo ogromnej powagi ich związku dotychczas tylko się całowali. Nie posunęli się dalej głównie z powodu braku sprzyjających okoliczności. Na imprezie u Tylera Harrisa pozwolili sobie na mały petting przez ubranie, ale Hannah wiedziała, że wkrótce Noah zacznie oczekiwać czegoś więcej. Według Lauren i Ronni niektórzy chłopcy zadowalają się pettingiem przez miesiąc czy dwa, jeśli dziewczyna naprawdę bardzoim się podoba, lecz jeśli nie jest gotowa na seks, choćby oralny, szybko tracą zainteresowanie. W zeszłe wakacje Noah chodził z Kennedy Weaver, z którą uprawiał seks dziesiątki razy. Hannah niedługo będzie musiała się z nim przespać, tak podejrzewała.

Po kolejnym gwałtownym ataku swędzenia postanowiła opuścić ciepłe łóżko. Nie dając sobie czasu na zmianę zdania, odrzuciła kołdrę i wystawiła ciało na pastwę chłodu. Ich nowoczesny dom był piękny – wszyscy tak mówili – ale miał betonowe podłogi, wysokie sufity i dużo przeszklonych przestrzeni, które nie sprzyjały utrzymaniu ciepła. Niemal straciła czucie w stopach, drepcząc szybko w stronę podwójnej łazienki, którą dzieliła z Aidanem. Pośpiech był konieczny. Nie tylko po to, żeby uchronić stopy przed odmrożeniem, ale też dlatego, że czekało ją jeszcze mnóstwo przygotowań przed imprezą.

Żeby się zrelaksować, weszła pod prysznic. Nadchodzący wieczór był znaczący dla jej pozycji w szkole. Przyjdą najpopularniejsze dziewczyny z Hillcrest, a także jej dwie „stare” przyjaciółki. Marta i Caitlin były grzecznymi dziećmi, takimi jak ona, ale ostatnio ich niedojrzałość zaczęła jej przeszkadzać. Nie żeby się ich wstydziła, po prostu miała nadzieję, że nie zrobią nic głupiego w obecności jej nowych, wyluzowanych koleżanek. To nie miał być kinderbal – zresztą Lauren i Ronni jasno sprecyzowały swoje oczekiwania…

 

Podeszły do niej rano, kiedy chowała książki do szafki.

– Hej, jubilatko. – Lauren uściskała ją jako pierwsza. W ramionach Hannah była drobniutka niczym mała dziewczynka. Dziecko o zaokrąglonych biodrach, jędrnych piersiach i talii osy. Dziecko o długich włosach koloru miodu, zaspanych, seksownych oczach i lśniących, wydętych usteczkach.

– To dopiero jutro.

– Szczegół – skwitowała Ronni, następna w kolejce do przytulania. Była wyższa od Lauren, ale również drobna, do tego miała nieproporcjonalnie duże piersi, które wzbudzały zazdrość Hannah. Jej oliwkowa cera pod starannym makijażem była nieskazitelna, a włosy ciemne i lśniące. Ojciec Ronni był w połowie Portorykańczykiem czy może Gwatemalczykiem – coś w tym rodzaju. Przynajmniej przekazał jej dobre geny, zanim zniknął z jej życia. W porównaniu z Lauren i Ronni Hannah zawsze czuła się wielka i niezdarna. Ale też wyróżniona. Mimo wszystko została przez nie wybrana – niczym najładniejszy kociak z miotu, najbardziej urocze szczenię. Dostała złoty bilet do Hollywood.

Pochwyciła zazdrosne spojrzenie Sarah Foster, która właśnie je mijała. Sarah była wysoką, chudą blondynką. Miała nienaganny styl i umawiała się tylko z właściwymi chłopakami. Przez chwilę dostąpiła zaszczytu orbitowania w blasku Lauren i Ronni, ale coś się zepsuło. Plotka głosiła, że Sarah flirtowała z chłopakiem, który interesował Lauren, lecz plotkom nie można do końca ufać. Lauren Ross obgadywało mnóstwo ludzi. Małych, zawistnych ludzi, którzy nie dorastali jej do pięt.

– Co się gapisz? – warknęła Lauren, która również zauważyła Sarah.

Dziewczyna przyspieszyła i wkrótce wtopiła się w tłum na korytarzu.

Lauren i Ronni zachichotały porozumiewawczo.

– Zdzira – mruknęła Ronni.

Tymczasem Lauren ponownie skierowała uwagę na Hannah.

– Nie mogę się doczekać jutra.

– Zaszalejemy – dodała Ronni.

– Totalnie – potwierdziła Hannah, ale jej żołądek ścisnął się z nerwów. Jakim cudem zdoła wyprawić szaloną imprezę pod jednym dachem z najsurowszą matką w okolicy? Już dostała wytyczne: żadnego alkoholu, narkotyków, chłopców, korzystania z Internetu bez nadzoru i filmów dla dorosłych. Czy pizza i filmy bez ograniczeń wiekowych spełnią oczekiwania Lauren i Ronni? Będą chichotać i plotkować na nudnym, dziecinnym przyjęciu Hannah? Już sobie wyobrażała ich reakcję: Czy ona kończy dwanaście lat? Pizza i Igrzyska śmierci? Serio?

– Mamy dla ciebie prezent – oznajmiła Lauren.

– Dla ciebie i dla Noah – uzupełniła Ronni.

Zapewne coś związanego z seksem, pomyślała Hannah. Paczka prezerwatyw? Jakiś erotyczny gadżet? Smakowy lubrykant? O matko…

– Jaki? – Jej głos, pomimo starań, zdradzał napięcie.

– Zobaczysz jutro – odparła Lauren. – A co dostałaś od Noah?

Hannah się zaczerwieniła.

– Nic. Jeszcze się z nim nie widziałam, ale mówiłam, żeby nic mi nie kupował…

– Czego chcesz? – warknęła Ronni znienacka.

Hannah potrzebowała chwili, żeby się zorientować, że warknięcie skierowane było do właściciela sąsiedniej szafki, Raymonda Suna.

Intelektualista Raymond stanął niepewnie, ponieważ koleżanki Hannah zagradzały mu dostęp do szafki numer 71.

– Ja tylko… Książkę do matmy – wydukał nerwowo.

– Za sekundę – powiedziała lekceważąco Lauren, po czym zwróciła się do Hannah: – Co jutro pijemy?

Hannah poczuła, że ogarnia ją fala paniki.

– Może wódkę? Czy wolicie rum?

– Wódka nie ma kalorii – oświadczyła Ronni.

– Hm… – Raymond nieśmiało postąpił krok do przodu. – Zaraz będzie dzwonek. Mam matmę.

– Wyluzuj, pacanie – fuknęła pogardliwie Lauren.

– Weźmiesz swoje jebane książki, kiedy skończymy rozmawiać – syknęła Ronni.

Lauren oparła się o szafkę Raymonda.

– Wszystko mi jedno, co będziemy pić albo ćpać…

– Byle sponiewierało – dokończyła Ronni.

– Otóż to. – Hannah wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu, kątem oka obserwując Raymonda Suna, który z rezygnacją pokręcił głową i odszedł.

 

Nawet teraz, kiedy odchylała głowę, żeby spłukać odżywkę z sięgających ramion włosów, czuła się nieswojo na wspomnienie tej sceny. Czy to litość? Poczucie winy? Kujon Raymond nie był jej najlepszym przyjacielem, ale ich szafki sąsiadowały ze sobą od roku i choć rozmawiali niewiele, zawsze był uprzejmy: pomagał jej odkładać ciężkie podręczniki na najwyższą półkę, podnosił przedmioty, które niechcący upuściła… Sarah Foster, która również padła ofiarą gniewu najpopularniejszych dziewczyn w szkole, nie wzbudzała w niej litości. Najwyraźniej zasłużyła sobie na takie traktowanie, skoro była tak głupia, żeby rozzłościć Lauren i Ronni. Raymond jednak był kompletnie nieszkodliwy, zawinił tylko tym, że ma szafkę przylegającą do szafki Hannah. Stado wilków rozerwało na strzępy ratlerka.

Trudno, teraz nie miała czasu na opłakiwanie zranionych uczuć Raymonda. Otrząsnęła się i skupiła na czekającej ją misji. Wiedziała, co ma zrobić – Lauren i Ronni wyraziły się jasno – nie wiedziała tylko, jak tego dokonać. Zakręciła wodę i wyszła spod prysznica.

 

Zbiegła po szerokich schodach z wciąż jeszcze wilgotnymi włosami. W domu panowała cisza.

– Halo? – Jej głos odbił się echem od surowych ścian, okiennych szyb, gładkich, wypolerowanych podłóg.

Ruszyła w kierunku nowocześnie urządzonej, przestronnej kuchni. Pusto. W tej samej chwili do pomieszczenia wkroczył jej młodszy brat, w słuchawkach na uszach i z deskorolką pod pachą.

– Gdzie rodzice?

– Mama chyba na zakupach. Tata biega. Albo pływa. – Wyjął z lodówki sok pomarańczowy i napił się prosto z kartonu.

– Jesteś jaskiniowcem.

Aidan posłał siostrze zadowolony uśmiech i odstawił sok.

– Powiedz mamie, że jestem w skateparku – powiedział i ruszył w stronę drzwi.

Hannah podążyła za nim.

– Nie będzie cię tu chyba dziś wieczorem, co? – Nie chciała, żeby Lauren Ross była narażona na spotkanie z jej trzynastoletnim bratem. Był dziecinny i wkurzający, a poza tym rozsiewał wokół gryzącą woń niemytego ciała, grzybów i gazów.

– Nocuję u Marcusa.

– Chwała Bogu.

– Spierdalaj.

– Sam spierdalaj. – Lubowali się w przeklinaniu pod nieobecność rodziców. To był ich łagodny wyraz buntu.

Aidan przyklęknął, żeby zawiązać buty. Hannah obserwowała go z namysłem. Czyżby jednak młodszy brat mógł jej się na coś przydać? Czy jest wystarczająco zdesperowana, by poprosić go o pomoc? Zaczerpnęła powietrza…

– Czy w skateparku sprzedają maryśkę?

Wyprostował się i wyjął słuchawki z uszu.

– Chcesz, żebym ci kupił marihuanę?

Tak, bardzo chciała. Gdyby tylko miała pewność, że może mu zaufać. Zmierzyła wzrokiem potargane włosy, opadające spodnie… Pułapki pozowania na twardziela, ale to przecież tylko powierzchowność. W jego oczach wciąż tliły się niewinność i naiwność. Aidan nadal tkwił pod pantoflem mamusi. Nie wierzyła, że jest dość odjechany, by kupić towar od dilera. Co gorsze, niewątpliwie naskarżyłby rodzicom, że w ogóle go o to poprosiła.

– Jasne, że nie. Po prostu wyglądasz na ćpuna.

– Taaa. Jestem strasznym ćpunem – prychnął i chwycił za klamkę.

– Nie złożysz mi życzeń?

– Miałem zamiar.

– Wcale nie. Wychodziłeś.

– Jeszcze tu jestem, nie? – Otworzył drzwi i mruknął pod nosem: – Wszystkiego najlepszego, zołzo.

– Idź do diabła! – krzyknęła za nim.

Wróciła do kuchni, żeby zrobić sobie smoothie, kiedy zadzwonił telefon. Sięgnęła po przenośną słuchawkę, która leżała na blacie obok lodówki z podwójnymi drzwiami. Na ekranie wyświetlił się numer telefonu komórkowego matki.

– Wszystkiego najlepszego, córeczko! – zawołała śpiewnie, z przesadną emfazą. Jej głos sprawił, że Hannah poczuła wręcz fizyczną odrazę. Winiła za to stres i pusty żołądek, choć fałszywa słodycz matki też zrobiła swoje.

– Gdzie jesteś?

– Robię zakupy na dzisiejsze przyjęcie. Chipsy, napoje, tort… I coś specjalnego dla ciebie, ale będziesz mogła otworzyć, dopiero kiedy tatuś wróci.

Chipsy. Napoje. Tatuś.Te trzy słowa wzmogły lęk, który znalazł ujście w nieprzyjemnym skurczu brzucha. Nie może pozwolić, aby jakaś wpadka na przyjęciu urodzinowym zdegradowała jej pozycję w szkole, zrobiła z niej pośmiewisko. Kończyła szesnaście lat, na litość boską! Rodzice, którzy wypierają ten fakt, nie zrujnują jej reszty życia.

– O której wrócisz?

– Za jakieś pół godziny. Zrobię ci późne śniadanko. Może naleśniki z czekoladą?

Z jakiegoś niezrozumiałego powodu ścisnęło ją w gard­le. Mama próbowała być miła, ale traktowała ją jak dwulatkę. Hannah poczuła, że zalewa ją fala współczucia wobec rodzicielki. Życie Kim było takie nudne, takie spokojne, takie… skończone. Starość wprawdzie jeszcze jej nie dosięgła, ale co mogło ją czekać? Kolejne czterdzieści lat krzątania się po domu, pisania nudnych ulotek i małżeńskiej obojętności? Związek rodziców wydawał się Hannah wygodną koegzystencją opartą na nierównym podziale obowiązków domowych i wychowawczych oraz wspólnym koncie bankowym. Wegetacją pozbawioną czułości, uczucia, jakiejkolwiek namiętności. Ona sama przenigdy nie zaakceptuje tak nędznej egzystencji, nie będzie żyła życiem swoich dzieci, ślepa na to, że się odsuwają, budują własny świat, dokonują własnych wyborów. Mama nigdy nie zrozumie osoby, którą się stawała jej córka. Traci ją, nawet o tym nie wiedząc.

– Mogą być naleśniki. Dzięki.

Odłożyła słuchawkę i stanowczym krokiem podeszła do znajdującej się nad lodówką szafki z alkoholem. Mama oczywiście wybrała na barek miejsce niedostępne dla małych dzieci; tyle że małe dzieci zwykle nie są zainteresowane alkoholem. Dzisiaj Hannah miała sto siedemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i bez trudu sięgała obiektu pożądania. Wyjęła butelkę wódki, napoczętą, ale prawie pełną; rodzice rzadko pijali drinki z mocnych alkoholi – mama wolała wino, a ojciec słabe, niskokaloryczne piwo. Następnie pochyliła się i z szafki z naczyniami wyjęła wysoki bidon z nierdzewnej stali. Drżącymi dłońmi przelała doń połowę wódki, ubytek uzupełniła wodą, po czym odstawiła butelkę na miejsce. Miała nadzieję, że rodzice nie nabiorą nagłej ochoty na mocne trunki.

Pędzona strachem, zbiegła do pokoju rekreacyjnego w piwnicy. Lubiła go, choć był chłodny i wilgotny. Rodzice wyburzyli niemal wszystko, przerabiając stary dom na swoją wymarzoną, nowoczesną rezydencję, oszczędzili jednak piwnicę, w której pozostały stare panele i zabytkowa armatura łazienkowa. W przeciwieństwie do reszty surowych, nowoczesnych pomieszczeń pokój rekreacyjny pozostał staroświecki.

Zniszczona kanapa i ława ze szkła przypominały Hannah dom, w którym mieszkali, kiedy ona była mała, a rodzice młodzi i pełni radości życia. Porządne głośniki i duży, płaski telewizor dopełniały wyposażenia, czyniąc to miejsce odpowiednim do przyjmowania gości. Wsunęła bidon pomiędzy tweedowe poduszki kanapy, po czym odstąpiła krok do tyłu, oceniając kryjówkę. Wyglądała dobrze. Jednakże gdy Hannah usiadła, poczuła twardy zarys butelki. Uklękła i schowała butelkę pod kanapę, zakrywając podartym fragmentem tapicerki.

Dobrze. Impreza uratowana.

 

JEFF

TAMTEGO DNIA

Jeff biegał w kółko w równym tempie. Puls dudnił mu w uszach, krew szumiała w żyłach. Oddychał przez nos, dostarczając tlen sercu i przeciążonym mięśniom. W tej chwili pozostawał ślepy na pocztówkowe widoki – na most Golden Gate, ciemnogranatowy Pacyfik, a nawet na przebiegających obok niego ludzi. Był świadom jedynie bolących nóg, ściśniętych płuc, pracy żywego organizmu.

Graham siedział w kucki, z głową zwieszoną między kolanami.

– Chryste panie! Kurwa mać…

– Było dobrze. – Jeff oddychał już prawie normalnie. Skrawkiem koszulki otarł pot z czoła.

Graham wstał z wysiłkiem.

– Zasłużyliśmy na piwo.

– Nie mogę – odparł Jeff automatycznie; przez ostatni rok był zaprogramowany na odmawianie sobie prostej przyjemności wypicia piwa z przyjaciółmi. – Moja córka ma dziś urodziny.

– Tylko po jednym. – Graham pochodził z Australii. W jego kulturze nie odmawiało się zimnego piwka, niezależnie od tego, kto akurat miał urodziny. Jennie, jego żona, zaakceptowała ten męski światopogląd, mimo że sama była Amerykanką. Chyba nawet uważała go za ujmujący. Nie wkurzała się o treningi zakończone krótką wizytą w barze, była wyluzowana, zrelaksowana, wesoła… Zupełnie inna niż Kim.

– Nie da rady. Dzieciak czeka na prezent. – Jeff cieszył się, że ma prawdziwą wymówkę i nie musi niczego wymyślać.

– Jak chcesz, stary. Do zobaczenia jutro.

Prowadził swoją teslę model 5 przez sobotnie popołudniowe korki. Czuł się lekko sfrustrowany, choć tak naprawdę nie miał szczególnej ochoty na piwo z Grahamem: musiał ograniczać alkohol przed triatlonem, a z przyjacielem już i tak spędzał dość czasu – w pracy i na treningach. Ta sytuacja po raz kolejny uświadomiła mu, na jak krótkiej smyczy trzyma go żona. Czasami, na przykład w tej chwili, miał ochotę ją nią udusić. Oczywiście nie powinien zrzucać całej winy na Kim, w końcu dobrowolnie przystał na postawione przez nią warunki, aby utrzymać małżeństwo i uniknąć rozpadu rodziny. Co z tego, skoro za każdym razem, kiedy któryś z kolegów lub znajomych składał mu niewinną propozycję wspólnego drinka czy piwa po treningu, czuł się niczym skarcone dziecko. A Kim, zamiast być jego żoną, wchodziła w rolę kontrolującej matki.

Przycisnął gaz do dechy, korzystając z pustego odcinka na Van Ness. Poczuł chwilową ulgę, ale gorycz zaraz wróciła. Owszem, dał ciała, ale to było prawie rok temu. Ile jeszcze musi minąć, żeby zapłacił za swój błąd? Dostał szlaban niczym zbuntowany nastolatek. Chciał wrócić do domu na urodziny córki, chciał być przy tym, jak rozpakowuje bransoletkę, którą wybrała dla niej Kim. Po prostu wolałby nie czuć się do tego zmuszany.

Wszystko zaczęło się w Vegas; jakżeby inaczej. Vegas. Pojechał tam na konferencję dla programistów, handlowców i najważniejszych klientów. Oprócz wykładów i spotkań służbowych w planie były turnieje golfa, kolacje i pogawędki przy drinkach. Jeff dotarł do osiemnastego dołka z jakąś dyrektorką z Montrealu, która chyba z nim flirtowała – nie był pewien, bo wyszedł z wprawy, a ona miała francuski akcent – kolegą z chicagowskiego biura oraz szefem działu informatycznego jednej z większych uczelni na południu kraju. Alkohol płynął szerokim strumieniem, jednak panował nad sobą. Zasiadł do kolacji w całkiem dobrej formie.

Dopiero gdzieś pomiędzy kolacją a trzecią w nocy na scenę wkroczyła tequila. Następnie Nathan McIntyre, dwudziestosześcioletnie cudowne dziecko z biura w Au­stin, zaproponował przeniesienie imprezy do jego pokoju. I wtedy sprawy wymknęły się spod kontroli. Nathan miał wizytówkę luksusowej agencji towarzyskiej i ochotę na to, żeby pogrzeszyć. Jeff bez namysłu odrzucił zaproszenie; nie pociągała go wizja orgii z prostytutkami, był szczęśliwym mężem i ojcem. Poza tym nigdy nie rozumiał, dlaczego niektórzy mężczyźni lubią płacić za seks – wydawało mu się to desperackie i niesmaczne. Pomijając przekonania moralne, był zbyt pijany, żeby zadziałał mu sprzęt, nawet gdyby poczuł taką pokusę. Ledwie patrzył na oczy, umysł zasnuwała mu alkoholowa mgła, a o dziewiątej trzydzieści następnego dnia miał wygłosić referat na temat strategii globalnego rozwoju. Potrzebował snu. Zatoczył się w stronę swojego pokoju, ignorując wulgarne zachęty kolegów.

Nie pamiętał, jak trafił do łóżka, ale obudził się całkowicie ubrany. Dudniło mu w głowie, paliło w ustach, żołądek się buntował, grożąc rewolucją. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że dudnienie nie dochodzi jedynie z wnętrza jego czaszki. Ktoś pukał do drzwi. Spojrzał na zegarek. Kurwa mać! Za kwadrans dziewiąta! Do prezentacji została niecała godzina. W tym czasie musiał wziąć prysznic, uporządkować notatki i prawdopodobnie zwymiotować.

– Jezu, wyglądasz jak reanimowane zwłoki – oświadczył Nathan. On sam sprawiał wrażenie świeżego i wypoczętego, mimo że balował jeszcze długo po tym, jak Jeff poszedł spać.

– Muszę wziąć prysznic. – Jeff nie miał czasu na uprzejmości. – Mam prezentację o dziewiątej trzydzieści.

– Wiem. Przyniosłem ci coś na wzmocnienie. Pomyślałem, że się przyda. – Nathan wręczył mu małą fiolkę wypełnioną przezroczystym płynem. – LSD – wyjaśnił, widząc skonsternowaną minę Jeffa. – Rozpuszczone w spirytusie z wodą destylowaną.

– Nie, dziękuję. – Jeff oddał mu fiolkę. Nigdy nie interesowały go psychodeliki i nie miał zamiaru tego zmieniać w wieku czterdziestu siedmiu lat, w dodatku na chwilę przed ważnym służbowym wystąpieniem. Czy ten dzieciak ma dobrze w głowie?

Nathan spojrzał na niego.

– Nigdy nie słyszałeś o mikrodawkach?

– Nie.

– Są bardzo popularne w naszej branży. Zażyj kilka kropli tego specyfiku, a doznasz natychmiastowej transformacji. Będziesz pełen energii, skoncentrowany, wnikliwy… Bez śladu kaca.

Tak w ogóle to Jeff próbował wcześniej narkotyków, oczywiście, że próbował. Ale w zupełnie innym życiu. Miał wtedy dwadzieścia parę lat, studiował w NYU i imprezował po trzydzieści godzin bez przerwy prawie w każdy weekend. Palił trawkę, próbował kokainy i grzybków. Dzisiaj jednak był innym człowiekiem – miał dzieci, karierę, małżeństwo… wszystkie te zobowiązania, które z zasady wykluczają ćpanie. No, ale to jest Vegas, pomyślał. Pulsująca, neonowa Nibylandia, gdzie nie ma miejsca na prawdziwe życie, gdzie człowiek może beztrosko dogodzić swojemu wewnętrznemu dziecku. Czy też – w jego przypadku – wewnętrznemu dwudziestodwulatkowi. Nie musiał się martwić o zdanie Kim ani o to, jaki przykład daje dzieciom. Wszystkie jego zmartwienia ograniczały się aktualnie do przebrnięcia przez szesnastominutową prezentację.

– Nie odlecę? – upewnił się.

– Nie ma szans. To dawka psycholityczna; daje podobny efekt jak zażycie tabletki ritalinu albo adderallu. Pozostaniesz sobą. Najlepszą wersją siebie. – Nathan uśmiechnął się i ponownie wyciągnął przed siebie fiolkę.

Jeff ścisnął ją w spoconej dłoni, po czym poszedł do łazienki.

Cóż to był za triumf! Wypadł fantastycznie! Możliwe, że narkotyki nieco wpłynęły na jego postrzeganie reakcji publiczności, ale z całą pewnością został dobrze przyjęty. Był pewny siebie, panował nad salą, miał wnikliwe przemyślenia, po kacu nie pozostał najmniejszy ślad. W kieszeni spodni spoczywała fiolka LSD.

– Zatrzymaj ją – powiedział Nathan. – Możesz sobie dawkować co dwa, trzy dni… Tylko dobrze ją wykorzystaj. Opracuj jakieś nowe strategie w robocie. Naucz się języka obcego albo napisz piosenkę…

Towaru wystarczyło prawie na miesiąc. Jeff używał go oszczędnie, założywszy, że więcej nie będzie. Nie miał takich znajomości, nie wiedział, gdzie i od kogo się kupuje narkotyki, a przecież nie poprosi Nathana, żeby przesłał mu pocztą kolejną działkę. Postanowił się cieszyć chwilą, póki trwała – wyjątkową jasnością umysłu, głębią spostrzeżeń, wzmożoną kreatywnością.

Pewnego popołudnia on i Graham zażyli po kilka kropli przed bieganiem. Cóż to był za fenomenalny trening! Wytrzymałość, szybkość, całkowita koncentracja na ciele i biegu, bez rozpraszaczy w postaci zmęczenia czy bólu. Wszystko skończyłoby się na nieszkodliwej zabawie bez niemiłych reperkusji… gdyby Kim nie znalazła fiolki.

Zerknął na tablicę rozdzielczą. Zegar wskazywał szesnastą czterdzieści pięć. Lada moment zjawią się dziewczęta, zmieniając jego dom w gwarny, wesoły ul, drzewo pełne wygadanych wiewiórek. Nie przetrwa tego bez piwa. Włączył kierunkowskaz i zatrzymał się przed sklepem monopolowym. Platy i tablice świetlne w witrynie reklamowały piwo i wino. Wrzucił dwadzieścia pięć centów do parkometru, po czym wszedł na nierówny chodnik, pogrążony we wspomnieniach feralnego dnia, od którego minął już prawie rok.

Próbował kłamać. Powiedział Kim, że to koktajl witaminowy. Przyznał się, dopiero gdy zagroziła, że sama spróbuje. Przeżyła prawdziwy wstrząs.

– A gdybyś miał epizod psychotyczny? Albo gdyby zamiast mnie znalazło to któreś z dzieci? – zapytała cicho, ze łzami w oczach, odstawiwszy fiolkę na nocną szafkę.

Siedziała na brzegu łóżka, z jego spodniami na kolanach. Jeff stał naprzeciw niej.

– Wszystko ci wytłumaczę – zapewnił desperacko, ale ona nie dała się przekonać. Kim nie obchodziło, że to swoista norma w jego środowisku zawodowym, że w tak niskim stężeniu praktycznie nie ma szansy na nieprzewidziane skutki uboczne. Nie miał dla niej też znaczenia fakt, że specyfik był prezentem i że po jego zużyciu Jeff nie miał zamiaru starać się o więcej. Nie powiodło się zrzucenie winy na Nathana ani podkreślanie szlachetności odmowy udziału w imprezie z prostytutkami. Tak, z prostytutkami. Nie zrobiło to na niej oczekiwanego wrażenia. Przeciwnie, zamiast wyrazu wdzięczności posłała mu spojrzenie pełne niszczącej pogardy, tak że natychmiast pożałował przywołania tego argumentu. Przyniósł do domu nielegalną substancję psychoaktywną. Do domu, w którym mieszkały jego dzieci, jego żona. Widziała tylko tyle. Nieważne, że w buteleczce już prawie nic nie zostało – po namyśle uznał, że ta okoliczność obciąża go jeszcze bardziej. Z perspektywy Kim Jeff złamał prawo, złamał jej serce i zdradził zaufanie…

Rozmawiali prawie do rana – każde z nich kilka razy płakało. Kim miała wątpliwości, czy zdoła wybaczyć mężowi tę zdradę. Była zszokowana, runął cały jej świat. Chciała, żeby odszedł, ale zaprotestował. Oskarżył ją o hipokryzję. Sama nie stroniła od narkotyków, kiedy jeszcze pracowała w agencji reklamowej – zażywała ich więcej niż on przez całe swoje życie. Stanowczo odparła, że się zmieniła, dojrzała. Teraz na pierwszym miejscu stawiała rodzinę, ponad wszystkim innym. Dotąd była pewna, że on także. Zmienił taktykę i próbował ją pocieszyć. Przecież mogło być o wiele gorzej, przekonywał. Nie prowadził cichaczem laboratorium w garażu. Nie miał kontaktów z dilerami. Ani z bronią. Przyjmował psycholityczne dawki LSD, ich wpływ na organizm był prawie niezauważalny. Jego „umniejszanie problemu”, jak to nazwała, jeszcze bardziej ją zdenerwowało.

Narkotyki bez wątpienia stanowiły dla Kim pretekst odreagowania wszystkiego, co złe w ich małżeństwie, ponieważ jej reakcja była wyraźnie przesadzona. Od lat narzekała na brak kontaktu między nimi, „dystans”, jaki ich dzielił, wieczne roztargnienie Jeffa. Miała mu za złe „obsesję” na punkcie pracy, ale nie samą pracę, jakby to miało jakikolwiek sens. Wymyśliła sobie idealne życie: piękny dom, porządne samochody, wykształcone dzieci i związek partnerski, którego zazdrościłyby jej koleżanki – i nieważne, co się kłębiło pod tą idealną kopułą. Kim doskonale spełniłaby się w roli pierwszej damy.

Jeff natomiast musiał myśleć przede wszystkim o dzieciach. Wiedział aż za dobrze, co czuje dziecko rozwiedzionych rodziców, dlatego przystał na wszystkie jej warunki. Zaufanie przestało istnieć – to on je zniszczył. Nie chciała go traktować jak trzecie dziecko, ale uznała, że nie ma wyboru. Wszelkie jego zajęcia poza pracą zostały ukrócone lub poddane kontroli. Po pracy wracał prosto do domu, żadnych więcej drinków z kolegami czy weekendowych turniejów golfowych zakończonych wizytą w barze. Wyjazdy służbowe stanowiły pewien problem, który wymagał wprowadzenia dodatkowych zasad. Jeff meldował się telefonicznie po każdym powrocie z kolacji, o której wcześniej musiał uprzedzić. Następnie Kim dzwoniła do hotelowej recepcji i prosiła o połączenie z jego pokojem, sprawdzając, czy rzeczywiście w nim jest. Równie dobrze mógłby wyjść po jej telefonie i zafundować sobie tyle „odlotów”, ile by zechciał, ale zapewniał ją, że może do niego dzwonić o każdej porze dnia i nocy.

Rok później system cały czas funkcjonował. Zmieniło się tylko to, że Kim nie przeszukiwała już co wieczór jego kieszeni… Chyba.

Przynajmniej miał swoje treningi triatlonowe. Kim niechętnie zaakceptowała czas, który spędzał na basenie, na rowerze i ścieżkach biegowych. Potrzebował wyznaczyć sobie cel, dążyć do czegoś, ale też uciec od gęstej atmosfery panującej w domu. Pozostawał przy zdrowych zmysłach wyłącznie dzięki treningom i pracy. No i dzieciakom. Były tego warte.

Już sięgał do brudnej klamki, gdy zdał sobie sprawę z czyjejś obecności. Odwrócił głowę w prawo, nieco wystraszony, ponieważ znajdował się w niezbyt bezpiecznej okolicy. Obok niego stał ciemnooki chłopak, mniej więcej w wieku Hannah, z artystycznie wygoloną głową.

– Hej – odezwał się z łobuzerskim uśmiechem.

Gdzieś z oddali dobiegał śmiech. Jeff odwrócił się w tamtą stronę. Za rogiem budynku stało dwóch podobnie ostrzyżonych chłopaków i jedna dziewczyna. Nastolatka miała na sobie króciutkie szorty, które nadmiernie eksponowały jej pulchne, blade nogi. Dojrzewanie – Jeff wciąż pamiętał ten okres i wiedział, że chłopcy w tym wieku nie potrzebują supermodelek. Dzieciak, który stał najbliżej niego, oblał się purpurą, po czym rzucił:

– Wygląda pan na spoko gościa. Nie kupiłby nam pan piwa?

Jeff się zawahał. Wygląda na spoko gościa – spocony i nieświeży w swoim drogim stroju do biegania? Ze swoim elektrycznym samochodem? Czy jest spoko gościem? Kiedyś na pewno był, lecz od tamtej pory wiele się zmieniło. On się zmienił – głównie dzięki Kim.

– Przykro mi, chłopcze – odpowiedział, otwierając drzwi i przypieczętowując swój status gościa, który nie jest spoko.

W odpowiedzi usłyszał kilka niezbyt pochlebnych słów.

Już koło lodówki z piwem poczuł dziwne ukłucie… jakby żalu. Chciałby być typem faceta, który kupiłby tym dzieciakom piwo. Chciałby, żeby odeszły z sześciopakiem, wznosząc peany na jego cześć, zamiast wymyślać mu od palantów z kijem w tyłku. Dwadzieścia, a może nawet jeszcze dziesięć lat temu spełniłby ich prośbę. Teraz nie był już taki głupi. Nie miał zamiaru kupować nieletnim alkoholu, ponieważ wiedział, co może się wydarzyć później.

W ich wieku sam nieźle imprezował. Przetrwał, nie zaszkodziło mu to, wręcz pomogło. Życie na granicy kształtowało charakter. Kiedy spotykał się z dawnymi kolegami ze szkoły, pokładali się ze śmiechu, wspominając głupoty, które wyprawiali. Nawet Kim potrafiła niegdyś solidnie zaszaleć. Na początku znajomości spędzali mnóstwo czasu na hucznych imprezach. Pewnego razu, podczas wycieczki do Meksyku, upiła się tequilą i tańczyła na barze w samym biustonoszu. Później została matką i z dnia na dzień – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – stała się odpowiedzialna, poważna, kochająca. Nudna.

Pochwycił sześciopak lekkiego piwa o zredukowanej liczbie kalorii i poszedł z nim do kasy. Po drodze myślał o własnych dzieciach. Co będą wspominać, kiedy stuknie im czterdziestka? Treningi piłki nożnej i recitale muzyczne? Klub dyskusyjny i lekcje francuskiego? Hannah i Aidan dojrzewali pod kloszem i zbyt czujnym okiem rodziców. Wiało od nich nudą. Kim zamieniła ich w idealne, plastikowe postacie rodem z kanału Disneya. Jakimi będą dorosłymi? Boże, wzdragał się na samą myśl o tym.

Postawił sześciopak na ladzie z poczuciem niezadowolenia. Nijaki sprzedawca w okularach zeskanował kod.

– Coś jeszcze?

Jeff już miał podziękować, gdy jego uwagę przykuła butelka stojąca nieopodal. Różowy szampan… Cóż, musujące wino. Z dziewczyńską nalepką, łatwym otwieraniem i dekoracyjną, różową folią. Idealne na wieczór panieński. Albo na szesnaste urodziny – choć gdyby producent usiłował oficjalnie je w ten sposób reklamować, towar zostałby wycofany ze sklepów. Miał je tuż pod ręką, niczym znak z góry.

– Jeszcze to. – Sięgnął po różową butelkę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI