69 osób interesuje się tą książką

Opis

Dziewiętnastoletnia Wren i jej dwie siostry, Sage i Evie zostały wychowane z dala od cywilizacji, w prymitywnej chacie na północy stanu Nowy Jork. Gdy najmłodsza z sióstr zapada na ciężką chorobę, razem z matką opuszczają dom, by znaleźć pomoc. I nigdy nie wracają.
Mijają miesiące, a nadzieja gaśnie. Zapasy powoli się kurczą, nadciąga sroga zima. I wtedy pojawia się nieznajomy, który szuka matki dziewcząt.
By uciec, Wren i Sage muszą złamać podstawową zasadę, z którą dorastały: nigdy nie wychodzić poza obręb lasu.
Docierają do położonego po drugiej stronie lasu domu. Okazuje się, że muszą stawić czoła czemuś o wiele groźniejszemu, niż nieznane otoczenie. Odkryją prawdę, która była przed nimi skrywana, powód swojej ucieczki oraz tajemnice, z których istnienia nie zdawały sobie sprawy przez całe swoje dotychczasowe życie.
Nie umrzemy. Nie tutaj. Nie w ten sposób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 38 min

Lektor: Lena Schimscheiner

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla moich skarbów. I mojego ukochanego.

 

 

 

1

 

Wren

 

 

 

 

Sześćdziesiąt trzy dni – tyle czasu minęło, odkąd mama wyszła z domu. Przesuwam kredą, nierównym znakiem „X” skreślając w naszym kalendarzu dwudziesty pierwszy listopada.

W przyszły czwartek Evie skończy dziewięć lat – gdziekolwiek teraz jest.

Oczami wyobraźni widzę jej krzywy uśmiech, złote kędziory i kościste kolana. Uśmiecham się w duchu, ale tylko przez chwilę.

Gdy ma się skostniałe z zimna palce, boleśnie skręcony z głodu żołądek i powieki tak ciężkie, że ledwo widzi się na oczy, uśmiechanie się kosztuje mnóstwo wysiłku.

Ostatnio Sage zaczęła bawić się lalką, którą uszyłam na urodziny dla Evie, choć mając osiemnaście lat, jest na to o wiele za duża. Chyba znajduje pocieszenie w świadomości, że może coś trzymać w ramionach i kołysać, tak samo jak mama trzymała i kołysała ją.

Ja nie potrzebuję pocieszenia.

Ja chcę przetrwać.

W chacie co wieczór robi się zimniej. Budzimy się na zmiany, by rozpalić ogień. Wczoraj Sage o tym zapomniała, więc obudziłam się, trzęsąc się tak mocno, że ledwie byłam w stanie wstać z łóżka. Gdy w końcu znalazłam w ciemności zapałki, wydychane przeze mnie powietrze zmieniło się w kłęby pary.

Nigdy wcześniej nie doświadczyłam uczucia tak dotkliwego zimna. Przeniknęło mnie najgłębiej, jak się dało. Myślałam, że popękają mi kości.

Za oknem wyje wiatr. Sage przygotowuje śniadanie, smażąc jajka nad trzaskającym ogniem. Pozszywana z gałganków lalka siedzi na jej krześle, patrząc na wszystko martwymi oczami z guzików i czekając.

To jedyne, co ostatnio robimy… czekamy.

Tymczasem nasze zapasy się kurczą, a ja przewiduję, że za kilka tygodni zacznie się sroga zima. Kaczki i gęsi odleciały na południe szybciej niż zwykle, a pająki wdzierają się do chaty całymi stadami, by tkać ogromne pajęczyny, co mama zawsze uważała za pewny zwiastun zimy.

W ciągu ubiegłego miesiąca straciłyśmy pięć z ośmiu kur. Nie wiemy jak ani dlaczego. Gdyby mama tu była, na pewno by wiedziała. Każdego ranka, gdy zachodzimy do kurnika, boję się, że znajdę kolejną, leżącą na boku, nieżywą kurę, dziobaną przez swoje towarzyszki. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybyśmy straciły pozostałe trzy.

Ciekawe, czy one też są chore, tak jak Evie.

Ciekawe, czy Evie nadal jest chora…

Zakładam, że tak, bo nie miałyśmy żadnych wieści od mamy po tym, jak obie opuściły chatę w środku nocy, by sprowadzić pomoc dla Evie, która miała wysoką gorączkę i z trudem oddychała. W piersi rzęziło jej tak, jakby ktoś wrzucił do blaszanej puszki garść kamyków. Nigdy nie zapomnę spojrzenia mamy, gdy zawinęła naszą najmłodszą siostrzyczkę w wełniane koce i spakowała małą torbę. Przysięgam, że nadal je widzę, jasno i wyraźnie, za każdym razem, gdy zamykam oczy.

Mama nigdy nie ulegała panice, ale tamtej nocy była naprawdę wystraszona.

Jej ostatnie słowa brzmiały: „Dziewczynki, nie otwierajcie nikomu drzwi. Zrozumiano?”.

Usta miała blade i zaciśnięte, a oczy rozbiegane, gdy trzymała w ramionach moją bezwładną siostrę. Chwilę później ruszyła przed siebie piechotą, by zniknąć w lesie Stillwater otaczającym nasze domostwo. Wraz ze zwiększającą się odległością jasna sukienka mamy stawała się coraz ciemniejsza. Obserwowałam to z walącym w piersi sercem. Zamknęłam drzwi, gdy straciłam obie z pola widzenia.

Powinny były tu wrócić już dawno.

 

 

 

2

 

Nicolette

 

 

 

 

Rozpaczliwie potrzebuję plastra z opatrunkiem dla swojego małżeństwa.

Tyle że takie plastry nie nadają się do opatrywania ziejących ran.

Są przeznaczone do płytkich skaleczeń i małych zadrapań, oberwanych skórek wokół paznokci i do wykorzystania wtedy, gdy zatniesz się w palec o kartkę – przydatne do niewielkich obrażeń, które błyskawicznie się goją. Nasze małżeństwo to rana cięta o poszarpanych brzegach. Wszystkie dobre rzeczy – których potrzebujemy do przetrwania naszego związku i które czynią nas ludźmi takimi, jakimi jesteśmy – wypływają z niej strumieniem, a żadne z nas nie ma pod ręką opaski uciskowej.

Nie mam pojęcia, jak powstrzymać to krwawienie.

Wiem jedynie, że muszę spróbować… bo go tracę.

– Powiedzieli, że możemy wyznaczyć domową wizytę pracownika socjalnego, kiedy tylko nam pasuje. – Stoję przy kuchence, podsmażając czosnek z jarmużem na patelni Le Creuset, a mój mąż siedzi przy kuchennym stole i podnosi wzrok znad laptopa, gdy mówię: – To nie potrwa długo. Dzięki temu otrzymamy pozwolenie na adopcję w stanie Nowy Jork.

Brant poprawia okulary w drucianych oprawkach, przesuwając je w górę po grzbiecie swojego prostego nosa. Czekam na uśmiech albo jakieś potwierdzenie z jego strony, że ta wiadomość go cieszy, ale na próżno.

– Powiedzieli, że gdy już uzyskamy pozytywną opinię, może minąć nawet rok, aż zostaniemy wpisani na listę rodzin zastępczych – dodaję, ignorując poczucie winy, które wzbiera we mnie za każdym razem, gdy wyczuwam brak zainteresowania ze strony mojego męża. – Czasami udaje się od razu. Nigdy nic nie wiadomo.

Brant z powrotem wbija wzrok w ekran, zajęty edytowaniem zdjęć do zbliżającej się wystawy. Muzeum Sztuki Współczesnej Bellhaus na Manhattanie postanowiło, że przez następne cztery miesiące będzie prezentowało jego dzieła. I chociaż życiowym marzeniem Branta było, aby jego prace uhonorowała światowej sławy instytucja kulturalna, to od chwili, w której otrzymał tę radosną nowinę, chodzi podminowany.

Drewnianą łyżką przekładam duszony jarmuż z lekko zbrązowiałymi kawałkami czosnku na półmisek i wycieram ręce w fartuch, sprawdzając dopiekającego się kurczaka.

– Wyobrażasz sobie, że pewnego dnia będą tu biegać dzieci? – pytam, delikatnie śmiejąc się pod nosem.

Bo ja tak.

Wyobrażałam to sobie tysiące razy. Może więcej.

Tak to już jest, gdy mając dwadzieścia dwa lata, poznajesz mężczyznę swoich marzeń, wychodzisz za niego, przekładasz założenie rodziny na później, by móc podróżować z nim po świecie, gdy fotografuje jego najpiękniejsze zakątki, a potem czujesz, jak tracisz przytomność, leżąc na stole operacyjnym i czekając na natychmiastową operację usunięcia macicy. W wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat.

– Nie potrzebuję nikogo prócz ciebie, Nick. Nigdy tak nie było i nigdy nie będzie – powiedział mi tamtego ranka Brant, gdy odwozili mnie na wózku. Złapał moją dłoń i przycisnął usta do palców, nie spuszczając ze mnie wzroku, aż w końcu poczułam, jak moje ciało się odpręża, skąpane w cieple i zapewnieniach męża. To jedyna rzecz, którą zapamiętałam. Reszta jest mglista i zamazana. Wspomnienia wyblakły po latach usilnych starań o to, by zapomnieć, że zostałam brutalnie pozbawiona danej mi przez Boga kobiecości. Nie miałam w tej kwestii żadnego wyboru.

Okazuje się jednak, że pozbawienie kobiety zdolności do posiadania dzieci ani trochę nie tłumi jej instynktu macierzyńskiego. W najgorszym wypadku wygląda to tak, że nie można się owego pragnienia wyprzeć, choć spełnienie tego snu znajduje się kompletnie poza zasięgiem, na najwyższej półce, a w pobliżu próżno szukać jakiejkolwiek drabiny.

A skoro już mowa o snach, wczoraj znów miałam sen o dziecku – ten, w którym chodzę z wózkiem po parku w piękny, jesienny dzień, a kiedy patrzę w dół, okazuje się, że wózek jest pusty.

Zawsze jest pusty.

Za każdym razem budzę się dokładnie w tym samym momencie, oblana zimnym potem, czując, jakbym miała w piersi ziejącą dziurę. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to tylko sen.

Nie ma żadnego dziecka. Nigdy go nie było.

Moja podświadomość to okrutna, tchórzliwa suka, która daje o sobie znać tylko wtedy, gdy nie umiem z nią walczyć.

Rozumiem to.

Wypełnia mnie pustka.

Pragnę czegoś, czego nie mogę mieć.

– Dopracowywałeś te zdjęcia chyba ze sto razy – mówię, wyjmując kurczaka z supernowoczesnego piekarnika w naszej supernowoczesnej kuchni, którą sprawiliśmy sobie dwa lata temu w ramach gwiazdkowego prezentu. Takimi rzeczami ekscytują się ludzie, którzy nie mają dzieci. Oddałabym wszystko, by choć raz móc wytrzeć lepkie odciski drobnych palców z tych wszystkich powierzchni ze stali nierdzewnej.

Brant zbywa moją uwagę.

Ignoruję bolesne ukłucie towarzyszące świadomości, że jestem na drugim miejscu w jego życiu, tuż za pracą.

Zawsze tak było. Raz gorzej, raz lepiej, ale jeszcze nigdy tak źle, jak w ciągu kilku ostatnich lat. Czasami z tego powodu ogarnia mnie irracjonalna zazdrość, tak jakby praca była kochanką, która daje mu wszystko, czego tylko zapragnie, przez co czuję się wybrakowana i niepewna siebie. A przecież nigdy taka nie byłam.

Brant twierdzi, że stale musi uganiać się za swoją muzą.

Czasami to ja nią jestem.

A czasami nie.

Po prostu tęsknię za wspólnie spędzanym z nim czasem, za jego świadomą obecnością. Za śmiechem. Czułością. Uwielbieniem. Za wszystkimi dobrymi rzeczami, które tak bardzo kochałam, bez cienia zwątpienia.

Tęsknię zanami.

Wykładam jedzenie na jego talerz i zanoszę obiad na stół, siadając obok niego. Brant z nieskrywaną niechęcią zamyka laptop i odsuwa go na bok.

– Przepraszam cię, Nick. – Dotyka mojej dłoni. Nasze spojrzenia spotykają się, gdy Brant powoli wypuszcza powietrze z płuc. – Wystawa w Bellhaus to jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek przytrafiły mi się w życiu, ale sprawia, że zamieniam się w egoistycznego dupka.

Podnosi grzbiet mojej dłoni do ust, patrząc mi w oczy.

Rozkoszuję się nieoczekiwanym przebłyskiem zrozumienia z jego strony, które otula mnie niczym ciepły koc. Brant rozumie. W końcu to rozumie, po raz pierwszy od wielu lat.

– Nie jestem w stanie wyobrazić sobie ogromu presji, która na tobie spoczywa – mówię, pełna współczucia. To część mnie, której nie potrafię całkowicie wyłączyć. – Powiedz, co mogę zrobić, żeby ci pomóc.

Wyhodowałam tego potwora z biegiem lat, wszystko rozumiejąc i wiecznie wspierając, bez dopuszczania do siebie jakichkolwiek wątpliwości, ale człowiek robi tak, kiedy kogoś kocha. Kiedy przyrzekł poświęcić całe swoje życie drugiej osobie, bez względu na to, co przyniesie los.

Jego szczęście jest moim szczęściem, i vice versa.

A przynajmniej tak właśnie było. Do niedawna.

Brant puszcza moją dłoń i wyjmuje widelec ze złożonej serwetki.

– Jeśli chodzi o tę adopcję…

Żołądek wywraca mi się na drugą stronę. Brant nigdy nie należał do mężczyzn, którzy pragnęli mieć dzieci. Od samego początku naszej znajomości wyznawał zasadę „wóz albo przewóz” – za każdym razem sugerując, że decyzja należała do mnie.

Po histerektomii zainteresowaliśmy się adopcją, ale powiedziano nam, że adoptowanie zdrowego noworodka może potrwać nawet dziesięć lat albo dłużej, więc wstrzymaliśmy się z podjęciem decyzji, przekonując się wzajemnie, że życie we dwójkę nam wystarcza. Utwierdzaliśmy się w tym postanowieniu na każdy możliwy sposób.

– Może to jakiś znak – powiedział wtedy Brant. – Nie każdy jest stworzony do bycia rodzicem.

Pogodził się z tą decyzją, zatapiając się w pracy, przyjmując więcej zagranicznych zleceń i podróżując ze mną, kiedy tylko się dało. Zwiedzanie świata i ucieczka przed naszą rzeczywistością sprawiły, że przestałam myśleć o będącej następstwem naszej decyzji pustce – ale tylko tymczasowo.

W końcu uczucie pustki powróciło z dziesięciokrotnie większą mocą. Pogarszało się zawsze wtedy, gdy na zewnątrz robiło się coraz zimniej. Może to ogołocone z liści drzewa rosnące w lesie za naszym domem wywołują u mnie tę reakcję. O tej porze roku sprawiają wrażenie pustych i martwych – zupełnie jak moje nieistniejące łono.

Staram się nie myśleć o tym, że mogliśmy mieć dziecko, ale zaprzepaściliśmy swoją szansę i pozwoliliśmy się wpisać na listę oczekujących.

To wszystko przez strach. Strach sprawia, że zaczynasz kwestionować to, czego chcesz, i to, co wydaje ci się, że chcesz.

– Nie cierpię nie wiedzieć, czego mogę się spodziewać, kiedy uzyskamy odpowiednią zgodę, i całej tej reszty – mówię – ale to całkiem ekscytujące, nie sądzisz? Jak mała przygoda.

– Za bardzo idealizujesz – kwituje Brant łagodnym, ale stanowczym głosem, tak jak dziesiątki razy wcześniej. – Martwię się, że za bardzo się przywiążesz i nie wyniknie z tego nic dobrego.

– A ja z kolei martwię się, że gdzieś tam jest jakieś dziecko, które nas potrzebuje – dodaję. – To zmartwienie przebija twoje.

Puszczam mu oko, żeby załagodzić sytuację i poprawić nam humor.

Brant uśmiecha się, przeżuwając z zamkniętymi ustami, ale w kącikach jego oczu pojawiają się zmarszczki, gdy mruży oczy i pogrąża we własnych myślach. Spędziłam z nim większą część całego mojego dorosłego życia, więc domyślam się, co mu chodzi po głowie.

Dasz radę zostać sama w domu z dzieckiem, kiedy ja będę podróżował?

Będziesz tęsknić za zwiedzaniem świata tylko we dwójkę?

Czy rozumiesz, z czego będziesz musiała zrezygnować, aby osiągnąć swój cel?

Co, jeśli nie będziemy w stanie stworzyć więzi z dzieckiem?

Co, jeśli dziecko będzie miało problemy, z których rozwiązaniem nie będziemy umieli sobie poradzić?

Gdyby zapytał mnie teraz o te rzeczy, tak jak zdarzało mu się to robić w przeszłości, podałabym mu tę samą, niezmienną odpowiedź: martwienie się zostaw mnie.

Za każdym razem, gdy przydarza mi się nieprzespana noc – co ostatnio dzieje się o wiele za często, odkąd Brant zamyka się w gabinecie i przesiaduje w nim aż do białego rana, kończąc najnowszy projekt dla „Vanity Fair” – poświęcam ten czas na wałkowanie w myślach każdego możliwego scenariusza.

Mój mąż wraca do przerwanego posiłku, znów zamykając się w swojej skorupie introwertyka, a ja myślę o rzeczy, o której starałam się nie myśleć od chwili, kiedy natknęłam się na nią w jego szufladzie ze skarpetkami.

Potrzebujemy opaski uciskowej, i to natychmiast, bo inaczej go stracę.

 

 

 

3

 

Wren

 

 

 

 

Zrobiłabym wszystko, aby tylko móc umieć cieszyć się prostymi rzeczami, tak jak Sage. Bez przerwy burczy mi w brzuchu, głowa pulsuje z bólu, a Sage ani myśli przestać śpiewać.

Mało brakuje, żebym krzyknęła na jedyną osobę, na której życie mam teraz jakikolwiek wpływ, ale odpycham od siebie tę myśl i podchodzę do małego okna w kuchni. Wyglądam przez kraciaste zasłony w stronę lasu, tak jak wiele razy przedtem. Tli się we mnie iskierka nadziei, że mama i Evie wyjdą spomiędzy drzew, biegnąc w stronę domu ze zmęczonymi uśmiechami na twarzach, nareszcie wróciwszy z niebezpiecznej wyprawy.

Leżąc w łóżku, co noc wyobrażam sobie ich powrót i budzę się ze śladami łez na poduszkach. Nigdy nie lubiłam się nad sobą rozczulać, w przeciwieństwie do Sage, ale ostatnio moja cierpliwość bywa na granicy wyczerpania jeszcze przed upływem wieczora.

Nie tylko ona się kończy.

Moja nadzieja również.

Moje ciało niknie w oczach.

Nasze zapasy się kurczą.

To życie powoli dobiega końca.

Wszystko po prostu… rozpada się w nicość.

Niedługo nie zostanie po nas żaden ślad.

Myśl o zamarznięciu i zagłodzeniu się na śmierć z młodszą, naiwną siostrą u boku sprawia, że żołądek zaciska mi się w supeł. Jednak sama wzmianka o opuszczeniu domostwa i wyjściu poza las przyprawia mnie o bolesne kołatanie serca.

Nie wolno nam przekraczać granicy lasu. Nawet gdybyśmy wyruszyły w tamtą stronę, nie wiedziałybyśmy, dokąd iść. Pewnie padłybyśmy łupem wygłodniałego kojota.

Skoro mam umrzeć, to wolę, aby doszło do tego tutaj, obok poczerniałego od sadzy kominka, który zapewniał nam ciepło, na którym gotowałyśmy posiłki i przy którym słuchałyśmy niezliczonych opowieści mamy. Wolę umrzeć w otoczeniu zniszczonych książek, szkicowników i kolekcji lalek, które uszyłam na przestrzeni lat dla młodszych sióstr. Wolę odejść zawinięta w jedną ze starych sukien mamy, wdychając zapach jej lawendowego mydła z koziego mleka, zamiast leżeć na ziemnym grobie, pokryta połamanymi gałązkami i opadłymi liśćmi.

– Sage, przestań już.

Dźwięk mojego głosu zaskakuje ją do tego stopnia, że milknie. Może powinnam pozwolić jej śpiewać. Może ta prosta czynność napełnia ją choć odrobiną radości, którą potrafi z siebie wykrzesać, ale właśnie zapadł zmrok. Im szybciej pójdziemy spać, tym szybciej wyrwiemy się z tej niekończącej się rutyny i w końcu przestaniemy być takie głodne, zmęczone i samotne.

Podchodzę do drzwi, upewniam się, że zasuwa jest zamknięta, i zaciągam zasłony w małym oknie, tak jak zawsze o zachodzie słońca.

„Nocą dzieją się złe rzeczy”, ostrzegała nas mama. „Ludzie z większą śmiałością robią to, na co nie odważyliby się w biały dzień”.

Nigdy nie mówiła, o jakie dokładnie rzeczy chodziło. Nie chciałam wiedzieć – mogłam to sobie jedynie wyobrażać.

„Świat to złe miejsce, moje skarby”, mówiła wieczorami, odgarniając nam włosy z czół i całując w pulchne, pachnące mydłem policzki. „Tutaj jesteście bezpieczne. Przy mnie. Nigdy nie pozwolę, aby stało się wam coś złego”.

Ogień na kominku trzeszczy, a pogrążona w milczeniu Sage buja się w fotelu ze szmacianą lalką wciśniętą pod pachę, pochylając się w przygaszonym świetle nad kawałkiem układanki.

Przebieram się za drzwiami szafy stojącej w rogu izby. Moja sukienka opada na podłogę. Zakładam przez głowę i obciągam przez kościste biodra jedną ze starych koszul nocnych mamy, czując, jak rąbek z koronki łaskocze mnie w stopy. Wsuwam dłonie pod gęstą kurtynę włosów i związuję je nisko na karku, po czym podchodzę do miski, aby się obmyć.

Obok miski z wodą stoi stary ozdobny słój ze szczoteczkami do zębów. Wyjmuję z niego swoją – w jaskrawym odcieniu neonowej zieleni. Zawsze wydawało mi się zabawne, że wszystko wokół nas jest białe, kremowe, brązowe albo szare – cudownie nieciekawe i monotonne – ale szczoteczki są urzekająco kolorowe, niczym pudełko woskowych, wielobarwnych kredek, które mama podarowała Evie na piąte urodziny.

Pan – mężczyzna, z którym mama widuje się co kilka miesięcy, by uzupełnić nasze zapasy – kupił je dla niej. Nie powiedziała, skąd dokładnie je wziął, ale wspomniała o istnieniu sklepów i miejsc, w których sprzedają podobne towary, tak jak istnieją miejsca, gdzie sprzedają paszę, którą dajemy później naszym kurom i kozom, oraz materiały i nici, z których szyjemy ubrania.

Któregoś razu spytałam mamę, czy zabrałaby mnie do sklepu, żebym mogła wybrać nowy krój sukienki albo materiał, który nie jest pokryty wzorkiem z drobnych kwiatków, ale oczy zaczęły jej łzawić. W odpowiedzi kazała mi obrać ziemniaki na obiad, nucąc pod nosem Simple gifts.

Kochałam mamę zbyt mocno, żeby ją denerwować. Szanowałam ją tak bardzo, że nigdy więcej nie poruszyłam tego tematu.

Trzymając w dłoniach koszulę nocną, siadam w cieple płomieni paleniska, obok swojej milczącej siostry, i podsycam przygasający ogień. Dorzucam trzy polana, co powinno nam wystarczyć na parę kolejnych godzin, po czym podbiegam na bosaka do mojego stojącego w rogu łóżka i zakładam parę najcieplejszych wełnianych skarpet.

– Powinnaś się umyć – mówię, wślizgując się pod ulubiony pled mamy.

Ziewając, Sage sięga po kolejny element układanki.

– Nie jestem zmęczona.

– Akurat. – Przewracam oczami. – W porządku, jak sobie chcesz.

Sage dokłada następny element puzzli, po czym wzdycha głęboko.

– One już tu nie wrócą, prawda?

Siadam na łóżku, przyciągając pościel do pasa i zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Ile czasu już minęło, Wren? – pyta.

Teoretycznie nie powinno mnie dziwić, że tylko ja zajmuję się liczeniem dni. Jednak Sage prawie nigdy nie wie, jaki mamy miesiąc, więc dlaczego miałaby to robić? Zawsze to ja pilnowałam kalendarza. Jej jedynymi obowiązkami było zmywanie naczyń po obiedzie, zbieranie jajek i wykręcanie się z całej reszty nieśmiałym uśmiechem.

– Sporo.

Nie mówię jej, że minęły siedemdziesiąt trzy dni, włącznie z dzisiejszym.

– Nie wydaje ci się, że mama już dawno by kogoś po nas przysłała? – Odwraca się do mnie, przyciskając do piersi tę niedorzeczną lalkę szmaciankę, jak mała dziewczynka.

– Nikogo tu wcześniej nie było. Niby kogo miałaby przysłać?

Sage wzrusza kościstym ramieniem. Ciemne, proste jak drut włosy opadają jej na wystające obojczyki.

– Nie wiem… Pana?

– Skąd miałby wiedzieć, jak nas znaleźć?

W ciągu ostatnich tygodni sama zadawałam sobie to pytanie, stale dochodząc do jednego wniosku: mama zawsze dbała o to, by nikt nie dowiedział się, gdzie mieszkamy. Za każdym razem, kiedy wychodziła na spotkanie z Panem, nie było jej przez co najmniej osiem godzin albo i więcej. Przywoziła wszystko w dwóch czerwonych wózkach i nigdy nie pozwalała sobie pomóc. Sage nie była wystarczająco silna, by odbyć tę podróż, a ja musiałam zostać w domu i pilnować Evie. Poza tym chodzenie po zmroku po lesie nie było bezpieczne dla młodych dziewcząt.

W lesie mogłyśmy napotkać zbyt wiele niebezpieczeństw: ludzi z bronią, chore na wściekliznę zwierzęta i tym podobne. Choć w ciągu niemal dwudziestu lat życia nie widziałam ani jednej z tych rzeczy.

Sage nie odpowiada, kołysząc swoją lalkę i przyglądając się, jak jęzory ognia strzelają na palenisku. Kładę się na plecach, przykrywając po samą szyję. Przewracam się na bok i zamykam zmęczone, ociężałe powieki.

– Myślisz, że coś im się stało? – pyta Sage, gdy już prawie zasypiam.

Marszczę brwi, nie otwierając oczu.

– Sage, kładź się spać. Proszę. Porozmawiamy rano.

W niedużej chacie rozlega się skrzypienie bujanego fotela, po którym daje się słyszeć ciche stuknięcie, gdy szmacianka lalka upada na podłogę.

– Muszę skorzystać z wychodka – oznajmia piskliwym głosem, bo wie, że za długo zwlekała.

Przewrócenie się na drugi bok kosztuje mnie resztki energii, którą w sobie miałam. Gdy udaje mi się otworzyć oczy, zauważam stojącą przed moim łóżkiem Sage, z twarzą wykrzywioną w grymasie desperacji.

– Zamknęłam już drzwi na noc. Nie mogłaś pójść wcześniej?

– Ja naprawdę muszę wyjść. – Przygryza dolną wargę, podskakując w miejscu i trzymając się za swoje części intymne przez materiał sukienki. – Zaraz się posikam.

Zrzucam pościel na bok i gramolę się z łóżka. Odkąd tylko sięgam pamięcią, Sage miała kłopoty z pęcherzem. Gdy była młodsza, zbyt długo ignorowała swoje potrzeby fizjologiczne, a potem płakała za każdym razem, gdy musiała się wysiusiać. Mówiła, że strasznie ją piecze, przez co wstrzymywała mocz jeszcze dłużej. Od tamtej pory mama zaczęła zamawiać u Pana antybiotyki w tabletkach.

Które skończyły się nam w zeszłym miesiącu.

Biorę ją za rękę, zdejmuję nasze kurtki z haczyków przy drzwiach i zapalam lampę naftową. Wyglądam przez okno i odsuwam zasuwę. Pod osłoną nocy wybiegamy z domu, mijając po drodze zagrodę dla kóz, kurnik i szopę ogrodową, by w końcu dotrzeć do przechylonego w jedną stronę wychodka znajdującego się na skraju naszego gospodarstwa.

– Pośpiesz się – nakazuję jej, łapiąc drzwi, które otworzyła jednym szarpnięciem.

Obejmuję się ramionami w pasie, próbując zachować choć odrobinę ciepła, podczas gdy lodowate powietrze wgryza się w mój płaszcz i cienki materiał koszuli nocnej. Dzwoniąc zębami z zimna, pytam, czy już skończyła.

– Prawie! – woła Sage.

Przechodząc do południowej ściany wychodka w nadziei na osłonięcie się przed okrutnym, północnym wiatrem, zerkam w stronę ciemnego lasu Stillwater, ku niewielkiej polanie, gdzie mama i Evie zniknęły siedemdziesiąt trzy dni temu.

Gdybym wiedziała, że widzę je wtedy po raz ostatni, powiedziałabym im jeszcze raz, że je kocham. Ucałowałabym pulchne paluszki Evie i uściskała mamę tak mocno, że musiałaby mnie od siebie odkleić, żeby móc normalnie oddychać.

Podziękowałabym mamie za wszystko. Za ochronę przed niebezpieczeństwami świata zewnętrznego. Za ciepłe posiłki i ubrania, za dach nad głową chroniący przed zimnem. Za radosne piosenki i piękne kołysanki. Za karmiące moją wyobraźnię książki, pozwalające na ucieczkę do innego świata w trakcie dłużących się, letnich dni. Za jej opowieści o swoim pięknym dzieciństwie, gdy świat był lepszym, bezpieczniejszym miejscem. Za historie o wszystkich członkach rodziny, których nie mogłyśmy poznać, bo świat zewnętrzny stał się chciwym i zimnym miejscem.

Ale przede wszystkim podziękowałabym jej za bezinteresowną miłość.

Drzwi wychodka otwierają się ze skrzypnięciem. Po chwili trafia w nie podmuch wiatru, uderzając nimi z hukiem o ścianę niewielkiego budynku.

– Wren? – woła Sage.

– Tutaj. – Odsuwam się od południowej ściany i biorę siostrę za rękę. Wracamy w stronę domu, a za przewodnika mamy ciepły blask ognia widocznego w oknie. – Lepiej ci?

Sage przytakuje.

– Pójdziesz teraz do łóżka? – pytam.

Kolejne kiwnięcie głową.

– Obiecuję, że rano porozmawiamy – dodaję, gdy jesteśmy w połowie drogi do drzwi. Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć, żeby złagodzić jej niepokój, kiedy sama zamartwiam się od tygodni, ale zrobię, co w mojej mocy, aby nie zgasić płomyka nadziei tlącego się w ufnych, ciemnobrązowych oczach mojej siostry.

Po powrocie do chaty wieszam nasze płaszcze, a Sage przebiera się w uszytą z białej bawełny koszulę nocną z koronkowym rąbkiem, która należała wcześniej do mnie. Widzę, jak zakłada dodatkową parę szarych wełnianych skarpet na te, które już ma na stopach.

Zamykam drzwi po raz ostatni tego wieczora, odcinając się od ciszy, która przypomina mi, jak bardzo jesteśmy samotne – w świecie, który mama zawsze nazywała „naszym małym kawałkiem nieba na ziemi” i „miejscem, w którym nikt nas nigdy nie skrzywdzi”.

Podnoszę z podłogi lalkę i kładę ją na leżącej obok Sage poduszce, obiecując sobie w duchu, że jutro spróbuję być lepsza. Może nawet zaśpiewam jej jedną z ulubionych piosenek mamy i postaram się znaleźć sposób na odwrócenie uwagi od naszej niewesołej sytuacji, choćby tylko na parę chwil.

– Nie pozwolę, by spotkało nas coś złego – mówię, przykrywając ją i całując na dobranoc, tak jak robiła to mama. – Obiecuję.

Wracam do łóżka i chowam się pod pledem, zakrywając się aż po czubek głowy i ciesząc resztką ciepła, jaka we mnie pozostała.

Nie umrzemy.

Nie tutaj.

Nie w ten sposób.

Nie z zimna, samotne i zapomniane.

Mama nie chciałaby, aby jej skarby spotkał taki los.

 

 

 

4

 

Nicolette

 

 

 

 

– A myślałem, że to ja powinienem się dziś denerwować – mówi Brant, kładąc dłoń na moich plecach i wręczając mi kieliszek szampana.

Posyłam mu niepewny uśmiech i już mam zamiar otworzyć usta, by coś powiedzieć, gdy mój mąż zostaje porwany przez mężczyznę w trzyczęściowym garniturze i kobietę w sukience Givenchy, obwieszoną od stóp do głów diamentami.

Każdy z zebranych tu gości jest kupcem, handlarzem dziełami sztuki albo wiernym wielbicielem sztuki fotograficznej. Jak przypuszczam, jedna z kobiet obecnych na wystawie jest kochanką mojego męża.

– Nicolette? Mój Boże, nie widziałyśmy się całe wieki.

W moją stronę zbliża się dawna znajoma z Berkshire Gallery. Kładzie mi dłoń na ramieniu i całuje powietrze tuż przy moim policzku. W pierwszej chwili nie potrafię przypomnieć sobie jej imienia, bo nasza znajomość trwała bardzo krótko. Pracowałam tam od niedawna, kiedy pewien przystojny fotograf przyszedł na spotkanie z dyrektorem, a wyszedł z galerii z moim numerem telefonu, obiecując piątkowy wypad na drinka.

M… Jej imię zaczyna się na „m”.

Mariah… Marie… Marin.

Tak. To ostatnie.

– Marin – witam się, przywołując na twarz tę samą sztuczną ekscytację, która gościła na niej przez cały wieczór. – Miło znów cię widzieć. Cieszę się, że wpadłaś.

Przykłada wypielęgnowaną dłoń do upstrzonego piegami dekoltu.

– Brant Gideon i Bellhaus Museum? Chyba żartujesz? W życiu nie przegapiłabym takiej okazji. Ogromny sukces. Pamiętam, jak zaczynał stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Był najseksowniejszym przymierającym głodem artystą, jakiego widziałam… a potem zjawiłaś się ty i ukradłaś mi go sprzed nosa. – Marin poklepuje mnie po ramieniu. – Żartuję – dodaje, przekrzywiając głowę w bok. Uśmiech znika z jej twarzy. – Pasujecie do siebie pod każdym możliwym względem. Cieszę się waszym szczęściem. Słyszałam, że wyjechaliście z miasta. Gdzie się teraz podziewacie?

Upijam łyk szampana, czując w gardle przyjemne łaskotanie bąbelków.

– Na północy stanu.

Marin przygląda mi się uważnie spod zmrużonych powiek.

– Ha. Nie tego się spodziewałam.

Unoszę pytająco brew.

– Serio?

Marin wzrusza ramionami.

– Myślałam, że wybierzecie coś bardziej… egzotycznego, zważywszy na jego zawód.

– Podróżujemy, ale Brant lubi samotność. Wtedy gdy nie robi zdjęć.

– A ty? Lubisz ją?

Ogarnia mnie wahanie. Biorąc pod uwagę to, że nie widziała mnie od czasów, gdy miałam dwadzieścia dwa lata, jej pytanie jest trochę nie na miejscu.

– Wybacz – mówi, machając ręką. – Po prostu… Pamiętam, że jak razem pracowałyśmy, zawsze powtarzałaś, że chcesz mieszkać w apartamencie z widokiem na Central Park. Mówiłaś, że urodziłaś się i wychowałaś w mieście i że zamierzasz w nim umrzeć.

Faktycznie. To moje słowa. Kompletnie o tym zapomniałam.

Uśmiecham się krzywo, unosząc kieliszek.

– Podobno żeby rozśmieszyć Pana Boga wystarczy mu opowiedzieć o swoich planach, czyż nie tak?

Marin parska śmiechem, choć nie uważam, żeby mój komentarz był aż tak śmieszny. Po chwili zauważam, że zerka z ukosa na mojego męża.

– No cóż, muszę zrobić kilka rundek – dodaje, poklepując mnie po nadgarstku. – Przyjechałam tu wyłącznie w celu nawiązania korzystnych kontaktów. No i żeby pogapić się bezczelnie na twojego męża, rzecz jasna.

Marin puszcza mi oko i się oddala, a ja zaczynam przypominać sobie sytuacje, w których wykazywała się osobliwym poczuciem humoru. Nigdy nie umiałam ocenić, kiedy była poważna, a kiedy żartowała.

Odpuszczam sobie. Marin nie stanowi zagrożenia. Nie jest ani trochę w jego typie.

Od zawsze lubiła się głośno zachowywać. Przechwalała się znajomościami w niemal każdej rozmowie, którą odbyłyśmy. Brantowi nigdy nie chodziło o awans społeczny i zdobycie upragnionego statusu. Od razu to w nim pokochałam. Nie miał bladego pojęcia, kim byli moi rodzice, za co z miejsca otrzymał kilka dodatkowych punktów, w przeciwieństwie do reszty poznanych przeze mnie mężczyzn.

Stojąc w sali pełnej uznanych osobistości, śmietanki towarzyskiej manhattańskiej sceny artystycznej, obserwuję, jak spojrzenia wszystkich kierują się w stronę mojego męża, który wychodzi ze swojej skorupy introwertyka i przywdziewa kostium charyzmatycznego artysty wizjonera. Ludzie tłoczą się wokół niego, spijając z jego ust każde słowo, tak jakby opowiadał najbardziej fascynujące historie pod słońcem.

Obdarowuje ich serdecznymi uśmiechami i uściskami dłoni. Oprowadza po galerii grupę gości, tłumacząc, co posłużyło mu za inspirację do stworzenia serii „Zagubieni w naturze” – projektu, nad którym pracował od chwili naszej wyprowadzki z miasta.

To dzieło jego życia, wyjątkowo odkrywcze i zapierające dech w piersiach.

Nie sądziłam tylko, że ukończenie go zajmie mu aż dziesięć lat.

Przeczesując wzrokiem pomieszczenie, napotykam na swój portret: stoję boso w strumieniu, a promienie wschodzącego słońca dotykają czubka mojej głowy. W dłoniach trzymam rąbek prześwitującej sukienki.

Podchodzi do niego jakaś kobieta ubrana w czarną, obcisłą sukienkę. Jest sama, a w dłoni trzyma kieliszek czerwonego wina. Na jej lewym nadgarstku lśni diamentowa bransoletka.

Patrzy na moje zdjęcie.

Ja patrzę na nią.

Kobieta podziwia fotografię przez dłuższą chwilę, po czym przechodzi dalej – do niesamowicie klimatycznego zdjęcia przedstawiającego leśną polanę o poranku. Jednak nie stoi przed nim zbyt długo i podchodzi do następnego, i kolejnego. Po kilku minutach powraca przed mój portret.

Obserwuję ją jak zahipnotyzowana. Nie umiałabym oderwać od niej wzroku, nawet gdybym chciała.

Czy to właśnie ona?

Czy to kobieta, z którą widuje się mój mąż? Z którą prawdopodobnie ma dziecko?

Czy przyszła tu wybadać teren, tak jak zrobiłaby to kochanka porównująca się do żony swojego mężczyzny?

Równo podcięte włosy w kolorze onyksu spływają na jej plecy niczym lśniąca kurtyna, zasłaniając część twarzy. Jest oszałamiająco piękna; emanuje błyskotliwością typową dla wyższych sfer Nowego Jorku. Elegancja i wdzięk biją od niej na kilometr.

Nie wiem, jak długo przyglądałam się studiującej moje zdjęcie kobiecie, ale serce zaczyna mi walić jak młot, a moją krew ścina lód, gdy zauważam, że podchodzi do niej mój mąż.

Nieznajoma uśmiecha się w momencie, w którym ich spojrzenia się spotykają. Brant pochyla się, całując ją w twarz między ustami a policzkiem. Nie powietrze obok niej. Zaczynają rozmawiać, a on dotyka jej nagiego ramienia. Oczy ma szeroko otwarte i pełne ekspresji. Zupełnie jakby nie było tu nikogo prócz niej.

Jest absolutnie oczarowany.

Rozpoznaję spojrzenie, które posyła mu ta kobieta – patrzyłam na niego dokładnie tak samo, gdy byłam jak młody motyl chcący dać się złapać w jego sieć. Dwójka gości przeciska się obok nich, więc Brant zmuszony jest przysunąć się o krok do swojej rozmówczyni, by móc ich przepuścić.

Nie odsuwa się jednak.

Czuje się komfortowo w jej przestrzeni osobistej, jakby dobrze ją znał.

Szampan musujący w moim żołądku sprawia, że robi mi się niedobrze. Rozglądam się dokoła w poszukiwaniu najbliższej damskiej toalety na wypadek, gdyby zebrało mi się na wymioty.

Brant jest czarujący, muszę mu to przyznać. Jest ciepłym, serdecznym i ujmującym mężczyzną. Byliśmy na wielu wystawach, otwarciach galerii sztuki i podpisywaniach książek, jednak jeszcze nigdy nie widziałam, żeby zachowywał się przy kimś tak, jak przy tej kobiecie.

Słowo daję, że dołeczki w jego policzkach z każdą sekundą robią się coraz większe, a błysk w jego oczach koloru morskiej zieleni staje się taki wyraźny, że widzę go aż stąd.

– Dobrze się czujesz? – Czyjaś ciepła dłoń dotyka mojego ramienia. Odwracam głowę i zauważam stojącą obok Marin. – Wyglądasz, jakbyś miała mdłości.

Zmuszam się do uśmiechu i kręcę głową.

– To przez szampan. Chyba mi zaszkodził.

Unosi brwi ze zdziwienia, wybuchając nosowym śmiechem.

– Słonko, przecież to Cristal. Cristal podchodzi wszystkim. Na pewno nic ci nie jest?

Brant i nieznajoma nadal są zatopieni w rozmowie. Do tego stopnia, że sprawiają wrażenie, jakby tkwili we własnym, małym świecie. Krew w moich żyłach, która jeszcze przed sekundą była zimna jak lód, teraz wrze wściekle tuż pod powierzchnią skóry. Gdybym nie była damą, pewnie do reszty by mi odbiło i zwróciłabym się do niego w uprzejmych słowach, mówiąc coś w stylu „Co tu się, do cholery, wyprawia?”.

Ale nie tutaj. Nie zrobię sceny na oczach ludzi, od których zależy przyszłość Branta, szczególnie że pracował na swoją karierę przez całe życie.

Marin podąża za moim spojrzeniem, szybko składając w jedną całość przypuszczenie, którego nie zamierzam wymawiać na głos.

– Chodzi o tę kobietę z ciemnymi włosami? – Marin kiwa głową w jej stronę. – Jest fotografką. Ma styl całkiem podobny do stylu Branta. Na pewno jest fanką jego twórczości. Bez przerwy przychodzi do galerii, próbując nakłonić nas do sprzedaży swoich prac.

– Jak się nazywa? – To może być moja jedyna szansa na to, aby się tego dowiedzieć.

– Clara Briese.

Utrwalam nazwisko w pamięci, bezgłośnie powtarzając je co najmniej z tuzin razy, na wypadek, gdyby było mi kiedyś potrzebne.

– Podziwiała wcześniej moje zdjęcie – dodaję, choć nie bardzo wiem, po co zwierzam się z tego faktu Marin ani czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Wypowiedzenie na głos tego spostrzeżenia sprawia, że moje podejrzenia wydają się głupie i uświadamia mi, że nie mam powodu, aby od razu się denerwować.

Marin śmieje się pod nosem.

– Pewnie uważa, że jesteś piękna.

W głębi ducha skreślam jej wytłumaczenie jako zbyt proste i zbyt optymistyczne, aby mogło stłumić mój niepokój.

– Umawia się z kobietami – dorzuca Marin. – Wyłącznie z kobietami. Tak czy inaczej, o wilku mowa.

Kobieta znika w tłumie. Brant idzie w moją stronę.

– Dobrze się czujesz? – pyta, stając obok. Dusi mnie znajomy zapach jego wody kolońskiej. Ten sam zmysłowy, drzewny zapach, który przynosił mi kiedyś pocieszenie, bo przypominał o domu.

Przytakuję bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się, bo czuję się o wiele lepiej niż pięć minut temu.

– Oczywiście. A ty?

Mój mąż przygląda mi się bacznie.

– Jeśli nie czujesz się dobrze, to po prostu to powiedz. Wyjdziemy stąd jak najszybciej.

– Nie wygaduj głupstw. To twój wieczór. Nic mi nie jest – kłamię.

Twarz Branta rozjaśnia się, choć nawet nie w połowie tak bardzo jak wtedy, gdy rozmawiał z Clarą. Przynajmniej wiem, że to on nie jest w jej typie.

– Wieczór jest wyjątkowo piękny, a ja czekałem na niego wystarczająco długo, ale nie mogę przestać myśleć o najbardziej cudownej osobie na tej sali, która stoi tuż przede mną. – Pochyla się, muskając moje usta w pocałunku i czule gładząc palcami policzek. – Jesteś nie tylko moją muzą, ale i całym moim światem. Bez ciebie nic by się nie udało.

Rok temu uwierzyłabym w jego zapewnienia – jak zawsze zresztą.

Ale po tym, jak w zeszłym miesiącu znalazłam w jego szufladzie na skarpetki ukryte pod skórzanym organizerem zdjęcie jasnowłosej dziewczynki z oczami w kolorze morskiej zieleni, nie wiem już, czy dalej jestem w stanie to zrobić.

Brant całuje mnie jeszcze raz, po czym przesuwa palcami po moim ramieniu, zatrzymując się, by uścisnąć delikatnie moją dłoń.

– Widziałem, jak do środka wchodził Robert Moffatt. Wygląda, jakby miał za dużo pieniędzy w kieszeniach. Chyba powinienem pójść się przywitać…

Uśmiecha się do mnie, spodziewając się z mojej strony wymownego chichotu. Zmuszam się do śmiechu, czując ucisk w piersi. Brant wyciąga rękę.

– Chodź. Przedstawię cię.

Większość swojego dorosłego życia spędziłam na chodzeniu za tym mężczyzną po marokańskich bazarach, greckich klifach, starożytnych ruinach Majów i bujnych lasach Amazonii. Opuściłam Manhattan – jedyny dom, jaki kiedykolwiek znałam – ponieważ mnie o to poprosił. Stworzyłam nam cudowny, sielski zakątek w rodzinnym mieście Branta, przygnębiającej, zapadłej dziurze o nazwie Stillwater Hills, ignorując uporczywą tęsknotę za domem, która nigdy mi nie przeszła. Co wieczór gotowałam mu jego ulubione wykwintne posiłki i nauczyłam się lubić jego ukochane jazzowe klasyki. Kochałam się z nim, gdy wyczuwałam, że musi rozładować emocje, nawet wtedy, gdy sama nie do końca miałam na to ochotę. Przynosiłam kawę, gdy zarywał nocki, i masowałam mu ramiona, gdy spędzał zbyt wiele godzin przez komputerem, zatopiony w pracy.

Jedyną rzeczą, której nigdy nie byłam w stanie mu dać, była rodzina.

Dobija mnie świadomość, że zrobił to ktoś inny.

Ujmując go pod łokieć i tłumiąc wewnętrzny niepokój, czuję się jak oszustka, gdy przedstawia mnie potentatowi handlu nieruchomościami, Robertowi Moffattowi, oraz jego olśniewająco pięknej młodej żonie, rasowej bywalczyni salonów, Temple Rothschild-Moffatt, której nawet trzeci trymestr ciąży nie powstrzymał przed tym, by ubrać się od stóp do głów w Versace i założyć piętnastocentymetrowe szpilki.

Rozmowa Branta i Roberta zlewa się z szumem pozostałych, Temple przeprasza nas na moment i odchodzi, natomiast ja ponownie przeczesuję wzrokiem galerię, zatrzymując się na każdej ładnej buzi znajdującej się w sali.

Chuda jak szczapa blondynka w etoli ze sztucznego futra.

Brunetka w typie mola książkowego, z pomalowanymi na czerwono ustami i w okularach z przezroczystymi oprawkami.

Influencerka o ufarbowanych na lawendowo włosach, zerkająca z ukosa na mojego męża, kiedy wydaje jej się, że nikt nie patrzy.

To może być każda z nich.

A zarazem żadna.

Wiem jedynie, że konieczność odkrycia jej tożsamości pomału zaczyna pochłaniać wszystkie moje myśli.

Brant kładzie dłoń w dole moich pleców i przysuwa mnie blisko. Pokój wiruje mi przed oczami, oddech przyśpiesza, a