Złe duchy - Kacper Łukowicz - ebook

Złe duchy ebook

Kacper Łukowicz

0,0
25,20 zł

lub
Opis

Na terenie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii dochodzi do serii morderstw. Ich wyjaśnieniem zajmuje się komisarz Geryński. Tajemnicę jednego z nich próbuje również rozwikłać grupa nastolatków z chorzowskiego liceum, wplątując się w niejasne i niebezpieczne relacje świata miejscowej szajki kibiców. Jedna z ofiar nie ma głowy, a w jej identyfikacji pomógł charakterystyczny tatuaż. Czy jednak to wystarczający dowód w sprawie? W oficjalnym śledztwie nie wyklucza się wersji z seryjnym zabójcą.
Złe duchy” to historia z pogranicza realizmu i fantazji, świata ludzi żywych i duchów, które wpływają na los niejednego z bohaterów, napisana potoczystym i barwnym językiem, wiernie, jak się zdaje, oddającym to, co charakterystyczne dla subkultury młodzieżowej czy tzw. kiboli; to wciągająca fabuła utrzymana wręcz w konwencji thrillera, która oddziałuje na wyobraźnię, prowadząc zarówno bohaterów, jak i Czytelnika ku niejasnemu, niejednoznacznemu zakończeniu, utrzymując go nadal w atmosferze tajemniczości; to wreszcie interesująca historia o ludziach uwikłanych przypadkiem w sprawy, o których nawet im się nie śniło, chociaż...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 298

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Spis treści

PROLOG

CZĘŚĆ I

IMPREZA

Rozdział 1

Wtorek. Gabi

Rozdział 2

Środa. Daniel

Rozdział 3

Czwartek. Karol

Rozdział 4

Piątek. Marcin

Rozdział 5

Impreza

CZĘŚĆ II

MĘŻCZYZNA Z NIEBIESKIEGO DOMU

Rozdział 1

Powroty

Rozdział 2

Niedziela

Rozdział 3

Plan

Rozdział 4

Krótki. Wcześniej

Rozdział 5

Realizacja

Rozdział 6

Odkrycie

Rozdział 7

Dym

Rozdział 8

Seans spirytystyczny

Rozdział 9

Ciało

Rozdział 10

Wcześniej. Zbyszek

Rozdział 11

Reperkusje

Wcześniej. Wspomnienie dnia, w którym wszystko zaczęło się pierdolić

CZĘŚĆ III

WYROK ŚMIERCI

Rozdział 1

Nowy początek?

Później

Rozdział 2

Sen

Rozdział 3

Wizyta

Rozdział 4

Daniel. Wcześniej

Rozdział 5

Morderca

Rozdział 6

Zmiany . Trochę później

Rozdział 7

Śledztwo

Rozdział 8

Koniec

EPILOG

Dużo później

KACPER ŁUKOWICZ

ZŁE DUCHY

Liberum Verbum

Copyright © Kacper Łukowicz

Wrocław 2020

ISBN: 978-83-66358-51-5

Skład i korekta: Liberum Verbum

Redakcja: Zbigniew Zebar

Projekt okładki: Zbigniew Zebar

Autor zdjęcia wykorzystanego na okładce: Adrian Mechocki

instagram.com/gratyfixation

facebook.pl/Gratyfiksacja

Wydanie I

Liberum Verbum

50-078 Wrocław

ul. Leszczyńskiego 4

www.liberumverbum.com.pl

liberum-verbum.sklepypasejo.com.pl

[email protected]

„Chodź, ukażę Ci wyrok na Wielką Nierządnicę, która siedzi nad wielu wodami,

z którą nierządu się dopuścili królowie ziemi, a mieszkańcy ziemi się upili winem jej nierządu.”

(Ap 17,1-2)

Bądź swoją dziwką

 – katowicki artysta uliczny

PROLOG

Wszystko się ostatnio pojebało.

Czuł, że głos był dobry i bardzo mu bliski.

Niestety wydobywał się z daleka, więc tym razem nie miał co liczyć na jego pomoc.

Nie miał pojęcia, do kogo należał.

Wszystkie wnioski, które wokół niego wysnuł, pochodziły tylko i wyłącznie z wnętrza jego własnej podświadomości.

Zupełnie, jakby śnił, bo w snach takie rzeczy po prostu się wie.

To jednak nie był sen.

Przekonał się o tym, kiedy otworzył oczy.

Nie potrafił ani powiedzieć, gdzie się znajdował, ani określić, jaki był dzień tygodnia, ani tym bardziej przypomnieć sobie, w jaki sposób tam trafił.

Zaczął się rozglądać. Na pewno siedział na krześle. Drewnianym. Bolała go dupa. Było ciemno. Bardzo ciemno. Próbował mrużyć oczy, ale nie za wiele to pomogło.

Mimo tego, że jego wzrok od zawsze był perfekcyjny, widział tylko niewyraźne kontury. Nic nie słyszał. Tylko szumy. A może to właśnie tak brzmi cisza?

Słyszał ciszę. Bolała go głowa. Od ciszy? Od uderzenia? Raczej od uderzenia. Ból nie pochodził od środka, ale chyba od czegoś z zewnątrz. Był tępy i pulsujący.

Spróbował się podnieść. Jakaś siła go powstrzymała. Nie. To nie siła. To sznury, którymi był przywiązany. Teraz to poczuł. Wżynały się w jego nadgarstki i kostki. Zaczął się szarpać, ale nic to nie dało.

Gdzie on może być? Może to jakaś dziura? Poszurał trochę butem po ziemi. To nie ziemia. To na pewno coś stabilnego. Dosyć śliskiego, na pewno nie chropowatego. Kafelki? Może był w jakiejś piwnicy? Wziął głęboki wdech. Nie czuł stęchlizny. Chociaż może to jakaś zadbana piwnica? Albo dom? Może był po prostu w jakimś domu. Ale kto by przetrzymywał u siebie innego człowieka? A może to jakiś dziwny, sterylny pokój przesłuchań, jak w filmach? Taki z lustrem weneckim, stołem i dwoma krzesłami. Może zaraz wejdzie tu jakiś policjant i zacznie go przesłuchiwać? Albo jakiś agent CBŚ. Wejdzie do pokoju, zapali rażące światło i zacznie go torturować. Próżny trud. I tak nic by od niego nie wyciągnął.

Może jednak nie jest tu sam?

Wrzasnął.

Ciągle cisza. Teraz poza głową bolało go gardło. Nigdy jeszcze się tak nie darł.

Znowu wrzasnął.

Znowu cisza. Nie miał nawet pewności, czy krzyczał. Nie potrafił usłyszeć nawet samego siebie.

Nagle zobaczył jakiś ruch. Wpadający do pokoju snop światła oświetlił drewnianą framugę i jego oczom przez ułamek sekundy ukazała się prosta, gazowa kuchenka. Na pewno był w jakiejś starej kuchni. Pewnie jeszcze takiej, która pamiętała czasy PRL-u.

Wrzasnął po raz kolejny. Jego gardło płonęło.

Ktoś wszedł do pomieszczenia razem z bijącym po oczach snopem światła.

Zmrużył oczy. To nie latarka. To telefon. Lampa błyskowa. Ktoś, kto go trzymał, nawet nie pofatygował się, żeby się przygotować. A może po prostu go nagrywał? Może ktoś chciał zabrać z ulicy jakiegoś losowego człowieka, związać i nagrać jego reakcję, jak w tych wszystkich internetowych prankach. Może ten ktoś tu przyjdzie i powie, że faktycznie bierze udział w jakimś programie. Może niedługo nagranie z nim w roli głównej wyląduje w Internecie. SZOKUJĄCE! PORWANY MĘŻCZYZNA KRZYCZY JAK ZARZYNANA ŚWINIA! ZOBACZ ZDJĘCIA!

Ktoś przed nim stał. Raził go po oczach tą cholerną lampą. Prankster? Policjant? Agent CBŚ? Seryjny morderca? Nie wiedział, kto to był. Zauważył, że ekran telefonu też trochę się świecił. Delikatnie oświetlał twarz oprawcy. To jakiś facet. Młody? Stary? Bez znaczenia. Na pewno zły. Zły do szpiku kości. Każdy, kto w biały dzień porywa innego człowieka, jest zły.

Ale właśnie, czy to był biały dzień? Może to było w nocy? Nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie to się stało.

Pamiętał za to, że wszystko się ostatnio pojebało.

Nie wiedział nawet jak miał na imię i co tu robił.

Najstarszym wydarzeniem, które potrafił sobie przypomnieć, było obudzenie się w tym cholernym pokoju i ten głos, którego nie mógł przypisać do żadnej osoby. Może to przez stres? Na pewno nie miał amnezji. Może więc to przez uderzenie w skroń?

Zły człowiek chyba krzyczał. Na pewno ruszał ustami. Krzyczał do niego? Do samego siebie? Może gdzieś za tymi drzwiami jest ktoś jeszcze? Jak duży jest w ogóle ten budynek?

Człowiek prawie na pewno krzyczał. Krzyczał do niego. Patrzył mu prosto w oczy. Były puste. Nasycone przemocą? Strachem?

Człowiek już chyba się wykrzyczał, bo obrócił się i wyszedł.

On za to poczuł ucisk w żołądku. Musiał być głodny. Kiedy ostatnio jadł? Nie pamiętał. Kiedy ostatnio pił? Nie wiedział.

Wiedział tylko, że ostatnio wszystko się pojebało.

Wreszcie zebrał w sobie siły na jeszcze ostatni krzyk.

Wrzasnął.

Nikt nie odpowiedział.

CZĘŚĆ I

IMPREZA

Rozdział 1

Wtorek. Gabi

W pokoju było duszno i głośno. Dzieci nieustannie biegały w te i we w te, bawiąc się w wojnę, chowanego albo berka. Gabi siedziała przy stoliku i co chwilę poprawiała niedawno przefarbowane, spięte w kucyk włosy. Z zaciekawieniem obserwowała jedyne spokojne dzieci w pomieszczeniu. W ich bazgrołach stopniowo zaczynała dostrzegać znajome kształty drzew, motyli i chmur.

 – Łaaaaaaa!

Poprawiła okulary i rozejrzała się. Mały Filipek ściskał swoją rączkę. Wyglądał jak nadmuchany czerwony balonik w koszulce w paski. Nie płakał. Ryczał. Wył. Darł się. Wszyscy zamarli. Gabi ruszyła w stronę chłopca. Po chwili zauważyła, że stojącemu obok niego Jackowi też lecą łzy z oczu.

 – Co się stało, Filipku? – spytała. – Pokaż mi rączkę.

Chłopczyk powolnym ruchem puścił nadgarstek. Odsłonił tym samym ogromną, krwawiącą ranę. Krew leciała z miejsc, w których odcisnęły się malutkie zęby. Gabi nie mogła sobie wyobrazić, jak bardzo chłopiec musiał w tym momencie cierpieć.

 – Jacek mnie ugryzł – wybełkotał. Gabi obróciła się w kierunku oprawcy.

 – Jacek! Czyś ty na łeb upadł? Dlaczego to zrobiłeś?!

 – On powiedział, że moja… moja mama zabiera śmieci ze śmietnika, a potem je zjada – odparł powoli.

W tym momencie do sali wpadła pani Jadzia. Potężna kobieta o długich, kręconych i wypłowiałych włosach.

Dyrektorka przedszkola.

Pot lał się jej z całego ciała i osiadał na jedwabnej sukience.

 – Co to za piski? Jezus Maria! Gabrielo! Co to ma znaczyć?! Dzwońże natychmiast na pogotowie! Filipek się przecież za moment wykrw...

 – Pani Jadziu, bez przesady – przerwała jej Gabi. – Żeby od razu do szpitala? Wystarczy przemyć i opatrzyć. Wygląda groźnie, ale to przecież nic takiego.

Dzieci ciągle płakały. Wokół zaangażowanej czwórki zaczęło tworzyć się kółko. Obserwowały ich jak jakichś bokserów podczas nielegalnej walki odbywającej się gdzieś w podziemnym garażu.

 – Co ty możesz wiedzieć, dziecko!? On tu zaraz um...

 – Nie jestem dzieckiem – wycedziła oburzona. – A pani mogłaby mieć trochę ogłady. Zaraz opatrzymy Filipka i wyjaśnimy całą sprawę, prawda?

Chwila ciszy. Jadzia wrzała. Przygryzała wargę, żeby tylko nie wybuchnąć.

 – Tak, Gabrielo. Filip, przestań beczeć! Co się stało?

 – Jacek go ugryzł – wypaliła. – Powiedział, że jego mama zbiera śmieci i je zjada.

 – Filip! Co się stało?

 – Ugryzł mnie – wyjąkał.

 – Jacek, czemu go ugryzłeś?

 – Powiedział, że moja mama je śmieci…

 – Jacek, do kąta! Filip, ty idziesz ze mną. Zadzwonimy po rodziców. – Obróciła się do Gabi. – Jak wrócę – zaczęła cicho – ma cię tu nie być. Wiesz, co ty właśnie sobie zrobiłaś? Wiesz, jak trudno jest znaleźć dzisiaj robotę w przedszkolu nie mając kwalifikacji? Nie wrócisz tu już nigdy!

Jadzia wyszła, trzymając pod pachą płaczący balonik. Gabi podeszła do stolika, przy którym spędziła większość popołudnia. Zaczęła pakować swoje rzeczy. Notatki z biologii, rysunek na zajęcia artystyczne i książkę do polskiego. Nagle usłyszała głos jednej z dziewczynek:

 – To pani Gabrysia już nie wróci? – spytała zawiedziona.

 – Niestety, Marysiu. Pani Jadzia mnie chyba nie lubi, wiesz?

 – Ale my też nie lubimy pani Jadzi! To nie fair! – oburzyła się.

 – Nic w życiu nie jest fair, Marysiu. Nie martw się. Odwiedzę was kiedyś.

 – To ja nie chcę tak żyć nie fair.

 – Nie mów tak – zaczęła głośniej. – Nie jest fair, ale trzeba je przeżyć. Właśnie po to, żeby sprawić, że będzie trochę bardziej fair.

Gabi wstała i zawiesiła torbę na ramieniu. Dzieci podbiegły do niej, żeby pożegnać ją zbiorowym uściskiem. Liczyła na to, że przedszkolaki są jeszcze zbyt małe, żeby osądzić jej niepotrzebnie użyty w przemowie patos. Mimo wszystko chciała jednak, żeby faktycznie wyniosły z całej tej sytuacji jakąś lekcję.

Kątem oka dojrzała, że leżące na stoliku bazgroły przerodziły się z motyli w coś zupełnie innego. Na pomazanych długopisem kartkach zobaczyła niewyraźne postaci przypominające ludzi z pustymi czaszkami w miejscu głów. Być może jej się wydawało, ale mogłaby przysiąc, że niejasne kształty podpięte były do jakichś abstrakcyjnych narzędzi tortur. Nie zdołała jednak zwrócić uwagi na to, kto był autorem tych turpistycznych wizji.

Wychodząc, nałożyła jeszcze skórzaną kurtkę. Trzasnęła drzwiami. W korytarzu z daleka zobaczyła panią Jadzię. Kobiety zmierzyły się wzrokiem, jakby były gotowe do wyciągnięcia rewolwerów i wymierzenia sprawiedliwości. Gabi uśmiechnęła się. Pomachała dyrektorce i wyszła z budynku.

Na zewnątrz było dosyć ciepło. Dziewczyna od razu wyciągnęła swojego iPhone’a i włożyła słuchawki do uszu. Z głośników wybrzmiał jeden z jej ulubionych koreańskich wokalistów. Nie znała tekstu, ale bardzo podobał jej się sam fakt słuchania k-popu. Znała połowę istniejących zespołów i tytuły ich kawałków tylko po to, by pokazać innym swoją odmienność. Z kieszeni kurtki wyciągnęła prawie pełną paczkę mentolowych papierosów i zapalniczkę. Niezdarnie zapaliła jednego, lecz zdarła sobie skórę z kciuka, nieumiejętnie pocierając nim o krzesiwo. Zaciągnęła się i od razu zakrztusiła. W końcu ruszyła w drogę do domu.

Powoli wypalając papierosa, szła do swojego bloku. Przeklinała w myślach tę starą prukwę, przez którą pewnie nie będzie miała teraz wzorowego zachowania. Przechodząc osiedlem ogródków działkowych, zatrzymała się na moment przy domku należącym do jej rodziców. Zza płotu widać było wybite szyby chatki i niedbale poukrywane, porozbijane szklane butelki po piwie.

Pokłosie zorganizowanej przez Gabi kilka tygodni temu osiemnastki.

***

Stała pod drzwiami pięciopiętrowej kamienicy. Wpisała czterocyfrowy kod przypisany specjalnie do numeru jej mieszkania i weszła do środka. Na klatce schodowej powitał ją znajomy głos oraz nieznośny smród.

 – Pani Gabriella! – wykrzyknął znany wszystkim mieszkańcom osiedla menel. – Da pani wiarę, że właśnie na panią czekałem?

 – Dam wiarę, panie Zbyszku. Niestety nic przy sobie nie mam.

 – Aaale nie w takim kontekście myślałem, no pani Gabriello! Był tu pani Gabrielli koleżka. Walił w te drzwi i walił. No wpuściłem go, no bo co miałem zrobić?

 – Jaki koleżka, panie Zbyszku?

 – No wie pani, no... Ten taki, co tu czasem z panią chodził. Brunet taki, no. Wysoki dosyć, ale nie za bardzo. James Dean taki albo młody Cybulski.

 – Czego chciał?

 – Powiedział, że nie moja sprawa. No ale chciał się z panią Gabriellą zobaczyć, to przekazuję. Powiedziałem mu, że pani nie ma, to poszedł.

Gabi podziękowała panu Zbyszkowi i ruszyła na górę. Po drodze przeszukała kieszenie. Znalazła w nich trochę drobnych.

 – Panie Zbyszku!

Zbiegła po schodach, lecz już go tam nie było. Prawdopodobnie wyszedł na spacer, ale może po prostu zmienił sobie kamienicę.

Gdy weszła na czwarte piętro, postanowiła, że dokładnie przemyśli, w jaki sposób będzie wyglądała jej rozmowa z rodzicami.

 – Cześć rodzice! Dostałam dzisiaj w szkole dwie piątki i jedną czwórkę! Widzicie, że umiem się przyłożyć do tego, co robię? Nie musicie już się na mnie gniewać!

 – Gratulacje! Jesteś najwspanialszą córką na świecie! Wiedzieliśmy, że drugi raz nas nie zawiedziesz!

 – Wiecie…bo w piątek Bartek i Marcin organizują osiemnastkę... Myślicie, że będę mogła się wybrać? Nic mi nie będzie, zostanę tam do rana.

 – Oczywiście, córeczko! Odkupiłaś już swoje grzechy!

Gabi wiedziała, że nie było najmniejszych szans, aby rozmowa potoczyła się w taki sposób. Mogła co najwyżej liczyć na to, że obędzie się bez większych konfliktów.

Włożyła klucz do zamka i obróciła go dwukrotnie. Weszła do mieszkania.

 – Cześć rodzice!

Cisza.

Położyła torbę na ziemi. Zdjęła kurtkę i odwiesiła ją na wieszak, zaraz obok marynarki ojca i panterki matki. Buty zaś postawiła na ziemi, obok lakierek i koturnów.

 – Halo! Jesteście?

Weszła do salonu. Ojciec bawił się iPadem. Zaciskał swoje spocone dłonie na delikatnym sprzęcie. Wyglądał, jakby miał go za chwilę złamać. Kątem oka zerkał co jakiś czas na ekran telewizora, który zwykle wydawał się mieć tylko dwa kanały.

Dzisiaj był wtorek, więc to ojciec miał władzę nad pilotem i zmuszał domowników do oglądania telewizji publicznej.

Matka, ignorując w tym czasie program informacyjny, który zwykle przyrównywała do Dziennika Telewizyjnego z czasów PRL-u, robiła coś na cienkim laptopie z gigantycznym, świecącym, białym jabłkiem na obudowie.

 – Co tak wcześnie? – spytał ojciec.

Tego nie przemyślała.

 – Wiesz… Wyrzucili mnie z wolontariatu. Ale to nie moja wina!

 – Oczywiście! – wypaliła matka, podnosząc głowę znad ekranu. – Nie obchodzi mnie, co się stało! Jutro masz tam wrócić i przeprosić panią Jadzię!

 – Możesz mnie chociaż raz wysłuchać? Ta wredna baba zaczęła straszyć dzie...

 – Ej! – przerwał ojciec. – Jak ty się dziewczyno wyrażasz o starszej kobiecie?

 – Zaczęła straszyć dzieci, że chłopczyk się wykrwawi, bo drugi go ugryzł! To nie jest kompetentne zachowanie!

 – I co w związku z tym? Faktem jest, że zachowała się niepoważnie. Mimo to nie wolno ci jej tak nazywać. Poza tym, naprawdę powinnaś ją przeprosić, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek wrócić do jakiegokolwiek przedszkola! Wiesz przecież, jak teraz pilnują wszystkich, którzy chcą tam pracować...  –  Chwila ciszy. Ojciec wyłączył tablet.  – Czy chcesz nam powiedzieć coś jeszcze, Gabrielo?

 – Idę w piątek na imprezę... Nie będzie mnie całą noc.

 – Nigdzie nie idziesz – powiedziała matka. – Masz zakaz chodzenia na imprezy za to, co zrobiłaś z działką.

 – Spokojnie, mamo – Gabi ruszyła w stronę swojego pokoju – umiem o siebie zadbać. Przecież jestem pełnoletnia.

Gabi trzasnęła drzwiami. Jej rodzice obrzucili się spojrzeniami, pokręcili głowami i wrócili do przerwanych czynności. Matka do nieustannego grzebania w papierach swojej firmy kosmetycznej, a ojciec do namiętnego przeglądania stron informacyjnych, przerywanego krótkimi partiami w prostą grę zręcznościową.

***

Zapis rozmowy Gabi z Karolem.

G: co jest z tobą nie tak? chyba wszystko sobie wyjaśniliśmy.

K: Cześć.

G: ?

K: Po prostu chciałem Cię zobaczyć.

G: ehh. nie możesz robić takich rzeczy.

K: Mieliśmy zostać przyjaciółmi.

G: tak. ale to nie znaczy, że możesz sobie przychodzić pod mój blok kiedy ci się podoba.

K: Sorry.

G: po prostu więcej tak nie rób.

K: Ok. Co tam u Ciebie?

Gabi dokładnie opisała Karolowi wcześniejsze wydarzenia.

K: Kurde... Kiepsko. Ale będziesz w piątek?

G: tak. mam w dupie czy mnie puszczą.

K: Well... Ty nie masz tego problemu.

G: dzieciak xd ciebie twoi puszczą, nie?

K: Oby. No ale raczej tak. Puścili mnie do Ciebie, to do nich pewnie też.

G: chyba nie wiedzą, jak się skończyło u mnie.

K: Pewnie, że nie. Umarliby, jakbym miał im powiedzieć, że idę na imprezę roku.

G: no to powodzenia.

K: Przyda się.

***

Stała bezradnie nad umywalką i wpatrywała się w lustro. Wokół niej walały się ubrudzone podkładem i tuszem do rzęs płatki kosmetyczne. W odbiciu widziała niezbyt urodziwą dziewczynkę o różowych włosach i nieproporcjonalnie wielkim nosie. Gaba Jaga! Gaba Jaga! – krzyczały dzieci kiedy była zbyt mała, by się malować. Makijaż nadawał jej siły, był dla niej jak zbroja. Pozwalał ukryć tę gorszą Gabi. Brzydką, nieporadną, w gruncie rzeczy smutną, a przede wszystkim, według niej samej – nikomu niepotrzebną. Zbyt wrażliwą, żeby przeżyć zetknięcie z otaczającym ją światem.

Nie miała wady wzroku. Nosiła zerówki. Trochę odwracały uwagę od nosa. Rozpuściła włosy. Nie mogła uwierzyć, że mimo pełnoletności wciąż była bezradna i zależna od innych.

Spojrzała sobie w oczy i rozpłakała się.

Rozdział 2

Środa. Daniel

Właśnie kończył tuszować kontur tygrysa na ramieniu Marcina. Dźwięk pracującej maszyny hipnotyzował go do tego stopnia, że całkowicie zatracał się w sztuce. Zupełnie ignorował jęki swoich klientów. Skupiał się na pracy. Nie obchodziło go, że boli.

Pewnie, że boli! Przecież wbijam ci igły w rękę. Co, myślałeś, że jest tylko jedna? Nic nie myślałeś. Co ty chciałeś, żebym ci ten atrament tam strzykawką wstrzyknął? Teraz już za późno, zacząłem – to muszę skończyć.

 – …i mówię ci, mordo. Siedzimy u Bartusia i ona zaczyna nawijać jakieś te swoje katolskie czy tam żydowskie pierdy. Tam, że oni są sobie przeznaczeni, że są jak dwie połówki czegoś tam, no i zaczyna go lizać. A ja tam próbuję to zignorować, nie wiem, temat zmienić czy coś, no ale się nie da. Potem zaczęła pieprzyć coś o swojej matce, że jej nienawidzi, że – mówi – jej ojciec nie żyje, a ona w to nie wierzy, i takie inne. No i nie wiem, chciałem im powiedzieć, że co mnie to, ale w sumie dosyć zabawne to było. Też byś mógł tego posłuchać, wyjaśniłbyś ją na miejscu jakoś, nie?

 – Mhm.

 – Mordo, masa rzeczy cię omija, jak cię nie ma. Wiedziałeś, że chciała się zabić?

 – Jej matka?

 – Nie noo... mordo... ona... Miriam, no. Popieprza teraz po szkole z bandażami na łapach. Wygląda jak jakiś karateka! – Wybuchnął śmiechem. – Albo! Ha! Jakiś mistrz Jedi! Dobre, mordo, nie? Ha!

 – Mhm. – Uśmiechnął się pod nosem.

 – Ej, ale będziesz w piątek, no nie? Mordo, nie, musisz być!  – przekonywał.

 – Mhm.

 – Noooo i ślicznie, mordeczko! Ej... a co myślisz, żebyś Bartusiowi też takiego zrobił, co?

 – Mhm...

 – No i pięknie, mordo! Zawsze można na ciebie liczyć, no!

 – Czekaj... Co? – spytał, zastanawiając się, na co właściwie wyraził zgodę.

 – No, weźmiesz mu zrobisz takiego tatuaża na urodzinki, nie?

 – To ja mam niby w plecaku cały sprzęt przynieść?

 – Nie no, ziomuś! Przywiozę cię! Tylko weź to zapakuj jakoś, nie?

 – Nooo... Niech będzie... Dobra. Zbieraj się. Za tydzień cieniowanie.

 – Dzięki wielkie, mordo! Ile?

 – Prezent.

 – No mordeczkooo... Dziena, ziomuś!

Marcin spakował się i po drodze jeszcze kilka razy podziękował za obniżenie kosztów tatuażu. Daniel przekręcił zamek dwa razy na górze i dwa razy na dole. Schował maszynę do szafy, wyłączył lampę i odsłonił rolety, wpuszczając do domu światło słoneczne.

***

Siedział przed laptopem. Oglądał „Grę o Tron” na jakiejś nielegalnej platformie streamingowej. Nagle zadzwonił do niego nieznany numer. Po chwili zastanowienia odebrał.

 – Halo?

 – Witam, moje nazwisko Wurczak. Jestem dyrektorem I Państwowego Liceum Ogólnokształcącego im. Żołnierzy Wyklętych. Czy dodzwoniłem się do rodziców… Daniela Puszczyńskiego?

Zaniemówił. Nie spodziewał się, że jeszcze będą go ścigać za nieobecności.

 – Tak.

 – Wspaniale! Ze smutkiem pragnę państwu oznajmić, że na zebraniu rady pedagogicznej zapadła decyzja o skreśleniu państwa syna z listy uczniów. Owa decyzja podyktowana została zachowaniami Daniela, takimi jak: częste nieobecności, palenie tytoniu na terenie szkoły, spożywanie alkoholu na terenie szkoły, wandalizm, nadużywanie wulgarnego języka, lekceważący stosunek wobec nauczycieli, niszczenie mienia szkoły oraz niegodne reprezentowanie szkoły poza jej budynkiem. W najbliższym czasie otrzymają państwo list z naszą decyzją. Od decyzji mogą się państwo spróbować odwołać, ale nie wiem, czy ma to w ogóle sens... Czy wyraziłem się jasno?

 – Tak.

 – Wspaniale! Dziękuję i życzę miłego dnia!

Rozłączył się. Jeden problem mniej.

***

Zapis rozmowy grupy „niedźwiedzie!”

Blacha: grill. dzis 18.5 na 5 kto bezdie?

Krótki: Jo

Czacha: Ja. Co grillujemy?

Łysy: Ja

Blacha: kurczaki. daniel bediesz?

Daniel: Tak.

***

Utworzyli ściśnięty krąg. Pięciu jeźdźców apokalipsy miało zasiać spustoszenie w szeregach wroga. Daniel, Blacha, Łysy, Czacha i Krótki przeciw reszcie świata.

 – Dobra, panowie, zasady są proste – zaczął Blacha, łysy, siwobrody guru, za którym każdy „Niedźwiedź” skoczyłby w ogień. – Lejemy ich łokciami, tak? Wtedy ich boli, a nas nie. Jak już będą leżeć, to nie skaczemy po nich. Nie kopiemy ich po jajcach, bo sami nie chcemy tam dostać. Pełna kulturka, panowie, tak? Jak któryś z naszych padnie, to pomagamy mu wstać. Bez gadania. Jak, któryś z nich padnie i zobaczycie, że wstaje, to zasadzacie mu łokciem, tak? Ale jak tylko któryś zobaczy, że któryś z nich coś za długo nie wstaje, to nie uciekacie, tylko wyjaśniacie sprawę. Kulturka, tak?

 – E, Blacha, a mogę na jakiego nacharać?

 – Czacha… Jesteśmy kulturalnymi ludźmi, tak?

 – Nooo… tak.

 – No, to możesz na jakiego nacharać czy nie?

 – Nooo… nie.

Poklepał go po plecach.

 – Dobrze, Czacha. Nie możesz. Pełna kulturka. To zaczynamy, tak? Ej! – krzyknął do sąsiedniego kręgu. – Koniec cyrtolenia. Zacznijmy taniec!

Oba kręgi rozproszyły się i utworzyły równoległe do siebie linie. Wszyscy mieli na sobie tylko dresowe spodnie w pasy. Daniel przetarł czoło i spojrzał na wrogów – kibiców konkurencyjnego klubu piłkarskiego KS Śląsk. Zlewali się w jedną, zwierzęcą masę. Pojedyncze osoby dało się rozróżnić co najwyżej po rysach twarzy i to tylko po dogłębnym przypatrzeniu się. Byli ścianą, którą KKS Przymierze musiał zniszczyć.

-TERAAZ! – wrzasnął wrogi dowódca.

Obie ściany zaczęły zbliżać się do siebie w zastraszającym tempie. Daniel zamachnął się i wbił wrogowi pięść w twarz. Kątem oka zobaczył, że Krótki kopnął jakiegoś gościa z wyskoku. Usłyszał nieprzyjemne chrupnięcie. Blondyn, którego uderzył, nie trzymał gardy. Musiał być nowy, niedoświadczony. Jego dłoń zaczęła pulsować. Bolała. Musiała rozkruszyć mu zęby. Blondyn upadł na ziemię.

Nagle ktoś przyłożył Danielowi w skroń. Stracił równowagę i padł twarzą na asfalt. Miał mroczki przed oczami. Czuł, że skądś leci mu krew.

Wokół trwała rzeź. Walka była zacięta i wyrównana.

Obrócił się na plecy. Powoli wstał. Czacha i Łysy leżeli. Blacha i Krótki okładali się z dwoma ostatnimi stojącymi wojami.

Chłopak, którego zaatakował na samym początku, powoli się podnosił. Kiedy Daniel do niego dotarł, blondyn już stał. Tym razem trzymał gardę i był gotowy na drugą rundę. Z nosa i z ust wypływała mu krew.

Przez kilka sekund okładali się po dłoniach. Oboje byli wycieńczeni.

Wróg na krótki moment opuścił gardę. Ta chwila wystarczyła, żeby zadać mu ostateczny cios. Daniel przyłożył blondynowi w tchawicę.

Zapowietrzył się.

Nie mógł oddychać.

Padł na ziemię, a Daniel usłyszał wyraźne przeszywające chrupnięcie.

Rozejrzał się. Blacha zwijał się z bólu, a Krótki kończył rozprawiać się z ostatnim Kurczakiem. Siedział na nim. Bez opamiętania walił go po twarzy. Na czole Krótkiego dumnie widniał symbol Polski Walczącej, który prawdopodobnie dodawał mu odwagi i siły.

Daniel spojrzał na powalonego blondyna, który już zrobił się cały siny. Wydawał z siebie tylko dziwny, świszczący dźwięk.

Nie mógł oddychać.

Daniel poklepał go po policzku. Mocno.

 – Wstawaj!

Blondyn ostatni raz wypuścił powietrze.

Coś z niego wyleciało.

Nie był już człowiekiem.

Był tylko kukłą.

Daniel spojrzał na Krótkiego, który stał jako ostatni. Od jego skropionego potem czoła odbijało się światło zachodzącego już słońca, które oświetlało tatuaż Polski Walczącej. Podniósł wysoko pokryte krwią wroga dłonie, zupełnie jak Sylvester Stallone po pokonaniu rosyjskiego mistrza w ringu.

Innymi słowy, „Niedźwiedzie” wygrały.

 – Nakopaliśmy im, co nie, Danon? – Krótki wziął głęboki wdech. – Zbladłeś, mordo… co ci jest?

Zaczął iść.

 – Ej, co ty, Danon? Pomóż mi chłopaków pozbierać.

Zaczął iść trochę szybciej.

 – Danon, debilu! Wracaj tu!

Zaczął biec. Już go nie słyszał.

***

Było ciemno. Szedł przez most, potykając się o własne nogi. Krew cieknąca z rozbitego łuku brwiowego zalewała mu oczy.

Zatrzymał się i oparł o barierkę. O tej porze po mieście nie jeździły już żadne samochody. Spojrzał na rzekę, której szum trochę go uspokajał.

Czuł jej odrażający zapach. Zapach śmieci i zanieczyszczeń, które trafiały do Rawy praktycznie codziennie. Ta rzeka gniła. Z łatwością mógłby do niej wskoczyć. Leciałby pewnie kilka sekund i na pewno nie przeżyłby upadku, a nawet gdyby przeżył, zgniłby razem z nią.

Splunął. Raz… dwa… trzy. Leciałby trzy sekundy.

Z oddali ktoś zaczął się do niego zbliżać. Śmierdział. Daniel postanowił się ruszyć. W końcu poznał znajome rysy twarzy.

 – Daniel! – wykrzyknął zadowolony.

 – Nie.

 – Ej, no… kolego… Musimy poga...

 – Nie – przerwał mu.

 – Płaszcza chociaż nie chcesz? Zimno tu…

Przystanął.

 – Zbychu… nie zbliżaj się przez jakiś czas do mojego domu.

 – No, ale jak to? Daniel, no! Kumplu! – odparł zdziwiony całą sytuacją.

 – Zaufaj mi, Zbychu. Po prostu nie przychodź.

 – Daniel… coś ty zrobił? – spytał niepewnie.

 – Nie przychodź, Zbychu.

Przetarł czoło i zaczął iść. Odliczał drogę od jednej latarni do drugiej.

Szedł przez Chorzów jeszcze jakieś pół godziny. Miał dość. Chciał położyć się na drodze i poczekać na jakikolwiek przejeżdżający samochód, który mógłby zakończyć jego życie,

W końcu dotarł do domu.

***

Otwarcie drzwi sprawiło mu wiele problemów. Nie mógł trafić kluczem do zamka, ale po kilku próbach wreszcie wszedł do środka.

Od razu ruszył do kuchni. Nalał wody do garnka, postawił go na gazowej kuchence, odkręcił gaz, przekręcił pokrętło na dziewiątkę i odpalił zapałkę.

Zabiłem go. Zabiłem. Zabiłem. Kurczaki mnie zniszczą. Zabiłem go. Wjadą na chatę... Zabiłem go. Ukręcą mi łeb... Zabiłem go. Czemu uciekłem? Zabiłem go.

Z szuflady w swoim pokoju wyciągnął zestaw do szycia. Spojrzał w lustro i przyłożył palec do rany.

Zabiłem go. Przestał oddychać. Nie żyje.

Wrócił do kuchni. Woda bulgotała. Wrzucił do garnka najmniejszą igłę, jaką znalazł. Nitka była już przewleczona. Nie wiedział, czy też powinna się odparzyć, ale przecież nie zaszkodzi. Poczekał jeszcze chwilę i przekręcił pokrętło na zero.

Matka zawsze kazała mu uważać na gaz. Była to jedna z niewielu jej nauk, które faktycznie wykorzystał, więc od razu po odparzeniu igły zakręcił całkowicie dopływ gazu do kuchenki.

Wreszcie wylał wodę z garnka, ubrał robocze rękawiczki, wziął do rąk sprzęt i udał się do łazienki.

Nie mogę się teraz poddać. Już uciekłem. To był impuls. Muszę z tym żyć. Znają mój adres? Nie. Nie znają. A Niedźwiedzie? Chyba nie. Nie, oni też nie. Poznaliśmy się przecież na tym czacie na Kibicowo.net. Nie znają adresu.

Spojrzał w swoje zielone oczy. Cała prawa strona twarzy była zalana zaschniętą już krwią. Przygryzł wargę i zaczął zszywać swoją ranę.

Rozdział 3

Czwartek. Karol

Biegnę przez ulicę, nie wychylam się,

mało co tam widzę, i potykam się,

wpadamw inny wymiar, gdzie wolności kres,

każdy, kto mnie trzyma, to jest dla mnie pies!

Hau! Hau! Hau-ha-ha-hau!

Z każdym wersem, który rozbrzmiewał w jego głowie, coraz głośniej stukał długopisem o szkolną ławkę. Wiedział, że tekst jest beznadziejny, ale co z tego, jeśli ziomeczkom się podoba? I tak nikt nigdy nie słucha słów. Co najwyżej w refrenie, ale jeszcze go nie wymyślił. Refren jest kluczowy w tworzeniu utworów. To właśnie on decyduje o tym, czy kawałek zostanie zapamiętany. Ludzie pokochali jego Panopticum tylko i wyłącznie dzięki refrenowi.

Patrzę na was, widzę panoptiiiiiicuuuuum,

Wszyscy jesteście moim publiiiiicuuuum.

 – Co pan nam powie o IV generacji praw człowieka, panie Wiliński? – spytał pan Kramek, wyrywając go z zamyślenia.

 – No, panie profesorze, chyba nie za wiele.

Z tyłu klasy zaczęły rozchodzić się odgłosy rozbawionych licealistów. Członków jego klasy, z którymi od imprezy Gabi nie miał zbytnio po drodze.

 – Ale wstań pan, jak do ciebie mówię!

Karol wstał, a Kramek ciągle przeszywał go wzrokiem. Wpatrywał się w niego znad okularów, które znajdowały się na czubku jego nosa, przez co wreszcie wyglądał tak, jak się zwykle zachowywał.

Jak karykatura uniwersyteckiego doktora.

Brakowało mu tylko biretu, który mógłby wsadzić na ten swój pokryty czarnymi, kręconymi lokami łeb.

 – No niestety, panie Wiliński, ale przed momentem o tym mówiłem. Masz pan żółtą kartkę.

 – IV generacja to ta o pe...

 – Panie Wiliński… Dobrze się pan zastanów.

 – IV generacja to ta o homosiach, nie?

 – Pan mi powie, czy o homosiach, czy nie.

 – No to, to jest ta. No i co ja więcej mogę powiedzieć? W Polsce jeszcze jej nie wprowadzili. Ta cała generacja ma umożliwić uprawomocnienie związków par homoseksualnych.

 – Dobrze, Wiliński. I co myślisz na ten temat? Paranoja, nie?

Nagle z tyłu sali odezwała się Gabi.

 – Przepraszam, czy mogę wyjść?

 – Sokolska! Coś się stało?

 – Chcę wyjść.

 – Niech będzie, Sokolska. Za dwie minuty widzę cię z powrotem.

Gabi wyszła. Karol nawet przez moment na nią nie spojrzał. Wyszła z klasy, stukając swoimi wysokimi obcasami. Trzasnęła drzwiami.

 – Co ją użarło, wiesz Wiliński? – spytał Kramek.

 – Kto ją tam wie – skłamał bezczelnie, bo przecież doskonale wiedział, co ją użarło.

 – No to, panie Wiliński, jedziesz pan!

 – Nie wiem za bardzo, co powiedzieć. Personalnie nie uważam, jakoby wprowadzenie tej generacji było trafnym pomy...

 – Wiliński! Mówże jak człowiek, a nie jak profesorek.

 – Wydaje mi się, że to nie jest dobry pomysł. Po prostu Polacy są na tyle ksenofobicznym narodem, że nie wytrzymają dwóch całujących się na ulicy facetów.

 – Trafiasz w sedno, Wiliński! Ale jakie jest twoje zdanie? Też jesteś takim „ksenofobicznym Polakiem”?

Z tyłu sali kilku uczniów parsknęło śmiechem.

 – Bez przesady, proszę pa...

 – Pana? Pana? Pana, to pan może spotkać w tramwaju, panie Wiliński! Panie profesorze! Tak ma pan mówić w tej placówce.

 – Przepraszam. Po prostu wcześniej upomniał mnie pan, że mówię jak „profesorek”, więc pomyślałem, że to obelga.

 – Wiliński! Ty mi się tu nie mądrz, tylko odpowiadaj na pytania!

 – To ja myślę, panie profesorze, że swoją seksualność trzeba dokładnie przemyśleć. Ja wiem, że to niby jest coś, co się czuje od samego początku. Ale każdy może się mylić, prawda?

 – Ehh… Wiliński, pierdoło, ja się pytam tylko, czy jesteś za wprowadzeniem, czy nie…

Pukanie do drzwi. Do klasy weszła Gabi.

 – Sokolska! Siadaj i nie przerywaj Wilińskiemu! To co, Wiliński? Jesteś za wprowadzeniem czy nie?

Karol spojrzał w oczy idącej na tyły sali Gabi, która wyraźnie próbowała uciec od jego wzroku.

 – Nie, panie profesorze. Nie jestem.

***

Zaciągnął się. Czuł w ustach smak waty cukrowej zmieszanej z ciastkiem cytrynowym. Cartel Don Dire. Trzymał w dłoni swojego metalowego limitlessa niczym wykwintne kubańskie cygaro.

 – Idź mi z tym gównem, Wiliński! – krzyknął Marcin, trzymając papierosa w ręku.

 – Typie, nie chcę dostać raka po jaraniu tych twoich kiepów.

 – Mordo, ale musisz mieć szacunek dla sztuki palenia. Od wieków ludzie korzystali z tytoniu, a nie jakiegoś płynnego badziewia.

 – Ale patrz, nie zrobisz tak ze swoim tytoniem. – Karol zaciągnął się elektronicznym papierosem. Jego usta były wypełnione parą. Powoli zaczął ją wydmuchiwać. Utworzyła w powietrzu okręgi o różnej wielkości. Wyglądał jak popisujący się przed hobbitem Gandalf.

 – Ale powiedz mi, czemu miałbym to robić?

Karol wydmuchał resztę pary przez zaciśnięte usta.

 – Prestiż i sztuka.

 – Co ty odwalasz, Wiliński? – spytał z daleka Bartek, który szedł w kierunku przystanku, obejmując Miriam w talii. Dziewczyna próbowała podrapać się po ukrytych pod bandażami przedramionach. – Nie jesteśmy już w gimnazjum, typie.  –  Karol zaciągnął się raz jeszcze i teatralnym ruchem przymierzył się do dmuchnięcia Bartkowi w twarz. Ten jednak nawet się nie wzdrygnął.  – Jak to zrobisz, nie wyjdziesz z imprezy żywy.

Karol zawahał się i w końcu wypuścił parę nosem. Zaczął bardzo intensywnie kaszleć. Do grupki podeszła Gabi.

 – Karma – powiedziała.

Wszyscy poza Karolem wybuchnęli śmiechem.

 – I tak pewnie nie wyjdziemy żywi... – stwierdził beznamiętnie Marcin. – Widzieliście, ile osób się zadeklarowało na wydarzeniu?

 – Trzydzieści? – spytała Gabi.

 – Blisko. Siedemdziesiąt cztery!

 – Typie, przecież oni ci się w domu nie zmieszczą – powiedział Karol.

 – Postawimy bramkarza – powiedział Bartek. Miriam wybuchnęła śmiechem i mocno się do niego przytuliła – Nie żartuję. Wpuści najpierw ludzi z klasy, a dopiero później obcych.

 – I kogo tam niby postawisz? Hahaha! Jerzego Dudka? Czy może Majdana? – spytała Miriam.

Karol i Gabi odruchowo spojrzeli na siebie i powstrzymali śmiech. Marcin spojrzał w ziemię i podrapał się po głowie.

 – Oni już nie grają, kochanie – powiedział jak zwykle wyrozumiały Bartek i potarmosił ją po głowie. – Zresztą nie chodzi o takiego bramkarza, tylko takiego, jacy są w klubach. Pamiętasz, jak ostatnio byliśmy w Czereśni i przed drzwiami stał ten goryl?

 – Nooo… pamiętam.

 – No to my też na imprezie będziemy mieli takiego goryla.

 – Jejku, dziękuję Bartuś. Teraz już rozumiem. – Przylgnęła do niego. Całe towarzystwo zaczęło tłumić śmiechy.

 – À propos imprezy – zaczął Marcin – nocujecie?

 – Ja tak – odparł Karol i schował metalową fajkę do kieszeni.

 – Ja jeszcze nie wiem – powiedziała Gabi. – Ale raczej tak, najwyżej starzy się zdenerwują. Nic nowego.

 – Gabi, noo, musisz zostać, ziomek, no! – zaprotestował Marcin. – Musimy ci jakoś ten armagedon zrekompensować. Zresztą wiesz… ani Natki nie ma na liście, ani Kejti, ani Miśka, ani tej tępej Zośki.

Gabi nie skomentowała, tylko spojrzała na Marcina karcącym wzrokiem. Jak nauczycielka, która przyłapała ucznia na ściąganiu.

 – Jedzie mój – stwierdził Karol.

Zbił żółwiki z chłopakami, przytulił Miriam i pomachał do Gabi. Wreszcie wsiadł do drugiego wagonu jedenastki.

W tramwaju okropnie śmierdziało. W środku siedziało kilku wypitych, dyskutujących ze sobą bezdomnych. W skali od 1 do 10 oceniali pobliskie kobiety. Uwagę Karola przyciągnęła jednak tabliczka.

HAMULEC BEZPIECZEŃSTWA

W RAZIE NIEBEZPIECZEŃSTWA SILNIE POCIĄGNĄĆ ZA RĄCZKĘ.

NIEUZASADNIONE UŻYCIE BĘDZIE KARANE

Jakie niby może być uzasadnione użycie hamulca, który jest z tyłu tramwaju? Przecież tutaj nie ma na nic wpływu. Jak zasłabnie motorniczy, to ktoś z przodu pociągnie wajchę, ale z tyłu? Może to by miało sens, gdyby były dwa wagony i jeden by się odpiął? Albo gdy...

Nagle towarzystwo się ożywiło. Panowie menele gwałtownie zaczęli wstawać.

Kontrola. Skasowałem bilet? Oczywiście, że skasowałem. Nawet pani babcia, która siedziała przed kasownikiem może potwierdzić.

 – Bilecik jest? – spytała kobieta.

Menel tylko wyciągnął dowód osobisty i zaczął podawać swoje dane.

 – Zapłaci pan teraz?

 – Nie, nie, nie, bez przesady, szefowo.

Do Karola podszedł drugi kanar. Zimowa czapka na jego łysej głowie wyglądała absurdalnie. Przecież był początek czerwca.

 – Bilecik.

Karol wyciągnął z kieszeni wymięty bilet i pokazał go kontrolerowi.

 – Czemu on jest taki podarty, kolego?

 – Trzymałem go w kieszeni.

Kanar napiął bilecik i dokładnie odczytał ostatnie cyfry, które odbił kasownik.

 – Czternasty, zero piąty, dwa tysiące osiemnasty, dwunasta pięćdziesiąt sześć. Robisz mnie w konia, mały dziadu. Mamy czerwiec i już jest grubo po południu.

Nagle odezwała się podsłuchująca pani babcia.

 – Panie, przecież chłopak kasował bilet, sama widziałam.

 – Niech się pani nie da zwieść. Ta dzisiejsza młodzież zna tyle sprytnych sztuczek, że to jest nie do pomyślenia.  –  Teraz zwrócił się do Karola:  – Dowód osobisty.

 – Nie mam.

 – Legitymacja.

 – Nie mam.

Do kanara podeszła jego towarzyszka.

 – Co tu się dzieje?

 – Młody chce nas wyrobić. Nie ma biletu, nie ma dowodu i nie ma legitymacji.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Natychmiast wybiegli z niego wszyscy pasażerowie jadący bez biletu. Powietrze zaczęło się przerzedzać.

 – Chłopczyku, pokaż nam legitymację. Na pewno masz. To oszczędzi nam kłopotów.

 – Pani jest głucha? Nie mam.

 – Pokaż nam legitymację, bo będziemy musieli zadzwonić na policję.

Karol przyjrzał się kanarowej. Nie umiał oderwać wzroku od jej dłoni. Od jej pomalowanych na biało, jakby korektorem, harpich szponów. Gdyby chciała, wydrapałaby mu oczy. Na razie gra dobrego glinę. Pewnie już niedługo. Kanar wyciągnął telefon, wklepał 997 i… nie nacisnął zielonej słuchawki.

 – Dzień dobry, kontroler biletów numer: A sto pięćdziesiąt cztery. Proszę o radiowóz na gliwicką. Tak, żeby dokonać identyfikacji nieletniego. Dobrze. Będziemy czekać. Doigrałeś się młody!

 – Słuchaj, jeszcze możemy to odwołać, jak dasz nam legitymację.

Karol od razu przejrzał ich szopkę. Nie było żadnej policji.

 – Na pewno chcesz w to angażować rodziców, chłopaku?

Tramwaj zatrzymał się na Gliwickiej.

 – Wysiadaj młody.

 – Nie daj się, chłopcze! – krzyknęła pani babcia.

Wzięli go w kleszcze. Kanar z lewej, kanarowa z prawej. Mieli go w garści, ale co dalej? Przecież policja nie przyjedzie. Nie będą go tu trzymać w nieskończoność. Słyszał dużo historii o kanarach, którzy puszczali ludzi bez biletów, żeby mieli nauczkę. To na pewno jeden z takich przypadków. Gość na pewno nie nacisnął tej zielonej słuchawki.

Karol popchnął kanarową i zaczął biec. Swoimi szponami rozszarpała mu przedramię. Czuł piekący ból, ale nie zatrzymywał się. Ruszył w miasto.

***

Zatrzymał się po kilku minutach biegu. Był już pod Teatrem Śląskim. Ani kanar, ani kanarowa za nim nie biegli. Spojrzał na swoje przedramię. Harpia wbiła w niego swoje białe pazury. Nie było jednak tak źle, jak na początku myślał. Tylko trochę zdartej skóry.

Karol zajrzał do swoich kieszeni. Telefon – jest. Portfel – jest. Legitymacja – jest. Bilet do kasowania – jest. Bilet do pokazywania – jest, chociaż już faktycznie trochę zbyt podarty.

Przez moment wydawało mu się, że słyszy z daleka policyjny sygnał. Zupełnie go zignorował.

Hau! Hau! Hau-ha-ha-hau!

Ten, co mnie trzymał, mówi im:

ZWIAŁ!

Rozdział 4

Piątek. Marcin

Powoli przestawało padać, ale mimo tego krople bez przerwy uderzały o przednią szybę jego Peugeota 207. Wycieraczki ruszały się w rytm głośnego, niemalże inwazyjnego polskiego hip-hopu.

Bartuś i Miriam pewnie znowu liżą się na kanapie mamy – pomyślał Marcin.

Postanowił przyspieszyć. Jechał średnicówką jeszcze kilka minut, aż wreszcie zjechał na osiedle Daniela. Przejechał przez most i podjechał prosto pod dom kolegi.

Ubrany w dresy chłopak stał już przed drzwiami. W ręku trzymał dużą czarną walizkę. Powolnym krokiem zbliżył się i wsiadł od strony pasażera. Był albo przyćpany, albo bardzo niewyspany. Wyglądał jak chodzący trup.

 – Siema. Co ci jest, gościu?

 – Nic.

Cisza. Marcin zauważył, że do prawej brwi Daniela przyłożony jest zakrwawiony bandaż.

 – Kurde, mordo, co ci się stało?

 – Nic.

Cisza.

 – Masz?

Daniel podniósł lekko walizkę. Nie zapowiadało się na długą konwersację. Marcin jednak nie lubił siedzenia w ciszy.

 – Planujesz zostać na noc?

 – Tak.

Wjechał z powrotem na średnicówkę. Przestało padać. Mimo tego, że mógł jeździć samodzielnie dopiero od dwóch tygodni, czuł się już za kierownicą dosyć pewnie. Wyłączył wycieraczki.

 – Pewnie jeszcze nic nie zaczęli przygotowywać, idioci. Czaisz, mordo, że ona się dzisiaj ubrała, jakby miała przywoływać jakieś pieprzone duchy? Ha! Może ona jest jakąś wiedźmą! Dobre, nie?

Daniel nieustannie wpatrywał się w zjeżdżające powoli po szybie krople wody, zupełnie ignorując Marcina.

 – Nie no, żartuję przecież, gościu, nie jest żadną wiedźmą. Nie może być. Już zdążyła dzisiaj szklankę zbić u mnie. To wzięła miotłę i zaczęła zamiatać. Przecież mogłaby odlecieć, a tego nie zrobiła! Ha!

Znowu cisza. Nie odzywali się aż do wjazdu na osiedle Marcina.

 – Co jest po śmierci?

 – Co? O co ty, Daniel, mordo, pytasz? Skąd ja to mam wiedzieć? Jeszcze żyję i mam się dobrze. Może Miriam ci powie! Ha! Ej, nie, dobra… przesadziłem… Lepiej o to nie pytaj. Skąd to pytanie, mordo? Umarł ci ktoś?

 – Powiedzmy.

 – Kuuurde, mordo. Współczuję.

 – Mhm.

Podjechał pod bramę, która natychmiast się otwarła. Daniel zabrał walizkę ze swoim sprzętem i poszedł do domu, a Marcin powoli wjechał do garażu. Wysiadł z samochodu i dwa razy upewnił się, że zamknął drzwi. Nie mógłby pozwolić na wtargnięcie jakichś pijanych licealistów do legowiska jego peugeota. Za bardzo mu na nim zależało.

***

Weszli do domu Marcina. Bartek i Miriam wbrew przypuszczeniom nie całowali się na ulubionej kanapie mamy. Ubrana w czarną sukienkę dziewczyna siedziała przy stole wpatrzona w telefon. Jej chłopaka nie było w zasięgu wzroku.

 – Jesteśmy!

 – Mhm.

 – Gdzie jest Bartuś?

 – Na fajce.

 – Daniel, rozłożysz się tu gdzieś? Już byś mu tego tatosa walnął. Wiesz, no, zanim wszyscy przyjadą, nie?

 – Mhm.

Marcin wyszedł tylnymi drzwiami. Bartek opierał się o balustradę i wypalał papierosa. Miał na sobie białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. Jego lewą dłoń opinał złoty zegarek.

 – Chociaż ty umiesz mówić, mordo, nie?

 – Już wróciłeś?

 – To pojęcie względne. Dłużyło mi się w pierony.

 – Nie gadałeś z Danonem?

 – Kurde, no, mordo. Lubię go bardzo, ale coś z nim jest nie tak.

Bartek się zaciągnął.

 – Zawsze mało gadał – stwierdził, wypuszczając z ust dym.

 – Teraz gada jeszcze mniej.

 – Dziwi cię to? Chociaż w szkole jakoś się integrował z ludźmi. Teraz, jak Wurczak go wypierdzielił, pewnie siedzi ciągle w domu, wpieprza czipsy i ogląda seriale.

 – Pewnie tak, mordo.

 – Przynajmniej dobrze, że go tu ściągnąłeś. Może się zresocjalizuje.

Postali chwilę w ciszy.

 – Kto ci załatwił te fajki, gościu? – spytał Marcin. – Masz już dowód?

 – Jeszcze nie. Nawet jeszcze wniosku nie złożyłem.

 – To na słowo honoru ci dali? – spytał.

 – Powiedzmy. – Bartek wyciągnął z kieszeni swój paszport.

 – Sprytnie, mordo.

Kolejna chwila ciszy. Delektowali się nią, ponieważ wiedzieli, że za chwilę wparuje tu gigantyczna banda licealistów.

 – Wiedziałeś, że kończy mi tatuować tygrysa na ramieniu? – spytał po chwili Marcin.

 – Kto?

 – Daniel. Patrz go – powiedział Marcin, podwijając bluzę. Oczom Bartka ukazał się koślawy, niedorobiony zwierz.

 – Dopiero zaczyna, nie?

 – Nie