Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 493

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 14 godz. 25 min Lektor: Marta Grzywacz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 14 godz. 25 min Lektor: Marta Grzywacz

Opis ebooka Złap mnie - Lisa Gardner

"D.D.Waren, wyszczekaną panią sierżant bostońskiej policji, ciężko czymś zaskoczyć. Jednak prośba kobiety, która obserwowała policjantkę podczas ostatniego wezwania, jest dla D.D. niemałym szokiem. Charlene Grant wierzy bowiem, że za cztery dni zostanie zamordowana. Chce, by to najlepsza bostońska detektyw zajęła się dochodzeniem w sprawie jej śmierci. Charlie opowiada mrożącą krew w żyłach historię. Jej dwie najlepsze przyjaciółki z czasów dzieciństwa zginęły rok po roku 21 stycznia o 8 wieczorem. Charlie, ostatnia z paczki, odlicza godziny do śmierci i nie zamierza się poddać bez walki. Dziewczyna jest wysportowana, zna sztuki walki, doskonale strzela. Nie będzie więc łatwym przeciwnikiem. D.D. ma jednak niejasne przeczucie, że młoda kobieta coś przed nią ukrywa…"

Opinie o ebooku Złap mnie - Lisa Gardner

Fragment ebooka Złap mnie - Lisa Gardner

Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się następujące książki tej autorki:

Pożegnaj się

Samotna

Sąsiad

Dziecięce koszmary

Kochać mocniej

Prolog

Dziewczynka obudziła się tak, jak została wyszkolona: szybko i bezszmerowo. Ostrożnie, bezgłośnie zaczerpnęła powietrza, przerywając na chwilę nocną ciszę. Jej wzrok padł na zmizerniałą twarz matki.

– Cśś – wyszeptała matka, kładąc palec na ustach. – Zbliżają się. Już czas, dziecko. Wstawaj.

Dziewczynka odrzuciła kołdrę i usiadła. Zimowa noc była chłodna i z każdym oddechem z ust dziewczynki wydobywały się widoczne w blasku księżyca obłoki pary. Dziewczynka była na to jednak przygotowana. Podobnie jak jej starsza siostra zawsze spała w ubraniu, wkładała kilka warstw koszulek, bluz i kurtek, bez względu na porę roku. Przecież w każdej chwili mogli pojawić się ONI i wypłoszyć swe ofiary z ciepłej kryjówki, zagnać na otwarte, zdradzieckie tereny. Nieprzygotowane dzieci szybko ponosiły porażkę: obnażone, podatne na odwodnienie i strach.

Ale nie dziewczynka i jej siostra. One wszystko sobie zaplanowały. Matka uczyła je sztuki przetrwania, od kiedy zaczęły chodzić.

Dziewczynka chwyciła leżący przy łóżku plecak. Zarzuciła go na plecy i wsunęła stopy w luźno zasznurowane tenisówki. Podążyła za matką w stronę pogrążonej w ciemnościach klatki schodowej. Matka zatrzymała się przy najwyższych stopniach, położyła palec na ustach i wypatrywała czegoś w mroku.

Dziewczynka przystanęła tuż za nią. Poszukała wzrokiem miejsca w głębi korytarza, gdzie zazwyczaj spała jej siostra. Dom był zbyt mały, by siostra miała własny pokój albo chociaż łóżko. Spała więc na ziemi, na płaszczu zamiast materaca i z plecakiem pod głową zamiast poduszki. Jak na dobrego żołnierza przystało, mawiała ich matka.

Jednak miejsce przy najdalszej ścianie było puste – ani śladu siostry, płaszcza czy znoszonego plecaka. Teraz już całkiem obudzoną dziewczynkę zalała pierwsza fala strachu. Z trudem zwalczyła pragnienie zawołania siostry.

Matka była w tej kwestii stanowcza, a jej instrukcje jasne: miały się nie martwić jedna o drugą, miały nie czekać na siebie nawzajem, tylko biec do lasu. Co sił w nogach. Spotkają się potem w ustalonym miejscu. Teraz najważniejsze to wydostać się z domu i uciekać.

A gdyby miało im się nie udać...

Matka mówiła im to wiele razy, ściągając mięśnie chudej, starej jak na swój wiek twarzy: Trzeba być odważnym. Wszyscy kiedyś umrzemy.

Matka zeszła jeden stopień w dół. Trzymała się prawej strony, bo tam deski mniej skrzypiały. Za duży wełniany płaszcz plątał się wokół jej nóg, jak czarny kot ocierający się pieszczotliwie o kostki.

Dziewczynka podążała za matką, równie uważnie stawiając kolejne kroki, nasłuchując odgłosów z tonącego w ciemnościach parteru. Ich malutki, dwupiętrowy domek stanowił kiedyś część dużego gospodarstwa rolnego. Leżał na skraju lasu, z dala od miasta, z którym łączyła je długa, ciągnąca się przez brunatne połacie ziemi polna droga. Nie mieli korzeni wśród lokalnej społeczności, nie utrzymywali kontaktów z sąsiadami.

Dziewczynka cały swój dobytek miała na plecach. Ubranie, butelkę wody, suszone owoce i migdały, podniszczoną powieść Nancy Drew, którą kupiła kiedyś za dziesięć centów na jakiejś garażowej wyprzedaży, kryształ kwarcu znaleziony dwa lata wcześniej przy innej drodze, w innym mieście, w którym matka też obudziła dziewczynkę i jej siostrę w środku nocy, w mieście, którego nigdy więcej nie zobaczyły.

Może inne dzieci miały zabawki. Zwierzątka. Telewizory. Komputery. Szkołę. Przyjaciół.

Dziewczynka miała swój plecak, starszą siostrę, matkę i to.

Matka zeszła na parter. Uniosła rękę i dziewczynka przystanęła bez słowa. Do uszu dziewczynki wciąż nie dochodziły żadne hałasy, wpatrywała się w srebrzyste tumany kurzu tańczące wokół odzianych w kozaki stóp matki.

Nagle dziewczynka usłyszała jakiś dźwięk. Stukot, a po nim dwa uderzenia. Jakby stary piec nagle odkrył chłód i zaczął budzić się do życia. Po chwili walenie ustało i znów zapanowała nocna cisza. Dziewczynka rozglądała się wokół. Nadstawiała uszu. Nie dostrzegając żadnego zagrożenia, spojrzała z powagą w bladą twarz matki.

Czasami dziewczynka wiedziała, że nie uciekają w środku nocy z powodu jakichś domniemanych złoczyńców czy bezimiennego zagrożenia czyhającego w cieniu.

Czasami opuszczały dom, bo ciągłe ucieczki nie zostawiały wiele czasu na pracę, tym samym nie zapewniały pieniędzy, by zapłacić za czynsz, ogrzewanie czy jedzenie. „Oni” mieli swoje metody, a głód, zimno i zmęczenie, którymi nękali ich rodzinę, były najbardziej skuteczne.

Na tym etapie swojego życia dziewczynka potrafiła przemykać bezszelestnie po domu niczym cień, przebijać wzrokiem ciemności nie gorzej niż kot. Tyle że mogło jej przecież zaburczeć w brzuchu, mogła zacząć dygotać. Ostatecznie to głód, wyziębienie i zmęczenie mogły wydać jej rodzinę.

Matka jakby czytała w jej myślach. Odwróciła się i chwyciła dziewczynkę za rękę.

– Trzeba być odważnym... – wyszeptała.

Głos matki załamał się. Tak rzadka, nieoczekiwana jawność emocji wystraszyła dziewczynkę stokroć bardziej aniżeli ciemność, chłód czy pogrążony w ciszy dom. Ścisnęła dłoń matki równie mocno, jak matka ściskała jej, zdając sobie sprawę, że to nie ćwiczenia. Nie tym razem. Niczego nie zaplanowały.

Coś się wydarzyło.

Znaleźli je. To działo się naprawdę.

Matka się poruszyła. Pociągnęła dziewczynkę w stronę maleńkiej kuchni, której obrzeża skąpane były w wąskich promieniach księżyca wpadających do środka przez rząd dużych okien.

Dziewczynka nie chciała iść dalej. Chciała zaprotestować. Powstrzymać szaleństwo. Uciec na górę, wskoczyć na łóżko i zakopać się głęboko pod kołdrą.

Albo wybiec na zewnątrz. Uciec od tego domu, od napięcia, od pooranej zmarszczkami twarzy matki. Mogłaby pobiec do tego białego domku po drugiej stronie lasu. Mieszkał tam mały chłopiec. Podglądała go czasem z górnej gałęzi rozłożystego dębu. Dwa razy przyłapała go na tym, że i on jej się przygląda zamyślony. Jednak nigdy nie odezwała się słowem. Grzeczne dziewczynki nie rozmawiały z chłopcami. Żołnierze nie bratali się z wrogami.

SisSis. Potrzebowała starszej siostry. Gdzie jest SisSis?

– Wszyscy kiedyś umrzemy – mamrotała pod nosem matka. Doszła na środek kuchni i raptownie się zatrzymała. Przyglądała się najwyraźniej księżycowi, być może nasłuchiwała jakichś odgłosów świadczących o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Dziewczynka odezwała się po raz pierwszy:

– Mamusiu...

– Cśś, dziecko! Mogą być na zewnątrz. Nie pomyślałaś o tym? Tu. Zaraz za oknem. Przytuleni do ściany nasłuchują kroków. Wygłodniali i podnieceni tym, co za chwilę nam zrobią.

– Mamusiu...

– Powinnyśmy puścić to z dymem. Podpalić ścianę. Słuchać, jak wyją z wściekłości, patrzeć, jak wiją się z bólu.

Matka odwróciła się gwałtownie w stronę okna. Na jej twarz padły promienie księżyca, oświetlając ciemną przepaść szeroko otwartych oczu. Wtedy się uśmiechnęła.

Dziewczynka cofnęła się, próbując uwolnić rękę z dłoni matki, ale było za późno. Matka zdążyła chwycić ją mocno za nadgarstek. I nie zamierzała puszczać. Szykowała się do czegoś strasznego. Czegoś makabrycznego. Czegoś, co miało być wymierzone w NICH, jednak ostatecznie zawsze dotykało dziewczynkę i jej starszą siostrę.

– Mamusiu – dziewczynka spróbowała raz jeszcze, wypatrując w czeluściach matczynych oczu jakichś śladów bliskości.

– Zapałki – krzyczała matka. Już nie ściszała głosu, grzmiała teraz na cały dom głosem niemal radosnym. Jakby były na przyjęciu urodzinowym, jakby zapalały właśnie świeczki na torcie. Cóż za udana impreza! Jakaż cudowna przygoda!

Dziewczynka znów zakwiliła. Z pomocą drugiej ręki gorączkowo próbowała wyrwać nadgarstek.

Nadaremnie. W chwilach takich jak ta palce matki wbijały się w skórę niczym szpony, napięte mięśnie trzymały, jakby były ze stali, a siła, którą emanowały, nie dawała szans.

Matka z impetem otwarła pierwszą z szafek. Lewą ręką wciąż ściskając nadgarstek dziewczynki, prawą zaczęła przekopywać zawartość szafki. Na łuszczące się linoleum spadł deszcz błyszczących plastikowych sztućców. Na podłodze wylądowały też saszetki z keczupem, musztardą i dołączane do gotowych dań opakowania z grzankami, które dziewczynka wykradała nocą z kuchni, bo jej matka wierzyła, że głód hartuje, podczas gdy dziewczynkę przyprawiał jedynie o ból brzucha, i dlatego wcinała grzanki i wysysała keczup z saszetek, a potem napychała kieszenie musztardą dla siostry, która też umierała z głodu, jednak nie potrafiła tak bezszelestnie poruszać się po domu.

Sos sojowy. Pałeczki. Chusteczki papierowe. Chusteczki nawilżane. Matka szaleńczo plądrowała szafkę za szafką, ani na moment nie puszczając dziewczynki.

– Mamusiu. Proszę, mamusiu.

– Ta-da!

– Mamusiu!

– Będą miały skurwysyny nauczkę! – Matka chwyciła opakowanie zapałek. Świecący srebrny kartonik ze świeżą, czarną draską.

– Mamusiu – dziewczynka podjęła ostatnią desperacką próbę – drzwi wejściowe. Możemy uciec drzwiami wejściowymi. Do lasu. Jesteśmy szybkie, uda się nam.

– Nie – oznajmiła matka z nabożnością w głosie. – Właśnie na to czekają. Na zewnątrz jest zapewne trójka, szóstka, może dwunastka ludzi. Nie ma rady. Podpalimy firanki. Gdy tylko zajmie się ściana, wezmą nogi za pas. Pieprzone tchórze.

– Christine – dziewczynka zniżyła głos, zmieniając taktykę. Stanęła na palcach, wyprostowała się i wyciągnęła w górę na tyle, na ile pozwolił jej kręgosłup sześciolatki. – Christine. Przestań! To nie czas na zabawy zapałkami!

Na chwilę uwierzyła, że może się udać. Matka zamrugała powiekami, a jej twarz jakby straciła odrobinę nienaturalnego blasku. Prawa ręka zawisła bezwładnie u nóg. Kobieta z uwagą wpatrywała się w córkę.

– W piecu wygasło – ciągnęła śmiało dziewczynka – ale już się tym zajęłam. Wracaj do łóżka. Wszystko już dobrze. Idź do łóżka.

Matka dalej się na nią gapiła. Wyglądała na zagubioną. Zagubiona to i tak lepsze niż szalona. Dziewczynka wstrzymała oddech, uniosła podbródek, wyprostowała ramiona.

Nic nie wiedziała o NICH. Tak naprawdę całe swoje dziecięce życie przygotowywały się z siostrą, planowały i opracowywały strategie, by przetrwać z własną matką. Czasem musiały się poddać, a czasem przejąć kontrolę. Zanim matka posunie się za daleko. Zanim ucieczka będzie naprawdę jedynym sposobem na ujście z życiem. Zanim matka dopuści się niewyobrażalnych czynów, by pokonać zamieszkujące jej głowę demony.

Kiedyś dziewczynka miewała koszmary. W snach prześladował ją płacz niemowlęcia. Jej mama, wtedy pulchniejsza, łagodniejsza, delikatniejsza, przychodziła ją utulić. Gładziła włosy dziewczynki i smutnym, melodyjnym głosem śpiewała o zielonej trawie, słonecznym niebie i odległych miejscach, gdzie małe dziewczynki śpią nocą z pełnymi brzuszkami w swoich dużych, miękkich łóżeczkach.

W takich chwilach dziewczynka kochała swoją mamę. Czasem nawet żałowała, że nie ma złych snów, tęskniąc za matczynym śpiewem i delikatnością, z jaką głaskała jej włosy opuszkami palców.

Dziś już ani dziewczynka, ani jej starsza siostra nie miewały koszmarów. Koszmarem stało się ich życie.

Chłopczyk z lasu. Może gdyby pociągnęła mocniej, wyrwała się z uścisku matki, gdyby pobiegła co sił w nogach...

Dziewczynka wyprostowała się. Tak naprawdę wcale nie wierzyła, że chłopczyk ją ocali. Ani teraz, ani nigdy.

– Christine, do łóżka! – rozkazała matce.

Ta ani drgnęła. Puściła dłoń dziewczynki, jednak w prawej ręce w dalszym ciągu dzierżyła zapałki.

– Przykro mi, Abby – powiedziała.

Głos dziewczynki złagodniał.

– Za późno. – Matka wciąż stała nieruchomo. Mówiła teraz cicho, ze smutkiem w głosie. – Nie wiesz, co zrobiłam.

– Mamusiu...

– Musiałam. Pewnego dnia zrozumiesz, dziecko. Musiałam.

– Mamusiu...

Dziewczynka wyciągnęła rękę. Za późno. Matka już ruszyła w stronę żółtych firan. Zdążyła otworzyć pudełeczko i wydobyć pierwszą zapałkę.

– Nie, nie, nie! – krzyczała dziewczynka uczepiona grubego płaszcza. Ciągnęła co sił z nadzieją, że uda jej się przewrócić matkę.

Ich walka przypominała osobliwy taniec w blasku księżyca, piruety długich, dygoczących cieni. Matka była jednak większa, szybsza, silniejsza. Napędzało ją szaleństwo, podczas gdy jedynym atutem dziewczynki była desperacja.

Pierwsza zapałka wyrwała się z kartonowego więzienia, obudziła się do życia i rozświetliła ciemności cudnym pomarańczowym płomieniem.

Matka przystanęła, podziwiając widok.

– Piękne, prawda? – wyszeptała.

A potem rzuciła zapałkę w rozkołysane firanki. W tym samym momencie z ciemności salonu wyłoniła się starsza siostra dziewczynki i mosiężną lampą uderzyła matkę w potylicę.

Matka upadła. Podniosła głowę. SisSis uderzyła ponownie, tym razem w lewą skroń. Matka zwaliła się na podłogę jak kłoda.

Stara lampa upadła na ziemię w chwili, gdy firana z cichym sykiem zajęła się ogniem.

Dziewczynka dopadła do niej pierwsza. Gołymi rękami uderzała płonące fałdy, próbując zdusić ogień o brudną ścianę. Nacierała tak długo, póki trzask nie ucichł, płomienie nie zgasły, a dłonie nie zaczęły palić żywym ogniem.

Z trudem łapiąc powietrze, odwróciła się wreszcie do siostry. Dzieliło je leżące na podłodze ciało matki. Dziewczynka podniosła głowę i spojrzała na siostrę. Starsza siostra schyliła głowę i spojrzała na dziewczynkę.

– Gdzie byłaś? – dziewczynka odezwała się pierwsza.

Siostra milczała, a dziewczynka po raz pierwszy zauważyła coś jeszcze. Że siostra uważnie wpatruje się w swój lewy bok, że szary nylon jej zimowej kurtki nasiąka brunatną cieczą.

– SisSis?

Starsza siostra chwyciła się za bok i kurczowo zacisnęła dłoń. Gdy rozpostarła palce, buchnęła spomiędzy nich czarna lawa, kradnąc z pokoju cały księżycowy blask.

Dziewczynka zrozumiała, dlaczego siostra nie spotkała się z nią na górze. Ponieważ matka obudziła ją pierwszą. Sprowadziła na dół. I to jej pierwszej zrobiła to, co kazały jej głosy.

Dziewczynka nie mówiła już nic. Wyciągnęła rękę. Siostra ujęła jej dłoń, zachwiała się, upadła na kolana. Dziewczynka przykucnęła obok na brudnym linoleum. Trzymały się za ręce nad nieruchomym ciałem matki. Ile to razy zakradały się do kuchni w poszukiwaniu jedzenia lub żeby ukryć się przed matką, albo zwyczajnie pobyć ze sobą razem, bo przecież na wojnie każdy potrzebuje sojusznika.

Dziewczynka nie była głupia. Wiedziała, że matka krzywdziła SisSis częściej i boleśniej. Wiedziała, że SisSis się na to godziła, bo gdy matka wpadała w jeden ze swoich nastrojów, ktoś musiał zapłacić. SisSis niczym dobry żołnierz chroniła swoją młodszą siostrę.

– Przepraszam – wyszeptała SisSis, zamykając w tym jednym słowie cały żal i wyrzuty sumienia.

– Proszę, SisSis, proszę – błagała dziewczynka. – Nie zostawiaj mnie... Zadzwonię pod alarmowy. Ściągnę pomoc. Tylko czekaj. Poczekaj na mnie.

Siostra w odpowiedzi ścisnęła mocniej dłoń dziewczynki.

– Już dobrze. – Jej oddech stawał się świszczący. – Przecież wszyscy kiedyś umrzemy, prawda? Bądź odważna. Kocham cię. Bądź odważna...

Siostra zwolniła uścisk. Jej ręka opadła na podłogę, a dziewczynka rzuciła się do telefonu i wykręciła 911, tak jak uczyła ją SisSis, bo przecież obie wiedziały, że pewnego dnia sprawy tak się mogą potoczyć. Nie przypuszczały jedynie, że stanie się to tak szybko.

Dziewczynka wyrecytowała imię i nazwisko matki oraz adres. Zażądała karetki. Mówiła wyraźnie głosem wyzutym z emocji, bo to też wielokrotnie ćwiczyła. Razem z siostrą przygotowywały się, planowały, opracowywały strategie.

Matka nie była do końca szalona. Co do jednego miała rację: wszyscy kiedyś umrzemy, a śmierci trzeba stawić czoło z odwagą.

Zadanie wykonane, dziewczynka wypuściła z dłoni słuchawkę telefonu i pognała do siostry. Jednak gdy do niej wróciła, siostra już jej nie potrzebowała. Oczy miała zamknięte i dziewczynka nie mogła zrobić nic, by ponownie je otworzyła.

Matka poruszyła się na podłodze.

Dziewczynka spojrzała najpierw na nią, a potem na stary mosiężny stojak do lampy.

Chudymi rękami, z wysiłkiem podniosła ciężki przedmiot, przyglądając się srebrnym promieniom księżyca tańczącym po przykurzonej powierzchni.

Matka jęknęła, zaczynała odzyskiwać przytomność.

Dziewczynka pomyślała o kołysankach i zapałkach, przypomniała sobie czułe uściski i głodne noce. Przed oczami stanęła jej starsza siostra, która szczerze ją kochała. A potem chwyciła za górną część stojaka, stanęła nad ciałem matki i po raz ostatni dźwignęła go do góry.

Rozdział 1

Nazywam się Charlene Rosalind Carter Grant.

Mieszkam w Bostonie, pracuję w Bostonie i za cztery dni najprawdopodobniej tu umrę.

Mam dwadzieścia osiem lat.

I nie mam ochoty jeszcze umierać.

Wszystko zaczęło się przed dwoma laty od morderstwa mojej najlepszej przyjaciółki, Randi Menke w Providence. Została uduszona we własnym salonie. Policjanci z Rhode Island nie znaleźli żadnych śladów walki ani włamania. Przez chwilę podejrzewali jej byłego męża. Musieli mieć doniesienia o przemocy domowej. Nie żeby Randi kiedykolwiek się pożaliła mnie albo naszej wspólnej przyjaciółce Jackie. Pocieszałyśmy się tym faktem z Jackie, łkając na pogrzebie Randi. Przecież o niczym nie wiedziałyśmy. O niczym nie wiedziałyśmy, bo gdyby było inaczej, zrobiłybyśmy... coś. Cokolwiek.

Tak przynajmniej się przed sobą tłumaczyłyśmy.

Szybki przeskok o dwanaście miesięcy. Jest dwudziesty pierwszy stycznia. Rocznica. Siedzę w domu z ciotką Nancy, w górach, na północy New Hampshire. Jackie wróciła w korporacyjne szeregi Coca-Coli, gdzie pracuje jako zastępca prezesa oddziału w Atlancie. Nie chce obchodzić rocznicy śmierci Randi. Twierdzi, że to byłoby chore. Może latem się spotkamy i uczcimy urodziny Randi. Może wejdziemy na szczyt Góry Waszyngtona, zabierzemy butelkę whisky. Najpierw się upijemy, potem sobie popłaczemy, wreszcie odeśpimy wszystko w schronisku nad Jeziorem Chmur.

I tak dzwonię do Jackie dwudziestego pierwszego. Nie mogę się powstrzymać. Tyle że ona nie podnosi słuchawki. Nie odbiera ani telefonu stacjonarnego, ani służbowego, ani komórki. Żadnego.

Nazajutrz rano, gdy nie pojawia się w pracy, policjanci wreszcie ulegają moim błaganiom i jadą do jej domu.

Żadnych śladów walki, czytam później w policyjnym raporcie. Żadnych śladów włamania. Tylko samotna kobieta uduszona we własnym domu dwudziestego pierwszego stycznia.

Dwie najlepsze przyjaciółki, które dzieliło ponad trzy tysiące kilometrów, zamordowane dokładnie rok po roku.

Policja wszczęła śledztwo. Nawet FBI rzuciło okiem na sprawę. Nie znaleźli żadnych jednoznacznych dowodów na to, że coś łączy oba morderstwa, może dlatego, że generalnie nie znaleźli żadnych jednoznacznych dowodów.

Pech, powiedział nawet jeden z funkcjonariuszy. Paskudny pech.

Dziś mamy siedemnasty stycznia roku następnego.

Jak myślicie, czy ja też będę miała pecha dwudziestego pierwszego? Co byście zrobili na moim miejscu?

Poznałam Randi i Jackie, kiedy miałam osiem lat. Po wydarzeniach fatalnej nocy zamieszkałam z ciotką Nancy w dzikich ostępach New Hampshire. Zobaczyłam ciotkę po raz pierwszy na oczy dopiero, gdy przyjechała po mnie do szpitala. Bliskie krewne, a jednocześnie zupełnie obce sobie osoby. Ciocia Nancy na mój widok wybuchła płaczem.

– Nie miałam pojęcia – powiedziała pierwszego dnia. – Uwierz mi, dziecko, nie miałam pojęcia. Inaczej już dawno bym cię zabrała.

Nie rozpłakałam się. Nie widziałam sensu we łzach, zresztą nawet nie byłam pewna, czy jej wierzę. Skoro kazali mi zamieszkać z tą kobietą, zamieszkam z nią. W końcu nie miałam wielkiego wyboru.

Ciotka Nancy prowadziła pensjonat w urokliwym miasteczku w Mount Washington Valley, które dobrze sytuowani mieszkańcy Bostonu czy Nowego Jorku lubili odwiedzać, by zimą zakosztować białego szaleństwa, latem wspinaczki, a jesienią podziwiać malownicze krajobrazy. Ciotka zatrudniała dorywczo tylko jednego pracownika, osobiście witała więc gości, sprzątała pokoje, parzyła herbatę, przygotowywała śniadania, udzielała wskazówek, jak i gdzie dojechać, i zajmowała się milionem innych, drobniejszych spraw, które wszystkie razem składały się na definicję słowa „gościnność”. Kiedy z nią zamieszkałam, przejęłam ścieranie kurzów i odkurzanie. Potrafiłam całymi godzinami sprzątać. Uwielbiałam zapach środka czyszczącego Pine-Sol. Uwielbiałam dotykać świeżo wypolerowanego drewna. Uwielbiałam to, że mogłam czyścić podłogę i czyścić, a ona za każdym razem wyglądała jak nowa.

Sprzątanie dawało mi poczucie kontroli. Sprzątanie trzymało demony na dystans.

Pierwszego dnia szkoły ciotka odprowadziła mnie na miejsce. Dostałam z tej okazji nowiutkie ubranie i czarne lakierki, które przez kolejne pół roku obsesyjnie polerowałam. Nie czułam się dobrze. Ciuchy biły po oczach nowością.

Ciągle jeszcze nie przywykłam do wiejskiego zgiełku i gwaru. Do sąsiadów spotykanych na każdym kroku. Do ludzi, którzy nawiązują kontakt wzrokowy i pozdrawiają cię uśmiechem.

– Serwis do herbaty zaśniedział – poinformowałam ciotkę przecznicę przed swoją pierwszą szkołą. – Wrócę do domu i go wypoleruję.

– Zabawna z ciebie dziewczynka, Charlene.

Przystanęłam. Moja ręka instynktownie powędrowała do boku, a dłoń zaczęła pocierać bliznę, która wciąż jeszcze czasem dawała o sobie znać. Miałam ich znacznie więcej, oplatały me ciało niczym pajęczyna: stare rany na spodzie lewej ręki, paskudna szrama na prawym łokciu, ślady po przypaleniu na prawej łydce. Byłam niemal pewna, że inne dzieci nie są naznaczone w ten sposób. Że ich matki nie „kochały” równie mocno jak mnie moja.

– Nie chcę tam iść.

Ciotka się zatrzymała.

– Charlie, czas iść do szkoły. Masz pewnym krokiem przekroczyć ten próg. Masz trzymać głowę wysoko. Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś najodważniejszą i najtwardszą dziewczynką, jaką znam i w niczym nie jesteś gorsza od pozostałych dzieci. Słyszysz? W niczym nie jesteś gorsza od pozostałych dzieci.

Zrobiłam więc, jak ciocia kazała. Weszłam do środka pewnym krokiem. Głowę uniosłam wysoko. Wśliznęłam się do ławki na tyłach sali. Dziewczynka po lewej odwróciła się do mnie i przedstawiła: „Cześć, jestem Jackie”. Dziewczynka po prawej odwróciła się do mnie i przedstawiła: „Cześć, jestem Randi”.

I tak zwyczajnie zostałyśmy przyjaciółkami.

Ale nigdy nie opowiedziałam im swojej historii.

Wiecie, jak to jest, prawda?

Gdy czasem nawet najlepszej przyjaciółce, bratniej duszy, która śmieje się z tobą i płacze i zna wszystkie szczegóły pierwszego młodzieńczego zauroczenia i pierwszego miłosnego zawodu, nie możesz opowiedzieć wszystkiego.

Nawet najlepsze przyjaciółki miewają swoje sekrety.

Mówię to wam ja, jedyna ocalała, która przez ostatnie dwa lata w bolesny sposób poznała siłę owych sekretów.

Dorastałyśmy w ostatnich dniach prawdziwego dzieciństwa. Latem biegałyśmy po lasach, budowałyśmy domki na drzewach i urządzałyśmy przyjęcia z zupą żołędziową i szyszkowymi deserami. Puszczałyśmy łódki z liści na rwących potokach. Odkrywałyśmy miejsca, gdzie można popływać. Łączyłyśmy puszki po zupie kablem i udawałyśmy, że to telefony.

Latem pomagałam ciotce rano i wieczorem. Popołudnia należały do mnie i spędzałam je z przyjaciółkami. Jackie już wtedy była urodzonym organizatorem. Nasze zabawy planowała w najdrobniejszych szczegółach, pewnie przygotowałaby plan marketingowy i prognozy, gdybyśmy jej tylko pozwoliły. Randi była cichsza. Miała przepiękne włosy w kolorze pszenicy, które zakładała za uszy. Najbardziej lubiła budować domki w lesie i przy jej niesamowitym zmyśle artystycznym wystarczało kilka jagód i garść liści, by z gnijących gałęzi i konarów wyczarować przytulne gniazdko.

Poleciłam przyjaciółkę i jej niezwykłe umiejętności ciotce Nancy i od tamtej pory Randi pomagała w weekendy w pensjonacie. Rozwieszała ozdoby świąteczne, dekorowała salon i stoły w jadalni. Wraz z nią przychodziła Jackie. To ona podpięła komputer ciotki do sieci i w odpowiednim czasie zaznajomiła ciotkę z Internetem.

Nie miałam ani smykałki Jackie, ani talentu Randi. Myślałam o sobie jak o spoiwie scalającym naszą trójkę. Robiłam wszystko to, co one chciały robić. Dzieliłam każdą ich pasję. Od małego musiałam się dostosowywać i byłam w tym naprawdę dobra.

Nigdy mi to nie przeszkadzało. Kochałam je. Kiedyś dorastałam w ciemnościach, by w górach New Hampshire wreszcie odnaleźć światło. Randi i Jackie się śmiały. Pytały mnie o zdanie, chwaliły, witały mnie uśmiechem.

Było mi wszystko jedno, co robiłyśmy. Pod warunkiem, że robiłyśmy to razem.

Tak to już jest, że dzieci z małych miasteczek marzą o życiu w wielkim mieście. Jackie odliczała dni do matury. Miała dosyć wścibskich sąsiadów, wiejskiego domu kultury i poczty, która była głównym siedliskiem plotek. Chciała się dostać na studia w Bostonie i zakosztować wielkomiejskiego splendoru.

Randi ubiegła ją, cicho i niepostrzeżenie, jak to miała w zwyczaju. Pewnego śnieżnego styczniowego dnia poznała na stoku studenta medycyny Uniwersytetu Browna. Skończyłyśmy szkołę w czerwcu, a pierwszego lipca Randi była już mężatką i pakowała swoje dzieciństwo do czterech kartonów, by wyruszyć do Providence i resztę życia spędzić jako pani doktorowa.

Jackie dostała stypendium. Nim nadszedł wrzesień, już jej nie było, a ja po raz pierwszy od lat nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Szorowałam, piaskowałam i cyklinowałam drewniane podłogi ciotki. Czyściłam parą zasłony. Myłam meble. Zaczęłam ustawiać regały z książkami.

Pod koniec września ciotka Nancy wzięła mnie za rękę i powiedziała stanowczym tonem:

– Jedź. Rozwiń skrzydła, a gdy będziesz gotowa, wróć do mnie, do domu.

Wylądowałam w Arvadzie, w Kolorado. Pojechałam za facetem, za którym nie powinnam była jechać. Robiłam rzeczy, o których ciotka nigdy nie powinna się dowiedzieć. W bolesny sposób przekonałam się, że nie zawsze warto się do kogoś dostosowywać. Prędzej czy później trzeba zacząć żyć po swojemu, nawet bez ukochanej ciotki i dwóch najlepszych przyjaciółek, które posłużyłyby ci radą.

Po zerwaniu, zdecydowana nie wracać do domu z podkulonym ogonem, złożyłam podanie o pracę dyspozytora centrum powiadamiania ratunkowego. Co mnie skusiło? Nie wymagali studiów, jedynie sprawnego pisania na komputerze i zdolności szybkiego reagowania, a skoro były to właściwie moje jedyne umiejętności, postanowiłam spróbować. Za trzydzieści tysięcy dolarów rocznie pracowałam całe dnie, rezygnując zupełnie z życia towarzyskiego, ale wreszcie odkryłam prawdziwe powołanie.

Pracowałam w centrum operacyjnym wyposażonym w dwadzieścia dwie linie telefoniczne i cztery radia, za pomocą których przyjmowano dwieście tysięcy wezwań rocznie. Prośby o interwencję policji, straży pożarnej, lekarza czy hycla – wszystkie trafiały do nas. W przypadku niektórych wystarczyło przekazać sprawę do pogotowia lub straży, jednak z całą resztą musieliśmy radzić sobie sami, a były to sytuacje wymagające działań policji, telefony od dowcipnisiów, od osób, które nie potrafiły się wysłowić albo wpadły w panikę lub histerię.

Podczas jednej ze zmian kolega dyspozytor uratował życie kobiecie, każąc jej krzyczeć co sił w płucach, czym wystraszyła włamywaczy. Inny kolega odebrał telefon od ciężko rannej nastolatki, którą potrącił samochód. Dziewczyna zmarła przed przyjazdem policji, ale jej zeznanie zostało nagrane i posłużyło za dowód, dzięki któremu kierowca trafił za kratki. Płakałam z ludźmi. Krzyczałam z nimi. Kiedyś nawet śpiewałam kołysanki pięciolatkowi, który schował się w szafie. Za jej drzwiami rodzice obrzucali się obelgami przy akompaniamencie tłuczonego szkła.

Nie wiem, jak się skończyła sprawa chłopca. Czasem o nim myślę. Więcej niż powinnam.

I dlatego po sześciu latach opuściłam Arvadę i wróciłam w góry. Straciłam na wadze. Chyba nie wyglądałam najlepiej.

– Och, Charlene Rosalind Carter Grant – westchnęła ciotka, gdy wysiadłam z samolotu.

Przytuliła mnie. Stałam tak na środku lotniska, a łzy same spływały mi po policzkach.

Ciocia miała rację: musiałam wyjechać, by prawdziwie cieszyć się z powrotu. Z rozrzewnieniem powitałam góry, sąsiadów, znajomych, ludzi, którzy patrzyli mi w oczy z uśmiechem. I tak jak ciocia Nancy stała się moją rodziną, tak to małe miasteczko stało się wreszcie moim domem.

Wcale nie chciałam więcej wyjeżdżać. Ktoś miał jednak względem mnie zupełnie inne plany.

Na pogrzebie Randi nie czułam zagrożenia. Wprawdzie moja przyjaciółka z dzieciństwa została zamordowana, ale im bardziej klarował się obraz jej byłego męża – porywczego, skłonnego do przemocy, lubiącego zaglądać do kieliszka drania – tym mocniej utwierdzałyśmy się z Jackie w przekonaniu, że znamy sprawcę. To, że policja nic na niego nie ma, nie znaczy, że łajdak tego nie zrobił. W końcu kto jak kto, ale lekarz zna na tyle podstawy medycyny sądowej, żeby umiejętnie zatrzeć za sobą ślady. Do tego Randi była łatwowierna. Zapewne wpuściła byłego męża wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Przez jakiś czas pomagałam detektywom z Providence w śledztwie. Jackie załatwiła prywatną konsultację specjalisty z Oregonu, jakiegoś emerytowanego agenta FBI. Nic to niestety nie dało.

A potem, rok później, Jackie... Jackie, która mieszkała w samym sercu Atlanty, twarda korporacyjna wyjadaczka, do tego, wydawać by się mogło, uprzedzona w pewien sposób o grożącym jej niebezpieczeństwie. Kogo mogła wpuścić do domu tamtego wieczoru? Komu dała się tak po prostu udusić, nie podjąwszy nawet próby obrony?

Z całą pewnością nie byłemu mężowi Randi.

A to każe się zastanowić, czy sprawcą był aby rzeczywiście były mąż Randi. A może ktoś zupełnie inny?

Ktoś, kto znał i Randi, i Jackie. Ktoś bliski. Ktoś, komu ufały.

Ktoś, kto z założenia musiał więc znać i mnie, skoro przez dziesięć lat funkcjonowałyśmy w naszym miasteczku jako trio: Randi Jackie Charlie. Trzy muszkieterki. Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną.

Czy to, że dwie z nas nie żyją, oznacza, że teraz kolej na mnie?

Tym razem na pogrzebie nie uroniłam ani jednej łzy. Stałam przy trumnie z drzewa wiśniowego, przeczesując wzrokiem tłum zgromadzony w małej, lecz urządzonej z przepychem wiktoriańskiej kapliczce. Przyglądałam się twarzom pogrążonych w żałobie sąsiadów, znajomych, przyjaciół.

Zastanawiałam się, czy tuż obok mnie stoi ktoś, kto już zaczął odliczać dni, które zostały do kolejnego dwudziestego pierwszego stycznia. Tylko dlaczego? I jak? I kto? Tyle pytań. Mam trzysta sześćdziesiąt dni, by znaleźć odpowiedzi.

Opuściliśmy cmentarz o dziewiątej wieczorem. Kwadrans później siedziałam już w samochodzie. W bagażniku leżała pełna walizka, na policzku wciąż czułam chłód po pożegnalnym pocałunku cioci Nancy.

Pojechałam do Bostonu. Pozbyłam się samochodu i komórki. Odcięłam się od cioci, ludzi, wśród których dorastałam, gór, porzucając tym samym jedyną szansę na normalne życie. Miej nadzieję na najlepsze, ale przygotuj się na najgorsze, nie tak mówią?

Wzięłam sobie te słowa do serca. Mam nadzieję, że policja zabierze się do roboty i złapie drania, który zamordował moje dwie najlepsze przyjaciółki. Niemniej jednak ja przygotowuję się do nadchodzącego dwudziestego pierwszego stycznia, kiedy to około godziny dwudziestej, przynajmniej według policyjnych raportów, ktoś może zapukać do mych drzwi. Bo kiedyś byłyśmy we trzy: Randi Jackie Charlie, potem we dwie: Jackie Charlie, a wkrótce może nie być śladu po żadnej z nas.

Nie mam przyjaciół. Nie wchodzę w żadne bliższe relacje. Mieszkam w Cambridge, gdzie wynajmuję pokój od owdowiałej emerytki, której nie starczało na czynsz. Jestem dyspozytorem liczącego trzydziestu funkcjonariuszy posterunku na obrzeżach Bostonu. Pracuję w pojedynkę na nocnej zmianie. W nocy pracuję, rano śpię.

Biegam cztery razy w tygodniu po siedem kilometrów. Chodzę na szkolenie strzeleckie. Boksuję. Podnoszę ciężary. Przygotowuję się, planuję, obmyślam strategie.

Jestem przekonana, że za cztery dni ktoś będzie próbował mnie zabić.

Jednak najpierw będzie mnie musiał skurwysyn złapać.

Rozdział 2

Sierżant bostońskiej policji D. D. Warren dostała sprawę. Nie była jednak zadowolona.

Dziwne, zważywszy na fakt, że do tej pory żyła wyłącznie pracą i nic nie sprawiało jej większej przyjemności niż głośne, medialne dochodzenia oznaczające wieczne nadgodziny i całonocne narady przy zimnej pizzy.

No dobrze, niedawno została mamą. To by wiele wyjaśniało, zwłaszcza że mały Jack okazał się takim samym nocnym markiem jak mamusia. Ząbkowanie? Mało prawdopodobne w wieku dwóch i pół miesiąca. Kolki? Może. Nie żeby na porodówce rozdawali instrukcje obsługi niemowlaka, a szkoda. Wczoraj w nocy próbowała mu śpiewać. Płakał jeszcze głośniej. W końcu go tylko kołysała, płacząc razem z nim. Zasnęli oboje gdzieś koło czwartej, budzik zadzwonił o szóstej. Ale to nie przez te dwie godziny snu była nie w sosie.

Prawda, w jej życiu zaszły ostatnio drastyczne zmiany. Wpadka w wieku czterdziestu lat zupełnie ścięła ją z nóg, postanowiła jednak pójść za ciosem i przymierzyć się do sielanki rodzinnej, czyli zamieszkać z ojcem dziecka. Sprzedała swoją kawalerkę w North End, pożegnała całe cztery meble kupione w ciągu ostatnich kilkunastu lat i wprowadziła się do domku Alexa na przedmieściach. Alex wspaniałomyślnie odstąpił jej całą garderobę. D. D. starała się nie zabierać mu w nocy kołdry. Obojgu bardzo podobał się pokój dziecięcy.

Alex dbał o nią, pomagał jej, a co najważniejsze, sam będąc technikiem kryminalistyki wykładającym na Akademii Policyjnej, doskonale rozumiał, że musi pozwolić jej pracować. Wczorajszej nocy zmieniał ją przy dziecku, godzinami nosił i tulił małego Jacka, więc to na pewno nie z powodu Alexa była nie w sosie.

Zgadza się, to była jej pierwsza duża sprawa po powrocie z ośmiotygodniowego urlopu macierzyńskiego, ale po dwóch tygodniach papierkowej roboty naprawdę miała ochotę ruszyć w teren, więc to nie dlatego była nie w sosie.

Tak naprawdę wcale nie miała ochoty o tym rozmawiać. Wystarczyłoby, gdyby ktoś jej trochę pożałował.

Przepchała się przez tłum gapiów zgromadzonych na chodniku i pokazała odznakę zabezpieczającemu teren mundurowemu. Mężczyzna odnotował jej nazwisko i numer odznaki i po chwili mogła przejść pod żółtą taśmą policyjną. Włożyła obuwie ochronne, czepek i ruszyła w górę spróchniałymi schodami w wyblakłej szarej kamienicy.

Miejsce zbrodni znajdowało się na drugim piętrze, w dwupokojowym lokalu typowej, zamieszkiwanej przez biedotę czynszówki. Ofiarą był na oko czterdziestoletni biały mężczyzna, i z tego co się D. D. zdążyła zorientować, prawdopodobnie jedyny biały w zasięgu ośmiu przecznic. Najwyraźniej mieszkał sam, skoro zawiadomienie złożyli narzekający na smród sąsiedzi.

D. D. nienawidziła starych czynszówek. Gdyby desperację zamknąć w czterech ścianach z maleńkimi oknami i przykryć przeciekającym sufitem, zapewne wyglądałaby dokładnie jak jedno z tych mieszkań. Nie cierpiała nastoletnich gnojków przyglądających się jej wyzywająco, bo skoro i tak nie mieli nic do stracenia, czemu by tak nie wkurzyć bostońskiego stróża prawa?

Żal ściskał jej serce, gdy widziała zasuszone staruszki dźwigające ciężkie zakupy na trzecie piętro do ciasnych klitek, które zimą przypominają lodówkę, a latem saunę. Ubolewała nad widokiem zdziczałych dzieciaków, nieufnie wyglądających zza progu, w wieku lat czterech, pięciu czy sześciu nauczonych, by nienawidzić wszelkiej maści przedstawicieli władzy.

Dyskryminacja na tle rasowym. Wykluczenie społeczne. Stare czynszówki niezmiennie przypominały D. D., że będąc policjantem bostońskiej policji, wciąż niewiele robi dla znacznej części mieszkańców swojego miasta.

Zamordowano tu mężczyznę. D. D. i jej zespół rozpoczną dochodzenie. D. D. i jej zespół złapią sprawcę. A życie mieszkańców tej kamienicy, czy to dziś czy jutro, będzie tak samo do dupy.

Sierżant D. D. Warren była nie w sosie. Ale nie chciała o tym rozmawiać.

Na wysokości drugiego piętra spotkała członka swojego zespołu, Neila. Trzydziestoletni rudy chudzielec pracował kiedyś jako sanitariusz, dlatego wystawiano go na linię frontu przy wyjątkowo paskudnych zbrodniach. Nos i usta zasłaniał teraz chusteczką, co nie wróżyło nic dobrego.

Twarz D. D. musiała zdradzać paskudny nastrój, bo Neil wzdrygnął się lekko na jej widok.

– Mały? – rzucił ostrożnie.

– Nie o to chodzi – warknęła.

Zastanowił się przez chwilę.

– Alex puścił cię kantem? – spytał w końcu.

– Na litość boską...

Kochała członków swojego zespołu, z wzajemnością zresztą. Jednak pracujący z nią na co dzień detektywi wierzyli niezachwianie, że tylko ktoś o anielskiej cierpliwości wytrzymałby z ich szefową, a to w ich oczach podnosiło Alexa do rangi świętego.

– Nie w tym rzecz.

– Nie musisz wchodzić do środka – spróbował z innej beczki – Jeśli boisz się smrodu albo, albo... – zająknął się, a widząc wyraz jej twarzy, zamilkł zupełnie.

– Moi rodzice przyjeżdżają – wyrzuciła w końcu z siebie.

– To ty masz rodziców?

D. D. przewróciła oczami.

– Na Florydzie – burknęła. – Mieszkają na Florydzie. Grają tam sobie w golfa, brydża i robią te wszystkie inne rzeczy, które robią starzy ludzie. Podoba im się na Florydzie. Mnie też podoba się, że mieszkają na Florydzie. Po co zmieniać coś, co tak świetnie funkcjonuje, tylko dlatego, że urodziłam dziecko?

Neil kiwnął głową ze zrozumieniem i czekał. Kiedy upewnił się, że już skończyła, wychylił się odrobinę w jej stronę.

– Mają jakieś imiona?

– Patsy i Roy.

– No tak, to wiele wyjaśnia. A teraz możemy pogadać o ofierze?

– Myślałam, że nigdy nie spytasz. Co mamy?

– Dwie rany postrzałowe głowy. Facet nie żyje od jakichś trzech, czterech dni.

D. D. się skrzywiła.

– Wzdęte, zagazowane? – Chodziło jej o zwłoki.

– Mrozy trochę pomogły – odparł Neil.

To fakt. Przy sierpniowym upale i wilgotności smród czterodniowego trupa czuć byłoby z ulicy. Tymczasem stała niecałe trzy metry od miejsca zbrodni, a odór zgnilizny był ledwie wyczuwalny. Bogu dzięki za bostoński styczniowy mróz.

W głowie nagle zaświtała jej myśl.

– Co z ogrzewaniem? – spytała.

– Wyłączone.

– Przez ofiarę czy mordercę? – spytała, unosząc brwi.

Neil wzruszył ramionami, bo nie mógł oczywiście znać odpowiedzi na to pytanie, co nie znaczy, że sam się nad tym nie zastanawiał. D. D. dość często myślała na głos, a członkowie jej zespołu dawno temu się nauczyli, że lepiej nie wdawać się z nią wówczas w dyskusje.

– Kogo mamy na miejscu? – spytała o towarzystwo w mieszkaniu.

Neil rzucił kilkoma nazwiskami. Był wśród nich ich kolega Phil, stateczny mąż i ojciec rodziny, kilkoro techników, fotograf i ludzie z biura koronera. Niezbyt liczna ekipa, co bardzo D. D. odpowiadało. Na tak małej przestrzeni dodatkowe osoby, nawet tak zwani eksperci, łatwo mogły coś spieprzyć. D. D. wolała więc ograniczać liczebność zespołu do minimum, by zachować pełną kontrolę nad miejscem zbrodni. To ona dostanie po głowie, jeśli coś pójdzie nie tak, ale wolała podjąć to ryzyko, aniżeli wpuścić do środka zastępy mundurowych.

– Powinnam wiedzieć coś jeszcze? – spytała Neila.

– Nie powiem ci – odparł z przekorą.

Podniosła na niego wzrok zaskoczona. To raczej Phil lubił się z nią droczyć w ten sposób. Żart w wykonaniu Neila był niespodzianką.

– Jak ci powiem, a okaże się, że nie miałem racji, wkurzysz się – Neil mamrotał pod nosem, unikając jej wzroku. – A jak nie powiem, a okaże się, że miałem rację, sama będziesz mogła do tego dojść, a potem zebrać całą śmietankę.

D. D. pokręciła głową. Neil byłby świetnym detektywem, gdyby nie chował się tak bardzo w cieniu jej i Phila. Dobrowolnie oddał im pierwsze miejsca w szeregu, a sam przesiadywał całe dnie w zakładzie medycyny sądowej, nadzorując sekcje zwłok. Wydawał się jednak zadowolony z takiego stanu rzeczy.

Ciekawe, czy był tu też Ben Whitley, koroner, z którym Neil umawiał się prawie od roku. Jak to w przypadku romansów między kolegami z pracy, aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli ze sobą zerwą. A zresztą kto jak kto, ale czterdziestoletnia stara panna i matka dziesięciotygodniowego bobasa raczej nie powinna prawić nikomu morałów.

Życie płynie, a nam nie pozostaje nic innego, jak dać się porwać jego nurtowi.

Westchnęła, ścisnęła grzbiet nosa, czując, jak przytłacza ją ciężar ostatnich bezsennych nocy.

Jack leżał wygodnie w nosidełku, kiedy wychodziła rano z domu. Szeroko otwarte niebieskie oczy i pulchne różowe policzki. Kiedy całowała go w czubek głowy, pomachał w jej stronę tłustymi piąstkami.

Czy dziesięciotygodniowy niemowlak wiedział już, co to tęsknota za mamą? Bo mama z dziesięciotygodniowym stażem z całą pewnością wiedziała, co to tęsknota za dzieckiem.

D. D. westchnęła raz jeszcze, wyprostowała się i zabrała do roboty.

Najpierw uderzył ją ostry, cierpki zapach amoniaku. Cofnęła się gwałtownie jak po zderzeniu ze ścianą. Do oczu natychmiast napłynęły jej łzy, zaczęła więc odruchowo machać dłonią przed nosem, choć świetnie wiedziała, że nic to nie da.

Zerknąwszy na podłogę, odkryła źródło smrodu. Kupki psich odchodów i kałuże uryny.

– A to co, do cholery?

– Szczeniaczek – wyjaśnił Neil. – Słodki biszkoptowy labrador z klapniętymi uszami. Przesiedział zamknięty ze zwłokami dobrych kilka dni. Widać nie zdołał obronić domu. Przeżył na wodzie z klozetu i paczce krakersów. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami już go zabrało, jeśli chcesz zwierzątko dla Jacka.

– Jack śpi, je i robi kupy. Po co mu zwierzątko?

– Hmmm... – Neil pokiwał głową ze znawstwem – pewnie wkrótce z tego wyrośnie.

Ostrożnie, uważając na psie odchody, D. D. przeszła za Neilem z maleńkiego salonu do jeszcze mniejszej kuchni. Pomachała kilkorgu technikom, których minęła po drodze. Wszyscy tylko kiwnęli głowami, nie przerywając pracy. Zważywszy na smród, nic dziwnego, że chcieli się z tym uporać jak najszybciej.

Przy kuchni znajdowało się wejście do sypialni. W środku D. D. dojrzała Phila siedzącego tyłem przy mikroskopijnych rozmiarów biurku. Osłonięte rękawiczkami palce tańczyły po klawiaturze laptopa ofiary. Jako ich technik kryminalistyki zawsze robił pierwsze rozeznanie. Później oczywiście oddawał sprzęt do pełnej analizy kryminalistycznej, ale w śledztwie liczył się czas i dlatego wolał sprawdzić, co się da, zamiast czekać kilka tygodni na szczegółowy raport.

– Cześć – przywitała starszego kolegę.

Zerknął przez ramię, automatycznie podnosząc rękę. Dopiero kiedy zauważył wyraz jej twarzy, zaszczycił ją dłuższym spojrzeniem.

– Mały Jack? – spytał, sam będąc ojcem czwórki dzieci.

– Nie o to chodzi – wycedziła przez zęby.

– Alex...?

– Nie o to chodzi!

– Przyjeżdżają jej rodzice – podpowiedział stojący z tyłu Neil.

– To ty masz rodziców?

Zgromiła go wzrokiem, więc natychmiast uciekł spojrzeniem do komputera. Przynajmniej mogła się teraz skupić na obejrzeniu kuchni. Pod najdalszą ścianą stał stół, a przy nim dwa rozklekotane drewniane krzesła, z których jedno zajmował obecnie denat.

Nad ciałem pochylał się koroner, Ben Whitley. Podniósł na nią wzrok, kiedy podeszła bliżej. Wyraźnie unikając przy tym patrzenia na Neila.

To pewnie tylko taki etap, miała ochotę powiedzieć.

Ale tylko przyjrzała się ofierze: bardzo grubemu albo bardzo spuchniętemu białemu mężczyźnie o przerzedzonych brązowych włosach i z dwiema dziurami po kulach na lewej skroni.

– Nikt nie słyszał strzałów? – Jej oczy nie przestawały łzawić od intensywnego zapachu uryny. Teraz rozumiała, czemu Neil zatykał nos chusteczką. Z trudem powstrzymała odruch wymiotny.

– W takim sąsiedztwie? – zadrwił Neil.

D. D. skrzywiła się, przyznając mu w duchu rację.

Wnętrzności denata zaczynały żyć własnym życiem pod ciasno oplatającym je pancerzem z dżinsów i czerwonej flanelowej koszuli. Siła strzałów odrzuciła jego głowę do tyłu, a rysy zastygły w ciągu dwóch do sześciu godzin na skutek stężenia pośmiertnego. Jednak po dwóch, trzech dniach stężenie ustąpiło, mięśnie się rozluźniły, a skóra z podgardla spłynęła na twarz niczym stopiony wosk ze świecy. Zaczął się kolejny etap rozkładu: proces gnilny. W ciągu pierwszych dwudziestu czterech godzin po śmierci uaktywniają się bakterie, które produkują gazy powodujące opuchliznę i charakterystyczny odór, tak dobrze znany detektywom i medykom sądowym na całym świecie. Skóra w okolicach podbrzusza i pachwin przybiera zielonosiną barwę, a treści żołądkowe zaczynają wyciekać przez usta, nos i odbyt.

Nic przyjemnego. Tym milej była D. D. zaskoczona względnie nienaruszonym stanem zwłok. Na tym etapie bakterie mogłyby już pozostawić niezłe spustoszenie w jelitach denata, tymczasem wyglądało na to, że dopiero biorą się do roboty. Choć dzięki temu praca na miejscu zbrodni była o niebo znośniejsza, D. D. i tak nie chciałaby podchodzić tak blisko ofiary, jak musiał Ben Whitley.

– Obstawiasz trzy, cztery dni? – spytała go z wyraźnym powątpiewaniem w głosie.

Zastanowił się chwilę.

– Niskie temperatury opóźniają proces rozkładu. Zimno panujące w mieszkaniu mogłoby wyjaśnić tak dobry stan zwłok, jednak niczego nie będę pewien, póki go nie otworzę.

– A pierwsze wrażenie?

– Przyczyną śmierci były najprawdopodobniej dwa strzały w lewą skroń – odpowiedział. – Z bliska, bardzo osobiste. Popatrz na ślady prochu na obrzeżach i na bliskość ran wlotowych. Nie dzieli ich nawet centymetr.

– Egzekucja? – spytała, wbrew sobie podchodząc bliżej. – Jakieś ślady walki?

– Nie.

D. D. ufała Benowi bezgranicznie, był jednym z najlepszych medyków sądowych, jakich kiedykolwiek miało to miasto. Nie mogła jednak przestać przyglądać się dłoniom ofiary, bo brak śladów walki zupełnie nie miał sensu. Kto dobrowolnie siada przy stole i daje się zastrzelić?

– Jesteś pewien, że to nie samobójstwo? – spytała Bena.

– Brak broni. Brak śladów prochu na dłoniach – odpowiedział, a potem urażony jej powątpiewaniem dodał: – No, chyba że miał na sobie rękawiczki, które ściągnął zaraz po tym, jak do siebie strzelił i schował narzędzie zbrodni.

Ciężko się było z nim nie zgodzić. Spojrzała na Neila.

– Jakieś ślady włamania?

Chudy rudzielec pokręcił głową. Wyglądał na zadowolonego z siebie.

– Sąsiadów do środka wpuścił zarządca budynku. Nie widać, żeby ktoś majstrował przy zamku. Okna nietknięte, nie mówiąc już o tym, że są zbyt wypaczone, by w ogóle dało się je otworzyć.

D. D. przyjrzała się badawczo partnerowi.

– Nie powiesz mi?

– Nie.

– Dobra, dobra. Zabawa trwa.

Wróciła do analizy miejsca zbrodni. Ślady po kulach na skroni były małe i okrągłe. Ze względu na brak ran wylotowych obstawiała broń niewielkiego kalibru, najpewniej dwudziestkędwójkę. Miłośnicy broni nazywali takie pistolety „bzdyczkami”. Dobre do postrzelania do puszek albo wiewiórek lub postraszenia kogoś, gdy wszystko inne zawodzi. Jednak biorąc pod uwagę duży procent ofiar, którym udaje się przeżyć, niezbyt praktyczny wybór przy planowanej egzekucji.

D. D. myślała dalej: ofiara musiała znać sprawcę. Mężczyzna otworzył drzwi mordercy i wpuścił go do środka. Co więcej, został znaleziony na krześle w kuchni, co sugeruje przyjazną pogawędkę. Coś w stylu „A czego byś się napił?”.

D. D. podeszła do zlewu. W brudnej komorze ze stali nierdzewnej stały oczywiście dwa wyszczerbione kubki. Podniosła jeden dłonią w rękawiczce i zerknęła do środka. Żadnych zauważalnych śladów po jakimś płynie, więc albo płyn był przejrzysty, albo kubki starannie wypłukano.

Odstawiła je na miejsce, skąd zostaną za chwilę zabrane przez techników, ale nie przestawała im się przyglądać.

Ktoś umył je i odstawił do zlewozmywaka? Dziwne, bo nic w mieszkaniu nie wskazywało na to, by coś tu wycierano, myto lub traktowano jakimkolwiek środkiem czyszczącym przez ostatnie pół roku. Klejące się blaty, pokryta grubą warstwą brudu i miejscami zasikana podłoga, poplamione ściany.

D. D. rzuciła okiem na stół, który też wyglądał na świeżo umyty. Przejechała palcem po zniszczonej powierzchni. O tak, sfatygowany, lecz czysty. A więc mamy dwa opłukane kubki i jeden wytarty drewniany stół.

Spojrzała na Neila, który uśmiechał się jeszcze szerzej.

– Morderca po sobie posprzątał – powiedziała cicho.

Nie odpowiedział, choć z tą pokerową miną na twarzy właściwie nie musiał.

D. D. otworzyła lodówkę. W środku znajdowała się otwarta puszka psiej karmy, która cuchnęła jeszcze gorzej niż reszta mieszkania, sześciopak piwa, szprycery, ciastka z kremem Hostess Twinkies, pojemniki z resztkami chińszczyzny i niedojedzony kurczak z rożna, którego termin ważności upłynął dziesięć dni temu.

Czyli ofiara lubiła fast foody i miała słabość do słodyczy.

D. D. dalej tworzyła w głowie portret psychologiczny denata. Biały mężczyzna w średnim wieku, kawaler zamieszkujący w obskurnej czynszówce.

Czemu mieszkał akurat tutaj? Biały gość musiał się czuć obco w tym sąsiedztwie. Dokuczała mu samotność? Czy to dlatego sprawił sobie szczeniaka? Ale przecież miał jakieś życie towarzyskie. Ktoś wpadał najwyraźniej na drinka. Wpadnij zobaczyć mojego szczeniaka. Napijemy się czegoś, coś przekąsimy.

I nagle poczuła to. Wyraźne fizyczne doznanie, które promieniowało od kości ogonowej wzdłuż kręgosłupa aż do szyi, na której zjeżyły się jej wszystkie włoski, przyprawiając o solidny dreszcz.

Spojrzała na Neila, który szczerzył do niej zęby.

– Nie powiesz mi chyba, że...

– A właśnie, że powiem.

– Phil coś znalazł?

– Nie wiem, czy jest coś w komputerze, ale wcześniej odkryliśmy dwa kartony po butach ze zdjęciami wciśnięte pod łóżko.

– Był notowany?

– Nie znaleźliśmy na razie nic w systemie, ale wrzuciliśmy nazwisko i odciski palców do bazy i czekamy.

– A zdjęcia?

– Sami chłopcy, wszyscy poniżej dwunastego roku życia, w większości czarni, choć nie tylko. Myślę, że wybór zależał nie tyle od rasy, ile od nadarzającej się okazji.

– Skurwysyn! – krzyknęła D. D. – Był pedofilem. Znalazł sobie dobrą metę wśród najbardziej obiecujących potencjalnych ofiar: niekochanych, niepilnowanych, bezbronnych dzieciaków. Przechadzał się ze szczeniakiem, żeby zwrócić ich uwagę, a potem zapraszał na ciastka, chipsy, butelkę piwa. Skurwysyn.

– D. D.

– Co?

– Jest jeszcze lepiej.

– Co może być lepszego od jednego zboczeńca mniej w tym mieście?

Z sypialni wyszedł Phil, zdejmując gumowe rękawiczki.

– Już jej powiedziałeś? – spytał Neila.

– O czym?

– Byłaś wtedy na urlopie macierzyńskim – odparł Neil, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Mów!

– Nie o jednego zboczeńca mniej – oznajmił radośnie. – Pan Chcesz się Pobawić z Moim Szczeniakiem to nie pierwszy nasz przypadek.

Phil z Neilem musieli ją wtajemniczyć w szczegóły tamtego dochodzenia. Sprawa była sprzed czterech tygodni, co oznaczało, że Jack miał wówczas sześć tygodni, a D. D. całe dnie przesiadywała w bujanym fotelu, z pulchniutkim stworzonkiem nieustannie przytulonym do jej piersi niczym termofor, tylko znacznie delikatniejszym i wymagającym ciągłej uwagi, pochłonięta liczeniem małych paluszków u rączek i stópek, gładzeniem niewiarygodnie mięciutkich kępek włosków okalających maleńką główkę – z całą pewnością nie oglądała wówczas wiadomości, bo całą sobą była zatopiona w tu i teraz, w byciu z własnym dzieckiem w sposób, w jaki jeszcze nigdy z nikim nie była. Nie mówiąc, nie myśląc, nie interesując się niczym innym. Wracający do domu po pracy Alex, który zastawał ją niezmiennie w tej samej pozycji w fotelu bujanym, obdarzał ją uśmiechem, jakim nie obdarzył jej nigdy wcześniej żaden mężczyzna. W takich chwilach czuła dziwny ucisk w piersi. Uczucie przynależności. Bycia. Zadowolenia może.

Przez te osiem tygodni rozkoszowała się każdą chwilą swojego urlopu macierzyńskiego.

Tak więc cztery tygodnie wcześniej tkwiła w Waltham, całkowicie pochłonięta opieką nad dzieckiem, podczas gdy niebezpieczny pedofil został zastrzelony w swoim mieszkaniu w pobliżu szpitala Suffolk County. Nie w kuchni, szybko dodał Phil. W korytarzu. Tak jakby strzał padł zaraz po otworzeniu drzwi. A dokładniej dwa precyzyjne strzały z dwudziestkidwójki. Żadnych świadków poza kilkorgiem sąsiadów, którzy widzieli młodego mężczyznę, może nastolatka, wałęsającego się w pobliżu. Podczas rewizji znaleziono filmy pornograficzne i bogatą kolekcję zdjęć w komputerze ofiary, wszystkie przedstawiające chłopców i dziewczęta pomiędzy szóstym a dwunastym rokiem życia podczas różnych aktów seksualnych.

Samo posiadanie komputera było naruszeniem przez Douglasa Antiholde’a warunków zwolnienia warunkowego, więc śledczy mieli podstawy, by uznać, że facet znowu zszedł na złą drogę i zajął się niszczeniem życia kolejnych młodych ludzi.

– Macie cokolwiek?

Phil wzruszył ramionami.

– Daj nam znać, jeśli zobaczysz białego mężczyznę w wieku od szesnastu do dwudziestu pięciu lat ubranego w ciemną, zimową kurtkę i granatową wełnianą czapkę.

– Założę się, że telefony na linię alarmową się urywają.

– Daj spokój, sąsiedzi muszą tańczyć z radości. Nie przepadali za nim, i to zanim się dowiedzieli, co miał w komputerze.

– Miał szczeniaka?

Phil pokręcił głową.

– Będziemy musieli porównać zdjęcia zgromadzone przez obie ofiary – rzuciła bez zastanowienia. Dopiero po chwili poczuła, jak skręcają się jej wnętrzności na myśl o przejściu od obrazu małego Jacka do tych zdjęć...

Zawahała się. Stojący obok Phil, ojciec czwórki, też wyglądał na zbitego z tropu.

– Ja się tym zajmę – zdecydował za nich Neil.

Podnieśli na niego wzrok.

– Nie żebym miał ochotę – dodał, wzruszając ramionami. – Jednak skoro nie mam dzieci, a wy oboje... Wiecie, będzie mi łatwiej. No i to ja nadzoruję przecież sekcje zwłok. Przejrzenie tych zdjęć nie będzie chyba gorsze?

– Będzie dużo, dużo gorsze – natychmiast odpowiedział Phil. – Zwłoki... cóż, najgorsze mają już za sobą. A te dzieci...

Neil znów wzruszył ramionami.

– Ktoś i tak musi to zrobić. Lepiej ja niż wy.

Phil wolno pokiwał głową.

– Pięknie nam tu chłopak dorasta – zwrócił się do D. D.

– Pięknie go sobie wychowaliśmy – odpowiedziała pani sierżant.

Neil przewrócił tylko oczami.

– Jakieś rady dla debiutanta? – spytał.

– Nie szukaj podobieństw jedynie między ofiarami – odpowiedziała D. D. – choć od tego należy zacząć, studiuj też uważnie tło każdego zdjęcia, patrz na wzory firanek, dywanów, pościeli. Czasem punktem zbieżnym nie okazuje się osoba, lecz miejsce, dzięki któremu udaje się powiązać jednego zboczeńca z drugim. Jak skończysz, wyślemy zdjęcia do Narodowego Centrum do spraw Zaginionych i Wykorzystywanych Dzieci. Ich specjaliści na nowo przejrzą zdjęcia, porównując je tym razem ze swoją bazą. Mają też programy do rozpoznawania twarzy, co znacznie ułatwia sprawę.

Neil tylko patrzył bez słowa.

– Musimy cię wysłać na Akademię FBI – poinformowała młodszego partnera.

Powtarzała to regularnie co pół roku. Akademia FBI w Quantico organizowała dziesięciotygodniowe szkolenia doskonalące warsztat policyjny. Uważane były za obowiązkowy krok w karierze każdego detektywa. Podczas swojego kursu D. D. spędziła cały dzień ze specjalistami z Narodowego Centrum ds. Zaginionych i Wykorzystywanych Dzieci. Dzięki temu poznała narzędzia, którymi wspierali lokalne komórki. I doceniła to, że jest detektywem, a nie wiecznie walczącym z wiatrakami kryminologiem, który próbuje ratować molestowane dzieci.

Patrzyła Neilowi prosto w oczy. Odwrócił wzrok, jak zawsze, gdy wypływał temat szkolenia.

– Sprawca jest praworęczny – wymamrotał pod nosem, by zmienić temat. – Wnioskując po kącie oddania strzału.

– Niezbyt nam to zawęża – D. D. wzruszyła ramionami.

– Zbrodnię popełniono w środku dnia – dorzucił Neil.

– Skąd taki wniosek?

– Bo w żadnej z dzielnic nikt nie otworzyłby drzwi po zmroku.

– Brak świadków w obu przypadkach.

– Bo w obu dzielnicach – powtórzył Neil – ludzie są nauczeni, by niczego nie widzieć. A nawet jeśli coś widzieli, na pewno nam o tym nie powiedzą.

– Prawda – D. D. przyznała mu rację i zwróciła się do Phila: – Podczas gdy Neil będzie przeglądał zdjęcia, zajmij się komputerami obu ofiar. Pedofile działają w sieci. Siedzą na czatach, prowadzą blogi, szukają ludzi podobnych do siebie. I nawet jeśli ci dwaj nigdy nie spotkali się osobiście, ich ścieżki mogły się skrzyżować w wirtualnej rzeczywistości. Znajdź jakiś wspólny mianownik, to może ruszymy z miejsca.

– Komputer Antiholde’a był już sprawdzany – poinformował ją Phil. – A to oznacza, że muszę prześwietlić tylko ten i mogę zaczynać zabawę.

– Poprosimy o nagrania z monitoringu – dodała cicho, mając na myśli kamery publiczne umieszczone na wielu bostońskich budynkach, czasem będących własnością państwa, czasem prywatnych przedsiębiorców, a czasem przezornych mieszkańców zabezpieczających się na wypadek zbrodni. – Kto wie, może akurat znajdziemy ujęcie białego mężczyzny między szesnastym a dwudziestym piątym rokiem życia, ubranego w czarną zimową kurtkę i granatową wełnianą czapkę?

Phil i Neil uśmiechnęli się z powątpiewaniem, ale D. D. pokiwała im palcem.

– Mówię poważnie! Zapomnijcie o ciuchach i wieku, skupcie się na białym chłopaku. Ilu ich widujecie w takich dzielnicach? Niewielu, a to działa na naszą korzyść.

– Chcesz wciągać w to media? – spytał Phil.

Będzie musiała o tym pomyśleć.

– Może kiedy stworzymy dokładniejszy profil sprawcy. Do tego czasu nie widzę sensu.

Neil wydawał się zaskoczony.

– Ale mamy dwie zastrzelone ofiary, jedną niespełna kilka dni temu. Co oznacza, że sprawca może się właśnie przymierzać do trzeciego morderstwa.

– Trzeciego pedofila – dodał cicho Phil.

D. D. była ostrożniejsza:

– Dwie zbrodnie popełnione przez tego samego sprawcę? A skąd ta pewność? Masz jakiegoś świadka, który widział na obu miejscach zbrodni tę samą osobę? Masz raport balistyczny potwierdzający, że kule w jednym i drugim wypadku wystrzelono z tej samej broni?

Neil pokręcił głową.

– No to nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Nie chciałabym siać paniki w mieście. I może... wcale nie mam ochoty ostrzegać żadnego zboczeńca.

Neil otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Dobrze wiedział, co oznacza ta decyzja w praktyce. Niepewnie spojrzał na Phila, którego twarz zachowała równie kamienny wygląd co D. D.

– Wow – wyrwało się Neilowi w końcu. – A ja myślałem, że po urodzeniu dziecka trochę zmięknie...

Przy ostatnich słowach ściszył głos, uświadomiwszy sobie, że tę ostatnią myśl powinien zatrzymać dla siebie.

Na szczęście D. D. klepnęła go tylko w plecy.

– Też się za tobą stęskniłam – oznajmiła z uśmiechem. – A teraz, proszę nie brać tego do siebie, ale ja muszę być w domu przed siedemnastą, co daje nam – zerknęła na zegarek – jakieś sześć godzin na złapanie mordercy. Do roboty!

Rozdział 3

Pracę na miejscu zbrodni zakończyła dopiero po kilku godzinach. Dawno już przestała zwracać uwagę na smród psich odchodów. Kiedy schodziła po schodach i opuszczała starą czynszową kamienicę, tysiące myśli kłębiło się jej w głowie: powinna już wracać do domu, powinna skontaktować się z detektywem, który prowadził pierwsze śledztwo, powinna przyspieszyć badania balistyczne, by porównać obie zbrodnie. Jakie są szanse, że jej szef, Cal Horgan, da jej dodatkowego człowieka do przejrzenia nagrań z monitoringu? A może będzie musiała sama się tym zająć? Phil potrzebuje przecież kilku dni na sprawdzenie komputera. A Neil wpadnie zapewne w depresję po pierwszej porcji zdjęć. Wiedziała, bo ona i Phil już to przerabiali i zapewne nie raz będą to jeszcze przerabiać, choć miała nadzieję, że nieprędko. Nieważne, jak bardzo uda ci się zdystansować, takie zdjęcia zawsze sprawiają ból. Do powstającej w głowie listy dodała: sprawdzić, jak się czuje Neil, jak mu idzie robota, czy potrzebuje wsparcia psychologa, a może sesji terapeutycznej przy kuflu zimnego piwa? Dobry sierżant poświęcał tyle samo uwagi dochodzeniom co swoim ludziom, a D. D. uważała się za dobrego sierżanta.

Pokonała ostatnie stopnie i wyszła na świeże powietrze, wciągając do płuc kilka solidnych haustów. Na zewnątrz nie czekali żadni reporterzy, bo strzelaniny w takich dzielnicach rzadko trafiały na nagłówki gazet. Oczywiście jeśli dziennikarze zwietrzą informację o zdjęciach i powiążą obie strzelaniny, a głupi przecież nie są...

Na razie D. D. postanowiła rozkoszować się ciszą, póki trwała.

Przepchała się przez resztki gapiów, z których większość wyglądała na wyraźnie znudzonych i zawiedzionych, że praca na miejscu zbrodni nie wygląda tak spektakularnie jak w telewizji. D. D. wepchnęła dłonie w kieszenie, skuliła się, czując przeszywający styczniowy mróz i ruszyła w stronę samochodu.

Zostało jej do pokonania jakieś pięć metrów, kiedy zauważyła coś białego pod lewą wycieraczką, coś co mogłoby być kulką śnieżną, gdyby tak nie łopotało na wietrze. Kartka papieru.

Zapewne reklama albo ulotka. Wtuliła się głębiej w roboczą kurtkę i szła dalej tym samym tempem.

Kiedy zbliżyła się do maski, wiedziała już, że to nie ulotka – litery były odręcznie napisane. Zwolniła kroku. Nie wyciągając rąk z kieszeni, uważnie studiowała kawałek kartki.

Litery były cienkie, pełne zawijasów, do tego dziwnie spłaszczone u dołu, jakby ktoś pisał od linijki. Wiadomość nie była zaadresowana ani podpisana. Zawierała dwa zdania.

„Wszyscy kiedyś umrzemy”.

„Trzeba być odważnym”.

D. D. natychmiast podniosła wzrok znad świstka i rozejrzała się wokół. Postać w ciemnej puchowej kurtce znikała właśnie za rogiem po drugiej stronie ulicy.

D. D. ruszyła w pościg.

Kiedy pędziła co sił w nogach, w jej głowie pojawiły się dwie myśli jednocześnie. Po pierwsze, bieganie osiem tygodni po porodzie nie jest najlepszym pomysłem, pewne części ciała wściekle podskakują, co dość utrudnia sprawę. Po drugie, pościg za potencjalnym sprawcą w pojedynkę to już zupełne szaleństwo w przypadku świeżo upieczonej matki, która planuje za jakieś trzy godziny ucałować synka na dobranoc.

I jeszcze jedna zła wiadomość: mundurowi funkcjonariusze noszą ze sobą nadajniki radiowe, detektywi nie. Co oznacza, że powinna była wezwać posiłki przez radio w samochodzie, zatrzymać się i krzyknąć przez ramię cokolwiek.

Pieprzyć to. D. D. okrążyła plac i dostrzegłszy szybko poruszającą się ciemną postać, która przymierzała się do przebiegnięcia przez ulicę, krzyknęła:

– Policja! Stój, bo strzelam!

Daleka była od użycia jakiejkolwiek siły, na szczęście większość obywateli wychowała się na Brudnym Harrym i nie zwykła podważać zasadności takich ostrzeżeń. Ubrana na ciemno postać zatrzymała się i odwróciła.

– Trzymaj ręce tak, żebym je widziała! – krzyczała D. D., zwalniając. Prawa dłoń nie puszczała rękojeści broni ukrytej w futerale przy boku.

Osobnik wyciągnął ręce, rozpostarł ramiona i rozłożył odziane w czarne rękawiczki palce w jakiejś komicznej parodii z serii „Ja nic nie zrobiłem”.

D. D. zbliżała się teraz krokiem spacerowym, z większą ostrożnością. Zdążyła zarejestrować bladą owalną twarz wyzierającą spomiędzy kołnierza czarnej puchowej kurtki i naciągniętej głęboko na oczy czarnej wełnianej czapki. Z tej odległości rysy wydawały się zbyt drobne, zbyt delikatne na mężczyznę. Kiedy przyjrzała się uważniej, spod za dużej kurtki wyłoniła się sylwetka osoby nie wyższej niż metr sześćdziesiąt i ważącej najwyżej pięćdziesiąt kilogramów.

Kobieta. Biała, młoda, na oko dwudziestokilkuletnia. Ciemnowłosa z głęboko osadzonymi niebieskimi oczami, z których wyzierała mieszanina nieufności, strachu i buntu. Jak u większości zatrzymywanych przez policję. Najpierw waleczne „Nic nie zrobiłem”, potem pełne niepewności „Mam jednak coś na sumieniu”.

Zatrzymała się trzy kroki przed nieznajomą. Mierzyła ją twardym spojrzeniem, nie puszczając broni.

– Imię i nazwisko – zażądała.

– Po co?

D. D. zmrużyła oczy.

– Zawsze pyskujesz policjantom?

– Proszę pokazać odznakę – poprosiła kobieta pewnym głosem, lekko przyciszonym przy ostatniej sylabie. Nie taka do końca znowu twardzielka.

D. D. czekała bez słowa, bez ruchu. To zawsze najlepszy atak.

Dziewczyna westchnęła w odpowiedzi, zaczynała odzyskiwać pewność siebie. Wyglądało na to, że niejedno w życiu przeszła.

D. D. pozwoliła, by cała minuta upłynęła w milczeniu. Potem powoli, z rozmysłem, lewą ręką odpięła odznakę od paska spodni i wyciągnęła przed siebie.

– Sierżant detektyw D. D. Warren, bostońska policja. Ja się przedstawiłam, twoja kolej.

– Charlene Rosalind Carter Grant.

– Że jak? – D. D. zamrugała oczami z niedowierzaniem. – Rosalynn Carter... Jak była pierwsza dama?

– Rosalind! Rosalind Carter. Charlene. Rosalind. Carter. Grant. Możesz mi mówić Charlie.

D. D. wpatrywała się twardo w kobietę.

– Nie mieszkasz nigdzie w pobliżu, prawda, Charlie?

– Nie mieszkam.

– To co robisz na moim miejscu zbrodni?

Młoda kobieta nie spuszczała z niej wzroku. Z jej zmieniającego się wyrazu twarzy trudno było cokolwiek wyczytać.

– Sprawdzam panią.

– Przepraszam, co robisz?

– Spodziewam się, że za cztery dni ktoś mnie zamorduje. Podobno jest pani jednym z najlepszych detektywów bostońskiego wydziału zabójstw, więc chciałabym, żeby to pani poprowadziła śledztwo. Wygląda na to, że jest pani moją ostatnią nadzieją na to, by sprawiedliwości stało się zadość.

D. D. zabrała Charlie ze sobą do siedziby wydziału zabójstw. Po pierwsze dlatego, że w życiu nie słyszała bardziej niewiarygodnej historii, co tylko wzmogło jej podejrzliwość. Po drugie, kobieta odpowiadała opisowi sprawcy widzianego na miejscu pierwszej zbrodni, nie wspominając już o tym, że oddalała się od samochodu D. D. dokładnie w chwili, gdy sierżant zauważyła kartkę. No i wreszcie samotna kobieta w czarnej puchowej kurtce była jak na razie jej jedynym punktem zaczepienia.

D. D. przeszukała podejrzaną, poprosiła, by kobieta zdjęła czapkę, następnie usadowiła ją na tylnym siedzeniu swojego forda crown victoria. Policyjna zasada numer jeden: najważniejszy jest kontakt wzrokowy z podejrzanym i wyraz jego twarzy. Dlatego D. D. nigdy nie pozwalała nikomu chować się pod czapkami czy szalikami.

D. D. włożyła kartkę do plastikowego woreczka na dowody, opisała i odłożyła na siedzenie pasażera. Potem ruszyła do biura, z Charlie na tylnym siedzeniu i telefonem przy uchu. W ciągu kilku minut zdołała ustalić, że Charlene Rosalind Carter Grant pracowała w Bostońskim Centrum Powiadamiania Ratunkowego i nie ciążył na niej żaden nakaz sądowy. Dwa punkty dla dziewczyny, na to przynajmniej wyglądało.

Potem odsłuchała wiadomości na skrzynce głosowej. Pierwsza od Alexa, który pytał, jak mija jej dzień. Druga od matki. Na sam dźwięk jej głosu mimowolnie się skrzywiła. Rodzice przyjeżdżają za dwa dni, w czwartek wieczorem. Matka pytała, czy D. D. zamierza odebrać ich z lotniska, czy mają sami się dostać do domu Alexa. Ton głosu nie pozostawiał wątpliwości, jakie ma zdanie na temat każdej z opcji. No i sposób, w jaki wymówiła „domu Alexa”.

D. D. skasowała wiadomość. Nie zamierzała od razu oddzwaniać.

Jeszcze miała czas na panikę. Uciec z Alexem i małym Jackiem, dołączyć do jakiejś wędrownej trupy cyrkowców. Alexowi byłoby do twarzy w pasiastym stroju klauna, a mały Jack wyglądałby uroczo w grochach. Jeśli miała wybierać między wypominającą jej nieślubne dziecko matką a noszeniem czerwonego nosa do końca życia... no cóż, wybór wydawał się oczywisty.

D. D. westchnęła. Jej rodzice nienawidzili wycieczek na północ. Nic więc dziwnego, że czekali, aż ich jedynaczka przywiezie wnuka na Florydę. Jednak Jack przyszedł na świat cztery tygodnie przed planowaną datą porodu, w połowie listopada zamiast w połowie grudnia. Pierwszy tydzień życia musiał spędzić na oddziale neonatologicznym, żeby dojść do siebie niczym ciasteczko w piekarniku, jak powiedział jej położnik. Nie miała wtedy głowy powiadamiać rodziców. Zadzwoniła dopiero po dziesięciu dniach, co okazało się niewybaczalnym błędem. Jednak przez tych pierwszych kilka dni...

Kiedy kryzys został zażegnany i skontaktowała się wreszcie z rodzicami, zbliżało się Święto Dziękczynienia. Za duży zamęt na podróże, poinformowała ją matka głosem pełnym konsternacji i dezaprobaty. Przez egoizm D. D. stracili już dwa pierwsze tygodnie z życia wnuka, a teraz będą musieli czekać nawet dłużej...

Kolejne telefony, kolejne narzekania na tłumy podróżnych, ciągle rosnące poczucie winy. Aż wreszcie odliczała dni do zaplanowanego na dziewiętnasty stycznia lotu.

Tego dnia jej rodzice, którzy nigdy nie planowali dzieci, ale zaliczyli na starość małą wpadkę, której owocem była właśnie D. D., i ich latorośl, sierżant bostońskiej policji, która też nie planowała dzieci, ale zaliczyła na starość małą wpadkę, będą mogli usiąść przy jednym stole i podać sobie ręce.

Jeśli Alex pozostał jeszcze przy zdrowych zmysłach, powinien uciekać, gdzie pieprz rośnie.

D. D. podjechała pod budynek, rozglądając się za miejscem do zaparkowania. Siedziba wydziału zabójstw mieściła się w ścisłym centrum Roxbury i o miejsce parkingowe było tu równie trudno co o niećpającego nastolatka. Zaliczyła trzy rundki wokół budynku. Wreszcie szczęście się do niej uśmiechnęło.

Zaparkowała, wysiadła, otworzyła tylne drzwi i raz jeszcze przyjrzała się dziewczynie.

Charlene Rosalind Carter Grant wysiadła z tylnego siedzenia i czekała.

– Nie jesteś jakoś specjalnie rozmowna – zauważyła D. D.

– Nie wierzy mi pani, to co mam mówić?

D. D. kiwnęła głową.

– Rozumiem. Napijesz się kawy? – Ruszyła ulicą w stronę budynku.

– Chętnie. Czy jestem o coś oskarżona?

– A powinnam cię o coś oskarżyć?

Dziewczyna westchnęła.

– Rozmawiała pani z Dyspozytornią Numeru Alarmowego?

– Tak.

– To wie już pani, że nie jestem kompletną świruską.

– Więc po co zostawiałaś mi kartkę za wycieraczką?

– Jaką kartkę? Nie zostawiałam żadnej kartki.

– Tę, którą spakowałam w samochodzie do foliowego woreczka.

– To nie moja kartka – zaprotestowała dziewczyna. – Na oczy jej nie widziałam. Nie mówiąc już o tym, że nawet nie wiedziałam, że to pani samochód. Proszę mi wierzyć, dla nas, zwykłych obywateli, wszystkie fordy crown victoria wyglądają tak samo.

D. D. nie skomentowała tego trafnego skądinąd spostrzeżenia. Czy na ulicy tak gęsto zastawionej radiowozami i fordami crown victoria autor karteczki mógł wiedzieć, który samochód należał do D. D., czy zależało mu jedynie, by trafiła w ręce któregokolwiek z detektywów? Kwestia, nad którą warto się później zastanowić.

Po wejściu do budynku D. D. zabrała Charlie od razu na pierwsze piętro, do wydziału zabójstw. Ładnie tu u nas, pomyślała jak zawsze przy wejściu. Wnętrze ich wydziału przypominało bardziej siedzibę korporacji aniżeli serialowe surowe posterunki. Jako dowódcy jednostki przysługiwał jej własny maleńki gabinet z drewnianym biurkiem, na którym stał laptop, i luksusowym fotelem z czarnej skóry. Bardzo cywilizowanie.

D. D. nie zaprowadziła podejrzanej do biura, tylko do niewielkiego pokoju przesłuchań. Zabrała płaszcz kobiety, kazała jej usiąść, a sama poszła po napoje. Dla dziewczyny kawa. Na widok czajnika zawahała się. Jej organizm od tak dawna dawał sobie radę bez kofeiny, że wytrzyma chyba jeszcze godzinę.

Zrezygnowała z kawy w pierwszych miesiącach ciąży, a raczej zrezygnował z niej mały Jack, który buntował się, ilekroć chwyciła za filiżankę z małą czarną. Potem wstrzemięźliwość przez okres karmienia piersią. Sama była zdziwiona, z jaką ochotą się temu oddawała. Odstawiła Jacka w wieku sześciu tygodni tylko dlatego, że musiała wracać do pracy, a jej charakter wykluczał bieganie z laktatorem i resztą oprzyrządowania, z którymi tak heroicznie zmagały się inne matki.

Brakowało jej tego. Nikomu o tym nie powiedziała, nawet Alexowi, bo co niby miała powiedzieć? Musiała wracać do pracy. Jej dziecko musiało przestawić się na butelkę i przez osiem godzin dziennie zostawać pod opieką miłej pani z sąsiedztwa. Takie jest życie. Skoro radzi sobie z morderstwami, da radę i z rodzicielstwem.

Nalała filiżankę kawy dla Charlie, a dla siebie wzięła butelkę wody.

Dziewięćdziesiąt trzy minuty do powrotu do domu.

Weszła do pokoju przesłuchań, usiadła naprzeciw podejrzanej i zabrała się do roboty.

– Skąd pochodzisz, Charlie?

– Z J-Town w New Hampshire.

– Nie kojarzę.

– Trzy godziny na północ, niedaleko Góry Waszyngtona. Małe miasteczko, w którym wszyscy są ze sobą po imieniu.

– Dlaczego wyjechałaś?

– Bo jestem przekonana, że osoba, która będzie próbowała mnie zabić dwudziestego pierwszego stycznia, to ktoś, kogo znam. Krok pierwszy: uciec od wszystkich, których znam.

Dziewczyna się skrzywiła. Wzięła od D. D. kawę, ale jeszcze się jej nie napiła. Trzymała w dłoniach filiżankę, jakby chciała sobie ogrzać dłonie.

Z tego, co się D. D. zdążyła dowiedzieć, Charlie Rosalind Carter Grant miała dwadzieścia osiem lat. Na żywo, z długimi kasztanowymi włosami ściągniętymi ciasno w koński ogon, wyglądała nawet młodziej. Była drobnej postury, do tego skulona na skutek stresu lub nerwów. Jej blade policzki były zmizerniałe, a niebieskie podkrążone oczy zdradzały nieprzespane noce. Miała na sobie za dużą, bezkształtną czarną bluzę, jaką noszą najczęściej zbiry i wandale, podziurawione dżinsy i tanie śniegowce. Strój pozwalający się wtopić w tłum każdego dużego miasta.

Doskonałe przebranie zarówno dla drapieżnika, jak i dla ofiary.

– Dlaczego dwudziestego pierwszego stycznia? I czemu myślisz, że znasz zabójcę?

Wtedy dziewczyna zaczęła mówić, a jej historia naprawdę robiła wrażenie. Opowiedziała o przyjaciółce z dzieciństwa zamordowanej dwa lata wcześniej dwudziestego pierwszego stycznia i kolejnej przyjaciółce zamordowanej dokładnie tego samego dnia rok później i o tym, że oto została sama na linii strzału. Podała nazwiska detektywów prowadzących obie sprawy, streściła nawet raport z miejsca zbrodni przygotowany przez emerytowanego profilera FBI Pierce’a Quincy’ego.

– I znalazł coś? – D. D. musiała spytać, nie żeby nie ufała ekspertyzie jakiegoś federalnego. Zanotowała sobie jednak kilka szczegółów. Z jednym ze śledczych, Roanem Griffinem z Rhode Island, była kiedyś na szkoleniu. Może do niego później zadzwoni.

– Wnioskując po braku śladów włamania i walki, Quincy stworzył portret osobnika o ponadprzeciętnej inteligencji, metodycznego w wyglądzie i działaniu, być może znanego ofiarom, a przynajmniej na pierwszy rzut oka niebudzącego poczucia zagrożenia. Wygadanego, skoro potrafił się wprosić do środka i kontrolować sytuację do ostatniej chwili.

Dziewczyna recytowała zdania z pamięci głosem pozbawionym emocji. Jak ktoś, kto przeczytał analizę miejsca zbrodni tyle razy, że konkretne zdania przestały się odnosić do bliskich mu osób, a stały się wyuczonymi na pamięć frazesami, powtarzanymi w kółko kolejnym ekspertom. D. D. miała doświadczenie w pracy z rodzinami ofiar. Znała kolejne etapy. Nie raz obserwowała, jak przepełnieni bólem bliscy ofiar zmieniają się w żądnych krwi adwokatów. Lepiej zaznajomionych z tematem niż niejeden specjalista.

– Napaść na tle seksualnym? – spytała D. D.

– Nie.

D. D. się skrzywiła. A to niespodzianka. U źródeł większości morderczych instynktów leży żądza. A gdy ofiary są wcześniej śledzone i w jakiś sposób bliskie sprawcy, tym bardziej należy się spodziewać motywów seksualnych. Chyba że to morderstwo na zlecenie albo na tle rabunkowym. Wówczas w grę wchodzą pobudki bardziej materialistyczne.

– Ślady włamania? – spytała.

– Brak.

– Coś zniknęło? Cokolwiek, choćby jakiś drobiazg, który mógł mieć osobiste znaczenie dla którejś z ofiar?

Charlie pokręciła głową.

– Nie, choć oczywiście nie mogę mieć pewności – dodała. – Moje przyjaciółki mieszkały same, nie sposób sprawdzić każdy przedmiot. Łatwo przeoczyć jakiś drobiazg.

– Ewentualny spadek? Ktoś wyjątkowo skorzystał na śmierci twoich przyjaciółek?

– Nie wiem. Randi nie zostało wiele po rozwodzie. Stawiam, że wszystko dostali rodzice. Podobnie u Jackie. Nieźle zarabiała w Coca-Coli, ale nie nazwałabym jej bogatą. Miała dom, samochód, fundusz emerytalny. Majątek wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a nie kilkaset.

– Ty coś dostałaś? – spytała D. D. bez ogródek.

Dziewczyna pokręciła przecząco głową.

– Miała któraś polisę na życie?

– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Chociaż – poprawiła się – nie zdziwiłabym się, gdyby Jackie miała taką polisę. Lubiła wszystko planować z wyprzedzeniem. Zakładam, że spadkobiercami mogli być rodzice albo brat.

– A nie mąż?

– Raczej partnerka.

– Była lesbijką?

– Tak.

– Było coś kiedyś między wami? – spytała D. D., wpatrując się w dziewczynę z zaciekawieniem.

– Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami – odparła beznamiętnym tonem. – Lesbijki przyjaźnią się z kobietami, wie pani? Tak jak i mężczyźni przyjaźnią się z kobietami.