Złap mnie, jeśli potrafisz - Frank Abagnale, Stan Redding - ebook
Opis

Światowy bestseller sfilmowany z Leonardo DiCaprio przez Stevena Spielberga

Ukradłem każdego centa i przepuściłem wszystko na eleganckie ciuchy, komfortowe chaty, superpanienki i zabawę. Imprezowałem we wszystkich europejskich stolicach, opalałem się na wszystkich najsłynniejszych plażach świata.

Frank W. Abagnale

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Halina Lisińska

Zdjęcie na okładce

© BLT & Associates/David Sameth for Dreamworks SKG

Tytuł oryginału

Catch Me If You Can

Copyright © 1980 by Frank W. Abagnale

This translation published by arrangement with Broadway Books,

an imprint of the Crown Publishing Group,

a division of Penguin Random House LLC

All rights reserved.

Cover art TM & © 2003 DreamWorks LLC

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5985-7

Warszawa 2016. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1. Pisklę

Alter ego człowieka to nic innego jak jego własne wyobrażenie o sobie. W lustrze paryskiego hotelu Windsor widziałem mój ulubiony obraz: śniadego, przystojnego, eleganckiego pilota. No cóż, skromność nie należy do moich cnót.

Zadowolony z tego, jak się prezentuję, wziąłem torbę, wyszedłem z pokoju i dwie minuty później stanąłem przed hotelową kasą.

– Dzień dobry, panie kapitanie – przywitała mnie uprzejmie kasjerka.

Miałem na sobie mundur pierwszego oficera – zaledwie drugiego pilota – ale Francuzi są skłonni do przesady.

Podpisałem rachunek za hotel i położyłem go na blacie. Już miałem odejść od kasy, ale w ostatniej chwili okręciłem się na pięcie i wyjąłem z kieszeni marynarki firmowy czek.

– Byłbym zapomniał… Mogę go u pani zrealizować? Jestem spłukany po nocnych szaleństwach w Paryżu, a dopiero za jakiś tydzień będę w domu. – Uśmiechnąłem się z zakłopotaniem.

Wzięła ode mnie czek Pan American World Airways i zerknęła na sumę.

– Naturalnie, panie kapitanie. Muszę tylko poprosić szefa, żeby zatwierdził tak wysoką wypłatę. – Zniknęła na chwilkę w biurze i zaraz wróciła. – Zapewne chciałby pan dostać dolary amerykańskie? – Nie czekając na moją odpowiedź, odliczyła siedemset osiemdziesiąt sześć dolarów i siedemdziesiąt trzy centy. Oddałem jej dwie pięćdziesięciodolarówki.

– Może czegoś zapomniałem – wyjaśniłem. – Proszę się tym zająć.

– Zrobię to, kapitanie – zapewniła mnie rozpromieniona. – To bardzo miło z pana strony. Życzę dobrego lotu. I proszę nas jeszcze kiedyś odwiedzić.

Pojechałem taksówką na Orly i wysiadłem przy wejściu do biura linii TWA. Minąłem kasę biletową w holu i podałem licencję pilota i identyfikator Pan Am oficerowi operacyjnemu TWA. Zerknął na listę pasażerów.

– Jest: pierwszy oficer Frank Williams, lot do Rzymu. Wszystko się zgadza. Proszę to wypełnić.

Podał dobrze mi znany różowy druk dla pasażerów z darmowymi biletami. Wpisałem odpowiednie dane i podszedłem do bramki celnej z napisem „Tylko dla personelu”. Chciałem położyć na ladzie torby, ale celnik – pomarszczony starszy człowiek z rzadkim wąsem – rozpoznał mnie i machnął ręką, żebym przechodził.

Kiedy szedłem do samolotu, podbiegł do mnie mały chłopczyk. Z nieskrywanym podziwem patrzył na mój mundur ze złotymi paskami i mnóstwem innych ozdóbek.

– Jesteś pilotem? – zapytał. Sądząc po akcencie, musiał być Anglikiem.

– Nie, pasażerem. Tak jak ty. Pracuję w Pan Am.

– Pilotujesz siedemset siódemki?

– Już nie – pokręciłem głową. – Teraz latam na DC-8.

Przypominał mi mnie samego, tylko młodszego o parę lat.

W drzwiach przywitała mnie ładna stewardesa, blondynka. Pomogła mi schować bagaż w schowku dla załogi.

– Mamy komplet, panie Williams. Na pana miejsce było jeszcze dwóch chętnych – wyjaśniła. – Będę obsługiwała kabinę pilotów – dodała.

– Poproszę mleko – powiedziałem. – Zresztą proszę nie robić sobie kłopotu. Autostopowicz ma prawo tylko do przejażdżki.

Schyliłem się w drzwiach i wszedłem do kabiny. Kapitan, drugi pilot i mechanik pokładowy jak zwykle przed startem sprawdzali sprzęt, ale uprzejmie odwrócili się w moją stronę.

– Witam. Frank Williams, Pan Am. Nie przeszkadzajcie sobie.

– Gary Giles. – Kapitan wyciągnął do mnie rękę i wskazał głową dwóch pozostałych. – Bill Austin, mój numer dwa, i Jim Wright. Miło cię poznać.

Przywitaliśmy się, usiadłem na składanym fotelu, a oni wrócili do swoich zajęć.

Dwadzieścia minut później byliśmy już w powietrzu. Giles wprowadził maszynę na dziesięć tysięcy metrów, sprawdził przyrządy, zameldował wieży kontrolnej, że wszystko w porządku i odpiął pasy. Spojrzał na mnie i wskazał swój fotel.

– Chcesz polatać, Frank? – zapytał. – Ja pójdę zabawić pasażerów.

Był to typowy uprzejmy gest pilota konkurencyjnej linii. Odłożyłem czapkę na podłogę i usiadłem na jego fotelu. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że życie stu czterdziestu ludzi – w tym moje własne – znalazło się w moich rękach. Austin oddał mi wolant.

Natychmiast włączyłem automatycznego pilota, modląc się, by draństwo działało jak należy. Nie miałem pojęcia o pilotowaniu samolotów.

Nie byłem pilotem Pan Am. W ogóle nie byłem pilotem. Byłem oszustem, jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców na świecie. A w tej chwili zajmowałem się tym, co umiałem najlepiej: robiłem w konia Bogu ducha winnych, sympatycznych ludzi.

Zanim skończyłem dwadzieścia jeden lat, już dwa razy zostałem milionerem. Ukradłem każdego centa i przepuściłem wszystko na eleganckie ciuchy, wykwintne żarcie, komfortowe chaty, superpanienki, luksusowe wózki. Imprezowałem we wszystkich europejskich stolicach, opalałem się na wszystkich najsłynniejszych plażach świata, bawiłem się w kurortach Ameryki Południowej, poznałem morza południowe, Orient i najfajniejsze miejsca Afryki.

Nie wiodłem jednak całkiem beztroskiego życia i często musiałem brać nogi za pas. Wymykałem się tylnymi drzwiami, po drabinkach pożarowych, po dachach. W ciągu pięciu lat porzuciłem więcej ciuchów, niż przeciętny człowiek kupuje przez całe życie. Wyślizgiwałem się z łap policji łatwiej niż wysmarowany masłem ślimak.

Może to dziwne, ale nigdy nie czułem się jak kryminalista. Oczywiście byłem przestępcą; doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Władze i media przedstawiały mnie jako jednego z najsprytniejszych fałszerzy, oszustów i mistyfikatorów naszych czasów, jako arcyłgarza, który zasłużył na Oscara. Mnie samego zdumiewał czasem mój blagierski talent, nigdy jednak nie miałem żadnych złudzeń. Wiedziałem, że ja, Frank Abagnale junior, jestem hochsztaplerem i kanciarzem, a jeśli wpadnę, nie dostanę żadnych nagród, tylko zwyczajnie pójdę siedzieć.

Nie pomyliłem się. Odsiedziałem swoje we francuskim kiciu, odkiblowałem w Szwecji, a potem odbyłem ostateczną pokutę za wszystkie grzeszki w federalnym pierdlu w Petersburgu w Wirginii. Zgodziłem się tam na badania psychologiczne. Psychiatra-kryminolog z uniwersytetu Wirginii, który się mną zajmował, przez dwa lata poddawał mnie różnym testom, ustnym i pisemnym, podłączał do wykrywacza kłamstw.

I doszedł do wniosku, że mam wyjątkowo niski poziom skłonności kryminogennych. Mówiąc po ludzku: nie odpowiadało mi bycie oszustem.

Pewien nowojorski gliniarz, który najdłużej się za mną uganiał, wyśmiał jego raport:

– Konował chyba sobie z nas jaja robi. Koleś orżnął kilkaset banków, wykiwał połowę hotelarzy na świecie, wyrolował wszystkie linie lotnicze i większość stewardes, puścił w obieg tyle fałszywych czeków, że można by nimi wytapetować Pentagon, prowadził własne szkoły i uniwersytety, z gliniarzy w dwudziestu krajach zrobił durniów, nakradł ze dwa miliony baksów i on ma niski poziom skłonności kryminogennych? To co by się działo, gdyby miał wysoki? Obrobiłby Fort Knox?!

Pokazał mi raport. Zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić.

– Wykiwałeś doktorzynę, prawda, Frank?

Odparłem, że na wszystkie pytania odpowiadałem zgodnie z prawdą, a wszystkie testy wypełniłem najuczciwiej, jak potrafiłem. Nie przekonałem go.

– Gadanie! Federalni dali się nabrać, ale ze mną ci się nie uda. Wystrychnąłeś konowała na dudka, ot co – pokręcił głową. – Własnego ojca byś wykiwał, Frank.

Wykiwałem. Tata padł ofiarą mojego pierwszego szwindlu. Miał cechę prawdziwego frajera: darzył mnie ślepym zaufaniem. Skubnąłem go na trzy tysiące czterysta dolarów. Miałem wtedy piętnaście lat.

Urodziłem się i pierwsze szesnaście lat życia spędziłem w Bronxville, w stanie Nowy Jork. Byłem trzecim z czworga rodzeństwa; imię dostałem po ojcu. Szukając przyczyn mojego zachowania, mógłbym wspomnieć o rozbitej rodzinie: miałem dwanaście lat, kiedy tata i mama się rozeszli. Ale nie ma co zwalać winy na moich staruszków.

Tata bardzo boleśnie odczuł separację i późniejszy rozwód. Moja matka, śliczna Paulette Abagnale, jest pół-Francuzką z Algierii. Poznała tatę, kiedy w czasie wojny służył w Oranie. Miała zaledwie piętnaście lat, on był o trzynaście lat starszy. Wtedy różnica wieku im nie przeszkadzała, ale wywarła decydujący wpływ na podjęcie decyzji o rozstaniu.

Po zwolnieniu z wojska tata otworzył w Nowym Jorku interes: sklep papierniczy Gramercy’s na rogu Czterdziestej i Madison Avenue. Powodziło mu się doskonale. Mieszkaliśmy w dużym, luksusowym domu. W dzieciństwie ani mnie, ani moim braciom i siostrze na niczym nie zbywało.

Kiedy między rodzicami coś się nie układa, dzieci najczęściej dowiadują się ostatnie. W moim wypadku z pewnością tak było, a nie sądzę, żeby moje rodzeństwo wiedziało coś więcej. Wydawało nam się, że mamie wystarcza roli gospodyni domowej – wystarczała, ale do czasu. Kłopot w tym, że tacie nie tylko powiodło się w interesach: zajmował się też polityką i został jednym z głównych republikańskich działaczy w Bronksie. Był członkiem, a przez pewien czas nawet prezesem New York Athletic Club, gdzie spędzał mnóstwo czasu z biznesmenami i politykami.

Poza tym uwielbiał łowić ryby. Ciągle latał do Puerto Rico, Kingston, Belize czy gdzie indziej na Karaiby. I nigdy nie zabierał mamy ze sobą. Matka była w duchu feministką, zanim jeszcze Gloria Steinem spaliła swój stanik. No i kiedy tata wrócił za którymś razem z wyprawy na marliny, zastał dom pusty. Mama przeprowadziła się z nami – trójką chłopaków i naszą starszą siostrą – do dużego mieszkania. Nie bardzo wiedzieliśmy, co jest grane, ale wyjaśniła nam, że ponieważ nie mogą się już z tatusiem dogadać, postanowili zamieszkać osobno.

To znaczy ona postanowiła. Tata był zaskoczony, wstrząśnięty i urażony jej zachowaniem. Prosił, żeby wróciła; obiecywał, że będzie lepszym mężem i ojcem, że ograniczy wypady na morze. Zaproponował nawet, że zerwie z polityką.

Mama słuchała go, ale niczego nie obiecywała. Wkrótce stało się jasne – może nie dla taty, ale z pewnością dla mnie – że nie zamierza do niego wracać. Zapisała się do szkoły stomatologicznej w Bronksie, chcąc zostać technikiem dentystycznym.

Tata nie rezygnował. Przy każdej okazji odwiedzał nas, prosił, błagał, przekonywał, podlizywał się mamie. Czasem nerwy go ponosiły.

– Do diabła, kobieto! – krzyczał. – Nie widzisz, że cię kocham?!

Kochałem tatę. Byliśmy sobie bardzo bliscy, więc zaczął mnie wykorzystywać w kampanii, której celem było odzyskanie mamy.

– Pogadaj z nią, synu – mówił. – Powiedz, że ją kocham. Powiedz, że razem będziemy szczęśliwsi.

Dawał mi prezenty dla mamy, uczył w jaki sposób zmiękczyć jej serce.

Mama nie dała się nabrać. Zresztą tata chyba sam sobie zaszkodził, bo miała mu za złe, że zrobił ze mnie pionka w partii małżeńskich szachów. Rozwiedli się, kiedy miałem czternaście lat.

Tata był zdruzgotany. A ja rozczarowany, bo bardzo chciałem, żeby znowu byli razem. Jedno mogę o nim powiedzieć: kochał mamę do grobowej deski. Aż do śmierci – zmarł w 1974 roku – próbował ją odzyskać.

Po rozwodzie postanowiłem zamieszkać z tatą. Mamie niezbyt się ten pomysł podobał, ale przekonałem ją, że nie powinien zostać całkiem sam.

Ucieszył się. Ja nigdy nie żałowałem tej decyzji, ale on pewnie tak.

To było zupełnie inne życie. Większość czasu spędzałem w najlepszych lokalach w Nowym Jorku. Okazało się, że biznesmeni nie tylko chętnie popijają potrójne martini podczas lunchu, ale także piwko przy śniadaniu i whisky przy kolacji. Szybko zauważyłem, że politykowi łatwiej jest ogarnąć całą złożoność spraw międzynarodowych i dzielić się państwową kasą, kiedy trzyma w garści szklaneczkę burbona z lodem. Tata większość spraw załatwiał przy barze, a ja czekałem nieopodal, aż skończy. Z początku byłem przerażony, widząc, ile mój staruszek pochłania trunków. Popijał solidnie i bałem się, że wpadł w nałóg. Nigdy jednak nie widziałem go pijanego. Doszedłem do wniosku, że musi być uodporniony na działanie gorzały.

Fascynowali mnie jego wspólnicy, przyjaciele i znajomi. Miał kumpli we wszystkich warstwach bronksowego społeczeństwa. Byli to pomniejsi politycy, gliniarze, szefowie związków, dyrektorzy, kierowcy, przedsiębiorcy budowlani, maklerzy, urzędnicy, taksiarze. Pełen przekrój.

Po sześciu miesiącach przebywania z tatą stałem się cwaniakiem kutym na cztery nogi. No bo czego innego miałem się nauczyć, włócząc się po knajpach?

Tata był lokalną szychą. Przekonałem się o tym, kiedy zacząłem wagarować z podejrzanymi dzieciakami z sąsiedztwa. To nie był gang, nic z tych rzeczy; nie pakowali się w żadne poważne sprawy. Po prostu grupa chłopaków z rozbitych rodzin, którzy rozpaczliwie próbowali zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Choćby kuratora. Może to dlatego zacząłem się z nimi spotykać, może sam też dopominałem się o uwagę. Chciałem, żeby rodzice znów zamieszkali razem. Przyszło mi do głowy, że jeśli zostanę młodocianym przestępcą, będą mieli jakąś płaszczyznę porozumienia.

Zazwyczaj czułem się głupio, kradnąc cukierki i wślizgując się bez biletu do kina. Byłem starszy i znacznie bardziej wyrośnięty od reszty chłopaków: w wieku piętnastu lat miałem metr osiemdziesiąt wzrostu i ważyłem siedemdziesiąt sześć kilo. Pewnie większość numerów uchodziła nam bezkarnie, bo ludzie brali mnie za nauczyciela, który ma pod opieką uczniaków, albo za starszego brata pilnującego młodszego rodzeństwa. Czasem sam się tak czułem. Irytowały mnie ich dziecinne zagrywki.

Ale najbardziej drażniła mnie kompletna nijakość tego, co robiliśmy. Szybko się nauczyłem, że ludzie z klasą są powszechnie podziwiani. Wybacza im się niemal każdy kant, grzech czy przekręt.

A te dzieciaki nie potrafiły nawet porządnie buchnąć samochodu. Podjechali nim po mnie do domu, ale już kilometr dalej capnął nas patrol. Okazało się, że ukradli samochód spod garażu, kiedy jego właściciel podlewał trawnik. Wszyscy wylądowaliśmy w kiciu dla małolatów.

Tata nie tylko mnie stamtąd wyciągnął, ale tak załatwił sprawę, że z dokumentów zniknął wszelki ślad mojego udziału w tym incydencie. Te czary-mary taty miały w przyszłości przyprawić o ból głowy niejednego gliniarza; nawet słonia łatwiej upolować, jeśli się idzie od początku jego tropem.

Tata nie czynił mi wyrzutów.

– Wszyscy popełniamy błędy, synu – powiedział. – Wiem, co chciałeś osiągnąć, ale tego się tak nie robi. W świetle prawa nadal jesteś dzieckiem, chociaż wyglądasz jak mężczyzna. Spróbuj myśleć jak człowiek dorosły.

Rozstałem się z kumplami, wróciłem do szkoły i znalazłem sobie zajęcie: pracowałem na pół etatu w magazynie przy wysyłce towarów. Tata był zachwycony – tak bardzo, że kupił mi starego forda, który w moich rękach szybko stał się przynętą na panienki.

To ten ford sprowadził mnie na złą drogę, dzięki niemu zrozumiałem, czym są dziewczyny. Nie mogłem przestać o nich myśleć przez sześć lat. Sześć cudownych lat.

W życiu mężczyzny z pewnością zdarzają się różne okresy, w których zdrowy rozsądek zostaje zagłuszony przez libido. Nigdy jednak presja na płaty przedczołowe mózgu nie jest tak silna, jak w okresie tuż po dojrzewaniu, kiedy człowiek ma w głowie kompletny zamęt. Naturalnie, mając piętnaście lat, wiedziałem co nieco o dziewczynach: to, że są zbudowane inaczej niż chłopcy. Nie wiedziałem jednak, co to oznacza do chwili, gdy pewnego dnia zatrzymałem się moim wypucowanym fordem na czerwonym świetle. Widziałem, jak ta dziewczyna patrzy na mnie i na mój wóz. Kiedy zauważyła, że się jej przyglądam, przewróciła tak jakoś oczami, zakręciła biustem i tyłeczkiem – i wpadłem. Nie pamiętam, jak znalazła się w samochodzie ani dokąd pojechaliśmy. Pamiętam tylko jej jedwabistą miękkość, ciepło, delikatny dotyk i słodką woń. Było mi cudownie. Robiła ze mną takie rzeczy, że koliber dałby się wywabić z kielicha kwiatu hibiskusa, a buldog zerwałby się z łańcucha.

Dzisiejsze książki o prawach kobiet w sypialni nie robią na mnie wrażenia. Kiedy Henry Ford wypuścił na rynek model T, dziewczyny po prostu zrzucały barchanowe gacie i przechodziły do rzeczy.

Kobiety stały się moim nałogiem. Upajałem się nimi. Nie mogłem się nimi nasycić. Myślałem o nich, kiedy kładłem się do łóżka, myślałem, kiedy się budziłem: o cudownych, długonogich, zapierających dech w piersiach, fantastycznych, uroczych. Łowiłem je o świcie. Szukałem ich po nocy z latarką. W porównaniu ze mną Don Juan był stetryczałym staruszkiem. Miałem obsesję na punkcie kobiet.

Dziewczyny nie muszą dużo kosztować, ale każda z nich musi od czasu do czasu zjeść hamburgera i popić colą, chociażby po to, żeby mieć energię. A mnie po prostu nie starczało pieniędzy na te luksusy.

Postanowiłem porozmawiać z tatą, który z pewnością wiedział, co się ze mną dzieje.

– Tato, to naprawdę bardzo miło z twojej strony, że kupiłeś mi samochód. Głupio mi prosić cię o coś więcej, ale potrzebna mi jest karta kredytowa na benzynę. Dostaję pieniądze raz w miesiącu. Płacę za obiady w szkole, czasem kupuję bilety na mecz, spotykam się z dziewczynami… Na paliwo mi już nie wystarcza. Spróbuję sam spłacać kartę i obiecuję, że nie nadużyję twojej hojności.

Byłem wygadany jak irlandzki sprzedawca koni – i szczerze wierzyłem w to, co mówię. Tata zastanowił się i skinął głową.

– W porządku, Frank. – Wyjął z portfela kartę Mobil. – Weź ją i używaj, kiedy zechcesz. Co miesiąc będziesz musiał ją spłacić. Wierzę, że nie nadużyjesz mojego zaufania.

Na tym właśnie polegał błąd taty. Przez pierwszy miesiąc wszystko szło jak po maśle, a kiedy przyszedł rachunek z Mobila, przesłałem żądaną kwotę pod wskazany adres. Niestety, po opłaceniu rachunku byłem spłukany i nie mogłem ruszyć na łowy. Jakże to tak? Przecież prawo do szczęścia jest niezbywalnym przywilejem każdego Amerykanina. Gwarantuje to konstytucja.

Słyszałem, że na świecie nie ma uczciwych ludzi. Ten, kto to powiedział, musiał być oszustem; to ulubione wytłumaczenie wszystkich kanciarzy. Podejrzewam, że mnóstwo ludzi fantazjuje, jak to jest być superprzestępcą, słynnym złodziejem brylantów czy kimś w tym guście, ale ograniczają się w łamaniu prawa do snów na jawie. Przypuszczam też, że wielu z nas czuje czasem pokusę, żeby coś przeskrobać, zwłaszcza jeśli można się przy okazji nachapać, a ryzyko wpadki jest niewielkie. Większości ludzi udaje się zwalczyć tę pokusę: mają głęboko wpojone poczucie dobra i zła. Zdrowy rozsądek zwycięża.

Istnieje jednak też inny rodzaj ludzi – u nich zdrowy rozsądek przegrywa walkę z ambicją. Pewne sytuacje są dla nich takim samym wyzwaniem, jak dla himalaisty najwyższe góry świata. Dobro i zło się nie liczą, nieważne są również konsekwencje. Przestępstwo jest grą, w której chodzi nie tylko o łup, lecz przede wszystkim o sukces przedsięwzięcia. Chociaż sowitą nagrodą też nikt nie wzgardzi.

Ci ludzie to szachiści świata przestępczego. Zazwyczaj mają IQ znacznie wyższy od przeciętnego, a w ich głowach roi się od pomysłów. Nie biorą pod uwagę tego, że mogą dostać mata. Zawsze są zdziwieni, kiedy średnio inteligentny glina zapędzi ich w kozi róg, nie mogąc pojąć, co nimi kierowało. Przestępstwo jako wyzwanie? Jezu Chryste!

Ale tak właśnie było ze mną. Rozpaczliwie potrzebowałem pieniędzy. Każdy, kto ma hyzia na punkcie dziewczyn, potrzebuje stałego dopływu gotówki. A jednak kiedy pewnego dnia zajechałem na stację Mobil i zobaczyłem tę tablicę, wcale nie myślałem o forsie. Tablica stała przed stojakiem z oponami, a napis na niej brzmiał: „Kup komplet opon na kartę, a my ci je założymy”. Pierwszy raz przekonałem się, że kartą można płacić nie tylko za benzynę i olej. Opon nie potrzebowałem (mój ford miał całkiem nowe), ale wpatrując się w tablicę, wpadłem na pomysł skomplikowanego szwindlu. Pomyślałem, że musi się udać.

Wysiadłem i podszedłem do mechanika, który był zarazem właścicielem stacji. Znaliśmy się z widzenia, bo często zajeżdżałem do niego po paliwo, a ruch miał tu niewielki. Poskarżył mi się kiedyś, że więcej by zarobił, napadając na stacje benzynowe, niż prowadząc własną.

– Ile kosztuje komplet opon, tych z białymi bokami? – zapytałem.

– Do takiego wozu jak twój sto sześćdziesiąt dolarów. Ale ty masz jeszcze dobry bieżnik.

Po tym, jak mi się przyglądał, poznałem, że czeka na konkretną propozycję.

– Faktycznie, gumy mi niepotrzebne – przyznałem. – Ale przydałoby się trochę kasy. Zrobimy tak: kupię komplet opon i zapłacę za nie kartą, ale wcale ich nie wezmę. Za to pan da mi sto dolców gotówką. Jak tylko mój tata spłaci Mobila, sprzeda pan opony i zgarnie całe sto sześćdziesiąt dolarów. To doskonały interes.

Przyglądał mi się podejrzliwie. Widziałem, jak chciwość walczy w nim z niedowierzaniem.

– A co na to twój staruszek? – zapytał.

Wzruszyłem ramionami.

– Mój wóz w ogóle go nie interesuje. Kiedy powiedziałem, że muszę kupić nowe opony, kazał mi tylko zapłacić kartą.

– Pokaż no prawo jazdy. Mogłeś przecież ukraść kartę. – Podałem mu młodzieżowe prawo jazdy, na którym widniało to samo nazwisko, co na karcie. – Masz piętnaście lat? Wyglądasz na dwadzieścia pięć. – Oddał mi dokumenty.

Uśmiechnąłem się.

– Bo mam spory przebieg.

Pokiwał głową.

– Zadzwonię do Mobila, żeby potwierdzić transakcję. To spora suma. Jeśli nie będą mieć nic przeciw temu, umowa stoi.

Odjechałem ze stacji z pięcioma dwudziestkami w portfelu.

W głowie mi się kręciło ze szczęścia. Wtedy nie znałem jeszcze smaku alkoholu, więc nie mogłem porównać tego uczucia do euforii po szampanie, ale nigdy w życiu nie czułem się tak cudownie.

Dumny byłem ze swego sprytu. Skoro raz miałem fart, czemu nie miałoby mi się udać po raz drugi? I udało się. Przez następne parę tygodni powtarzałem ten numer tak często, że straciłem rachubę. Nie pamiętam już, ile kompletów opon, akumulatorów i innych akcesoriów samochodowych kupiłem na kartę ojca, a potem odsprzedałem za pół ceny. Zjeździłem wszystkie stacje Mobila w Bronksie. Czasem udawało mi się namówić gościa przy pompie, żeby dał mi dychę, a podpisał rachunek na dwie. Jeździłem na karcie taty jak na łysej kobyle.

I oczywiście wszystko szło na kobitki. Początkowo niczym się nie przejmowałem – płacił Mobil, więc czemu miałbym sobie żałować? Potem znalazłem w skrzynce rachunek za pierwszy miesiąc: koperta była wypchana kwitkami bardziej niż świąteczna gęś farszem. Zerknąłem na łączną sumę. Kiedy dotarło do mnie, że tata ma to spłacić, pomyślałem czyby nie wstąpić do klasztoru. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że wszystko się na nim skrupi.

Wyrzuciłem rachunek do kosza. Podobnie jak ponaglenie, które przyszło dwa tygodnie później. Chciałem nawet pójść do taty i do wszystkiego się przyznać, ale brakowało mi odwagi. Wiedziałem, że prędzej czy później i tak się dowie, ale uznałem, że nie powinien dowiadywać się ode mnie.

Czekając na decydujące starcie taty z Mobilem, nie zrezygnowałem bynajmniej z dawnego stylu życia. Kontynuowałem kant z kartą kredytową i wydawałem forsę na prześliczne babeczki, chociaż wiedziałem już, że doję własnego staruszka. Rozbudzony popęd seksualny nie wie, co to sumienie.

W końcu agent Mobila odwiedził tatę w sklepie. Giął się cały w ukłonach, jakby przepraszał, że żyje.

– Panie Abagnale, ma pan u nas kartę już od piętnastu lat. Cenimy sobie pana jako naszego klienta. Przyznaliśmy panu najwyższy stopień wiarygodności kredytowej. Nigdy nie spóźnił się pan ze spłatą i nie przychodzę po to, żeby upominać się o uregulowanie ostatniego rachunku. – Facet mówił, a tata przyglądał mu się ze zdziwioną miną. – Chcielibyśmy jednak zapytać pana o jedną rzecz. Jak to możliwe, że w trzy miesiące wydał pan trzy tysiące czterysta dolarów na benzynę, olej, akumulatory i opony dla jednego forda rocznik 1952? W ciągu ostatnich sześćdziesięciu dni założył mu pan czternaście nowych kompletów opon; w ciągu dziewięćdziesięciu dni zainstalował w nim dwadzieścia dwa nowe akumulatory, a sądząc po ilości zużytego paliwa, auto pali sto litrów na sto kilometrów. W dodatku nie ma chyba w ogóle miski olejowej… Nie myślał pan o tym, żeby zmienić samochód, panie Abagnale?

Tatę zatkało.

– W ogóle nie używam mojej karty… Oddałem ją synowi – odparł, kiedy odzyskał głos. – To z pewnością jakaś pomyłka.

Agent położył przed nim kilkaset kwitów. Na każdym widniał podrobiony moją ręką podpis taty.

– Jak on to zrobił?! – wykrzyknął tata. – Po co?!

– Tego nie wiem. Może go zapytamy?

I zapytali. Powiedziałem, że nie mam pojęcia, o co chodzi. Nie przekonałem ich. Spodziewałem się, że tata się wścieknie, ale był chyba bardziej zmieszany niż zły.

– Posłuchaj, synu, powiedz, jak to zrobiłeś – i dlaczego – a my o wszystkim zapomnimy. Zapłacę rachunki i nie będzie żadnych konsekwencji.

Tata nigdy w życiu mnie nie okłamał, więc nie próbowałem kręcić:

– To przez dziewczyny. Wariuję przy nich. Nie umiem tego wytłumaczyć.

Obaj panowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, a tata położył mi jeszcze rękę na ramieniu.

– Nie martw się, chłopcze. Einstein też nie umiał tego wytłumaczyć.

Tata mi przebaczył, ale mama nie. Była naprawdę wkurzona i całą winę za moje kryminalne wybryki zrzuciła na ojca. A ponieważ w świetle prawa była moją opiekunką, postanowiła wyrwać mnie spod jego złego wpływu. Za radą jednego z księży z katolickiej organizacji dobroczynnej Catholic Charities, w której od dawna się udzielała, przeniosła mnie do prywatnej męskiej szkoły dla trudnej młodzieży w Port Chester.

Szkoła bardziej przypominała luksusowe wczasy niż instytucję resocjalizacyjną. Mieszkałem w ładnym domku z sześcioma innymi chłopakami. Nie mogłem opuszczać terenu szkoły i znajdowałem się pod stałym nadzorem, ale poza tym wszystko było w porządku.

Braciszkowie, którzy prowadzili szkołę, mieli dobre serca. Żyli prawie tak samo jak ich podopieczni. Jadaliśmy we wspólnej stołówce, posiłki były smaczne i obfite. Mieliśmy kino, salę telewizyjną, świetlicę, basen i salę gimnastyczną. Nawet nie zliczyłem wszystkich dostępnych dla mnie atrakcji. Od poniedziałku do piątku lekcje trwały od ósmej rano do trzeciej po południu. Potem mieliśmy czas dla siebie. Braciszkowie nie zanudzali nas kazaniami. Rzadko karali, a i tak kara ograniczała się zwykle do kilkudniowego zakazu opuszczania domku. Nigdy więcej nie widziałem podobnej instytucji, dopóki nie wylądowałem w amerykańskim więzieniu. Od tej pory cały czas zastanawiam się, czy Catholic Charities nie kieruje potajemnie naszym więziennictwem.

Co by jednak nie mówić, taki klasztorny styl życia zupełnie mi nie odpowiadał. Pobyt w szkole postrzegałem jako karę – i to w dodatku niezasłużoną. Przecież tata mi wybaczył, a tylko on ucierpiał z powodu moich wybryków. Po co w takim razie mnie tu trzymano? A najgorszy był całkowity brak dziewczyn. W takiej czysto męskiej atmosferze nawet widok zakonnicy przyprawiał mnie o dreszcze.

Gdybym wiedział, co się w tym czasie działo z tatą, byłbym pewnie jeszcze bardziej przygnębiony. Nigdy nie opowiadał o tym okresie ze szczegółami, ale wpadł wtedy w tarapaty finansowe i musiał zamknąć firmę.

Nic mu nie zostało: sprzedał dom, dwa ogromne cadillaki i dosłownie wszystko, co miało jakąś wartość. W parę miesięcy z milionera stał się zwykłym urzędnikiem. Pracował na poczcie.

Jako taki właśnie urzędnik przyjechał po mnie po roku katolickiej szkoły. Mama złagodniała i zgodziła się, żebym znów z nim zamieszkał. Byłem wstrząśnięty tym, jak bardzo szczęście odwróciło się od niego, i miałem potworne wyrzuty sumienia. Tata jednak nie chciał, żebym się zadręczał; twierdził, że trzy i pół tysiąca, z których go oskubałem, nie przyczyniły się do jego upadku.

– Zapomnij o tym, synu – powtarzał. – To naprawdę nie było nic wielkiego.

Nagła zmiana standardu życia chyba mu nie przeszkadzała, ale ja ogromnie się zmartwiłem. I to bardziej przez wzgląd na niego niż na mnie. Dawniej był na samym szczycie, rozdawał karty, a teraz musiał tyrać za nędzne grosze. Wypytywałem go, co się stało.

– Gdzie się podziali twoi kumple, tato? Zawsze wyciągałeś ich z tarapatów. Żaden ci nie pomógł?

Uśmiechnął się krzywo.

– Jeszcze się przekonasz, Frank, że kiedy jesteś kimś, masz tysiące przyjaciół. A kiedy ci się noga powinie, możesz się uważać za szczęściarza, jeśli choć jeden z nich postawi ci kawę. Gdybym mógł zacząć wszystko od początku, staranniej dobierałbym przyjaciół. Kilku mnie nie zawiodło. Nie są specjalnie zamożni, ale to właśnie jeden z nich załatwił mi pracę na poczcie.

Nie chciał rozwodzić się nad swoim niepowodzeniem, ale mnie strasznie to gryzło, zwłaszcza kiedy jechaliśmy jego samochodem. Rozklekotany chevrolet do pięt nie dorastał naszemu staremu fordowi, którego tata sprzedał, a pieniądze przelał na moje konto.

– Nie przeszkadza ci, że jeździsz takim gratem? – zdziwiłem się.

Tata tylko się roześmiał.

– Nic nie rozumiesz, Frank. Ten samochód w zupełności mi wystarcza. Grunt że jeździ. Wiem, co jestem wart, i to się dla mnie liczy; nie obchodzi mnie opinia innych ludzi. Wiem, że jestem uczciwy. Dopóki człowiek wie, kim jest, poradzi sobie.

Mój problem polegał na tym, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, kim jestem.

Trzy lata później znałem już odpowiedź.

– Kim jesteś? – zapytała kształtna brunetka, kiedy walnąłem się obok niej na piasek Miami Beach.

– Kim zechcę – odparłem.

I nie kłamałem.

2. Pilot

Porzuciłem dom w wieku szesnastu lat. Wyruszyłem na poszukiwanie samego siebie.

Sytuacja na froncie domowym nie zmieniła się: tata chciał odzyskać mamę, a mama nie zamierzała się poddać. Tata wykorzystywał mnie więc jako mediatora w drugiej rundzie zalotów, co szczególnie ją drażniło. Mnie zresztą też. Mama ukończyła technikum dentystyczne, zatrudniła się u stomatologa w Larchmont i chyba była zadowolona ze swojej niezależności.

Nie zamierzałem uciekać. Kiedy jednak tata wkładał mundur pocztowca i wsiadał do swojego starego grata, ogarniało mnie przygnębienie. Miałem świeżo w pamięci jego garnitury od Louisa Rotha i duże, drogie auta, którymi jeździł.

W pewien czerwcowy ranek 1964 roku obudziłem się z przeświadczeniem, że czas ruszać w drogę. Miałem wrażenie, że wzywa mnie jakiś odległy zakątek świata.

– Chodź – zdawał się mówić.

No i poszedłem.

Z nikim się nie pożegnałem, nie zostawiłem żadnego listu. Miałem dwieście dolarów na rachunku bieżącym w oddziale Chase Manhattan Bank w Westchester. Tata otworzył dla mnie to konto rok wcześniej, ale nigdy z niego nie korzystałem. Znalazłem książeczkę czekową, spakowałem najlepsze ubrania do jednej jedynej walizki i wsiadłem w pociąg do Nowego Jorku. Uznałem go za doskonały punkt do rozpoczęcia wędrówki.

Gdybym pochodził z Kansas czy Nebraski, zgubiłbym się w Nowym Jorku – z tym jego poplątanym systemem metra, niesamowitymi drapaczami chmur, hałasem i chaosem na ulicach, mrowiem ludzi – podwinąłbym ogon pod siebie i wrócił grzecznie na prerię. Ale mnie nie przerażał, bo byłem swojakiem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Nie minęła godzina, odkąd wysiadłem z pociągu, kiedy spotkałem chłopaka w moim wieku i przekonałem go, żeby zabrał mnie do siebie do domu. Jego rodzicom wyjaśniłem, że pochodzę spod Nowego Jorku, moi rodzice nie żyją, muszę radzić sobie sam i chciałbyś gdzieś przycupnąć, dopóki nie znajdę pracy. Powiedzieli, że mogę u nich mieszkać jak długo zechcę.

Nie zamierzałem nadużywać ich gościnności. Postanowiłem trochę zarobić i jechać dalej. Nie wiedziałem tylko, co chcę robić i dokąd jechać.

Nie miałem żadnego konkretnego celu, byłem jednak przekonany, że muszę odnieść sukces, a kiedy już znajdę się na szczycie, żadna siła nie ściągnie mnie z niego. Jedno nie podlegało dyskusji: nie powtórzę błędów taty.