Zła pora roku - Antonio Manzini - ebook
Opis

Minęło już dziewięć miesięcy od dnia, w którym detektyw Rocco Schiavone został karnie zesłany z Rzymu na północ Włoch do Aosty.

Tym razem sprawa jest poważna: chodzi o niezgłoszone porwanie. Ofiarą jest osiemnastoletnia dziewczyna, córka miejscowego przedsiębiorcy budowlanego. Schiavone szybko się orientuje, że za jej porwaniem stoi organizacja przestępcza, która przeniknęła w społeczne i ekonomiczne struktury miasteczka. Wszystko to odbywa się tuż pod nosem Rocca. Co więcej, jego własna przeszłość nadal stanowi zagrożenie dla jego teraźniejszości.

Inteligentny, bezpardonowy i skuteczny Rocco udowodni, że intuicja nigdy go nie zawodzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Non è stagione

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Daria Armańska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Stephen Carroll/Arcangel Images

2015 © Sellerio editore via Siracusa 50 Palermo

e-mail: [email protected]

www.sellerio.it

Published in agreement with Sellerio Editore, Italy

and Book/lab Literary Agency, Poland.

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Paweł Bravo

ISBN 978-83-287-0864-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

AM 166 TT

„Oho, zdawało mi się, ze widziałem kotecka”.

Kanarek Tweety

Poniedziałek

Piorun rozdarł noc i na moment niczym fotograficzny flesz oświetlił białą furgonetkę, która zjeżdżała powoli z Saint-Vincent w kierunku Aosty.

– Zaczyna padać – powiedział Włoch za kierownicą.

– No to zwolnij – odpowiedział z obcym akcentem pasażer.

Rozległ się grzmot, potem o szybę chlusnęła ulewa. Włoch uruchomił wycieraczki, ale nie zredukował prędkości. Włączył tylko długie światła.

– Asfalt jest mokry i śliski jak mydło – zauważył cudzoziemiec, sięgając do kieszeni kurtki po komórkę.

Ale Włoch nie zwolnił. Mężczyzna rozprostował wyjętą z kieszeni kartkę i zaczął wystukiwać numer na telefonie.

– Czemu nie zapisujesz numerów w komórce, tak jak wszyscy?

– Bo mam zapchaną pamięć. Nie wtrącaj się – odpowiedział, skupiając się na numerze. Furgonetka wpadła w dziurę i obaj podskoczyli.

– Zaraz się porzygam – marudził facet z obcym akcentem, podnosząc telefon do ucha.

– Do kogo dzwonisz?

Tamten nie odpowiedział. W słuchawce rozległo się zaspane: „Halo? Kto mówi?”. Skrzywił się i przerwał połączenie.

– Pomyłka – wymamrotał, wciskając nerwowo klawisze pochlapanego farbą telefonu.

Skończył przy nim gmerać i wsunął do kieszeni. Wyjrzał przez okno. Droga była kręta, a znaki zapowiadające kolejną serpentynę pojawiały się w ostatniej chwili. Rozregulowany silnik i dziurawy tłumik wydawały dźwięki przypominające spadające ze schodów żelastwo. A leżąca z tyłu skrzynka narzędziowa na każdym zakręcie turlała się z jednej strony na drugą.

– Potop, istny potop, przyjacielu!

– Nie jestem twoim przyjacielem – odpowiedział cudzoziemiec.

Nawet w świetle reflektorów droga Saint-Vincent–Aosta była niewidoczna. Włoch co raz redukował, potem wrzucał wyższy bieg i dociskał pedał gazu.

– Dlaczego jedziesz tak szybko?

– Bo zaraz będzie świt. A o świcie chcę być w domu! Zapal sobie i przestań zawracać mi dupę, Slawomir.

Mężczyzna podrapał się w brodę.

– Nie nazywam się Slawomir, jełopie. Slawomir to polskie imię, a ja nie jestem Polakiem.

– Polak, Serb, Bułgar… Dla mnie wszystko jedno.

– Ale z ciebie kutas.

– A co, może nie jesteście tacy sami? Wszyscy takie same gnoje. Złodzieje i Cyganie. – Potem dodał: – Boisz się serpentyn? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – No co, Cygan, boisz się?

– Boję się, bo źle prowadzisz. I nie jestem Cyganem.

– Co jest, wkurzyłeś się? A co jest złego w byciu Cyganem? Nie trzeba się wsty…

Przerwał mu głośny huk. Furgonetka przechyliła się na bok.

– Kurwa! – próbował odbić kierownicą w drugą stronę.

Cudzoziemiec krzyczał, wrzeszczał też Włoch, piszczały trzy jeszcze całe opony, wtedy pękła kolejna i samochód skoczył do przodu, wyłamał drewniany płotek, skosił znak ograniczenia prędkości i zatrzymał się na dwóch modrzewiach rosnących przy drodze. Szyba rozprysła się na tysiąc kawałków, wycieraczki wygięły się, silnik zgasł.

Cudzoziemiec i Włoch tkwili nieruchomo w aucie, ze szklanym wzrokiem utkwionym w odległym punkcie. Z otwartych ust i kącików oczu ciekła krew. Z przetrąconymi karkami wyglądali jak dwie porzucone lalki. Kolejna błyskawica wyłowiła z ciemności obraz dwóch martwych twarzy z rozszerzonymi źrenicami.

Deszcz wściekle bębnił o karoserię. Roztrzaskana furgonetka z wciąż włączonymi światłami skrzypiała przy każdym ruchu, zawieszona w niepewnej równowadze na wystających z ziemi korzeniach. Nagle osiadła ostatecznie, martwe ciała mężczyzn podskoczyły ostatni raz.

Minęły trzy sekundy od wybuchu pierwszej opony do chwili, gdy furgonetka wbiła się w pnie drzew.

Trzy sekundy. Nic. Westchnienie.

Trzy sekundy, tyle potrzebował Rocco Schiavone, żeby zorientować się, gdzie jest. Wieczność.

Otworzył oczy. Nie rozpoznał ścian, drzwi, zapachu domu. Gdzie jestem? – zastanawiał się, sprawdzając zaspanym wzrokiem przestrzeń dookoła. Półmrok wypełniający pokój nie ułatwiał mu zadania. To było nie jego łóżko, nie jego pokój i nie jego mieszkanie. Najprawdopodobniej także kamienica nie była jego. Miał nadzieję, że przynajmniej miasto było to samo co wczoraj. To samo, w którym mieszkał i od dziewięciu miesięcy odpokutowywał swój błąd – Aosta.

Dopiero widok kobiecego ciała tuż obok pomógł mu poskładać elementy układanki.

Spała spokojnie, jej czarne włosy leżały rozrzucone na poduszce. Gałki oczne poruszały się pod powiekami. Lekko rozchyliła usta, jakby całowała kogoś przez sen. Noga wymknęła się spod kołdry, a stopa wyszła poza materac.

Zasnął w domu Anny! Co się z nim działo? Błąd! Pierwszy nieostrożny krok do tego, by się przyzwyczaić! Na myśl o niechcianej integracji z tym miastem i jego mieszkańcami poczuł przerażenie. Usiadł nagle na łóżku. Przetarł oczy.

Nie, to niemożliwe, pomyślał. W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy nie zdarzyło mu się spać poza domem. Od tego wszystko się zaczyna, znał to… A potem już z górki. Regularne bywanie w kawiarni, bliższa znajomość ze sprzedawcą z warzywniaka i z kioskarzem, aż wreszcie sakramentalne zdanie barmana: „To co zwykle, szefuniu?” i już po tobie. Z automatu stajesz się obywatelem Aosty. Opuścił stopy na ciepłą, włochatą, miękką wykładzinę. Wstał. W półmroku sinego jak rybi brzuch świtu ruszył w stronę krzesła zarzuconego stertą ubrań. Jego ubrań. Uderzył o coś paluchem i poczuł przeszywający ból.

Nie pisnął, ale upadł na łóżko, trzymając się za lewą stopę, którą zawadził o jakiś kant. Rocco wiedział, że to jeden z tych potwornych bólów, które dzięki Bogu trwają krótko. Wystarczy zacisnąć zęby przez parę sekund i zaraz mija. Klął po cichu, nie chcąc zbudzić Anny. Nie dlatego, że dbał o jej sen, po prostu musiałby podjąć rozmowę, a nie miał ani ochoty ani czasu. Wymamrotała coś i przewróciła się na drugi bok. Ból stopy, ostry i niemiłosierny, już stawał się wspomnieniem. Całkiem wybudzony Rocco zakrył twarz dłońmi. Przed oczyma, niczym slajdy, przesunęły mu się obrazy z ostatniego wieczoru.

Przypadkowe spotkanie w Caffè Centrale z Anną, przyjaciółką Nory Tardioli, jego byłej sympatii. Uśmieszki, mrugnięcia, uwodzicielskie spojrzenia zabójczej kotki, cała ta poza prowincjonalnej femme fatale. Wino. Pogaduszki.

– Wiesz, Rocco, Nora ciągle czeka, że wreszcie zadzwonisz.

– Wiesz, już nie zadzwonię.

– Wiesz, nie rozmawiacie ze sobą od jej urodzin.

– Wiesz, robię to z premedytacją.

– Wiesz, zależy jej na tobie.

– Wiesz, zeszła się z tym architektem Pietro Bucci-cośtam.

Śmiech Anny. Chrapliwy, szyderczy, zaczepny, aż Rocco się kuli.

– Wiesz, jesteś w błędzie. Pietro Bucci Rivolta to moja własność.

Anna wskazuje palcem na siebie, aż zabrzęczał srebrny łańcuszek.

– Czemu tak się interesujesz mną i Norą?

– Cierpi przez ciebie.

– Nie mogę posunąć się dalej. Po prostu nie jestem tym, którego potrzebuje.

– A bo ty niby wiesz, czego potrzebuje Nora? Niewiele, Rocco. Ona nie prosi o wiele. Cieszy się z drobiazgów.

Anna zamawia dwa kolejne kieliszki wina.

Potem jeszcze dwa.

– Idziemy?

Ulica. Słabo oświetlona. Brama domu Anny. Niedaleko jego domu.

– Mieszkam tu blisko.

– No to szybko będziesz u siebie.

Anna śmieje się czarnymi błyszczącymi oczyma. Ciągle pożera go wzrokiem. Ciągle ta sama bezwzględna kotka.

– W ogóle ci się nie podobam, co?

– Nie. Wcale nie. W sumie fizycznie jesteś całkiem do rzeczy: spiczasty nos, przenikliwe spojrzenie pseudomacho, dość wysoki, szerokie ramiona i dużo włosów. Ale wiesz, z kimś takim jak ty nie wsiadłabym nawet na wyciąg narciarski. Poczekałabym na następne krzesełko.

– Bez obaw, nie jeżdżę na nartach. Spotkamy się na mieście.

– Kto wie… Może nie.

Rzuca się na Annę. Całuje ją. Ona mu pozwala. Sięga ręką za plecy i otwiera bramę. Wchodzą na górę.

Pieprzą się. Czterdzieści pięć minut, może pięćdziesiąt. Dla niego to jeden z życiowych rekordów.

Piersi Anny. Jej rozpuszczone włosy. Umięśnione nogi.

– Ćwiczę pilates.

Krzepkie ramiona.

– Też pilates.

Wycieńczeni, spoceni padają na łóżko.

– Dziewczyno, ja już nie jestem taki młody.

– Ani ja.

– A pilates?

– Nie wystarcza.

– Jesteś bardzo ładna.

– Ty nie.

Śmieją się.

– Wody?

– Wody.

Wstaje. Jędrne pośladki. On myśli: to pewnie też pilates. Ona weszła do kuchni. On się domyśla, bo słyszy, jak otwiera lodówkę. Ona wraca do łóżka.

– Następnym razem mnie zwiążesz?

– Zakuję cię w kajdanki, to moja praca.

Rocco łapczywie wypija butelkę mineralnej. Ona pokazuje mu swoje obrazy wiszące w całym domu. Kwiaty i pejzaże. Maluje, żeby zapełnić niekończące się nudne popołudnia. On zasypia jak dziecko, kiedy ona prezentuje morski pejzaż z Toskanii.

Ubiera się szybko. Skarpetki, spodnie, koszula, clarksy, marynarka. Miękkim krokiem opuszcza sypialnię i mieszkanie Anny.

Wyszedł w zimny poranek, schłodzony dodatkowo przez padający całą noc deszcz. Słońce jeszcze nie wstało, ale pierwsza poświata zapowiadała ładny dzień. Podniósł wzrok i dostrzegł parę pasących się na niebie chmurek.

Wyjął komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Kwadrans po szóstej. Za wcześnie na śniadanie, za późno, żeby kłaść się spać. W kieszeni zabrzęczały klucze do domu, jakby sugerowały, że przed pójściem do baru na placu Chanoux wypadałoby najpierw wziąć prysznic.

Szedł szybko, niczym kot przemykający wzdłuż murów, przeciął dwie przecznice oddzielające mieszkanie Anny od jego. Wreszcie wrócił do domu.

Jak można się było spodziewać, pustego. Bez Mariny. Nie było jej w łóżku, nie siedziała w salonie przed telewizorem, oglądając jakieś przedpotopowe wiadomości, nie brała prysznica, nie szykowała śniadania. Tak jakby go wyczuła: zobaczywszy nietkniętą pościel, zrozumiała, że tej nocy nie wrócił do siebie. Po raz pierwszy od długiego czasu spał poza domem i może jej się to wcale nie podobało. Obraziła się i nie chciała się pokazywać. Ze spuszczoną głową przemknął do łazienki i odkręcił ciepłą wodę. Rozebrał się, wskoczył pod prysznic, wtarł szampon we włosy, potem długo stał pod strumieniem wody. Wyszedł dopiero, kiedy para zamieniła łazienkę w hammam. Przetarł ręką lustro i ukazała mu się jego własna twarz w całej swojej nędzy: worki pod oczami, zaczerwienione powieki, zmarszczki. Wyszczerzył się, żeby obejrzeć zęby.

Wciąż miał nadzieję, że z gęstych oparów wyłoni się Marina. Ale nic z tego. Sięgnął po piankę i zaczął się golić.

O ósmej był w barze na placu – to drugi obowiązkowy etap każdego poranka. Potem na piechotę poszedł do komendy. Nawet nie zauważył, kiedy z nieba zniknęły chmury, odsłaniając czysty błękit. Przemknął chyłkiem do biura. Uniknął posterunkowego Caselli i jego pytań. Prześlizgnął się szybko korytarzem, żeby nie natknąć się na D’Intino i Derutę, których ochrzcił mianem „braci De Rege” na cześć duetu piemonckich komików występujących w latach dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, których Walter Chiari i Carlo Campanini przypomnieli w czasach, kiedy mały Rocco po kryjomu u babci oglądał czarno-białą telewizję. Żeby zacząć dzień, musi zapalić, a do tego musi rozsiąść się we własnym biurowym fotelu, przy zamkniętych drzwiach i w ciszy. Absolutnej ciszy.

Wszedł i siadł za biurkiem. Wyciągnął skręta. Trochę przesuszony, ale ujdzie. Wystarczy zaciągnąć się ze trzy razy i już wszystko lepiej się układa. Tak, nadchodzi ocieplenie, a jego czeka tylko spokojny dzień w biurze.

Ktoś zapukał. Rocco wzniósł oczy do nieba. Zgasił skręta w popielniczce.

– Kto tam?

Nikt nie odpowiedział.

– No pytam wyraźnie: kto tam?

Znowu nic. Wstał, otworzył na oścież okno, żeby wywietrzyć zapach konopi.

– Kto tam? – wrzasnął, podchodząc do drzwi.

Dalej bez odpowiedzi. Otworzył. To D’Intino, policjant z Abruzji, czekał pokornie jak pies pod drzwiami.

– D’Intino, czy to takie trudne powiedzieć własne nazwisko?

– Nie, dlaczego?

– Bo od godziny wrzeszczę: kto tam?

– Aha. A to było do mnie?

– A to ty pukałeś?

– Rozumie się.

– No to kiedy ktoś puka, a zza drzwi ktoś inny woła „kto tam”, to według ciebie do kogo się zwraca?

– Nie wiem…

– Słuchaj, nie chcę sobie psuć dnia, który dobrze się zaczął. Chcę być miły i zrozumieć, co tu nie zagrało. Powtórzymy?

D’Intino przytaknął.

– Zamknę, a ty znów zapukaj.

Tak też zrobił. Zamknął drzwi, odczekał dziesięć sekund. Nic. Nic się nie działo.

– D’Intino, zapukaj! – wrzasnął.

Po dziesięciu sekundach D’Intino wreszcie zapukał.

– Dobrze. Kto tam? – krzyknął Rocco.

Żadnej odpowiedzi.

– Powiedziałem: kto tam?

– Ja.

– Jaki „ja”?

– Ja.

Rocco otworzył drzwi. D’Intino stał tam gdzie wcześniej.

– No więc „ja”, czyli kto?

– Szefie, przecież szef wiedział, że „ja” to ja jestem.

Walnął go trzy razy w plecy otwartą dłonią. Tamten wtulił głowę w ramiona i cicho powiedział:

– Powiedziałem „ja”, bo szef już mnie widział. No i sobie pomyślałem, dlaczego nie…

– Stop! – krzyknął Rocco i dłonią przysłonił usta podwładnego. – Dość już, D’Intino, już wiem, że to ty pukałeś. Czego chcesz?

– Paskudny wypadek na drodze krajowej.

– No i?

– Dwóch zabitych.

– Co z tego?

– Drogówka mówi, że warto, byśmy tam podjechali.

Rocco zakrył twarz dłońmi. Zawołał:

– Pierron! – Nie wyrabiał już z tym idiotą, musiał porozmawiać z kimś o ilorazie inteligencji wyższym od IQ orangutana.

Po dziesięciu sekundach w bocznych drzwiach ukazała się twarz Pierrona, najlepszego policjanta, jakiego miał do dyspozycji.

– Słucham, szefie.

– Co to za historia z tym wypadkiem?

– Na drodze krajowej z Saint-Vincent. Furgonetka. Dwóch zabitych.

– Weź D’Intino i pojedź tam.

– Tak naprawdę to… – zaczął D’Intino, wskazując na klatkę piersiową.

– Czego?

– Szefie, ciągle jeszcze bolą mnie żebra.

Półtora miesiąca wcześniej D’Intino wdał się w bójkę i miał nawet złamany nos. Chwilę potem wpadł do ulicznego wykopu i połamał sobie żebra. Nagranie z monitoringu, na którym widać walkę, jaką stoczył u boku Deruty – sto kilo żywej wagi i godny rywal w walce o tytuł największego idioty w zespole – szybko obiegło komendę i prokuraturę. Stało się kultowe wśród policjantów i sędziów śledczych w całej dolinie. Ilekroć ktoś w biurze miał doła, puszczał sobie kilkuminutowy filmik, na którym obaj nieszczęśnicy próbują aresztować parę dilerów. Prokurator Baldi oglądał go na okrągło, prokurator Messina trzy razy na tydzień wraz z rodziną. Pierron i wiceinspektor Caterina Rispoli czasami odpalali go sobie w biurze paszportowym, które stało się miejscem ich sekretnych schadzek. Do grona fanów dołączył ostatnio komendant Andrea Costa, który na widok perypetii swoich podwładnych śmiał się do łez. Tylko patomorfolog Alberto Fumagalli wydawał się obojętny na komizm tych trzech minut czarno-białego nagrania bez dźwięku. Oglądając je, był smutny, prawie płakał. Ale nie trzeba się tym przejmować. Miał poważne zaburzenia emocjonalne przez stałe obcowanie z trupami, a przede wszystkim wskutek skrywanej bardzo groźnej choroby dwubiegunowej.

– Ale jest przecież drogówka? – zirytował się Rocco. – Wypadki to ich sprawa, nie?

– Zadzwonili do nas sami. Zresztą to nie do końca wypadek, furgonetka sama się rozbiła, nie było innych poszkodowanych, ale coś im nie pasuje i dlatego chcą, żebyśmy się zjawili.

– Niech to szlag – burknął Rocco, zdejmując z wieszaka zielony płaszcz. Nałożył go i zamknął za sobą drzwi. – D’Intino, jeśli nie jesteś zdolny do służby, to po cholerę przychodzisz na komendę?

– Zajmuję się papierkami.

– Zajmuje się papierkami – cicho powtórzył Rocco. – Rozumiecie? Zajmuje się papierkami. Chodźmy, Italo. A może ty też masz jakieś schorzenie?

– Nie, nie mam. Ale przypominam, że inspektor Rispoli została w domu, bo ma trzydzieści dziewięć stopni gorączki. Nie możemy na nią liczyć.

Rocco zmierzył go od stóp do głów.

– I ty też raczej nie możesz na nią liczyć, prawda?

Italo zarumienił się i spuścił wzrok.

Rocco nie dodał nic więcej i ruszył w stronę drzwi. Jeszcze nie całkiem przetrawił romans Itala z Cateriną. Od miesięcy miał chętkę na wiceinspektor Rispoli. A kiedy podwładny sprzątnął mu ją sprzed nosa, mocno ucierpiała jego samoocena. Szybkim krokiem zmierzali do wyjścia. Rocco odwrócił się do Itala, rzucając pytanie.

– Specjalnie przysyłasz mi D’Intina?

– Ktoś na dobry humor pali sobie skręta, a ktoś inny podsyła szefowi D’Intina, żeby się dobrze poczuć z rana. – Roześmiał się.

Rocco zdecydował, że już najwyższa pora załatwić z górą przeniesienie D’Intina na jakieś zadupie na południu. Musiał dbać o własne zdrowie.

W maju świat jest piękny. Rozkwitają pierwsze stokrotki, zabarwiając łąki na biało i żółto. Kwiaty na balkonach wylewają się falami kolorów, niczym wyciśnięte z tubek farby. Tak było też w Aoście. Rocco spojrzał w niebo.

Wydawało się, że chmury wreszcie poszły sobie w cholerę, gdzieś przezimować, a słońce głaskało góry i doliny, podkreślając piękno tego wspaniałego krajobrazu. Dzięki temu Schiavone miał lepszy humor. Od dawna czekał na takie widoki – konkretnie od końca września poprzedniego roku, kiedy z całym dobytkiem wylądował w komendzie w Aoście, karnie przeniesiony z komisariatu przy alei Kolumba w dzielnicy EUR w swoim mieście. Czekały go całe miesiące przenikliwego zimna, śnieżyc, deszczu i mrozu, przez które rozpadło mu się już z dziesięć par clarksów. Jak się dobrze przyjrzeć, to po niebie płynęło jeszcze parę chmurek. Ale były małe i pędziły dalej, co najwyżej na moment zahaczając o szczyty. Nic groźnego.

– Widziałeś? – odezwał się Italo, który poza biurem przechodził z szefem na ty.

– Co?

– Nawet do Aosty przychodzi wiosna. Zawsze ci to mówiłem, trzeba było mi wierzyć.

– To prawda. Już straciłem nadzieję. Wszystkie te kolory… Gdzie one się podziewały do wczoraj?

Italo ruszył z piskiem opon. Rocco pomacał się po kieszeni.

– Kurwa! – zaklął i sięgnął po papierosy podwładnego. Chesterfieldy. – Wiem, że któregoś dnia mnie zaskoczysz i zamiast tego gówna będziesz miał camele!

– Zapomnij.

Rocco zapalił papierosa i oddał paczkę.

– Co byś powiedział, gdybyśmy skoczyli na obiad w góry?

– Dokąd?

– Chciałbym wrócić do Champoluc, do hotelu Petit Charmant. Genialnie gotują.

– Czemu nie? Zobaczymy, jak szybko się uwiniemy.

– Wypadek to drobnostka. Co w tym może być skomplikowanego? Ludzie z tych okolic łatwo robią sobie krzywdę. – Zaciągnął się.

Z okna samochodu służbowego podziwiał naprawdę piękne widoki. Nawet drzewa wyglądały na uśmiechnięte bez tych kilogramów śniegu, które upodabniały je do dziewięćdziesięciolatków przygniecionych starością. Wystrzeliwały prosto w niebo, młode, świeże i dynamiczne.

Przypomniał sobie noc spędzoną z Anną. Poczuł mrowienie między nogami.

– To naprawdę wiosna! – wygłosił sentencjonalnie i zgasił papierosa.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz