Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 383 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zła krew - Sally Green

Wydarzenie targów w Bolonii, przed premierą tłumaczone na 47 języków!

Wola przetrwania, która pokonuje wszelkie przeciwności.

Współczesny świat, w którym obok ludzi żyją wiedźmy – dobre białe oraz złe czarne. Piętnastoletni Nathan jest mieszańcem obu zwaśnionych, ściganym i wyalienowanym, lecz zdecydowanym przetrwać za wszelką cenę. Pierwsza część trylogii, która zostanie przetłumaczona w kilkudziesięciu językach.

Sally Green – mieszka w północnozachodniej Anglii, uwielbia spacery i pije zdecydowanie za dużo kawy. Half Bad jest jej debiutem literackim.

Rekord Guinnessa:

Najczęściej tłumaczona przed premierą książka debiutującego autora.

Opinie o ebooku Zła krew - Sally Green

Fragment ebooka Zła krew - Sally Green

Sal­ly Gre­en

ZŁA KREW

Przekład Do­ro­ta Ko­now­roc­ka-Sawa

Tytuł ory­gi­nału: The Half Bad

Ori­gi­nal En­glish lan­gu­age edi­tion first pu­bli­shed by Pen­gu­in Bo­oks Ltd, Lon­don

Text co­py­ri­ght © Half Bad Bo­oks Li­mi­ted 2014

The au­thor and il­lu­stra­tor have as­ser­ted the­ir mo­ral ri­ghts.

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Do­ro­ta Ko­now­roc­ka-Sawa, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla mo­jej mat­ki

Część pierw­szaSztucz­ka

„Rze­czy nie są do­bre czy złe same w so­bie. Są ta­kie, ja­ki­mi nam się wy­dają”.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Ham­let1

Sztucz­ka

Oto sie­dzi dwo­je dzie­ci, dwóch chłopców ściśniętych między wiel­ki­mi poręcza­mi sta­re­go fo­te­la. Je­steś tym z le­wej.

Dru­gi chłopiec jest tak ciepły, że aż chcesz się przy­tu­lić. Po­wo­li, jak­by w zwol­nio­nym tem­pie prze­no­si wzrok z te­le­wi­zo­ra na cie­bie.

‒ Po­do­ba ci się? ‒ pyta.

Ki­wasz głową. Ota­cza cię ra­mie­niem i od­wra­ca się na powrót w stronę ekra­nu.

Kie­dy film do­bie­ga końca, chce­cie spraw­dzić, czy uda się wam powtórzyć jedną ze scen. Z ku­chen­nej szu­fla­dy wy­kra­da­cie wiel­kie pudełko zapałek i bie­gnie­cie z nim do lasu.

Próbu­jesz pierw­szy. Za­pa­lasz zapałkę i trzy­mając ją między kciu­kiem a pal­cem wska­zującym, po­zwa­lasz jej spłonąć do końca. Po­pa­rzyłeś pal­ce, ale trzy­masz w nich zwęglo­ny oga­rek.

Sztucz­ka działa.

Ten dru­gi też próbuje, ale bez suk­ce­su. Upusz­cza zapałkę na zie­mię.

Bu­dzisz się i przy­po­mi­nasz so­bie, gdzie je­steś.

Klat­ka

Sztucz­ka po­le­ga na tym, by się nie przej­mo­wać. Nie zwra­cać uwa­gi na to, że boli. Nie zwra­cać uwa­gi na nic.

Naj­ważniej­sze to się wy­lu­zo­wać. Na mieście tyl­ko to się li­czy. Tyl­ko że to nie mia­sto, ale klat­ka obok małego dom­ku oto­czo­ne­go tysiącem za­le­sio­nych wzgórz pod błękit­nym nie­bem.

Klat­ka, w której li­czy się tyl­ko jed­na sztucz­ka.

Pomp­ki

Rozkład dnia jest OK.

Bu­dze­nie się pod gołym nie­bem też jest OK. Bu­dze­nie się w klat­ce i w kaj­da­nach ‒ no cóż – jest, ja­kie jest. Nie możesz po­zwo­lić na to, by klat­ka przysłoniła ci całą resztę. Kaj­da­ny ocie­rają, ale skóra goi się szyb­ko i bez kłopo­tu, więc czym się przej­mo­wać?

Klat­ka jest o nie­bo wy­god­niej­sza, odkąd w środ­ku są owcze skóry, które grzeją, na­wet gdy są wil­got­ne. Nie­prze­ma­kal­ny bre­zent od północ­nej stro­ny też znacząco po­pra­wił sy­tu­ację. Chro­ni przed naj­gor­szym wia­trem i za­ci­nającym desz­czem. Daje też odro­binę cie­nia w upal­ne, słonecz­ne dni. Żart! Ale po­czu­cie hu­mo­ru to pod­sta­wa.

Oto więc rozkład dnia. Bu­dzisz się co rano, gdy nie­bo roz­jaśnia się na wscho­dzie. Nie mu­sisz wsta­wać, nie mu­sisz na­wet otwie­rać oczu, by się zo­rien­to­wać, że dnie­je. Po pro­stu so­bie leżysz i nasiąkasz po­ran­kiem.

Naj­lep­szy mo­ment dnia.

W oko­licz­nych la­sach są trzy pta­ki na krzyż. Do­brze byłoby znać je z na­zwy, ale musi ci wy­star­czać zna­jo­mość ich głosów. Za­sta­na­wiające, ale nie ma tu mew, a nie­ba nig­dy nie prze­ci­nają smu­gi kon­den­sa­cyj­ne. Po­wie­trze w przedświ­cie jest zwy­kle nie­ru­cho­me i gdy tyl­ko odro­binę się roz­jaśni, za­czy­na się wy­da­wać cie­plej­sze.

Możesz już otwo­rzyć oczy. Przez kil­ka mi­nut roz­ko­szu­jesz się wscho­dem słońca, który dziś jest cienką, różową linią ciągnącą się wzdłuż górnej krawędzi wąskiej wstęgi chmur spo­wi­jających za­mglo­ne wzgórza. Masz mi­nutę, może na­wet dwie, by po­zbie­rać myśli, za­nim się po­ja­wi.

Mu­sisz mieć plan. Naj­lep­szym po­mysłem jest poukłada­nie so­bie wszyst­kie­go w głowie po­przed­nie­go wie­czo­ru, żebyś rano mógł au­to­ma­tycz­nie przystąpić do dzieła. Plan za­sa­dza się zwy­kle na tym, by robić wszyst­ko, co ci każe, ale nie za­wsze tak jest. Nie dziś.

Cze­kasz, aż się po­ja­wi i rzu­ci ci klu­cze. Chwy­tasz je, roz­ku­wasz kaj­da­ny na no­gach i roz­cie­rasz je przez chwilę, by pod­kreślić ból, jaki ci za­da­je. Uwal­niasz lewy nad­gar­stek, później pra­wy, wsta­jesz, otwie­rasz drzwi klat­ki na oścież i od­rzu­casz jej klu­cze. Wy­cho­dzisz z po­chy­loną głową, nie patrząc jej w oczy, chy­ba że jest to część ja­kie­goś in­ne­go pla­nu. Po­cie­rasz kark, cza­sem jękniesz z ci­cha, po czym idziesz się wy­si­kać na grządkę z wa­rzy­wa­mi.

Cza­sem, oczy­wiście, próbuje na­mie­szać ci w głowie, zmie­niając usta­lo­ny rozkład dnia; naj­pierw or­dy­nu­je wy­ko­na­nie obo­wiązków do­mo­wych, a do­pie­ro później ćwi­cze­nia, ale za­zwy­czaj to pomp­ki mają pierw­szeństwo. Do­wiesz się, za­nim za­pniesz roz­po­rek.

‒ Pięćdzie­siąt.

Nie pod­no­si głosu. Wie, że słuchasz.

Nie spie­szysz się. Tego wy­ma­ga plan.

Niech cze­ka.

Roz­ma­so­wu­jesz prawą rękę, w którą wrzy­na się me­ta­lo­wa obej­ma kaj­da­nek, gdy je­steś skrępo­wa­ny. Poświęcasz chwilę na za­go­je­nie otarć i czu­jesz de­li­kat­ne mro­wie­nie. Krążenie głową, ra­mio­na­mi, jesz­cze raz głową. Za­sty­gasz w bez­ru­chu na se­kundę lub dwie, spraw­dzając gra­ni­ce jej cier­pli­wości, po czym opa­dasz na zie­mię.

je­den

Sztuką jest

dwa

się nie przej­mo­wać.

trzy

To pod­sta­wa

czte­ry

stra­te­gii.

pięć

Ale jest

sześć

wie­le

sie­dem

tak­tyk.

osiem

Mnóstwo.

dzie­więć

Nie­ustan­na

dzie­sięć

czuj­ność.

je­de­naście

Nie­ustan­na.

dwa­naście

To ta­kie

trzy­naście

pro­ste,

czter­naście

bo nie ma nic

piętnaście

in­ne­go

szes­naście

do ro­bo­ty.

sie­dem­naście

Cze­go wy­pa­try­wać?

osiem­naście

Cze­goś.

dzie­więtnaście

Cze­go­kol­wiek.

dwa­dzieścia

Ni­cze­go.

dwa­dzieścia je­den

Wszyst­kie­go.

dwa­dzieścia dwa

Cze­goś.

dwa­dzieścia trzy

Błędu.

dwa­dzieścia czte­ry

Oka­zji.

dwa­dzieścia pięć

Prze­ocze­nia.

dwa­dzieścia sześć

Błahe­go

dwa­dzieścia sie­dem

błędu

dwa­dzieścia osiem

tej

dwa­dzieścia dzie­więć

białej

trzy­dzieści

wiedźmy

trzy­dzieści je­den

z

trzy­dzieści dwa

piekła

trzy­dzieści trzy

ro­dem.

trzy­dzieści czte­ry

Popełnia

trzy­dzieści pięć

błędy.

trzy­dzieści sześć

O tak.

trzy­dzieści sie­dem

A jeśli

trzy­dzieści osiem

ten błąd

trzy­dzieści dzie­więć

nie stwo­rzy

czter­dzieści

szan­sy,

czter­dzieści je­den

po­cze­kasz

czter­dzieści dwa

na

czter­dzieści trzy

następny,

czter­dzieści czte­ry

a po nim

czter­dzieści pięć

ko­lej­ny.

czter­dzieści sześć

W końcu

czter­dzieści sie­dem

zwy­ciężysz.

czter­dzieści osiem

Od­zy­skasz

czter­dzieści dzie­więć

wol­ność.

Wsta­jesz. Bez wątpie­nia li­czyła, ale nie­prze­pusz­cza­nie żad­nej oka­zji do nie­sub­or­dy­na­cji to ko­lej­na klu­czo­wa tak­ty­ka.

Bez słowa ru­sza w twoją stronę i grzbie­tem dłoni wy­mie­rza ci po­li­czek.

pięćdzie­siąt

‒ Pięćdzie­siąt.

Po wy­ko­na­niu pom­pek wsta­jesz i cze­kasz. Naj­le­piej wbić wzrok w zie­mię. Przez wie­le dni padało i wiodąca obok klat­ki ścieżka, na której sto­isz, to­nie w błocie, ale dziś nie będziesz jej za­mia­tał. Nie taki jest plan. Je­sień już wisi w po­wie­trzu, ale aku­rat dziś się prze­jaśniło. Świet­nie się składa.

‒ Zrób duże koło.

Wy­po­wia­da te słowa równie ci­cho jak po­przed­nio. Nie musi pod­no­sić głosu.

Od­bie­gasz ‒ ale nie od razu. Musi sądzić, że je­steś tym sa­mym chłopa­kiem co zwy­kle, trochę krnąbrnym, ale w su­mie posłusznym, więc naj­pierw oskro­bu­jesz buty z błota: le­wym ob­ca­sem pra­wy no­sek i pra­wym ob­ca­sem lewy no­sek. Uno­sisz pa­lec i pa­trzysz w nie­bo, a później wokół sie­bie, jak gdy­byś oce­niał kie-ru­nek wia­tru, splu­wasz w krzacz­ki ziem­niaków, rozglądasz się, jak­byś chciał przejść przez jezd­nię, cze­kasz, aż prze­jadą wy­ima­gi­no­wa­ne sa­mo­cho­dy... i au­to­bus... i wresz­cie ru­szasz.

Jed­nym sko­kiem po­ko­nu­jesz zbu­do­wa­ny bez za­pra­wy mur, a po­tem pusz­czasz się na przełaj przez wrzo­so­wi­ska w stronę drzew.

Wol­ność.

Żeby to!

Masz jed­nak plan. Wie­le się na­uczyłeś w ciągu ostat­nich czte­rech mie­sięcy. Na prze­bie­gnięcie dużego koła po­trze­bu­jesz czter­dzie­stu pięciu mi­nut, ale pew­nie mógłbyś zejść do czter­dzie­stu, gdy­byś nie mitrężył przy stru­mie­niu na sa­mym końcu, gdzie zwy­kle od­po­czy­wasz, za­spo­ka­jasz pra­gnie­nie i przy­pa­tru­jesz się życiu lasu. Któregoś razu udało ci się na­wet do­stać na grań i zo­ba­czyć roz­ciągające się za nią wzgórza i lasy oraz ukry­te wśród nich je­zio­ro.

Dzi­siej­szy plan po­le­ga na tym, by przy­spie­szyć, gdy tyl­ko znaj­dziesz się poza zasięgiem jej wzro­ku. Łatwi­zna. Bułka z masłem. Dzięki jej pożyw­nej kuch­ni opar­tej na mięsie, ki­lo­gra­mach wa­rzyw i końskich daw­kach świeżego po­wie­trza je­steś zdrów jak ryba i w świet­nej for­mie. Żyć, nie umie­rać.

Do­brze ci idzie. Świet­ne tem­po. Gnasz jak wi­cher, a do tego uru­cho­miłeś pro­ces au­to­re­ge­ne­ra­cji, by nie mieć si­nia­ka po wy­mie­rzo­nym ci po­licz­ku, i aż cały bu­zu­jesz ener­gią.

Do­bie­gasz do za­wrot­ki, gdzie mógłbyś zro­bić skrót na małe koło będące mniej więcej połową większe­go, ale kazała ci po­ko­nać to duże, a i ty chciałbyś je prze­biec – obojętne, co by po­wie­działa.

Nig­dy nie biegłeś równie szyb­ko.

Te­raz na grań i niech ci sprzy­ja siła ciążenia, gdy po­mkniesz długi­mi su­sa­mi w dół stru­mie­nia pro­wadzącego nad je­zio­ro.

Tu­taj sy­tu­acja się kom­pli­ku­je. Je­steś już poza ob­sza­rem za­kreślo­nym przez duże koło, a za chwilę będziesz znacz­nie poza nim. Zo­rien­tu­je się, że zniknąłeś, do­pie­ro gdy za­czniesz się spóźniać, a za­tem masz dwa­dzieścia pięć mi­nut od mo­men­tu opusz­cze­nia koła ‒ może trzy­dzieści, może na­wet trzy­dzieści pięć, ale przyj­mij­my, że dwa­dzieścia pięć ‒ za­nim za­cznie cię ścigać.

W grun­cie rze­czy to nie ona jest źródłem pro­ble­mu, lecz obej­ma, którą masz na nad­garst­ku. Jeśli zbyt­nio się od­da­lisz, pęknie. Nie masz pojęcia, jak to działa ‒ może to cza­ry, może zwykła na­uka, może i jed­no, i dru­gie ‒ ale pęknie. Po­wie­działa ci to pierw­sze­go dnia. Po­wie­działa ci też, że obej­ma za­wie­ra płyn. Kwas. Jeśli się gdzieś za­wie­ru­szysz, wypłynie i przeżre ci nad­gar­stek.

‒ Stra­cisz dłoń.

Dokład­nie tak to ujęła.

Pędzisz w dół zbo­cza. Słyszysz klik­nięcie... i za­czy­nasz płonąć z bólu.

Masz jed­nak plan.

Za­trzy­mu­jesz się i za­nu­rzasz dłoń w stru­mie­niu. Woda pa­ru­je z sy­kiem. Po­ma­ga, ale tru­ci­zna jest lep­ka i bre­jo­wa­ta i nie zmy­wa się tak łatwo, a będzie jej jesz­cze więcej. A ty mu­sisz biec.

Upy­chasz pod bran­so­letą mo­kry mech i torf. Jesz­cze więcej. Jesz­cze trochę. To już za długo trwa, czas ru­szać w drogę.

W dół.

Wzdłuż stru­mie­nia.

Sztucz­ka po­le­ga na tym, by nie zwra­cać uwa­gi na nad­gar­stek. Nogi spi­sują się świet­nie, więc gnasz przed sie­bie.

Utra­ta ręki to jesz­cze nie ka­ta­stro­fa. Można ją czymś zastąpić... ha­kiem... albo trójzębem jak u tego fa­ce­ta z Wejścia smo­ka... albo może czymś, co ma ostrza, nor­mal­nie scho­wa­ne, a jak sta­jesz do wal­ki, to się wy­su­wają i ta-dam! Może na­wet płomie­nie... Jed­no jest pew­ne: nie spra­wisz so­bie sztucz­nej dłoni... Na pew­no nie.

Kręci ci się w głowie, a jed­no­cześnie czu­jesz mro­wie­nie. Ciało próbuje ule­czyć nad­gar­stek. Kto wie, może uda ci się z tego ujść z obie­ma rękami. Sztucz­ka tak czy siak po­le­ga na tym, by nie zwra­cać uwa­gi. Z ręką czy bez wy­do­sta­niesz się stąd.

Mu­sisz się za­trzy­mać. Po­now­nie za­nu­rzasz rękę w stru­mie­niu, po­now­nie upy­chasz trochę tor­fu pod bran­so­letą i pusz­czasz się w dalszą drogę.

Je­steś już pra­wie nad brze­giem je­zio­ra.

Pra­wie.

O tak. Pie­kiel­nie zim­na ta woda.

Bro­dze­nie w wo­dzie cię spo­wal­nia, ale do­brze jest za­nu­rzyć w niej rękę.

Byle iść da­lej.

Da­lej.

Cho­ler­nie duże je­zio­ro. Ale to do­brze. Im większe, tym le­piej. Tym dłużej two­ja ręka będzie w wo­dzie.

Nie­do­brze ci... ble­ee...

Cho­le­ra, ta ręka wygląda na­prawdę fa­tal­nie, ale kwas prze­stał już wypływać z obręczy. Wy­do­sta­niesz się. Po­ko­nałeś ją. Znaj­dziesz Mer­curę i otrzy­masz trzy dary.

Mu­sisz tyl­ko iść da­lej.

Za chwilę do­trzesz do końca je­zio­ra.

Do­brze ci idzie. Na­prawdę świet­nie.

Już nie­da­le­ko.

Za­raz ukaże ci się cała do­li­na i...

Pra­so­wa­nie

O mały włos stra­ciłbyś dłoń.

Rze­czo­na dłoń spo­czy­wa te­raz na ku­chen­nym sto­le połączo­na z two­im ra­mie­niem kośćmi, mięśnia­mi i ścięgna­mi wi­docz­ny­mi w krwa­wej, otwar­tej ra­nie ota­czającej nad­gar­stek. Po­kry­wająca go wcześniej skóra utwo­rzyła stru­mycz­ki przy­po­mi­nające lawę spływającą ku pal­com ‒ jak­by stop­niała, po czym na powrót stward­niała. Cała dłoń spuchła i boli jak... no cóż, jak dłoń po­pa­rzo­na kwa­sem. Możesz lek­ko po­ru­szyć pal­ca­mi, ale kciuk nie działa właści­wie.

‒ Może za­goi się na tyle, byś mógł się nią znów posługi­wać. A może nie.

Jesz­cze nad brze­giem je­zio­ra zdjęła obejmę z two­je­go nad­garst­ka i spry­skała ranę płynem uśmie­rzającym ból.

Była przy­go­to­wa­na. Za­wsze jest przy­go­to­wa­na.

Jak się tam zna­lazła? Tak szyb­ko? Biegła? Przy­le­ciała na cho­ler­nej mio­tle?

Nie­za­leżnie od tego, jak się do­stała nad brzeg je­zio­ra, mu­siałeś z nią wrócić pie­chotą i to był ciężki marsz.

‒ Dla­cze­go się do mnie nie od­zy­wasz?

Jej twarz jest tuż obok two­jej.

‒ Je­stem tu, by cię uczyć, Na­ta­nie. Ale mu­sisz za­prze­stać prób uciecz­ki.

Jest tak brzyd­ka, że mu­sisz odwrócić twarz.

Po dru­giej stro­nie ku­chen­ne­go stołu stoi roz­sta­wio­na de­ska do pra­so­wa­nia.

Pra­so­wała? Swo­je bojówki?

‒ Na­ta­nie. Po­patrz na mnie.

Nie spusz­czasz wzro­ku z żelaz­ka.

‒ Chcę ci pomóc, Na­ta­nie.

Od­krztu­szasz gęstą flegmę, od­wra­casz się i plu­jesz. Błyska­wicz­nie od­chy­la się w tył, więc plwo­ci­na ląduje na jej ko­szul­ce, a nie na twa­rzy.

Nie ude­rza cię. To nowość.

‒ Mu­sisz jeść. Pod­grzeję rosół.

To też nowość. Nor­mal­nie to ty mu­sisz go­to­wać, sprzątać i za­mia­tać.

Nig­dy jed­nak nie mu­siałeś pra­so­wać.

Idzie do spiżarni. Tu nie ma lodówki ani elek­trycz­ności, za to jest opa­la­ny drew­nem piec. Roz­pa­la­nie ognia i wy­no­sze­nie po­piołu też należy do two­ich obo­wiązków.

Kie­dy idzie do spiżarni, pod­cho­dzisz po­pa­trzeć na żelaz­ko. Nogi masz jak z waty, ale głowa pra­cu­je nor­mal­nie. Wy­star­czająco nor­mal­nie. Do­brze by ci zro­bił łyk wody, ale chcesz po­pa­trzeć na żelaz­ko. To tyl­ko przy­po­mi­nający je kształtem sta­ry kawałek me­ta­lu z rączką. Jest ciężki i zim­ny. Aby mógł spełnić swo­je za­da­nie, musi zo­stać na­grza­ny na pie­cu. To musi trwać całe wie­ki! Miesz­ka w środ­ku ni­cze­go, a pra­su­je swo­je spodnie i ko­szul­ki!

Kie­dy kil­ka se­kund później wra­ca, sto­isz już za drzwia­mi spiżarni. Z im­pe­tem opusz­czasz żelaz­ko, kie­rując je ostrym końcem w jej skroń.

Dla­cze­go jest tak cho­ler­nie wy­so­ka i tak cho­ler­nie szyb-ka? Żelaz­ko le­d­wie za­ha­cza o jej głowę i ześli­zgu­je się na ramię.

Pa­dasz na podłogę, chwy­tając się za uszy. Ostat­nim ob­ra­zem, który do­strze­gasz przed utratą przy­tom­ności, jest wi­dok jej butów.

Sztucz­ka nie działa

Coś mówi, ale nic nie ro­zu­miesz.

Sie­dzisz na powrót przy ku­chen­nym sto­le, spo­co­ny i wstrząsany lek­kim dresz­czem, a strużka krwi płynąca z le­we­go ucha ście­ka ci po szyi. To ucho już się nie za­goi, kom­plet­nie na nie ogłuchłeś. Nos to jed­na wiel­ka krwa­wa mia­zga. Mu­siałeś na nie­go upaść, kie­dy się przewróciłeś. Jest złama­ny, za­tka­ny i za­krwa­wio­ny i też się nie za­goi.

Two­ja dłoń spo­czy­wa na sto­le i jest te­raz tak spuch­nięta, że nie możesz na­wet po­ru­szyć pal­ca­mi.

Sie­dzi na krześle obok i po­now­nie spry­sku­je ranę łagodzącym bal­sa­mem. Chłodna mgiełka uśmie­rza ból.

Jak cu­dow­nie byłoby popaść w całko­wi­te odrętwie­nie i znie­czu­lić się na wszyst­ko, ale na to nie można li­czyć. Można li­czyć tyl­ko na to, że za­mknie cię z po­wro­tem w klat­ce i za­ku­je w kaj­da­ny, po czym wszyst­ko po­to­czy się utar­tym try­bem...

A za­tem sztucz­ka nie działa. Nie po­tra­fisz się już nie przej­mo­wać. Nie jest ci wszyst­ko jed­no. Nie chcesz na powrót zna­leźć się w klat­ce. Nie chcesz po raz ko­lej­ny sięgać po tę samą sztuczkę. Masz tego wszyst­kie­go ser­decz­nie dość.

Roz­cięcie na jej skro­ni się za­goiło, ale pod ja­sny­mi włosa­mi po­zo­stał sze­ro­ki czar­no-czer­wo­ny strup, a na ra­mie­niu krew. Wciąż o czymś mówi, jej gru­be, ośli­nio­ne war­gi nie prze­stają się po­ru­szać.

Rozglądasz się wokół. Omia­tasz wzro­kiem ku­chen­ny zlew, okno wy­chodzące na ogród wa­rzyw­ny i klatkę, piec, deskę do pra­so­wa­nia, drzwi do spiżarni i wresz­cie na powrót brzydką ko­bietę w sta­ran­nie wy­pra­so­wa­nych spodniach i czy­stych bu­tach. W jed­nym z nich tkwi nie­wiel­ki nóż, który do­strzegłeś, leżąc na podłodze. Cza­sem go tam nosi.

Kręci ci się w głowie, więc z łatwością po­zo­ru­jesz omdle­nie i upa­dasz na ko­la­na. Chwy­ta cię pod pa­chy, a wte­dy lewą sprawną dłonią znaj­du­jesz rękojeść noża i płyn­nym ru­chem wyciągasz go z jej buta. Pod­czas gdy próbuje unieść two­je bezwładne ciało, po­zwa­lasz mu opaść na podłogę, a sam jed­nym szyb­kim ru­chem przy­sta­wiasz so­bie ostrze do tętni­cy szyj­nej.

Dla­cze­go jest tak cho­ler­nie szyb­ka? Cho­ciaż ko­piesz i wal­czysz ze wszyst­kich sił, od­su­wa nóż na bez­pieczną od­ległość, całko­wi­cie po­zba­wiając cię woli dal­szej wal­ki.

Z po­wro­tem w klat­ce, za­ku­ty w kaj­da­ny. Ostat­niej nocy ciągle się bu­dziłeś, zla­ny po­tem... Nadal nic nie słyszysz w le­wym uchu i od­dy­chasz przez usta z po­wo­du za­tka­ne­go nosa. Zakuła na­wet twój zra­nio­ny nad­gar­stek i całe ramię masz tak spuch­nięte, że obręcz wrzy­na się w ciało.

Nie po­ja­wiła się jesz­cze, choć jest już późny ra­nek. Robi coś w dom­ku, czymś stu­ka. Z ko­mi­na wy­do­by­wa się dym.

Jest ciepło. Z południo­we­go za­cho­du wie­je lek­ka bry­za, chmu­ry prze­su­wają się bezgłośnie po nie­bie, a słońcu kil­ka­krot­nie uda­je się prze­drzeć przez ich zasłonę, ogrzać ci po­li­czek i rzu­cić ci długie cie­nie prętów ogro­dze­nia na nogi. Znasz do­brze te wi­do­ki, więc za­my­kasz oczy i za­nu­rzasz się we wspo­mnie­niach. Do­brze jest cza­sem so­bie przy­po­mnieć.

Część dru­gaJak zna­lazłem się w klat­ce

Moja mat­ka

Wspi­nam się na pal­ce. Fo­to­gra­fia stoi na sto­li­ku w przed­po­ko­ju, ale nie mogę do niej sięgnąć. Wyciągam się, jak tyl­ko mogę, i trącam ramkę ko­niusz­ka­mi palców. Jest ciężka i z brzękiem upa­da na podłogę.

Wstrzy­muję od­dech, ale nikt nie nad­cho­dzi.

Ostrożnie pod­noszę ramkę. Na szczęście szkło się nie stłukło. Sia­dam pod sto­li­kiem i opie­ram się ple­ca­mi o ścianę.

Moja mama jest piękna. Fo­to­gra­fia zo­stała zro­bio­na w dniu jej ślubu. Mruży oczy w słońcu rozbłyskującym złoty­mi re­flek­sa­mi w jej włosach, ubra­na jest w białą su­kienkę i trzy­ma w dłoniach bu­kiet białych kwiatów. Obok stoi jej przy­stoj­ny, uśmiech­nięty mąż. Przy­kry­wam jego twarz dłonią.

Nie mam pojęcia, jak długo tam siedzę. Lubię pa­trzeć na moją mamę.

Na­gle po­ja­wia się Jes­si­ca, której kroków za­po­mniałem nasłuchi­wać.

Wy­ry­wa mi ramkę.

Chwy­tam ją kur­czo­wo, zde­cy­do­wa­ny nie wypuścić jej z rąk, ale moje dłonie są śli­skie od potu, a Jes­si­ca jest znacz­nie większa ode mnie.

Wy­szar­pu­je mi zdjęcie z ręki, pod­ry­wając mnie przy tym na nogi. Pod­no­si ramkę wy­so­ko lewą ręką i opusz­cza sko­sem, prze­ci­nając mi jej krawędzią skórę na kości po­licz­ko­wej.

‒ Nig­dy więcej nie do­ty­kaj tego zdjęcia.

Jes­si­ca i pierw­sze za­wia­do­mie­nie

Siedzę na łóżku. Jes­si­ca sie­dzi obok i opo­wia­da mi hi-sto­rię:

‒ I mama pyta: „Czy przyszłaś go za­brać?”. Młoda ko­bie­ta w drzwiach wejścio­wych od­po­wia­da: „Nie. Zde­cy­do­wa­nie nie. Nig­dy byśmy nie podjęli ta­kiej de­cy­zji”. Młoda ko­bie­ta jest szcze­ra i gor­li­wie sta­ra się wy­ko­ny­wać swoją pracę, ale jest bar­dzo na­iw­na.

– Co to zna­czy na­iw­na? ‒ prze­ry­wam.

‒ Bez pojęcia. Głupia. Tępa jak ty, ba­ra­ni łbie. Łapiesz?

Ki­wam głową.

‒ No to słuchaj: Na­iw­na ko­bie­ta mówi: „Od­wie­dza­my wszyst­kie cza­ro­dziej­ki w An­glii, by po­in­for­mo­wać je o no­wych za­sa­dach i pomóc im wypełnić for­mu­la­rze”. Ko­bie­ta uśmie­cha się, ale twarz łowcy stojącego za jej ple­ca­mi po­zo­sta­je bez wy­ra­zu. Wy­so­ki, sil­ny, ubra­ny na czar­no jak oni wszy­scy, robi wrażenie.

‒ Czy mat­ka się uśmie­cha?

‒ Nie. Po tym, jak się uro­dziłeś, już nig­dy się nie uśmiechnęła.

Jes­si­ca po­dej­mu­je opo­wieść:

‒ Gdy mat­ka nie od­po­wia­da, na twa­rzy ko­bie­ty z Rady ma­lu­je się wy­raz za­tro­ska­nia. Mówi: „Otrzy­małaś za­wia­do­mie­nie, praw­da? To bar­dzo ważne”. Ko­bie­ta prze­rzu­ca pa­pie­ry spięte klip­sem na podkładce, którą trzy­ma w ręku, i wyciąga list. Jes­si­ca roz­wi­ja per­ga­min, który trzy­ma w ręku. Jest duży i gru­by, a zagięcia układają się w kształt krzyża. Trzy­ma go ostrożnie jak coś nie­zwy­kle cen­ne­go. Czy­ta: „Za­wia­do­mie­nie o uchwa­le Rady Białej Ma­gii An­glii, Wa­lii i Szko­cji. Po­sta­no­wio­no, że w celu zwiększe­nia ochro­ny cza­ro­dzie­jek i cza­ro­dziejów re­pre­zen­tujących białą magię wpro­wa­dzo­ny zo­sta­nie re­jestr wszyst­kich cza­row­nic i cza­row­ników re­pre­zen­tujących czarną magię i prze­by­wających na te­re­nie Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zo­sta­nie wpro­wa­dzo­ny pro­sty sys­tem ko­do­wa­nia dla magów i adeptów (ma­go­wie do 17. roku życia) niebędących dziećmi cza­ro­dziejów i cza­ro­dzie­jek czy­stej krwi z wy­ko­rzy­sta­niem sym­bo­li: biały (B), czar­ny (C), amag/osob­nik po­zba­wio­ny zdol­ności ma­gicz­nych (A). Półkody/osob­niki krwi mie­sza­nej będą ozna­cza­ne jako (B 0,5/C 0,5), a osob­niki półkrwi ma­gicz­nej jako (B 0,5/A 0,5) lub (C 0,5/A 0,5). Kod mat­ki będzie po­da­wa­ny jako pierw­szy, kod ojca jako dru­gi. Kody połowicz­ne będą utrzy­my­wa­ne przez możli­wie krótki czas (nie dłużej niż do 17. roku życia), dopóki nie będą mogły zo­stać przy­pi­sa­ne da­nej oso­bie kody do­ce­lo­we (B, C lub A).

‒ Wiesz, co to zna­czy? ‒ pyta Jes­si­ca.

Kręcę głową.

‒ To ozna­cza, że je­steś półko­dem. Je­steś czar­ny. Nie je­steś biały.

‒ Bab­cia mówi, że je­stem cza­ro­dzie­jem.

‒ Wca­le tak nie mówi.

‒ Po­wie­działa, że je­stem w połowie biały.

‒ Je­steś w połowie czar­ny.

‒ Kie­dy ko­bie­ta kończy czy­tać za­wia­do­mie­nie, mat­ka bez słowa wcho­dzi do domu, po­zo­sta­wiając otwar­te drzwi wejścio­we. Ko­bie­ta i łowca wchodzą za nią. Sie­dzi­my te­raz wszy­scy w sa­lo­nie, mat­ka na fo­te­lu przy wy­gasłym ko­min­ku. De­bo­ra i Ar­ran ba­wi­li się na podłodze, ale te­raz siedzą po jej obu stro­nach na poręczach fo­te­la.

‒ A ty gdzie je­steś?

‒ Stoję tuż obok niej.

Wy­obrażam so­bie, jak Jes­si­ca stoi tam z rękami skrzyżowa­ny­mi na pier­siach, na sztyw­no wy­pro­sto­wa­nych no­gach.

‒ Łowca sta­je w drzwiach. Ko­bie­ta z pli­kiem do­ku­mentów przy­sia­da na brze­gu dru­gie­go fo­te­la i układa pa­pie­ry na sztyw­no złączo­nych ko­la­nach, nie wy­pusz­czając długo­pi­su z ręki. Mówi mat­ce: „Będzie praw­do­po­dob­nie szyb­ciej i prościej, jeśli wypełnię for­mu­la­rze sa­mo­dziel­nie, a pani tyl­ko pod­pi­sze”. Ko­bie­ta pyta: „Kto jest głową ro­dzi­ny?”. Mat­ka wy­krztu­sza: „Ja”. Ko­bie­ta pyta matkę o imię. Mat­ka od­po­wia­da, że na­zy­wa się Cora Byrn. Cza­ro­dziej­ka. Córka El­sie Ash­worth i Da­vi­da Ash­wortha, cza­ro­dziejów czy­stej, białej krwi. Ko­bie­ta pyta, jak na­zy­wają się jej dzie­ci. Mat­ka od­po­wia­da: „Jes­si­ca, osiem lat. De­bo­ra, pięć. Ar­ran, dwa”. Ko­bie­ta pyta: „Kim jest ich oj­ciec?”. Mat­ka od­po­wia­da: „Dean Byrn. Cza­ro­dziej. Członek Rady”. Ko­bie­ta pyta: „Gdzie on jest?”. Mat­ka od­po­wia­da: „Nie żyje. Zo­stał za­mor­do­wa­ny”. Ko­bie­ta mówi: „Przy­kro mi”. A po­tem pyta: „A nie­mowlę? Gdzie jest nie­mowlę?”. Mat­ka od­po­wia­da: „Jest tam, w tam­tej szu­fla­dzie”.

Jes­si­ca od­wra­ca się do mnie i wyjaśnia:

‒ Po na­ro­dzi­nach Ar­ra­na mama i tata nie chcie­li już mieć więcej dzie­ci. Od­da­li łóżecz­ko, wózek i wszyst­kie dzie­cięce rze­czy. To dziec­ko jest nie­chcia­ne i musi spać na po­dusz­ce w szu­fla­dzie, w sta­rym, brud­nym pa­ja­cy­ku, w którym kie­dyś spał Ar­ran. Nikt nie ku­pu­je mu za­ba­wek ani pre­zentów, bo wszy­scy wiedzą, że jest nie­chcia­ne. Nikt nie daje mat­ce kwiatów ani cze­ko­la­dek, bo wszy­scy wiedzą, że nie chciała tego dziec­ka. Nikt by nie chciał ta­kie­go dziec­ka. Mat­ka do­sta­je tyl­ko jedną kartkę, ale nie ma na niej na­pi­su „Z po­win­szo­wa­nia­mi”.

Ci­sza.

‒ Chcesz wie­dzieć, co tam jest na­pi­sa­ne?

Kręcę głową.

‒ Na­pi­sa­no na niej: „Za­bij je”.

Za­ci­skam usta na piąstce, ale nie płaczę.

Jes­si­ca kon­ty­nu­uje:

‒ Ko­bie­ta pod­cho­dzi do dziec­ka w szu­fla­dzie, a łowca sta­je obok niej, bo chce zo­ba­czyć to dziw­ne, nie­chcia­ne coś. Na­wet we śnie dziec­ko jest kosz­mar­nie brzyd­kie. Ma żałośnie mi­zer­ne ciało, spar­szy­wiałą skórę i czar­ne, roz­czo­chra­ne włosy. Ko­bie­ta pyta: „Czy to dziec­ko ma ja­kieś imię?”. Mat­ka od­po­wia­da: „Na­tan”.

Jes­si­ca na­uczyła się już wy­ma­wiać moje imię, jak­by było to coś obrzy­dli­we­go.

‒ Młoda ko­bie­ta pyta: „A jego oj­ciec?’”. Mat­ka nie od­po­wia­da. Nie może, bo to zbyt ohyd­ne. Nie może tego znieść. Ale wy­star­czy spoj­rzeć na to dziec­ko, by wie­dzieć, że jego oj­ciec jest mor­dercą. Ko­bie­ta pyta: „Może mogłaby pani na­pi­sać imię ojca?”. Po­da­je podkładkę z do­ku­men­ta­mi mat­ce. Mat­ka płacze, nie będąc w sta­nie na­pi­sać żąda­ne­go imie­nia, bo imię to należy do naj­ohyd­niej­sze­go cza­row­ni­ka, jaki kie­dy­kol­wiek ist­niał.

Chcę po­wie­dzieć „Mar­cus”. Jest moim oj­cem i chcę wymówić jego imię, ale za bar­dzo się boję. Nig­dy nie mogę zna­leźć w so­bie dość od­wa­gi, by wypo­wie­dzieć jego imię.

‒ Ko­bie­ta pod­cho­dzi znów do śpiącego dziec­ka i wyciąga dłoń, by go do­tknąć… „Ostrożnie!” – ostrze­ga łowca, bo cho­ciaż łowcy ni­cze­go się nie boją, za­wsze za­cho­wują ostrożność w obec­ności czar­nej ma­gii. Ko­bie­ta mówi: „To tyl­ko dziec­ko” i prze­su­wa czub­ka­mi palców po jego odsłoniętym ra­mie­niu. Dziec­ko po­ru­sza się i otwie­ra oczy. Ko­bie­ta mówi: „Wiel­kie nie­ba!” i robi krok w tył. Zda­je so­bie na­gle sprawę, że nie po­win­na do­ty­kać cze­goś tak nie­czy­ste­go, i ru­sza do łazien­ki, by obmyć ręce.

Jes­si­ca wyciąga rękę, jak­by chciała mnie do­tknąć, lecz po chwi­li cofa ją, mówiąc:

‒ Nie mogłabym na­wet do­tknąć cze­goś tak złego jak ty.

Mój oj­ciec

Stoję w łazien­ce przed lu­strem i przyglądam się swo­jej twa­rzy. Nie przy­po­mi­nam ani mo­jej mat­ki, ani Ar­ra­na. Mam ciem­niejszą, bar­dziej oliw­kową skórę niż oni i kru­czo­czar­ne włosy, ale tym, co mnie na­prawdę odróżnia, jest czerń mo­ich oczu.

Nig­dy nie po­znałem swo­je­go ojca, nig­dy go na­wet nie wi­działem. Ale wiem, że oczy mam po nim.

Sa­mobójstwo mo­jej mat­ki

Jes­si­ca trzy­ma opra­wio­ne zdjęcie wy­so­ko w le­wej ręce i opusz­cza je sko­sem, prze­ci­nając mi jej krawędzią skórę na kości po­licz­ko­wej.

‒ Nig­dy więcej nie do­ty­kaj tego zdjęcia.

Nie ru­szam się.

‒ Słyszysz?

Na krawędzi ram­ki błyska krew.

‒ Umarła przez cie­bie.

Opie­ram się ple­ca­mi o ścianę, a Jes­si­ca za­czy­na wrzesz­czeć:

‒ Zabiła się przez cie­bie!

Dru­gie za­wia­do­mie­nie

Pamiętam, że padało od wie­lu dni. Pada od tak daw­na, że w końcu na­wet ja mam już dość sa­mot­ne­go sie­dze­nia w le­sie. Siedzę więc przy ku­chen­nym sto­le i ry­suję, a bab­cia kręci się po kuch­ni. Za­zwy­czaj pra­wie z niej nie wy­cho­dzi. Jest sta­ra i kości­sta, ob­le­czo­na w per­ga­mi­nową skórę właściwą sta­rym lu­dziom, lecz przy tym szczupła i wy­pro­sto­wa­na. Nosi pli­so­wa­ne spódni­ce w kratę i trze­wi­ki za kostkę albo ka­lo­sze. Ciągle coś robi w kuch­ni i ku­chen­na podłoga jest za­wsze za­dep­ta­na. Na­wet gdy pada, tyl­ne drzwi są zwy­kle otwar­te. Do środ­ka wcho­dzi szu­kający schro­nie­nia kur­czak, ale bab­cia nie to­le­ru­je obec­ności kur­czaków w kuch­ni. Wy­rzu­ca go de­li­kat­nie bo­kiem buta na dwór i za­my­ka drzwi.

W garn­ku coś się go­tu­je, a spod po­kryw­ki wy­do­by­wa się cien­ki stru­my­czek pary szyb­ko lecący ku górze i zle­wający się z nie­wiel­kim, unoszącym się nad kuch­nią obłoczkiem. Zie­leń, sza­rość, błękit i czer­wień ziół, kwiatów, ko­rzonków i ce­bu­lek zwie­szających się spod powały na sznur­kach, w siat­kach i ko­szy­kach rozpływa się w ota­czającym je obłoku. Na półkach usta­wio­no szkla­ne słoiki wypełnio­ne roz­ma­ity­mi mik­stu­ra­mi, liśćmi, na­sio­na­mi, maścia­mi, na­lew­ka­mi, a niektóre na­wet dżemem. Wy­pa­czo­ny ku­chen­ny blat za­rzu­co­ny jest wszel­kie­go ro­dza­ju łyżkami ‒ me­ta­lo­wy­mi, drew­nia­ny­mi, kościa­ny­mi, o rączkach długich jak moje ramię i krótkich jak mały pa­lec. Do tego czy­ste noże wsu­nięte w sto­jak, a brud­ne obok de­ski do kro­je­nia, gra­ni­to­wy moździerz z tłuczkiem, dwa okrągłe ko­szy­ki i ko­lej­ne słoiki. Na drzwiach wisi ka­pe­lusz psz­cze­lar­ski, kil­ka far­tuchów i czar­na pa­ra­sol­ka zgięta jak ba­nan.

Wszyst­ko to uwiecz­niam na swo­im ob­raz­ku.

Siedzę obok Ar­ra­na i oglądamy ra­zem sta­ry film w te­le­wi­zji. Ar­ran lubi oglądać sta­re fil­my ‒ im star­sze, tym lep­sze ‒ a ja siedzę tuż przy nim ‒ im bliżej, tym le­piej. Obaj je­steśmy ubra­ni w krótkie spoden­ki i obaj mamy prze­raźli­wie chu­de nogi, tyl­ko że jego są jaśniej­sze i zwie­szają się niżej znad brze­gu prze­past­ne­go fo­te­la. Ma nie­wielką bliznę na le­wym ko­la­nie i długie roz­cięcie na pra­wym po­licz­ku. Ja­snobrązowe fa­lujące włosy w jakiś ma­gicz­ny sposób nig­dy nie opa­dają mu na twarz. Moje są czar­ne, długie i pro­ste. I za­wsze wpa­dają mi do oczu.

Mój brat ma na so­bie nie­bie­ski dzier­ga­ny swe­ter, a pod nim białą ko­szulkę. Ja mam na so­bie czer­woną. Od nie­go. Jak się do Ar­ra­na przy­tu­lić, ema­nu­je ciepłem, a kie­dy się od­wra­cam, żeby na nie­go spoj­rzeć, jak­by w zwol­nio­nym tem­pie prze­no­si wzrok z te­le­wi­zo­ra na mnie. W jego ja­snych, błękit­no­sza­rych oczach pobłyskują srebr­ne iskier­ki. Na­wet mru­ga wol­niej niż inni. Jest uoso­bieniem de­li­kat­ności. Strasz­nie chciałbym być taki jak on.

‒ Po­do­ba ci się? ‒ pyta i cier­pli­wie cze­ka na moją od­po­wiedź.

Ki­wam głową.

Ota­cza mnie ra­mie­niem i od­wra­ca się z po­wro­tem w kie­run­ku ekra­nu.

Law­ren­ce z Ara­bii robi sztuczkę z zapałką. Uzgad­nia­my później, że trze­ba spróbować sa­me­mu. Pod­bie­ram duże pudełko zapałek z ku­chen­nej szu­fla­dy i bie­gnie­my z nim do lasu.

Próbuję pierw­szy.

Za­pa­lam zapałkę i trzy­mam ją między kciu­kiem a pal­cem wska­zującym, po­zwa­lając jej wy­pa­lić się do końca. Moje małe, cien­kie pal­ce z pa­znok­cia­mi ogry­zio­ny­mi do kości są całe po­pa­rzo­ne, ale uda­je mi się utrzy­mać zwęgloną zapałkę.

Ar­ran też próbuje tej sztucz­ki. Nie uda­je mu się. Jest jak ten dru­gi fa­cet z fil­mu. Upusz­cza zapałkę.

Po jego odejściu po­wta­rzam sztuczkę. Łatwi­zna.

Wspólnie z Ar­ra­nem za­kra­da­my się do sy­pial­ni bab­ci, w której uno­si się dziw­ny za­pach leków. Pod oknem stoi dębowa szka­tułka, w której bab­cia trzy­ma za­wia­do­mie­nia Rady. Sia­da­my na dy­wa­nie i Ar­ran otwie­ra po­krywkę szka­tułki, z której wyj­mu­je dru­gie za­wia­do­mie­nie. Wy­pi­sa­ne jest na gru­bym, żółtym per­ga­mi­nie zawiłymi, sza­ry­mi li­te­ra­mi. Ar­ran od­czy­tu­je mi tekst ci­cho i po­wo­li jak za­wsze:

‒ Za­wia­do­mie­nie o uchwa­le Rady Białej Ma­gii An­glii, Wa­lii i Szko­cji. Aby za­pew­nić bez­pie­czeństwo cza­ro­dzie­jek i cza­ro­dziejów, Rada zde­cy­do­wała się kon­ty­nu­ować po­li­tykę wyłapy­wa­nia i ka­ra­nia wszyst­kich cza­row­nic, cza­row­ników i adeptów czar­nej ma­gii. W celu za­pew­nienia bez­pie­czeństwa cza­ro­dzie­jek i cza­ro­dziejów zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­na do­rocz­na oce­na magów i adeptów po­chodzących z mie­sza­nych związków białych i czar­nych ro­dziców (B 0,5/C 0,5). Wy­ni­ki oce­ny będą miały wpływ na przy­pi­sa­nie ma­gom i adep­tom ka­te­go­rii białej (B) lub czar­nej/nie­białej (C).

Nie py­tam Ar­ra­na, czy sądzi, że przy­piszą mnie do ka­te­go­rii białej czy czar­nej. Wiem, że po­sta­ra się być miły.

To moje ósme uro­dzi­ny. Muszę po­je­chać do Lon­dy­nu, by pod­dać się oce­nie.

Bu­dy­nek Rady składa się z sze­re­gu ko­ry­ta­rzy wyłożonych sza­rym ka­mie­niem. Dy­gocząc jak liść, cze­kam z bab­cią na drew­nia­nej ławecz­ce usta­wio­nej w jed­nym z nich. W końcu po­ja­wia się młody mężczy­zna w la­bo­ra­to­ryj­nym far­tu­chu i kie­ru­je mnie do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia na lewo od na­szej ławecz­ki. Nie po­zwa­la bab­ci wejść ze mną.

W po­ko­ju sie­dzi ko­bie­ta. Ona również ma na so­bie la­bo­ra­to­ryj­ny far­tuch. Zwra­ca się do młode­go mężczy­zny imie­niem Tom, a on do niej pani Lloyd. Określają mnie mia­nem półkoda.

Każą mi się ro­ze­brać.

‒ Zdej­mij ubra­nie, półko­dzie.

No to zdej­muję.

‒ Stań na wa­dze.

Staję.

‒ Stań przy ścia­nie. Mu­si­my cię zmie­rzyć.

Mierzą mnie, po­tem fo­to­gra­fują.

‒ Odwróć się.

‒ Da­lej.

‒ Twarzą do ścia­ny.

Zo­sta­wiają mnie z wzro­kiem wbi­tym w nierówno po­ma­lo­waną na kre­mo­wo ścianę, a sami za­ta­piają się w roz­mo­wie prze­ry­wa­nej przekłada­niem ja­kichś rze­czy.

Wresz­cie każą mi się ubrać, co też robię.

Wy­pro­wa­dzają mnie z po­miesz­cze­nia i kie­rują ku ławce na ko­ry­ta­rzu. Sia­dam, uni­kając wzro­ku bab­ci.

For­ni­ro­wa­ne ciemną dębiną drzwi na­prze­ciw ławki w końcu się otwie­rają i sta­je w nich mężczy­zna. Ogrom­ny. Strażnik. Wska­zu­je na mnie, a następnie na pokój za sobą. Kie­dy bab­cia za­czy­na się pod­no­sić, mówi:

‒ Pani nie.

Pokój oce­ny jest długi i wy­so­ki. Po jego obu stro­nach od na­gich ka­mien­nych ścian od­ci­nają się łuko­wa­to skle­pio­ne okna, których pa­ra­pe­ty znaj­dują się wy­so­ko nad głową. Skle­pie­nie po­miesz­cze­nia również jest łuko­we. Drew­nia­ne me­ble. Wiel­ki dębowy stół ciągnie się nie­mal przez całą długość sali, a u jego szczy­tu, niby sta­rożytna ary­sto­kra­cja, siedzą trzej człon­ko­wie Rady na wiel­kich, rzeźbio­nych w drew­nie fo­te­lach.

Sta­ra, chu­da ko­bie­ta w środ­ku ma siwe włosy i twarz bladą jak płótno. Szczupły mężczy­zna po le­wej jest młod­szy, a jego gęste blond włosy nie­mal białe. Po pra­wej sie­dzi pulch­na czar­noskóra ko­bie­ta w śred­nim wie­ku z włosa­mi zde­cy­do­wa­nie ściągniętymi do tyłu. Wszy­scy ubra­ni są w białe, luźno tka­ne sza­ty, które dziw­nie błyszczą, gdy pad­nie na nie pro­mień słońca.

Jest jesz­cze strażnik stojący na lewo ode mnie. Ten, który otwo­rzył drzwi, stoi za mo­imi ple­ca­mi.

Ko­bie­ta w środ­ku mówi:

‒ Je­stem prze­wod­niczącą Rady. Za­da­my ci kil­ka pro­stych pytań.

Ale to nie ona je za­da­je, lecz ta dru­ga.

Jest po­wol­na i me­to­dycz­na. Ma przed sobą kwe­stio­na­riusz, którego ko­lej­ne po­zy­cje od­ha­cza. Niektóre py­ta­nia są pro­ste: „Jak masz na imię?”, a niektóre trud­niej­sze: „Czy znasz zioła, które po­zwa­lają wyciągnąć tru­ciznę z rany?”.

Myślę nad każdym py­ta­niem i de­cy­duję się nie od­po­wia­dać na żadne z nich. I też je­stem me­to­dycz­ny.

W końcu ko­bie­ta milk­nie i pałeczkę przej­mu­je prze­wod­nicząca Rady. Za­da­je inne py­ta­nia, do­tyczące mo­je­go ojca, jak na przykład: „Czy twój oj­ciec kie­dy­kol­wiek próbował się z tobą kon­tak­to­wać?” lub „Czy wiesz, gdzie znaj­du­je się twój oj­ciec?”. Próbuje na­wet: „Czy uważasz, że twój oj­ciec jest wiel­kim cza­row­ni­kiem?” i „Czy ko­chasz swo­je­go ojca?”.

Znam od­po­wie­dzi na jej py­ta­nia, ale ich nie wy­ja­wiam.

Po tym wszyst­kim po­chy­lają się ku so­bie i przez chwilę na­ra­dzają szep­tem. Ja­snowłosy mężczy­zna każe strażni­ko­wi wpro­wa­dzić bab­cię. Prze­wod­nicząca Rady przy­wołuje ją ski­nie­niem, jak­by ściągała bab­cię ku so­bie wąską, cho­ro­bli­wie bladą ręką.

Bab­cia sta­je obok mnie. Od wcze­sne­go ran­ka nic nie je­dliśmy ani nie piliśmy, więc może dla­te­go wygląda na wy­czer­paną. Spra­wia wrażenie równie sta­rej jak prze­wod­nicząca Rady.

Prze­wod­nicząca ogłasza:

‒ Prze­pro­wa­dzi­liśmy ocenę.

Ko­bie­ta na­pi­sała coś na ar­ku­szu per­ga­mi­nu, który te­raz prze­su­wa po bla­cie stołu, mówiąc:

‒ Proszę pod­pi­sać, że się pani z tym zga­dza.

Bab­cia pod­cho­dzi do stołu, pod­no­si kartkę i wra­ca na miej­sce obok mnie. Czy­ta ocenę na głos, żebym usłyszał. To w niej lubię.

Przed­miot ba­da­nia:

Na­tan Byrn

Kod uro­dze­nia:

B 0,5/C 0,5

Płeć:

męska

Wiek oce­ny:

8 lat

Dar (powyżej 17 lat):

nie do­ty­czy

In­te­li­gen­cja ogólna:

nie­usta­lo­na

Spe­cjal­ne zdol­ności:

nie­usta­lo­ne

Zdol­ności le­cze­nia:

nie­usta­lo­ne

Języki:

nie­usta­lo­ne

Ko­men­ta­rze:

pod­da­ny oce­nie nie współpra­co­wał

Kod do­ce­lo­wy:

nie­usta­lo­ny

Uśmie­cham się po raz pierw­szy tego dnia.

Bab­cia po­now­nie pod­cho­dzi do stołu, uj­mu­je pióro ko­bie­ty będącej człon­kiem Rady i za­ma­szyście pod­pi­su­je for­mu­larz.

Prze­wod­nicząca znów za­bie­ra głos.

‒ Po­nie­waż jest pani opie­kunką chłopca, do pani obo­wiązków należy do­pil­no­wa­nie, by współpra­co­wał pod­czas oce­ny.

Bab­cia pod­no­si wzrok.

‒ Proszę przyjść ju­tro, oce­na zo­sta­nie powtórzo­na.

Mógłbym przez cały rok re­ali­zo­wać stra­te­gię „nie­usta­lo­ny”, ale następne­go dnia bab­cia mówi, że po­wi­nie­nem od­po­wie­dzieć przy­najm­niej na część pytań, jed­no­cześnie w żad­nym wy­pad­ku nie od­po­wia­dając na py­ta­nia do­tyczące mo­je­go ojca. Od­po­wia­dam więc na niektóre py­ta­nia.

Wnoszą po­praw­ki do for­mu­la­rza, pre­cy­zując moją in­te­li­gencję jako „niską”, język jako „an­giel­ski”, a w ru­bry­ce „Ko­men­ta­rze” wpi­sują „nie­współpra­cujący” i „wy­da­je się, że nie po­tra­fi czy­tać”. Mój kod do­ce­lo­wy po­zo­sta­je nadal „nie­usta­lo­ny”. Bab­cia jest za­do­wo­lo­na.

Uro­czy­stość ob­da­ro­wa­nia Jes­si­ki

To sie­dem­na­ste uro­dzi­ny Jes­si­ki. Jesz­cze nie skończył się ra­nek, a Jes­si­ca jest już bar­dziej na­bur­mu­szo­na niż zwy­kle. Nie może usie­dzieć w miej­scu. Nie może się do­cze­kać, aż do­sta­nie swo­je trzy po­da­run­ki i sta­nie się praw­dziwą, do­rosłą cza­ro­dziejką. Bab­cia po­pro­wa­dzi ce­re­mo­nię wręcza­nia darów w południe. Do tego cza­su mu­si­my zno­sić Jes­sicę, która krąży po kuch­ni i w roz­tar­gnie­niu to pod­no­si roz­ma­ite przed­mio­ty, to odkłada je z po­wro­tem.

Chwy­ta nóż i pod­cho­dzi z nim do mnie, mówiąc:

‒ Cie­ka­we, co się wy­da­rzy w uro­dzi­ny Na­ta­na.

Do­ty­ka czub­ka ostrza.

‒ Jeśli muszą go oce­niać, to może nie będzie miał w ogóle uro­czy­stości ob­da­ro­wa­nia.

Próbuje mnie wku­rzyć. Muszę po pro­stu nie zwra­cać na nią uwa­gi. Otrzy­mam trzy dary. Każdy mag otrzy­mu­je trzy dary.

Bab­cia mówi:

‒ Na­tan otrzy­ma trzy dary pod­czas swo­ich uro­dzin. Tak się to właśnie od­by­wa w przy­pad­ku wszyst­kich magów. Tak się to również odbędzie w przy­pad­ku Na­tana.

‒ Cho­dzi mi o to, że już w przy­pad­ku białego jest kiep­sko, jak coś pójdzie nie tak i nie otrzy­ma trzech darów.

‒ Wszyst­ko będzie do­brze, Jes­si­co. ‒ Bab­cia od­wra­ca się, by na nią po­pa­trzeć, i mówi: ‒ Ofia­ruję Na­ta­no­wi trzy dary, tak samo jak ofia­ruję je to­bie, De­bo­rze i Ar­ra­no­wi.

Ar­ran pod­cho­dzi i sia­da obok mnie. Kładzie mi dłoń na ra­mie­niu i szep­cze do ucha:

‒ Nie mogę się do­cze­kać two­ich uro­dzin. Ty przyj­dziesz na moje, a ja przyjdę na two­je.

‒ Kie­ran opo­wia­dał mi o pew­nej adept­ce z Yor­ku, która nie otrzy­mała trzech darów ‒ mówi Jes­si­ca. ‒ W końcu wyszła za ama­ga i te­raz pra­cu­je w ban­ku.

‒ Jak się na­zy­wała ta dziew­czy­na? ‒ pyta De­bo­ra.

‒ To nie ma zna­cze­nia. Nie jest cza­ro­dziejką i już nig­dy nie będzie.

‒ Nig­dy nie słyszałam o ni­kim ta­kim ‒ po­wie­działa bab­cia.

‒ To praw­da, Kie­ran mi po­wie­dział ‒ mówi Jes­si­ca. ‒ Po­wie­dział mi jesz­cze, że w przy­pad­ku czar­nych spra­wa wygląda in­a­czej. Jeśli nie otrzy­mają trzech darów, nie tyl­ko tracą swo­je umiejętności. Umie­rają.

Jes­si­ca opie­ra czu­bek noża na bla­cie przede mną i sta­wia go pio­no­wo, pod­trzy­mując go, ba­lan­sującego na czub­ku, pal­cem wska­zującym opar­tym o rękojeść.

‒ Nie umie­rają od razu. Za­czy­nają cho­ro­wać, przeżywają jesz­cze rok czy dwa, o ile mają trochę szczęścia, ale już nie po­tra­fią się ule­czyć i co­raz bar­dziej za­pa­dają na zdro­wiu, a po­tem... ‒ Jes­si­ca pusz­cza nóż i po­zwa­la mu upaść na blat ‒ ...jed­ne­go cza­row­ni­ka mniej.

Po­wi­nie­nem za­mknąć oczy.

Ar­ran de­li­kat­nie obej­mu­je pal­ca­mi rączkę noża i od­su­wa go, py­tając:

‒ Czy oni na­prawdę umie­rają, bab­ciu?

‒ Nie znam żad­nych cza­row­ników, Ar­ra­nie, więc trud­no mi po­wie­dzieć. Ale Na­tan jest w połowie biały i otrzy­ma swo­je trzy po­da­run­ki na uro­dzi­ny. A ty, Jes­si­co, mogłabyś już prze­stać gadać o cza­row­nikach.

Jes­si­ca po­chy­la się nad Ar­ra­nem i mru­czy:

‒ I tak byłoby faj­nie spraw­dzić, co się wy­da­rzy. Przy­pusz­czam, że umarłby jak każdy cza­row­nik.

Muszę stamtąd wyjść. Idę na górę. Ni­cze­go po dro­dze nie roz­bi­jam, ale kil­ka razy kopię w ścianę.

Za­ska­kujące, ale Jes­si­ca nie zażyczyła so­bie wiel­kiej uro­czy­stości ob­da­ro­wa­nia, lecz je­dy­nie małą, pry­watną ce­re­mo­nię. Nie za­ska­ku­je mnie na­to­miast to, że zde­cy­do­wała się na im­prezę tak ka­me­ralną, że De­bo­ra i Ar­ran są za­pro­sze­ni, a ja nie. Kil­ka wie­czorów wcześniej słyszałem, jak bab­cia próbowała ją prze­ko­nać, by mnie za­pro­siła, ale Jes­si­ca się nie ugięła. A ja i tak nie chcę iść. Nie mam przy­ja­ciół, z którymi mógłbym się po­ba­wić, więc zo­staję sam w domu, a bab­cia, Jes­si­ca, De­bo­ra i przy­bi­ty Ar­ran wloką się do lasu.

Nor­mal­nie też byłbym w le­sie, ale nie mogę wyjść z domu, bo nie chcę, by bab­cia uka­rała mnie jed­nym ze swo­ich elik­sirów. Nie chcę z po­wo­du Jes­si­ki prze­cho­dzić dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nej se­sji bro­cze­nia ropą z wrzodów wiel­kości piłeczek ping­pon­go­wych.

Sia­dam przy ku­chen­nym sto­le i ry­suję. Na moim ob­raz-ku bab­cia od­pra­wia ce­re­mo­nię, wręczając Jes­si­ce trzy dary. Ona je upusz­cza, a to zde­cy­do­wa­nie zły omen. Krew z dło-ni bab­ci ‒ krew przodków, którą musi wypić ‒ ka­pie ja­skrawą czer­wie­nią na po­szy­cie, chy­biając ust Jes­si­ki, która za-sty­ga na ob­razku w prze­rażeniu, nie­zdol­na uzy­skać dostęp do ode­bra­nia swo­je­go daru, swo­jej wyjątko­wej ma­gicz­nej mocy.

Po­do­ba mi się ten ob­ra­zek.

Zbyt prędko jak dla mnie uczest­ni­cy ce­re­mo­niału wra­cają do domu i jest już ja­sne, że Jes­si­ca ni­cze­go nie upuściła. Wcho­dzi tyl­ny­mi drzwia­mi, mówiąc:

‒ Sko­ro już nie je­stem adeptką, muszę się do­wie­dzieć, jaki jest mój dar.

Wbi­ja wzrok w ob­ra­zek, a później we mnie.

‒ Będę mu­siała na czymś poćwi­czyć.

Mogę mieć tyl­ko na­dzieję, że nig­dy nie od­kry­je swo­je­go daru. A jeśli go na­wet od­kry­je, to będzie to coś tak zwy­czaj­ne­go jak przyrządza­nie elik­sirów ‒ dar bab­ci. A może będzie miała słaby dar jak większość mężczyzn? W głębi du­cha wiem jed­nak, że pielęgno­wa­nie tej na­dziei nie ma sen­su. Z pew­nością będzie miała sil­ny dar jak większość ko­biet. Od­kry­je go, będzie go pielęgno­wać i do­sko­na­lić, po czym użyje go prze­ciw­ko mnie.

Leżę na traw­ni­ku w ogro­dzie na tyłach i patrzę, jak mrówki bu­dują w tra­wie mro­wi­sko. Spra­wiają wrażenie ogrom­nych. Widzę każdy szczegół ich maleńkich ciał. Przyglądam się, jak po­ru­szają no­ga­mi, ma­sze­rują i wspi­nają się.

Ar­ran pod­cho­dzi i sia­da obok. Pyta, jak się czuję i jak mi idzie w szko­le. Ta­ki­mi właśnie spra­wa­mi in­te­re­su­je się Ar­ran. A ja opo­wia­dam mu o mrówkach, o tym, co robią i dokąd zmie­rzają.

Nie­ocze­ki­wa­nie pyta:

‒ Czy je­steś dum­ny z tego, że Mar­cus jest two­im oj­cem, Na­ta­nie?

Mrówki kon­ty­nu­ują swoją pracę, ale tracę za­in­te­re­so­wa­nie.

‒ Na­ta­nie?

Od­wra­cam się ku Ar­ra­no­wi i mój wzrok na­po­ty­ka jego ja­sne, otwar­te spoj­rze­nie.

‒ Jest ta­kim potężnym cza­row­ni­kiem, naj­potężniej­szym ze wszyst­kich. Pew­nie je­steś z nie­go dum­ny?

Ar­ran nig­dy wcześniej nie pytał mnie o ojca.

Nig­dy.

I cho­ciaż ufam mu po­nad wszyst­ko, darzę go bez­gra­nicz­nym za­ufa­niem, boję się od­po­wie­dzieć. Bab­cia wbi­jała mi do głowy, żebym nig­dy z ni­kim nie roz­ma­wiał o Mar­cu­sie.

Nig­dy.

Mam nig­dy nie od­po­wia­dać na ja­kie­kol­wiek związane z nim py­ta­nia.