Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 376 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zła kobieta - Amanda Prowse

Dramatyczna powieść o przemocy rodzinnej zamkniętej w czterech ścianach

Od dnia ślubu mąż znęcał się nad Kathryn fizycznie i psychicznie. W trosce o dobro dzieci, kobieta ukrywała to przed światem. Po siedemnastu latach znoszenia codziennych upokorzeń Kathryn nie wytrzymała napięcia i zabiła męża nożem do obierania warzyw. Oddała się w ręce policji i dobrowolnie poddała karze. Nic nie wydawało się gorsze od ostatnich lat ciągłej przemocy. Jednak najtrudniejsza walka dopiero przed nią - dzieci Kathryn zrywają kontakt z matką, winiąc ją nie tylko za rozpad rodziny, ale przede wszystkim za wieloletnie ukrywanie prawdy i tym samym pozbawienie ich zaufania do ludzi i świata.

Opinie o ebooku Zła kobieta - Amanda Prowse

Fragment ebooka Zła kobieta - Amanda Prowse

Amanda Prowse

Zła kobieta

Fragment

Z angielskiego przełożyła Katarzyna Rosłan

„Pozbieram wszystkie, nawet najmniejsze odłamki, na które rozłupałeś mi życie i które leżą pochowane w szufladach, pod dywanem i za poduszkami, i odbuduję się. Osiągnę wszystko, co myślałam, że mogłabym w życiu osiągnąć. Będę ścigać marzenia, które snułam, dopóki mnie nie złamałeś”.

Rozdział 1 Dziesięć lat wcześniej

Kathryn Brooker patrzyła, jak z męża uchodzi życie. Była przekonana, że widzi czarnego ducha, który niczym wąż opuszcza jego ciało, by spiralnym ruchem przeniknąć podłogę. Oparła się o krzesło i wzięła głęboki wdech. Spodziewała się euforii, a przynajmniej ulgi. Nie przewidziała, że ogarnie ją otępienie. Wyobraziła sobie śpiące za ścianą dzieci. Zamknęła oczy i w myślach życzyła im głębokiego, spokojnego snu. Wiedziała, że odtąd nieprędko go zaznają. Jak zwykle najpierw pomyślała o dzieciach.

Gdyby nie rozciągnięte w poprzek łóżka zlane krwią ciało, pokój wydawałby się niemal pusty. Panowała w nim całkowita cisza i optymalna temperatura.

Kathryn poczuła cień rozczarowania. Sądziła, że będzie jej towarzyszyć więcej emocji.

Przebrała się w dżinsy, bluzę i spokojnie stanęła przy łóżku, na którym leżały blade zwłoki męża. W pełnym skupieniu, po raz pierwszy w życiu zadzwoniła pod numer alarmowy. Wykonując czynność, którą – odkąd pamiętała – w nieskończoność ćwiczyła w wyobraźni, czuła się jak przeniesiona do innej rzeczywistości. Choć w zasadzie, gdy w myślach wybierała ten numer, sprawa zawsze dotyczyła jakiegoś drobnego wypadku lub pożaru pustego budynku w sąsiedztwie. Nigdy aż takiego dramatu.

– Numer alarmowy, z kim łączyć?

– O, dzień dobry, tak, nie jestem pewna, z kim właściwie.

– Nie jest pani pewna?

– Chyba z policją lub z pogotowiem, zresztą może i z tym, i z tym. Przepraszam, nie wiem...

– W jakiej sprawie pani dzwoni?

– A, tak, oczywiście. Właśnie zamordowałam męża.

– Przepraszam, co pani zrobiła? Źle panią słyszę.

– Wiem, wiem, przepraszam. Spróbuję mówić głośniej. Sygnał zanika, nawet przy miejscowych rozmowach. Pewnie dlatego, że jestem w sypialni, tu jest zły zasięg. Mój syn uważa, że to przez wysokie drzewa, przycięliśmy je rok temu, ale chyba nic nie pomogło. I jeszcze są zakłócenia od komputerów z budynku obok – zawsze miałam zamiar to gdzieś zgłosić, nieważne. Tak więc, jak mówiłam, właśnie zamordowałam męża.

Kathryn przymknęła oczy, by odwrócić swoją uwagę od lekko brzęczącej pod sufitem, od czasu do czasu mrugającej świetlówki. Trzeba ją będzie wymienić. Na razie tylko rozprasza, ale niewiele trzeba, by zaczęła irytować.

– Zrobiłaś to?

Pochylony nad stołem Roland Gearing całym ciężarem muskularnego ciała opierał się na rozczapierzonych na kształt piramid palcach dłoni. Zniżył głos o oktawę. Wiedział, że musi o to zapytać, a jednocześnie obawiał się odpowiedzi, którą usłyszy.

– Czy to zrobiłam?

– Tak, Kathryn, czy to zrobiłaś?

Nie spuszczał z niej oczu. Miał nadzieję, że zdoła wzbudzić jej zaufanie i w rezultacie uzyskać szczerą odpowiedź. Sporo wiedział na temat kłamstwa i wierzył w swój instynkt. Lata doświadczeń nauczyły go uważnie obserwować przesłuchiwanych.

– Normalnie nie zadawałbym tego pytania zaraz na początku śledztwa, ale ze względu na naszą starą znajomość – również z Markiem – uważam to za swoją powinność. W porządku?

– Tak, tak, oczywiście. Rozumiem.

Uśmiechnęła się przelotnie. Palcem wskazującym i kciukiem założyła sobie włosy najpierw za lewe, a potem za prawe ucho.

Jej opanowanie wytrącało go z równowagi. Nie przejawiała cienia strachu czy histerii, które zwykle towarzyszyły tego typu rozmowom. Kobiety w podobnej sytuacji wariowały z przerażenia, wściekłości lub obawy przed niesprawiedliwym traktowaniem. Kathryn natomiast zachowywała całkowity spokój.

Przypomniała sobie szkliste oczy męża. Jego palce ślizgające się niezdarnie po szyi, kiedy próbował zerwać z niej nieistniejącą pętlę, blokującą dopływ powietrza. Zmarszczyła nos – wciąż, choć już bardzo słabo, czuła żelazisty zapach sączącej się krwi Marka. Był z jednej strony odrażający, ale z drugiej sprawiał jej dziwną przyjemność. Prawie czuła go w gardle. Gdy Mark umierał, w żaden sposób nie próbowała ulżyć mu w cierpieniu. Z jej ust nie padło ani jedno słowo pocieszenia. Przeciwnie – uśmiechała się, jakby sądziła, że Mark da sobie radę, bo przecież to ciągle ten sam silny, sprawny mężczyzna, który rąbie drewno, maluje ściany i podnosi na nią rękę.

Może nawet nuciła sobie coś pod nosem? Zupełnie jakby nie trwała w zawieszeniu, zdecydowana patrzeć na śmierć, która dla niej oznaczać będzie jedno – koniec ohydnego rozdziału jej życia. Kiedy się wreszcie odezwała, w jej głosie brzmiało lekceważenie.

– Nie spiesz się. Mam czas, nigdzie się nie wybieram, przede mną całe życie. Obietnica to obietnica.

Pod nonszalanckim pragmatyzmem skrywała serce przepełnione uczuciem ulgi.

– Nie zostało mi dużo czasu.

Jego głos przeszedł w niknący szept. Ostatnie wypowiedziane słowa zagubiły się wśród chrapliwego, urywanego oddechu.

– Zbyt powolna i bolesna. Zapłacisz.

Zanim skończył, już wymazała te słowa z głowy. Nikomu ich nie powtórzy, nie będzie ich przywoływać ani pamiętać.

– Och, Mark. Ja już zapłaciłam.

Pochylając się nisko nad twarzą męża, czuła jego cuchnący oddech. Do ostatniej chwili dzieliła z nim minuty, podczas których życie zwlekało z odejściem. Kathryn zadumała się nad siłą, z jaką ludzkie zwierzęta czepiają się teraźniejszości. Mimo że w oczywisty sposób próżna, siła ta była zdumiewająca, a nawet fascynująca.

– Tak. Tak, Rolandzie, ja to zrobiłam. Nikt inny.

W jej wyznaniu zabrzmiał cień dumy, jakby komentowała swoje osiągnięcie. Roland uznał to za niepokojące. Potrząsnął głową. Choć widział i słyszał jej wyznanie, wciąż nie mógł w nie uwierzyć. Spojrzał na siedzącą przed nim schludną kobietę w średnim wieku. Miała piękną twarz. Ta sama kobieta częstowała go kanapkami z wyłożonego ozdobną serwetką półmiska, podawała mu świeżo zaparzoną kawę i domowe ciasto. Te fakty po prostu sobie przeczyły. Była żoną Marka Brookera – mężczyzny, którego lubił i podziwiał. Mężczyzny, któremu zaufał w sprawach edukacji swej jedynej córki.

Roland powoli wypuścił powietrze i poskrobał się palcem w brodę. Zarost był właśnie w najbardziej irytującym stadium. Jego wrażliwa skóra źle znosiła pobyt w gorącej sali przesłuchań, zwłaszcza w połączeniu z nerwową atmosferą. Zapragnął iść do domu i wziąć prysznic. A jeszcze bardziej zapragnął cofnąć czas i nie odebrać telefonu, który o trzeciej nad ranem zakłócił odpoczynek jego rodziny, a zarazem starł na miazgę harmonię lokalnej społeczności.

Kathryn wyczuła jego podenerwowanie. Wiedziała, że Roland należy do ludzi, którzy lubią się wyspać. Wyobraziła sobie, jak spędził poprzedni wieczór. Po godzinnym treningu na siłowni, służącym zachowaniu płaskiego brzucha, wrócił do domu, gdzie zjadł rybę z warzywami na parze i popił schłodzonym białym winem. Ani jej, ani jemu nigdy nie przyszłoby do głowy, w jaki sposób zakończy się ten szabas. Nie przypuszczali, że o jakiejś nieludzkiej porze będą oboje siedzieć za stołem na posterunku policji w Finchbury i zastanawiać się, co się, do diabła, w ogóle stało.

– Na pewno chcesz ze mną rozmawiać? – zapytał.

Jego szyta na miarę marynarka rozchyliła się, odsłaniając ciemnoróżową podszewkę. Pomyślała, że kumple z pracy na bank się z niego podśmiewają. Znała jednak Rolanda i jego dbałość o wygląd na tyle dobrze, by wiedzieć, że absolutnie nic sobie z tego nie robi. W przeciwieństwie do innych facetów w jego wieku, nigdy nie widziano go w tanim lub wygniecionym ubraniu. Kathryn przypomniała sobie jego rozmowę z Markiem, kiedy to ubolewał nad utratą munduru – nieuniknioną konsekwencją awansu na stanowisko nadinspektora. Zawsze uwielbiał polerować guziki, pastować buty i strzepywać z wełnianej mundurowej kurtki pyłki kurzu. Teraz przejechał dłonią po mięśniach brzucha. Najwyraźniej świadomość własnego ciała pod świeżą, białą koszulą sprawiała mu przyjemność.

– Tak.

– Jesteś pewna, że nie byłoby ci łatwiej rozmawiać z kimś obcym?

Zauważyła w jego oczach nadzieję.

– Nie, Rolandzie, naprawdę nie. Dziękuję, że pytasz, ale nie ma innej osoby, z którą rozmawiałabym chętniej. Doceniam, że przyjechałeś tu o tej porze, że się nie wyspałeś. Naprawdę.

Było tak, jakby wciąż nie zdawała sobie sprawy z przebiegu zdarzeń. Jakby zaprosiła go na obiad, a nie wyrwała z łóżka w środku nocy informacją o morderstwie – w jego rewirze pierwszym od osiemnastu lat. Mówiła pewnym głosem, bez wahania, nie zdradzając cienia zdenerwowania. Ręce trzymała równo złożone na podołku. Wyglądała, jakby siedziała w poczekalni u lekarza.

Roland pracował w policji od dwudziestu lat. Widywał już różne rzeczy – makabryczne, niesprawiedliwe i zabawne. Ale coś takiego? To nie miało żadnego sensu. Szokowało, dziwiło i wstrząsało do głębi.

– Biorąc pod uwagę twoją sytuację, uważam, że jesteś nadzwyczaj spokojna.

Zastanawiał się, czy jest w szoku.

– Ciekawe, że to zauważyłeś, bo właśnie tak się czuję. Czuję wielki spokój.

– Co mnie bardzo martwi.

– Och, Rolandzie, niepotrzebnie. Dla mnie to przyjemna odmiana. Niemal zapomniałam, jak to jest – odczuwać spokój! Właściwie to od czasów dzieciństwa nie pamiętam, żebym go odczuwała. Dzieciństwo! Jaki to był szczęśliwy czas w moim życiu! Bez zmartwień, trosk, zewsząd otoczona miłością. Miałam cudowne dzieciństwo, cudowne życie. Nie zawsze byłam taka jak teraz...

– Jaka?

– No, wiesz... Strachliwa, nerwowa, na siłę opanowana. Miałam jasną wizję życia. Nigdy się nie irytowałam, nie unosiłam gniewem. Sądziłam, że jestem zdolna zbawić świat, wytyczyć nowe szlaki. Planowałam tyle osiągnąć... Rodzice zawsze mi powtarzali, że oprócz własnej wyobraźni nic mnie nie ogranicza. Wierzyłam im. Teraz oboje nie żyją, a ja za dużo o nich nie myślę.

– Dlaczego?

Odetchnęła głęboko.

– Prawdę mówiąc, zawsze wierzyłam, że zmarli w jakiś sposób nad nami czuwają, a czasem nawet nas chronią. Gdyby rodzice po śmierci rzeczywiście sprawowali nade mną pieczę, niewymownie wstydziłabym się wszystkiego, czego musieli być świadkami. To, kim się stałam, i dla mnie, i dla nich, byłoby nieznośnym upokorzeniem. A z drugiej strony, jeśli mogli mnie chronić tam z góry, czemu tego nie robili? Straciłam rachubę, ile razy błagałam o pomoc, ile razy się o nią modliłam. Wszystko bez skutku. Dlatego staram się tym nie przejmować. To zbyt zagmatwane. A ja nie potrzebowałam więcej zamętu w życiu.

– Jeśli rzeczywiście to zrobiłaś, Kathryn, to automatycznie nasuwa się pytanie, dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?

Kathryn, z nieśmiałym uśmiechem osoby zastanawiającej się, od czego zacząć, powoli formułowała odpowiedź.

– To nic trudnego. Zrobiłam to, żeby móc bez strachu opowiedzieć swoją historię.

– Swoją historię? – Roland był zdezorientowany.

– Tak, Rolandzie. Czułam, że muszę opowiedzieć ją dzieciom, naszej rodzinie, znajomym, a nawet całemu miasteczku. Bez strachu.

– Bez strachu przed czym?

Choć słuchał jej już od dłuższej chwili, nie był ani trochę bliższy zrozumienia całej sytuacji.

Z jej ust wyrwał się krótki śmiech. Równocześnie po policzku popłynęła niechciana łza.

– Och, nawet nie wiem, od czego zacząć! Bez strachu przed bólem, przed śmiercią, a przede wszystkim przed tym, że zniknę gdzieś w sobie i już mnie nie będzie. Rozumiesz? Sama nie wiem, dokąd zabrnęłam. Nie wiem, gdzie jest osoba, którą kiedyś byłam. To tak, jakbym stała się nikim. Jakbym żyła poza światem, będąc jednocześnie jego częścią. Moje życie zatraciło wszelkie konsekwencje, jakby to, co się ze mną działo, nie miało żadnego znaczenia. Stałam się niewidzialna. Mówiłam coś, ale nikt mnie nie słyszał. A dziś zdarzyło się coś, co mnie zmieniło. Nie było to nic wielkiego, wzniosłego czy nawet godnego zapamiętania, ale coś się dziś wydarzyło. I zdałam sobie sprawę, że mam dosyć. Zrozumiałam, że nadszedł czas. Mój czas.

Po chwili namysłu nad jej słowami postanowił na razie nie pytać, czym było to „coś”, co ją odmieniło.

– Musisz uważać, co mówisz, Kathryn. Chcę, abyś bardzo, bardzo dobrze zastanawiała się nad tym, co mówisz i do kogo mówisz. Od tej pory twoje słowa i czyny mogą mieć dramatyczny wpływ na przebieg zdarzeń. Każda, nawet najdrobniejsza informacja, jaka padnie z twoich ust, zostanie nagrana i wzięta pod uwagę. Od tego zależy twoja przyszłość.

Znowu krótki śmiech.

– O mój Boże, Rolandzie. Moja przyszłość? To kolejna zabawna kwestia. Prawda jest taka, że odtąd nie muszę już się nad niczym specjalnie zastanawiać. Już to sobie przemyślałam. Miałam na to całe lata.

Roland zamilkł na chwilę, by rozważyć różne opcje. Szukał najlepszej drogi postępowania. Nagle szeroko otworzył oczy. Przed żoną dyrektora szkoły otwierała się jedna szansa.

– Kathryn, wydaje mi się, że powinien zobaczyć cię lekarz. Dla twojego dobra.

– A, tak! Masz na myśli psychiatrę? Dobrze. Przekona się, że świetnie reaguję na sugestie, zgadzam się z twierdzeniami i prawidłowo wykonuję polecenia. Szczerze mówiąc, nie widzę już między nimi różnicy. Muszę cię jednak ostrzec. Po wnikliwej obserwacji i diagnozie zobaczysz przed sobą długi, zawiły i drogi raport, z którego dowiesz się, że jestem w stu procentach normalna, rozumna i w pełni władz umysłowych. Prawda jest taka, że czynu dokonałam ja sama, doskonale świadoma tego, co robię i jakie czekają mnie konsekwencje. Ale dobrze, zgoda, jeśli to ci ułatwi sprawę, niech moje słowa potwierdzi specjalista. Taki, co ma gabinet ze szpanerskim fotelem obrotowym i dyplomem w złotej ramce.

– Na Boga, Kathryn, tu nie chodzi o to, co mi ułatwi sprawę! Mogę tylko przypuszczać, że doznałaś załamania nerwowego i działałaś w wyniku pomieszania zmysłów, nie wiem, czy trwałego, czy nie.

Zaśmiała się.

– Trwałego czy nie? Podoba mi się to. Rolandzie, mówię prawdę i twierdzę, że jestem przy zdrowych zmysłach. Mogę ci coś wyznać?

Modlił się w myślach, by w tym, co za chwilę usłyszy, znalazło się jakieś racjonalne uzasadnienie, choćby trywialny fakt, cokolwiek.

– Tak, tak, słucham.

– Przez ostatnich dwadzieścia lat często zdarzały się chwile, w których łatwo było postradać zmysły. Chwile, gdy czułam się tak przygnębiona i smutna, że zastanawiałam się, czy nie pozwolić sobie na depresję i nie wycofać się z życia. Ale nie poddałam się tej myśli – bez względu na to, jak bardzo była kusząca – z dwóch powodów. Jeden – nazywa się Dominic, a drugi – Lydia. To dla nich za wszelką cenę nie chciałam zwariować. Dla nich się trzymałam. Bo po co byłaby im stuknięta matka? Choć nie mogę powiedzieć, że było łatwo. Stoczyłam prawdziwą bitwę. Dzień w dzień oglądałam w lustrze zrozpaczoną twarz i zastanawiałam się, ile jeszcze zdołam znieść? Jak długo zdołam udawać? Okazało się, że całkiem długo!

Zaśmiała się krótkim, nienaturalnym śmiechem.

Roland patrzył na nią, przekonany, że mimo swych zapewnień naprawdę postradała zmysły.

– Kathryn, muszę przyznać, że jako znajomy – nie jako nadinspektor, ale właśnie jako znajomy poważnie się o ciebie martwię.

Przerwał mu jej śmiech. Westchnęła. Lekko kiwając się w tył i w przód, wyciągnęła z rękawa swetra kawałek mokrego już papierowego ręcznika i wytarła twarz.

– Przepraszam. Nie powinnam się śmiać, wiem. Reaguję trochę emocjonalnie. Ale ostatnie dwie doby były dla mnie trudne.

Żadne z nich nie sprostowało rażącego niedopowiedzenia.

– Śmieję się dlatego, że przez ostatnich dwadzieścia lat pragnęłam, aby ktoś się o mnie zatroszczył i pomógł mi. Ale teraz – po raz pierwszy od czasu, kiedy wyszłam za mąż – nie potrzebuję już niczyjej troski, bo nareszcie jestem bezpieczna.

Położyła dłonie płasko na stole, jakby chciała czerpać siłę z jego solidnego blatu i nóg, podkreślić fakt, że teraz już sama da sobie radę.

Roland wstał i zaczął przechadzać się po niewielkiej sali przesłuchań. Ręce oparł na biodrach, łokcie sterczały mu na boki pod kątem prostym. Powoli tracił cierpliwość. Poziom jego frustracji rósł wprost proporcjonalnie do braku postępów w przesłuchaniu. Miał wrażenie, że mogą tak rozmawiać godzinami. Nie chciał tracić tyle czasu.

– Dobrze, Kathryn, będę z tobą szczery. Jestem w bardzo trudnej sytuacji. Nie mam tu na myśli sytuacji zawodowej, a psychologiczną. Mam kłopoty ze zrozumieniem tego, co się z tobą dzieje. Znałem ciebie i Marka od... zaraz... Prawie dziesięciu lat?

Kathryn przypomniała sobie dzień, w którym jego córka przekroczyła próg Mountbriers Academy. Sophie miała wtedy osiem lat, małą, skórzaną torebkę, przerażenie w oczach, piegi i mysie warkoczyki. Dziś była pewną siebie nastolatką, która przyciągała spojrzenia nie tylko jej syna, ale też każdego chłopaka z sąsiedztwa. Kathryn skinęła głową. Prawie dziesięć lat.

– I przez cały ten czas ty i Mark byliście wzorową, oddaną parą. Wyraża się... wyrażał się o tobie zawsze bardzo dobrze, Kathryn. Możesz więc zrozumieć, dlaczego to wszystko wydaje się...?

Roland wzniósł spojrzenie do nieba, uspokoił się i spróbował pójść innym tropem.

– Boże, Kathryn, nie wiem jak wyrazić to grzecznie i uprzejmie, więc powiem prosto z mostu. Mark jest... był... bardzo szanowanym i lubianym członkiem naszej społeczności. Na Boga, był dyrektorem szkoły! Niedawno dostał ważne odznaczenie państwowe, wszyscy darzyli go szacunkiem. A ty oczekujesz, że ja... nie, że wszyscy uwierzą, że przez ostatnich dwadzieścia lat za kamienną ścianą i szerokimi oknami swego domu wiodłaś nieszczęśliwe życie? Podczas gdy my widzieliśmy silną, szczęśliwą rodzinę, oddaną sobie nawzajem parę małżeńską? Nie rozumiesz, że ludzie będą mieli problem, żeby to kupić?

Uśmiechnęła się z wahaniem i zaczęła mówić, ostrożnie dobierając słowa.

– Wiem, że wielu ludzi nigdy nie zobaczy tego, czego nie chce widzieć, Rolandzie. Wiem o tym. Ale trzeba też wiedzieć, że niektórzy potrafią doskonale oszukiwać. Mark do nich należał. I ja, w pewnym sensie. On był potworem i udawał, że nim nie jest, a ja – ofiarą, która próbowała to ukryć. Jestem winna postawionych mi zarzutów.

– Kathryn, staraj się nie używać tego określenia.

Nie wiedziała, czy potraktować to jako żart.

– Dobrze. Chodzi o to, że tak naprawdę wszystko mi jedno, co ludzie myślą lub co im się wydaje, że wiedzą. Ja znam prawdę, a pewnego dnia poznają ją moje dzieci. Tylko to się dla mnie liczy. Roland, nie ulega wątpliwości, że jestem winna. Jestem też gotowa odbyć karę. Musisz wiedzieć, że każda kara będzie dla mnie lżejsza niż to, czego zaznałam jako żona Marka. Absolutnie każda. Nie boję się kary. Już nie.

Roland usiadł po przeciwległej stronie prostokątnego stołu. Wyciągnął nogi, a następnie skrzyżował je w kostkach, założył ręce za głowę i westchnął. Jego myśli poszybowały w stronę wspomnień, gdy siadywał za stołem w przytulnej, rodzinnej kuchni Brookerów, a Kathryn w kwiecistym fartuchu nalewała mu herbaty z czajniczka w kropki. Zawsze po niedzielnej mszy Marka otaczał tłum wielbicieli, z którymi przekomarzał się i omawiał wyniki ostatnich rozgrywek w krykieta. W tle słychać było cichy szum radia Classic FM i pobrzękiwanie porcelany.

Nic tu nie trzymało się kupy. Roland był w pełnej gotowości do słuchania, czujny i zaangażowany. Słuchanie pełniło kluczową rolę, ponieważ chciał usłyszeć. Co więcej, chciał zrozumieć.

Przesunął ręką po twarzy, podrapał się po głowie i przygładził przedziałek.

– Kathryn, pracuję w tym zawodzie od lat i wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Czasem impulsywne, złe rzeczy, wypadki.

– Chyba wiem, do czego zmierzasz, Rolandzie – przerwała mu Kathryn – ale muszę cię ubiec. To nie był wypadek. Nie, nie uknułam tego, nie zaplanowałam, nic z tych rzeczy, ale powtarzam, to nie był wypadek. Celowo pchnęłam Marka nożem, który trzymałam w ręku, i chciałam go zabić. Kiedy teraz o tym myślę, wiem, że w głębi duszy chciałam to zrobić od dawna. Więc w pewnym sensie było to działanie impulsywne, jak powiedziałeś, ale nie wypadek.

Roland potrząsnął głową. Zdecydowanie pogarszała sprawę.

– Powiem ci, co by mi bardzo pomogło. Jakieś przykłady.

– Przykłady?

– Tak. Coś w rodzaju stop-klatki. Zarysuj sytuację, żebym mógł zrozumieć. Opowiedz dokładnie, jak było. Wyjaśnij, co takiego robił, że było ci aż tak źle. W prostych słowach oświeć mnie, przez co przechodziłaś. Mówisz o strachu i udręce, ale chcę konkretów. Powiedz, dlaczego aż tak się bałaś. Powiedz, co takiego robił, że posunęłaś się do ostateczności.

Roland porzucił przyjazny ton. Brzmiał teraz jak prawdziwy glina.

– Chcesz kadr z życia? Stop-klatkę?

– Tak.

– Niech pomyślę. Stop-klatka, coś typowego...

Przerwała.

– Nie wiem, od czego mam zacząć, ile ci powiedzieć.

– Powiedz mi cokolwiek, Kathryn. Cokolwiek innego niż „mój mąż był potworem”, bo to jest trochę za ogólne i za dramatyczne. Coś namacalnego, coś, co mi pomoże zrozumieć, jakieś szczegóły, które potem będę mógł przedstawić innym.

– W porządku. Jednak zanim zacznę, chciałabym żebyś wiedział, że nie będę ani umniejszać, ani wyolbrzymiać faktów. To, co już usłyszałeś i to, co usłyszysz, będzie całą prawdą i tylko prawdą – tak to się mówi, czyż nie?

Roland skinął głową.

– Tak, mniej więcej tak, Kathryn. Zacznij, kiedy będziesz gotowa.

Kathryn głośno zaczerpnęła powietrza. Kciukiem przekręciła obrączkę wokół palca. Dotąd nie przyszło jej do głowy, by ją zdjąć, ale teraz postanowiła, że zrobi to, gdy tylko zostanie sama. Wypchnęła złoty krążek trochę ku górze i rzuciła krótkie spojrzenie na wgłębienie, które metal wyżłobił w jej skórze. Ciekawe, ile czasu minie, zanim ślad zniknie. To będzie znaczący krok ku jej emancypacji.

– No więc, Mark był bardzo wybredny, wręcz obsesyjny. Nie wolno mi było nosić dżinsów ani w ogóle spodni, tylko spódnice. Dzień miałam dokładnie rozplanowany – każda minuta była na coś przeznaczona. W bardzo niewielu sprawach mogłam sama podejmować decyzje i bardzo mało czasu miałam do swojej dyspozycji. Ode mnie zależało wprawdzie, którędy pojadę do sklepu czy jaka jarzyna będzie do obiadu, ale na tym, w zasadzie, koniec. Jak i gdzie przechowywałam zakupy, o której podawałam do stołu – to wszystko mi narzucał. Codziennie miałam zlecane konkretne obowiązki, czasem bezsensowne lub stale się powtarzające, a zaplanowane tak, żeby mnie zmęczyć i złamać...

Roland uszczypnął się w powieki, chwytając je kciukiem i palcem wskazującym. W głowie słyszał już te słowa na sali rozpraw: „Zabiłam swojego męża, bo był trochę humorzasty, wolał widzieć mnie w spódnicy, i musiałam wykonywać obowiązki domowe”. Jezu, jeśli to są jej argumenty, to większość kobiet w tym kraju ma powód, żeby zamordować swych mężów. Oby Kathryn miała w zanadrzu coś poważniejszego.

– Na koniec każdego dnia szliśmy razem na górę. Od pokoju dzieci dzieliła mnie tylko cienka, gipsowa ścianka. Klęczałam przy łóżku, a Mark przyznawał mi punkty w zależności od tego, do jakiego stopnia źle, jego zdaniem, wypełniłam obowiązki dnia. Naliczał dodatkowe, jeśli czymś go rozzłościłam lub zirytowałam.

Nareszcie przyciągnęła uwagę Rolanda.

– Punkty te przyznawane były w skali od jednego do dziesięciu, a od tego, ile zdobyłam – dziesięć to najgorszy wynik – zależały konsekwencje.

Po policzku Kathryn popłynęły łzy, spadały wprost na kawałek zwiniętego w kulkę papierowego ręcznika. Oddech uwiązł jej w gardle. Mocno przeżywała swoje słowa nie tylko ze względu na wstyd, ale i na samo wspomnienie minionych wydarzeń.

– Punkty?

Roland potrząsnął głową. Kathryn nie wiedziała, czy to z litości, czy z niedowierzania.

– Tak. A potem mnie krzywdził.

Ostatnie zdanie wyszeptała. Musiał wytężyć uwagę, by je dosłyszeć.

– Od jak dawna to robił, Kathryn?

Odkaszlnęła, wzięła się w garść i mówiła dalej już całkiem innym, pogodnym głosem – jakby próbowała sama siebie oszukać, że wszystko jest w porządku.

– Cóż. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, odkrywam, że znęcał się nade mną od samego początku naszej znajomości. Najpierw były to drobiazgi – krytykował mój sposób ubierania się, fryzurę, nie lubił żadnego z moich znajomych. Nie zgodził się, żebym pracowała – jestem nauczycielką angielskiego. Wielka szkoda. Zniszczył lub wyrzucił wszystko, co miałam, zanim go poznałam. Sprawdzał, z kim rozmawiam przez telefon, i tak dalej. Powoli oddalałam się od rodziny. Wszystkie jego działania w stosunku do mnie koncentrowały się na tym, by mnie zdestabilizować, sprawić, bym stała się całkowicie zależna od niego. Chciał odciąć wszelkie inne więzy i zniszczyć moje poczucie własnej wartości. Dlatego gdy zaczął znęcać się nade mną na poważnie, już byłam ofiarą, i nie miałam wokół siebie żadnych bliskich. Nie umiałam samodzielnie podjąć decyzji – tak bardzo czułam się zdezorientowana. Nie potrafiłam odezwać się własnym głosem. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– A to, co nazwałaś „znęcaniem się na poważnie” – jak długo trwało?

– Niech sobie przypomnę... Od czasu, kiedy byłam w ciąży z Dominikiem.

– On ma teraz szesnaście lat?

– Tak, choć to wydaje się niemożliwe! Szesnaście lat... Jak szybko ten czas leci, prawda? Ty musisz mieć to samo uczucie w związku z Sophie. Czasem wydaje mi się, że jednego dnia ganiałam po całym domu za tłustym bobasem, a następnego miałam już w domu nieprzezwyciężoną siłę życiową zwaną „nastolatkiem”. Oj, przepraszam, Rolandzie, chyba trochę odeszłam od tematu, prawda?

Patrzyła na twarz Rolanda i rozumiała jego konsternację. Wiedziała, że to, co usłyszał, nie było przyjemne. Mało tego – wydawało się niedorzeczne, w końcu rozmawiali o Marku Brookerze, dyrektorze szkoły! Zdawała sobie sprawę, że Roland, podobnie jak inni rodzice, ma go przed oczami w jednych okolicznościach – wymieniającego mocny uścisk dłoni i rzucającego dowcipne uwagi. Wszyscy jak jeden mąż będą zszokowani. A co na to powie jego osobista asystentka, Judith? Kathryn uśmiechnęła się na myśl o jej reakcji. W duszy nawet słyszała jej słowa: „Mark nie wyglądał na złego człowieka. Przeciwnie, był taki uroczy...”.

Kathryn miała nadzieję, że z czasem, kiedy już odsłoni wszystkie fakty, ludzie zaczną sobie zadawać podstawowe pytanie. Przecież gdyby jej życie układało się tak idealnie, jak sądził Roland i cała reszta, to po co by to robiła? Po co miałaby zmyślać całą tę koszmarną historię, a potem oddawać się w ręce wymiaru sprawiedliwości? Musiałaby być wariatką. Kathryn miała zamiar udowodnić, że kim jak kim, ale wariatką nie jest.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 2 Siedem lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3 Dziesięć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4 Pięć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5 Dziesięć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6 Cztery lata wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7 Dziesięć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8 Rok wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9 Dziesięć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10 Miesiąc wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11 Dziesięć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12 Dziś

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

WHAT HAVE I DONE

Redakcja

Urszula Hollanek

Korekta

Beata Kołodziejska

Jadwiga Piller

Projekt okładki

Magdalena Antoniuk

Zdjęcie na okładce

William King/Getty Images

Copyright © Amanda Prowse, 2013

Translation copyright © 2013, by Katarzyna Rosłan

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53,

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-63387-87-7

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl