Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zła córka - Joy Fielding

To, co na pierwszy rzut oka wydaje się przypadkowym napadem, ujawnia mroczne sekrety rodziny.

Wrogie relacje z siostrą i skomplikowana przeszłość z drugą żoną ojca sprawiły, że Robin była odseparowana od swojej rodziny przez wiele lat. Ale kiedy nowa rodzina ojca zostaje zaatakowana w ich domu, wraz z ojcem, żoną i córeczką w stanie krytycznym w szpitalu, wraca do domu, by poczekać na ich powrót. Wygląda na to, że przypadkowy napad, rabunek był nieudany, ale gdy Robin spędza więcej czasu z członkami rodziny, dowiaduje się, że wszyscy mieli swoje tajemnice - a jedna z tych tajemnic mogła narazić ich na straszliwe niebezpieczeństwo.

Opinie o ebooku Zła córka - Joy Fielding

Fragment ebooka Zła córka - Joy Fielding

Tytuł oryginału THE BAD DAUGHTER

WydawcaGrażyna Woźniak Jacek Fronczak

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaLidia Ścibek

Copyright © 2018 by Joy Fielding, Inc. Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Szubert, 2018

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9212-9

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Moim dwóm wspaniałym córkom

Rozdział pierwszy

Zaczęło się od mrowienia w żołądku, potem nieokreślony, dokuczliwy ból szybko przemieścił się do piersi, rozszedł się w różne strony, aż w końcu dotarł do szyi. Niewidzialne palce oplotły jej gardło i mocno uciskały tchawicę, odcinając dopływ tlenu; była oszołomiona, w głowie jej się kręciło. Mam atak serca, pomyślała Robin, nie mogę oddychać. Umieram.

Siedząca naprzeciwko niej kobieta w średnim wieku chyba niczego nie zauważyła. Zbyt pochłaniały ją własne problemy, prawdopodobnie z apodyktyczną teściową, trudną córką lub nieczułym mężem.

Dobra, weź się w garść. Skup się. Ta kobieta – jak ona, do diabła, się nazywa? – nie płaci jej siedemdziesięciu pięciu dolarów za godzinę, by dostać w zamian puste spojrzenie. Oczekuje, że Robin przynajmniej poświęci jej uwagę. Nie idzie się do terapeutki po to, by patrzeć na jej załamanie nerwowe.

Nie masz załamania nerwowego, zganiła się Robin, rozpoznając znajome objawy. To nie atak serca, tylko najzwyklejszy atak paniki. Już takie miewałaś. I powinnaś wiedzieć, w czym rzecz.

Ale to było przeszło pięć lat temu, pomyślała, biorąc oddech. Ataki paniki, których doświadczała niemal codziennie, stanowiły część jej przeszłości. Tylko że przeszłość jest zawsze z nami. Czy nie tak się mówi?

Robin nie musiała się zastanawiać, co wywołało ten nagły atak. Dobrze wiedziała, co – kto – był temu winny. Melanie, pomyślała, przywołując obraz starszej o trzy lata siostry i nie po raz pierwszy myśląc, że jeśli usunie się z jej imienia „l”, zostanie „Meanie[1]”.

Gdy Robin wróciła z lunchu, czekała na nią w gabinecie wiadomość na poczcie głosowej. Odsłuchała ją, zastanawiając się, czy zadzwonić, czy udawać, że nigdy jej nie dostała. W trakcie tych rozważań przyszła klientka. Musisz po prostu poczekać, bezgłośnie oznajmiła siostrze Robin, chwyciła notatnik i weszła do pokoju przeznaczonego do rozmów z klientami.

– Dobrze się pani czuje? – zapytała teraz kobieta, wychylając się do przodu w niebieskim tapicerowanym fotelu i podejrzliwie przyglądając się Robin. – Jakoś dziwnie pani wygląda.

– Czy mogę przeprosić panią na minutę? – Robin wstała, zanim jeszcze kobieta zdążyła odpowiedzieć. Wróciła do gabinetu i zamknęła drzwi.

– Już dobrze – szepnęła, opierając się obiema dłońmi o biurko i starannie omijając wzrokiem telefon. – Oddychaj. Po prostu oddychaj.

W porządku, wiesz, co się dzieje. Znasz przyczynę. Teraz musisz się tylko rozluźnić i skupić na oddechu. Za ścianą czeka na ciebie klientka. Nie masz czasu na bzdury. Ogarnij się. Co zwykła powtarzać matka? To też minie.

Ale nie wszystko minęło. A jeśli nie minęło, często powraca i może ugryźć w tyłek. Oddychaj głęboko, napominała się Robin. Jeszcze raz. I znów. Jeszcze trzy wdechy i wszystko niemal wróciło do normalności.

– W porządku – powiedziała głośno. – Jest dobrze.

Tyle że nie było dobrze i ona o tym wiedziała. Melanie dzwoniła z jakiegoś powodu i jakikolwiek był ten powód, nie wróżyło to niczego dobrego. Od śmierci matki siostry zamieniły ze sobą zaledwie parę słów, a żadnego, od kiedy Robin wyprowadziła się z Red Bluff po pośpiesznym ponownym ślubie ojca. Nic przez niemal sześć lat. Żadnego listu po ukończeniu przez Robin Berkeley ze stopniem magistra, żadnych gratulacji, gdy rok później otworzyła własną praktykę, nawet zwyczajnych życzeń szczęścia, gdy ona i Blake ogłosili swoje zaręczyny.

W końcu, dwa lata temu, zachęcona i wspierana przez Blake’a Robin zaprzestała wszelkich prób nawiązania kontaktu z siostrą. Czyż ona sama nie doradzała swym klientom, by przestali walić głową w mur, bo go nie przebiją? Czy nie pora, by zastosowała się do własnej mądrej rady?

Oczywiście zawsze łatwiej dawać rady, niż się do nich stosować.

A teraz, ni z tego, ni z owego, jej siostra dzwoni i zostawia na poczcie głosowej enigmatyczną wiadomość. To tak jakby rak, o którym się myślało, że został wycięty, wrócił, rycząc, jeszcze bardziej zajadły niż wcześniej.

Wiadomość zostawiona przez Melanie brzmiała: „Zadzwoń do mnie”, a ona sama nie zadała sobie trudu, by się przedstawić, uważając za rzecz oczywistą, że Robin rozpozna jej głos nawet po tak długim czasie.

Tak się oczywiście stało. Głos Melanie trudno było zapomnieć, nieważne, ile lat upłynęło.

O co, u licha, chodzi, zastanawiała się Robin, oddychając głęboko, po czym zaprzestała spekulacji. Doświadczenie ją nauczyło, że jej wyobraźnia nie jest w stanie konkurować z rzeczywistością. W żadnym razie.

Rozważała, czy zadzwonić do Blake’a, uznała jednak, że tego nie zrobi. Blake był zajęty i nie spodobałoby mu się, że ktoś mu przeszkadza. „To ty jesteś terapeutką”, mawiał, a jego oczy wędrowały gdzieś w bok, jakby tam dostrzegł właśnie kogoś bardziej interesującego.

Porzuciwszy rozmyślania o Blake’u i Melanie, Robin założyła za uszy kręcone blond włosy sięgające do linii brody i wróciła do drugiego pokoju z wymuszonym uspokajającym uśmiechem na ustach.

– Przepraszam za to opóźnienie – powiedziała do kobiety, która przyszła na wizytę po raz pierwszy i której imienia nie mogła sobie przypomnieć. Emma lub Emily. Coś w tym rodzaju.

– Wszystko w porządku? – zapytała kobieta.

– W najlepszym. Po prostu na chwilę zrobiło mi się niedobrze.

Oczy kobiety się zwęziły.

– Nie jest pani w ciąży, prawda? Nie chciałabym zaczynać terapii tylko po to, by zobaczyć, jak pani ją przerywa, żeby urodzić dziecko.

– Nie, nie jestem w ciąży. – Aby być w ciąży, trzeba uprawiać seks, pomyślała Robin. A ona i Blake nie kochali się od ponad miesiąca. – Czuję się dobrze – zapewniła, rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie imię tej kobiety. – Kontynuujmy, proszę. Mówiła pani...

Co, u licha, mówiła ta kobieta?

– Dobrze. Mówiłam, że mój mąż jest zupełnie beznadziejny, jeśli chodzi o stosunek do matki. Jakby miał znów dziesięć lat, dosłownie boi się otworzyć przy niej usta. Ona mówi mi naprawdę okropne rzeczy, a on zachowuje się tak, jakby nic nie słyszał. Potem, gdy zwracam mu uwagę, twierdzi, że przesadzam, że nie powinnam się przejmować. A moja córka oczywiście bierze z niej przykład. I jest teraz po prostu niegrzeczna. Powinna pani usłyszeć, jak ona się do mnie odzywa.

Myślisz, że masz problemy? Uważasz, że twoja rodzina jest trudna?

– Nie wiem, dlaczego moja teściowa tak bardzo mnie nienawidzi.

Ona nie potrzebuje powodu. Jeśli jest choć trochę podobna do mojej siostry, gardzi tobą dla zasady. Ponieważ jesteś.

Tak było. Melanie znienawidziła swoją młodszą siostrę w chwili, gdy ją zobaczyła. Była zazdrosna o nagle podzieloną uwagę matki. Szczypała Robin śpiącą w kołysce i nie przestawała, aż niemowlę było całe pokryte drobnymi siniakami. Gdy Robin miała dwa lata, Melanie obcięła nożyczkami jej piękne loczki; gdy miała siedem lat, pchnęła ją na ścianę podczas pozornie beztroskiej gry w berka i złamała jej nos. Nieustannie krytykowała sposób ubierania się Robin, jej zainteresowania, jej przyjaciół. „Ta dziewczyna to głupia zdzira”, szydziła Melanie z najlepszej przyjaciółki siostry, Tary.

Zaraz, zaraz – akurat w tej sprawie miała rację.

– Robiłam wszystko, aby być z nią w dobrych stosunkach. Zabierałam ją na zakupy. Zabierałam na lunch. Zapraszam do nas na kolację co najmniej trzy razy w tygodniu.

– Dlaczego? – zapytała Robin.

– Dlaczego? – powtórzyła kobieta.

– Skoro ona jest taka niemiła, po co zawracać sobie głowę?

– Ponieważ mój mąż uważa, że tak należy postępować.

– A więc niech o n zabiera ją na zakupy i na lunch. Ona jest jego matką.

– To nie takie proste – sprzeciwiła się kobieta.

– To właśnie jest takie proste – ripostowała Robin. – Ona jest niegrzeczna i nie szanuje pani. Nie ma pani obowiązku tego tolerować. Niech pani przestanie zabierać ją na zakupy i lunch. Zapraszać ją na kolację. Jeśli zapyta, dlaczego, proszę jej powiedzieć.

– A co powiem mężowi?

– Że jest pani zmęczona jej niegrzecznym zachowaniem i nie zamierza dłużej tego tolerować.

– Nie sądzę, żebym mogła to zrobić.

– Co panią powstrzymuje?

– Cóż, to jest skomplikowane.

– Ależ wcale nie.

Chcesz komplikacji? Pokażę ci, co to komplikacje. Moi rodzice byli małżeństwem trzydzieści cztery lata; przez cały ten czas ojciec zdradzał matkę z każdą puszczalską, która dała się złapać na jego uwodzicielskie spojrzenie, włącznie z moją przyjaciółką Tarą. Ożenił się z nią zaledwie pięć miesięcy po śmierci matki. A naprawdę ciekawie się robi, gdy dodamy, że Tara była wówczas zaręczona z moim bratem Alekiem. Wystarczająco skomplikowane?

Zaraz, zaraz, to nie wszystko.

Tara ma córkę, owoc jej nieudanego pierwszego małżeństwa, które zawarła, gdy tylko przestała być nastolatką. Cassidy ma teraz jakieś dwanaście lat. Cwany dzieciak. Mój ojciec ją uwielbia, okazuje jej więcej miłości, niż kiedykolwiek dawał własnym dzieciom. Czy wspomniałam przy okazji, że nie rozmawiałam ze swoją siostrą prawie sześć lat?

– Niektórzy ludzie są toksyczni – powiedziała głośno Robin. – Lepiej mieć z nimi jak najmniej do czynienia.

– Nawet gdy są rodziną?

– Zwłaszcza gdy są rodziną.

– Coś takiego – zdziwiła się kobieta. – Myślałam, że terapeuci zadają pytania i pozwalają samemu znaleźć odpowiedź.

Doprawdy? Boże, to zabrałoby całe lata.

– Po prostu pomyślałam, że oszczędzę nam obu trochę czasu.

– Jest pani twarda – powiedziała kobieta.

Robin omal się nie roześmiała. „Twarda” to prawdopodobnie ostatnie słowo, którego by użyła na określenie siebie. Twarda jest Melanie. Choć może właściwym słowem byłoby „zła”. Od kiedy Robin pamiętała, Melanie była zła. Na świat w ogóle. Na Robin w szczególności. Choć, prawdę mówiąc, to nie zawsze było łatwe dla Melanie. Do diabła, to nigdy nie było dla niej łatwe.

Do diabła, do diabła, pomyślała Robin. Komu zależy na prawdzie?

– Jest pani pewna, że dobrze się pani czuje? Pani twarz...

– Co jest nie tak z moją twarzą?

Mam udar? Albo porażenie nerwu twarzowego? Co jest nie tak z moją twarzą?

– Nic. Tylko na chwilę jakoś się skurczyła.

– Skurczyła?! – Robin uświadomiła sobie, że krzyczy.

– Przepraszam. Nie chciałam pani zdenerwować...

– Czy mogę przeprosić panią na minutę? – Robin zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że omal go nie przewróciła. – Zaraz wracam. – Otworzyła drzwi, wybiegła do wyłożonego szarą wykładziną przedpokoju i pognała wąskim korytarzem do toalety. Wpadła do środka i rzuciła się do umywalki, aby przejrzeć się w lustrze. Patrzyła na nią atrakcyjna trzydziestotrzyletnia kobieta o ciemnoniebieskich oczach, ładnych, pełnych wargach i twarzy w kształcie serca. Nie było brzydkich brodawek, wyraźnych blizn ani innych anomalii. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu, tylko nos był odrobinę przekrzywiony. Ale nie dało się zauważyć nic, co można by nazwać „skurczeniem się”. Może włosy wymagają podcięcia, uznała Robin, ale poza tym wyglądała porządnie, nawet profesjonalnie w różowej bluzce i prostej szarej spódnicy. Mogłaby przybrać na wadze parę kilogramów, ponieważ wciąż dźwięczał jej w uszach głos Melanie, wypominającej, że mimo osiągnięć i „wymyślnego stopnia naukowego” Robin jest „płaska jak naleśnik” i „chuda jak patyk”.

Poczuła, że zbliża się kolejny atak paniki, i na wszelki wypadek wzięła serię głębokich oddechów. Gdy to nie podziałało, spryskała twarz zimną wodą.

– W porządku, uspokój się – powiedziała do siebie. – Uspokój się. Wszystko jest dobrze. Choć twoja twarz jest cała skurczona. – Jeszcze raz przyjrzała się uważnie swojemu odbiciu i zauważyła, że ma zaciśnięte wargi, zaczęła więc szczypać się w policzki i usilnie próbowała się rozluźnić. – Nie pozwól, żeby Melanie cię zdenerwowała. – Wzięła kolejną serię głębokich oddechów, wdychając nosem, a wydychając ustami, wdychając dobrą energię, a wydychając złą. – Tam jest klientka, która cierpliwie czeka na twoją dobrą radę. Wracaj i rób, co do ciebie należy. Jakkolwiek się ta kobieta nazywa.

Robin wróciła do pokoju, lecz klientka zniknęła.

– Gdzie pani jest? – zawołała, otwierając drzwi do gabinetu, ale i tam nikogo nie było. – Adeline? – Zajrzała jeszcze raz do przedpokoju, także pustego. Wspaniale. Rychło w czas przypomniałam sobie jej imię.

Najwyraźniej Adeline uciekła. Przerażona „twardością” Robin i jej „skurczoną” twarzą. Trudno mieć do niej pretensję. Sesja okazała się katastrofą. Co dało jej prawo myśleć, że potrafi doradzać innym, skoro sama jest w kompletnej rozsypce?

Robin opadła na niebieski fotel opuszczony przez Adeline i rozejrzała się po starannie urządzonym pokoju. Ściany w kolorze jasnożółtym, słonecznym, miały wzbudzać optymizm. Plakat z bukietem kolorowych kwiatów na ścianie naprzeciwko drzwi ukazywał perspektywę rozwoju osobistego. Obok drzwi do gabinetu Robin wisiało zdjęcie jesiennych liści, subtelne przypomnienie, że zmiany są zarówno dobre, jak i nieuchronne. Honorowe miejsce za krzesłem, na którym zwykle siadała Robin, zajmował jej ulubiony kolaż, przedstawiający kobietę w okularach, o kręconych włosach i smutnym uśmiechu, wśród roześmianych twarzy; na wszystkich spadały krople deszczu, a nad głową kobiety wypisano wielkimi literami: DLACZEGO TAK SIĘ PRZEJMUJĘ? Plakat miał być zabawny i działać na klientów uspokajająco. Robin znalazła go na wyprzedaży garażowej w sąsiedztwie wkrótce po tym, jak przeprowadzili się z Blakiem do wspólnego mieszkania. Teraz Blake coraz częściej „pracował do późna”. Ile czasu upłynie, zanim wpadnie na pomysł wyprowadzki?

– Dlaczego tak się przejmuję? – zapytała kobietę z kolażu.

A ona uśmiechnęła się smutno i nie odpowiedziała.

Zadzwonił telefon w gabinecie.

– Cholera – rzuciła i słuchała dzwonków, dopóki nie włączyła się poczta głosowa. Czy to Melanie z pretensjami, że siostra nie zareagowała natychmiast na wiadomość od niej? Robin wstała powoli. Do diabła, pora wreszcie z tym skończyć.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, wchodząc do gabinetu, było czerwone światełko błyskające na telefonie. Usadowiła się w wygodnym, krytym bordową skórą fotelu za małym dębowym biurkiem. Było to biurko Blake’a z czasów, gdy zaczynał praktykę prawniczą; przekazał je Robin, ponieważ awansował, przeniósł się do większej firmy i do większego gabinetu, w którym musiały stać bardziej reprezentacyjne meble.

Czy to dlatego nigdy nie doszli do etapu planowania małżeństwa? Bo ona nie była dostatecznie reprezentacyjna dla mężczyzny pnącego się w górę?

Czyżby chodziło o tę ładną asystentkę, którą Blake zatrudnił, albo o tę atrakcyjną młodą prawniczkę z sąsiedniego biura? A może źródłem wątpliwości z jego strony była kobieta, do której się uśmiechał, czekając w kolejce w Starbucksie?

Jak długo można ignorować te aż nazbyt dobrze znane sygnały?

Robin podniosła słuchawkę i wysłuchała głosu informującego, że ma jedną nową wiadomość i jedną zachowaną. „Aby odsłuchać wiadomość, naciśnij jeden-jeden”.

Tak też zrobiła.

– Tu Adeline Sullivan – powiedział głos. – Dzwonię, aby przeprosić, że tak zniknęłam. Uznałam po prostu, że nie pasujemy do siebie i, cytując pani słowa, pomyślałam, że „oszczędzę nam obu trochę czasu”, więc wyszłam. Mam nadzieję, że się pani nie gniewa. Może mi pani wystawić rachunek za sesję. Podsunęła mi pani tematy do zastanowienia. – Podała adres, na który Robin mogła wysłać fakturę. Robin od razu skasowała wiadomość. Żeby tak wszystko inne dało się tak łatwo usunąć. Zamknęła oczy, jej palce zawisły nad przyciskami telefonu.

– No, dalej – mobilizowała siebie samą. – Dasz radę. – Wcisnęła przycisk, by jeszcze raz wysłuchać wiadomości od siostry.

– Pierwsza zachowana wiadomość – oznajmił głos, po czym dał się słyszeć obcesowy rozkaz jej siostry:

– Zadzwoń do mnie.

Robin nie musiała sprawdzać numeru telefonu Melanie. Znała go na pamięć, wyrył się w jej mózgu. Wybrała cyfry, zanim zdążyła zmienić zamiar.

Telefon został odebrany niemal natychmiast.

– Nie śpieszyłaś się – rzuciła jej siostra bez wstępów.

– Co się stało? – zapytała Robin.

– Lepiej usiądź – powiedziała Melanie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1Meanie – ang. „wredna” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Podziękowania

Dziękuję mojemu mężowi Warrenowi, który po wielu latach nauczył się w końcu wyrażać opinie o moich rękopisach w sposób niewywołujący u mnie chęci rzucenia w niego książką. Dziękuję również mojej córce Shannon (zajrzyjcie, proszę, na jej stronę internetową shannonmicol.com) za jej wnikliwe uwagi redakcyjne i wielką pomoc. Podziękowania i wyrazy wdzięczności należą się oczywiście także Larry’emu Mirkinowi, którego sugestie i wsparcie były równie bezcenne, jak zawsze.

Zwykle dziękowałam także Bev Slopen za pomoc przy pisaniu książki, lecz tym razem nasze plany kolidowały ze sobą. Dziękuję jej jednak tak czy inaczej jako mojej powierniczce i przyjaciółce.

Podziękowania i serdeczne „Witamy na pokładzie” dla mojej nowej redaktorki Anne Speyer. Przez lata współpracowałam z niejedną redaktorką i redaktorem, więc wiem, że czasami trudno zaufać nowej osobie. Anne jest jednak niezwykła. „Kupiła” mnie i to, co próbuję robić, a ja jestem bardzo wdzięczna, że należy do mojego zespołu.

Skoro mowa o zespołach, chcę podziękować całemu zespołowi WME Entertainment, a zwłaszcza mojej długoletniej agentce Tracy Fisher, która niczym dobre wino z każdym rokiem staje się lepsza, oraz jej asystentkom, dawnym i obecnym, Alli Dwyer, Drew Factor i Fionie Smith. Pragnę także złożyć podziękowania pracownikom wszystkich wydziałów – lista staje się dłuższa z każdym rokiem, proszę więc mi wybaczyć, że nie wymieniam nazwisk, ponieważ mogłabym kogoś pominąć – wydawnictw Ballantine w Nowym Jorku i Doubleday w Kanadzie (oba są oddziałami Penguin Random House) za ich ciężką pracę i starania, a także moim wydawcom i tłumaczom na całym świecie. W tych czasach kurczącej się liczby czytelników i wydawnictw naprawdę mam szczęście. (Tęsknię za tobą, Helgo! Dbaj o siebie).

Specjalne podziękowania dla Corinne Assayag, która zajmowała się moją stroną internetową i nadal wspaniale się nią opiekuje.

Uściski i całusy dla mojej córki Annie, jej męża Courtneya oraz ich cudownych dzieci. Kolejne uściski dla mojej siostry Renee (która, zapewniam, w niczym nie przypomina Melanie) i dla Aurory, która bardzo się o mnie troszczy, a przy tym robi najlepsze w mieście muffinki żurawinowe i koktajle truskawkowo-bananowe.

Dziękuję także Peterowi Araianowi, który przybył mi na ratunek, gdy mój komputer odmówił posłuszeństwa, a ja próbowałam właśnie przejrzeć ten rękopis po adiustacji i jak zwykle wpadłam w panikę, z furią pomstując na nowoczesną technikę.

I wreszcie, jak zwykle, dziękuję Wam, moi Czytelnicy. Cieszę się na spotkanie z każdym z Was – zarówno bezpośrednie, jak i przez mejle. Nie wstydźcie się. Piszcie do mnie.