Zjeżona - Anna Kapczyńska - ebook
Opis

W każdej kobiecie drzemie wielka siła, trzeba ją tylko obudzić. Ale jak obudzić coś, czego istnienia się nawet nie podejrzewa, a w dodatku bliscy w imię źle pojmowanej miłości robią wszystko, żeby tę siłę stłamsić…? Henia ma trzydzieści pięć lat, wyższe wykształcenie, lekką nadwagę, grube i kręcone włosy, garbaty nos, głupie imię, chłopaka, z którym chodzi od trzynastu lat, pracę w dziale marketingu, ukochaną babcię, przebojowe przyjaciółki, dulską matkę i ojca organistę kościelnego. Nie ma pierścionka zaręczynowego, pewności, że kiedyś ten pierścionek zobaczy, wiary w siebie, ambicji zawodowych, kobiecych ciuchów, asertywności i planu na najbliższe lata. Będąc przekonana, że nie może zmienić rzeczywistości, jak plastelina stara się dopasować do najbardziej nawet niewygodnych sytuacji. Dopóki nie decyduje o sobie, inni robią to za nią. Daje się wessać w wir absurdalnych zdarzeń i w efekcie jest szczerze zaskoczona swoim położeniem, lecz wciąż płynie z prądem, wierząc, że to dobry prąd i dokądś ją doprowadzi. I prowadzi na Jeżyce, gdzie wszystko może się zdarzyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja, re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Pro­jekt okład­ki

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fia na okład­ce

© Geo­r­ge Rudy|Shut­ter­stock

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2018

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2017

tekst ©Anna Kap­czyń­ska

ISBN 978-83-7835-690-5

Dla mo­jej Mamy, Ha­li­ny z Je­życ, któ­ra była nie­zwy­kłą ko­bie­tą o do­brym ser­cu i z wiel­kim po­czu­ciem hu­mo­ru.

Je­że­li nie za­pla­nu­jesz so­bie week­en­du, inni zro­bią to za Cie­bie.

W za­sa­dzie do­ty­czy to ca­łe­go ży­cia.

He­nizm — wy­jąt­ko­wa zdol­ność do nie­ocze­ki­wa­ne­go od­naj­dy­wa­nia wła­snej oso­by w sy­tu­acjach gro­te­sko­wych, ab­sur­dal­nych i śmiesz­nych. Śmiesz­nych dla osób po­stron­nych. Dla za­in­te­re­so­wa­nej są to sy­tu­acje za­zwy­czaj przy­gnę­bia­ją­ce, a bywa, że na­wet tra­gicz­ne.

Czy sy­tu­acje, w któ­rych od­naj­du­je się He­nia, in­te­re­su­ją ko­goś poza samą He­nią? Tyl­ko je­śli są gro­te­sko­we, ab­sur­dal­ne lub śmiesz­ne, co ozna­cza, że dla Heni są za­zwy­czaj przy­gnę­bia­ją­ce, a na­wet tra­gicz­ne.

Wy­da­je się, że z punk­tu wi­dze­nia ko­smo­su ab­sur­dal­ne sy­tu­acje, w któ­rych znaj­du­je się He­nia, są zu­peł­nie bez zna­cze­nia. Tak samo, jak wszel­kie sy­tu­acje, w któ­rych znaj­du­ją się po­zo­sta­łe oso­by na zie­mi.

Jed­nak wszel­kie zna­ki na nie­bie i zie­mi wska­zu­ją na to, że ko­smo­so­wi wca­le nie jest wszyst­ko jed­no. Daje sy­gna­ły, a w ży­ciu cho­dzi tyl­ko o to, żeby na­uczyć się je od­czy­ty­wać. Ja­kie to pro­ste.

Część pierwsza. Wszystko się może zdarzyć…

Co było, a czego było mi brak

Mia­łam trzy­dzie­ści pięć lat, wyż­sze wy­kształ­ce­nie, lek­ką nad­wa­gę, gru­be i krę­co­ne wło­sy, gar­ba­ty nos, głu­pie imię, chło­pa­ka, z któ­rym cho­dzi­łam od trzy­na­stu lat, pra­cę w dzia­le mar­ke­tin­gu, uko­cha­ną bab­cię, prze­bo­jo­we przy­ja­ciół­ki, dul­ską mat­kę i ojca or­ga­ni­stę ko­ściel­ne­go. Nie mia­łam pier­ścion­ka za­rę­czy­no­we­go, pew­no­ści, że kie­dyś ten pier­ścio­nek zo­ba­czę, wia­ry w sie­bie, am­bi­cji za­wo­do­wych, ko­bie­cych ciu­chów, aser­tyw­no­ści i pla­nu na naj­bliż­sze lata. Pły­nę­łam z prą­dem, wie­rząc, że to do­bry prąd i do­kądś mnie do­pro­wa­dzi. I pro­wa­dził, ale nie­ko­niecz­nie tam, gdzie chcia­ła­bym się zna­leźć.

Czerwiec 2015, Polanka. Żałoba po Waldku

Chcia­łam wy­glą­dać sto­sow­nie do oko­licz­no­ści, tyl­ko że nie zna­łam oko­licz­no­ści. Wie­dzia­łam, że re­stau­ra­cja, wie­dzia­łam, że „mu­si­my po­roz­ma­wiać”, ale co to mia­ło ozna­czać – tego jesz­cze nie wie­dzia­łam.

– Bę­dzie ci się oświad­czał, czu­ję to w ko­ściach! – ści­ska­jąc mnie, stwier­dzi­ła moja przy­ja­ciół­ka Ewa. – Cie­szysz się?

– Ja?

– Nie, ja! No ty! Przy­mierz moją czar­ną su­kien­kę bez ple­ców, jest bar­dzo szy­kow­na i pa­su­je do po­wa­gi sy­tu­acji.

Otwo­rzy­ła sza­fę, zdję­ła su­kien­kę z wie­sza­ka i po­da­ła mi ją. Nie­mra­wo za­czę­łam ją na sie­bie za­kła­dać. Nie było ła­two, bo po pierw­sze, Ewa jest ode mnie szczu­plej­sza, a po dru­gie, nie chcąc się ob­na­żać, bez za­sta­no­wie­nia pró­bo­wa­łam wci­snąć ją na luź­ny bia­ły T-shirt.

– Tak, He­niu, świet­nie, szko­da, że nie masz pod spodem jesz­cze swe­tra – kpi­ła ze mnie. – Ścią­gaj tę ko­szu­lę noc­ną i przy­mierz kiec­kę jak na­le­ży.

Zro­bi­łam, jak ka­za­ła. Z przo­du na­wet, na­wet, ale z tyłu – kosz­mar. Su­kien­ka nie mia­ła ple­ców, za to ja je mia­łam i to zbyt ob­fi­te, przez co pre­zen­to­wa­łam się w niej nie­wyj­ścio­wo. Do tego spra­ny sta­nik, któ­ry kie­dyś pew­nie był bia­ły, a te­raz bli­żej mu było do be­żo­we­go. Mu­szę za­in­we­sto­wać w bie­li­znę – po­sta­no­wi­łam.

– Mu­sisz za­in­we­sto­wać w bie­li­znę. – Ewa przy­glą­da­ła mi się kry­tycz­nie. – Ale to przy in­nej oka­zji, bo do tej su­kien­ki nie za­kła­da się sta­ni­ka. Zdej­muj.

O mat­ko! No­szę sta­nik od trzy­na­ste­go roku ży­cia, od­kąd mój biust się o nie­go upo­mniał. Z pew­no­ścią mia­łam bra­ki w uro­dzie, ale na brak biu­stu na­rze­kać nie mo­głam. Jak więc mia­ła­bym pójść mię­dzy lu­dzi bez sta­ni­ka?!

– Prze­cież wszyst­ko bę­dzie wi­dać!

– No i o to cho­dzi, masz faj­ne cyc­ki, nie ma się cze­go wsty­dzić.

Jak po­ra­dzi­ła, tak zro­bi­łam. Po­czu­łam się jak­bym była naga. Obłe ple­cy i sut­ki były wi­docz­ne pod ma­te­ria­łem, ale Ewie bar­dzo się spodo­ba­ło.

– Bo­sko – za­chwy­ca­ła się – wresz­cie wy­glą­dasz ko­bie­co, mu­sisz się wła­śnie tak ubie­rać. Ale nie mo­żesz iść cała na czar­no, że­byś nie wy­glą­da­ła jak na po­grze­bie daw­ne­go ko­chan­ka. Mu­sisz czymś oży­wić tę kiec­kę. Może przy­pnij do niej ja­kiś kwiat, naj­lep­szy był­by czer­wo­ny. Wiesz, ro­man­tyzm, mi­łość… – Roz­ma­rzy­ła się.

To jej roz­ma­rze­nie już za­czę­ło mi się udzie­lać, ale za­raz przy­wo­ła­łam się do po­rząd­ku.

– Ale ja nie mam czer­wo­ne­go kwia­tu! Żad­ne­go nie mam! – Za­czę­łam pa­ni­ko­wać.

– No to so­bie kup! Czas naj­wyż­szy, że­byś za­czę­ła ku­po­wać ta­kie rze­czy, nie mo­żesz całe ży­cie no­sić ko­ra­li­ków i rze­my­ków, nie masz już pięt­na­stu lat, a do tego za chwi­lę bę­dziesz żoną.

Żona… Czy to sło­wo w ogó­le do mnie pa­so­wa­ło? Zresz­tą, skąd Ewa może wie­dzieć, że on bę­dzie mi się oświad­czał?! Mia­łam wra­że­nie, że bę­dzie ra­czej od­wrot­nie.

– A ja my­ślę, że on chce ze mną ze­rwać – po­wie­dzia­łam zło­wiesz­czo.

– Zwa­rio­wa­łaś? – Po­pu­ka­ła się w czo­ło. – Po dzie­się­ciu la­tach cho­dze­nia, czy ra­czej wspól­ne­go sie­dze­nia na ka­na­pie? – Za­śmia­ła się.

– Trzy­na­stu – po­pra­wi­łam ją po­nu­ro.

– To jesz­cze go­rzej – kpi­ła – jesz­cze wię­cej zmar­no­wa­ne­go cza­su na jed­ne­go fa­ce­ta.

– Nie­któ­rzy do­brze się czu­ją w mo­no­ga­mii. – Prze­ko­ny­wa­łam ją i samą sie­bie przy oka­zji.

– Trud­no mi w to uwie­rzyć, ale sko­ro tak twier­dzisz, to dla­cze­go na­gle się bo­isz, że Wal­di bę­dzie chciał na­gle ze­rwać z tobą i tym wie­lo­let­nim przy­zwy­cza­je­niem?

– No, a dla­cze­go nie? Może wła­śnie dla­te­go, znu­dzi­łam mu się i już. – Po­smut­nia­łam.

Za­czy­na­łam na­bie­rać pew­no­ści, że wła­śnie o ze­rwa­nie mu cho­dzi. Jak się czło­wiek chce oświad­czać, to jest ra­czej ra­do­sny, za­do­wo­lo­ny, pew­ny sie­bie, a Wal­dek taki nie był, kie­dy mi pro­po­no­wał wyj­ście do re­stau­ra­cji. No i to „mu­si­my po­roz­ma­wiać” nie brzmia­ło do­brze. Czy oświad­czy­ny są roz­mo­wą? Są pro­po­zy­cją, nie­spo­dzian­ką. Gdy­by chciał się oświad­czać, to po­wie­dział­by ra­czej „mam dla cie­bie nie­spo­dzian­kę”. Chy­ba­by tak po­wie­dział, bo ni­g­dy wcze­śniej nie miał dla mnie żad­nej nie­spo­dzian­ki. Ale ni­g­dy też wcze­śniej mi się nie oświad­czał ani ze mną nie zry­wał, więc skąd mia­łam wie­dzieć, co za­mie­rza? Stan­dar­do­wo za­ło­ży­łam naj­gor­sze, tak na wszel­ki wy­pa­dek, żeby się nie roz­cza­ro­wać. Le­piej być przy­go­to­wa­nym, moż­na unik­nąć szo­ku. Po ci­chu li­czy­łam jed­nak na to, że to Ewa ma ra­cję. Znów się roz­ma­rzy­łam.

W tym mo­men­cie do miesz­ka­nia we­szła Kate, na­sza współ­lo­ka­tor­ka. Ofi­cjal­nie była Ka­ta­rzy­ną, ale za­bi­ja­ła każ­de­go, kto pró­bo­wał się do niej zwró­cić tym imie­niem lub uży­wa­jąc zdrob­nie­nia „Ka­sia”. Za­bi­ja­ła wzro­kiem i bar­dzo cię­tą czy wręcz wul­gar­ną ri­po­stą. Od „Kejt” było już bar­dzo bli­sko do „hejt” i coś w tym było, bo dla niej nie było pół­środ­ków – albo ko­cha­ła, albo nie­na­wi­dzi­ła. Młod­sza ode mnie o kil­ka lat, pew­na sie­bie, bez­czel­na, za­wa­diac­ka. Kie­dy za­pa­la­ła się do ja­kie­goś po­my­słu, to na­tych­miast wcie­la­ła go w ży­cie, bez gdy­ba­nia i szu­ka­nia ewen­tu­al­nych za­gro­żeń. Je­śli po­mysł nie wy­pa­lał, to z tym sa­mym en­tu­zja­zmem re­ali­zo­wa­ła ko­lej­ny. Cho­dzą­ca ener­gia. Ślicz­na i zgrab­na, szczu­pła blon­dyn­ka, ubie­ra­ją­ca się dość eks­tra­wa­ganc­ko. Po­dzi­wia­łam ją i jej za­zdro­ści­łam. Mnie też da­le­ko było do ele­gan­cji, co zresz­tą wy­po­mi­na­ła mi Ewa, ale mia­łam wszyst­ko ra­czej sto­no­wa­ne, nie­rzu­ca­ją­ce się w oczy: jak dżin­sy, to zwy­kłe, jak T-shirt, to prze­waż­nie w gra­na­to­wym ko­lo­rze, bez wy­zy­wa­ją­cych na­pi­sów. Od cza­su do cza­su do­pa­da­ło mnie jed­nak moc­ne po­sta­no­wie­nie po­pra­wy swo­je­go wi­ze­run­ku i łu­dzi­łam się, że tym spo­so­bem zmie­nię swo­je ży­cie. Nie­ste­ty, za po­sta­no­wie­niem nie szło żad­ne dzia­ła­nie, bo da­lej by­łam uwię­zio­na w nie­śmier­tel­nych dżin­sach i ciem­nych ko­lo­rach. For­ma od­po­wia­da­ła tre­ści: ubie­ra­łam się prze­cięt­nie i moje ży­cie było cał­kiem zwy­czaj­ne. Za to Kate, w kon­tra­ście do mnie, była po­sta­cią barw­ną. Tego dnia mia­ła na so­bie po­szar­pa­ne dżin­sy, w któ­rych było chy­ba wię­cej dziur niż ma­te­ria­łu (już wi­dzę minę Wald­ka albo mo­je­go ojca, gdy­bym od­wa­ży­ła się ta­kie za­ło­żyć!) i po­ma­rań­czo­wą ko­szul­kę. Za­wią­za­ne byle jak i byle czym wło­sy z nie­sfor­ny­mi ko­smy­ka­mi do­da­wa­ły jej dziew­czę­ce­go uro­ku. Przez ra­mię mia­ła prze­wie­szo­ną ko­lo­ro­wą pat­chwor­ko­wą tor­bę – za­pew­ne rę­ko­dzie­ło.

– Sie­ma, Hen – rzu­ci­ła na po­wi­ta­nie.

Okrop­nie iry­to­wa­ła mnie ta ksy­wa. Moje imię było samo w so­bie wy­star­cza­ją­co bez­na­dziej­ne. Nie zna­łam oprócz mnie żad­nej Hen­ry­ki, a je­dy­ne, o któ­rych sły­sza­łam, to Boch­niarz i Krzy­wo­nos, z któ­rych każ­da, z ra­cji wie­ku, mo­gła­by być moją mat­ką. Mój oj­ciec był sta­ro­świec­ki, za­czy­ty­wał się w Sien­kie­wi­czu i chy­ba li­czył na to, że uro­dzi mu się syn, więc, choć ni­g­dy się do tego nie przy­znał, bo by­łam jego uko­cha­ną je­dy­nacz­ką, to… Mało kto zwra­cał się do mnie peł­nym imie­niem, He­nia też brzmia­ło „sła­bo”, ale hen to prze­cież kura po an­giel­sku! Oczy­wi­ście ja, bez­kon­flik­to­wa, grzecz­na i ci­cha mysz­ka, nie od­wa­ży­łam się ni­g­dy po­wie­dzieć Kate, żeby tak mnie nie na­zy­wa­ła.

– Co się od­strze­li­łaś jak stróż w Boże Cia­ło? – za­py­ta­ła bez ogró­dek. – Ktoś umarł?

– Nie, no, przy­mie­rzam… eee… od Ewy, bo aku­rat… chcia­łam wie­dzieć… taka kiec­ka na spe­cjal­ne oka­zje… a taka oka­zja wła­śnie jest, nie tam zno­wu, że na pew­no, ale na wszel­ki wy­pa­dek… nie mam ni­cze­go w tym sty­lu. Ja za­wsze spodnie, spodnie, a by­łam cie­ka­wa… – Plą­ta­łam się głu­pio w ze­zna­niach.

– To ża­ło­ba po Wald­ku – po­wie­dzia­ła śmier­tel­nie po­waż­nie Ewa.

– O kur­wa… prze­pra­szam. – Kate się za­wsty­dzi­ła, co na­le­ża­ło u niej do rzad­ko­ści. – Co się sta­ło?!

– Wal­dek zry­wa z He­nią – kon­ty­nu­owa­ła Ewa gro­bo­wym gło­sem.

– Ale ty je­steś po­je­ba­na! – Za­śmia­ła się. – Na­praw­dę się wy­stra­szy­łam.

– No i słusz­nie, ta­kie ze­rwa­nie po dzie­się­ciu la­tach to nic śmiesz­ne­go.

– Po trzy­na­stu – wtrą­ci­łam za ci­cho, bo nie zwró­ci­ły na mnie uwa­gi.

– E, tam, jego stra­ta. Bar­dzo do­brze, ni­g­dy go nie lu­bi­łam. To bez­na­mięt­ny ćwok. Zero pa­sji, zero chę­ci ży­cia, zero po­lo­tu. To ro­śli­na i pa­so­żyt. Już daw­no po­win­naś go w dupę kop­nąć, a nie cze­kać aż on to zro­bi.

– Ewa so­bie żar­tu­je – wy­ja­śnia­łam za­wsty­dzo­na. – Wal­dek mnie za­pro­sił do re­stau­ra­cji i wła­ści­wie nie wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du. Nic nie mó­wił i był ra­czej ta­jem­ni­czy.

– Ja od razu po­my­śla­łam, że chce jej się oświad­czyć – kon­ty­nu­owa­ła Ewa.

– O, nie! Naj­go­rzej! – skwi­to­wa­ła po swo­je­mu Kate.

– Więc Ewa wy­my­śli­ła, że­bym się ja­koś ład­nie ubra­ła na tę oka­zję i stąd ta przy­miar­ka – wy­ja­śnia­łam da­lej – ale mam oba­wy, czy to nie o ze­rwa­nie jed­nak cho­dzi, a Ewa prze­ko­nu­je mnie, że to na bank oświad­czy­ny. Sama nie wiem, nie chcę się na­sta­wiać, żeby póź­niej się nie roz­cza­ro­wać.

Mimo wszyst­kich wąt­pli­wo­ści uśmiech­nę­łam się bez­wied­nie na myśl o klę­czą­cym z pier­ścion­kiem Wald­ku – to by­ło­by speł­nie­nie mo­ich ma­rzeń.

– Mo­żesz mieć ra­cję. – Ewa spro­wa­dzi­ła mnie na zie­mię. – Może on rze­czy­wi­ście chce z tobą ze­rwać?

– Co?! – wy­stra­szy­łam się.

– Wte­dy czer­wo­ny kwiat fak­tycz­nie był­by nie na miej­scu i ty taka wy­stro­jo­na, roz­anie­lo­na, a on wy­sko­czy z czymś ta­kim. Je­śli cho­dzi o fa­ce­tów, nic już mnie nie zdzi­wi – mó­wi­ła z prze­ko­na­niem.

– Mnie też nie – kra­ka­ła Kate.

– Jak to? – Ro­bi­ło mi się sła­bo. – To co ja mam zro­bić?

– Mu­sisz sta­wić czo­ło tej sy­tu­acji, mu­sisz być na nią przy­go­to­wa­na. Nie ma co za­kła­dać naj­gor­sze­go, ale z dru­giej stro­ny – le­piej, że­byś była świa­do­ma. No i ciu­chy są waż­ne. Wiem! Już wiem jak się ubie­rzesz! – wy­krzyk­nę­ła trium­fal­nie.

Za­czy­na­łam się wła­śnie po­grą­żać w czar­nej roz­pa­czy w ob­li­czu roz­pa­du mo­je­go związ­ku, któ­ry do dziś wy­da­wał mi się w mia­rę sta­bil­ny, bez spe­cjal­nych unie­sień, ale i bez upad­ków. Nie do koń­ca by­łam prze­ko­na­na, że kwe­stia wy­bo­ru stro­ju na oka­zję ze­rwa­nia ma ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie.

Jed­nak Ewa była w swo­im ży­wio­le. Za­nur­ko­wa­ła w prze­past­nej sza­fie i wy­ję­ła z niej coś z ce­ki­na­mi.

– Za­ło­żysz ob­ci­słe dżin­sy i tę sek­sow­ną bluz­kę, a do tego zwy­kłą, kla­sycz­ną ma­ry­nar­kę. Na po­czą­tek bę­dziesz wy­glą­da­ła po­waż­nie, ale mu­sisz mieć ko­niecz­nie ob­ca­sy, bo do­da­ją pew­no­ści sie­bie. Je­śli się oka­że, że on ci się jed­nak oświad­czy, mo­żesz w każ­dej chwi­li zrzu­cić ma­ry­nar­kę, roz­pu­ścić wło­sy i z pro­fe­sjo­nal­nej pani me­ne­dżer prze­mie­nić się w dziu­nię.

Do­bry plan. Sama bym go le­piej nie wy­my­śli­ła. Cho­ciaż nie by­łam ani pa­nią me­ne­dżer, ani dziu­nią. Nie by­łam na­wet do koń­ca pew­na, co ozna­cza by­cie dziu­nią i czy Wald­ko­wi się to spodo­ba. Bar­dzo za­le­ża­ło mi na jego opi­nii. W tam­tym mo­men­cie uświa­do­mi­łam so­bie, jak wie­le w moim ży­ciu za­le­ży od jego de­cy­zji. Albo mi się oświad­czy i już wkrót­ce będę jego żoną (od za­wsze tego chcia­łam, wciąż tego chcia­łam… czy na pew­no wciąż tego chcia­łam?), albo on ze mną ze­rwie i będę sa­mot­na (za nic w świe­cie bym tego nie chcia­ła, nikt nie lubi być sam… no może tro­szecz­kę by­łam cie­ka­wa, jak moje ży­cie uło­ży­ło­by się bez nie­go). Ktoś, de­cy­du­jąc się na skok na ban­dżi ma świa­do­mość, że lina może być za dłu­ga albo za cien­ka i skoń­czy się to tra­gicz­nie. Mimo to w ob­li­czu przy­go­dy i emo­cji wie­lu de­cy­du­je się na ten krok. Ja jed­nak nie na­le­ża­łam do ry­zy­kan­tek, wo­la­łam, żeby ktoś za mnie po­dej­mo­wał de­cy­zje. Dla­te­go zgo­dzi­łam się na po­li­ty­kę ubra­nio­wą Ewy, po­ży­czy­łam od niej tę sek­si bluz­kę i wy­bra­łam się na ko­la­cję z moim obec­nym, a za chwi­lę by­łym chło­pa­kiem. W tę albo we w tę, nie­za­leż­nie od tego, czy mi się oświad­czy, czy ze mną ze­rwie, chło­pa­kiem już nie bę­dzie. Na­rze­czo­ny, albo eks. Wy­bór na­le­żał do nie­go.

Rok wcześniej – czerwiec 2014, Starołęka. Tu będzie miejsce pani Kasi

W ze­szłym roku o tej po­rze na­wet jesz­cze nie zna­ły­śmy Kate. Pra­co­wa­ły­śmy wte­dy już kil­ka lat w fir­mie B, czo­ło­wym pro­du­cen­cie czę­ści do ma­szyn do cze­goś tam – nie­zbyt się na tym znam. Za­gad­nie­nia tech­nicz­ne były mi za­wsze tak bli­skie, jak ję­zyk chiń­ski. Na szczę­ście nie mu­sia­łam spe­cjal­nie wni­kać w de­ta­le, wy­star­czy­ło, że mia­łam ogól­ne po­ję­cie. Pra­co­wa­łam w dzia­le mar­ke­tin­gu i do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­ża­ło two­rze­nie ra­por­tów sku­tecz­no­ści po­szcze­gól­nych dzia­łań. Stra­te­gię na­rzu­ca­no nam od­gór­nie, stan­dar­dy dzia­łań rów­nież, jak to w kor­po­ra­cji. Mia­łam swo­ją część ro­bo­ty do wy­ko­na­nia: od­czy­tać mej­le i licz­by, któ­re się w nich znaj­do­wa­ły, i wpi­sać do od­po­wied­nich okie­nek we wła­ści­wych ta­bel­kach. Nie była to pra­ca bar­dzo wy­ma­ga­ją­ca, a już z pew­no­ścią nie moż­na jej było na­zwać kre­atyw­ną. Jed­nak zu­peł­nie mi to wte­dy nie prze­szka­dza­ło. Tak już by­łam skon­stru­owa­na (wy­cho­wa­na, wy­tre­so­wa­na?), że cie­szy­łam się z tego, co mam i nie na­rze­ka­łam za bar­dzo. Choć nie­co jed­nak na­rze­ka­łam, jak każ­dy. Po­noć na­rze­ka­nie to sport na­ro­do­wy Po­la­ków. Tro­chę ten sport upra­wia­łam, tak odro­bi­nę, w gra­ni­cach przy­zwo­ito­ści. Wte­dy nie po­zna­łam jesz­cze słod­kie­go sma­ku po­dej­mo­wa­nia wła­snych de­cy­zji, ja­koś wy­da­wa­ło mi się, że wszy­scy do­oko­ła wie­dzą le­piej, mają szer­sze ho­ry­zon­ty, lep­sze źró­dła, więc się nie wy­chy­la­łam.

Pra­ca była ra­czej mo­no­ton­na i żmud­na, ale po­wta­rzal­ność ma pe­wien wa­lor, któ­ry był wów­czas dla mnie bez­cen­ny: ru­ty­na da­wa­ła mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Mia­łam swo­je małe biu­recz­ko przy oknie, a na nim szpar­ga­ły i dro­bia­zgi: zdję­cie z uko­cha­nym z wa­ka­cji, ko­lo­ro­we dłu­go­pi­sy, no­tes i oczy­wi­ście kom­pu­ter. Na re­ga­le przy drzwiach sta­ły se­gre­ga­to­ry, w któ­rych ar­chi­wi­zo­wa­łam ra­por­ty. By­łam skru­pu­lat­na, w mo­ich do­ku­men­tach pa­no­wał po­rzą­dek, mia­łam wszyst­ko opi­sa­ne, przez co nie mia­łam pro­ble­mu z od­szu­ka­niem tego, o co pro­si­ło kie­row­nic­two.

A kie­row­nic­two mia­łam za­cne, bo moją bez­po­śred­nią prze­ło­żo­ną była Ewa. Wła­ści­wie nie wiem, jak to się sta­ło, że się za­przy­jaź­ni­ły­śmy, bo by­ły­śmy zu­peł­nie róż­ne. Ona prze­bo­jo­wa, cha­ry­zma­tycz­na i bar­dzo ko­bie­ca, a ja – sza­ra mysz­ka. Za­kum­plo­wa­ły­śmy się chy­ba na za­sa­dzie przy­cią­ga­ją­cych się prze­ci­wieństw: ja, moje wy­tar­te dżin­sy, sta­re tramp­ki i roz­cią­gnię­te swe­try przy jej raj­sto­pach, man­kie­tach, ko­zacz­kach i ma­ry­nar­kach. Spo­ty­ka­ły­śmy się w bu­fe­cie albo na pa­pie­ro­sie. Jej pa­pie­ro­sie, bo ona pa­li­ła – ja nie – i cho­dzi­łam z nią dla to­wa­rzy­stwa. Jej się nie chcia­ło pa­lić w sa­mot­no­ści, a ja czu­łam się wy­róż­nio­na tą zna­jo­mo­ścią. Opo­wia­da­ła mi o swo­ich fa­ce­tach, ja o związ­ku z Wald­kiem i tym, jak trud­no mi się do­ga­dać z co­raz star­szy­mi i co­raz mniej to­le­ran­cyj­ny­mi ro­dzi­ca­mi.

Ewa im­po­no­wa­ła mi pod każ­dym wzglę­dem. Była ład­niej­sza, zgrab­niej­sza, bar­dziej sek­sow­na, pew­na sie­bie, le­piej się ubie­ra­ła i przy­cią­ga­ła mę­skie spoj­rze­nia. Na mnie nikt nie zwra­cał uwa­gi. Nic więc dziw­ne­go, że Ewa, cho­ciaż pra­co­wa­ła kró­cej ode mnie, szyb­ko awan­so­wa­ła na kie­row­nicz­kę. Była am­bit­na, po­my­sło­wa, kon­kret­na, gło­śno mó­wi­ła cze­go chce, a ja tak nie umia­łam. Zresz­tą na­wet gdy­bym umia­ła, to nie mia­ła­bym wie­le do po­wie­dze­nia, bo bez­kry­tycz­nie ak­cep­to­wa­łam za­sta­ną rze­czy­wi­stość.

Oczy­wi­ście mie­wa­ły­śmy spię­cia – bo Ewa za­wsze chcia­ła mieć wszyst­ko na wczo­raj, ja wo­la­łam ro­bić coś dłu­żej, ale do­kład­niej, więc czę­sto jed­no wy­klu­cza­ło dru­gie.

– Ty i te two­je ko­lo­ro­wan­ki! – Śmia­ła się z mo­ich me­tod.

– Przy­naj­mniej wiem, co gdzie mam – od­gry­za­łam się, wska­zu­jąc wy­mow­nie na ster­tę pa­pie­rów na jej biur­ku.

Pro­wa­dzi­ły­śmy zu­peł­nie od­mien­ne ży­cie to­wa­rzy­skie. Ona zmie­nia­ła fa­ce­tów jak rę­ka­wicz­ki, a ja tkwi­łam w jed­nym związ­ku od lat. Tkwie­nie to ide­al­ne okre­śle­nie, tkwi się nie­szczę­śli­wie, nie wiem, czy już wte­dy to do­strze­ga­łam, ale z per­spek­ty­wy cza­su wi­dzę to jak na dło­ni. W pra­cy ru­ty­na, w związ­ku ru­ty­na, a Ewa ko­rzy­sta­ła z ży­cia. Pod­czas gdy ja za­zwy­czaj już o je­de­na­stej by­łam w łóż­ku, bo moje rand­ki koń­czy­ły się o 21.00 (Wal­dek mu­siał się wy­spać), ona ba­lo­wa­ła w ty­go­dniu do dru­giej, trze­ciej nad ra­nem. By­wa­ła nie­wy­spa­na, lecz jej ży­cie ki­pia­ło od na­mięt­no­ści. Ja zaś by­łam za­wsze wy­po­czę­ta i co tu dużo kryć, znu­dzo­na.

No i tak so­bie ży­ły­śmy w ra­do­snej służ­bo­wej sym­bio­zie: kie­row­nicz­ka i jej pod­wład­na, Ewa i He­nia, de­cy­zja i wy­ko­na­nie, mo­del­ka i klops.

***

To był je­den z na­szych ty­po­wych dni w biu­rze i nic nie za­po­wia­da­ło zmian.

– Ale mam kaca – po­wie­dzia­ła, wcho­dząc do biu­ra w po­nie­dzia­łek. – By­ła­byś tak ko­cha­na i zro­bi­ła mi kawę? – po­pro­si­ła.

– Pew­nie. – Nie­chęt­nie ode­rwa­łam się od mo­ich ta­be­lek i po­szłam do kuch­ni. Nie dla­te­go, że była moją kie­row­nicz­ką, tyl­ko dla­te­go, że była moją przy­ja­ciół­ką. Ni­g­dy nie da­wa­ła mi od­czuć, że jest nade mną, nie wy­da­wa­ła po­le­ceń, tyl­ko pro­si­ła.

– A ja mam coś do kawy. – Przy­po­mnia­ła so­bie Ewa. – Mój or­ga­nizm do­ma­ga się cu­kru, a że aku­rat prze­cho­dzi­łam obok mo­jej ulu­bio­nej cu­kier­ni…

– Prze­cho­dzi­łaś! – Za­śmia­łam się. – Mu­sia­łaś nie­źle nad­ło­żyć dro­gi, żeby tam przejść, dla­te­go się spóź­ni­łaś.

– Wca­le nie dla­te­go – po­wie­dzia­ła, prze­cią­ga­jąc się. – Za­spa­li­śmy z… – i tu wy­mie­ni­ła imię ak­tu­al­ne­go ko­chan­ka, dziś już nie pa­mię­tam kto to był, a ona praw­do­po­dob­nie też nie – …a po­tem za­pro­po­no­wał, że mnie pod­wie­zie, no to pod­je­cha­li­śmy jesz­cze po coś słod­kie­go.

– Ta­kim to do­brze, a mnie tram­waj sprzed nosa pra­wie uciekł.

– Trze­ba się umieć usta­wić i wy­cho­wać so­bie fa­ce­ta. – Za­śmia­ła się.

Ła­two się mówi. Mia­łam wra­że­nie, że to fa­cet mnie so­bie świet­nie wy­cho­wał.

Tego dnia na­szą służ­bo­wo-ko­le­żeń­ską sie­lan­kę prze­rwa­ło nie­ocze­ki­wa­ne wtar­gnię­cie tej trze­ciej.

Nie tyle wtar­gnię­cie, co wpro­wa­dze­nie jej do na­sze­go biu­ra przez dy­rek­to­ra Żabę. Wła­ści­wie nie mam po­ję­cia, skąd się wzię­ło jego mało wyj­ścio­we prze­zwi­sko. Być może cho­dzi­ło o oczy, któ­re były wy­łu­pia­ste, ale nie ja­koś tak bar­dzo. Ob­sta­wiam, że ksy­wa wzię­ła się stąd, że to taki śli­ski typ. Śli­nił się na wi­dok każ­dej zgrab­nej dziew­czy­ny i ła­two moż­na było za­uwa­żyć, gdy któ­raś mu wpa­dła w oko. Wpa­da­ły mu tyl­ko te ład­ne, a po­zo­sta­łe (czy­li na przy­kład mnie) trak­to­wał pro­tek­cjo­nal­nie. Dla­te­go go nie zno­si­łam. Ja­kie to było de­pry­mu­ją­ce, gdy wcho­dząc do na­sze­go po­ko­ju, ły­pał lu­bież­nie na Ewę, mnie nie za­uwa­ża­jąc.

Tak było i tym ra­zem. Niby zwra­cał się do nas, uży­wał dru­giej oso­by licz­by mno­giej, ale pa­trzył tyl­ko na moją sze­fo­wą. Wła­ści­wie nie tyl­ko, bo bie­gał wzro­kiem mię­dzy nią, a dziew­czy­ną, z któ­rą przy­szedł.

– To jest pani Ka­ta­rzy­na, któ­ra wła­śnie do­łą­czy­ła do na­sze­go ze­spo­łu, a to pani Ewa. Pani Ewa bę­dzie pani bez­po­śred­nią prze­ło­żo­ną – przed­sta­wił je so­bie.

Nie wy­trzy­ma­łam i chrząk­nę­łam zna­czą­co. Dy­rek­tor Żaba przy­po­mniał so­bie o mnie:

– A to jest… dru­ga pani z po­ko­ju, rów­nież pra­cu­je w dzia­le mar­ke­tin­gu.

Przy­wi­ta­ły­śmy się, tak wy­pa­da­ło, jed­nak zu­peł­nie nie by­ły­śmy za­in­te­re­so­wa­ne nową ko­le­żan­ką z pra­cy. Od pierw­szych se­kund za­pa­no­wa­ła mię­dzy nami nie­pi­sa­na umo­wa – po­gar­dza­my nią, bo jest nowa i o ni­czym nie ma po­ję­cia. Taki sport biu­ro­wy. Oczy­wi­ście nie bę­dzie to po­gar­da osten­ta­cyj­na, ale z pew­no­ścią damy jej od­czuć, gdzie jest jej miej­sce.

– Tu bę­dzie miej­sce pani Kasi – oznaj­mił Żaba.

W tym mo­men­cie oży­wi­ły­śmy się z Ewą.

– Jak to… tu ? – wy­ce­dzi­ła Ewa.

– No tu, z wami w po­ko­ju. Naj­wię­cej się na­uczy przy swo­jej (sek­sow­nej – po­my­ślał za­pew­ne, pa­trząc w de­kolt Ewy) prze­ło­żo­nej.

– Ale prze­cież tu nie ma miej­sca – od­wa­ży­łam się obu­rzyć ku wła­sne­mu zdu­mie­niu.

– Prze­cież tu stoi pu­ste biur­ko. – Żaba spoj­rzał na mnie jak na ko­smit­kę.

Biur­ko wca­le nie było pu­ste, le­ża­ły na nim na­sze nie­miesz­czą­ce się ni­g­dzie se­gre­ga­to­ry, tro­chę pra­sy bran­żo­wej, sta­re ka­ta­lo­gi, ja­kieś ga­dże­ty z tar­gów – sło­wem wszyst­ko to, co nie wia­do­mo było, gdzie trzy­mać.

– A jak pan so­bie to wy­obra­ża? – Ewa się rów­nież obu­rzy­ła. – Ja­kim cu­dem pani Ka­sia ma niby sie­dzieć przy tym biur­ku?

– Prze­nie­sie się gdzieś te kla­mo­ty, znaj­dzie się ja­kieś miej­sce na nie.

Moja ulu­bio­na for­ma: się zro­bi, się wy­da­rzy. Wia­do­mo było, że spad­nie to na nas. Naj­gor­sze jed­nak mia­ło się do­pie­ro oka­zać.

– Pani Ka­sia bę­dzie się zaj­mo­wa­ła mar­ke­tin­giem in­ter­ne­to­wym, bę­dzie ak­tu­ali­zo­wa­ła stro­nę WWW, pro­wa­dzi­ła nam fan­pa­ge’a na Fa­ce­bo­oku, ćwier­ka­ła na Twit­te­rze i w ogó­le jej za­da­niem bę­dzie pro­mo­cja na­szej fir­my w In­ter­ne­cie.

– Jak to? – W Ewie się za­go­to­wa­ło. – Fir­ma za­trud­ni­ła do­dat­ko­wą oso­bę do e-mar­ke­tin­gu, mimo że usta­la­li­śmy zu­peł­nie inny plan dzia­łań?! Prze­cież dzia­ła­my we­dług…

– Pani Ewo, przejdź­my może do mo­je­go ga­bi­ne­tu, gdzie będę mógł pani przed­sta­wić obec­ny plan.

Ewa wsta­ła, da­jąc upust swo­jej zło­ści, trza­ska­jąc wszyst­kim, czym dało się trza­snąć. Prze­pu­ścił ją w drzwiach, a ona wy­szła, stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi.

Zo­sta­łam z nową.

– Kate. – Po­da­ła mi rękę.

– He­nia.

– Enia? Eks­tra! Skąd taka ksy­wa?

– He­nia! – po­wie­dzia­łam gło­śniej i wy­raź­niej – od Hen­ry­ki.

– Ory­gi­nal­nie! Sie­ma, Hen – po­wie­dzia­ła do mnie po raz pierw­szy, ja nie za­pro­te­sto­wa­łam i od tej pory już za­wsze tak się do mnie zwra­ca­ła.

Do­brze wie­dzia­łam, dla­cze­go Ewa się wście­kła. Nowa w po­ko­ju to za­mach na na­sze do­brze wy­pra­co­wa­ne re­la­cje, nasz graj­do­łek, na­sze con­stans. Ale jesz­cze gor­szy był po­wód za­trud­nie­nia Kate – bo to prze­cież my z Ewą mia­ły­śmy zaj­mo­wać się e-mar­ke­tin­giem. I na­wet za­czę­ły­śmy, co praw­da nie­mra­wo, ale za­czę­ły­śmy. Oczy­wi­ście obu­rzy­ły­śmy się, gdy nam to za­pro­po­no­wa­no dwa mie­sią­ce wcze­śniej, bo nie mia­ły­śmy o e-mar­ke­tin­gu zie­lo­ne­go po­ję­cia. Wte­dy też po na­ci­skach Ewy po­wstał plan re­ali­za­cji tego pro­jek­tu: mia­ły­śmy zo­stać wdro­żo­ne, mia­ły­śmy być wy­sła­ne na szko­le­nie, mia­ły­śmy zdo­być nowe, dziś zresz­tą bar­dzo cen­ne umie­jęt­no­ści… A tu na­gle znie­nac­ka po­ja­wi­ła się Kate.

Mo­gły­śmy się wście­kać, bu­rzyć, zło­ścić, na­dy­mać, pu­fać i bu­fać, ale to na nic. Nie do nas na­le­ża­ła de­cy­zja. Nie by­ły­śmy u sie­bie. By­ły­śmy tyl­ko pra­cow­ni­ca­mi.

Cóż było ro­bić. Uprząt­nę­ły­śmy do­dat­ko­we biur­ko, Kate do­sta­ła kom­pu­ter i za­czę­ła in­ten­syw­nie dzia­łać.

Jej spo­sób pra­cy znacz­nie róż­nił się od na­sze­go. Przede wszyst­kim Kate dzia­ła­ła szyb­ko i sku­tecz­nie.

– Nie da się – mó­wi­łam ja.

– Nie moż­na ru­szyć tego pro­jek­tu, nie ma do nie­go jesz­cze pro­ce­du­ry – mó­wi­ła Ewa.

– Tym le­piej. Nie ma pro­ce­du­ry, czy­li mo­że­my w tym przy­pad­ku po­stą­pić jak chce­my – cie­szy­ła się Kate.

W ta­kich sy­tu­acjach pa­trzy­ły­śmy z Ewą na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo, a nowa tego na­wet nie za­uwa­ża­ła, za­an­ga­żo­wa­na w re­ali­za­cję swo­je­go po­my­słu.

– I wi­dzi­cie? Moż­na? Moż­na! – Dy­rek­tor cie­szył się za każ­dym ra­zem, kie­dy Kate uda­ło się po­su­nąć pro­jekt do przo­du.

Psu­ła wszyst­ko, co do tej pory so­bie wy­pra­co­wa­ły­śmy – re­la­cje z dy­rek­to­rem, sta­bi­li­za­cję, ru­ty­nę i świę­ty spo­kój – a ona świę­te­go spo­ko­ju nie zno­si­ła (żad­nej świę­to­ści zresz­tą też). Po­wie­dzieć o Kate, że była kon­tro­wer­syj­na, to jak po­wie­dzieć o pa­pie­żu, że ma coś wspól­ne­go z Ko­ścio­łem.

Ubie­ra­ła się i za­cho­wy­wa­ła, jak chcia­ła, czy­li zu­peł­nie nie­kor­po­ra­cyj­nie. Po­ja­wi­ła się, za­sko­czyw­szy nas, i póź­niej za­ska­ki­wa­ła co­dzien­nie.

To była drob­na (oczy­wi­ście zgrab­na, a jak­że) ko­biet­ka, któ­rej wszę­dzie było peł­no. My przy­wy­kły­śmy do tego, że każ­dy po­mysł trze­ba naj­pierw wziąć pod lupę, po­tem prze­ga­dać w na­szym gro­nie, żeby wresz­cie wy­słać do sze­fa i albo do­cze­kać się re­ak­cji, albo o te­ma­cie za­po­mnieć. Kate dzia­ła­ła jak tor­na­do – wpa­da­ła na po­mysł i na­tych­miast go re­ali­zo­wa­ła. Nie ist­nia­ły dla niej żad­ne for­mal­ne ani mo­ral­ne prze­szko­dy. W kor­po­ra­cji to stą­pa­nie po cien­kim lo­dzie. Ona to lu­bi­ła, ale lód (i lud – czy­li my) nie­ko­niecz­nie.

Tak jak wspo­mnia­łam, dy­rek­tor na po­cząt­ku był wnie­bo­wzię­ty. Jego za­chwyt nas za­sko­czył, bo o ile wia­do­mo było po­wszech­nie, że lubi ko­bie­ty i ła­two na nie­go wpły­nąć głę­bo­kim de­kol­tem, tak no­wo­ścią sta­ła się jego fa­scy­na­cja tą eks­cen­trycz­ką. Kate, w prze­ci­wień­stwie do Ewy, nie no­si­ła de­kol­tów, poń­czoch, mini i wy­so­kich ob­ca­sów. Jej styl był luź­ny i bar­dzo nie­dba­ły, za­zwy­czaj wy­glą­da­ła tak, jak­by ubie­ra­ła się po omac­ku, po im­pre­zie i w do­dat­ku ciu­chy wy­cią­ga­ła z nie swo­jej sza­fy. Znisz­czo­ne tramp­ki, klap­ki, po­szar­pa­ne dżin­sy wi­szą­ce na tył­ku, dziu­ra­we swe­ter­ki, ko­szul­ki bok­ser­ki, dre­so­we blu­zy. Jed­nak w tym ca­łym ciu­cho­wym roz­gar­dia­szu od­sła­nia­ła niby przy­pad­kiem co nie­co – a to ko­lan­ko wy­sta­ją­ce z dziu­ra­wych spodni, a to ra­mię z luź­no opa­da­ją­cej wy­pło­wia­łej ko­szul­ki albo ta­tu­aże na nad­garst­ku. We wło­sach mia­ła kil­ka luź­nych dre­dów i cza­sem upi­na­ła je w wy­so­ki kok lub tur­ban na gło­wie. W jej wiel­kich czar­nych oczach cza­iło się bacz­ne spoj­rze­nie, gdy uważ­nie słu­cha­ła, wy­chwy­tu­jąc przy­dat­ne dla niej in­for­ma­cje i… tę­sk­ne spoj­rze­nia dy­rek­to­ra, któ­ry naj­wy­raź­niej chciał ją mieć… w swo­im ze­spo­le.

Siłą rze­czy mu­sia­ły­śmy w jej to­wa­rzy­stwie ukró­cić na­sze plo­tecz­ki, bo tak na­praw­dę nie wia­do­mo, skąd się wzię­ła i czy­im była czło­wie­kiem. Ona wpraw­dzie twier­dzi­ła, że z ogło­sze­nia, ale po pierw­sze, dy­rek­tor nie wspo­mi­nał Ewie, że ko­go­kol­wiek szu­ka na to sta­no­wi­sko, a po dru­gie, na­wet je­śli ta­kie ogło­sze­nie po­wsta­ło, to i tak mo­gła być pod­sta­wio­na. Od cza­su do cza­su oprócz po­ro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń wy­mie­nia­ły­śmy też mej­le pry­wat­ne, co było dość nie­bez­piecz­ne, bo też ni­g­dy nie wia­do­mo, kto i kie­dy śle­dzi na­sze po­czy­na­nia na fir­mo­wych kom­pu­te­rach.

– Wi­dzia­łaś na­sze­go Fa­ce­bo­oka? – Ewa pa­li­ła ner­wo­wo faj­kę.

– Nie, od­kąd ona się tym zaj­mu­je, pra­wie tam nie wcho­dzę – od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z praw­dą, wdy­cha­jąc mi­mo­wol­nie dym pa­pie­ro­so­wy. Ni­g­dy nie by­łam nad­gor­li­wa, ro­bi­łam to, co do mnie na­le­ża­ło.

– To ja­kieś wol­ne żar­ty. Wrzu­ca na­sze pro­duk­ty z niby dow­cip­ny­mi ko­men­ta­rza­mi, cie­ka­we, czy dy­rek­tor to wi­dział. I jesz­cze ten kon­kurs, to­tal­ny ab­surd! Na­gro­dy chy­ba sama ufun­du­je, bo ja­koś nie wy­obra­żam so­bie, że fir­ma na­gle bę­dzie się ba­wić w Świę­te­go Mi­ko­ła­ja.

– Ge­nial­ny po­mysł z tym kon­kur­sem, nie są­dzi pani, pani Ewo? – za­sko­czył nas dy­rek­tor w fir­mo­wej kuch­ni. – Wi­dzia­ła pani, ile już mamy laj­ków? To był strzał w dzie­siąt­kę z wy­bo­rem pani Kasi, musi się pani ze mną zgo­dzić. – Za­cie­rał ręce z za­do­wo­le­niem.

– Tak, oczy­wi­ście, na­le­ży wspie­rać wszel­kie dzia­ła­nia, któ­re przy­czy­nią się do wzro­stu sprze­da­ży – od­kle­pa­ła for­muł­kę Ewa.

Lipiec 2014. Nie będę wpisywała bzdur do tabelek

Bom­ba wy­bu­chła w lip­cu. Ktoś to zo­ba­czył, ktoś się obu­rzył, ktoś ko­muś po­ka­zał, ktoś wy­słał da­lej i tym spo­so­bem do­tar­ło pro­sto do pre­ze­sa, za­nim jesz­cze do­wie­dział się o tym dy­rek­tor, i roz­pę­ta­ło się pie­kło. Naj­pierw pre­zes we­zwał Żabę do sie­bie, a póź­niej ten spo­co­ny, czer­wo­ny i zmie­sza­ny z bło­tem za­pro­sił do swo­je­go ga­bi­ne­tu Ewę. Ona zaś re­la­cjo­no­wa­ła mi wszyst­ko póź­niej, oczy­wi­ście na „wspól­nym” pa­pie­ro­sie.

– Jemu kom­plet­nie od­bi­ło! Co on so­bie wy­obra­ża! Za­trud­nia mło­dą dziew­czyn­kę, któ­ra nie ma o ni­czym po­ję­cia, pew­nie głów­nie z na­dzie­ją, że ją prze­le­ci, wrzu­ca ją w wiel­kie te­ma­ty, o któ­rych nie mam bla­de­go po­ję­cia, po czym ma do mnie pre­ten­sje, że jej nie spraw­dzam, bo je­stem jej prze­ło­żo­ną! – po­wie­dzia­ła to, za­cią­ga­jąc się aż po filtr.

– No, ale je­steś – wtrą­ci­łam.

– No i co z tego. Za­uwa­ży­łaś, żeby kie­dy­kol­wiek o co­kol­wiek mnie za­py­ta­ła? Ona na­wet nie pyta, czy zro­bić nam kawę, kie­dy idzie do kuch­ni, choć my za­wsze jej pro­po­nu­je­my.

– Ale ona ni­g­dy nie chce – po­wie­dzia­łam, co za­uwa­ży­łam.

– Fak­tycz­nie… Nie zwró­ci­łam na to uwa­gi. My­ślisz, że się brzy­dzi? – po­wie­dzia­ła plot­kar­skim to­nem.

– Nie wiem, nie są­dzę. My­ślę, że ona po pro­stu lubi być sa­mo­dziel­na, robi swo­je, ni­ko­go o nic nie pro­si i nie chce, żeby ją pro­szo­no.

– Może masz ra­cję… Zresz­tą nie­waż­ne. Nie mam ocho­ty ob­ry­wać za jej sa­mo­dziel­ność.

– No, ale co się sta­ło? – By­łam co­raz bar­dziej cie­ka­wa.

– Wy­obraź so­bie – prze­szła na ton kon­spi­ra­cyj­ny – że ta gni­da wrzu­ci­ła ja­kieś kon­tro­wer­syj­ne zdję­cie z na­sze­go dzia­łu pro­duk­cyj­ne­go. Nie wi­dzia­łam tego jesz­cze, ale jak wró­ci­my z faj­ki, to so­bie zer­k­nie­my. W każ­dym ra­zie po­sy­pa­ły się ko­men­ta­rze, nie­któ­re nie­wy­bred­ne. Pre­zes się wściekł, że to ja­kaś gów­nia­rze­ria, że go­dzi w do­bre imię fir­my i wy­żył się na Ża­bie, a ten na mnie. Te ko­men­ta­rze moż­na usu­nąć, ale może to zro­bić tyl­ko ona, bo tyl­ko ona zna ha­sła.

– No, to co za pro­blem? Niech je usu­nie jak naj­szyb­ciej i już!

– A wi­dzisz, te­raz do­pie­ro bę­dzie naj­lep­sze. Ona nie chce.

– Co? – Nie mie­ści­ło mi się w gło­wie. – Jak to ona nie chce?

– No, nie chce. Po­noć po­wie­dzia­ła Ża­bie, że je­śli ona się zaj­mu­je czymś od po­cząt­ku do koń­ca i ocze­ku­je się od niej okre­ślo­nych efek­tów, to nie ży­czy so­bie, żeby kto­kol­wiek na nią na­ci­skał.

– Po­wie­dzia­ła, że so­bie nie życzy?

– No, może nie uży­ła do­kład­nie ta­kich słów, ale mniej wię­cej o to cho­dzi­ło.

Nie bar­dzo mo­głam zro­zu­mieć tę sy­tu­ację. Pre­zes fir­my cze­goś wy­ma­ga, a pra­cow­nik się nie zga­dza. Prze­cież po to jest struk­tu­ra, żeby znać swo­je miej­sce w sze­re­gu. Żeby wie­dzieć, co moż­na, a cze­go nie wy­pa­da. Czy nikt jej tego nie na­uczył?

– Masz to usu­nąć i nic mnie to nie ob­cho­dzi! – na­ka­za­ła Ewa Kate, gdy już wró­ci­ły­śmy do na­sze­go biu­ra.

– Nie ma mowy, to część mo­jej stra­te­gii. – Kate nie­wzru­szo­na ja­dła jabł­ko.

– Ty mo­żesz mieć swo­ją stra­te­gię co naj­wy­żej na obiad, mo­żesz so­bie de­cy­do­wać, czy zjesz scha­bo­we­go, czy kacz­kę w po­ma­rań­czach!

– Ani jed­ne­go, ani dru­gie­go. Nie jem mię­sa. – Kate bez­czel­nie od­gry­zła się prze­ło­żo­nej.

– Gu­zik mnie to ob­cho­dzi. We­dług mnie mo­żesz jeść same po­ma­rań­cze. Nie ro­zu­miesz, że to ja je­stem od­po­wie­dzial­na za two­je dzia­ła­nia? Że ob­ry­wam za two­je błę­dy, że mnie wzy­wa­ją na dy­wa­nik? Pre­zes na­wet nie ma po­ję­cia o two­im ist­nie­niu. W pra­cy masz ro­bić, co ci każą. Mnie każe dy­rek­tor, jemu pre­zes, a ja każę to­bie. Czy to jest ja­sne?!

– A co, je­śli się nie do­sto­su­ję? – Kate ro­bi­ła się co­raz bar­dziej buń­czucz­na.

– Wy­le­cisz z hu­kiem. – Ewa ble­fo­wa­ła, bo nie mia­ła ta­kiej mocy de­cy­zyj­nej.

– A co po­wiesz na to, że­by­śmy obie stąd wy­szły?

– Bóg cię opu­ścił? Gro­zisz mi? – Ko­smyk wło­sów Ewy ner­wo­wo pod­ska­ki­wał na czo­le.

– Nie, za­pra­szam cię na piwo.

– Te­raz? – Ewa się zdzi­wi­ła.

– Pora do­bra, jak każ­da.

I wy­szły. A ja, cho­ciaż przy­słu­chi­wa­łam się tej roz­mo­wie od po­cząt­ku, nie wie­dzia­łam, co się wła­ści­wie zda­rzy­ło. Od­nio­słam wra­że­nie, jak­bym była w ja­kimś te­atrze ab­sur­du. Pró­bo­wa­łam to ana­li­zo­wać. Ewa po­sta­wi­ła spra­wę na ostrzu noża, Kate się wście­kła, po czym po­szły na piwo. W środ­ku dnia. Nie mia­łam po­ję­cia, czy ściem­ni­ły coś dy­rek­to­ro­wi i co bę­dzie, gdy za­py­ta, gdzie one są, bo nie do­sta­łam żad­nych wy­tycz­nych. Na szczę­ście nie wi­dzia­łam dy­rek­to­ra do koń­ca dnia.

Na­za­jutrz re­la­cje w na­szym po­ko­ju ule­gły zmia­nie. Ewa z Kate za­wią­za­ły ja­kąś na­głą, nie­ocze­ki­wa­ną ko­mi­ty­wę. Skoń­czy­ły się na­sze po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia i uwa­gi szep­ta­ne pod ad­re­sem Kate. Prze­sta­ła nią po­gar­dzać, za­czę­ła sza­no­wać i li­czyć się z jej zda­niem. W od­po­wie­dzi na moje ką­śli­we uwa­gi ma­cha­ła ręką. Pró­bo­wa­łam do­wie­dzieć się, co ta­kie­go po­wie­dzia­ła jej Kate na pi­wie, ale zby­ła mnie tyl­ko stwier­dze­niem, że osią­gnę­ły kom­pro­mis. Jaki? Nie mia­łam po­ję­cia, nie zo­sta­łam wta­jem­ni­czo­na. Kate usu­nę­ła kon­tro­wer­syj­ne­go po­sta i od tam­tej pory kon­sul­to­wa­ła z Ewą swo­je po­my­sły, a że mia­ła ich całe mnó­stwo, spę­dza­ły ze sobą spo­ro cza­su. Czę­sto koń­czy­łam pra­cę, gdy były po­grą­żo­ne w żar­li­wej dys­ku­sji. Wy­cho­dzi­łam do domu i na­wet nie py­ta­łam, czy nie po­trze­bu­ją mo­jej po­mo­cy, czu­jąc, że nic tu po mnie.

***

Sy­tu­acja na li­nii dział mar­ke­tin­gu–dy­rek­tor za­ogni­ła się w sierp­niu. Dy­rek­tor uznał, że pa­nu­je u nas zbyt­nia sa­mo­wol­ka. Że ow­szem, jest zwo­len­ni­kiem kre­atyw­nych roz­wią­zań i no­wa­tor­skich me­tod, jed­nak wszyst­ko to wy­my­ka się spod kon­tro­li. Dla­te­go po­sta­no­wił wpro­wa­dzić sys­tem za­rzą­dza­nia no­wy­mi po­my­sła­mi. Na­sze dzia­ła­nia mia­ły się od­tąd od­by­wać ści­śle we­dług no­wej pro­ce­du­ry. Były na­sze, bo na­le­ża­łam do tego dzia­łu, moje dzia­ła­nia po­zo­sta­ły bez zmian – ja tyl­ko wkle­py­wa­łam dane do ta­be­lek. Dziew­czy­ny zaś po za­po­zna­niu się z pro­ce­du­rą bar­dzo się obu­rzy­ły.

– Oni są po­je­ba­ni! – wście­ka­ła się Kate, nie prze­bie­ra­jąc w sło­wach. – Za­nim zro­bię ja­ki­kol­wiek krok, mam na­pi­sać pi­smo z proś­bą o ak­cep­ta­cję, w któ­rym mu­szą być za­war­te ob­li­cze­nia sza­co­wa­nych zy­sków. Mało tego – góra ma do dwóch ty­go­dni na od­po­wiedź!

Mi­mo­wol­nie z Ewą za­sty­gły­śmy w ocze­ki­wa­niu na nie­wia­do­mo co. Wszy­scy wie­dzie­li, że wszę­dzie za­in­sta­lo­wa­no ka­me­ry, kon­tro­la mej­li służ­bo­wych była na po­rząd­ku dzien­nym, a czy­ta­nie pocz­ty pry­wat­nej za­ka­za­ne, więc nikt się na­wet do tego nie przy­zna­wał. Po­dob­nie było z pod­słu­chem – nie wia­do­mo, czy był, ale na wszel­ki wy­pa­dek ostroż­nie do­bie­ra­ły­śmy sło­wa. Dla­te­go wła­śnie by­łam prze­ra­żo­na, gdy Kate znie­nac­ka za­pro­po­no­wa­ła wte­dy Ewie wyj­ście na piwo. Ba­łam się, że ktoś tego słu­cha i za­raz się wyda. Cza­sem w sta­nach wzbu­rze­nia zda­rza­ło nam się sko­men­to­wać fir­mo­we de­cy­zje w taki spo­sób, w jaki nie po­win­ny­śmy, ale ni­g­dy wcze­śniej żad­na z nas, ani za­pew­ne żad­na z ko­le­ża­nek z po­ko­ju obok, nie od­wa­ży­ła się tak do­sad­nie po­wie­dzieć, co my­śli o za­rzą­dzie.

– Kate… – Ewa chcia­ła ją ostrzec.

– Co, kur­wa! W ta­kim sys­te­mie moja pra­ca nie ma sen­su. Nie będę wpi­sy­wa­ła bzdur do ta­be­lek, żeby tyl­ko od­sie­dzieć swo­je osiem go­dzin. – Mi­mo­wol­nie spoj­rza­ła na mnie.

No tak, ni­g­dy się spe­cjal­nie nad tym nie za­sta­na­wia­łam. Ro­bi­łam, co do mnie na­le­ża­ło. Pra­ca to pra­ca. Czy mo­gła­bym ro­bić coś in­ne­go? Czy by­łam w czymś do­bra? Nie mia­łam po­ję­cia.

Od tam­te­go pa­mięt­ne­go piwa Ewa wy­raź­nie za­kum­plo­wa­ła się z Kate. Mało tego, cza­sa­mi od­no­si­łam wra­że­nie, że Kate im­po­nu­je jej od­wa­gą, bez­kom­pro­mi­so­wo­ścią i bez­par­do­no­wo­ścią. Nie bar­dzo umia­łam się w tym od­na­leźć, bo od za­wsze po­dzi­wia­łam Ewę, ko­bie­cą, pach­ną­cą i pew­ną sie­bie, a tym­cza­sem oso­bie, któ­ra mnie im­po­no­wa­ła za­im­po­no­wał ktoś, kto miał być na­szym wspól­nym wro­giem. Czy by­łam za­zdro­sna o to, że się zbli­ży­ły do sie­bie? Oczy­wi­ście. Czy da­łam to po so­bie po­znać? Oczy­wi­ście, że nie. To cała ja, nie­wy­ma­ga­ją­ca, w cie­niu, bio­rę, co leży, ale z drze­wa nie ze­rwę, a już na pew­no o nic się nie upo­mnę. Do tego wszyst­ko to wy­da­rzy­ło się tak szyb­ko… Do nie­daw­na wio­dły­śmy spo­koj­ne ży­cie kor­po­ra­cyj­ne, a Kate wy­wró­ci­ła nasz biu­ro­wy świat do góry no­ga­mi. Ale jak to u mnie: kie­dy my­ślę, że oto spo­tka­ło mnie nie­szczę­ście, naj­gor­sze ma do­pie­ro na­dejść.

Po wpro­wa­dze­niu no­wych pro­ce­dur Kate mio­ta­ła się ja­kiś czas, pró­bo­wa­ła wal­czyć, prze­kli­na­ła i do­bit­nie wy­ra­ża­ła swo­ją opi­nię, lecz póź­niej jak­by przy­ga­sła, uci­chła, i coś tam, już bez emo­cji kle­pa­ła w kla­wia­tu­rę. Ewa zer­ka­ła na nią za­tro­ska­na, a dy­rek­tor wy­da­wał się uszczę­śli­wio­ny, że uda­ło mu się pod­ciąć skrzy­dła „pani ar­ty­st­ce”, jak ją za­czął po­gar­dli­wie na­zy­wać. Mimo że nie prze­pa­da­łam za nią, było mi jej tro­chę żal. Bra­ko­wa­ło mi jej emo­cji, sta­ła się taka bez­na­mięt­na, żad­na, jak nie ona. Wkrót­ce wszyst­ko mia­ło się wy­ja­śnić.

Sierpień 2014. Przeprowadzam się

W sierp­niu Kate koń­czył się okres prób­ny. Dy­rek­tor Żaba we­zwał ją do sie­bie i za­pro­po­no­wał prze­dłu­że­nie umo­wy, ale ze wzglę­du na jej wiel­ką wpad­kę z kon­tro­wer­syj­nym zdję­ciem na Fa­ce­bo­oku, za­pro­po­no­wał wa­run­ki gor­sze, niż pod­czas okre­su prób­ne­go.

– Pięk­nie dzię­ku­ję – mia­ła od­po­wie­dzieć Kate. – Do­ce­niam ten wspa­nia­ły gest z pań­skiej stro­ny i chęt­nie sko­rzy­stam z tej umo­wy, bo mu­szę się wy­srać, będę przy­naj­mniej mia­ła czym so­bie dupę po­de­trzeć – po­wie­dzia­ła, po czym wy­szła, zo­sta­wiw­szy go w jego sty­lo­wym ga­bi­ne­cie z głu­pim wy­ra­zem twa­rzy. Tak so­bie to przy­naj­mniej wy­obra­ża­ły­śmy po tym, jak nam to zre­la­cjo­no­wa­ła.

Taki był burz­li­wy ko­niec krót­kiej ka­rie­ry Kate w dzia­le mar­ke­tin­gu fir­my B.

Po jej odej­ściu Ewa tro­chę jak­by przy­ga­sła. Niby było tak jak przed­tem, ale jed­nak nie do koń­ca. Teo­re­tycz­nie nic się nie zmie­ni­ło w na­szych re­la­cjach, jed­nak moja przy­ja­ciół­ka i prze­ło­żo­na, przy­ga­szo­na, błą­dzi­ła gdzieś my­śla­mi. Zu­peł­nie jak­by Kate, od­cho­dząc, za­bra­ła z sobą część jej ener­gii i za­pa­łu.

Pew­ne­go dnia jed­nak przy­szła znów we­so­ła i pod­eks­cy­to­wa­na. Zna­łam ją, wie­dzia­łam, że coś mu­sia­ło się wy­da­rzyć. Za­kła­da­łam, że ja­kaś nowa mi­łość po­ja­wi­ła się na jej ho­ry­zon­cie.

– Prze­pro­wa­dzam się – oznaj­mi­ła ni stąd, ni zo­wąd.

– Eks­tra! Ale chy­ba nie do fa­ce­ta? – Wy­stra­szy­łam się, bo do tej pory nie była w żad­nym dłuż­szym związ­ku. Przy­naj­mniej nic mi na ten te­mat nie było wia­do­mo.

– W żad­nym wy­pad­ku. Nada­rzy­ła się faj­na oka­zja – za­miesz­kam na Po­lan­ce, nie­da­le­ko Ga­le­rii Mal­ty.

– Su­per, bę­dziesz mia­ła bli­sko do pra­cy. – Cie­szy­łam się ra­zem z nią. – Ale tam jest chy­ba dość dro­go?

– Nie aż tak, jak­by się wy­da­wa­ło. Miesz­ka­nie jest prze­pięk­ne i duże, wy­naj­mie­my je ra­zem z Kate. Już daw­no znu­dzi­ło mi się sa­mot­ne miesz­ka­nie.

Po­czu­łam, jak­bym na­praw­dę do­sta­ła tę­pym na­rzę­dziem w gło­wę. Zro­bi­ło mi się sła­bo. To było nie­spra­wie­dli­we! Dla­cze­go Ewa ni­g­dy wcze­śniej nie wspo­mnia­ła, że szu­ka współ­lo­ka­tor­ki? Prze­cież wciąż przy niej na­rze­ka­łam, że tak fa­tal­nie miesz­ka mi się z ro­dzi­ca­mi w wie­ku trzy­dzie­stu kil­ku lat! Zna­ły­śmy się tak dłu­go, a ona za­pro­po­no­wa­ła wspól­ne miesz­ka­nie Kate, o któ­rej ist­nie­niu czte­ry mie­sią­ce temu jesz­cze nie mia­ła po­ję­cia?!

– Kate to wy­my­śli­ła. Od po­cząt­ku po­mysł wy­da­wał mi się nie­głu­pi, a jak zo­ba­czy­łam to miesz­ka­nie, to od razu się za­ko­cha­łam – za­szcze­bio­ta­ła.

– W Kate czy miesz­ka­niu? – od­par­łam zgryź­li­wie.

– W miesz­ka­niu. – Za­śmia­ła się. – Nie zmie­ni­łam orien­ta­cji. Wciąż je­stem chło­po­fil­ką.

– I bę­dziesz pła­cić ra­chun­ki za Kate? Bo zda­je się, że ona wła­śnie zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy. – Nie mo­głam so­bie po­da­ro­wać.

– No, coś ty! Ode­szła, bo zna­la­zła coś lep­sze­go w agen­cji re­kla­mo­wej. O wie­le bar­dziej tam pa­su­je, niż do tego na­sze­go smut­ne­go jak dupa graj­doł­ka. Za­ro­bi pra­wie dwa razy wię­cej.

No tak. Kate przy­szła, Kate ode­szła, Kate zna­la­zła lep­szą pra­cę, Kate zna­la­zła miesz­ka­nie, Kate za­pro­po­no­wa­ła mo­jej przy­ja­ciół­ce, że ra­zem to miesz­ka­nie wy­naj­mą. A u mnie nic się nie zmie­nia­ło. Tkwi­łam w tym sa­mym miej­scu, nikt mi ni­cze­go nie pro­po­no­wał, ja ni­ko­mu ni­cze­go nie pro­po­no­wa­łam, na nic nie li­czy­łam i wciąż nie mia­łam pre­cy­zyj­ne­go pla­nu na naj­bliż­sze lata. Li­czy­łam, że ja­koś to samo wyj­dzie, ale je­dy­ne, co samo wy­cho­dzi­ło, to szy­dło z wor­ka.

Wrzesień 2014. Wielkie mi halo, pokłóciłaś się z kumpelą!

Im bar­dziej chcia­łam się cie­szyć ze zmian za­cho­dzą­cych u Ewy, tym bar­dziej by­łam za­zdro­sna o jej bli­ską zna­jo­mość z Kate. Po­czu­łam się jak za­pchaj­dziu­ra, jak­by Ewa do­tych­czas kum­plo­wa­ła się ze mną tyl­ko z bra­ku laku, a jak już ów lak się po­ja­wił w oso­bie na­szej kon­tro­wer­syj­nej ko­le­żan­ki, to prze­sta­łam ją in­te­re­so­wać. Jak­bym te­raz mu­sia­ła spła­cić kre­dyt za te do­bre cza­sy, kie­dy mia­ły­śmy so­bie wie­le do po­wie­dze­nia, re­gu­lar­nie plot­ko­wa­ły­śmy i śmia­ły­śmy się, w biu­rze, w fir­mo­wej kuch­ni i na pa­pie­ro­sie. Lu­bi­łam jej opo­wie­ści o ko­lej­nych burz­li­wych związ­kach, któ­re koń­czy­ły się tak szyb­ko, jak się za­czy­na­ły. Na­wet nie prze­szka­dza­ło mi jej do­gry­za­nie od­no­śnie do mo­je­go związ­ku, przy­zwy­cza­iłam się i… na­wet mi się to po­do­ba­ło. Gło­śno oczy­wi­ście obu­rza­łam się, jed­no­cze­śnie śmie­jąc się w du­chu, co chy­ba było do­bre, bo ozna­cza­ło, że po­tra­fię się z sie­bie śmiać. Czy­li, że cią­gle mam dy­stans. Było mi o tyle ła­twiej, że czu­łam, że mimo tego do­gry­za­nia – a może wła­śnie z tego po­wo­du – Ewa do­brze mi ży­czy. My­śla­łam o niej jak o swo­jej przy­ja­ciół­ce. By­łam wte­dy prze­ko­na­na o tym, że ona o mnie czu­je po­dob­nie, ale od­kąd po­ja­wi­ła się Kate, ewi­dent­nie ze­szłam na dal­szy plan, a wła­ści­wie zu­peł­nie od­pa­dłam.

I znów so­bie uświa­do­mi­łam, jak bar­dzo sza­re i ogra­ni­czo­ne jest moje ży­cie. Bo w no­wej sy­tu­acji nie bar­dzo mia­łam się komu po­ża­lić. Do­tych­czas zwie­rza­łam się tyl­ko Ewie albo bab­ci. Moja bab­cia była ko­cha­na i wy­ro­zu­mia­ła, ale chcia­łam mieć wier­ną przy­ja­ciół­kę w swo­im wie­ku. Pró­bo­wa­łam więc szu­kać po­cie­sze­nia u mo­je­go fa­ce­ta.

– Wiel­kie mi halo, po­kłó­ci­łaś się z kum­pe­lą. – Zlek­ce­wa­żył mój pro­blem, co zresz­tą było do prze­wi­dze­nia.

– Kie­dy wca­le się nie po­kłó­ci­łam. – Pró­bo­wa­łam tłu­ma­czyć, pod­czas gdy on usi­ło­wał sku­pić się na wia­do­mo­ściach spor­to­wych.

– Ci­cho, je­stem cie­ka­wy jaki wy­nik – po­wie­dział, prze­su­wa­jąc mnie, żeby le­piej wi­dzieć ekran te­le­wi­zo­ra.

Po­sta­no­wi­łam po­cze­kać, prze­cież wszyst­ko się kie­dyś koń­czy, zwłasz­cza wia­do­mo­ści spor­to­we.

– No, bo cho­dzi o to – kon­ty­nu­owa­łam tuż po tych jego wia­do­mo­ściach – że wciąż się kum­plu­je­my, co­dzien­nie wi­dzi­my się w pra­cy, ale to nie jest już to, co było.

– Ja nie wiem, fa­ce­ci za­wsze trzy­ma­ją się ra­zem, nie kłó­cą się o pier­do­ły, za­zwy­czaj całą pacz­ką idą na piwo, a wy mu­si­cie się tak dzie­lić – że albo ty, albo ta cała Kate?

Rzad­ko się zda­rza, żeby roz­wa­ża­nia Wald­ka da­wa­ły mi do my­śle­nia, jed­nak tym ra­zem miał ra­cję… Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy w przy­ro­dzie wy­stę­pu­je ta­kie zja­wi­sko jak przy­jaźń mię­dzy trze­ma ko­bie­ta­mi. Rów­no­rzęd­na przy­jaźń, nie taka, że dwie są bar­dziej ze sobą, a ta trze­cia jest tro­chę na przy­czep­kę. Oczy­wi­ście dziew­czy­ny też two­rzą pacz­ki, gro­na, w któ­rych się spo­ty­ka­ją (cho­ciaż zna­łam to głów­nie z se­ria­li typu Seks w wiel­kim mie­ście), ale czy ko­bie­ta nie jest tak za­pro­gra­mo­wa­na, że przy­ja­ciół­kę od ser­ca może mieć tyl­ko jed­ną? I czy to kwe­stia ce­chy ga­tun­ko­wej, czy też wy­cho­wa­nia, prze­ka­zu, fil­mów, kul­tu­ry i lek­tur obo­wiąz­ko­wych (na przy­kład Ani z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza)? Sama prze­cież też przez dłuż­szy czas przy­jaź­ni­łam się wy­łącz­nie z Ewą i naj­zu­peł­niej mi to wy­star­cza­ło. Oka­za­ło się jed­nak, że jej nie. Naj­wi­docz­niej ona też po­tra­fi­ła przy­jaź­nić się tyl­ko z jed­ną jed­no­cze­śnie, i nie­ste­ty, to nie ja oka­za­łam się tą jed­ną.

Wal­dek po­szedł do domu, a ja dłu­go nie mo­głam za­snąć. Roz­wa­ża­łam kwe­stie przy­jaź­ni ko­bie­cej, ana­li­zo­wa­łam wszyst­kie swo­je do­tych­cza­so­we bab­skie zna­jo­mo­ści. Uzmy­sło­wi­łam so­bie, że nie wiem, jak inne ko­bie­ty, ale ja je­stem przy­ja­ciół­ko­wo mo­no­ga­micz­na. Od naj­wcze­śniej­szych lat mia­łam za­wsze tyl­ko jed­ną od ser­ca. One się zmie­nia­ły, na­stę­po­wa­ły po so­bie, ale ni­g­dy nie wy­stę­po­wa­ły rów­no­cze­śnie. Za­sta­na­wia­łam się nad tym, co da­lej. Było pew­ne, że z Ewą nie bę­dzie tak jak daw­niej, nie zmie­nię się w ko­lo­ro­wą Kate w cią­gu jed­nej nocy, zresz­tą na­wet bym nie chcia­ła. No, może odro­bi­nę chcia­ła­bym, ale co z tego? Nie po­tra­fi­łam. By­łam sobą: smut­ną, sza­rą, ni­ja­ką He­nią, bez po­lo­tu, bez kre­atyw­no­ści, za to świet­nie wy­peł­nia­ją­cą ta­bel­ki. Kogo ob­cho­dzą ta­bel­ki?