Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 17 min Lektor: Jarosław Łukomski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 9 godz. 17 min Lektor: Jarosław Łukomski

Opis ebooka Zjawa - Michael Punke

"Na podstawie powieści powstał znakomity film z Leonardo Di Caprio w roli głownej! W roku 1823 trzydziestosześcioletni Hugh Glass zaciąga się do oddziału  formowanego przez Kompanię Futrzarską Gór Skalistych, który wyrusza na  niebezpieczną wyprawę przez dziewicze, niezbadane terytoria. Pewnego dnia zostaje straszliwie poturbowany przez niedźwiedzia grizzly i oddany pod opiekę dwóch ludzi z oddziału– Johna Fitzgeralda, bezwzględnego najemnika oraz młodego Jima Bridgera, przyszłego „Króla ludzi gór”. Gdy do ich obozowiska zbliżają się Indianie, Fitzgerald i Bridger pozostawiają Glassa na pastwę losu. Co gorsza, zabierają rannemu broń i całe wyposażenie – wszystko to, co dawałoby mu jakąś szansę na samodzielne przeżycie. Opuszczony, bezbronny i wściekły, Glass składa samemu sobie obietnicę, że przetrwa. I że dokona zemsty. „Fascynująca opowieść o heroizmie i obsesyjnym pragnieniu wymierzenia kary”. – Publishers Weekly „Zjawa to jedna z najbardziej poruszających, surowych i fascynujących opowieści o samotnej wędrówce, jakie kiedykolwiek czytałem”.  – Akiva Goldman, scenarzysta filmu Piękny umysł, zdobywca Oscara"

Opinie o ebooku Zjawa - Michael Punke

Fragment ebooka Zjawa - Michael Punke

Tytuł oryginału:

THE REVENANT

Copyright © 2002 by Michael Punke

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2014 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: © 2015 Twentieth Century Fox Film Corporation.

All Rights Reserved.

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Agata Szczyrba, Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-544-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla moich Rodziców, Marylin i Butcha Punke

Nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości,

lecz pozostawcie to pomście Bożej!

Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta.

Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan.

Rz 12, 19–20.

1 września 1823 roku

Zamierzali go zostawić swemu losowi. Ranny mężczyzna zrozumiał to od razu, gdy tylko popatrzył na chłopca, który wbił oczy w ziemię, a następnie odwrócił wzrok, nie wytrzymując jego spojrzenia.

Od wielu dni chłopak toczył spór z człowiekiem w czapce z wilczej skóry. Czy naprawdę od wielu dni? Ranny cały czas walczył z gorączką i bólem, nie mógł więc mieć pewności, czy słyszane przezeń rozmowy są rzeczywiste, czy może stanowią jedynie wytwór majaczeń jego umysłu.

Spojrzał w górę, na strzelistą skalną formację wznoszącą się nad polaną. Dziwnym sposobem na nagiej kamiennej stromiźnie zdołała wyrosnąć samotna, krzywa sosna. Wcześniej wiele razy przyglądał się drzewu, nigdy jednak nie dostrzegł w nim tego, co widział w tej chwili – jego sylwetka tworzyła wyraźny kształt krzyża. Po raz pierwszy uświadomił sobie, że może umrzeć tutaj, na tej polance nieopodal źródła.

Ranny mężczyzna czuł się dziwnie oderwany od sytuacji, w której odgrywał główną rolę. Przez krótką chwilę zastanawiał się, co zrobiłby na miejscu tamtych. Gdyby tu zostali, a oddział wojowników kierujący się w górę rzeki znalazłby polankę, wszyscy by zginęli. „Czy ja poświęciłbym życie, aby ich ratować… skoro i tak ich los byłby przesądzony?”

– Jesteś pewny, że zbliżają się do strumienia? – spytał chłopiec łamiącym się głosem. Na ogół udawało mu się mówić tenorem, jednak w chwilach, gdy nie panował nad sobą, wpadał w wysokie tony.

Przy ognisku człowiek w czapce z wilczej skóry pochylał się nad kratką do suszenia mięsa, pośpiesznie wpychając paski niedosuszonej dziczyzny do indiańskiej sakwy.

– Chcesz zostać i się przekonać?

Ranny starał się coś powiedzieć. Ponownie poczuł przeszywający ból w gardle. Wydał z siebie jakiś dźwięk, ale nie mógł wyartykułować żadnego zrozumiałego wyrazu.

Mężczyzna w czapce z wilczej skóry zignorował go i dalej zbierał skromne zapasy, chłopak jednak się odwrócił.

– On próbuje coś powiedzieć.

Uklęknął na jedno kolano tuż przy rannym. Nie mogąc mówić, mężczyzna podniósł jedyne sprawne ramię i na coś wskazał.

– Chce, żeby podać mu jego strzelbę – powiedział chłopak. – Żebyśmy go posadzili i dali mu strzelbę.

Mężczyzna w czapce z wilczej skóry przebył dzielącą ich przestrzeń szybkimi, miarowymi krokami. Mocno kopnął chłopca w plecy.

– Ruszaj się, do cholery!

Przeszedł do rannego, który leżał obok swego skromnego dobytku ułożonego w stos: należały do niego torba myśliwska, nóż w ozdobionej paciorkami pochwie, toporek, strzelba i róg na proch strzelniczy. Ranny mężczyzna przyglądał się bezradnie, jak człowiek w czapce z wilczej skóry pochyla się i podnosi jego torbę myśliwską. Wygrzebawszy z wnętrza draskę i krzesiwo, wrzucił je do kieszeni na przodzie skórzanej bluzy. Następnie pochwycił prochownicę i przerzucił ją sobie przez ramię. Toporek zatknął za szeroki skórzany pas.

– Co robisz? – zapytał chłopak.

Mężczyzna znów się schylił, podniósł nóż i rzucił go chłopcu.

– Weź to.

Chłopiec złapał przedmiot, z przerażeniem patrząc na zdobioną paciorkami pochwę w swojej ręce. Pozostała już tylko strzelba. Człowiek w czapce z wilczej skóry szybko sprawdził, czy jest naładowana.

– Wybacz, stary Glassie. I tak żadna z tych rzeczy na nic ci się nie przyda.

Chłopiec wyglądał na zszokowanego.

– Nie możemy zostawić go tutaj bez niczego.

Człowiek w czapce z wilczej skóry omiótł go spojrzeniem, a potem zniknął w lesie.

Ranny wpatrywał się w chłopca, który stał przez dłuższą chwilę nieruchomo, trzymając w ręku nóż – jego nóż. Wreszcie chłopak uniósł głowę. Początkowo jakby chciał coś powiedzieć, lecz tylko okręcił się na pięcie i uciekł pomiędzy sosny.

Ranny mężczyzna obserwował prześwit między drzewami, w którym zniknęli tamci. Miotał nim gniew, pochłaniał go niczym ogień igliwie sosny. Niczego na świecie nie pragnął teraz bardziej, niż chwycić ich obu za gardła i zadusić na śmierć.

Zaczął instynktownie krzyczeć, znów zapominając, że nie jest w stanie wydobyć z siebie żadnych słów, że czeka go tylko cierpienie. Podniósł się na lewym łokciu. Lekko zgiął prawe ramię, ale było zbyt słabe, by się na nim oprzeć. Ruch sprawił, że jego szyję i plecy przeszył ostry ból. Poczuł napięcie skóry pod prymitywnymi szwami. Spojrzał w dół na nogę, mocno obwiązaną zakrwawionymi strzępami starej koszuli. Nie mógł napiąć mięśni uda i zmusić nogi do funkcjonowania.

Zebrawszy wszystkie siły, przewrócił się ciężko na brzuch. Czuł, jak jeden ze szwów pęka, a świeża krew zalewa mu plecy. Ból był jednak niczym w porównaniu z napływem kolejnej fali gniewu.

Hugh Glass zaczął się czołgać.

CZĘŚĆ I

Rozdział 121 sierpnia 1823 roku

– Moja łódź z St. Louis spodziewana jest w każdej chwili, monsieur Ashley – powtórzył tęgi Francuz cierpliwym, lecz jednocześnie natarczywym tonem. – Chętnie sprzedam Kompanii Futrzarskiej Gór Skalistych cały jej ładunek, nie mogę jednak sprzedać czegoś, czego nie mam.

William H. Ashley stuknął cynowym kubkiem o nieheblowane deski stołu. Starannie przystrzyżona siwa broda nie była w stanie ukryć silnie zaciśniętych szczęk. A w jego przypadku zaciśnięte szczęki mogły oznaczać kolejny wybuch, gdyż Ashley znów musiał stawić czoło czemuś, czego nie cierpiał ponad wszystko – czekaniu.

Francuz, o niewiarygodnym imieniu i nazwisku Kiowa Brazeau, przyglądał się Ashleyowi z rosnącym zaniepokojeniem. Jego obecność w tej odciętej od świata faktorii oznaczała rzadką szansę, a Kiowa wiedział, że sensowne wykorzystanie owej znajomości może położyć podwaliny pod jego nowe przedsięwzięcie. Ashley był ważną postacią świata biznesu i polityki w St. Louis, miał wizję rozwoju handlu na Zachodzie, a jednocześnie dysponował pieniędzmi, by tę wizję zrealizować. Pieniędzmi innych ludzi, jak sam mówił. Płochliwymi pieniędzmi. Nerwowymi pieniędzmi. Pieniędzmi, które łatwo przepływają od jednego spekulanta do drugiego.

Kiowa zmrużył oczy za grubymi szkłami okularów; choć widział dość słabo, umiał czytać w ludziach.

– Jeśli okaże mi pan trochę pobłażliwości, monsieur Ashley, będę mógł panu zaproponować pewne pocieszenie podczas oczekiwania na moją łódź.

Ashley nie wydał z siebie żadnego słowa aprobaty, lecz także nie kontynuował tyrady.

– Muszę zamówić kolejne towary z St. Louis – rzekł Kiowa. – Jutro wyślę kuriera w dół rzeki, w kanu. Może przekazać pańską wiadomość dla syndykatu. Zdąży ich pan uspokoić, zanim usłyszą wszystkie plotki o klęsce pułkownika Leavenwortha.

Ashley westchnął ciężko i pociągnął solidny łyk kwaśnego piwa, rezygnując – z braku alternatywy – z dalszej rozmowy na temat ostatniego opóźnienia. Czy mu się to podoba, czy nie, rada Francuza jest rozsądna. Musi uspokoić inwestorów, nim wieści o bitwie zaczną krążyć po ulicach St. Louis.

Kiowa wyczuł jego otwartość na propozycję i kuł żelazo, póki gorące. Francuz wydobył gęsie pióro, atrament oraz pergamin, położył to wszystko przed Ashleyem i ponownie napełnił jego kubek piwem.

– Zostawię pana samego z jego obowiązkami, monsieur – powiedział, zadowolony z nadarzającej się okazji do wycofania się.

Przy słabym świetle łojowej świecy Ashley pisał aż do późnej nocy:

Fort Brazeau

nad rzeką Missouri

21 sierpnia 1823 roku

Wielmożny James D. Pickens

Pickens i Synowie

St. Louis

Szanowny Panie Pickens,

Przypadł mi w udziale przykry obowiązek poinformowania Pana o wydarzeniach, które miały miejsce w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Charakter owych wydarzeń sprawia, że nasze przedsięwzięcie nad Górną Missouri musi ulec pewnym zmianom, jakkolwiek nie zostanie zaniechane.

Jak Pan zapewne już wie, ludzie Kompanii Futrzarskiej Gór Skalistych zostali zaatakowani przez Indian Arikara po tym, jak w dobrej wierze kupili od nich sześćdziesiąt koni. Arikara zaatakowali niczym niesprowokowani, zabijając szesnastu naszych, raniąc tuzin i kradnąc konie, które – zamierzywszy oszustwo – sprzedali nam dzień wcześniej.

Wobec wspomnianej napaści zmuszony byłem wycofać się w dół rzeki, prosząc jednocześnie o pomoc pułkownika Leavenwortha oraz Armię Amerykańską, by zareagowała na ów jawny przejaw naruszenia suwerennych praw obywateli Stanów Zjednoczonych do swobodnego przekraczania Missouri. Poprosiłem również o wsparcie tych spośród naszych pracowników, którzy nie zostawili mnie samemu sobie i mimo wielkiego ryzyka przybyli tutaj z placówki w St. Union (pod przywództwem kapitana Andrew Henry’ego).

Do dnia 9 sierpnia mogliśmy już stawić czoło Arikarom, dysponując łącznie siłą 700 ludzi, w tym 200 żołnierzami regularnej armii pod dowództwem Leavenwortha (i dwiema haubicami) oraz 40 pracownikami Kompanii Futrzarskiej Gór Skalistych. Pozyskaliśmy ponadto kolejnych sprzymierzeńców (choć tylko tymczasowo) w postaci 400 wojowników z plemienia Siuksów, których wrogi stosunek do Arikarów ma jakieś podłoże historyczne, niezbyt dobrze mi znane.

Dość powiedzieć, że owe połączone siły byłyby więcej niż wystarczające do zaprowadzenia porządku, ukarania Arikarów za ich zdradę oraz ponownego otwarcia szlaku Missouri dla naszych celów. Że tak się nie stało, należy przypisać wyłącznie chwiejnemu charakterowi pułkownika Leavenwortha.

Szczegóły tego niesławnego spotkania mogą zaczekać do mojego powrotu do St. Louis; teraz wystarczy jedynie powiedzieć, że uporczywa niechęć pułkownika do współpracy z naszym pomniejszym wrogiem pozwoliła, by całe plemię Arikara wymknęło nam się z rąk, w wyniku czego doszło do zamknięcia dostępu do Missouri pomiędzy Fort Brazeau a osadami Mandanów. Gdzieś tam grasuje dziewięciuset wojowników Arikara, którzy bez wątpienia wzmocnili swe siły, mając nowe pobudki do udaremniania wszelkiej aktywności na Missouri.

Pułkownik Leavenworth powrócił do garnizonu w Ft. Atkinson, gdzie ma zamiar przezimować w ciepełku i uważnie zaplanować dalsze kroki. Ani myślę czekać na niego. W naszym przedsięwzięciu, jak Pan wie, nie można sobie pozwolić na stratę ośmiu miesięcy.

Ashley przerwał, żeby odczytać to, co napisał, niezadowolony z ponurego tonu. List przekazywał gniew zamiast dominującej cechy jego charakteru – niewzruszonego optymizmu, niezachwianej wiary we własną zdolność do odniesienia sukcesu. Bóg umieścił go w ogrodzie nieskończonej obfitości, Krainie Goszen, w której każdy człowiek mógł wieść dostatnie życie, jeśli tylko miał w sobie dość odwagi i męstwa. Słabości Ashleya, do których się przed sobą szczerze przyznawał, stanowiły drobne przeszkody, absolutnie do pokonania dzięki twórczemu połączeniu wszystkich jego mocnych stron. Ashley spodziewał się w życiu różnych problemów, ale za nic nie ścierpiałby porażki.

Musimy owo niepowodzenie obrócić na swoją korzyść, działać dalej teraz, kiedy nasi konkurenci odpoczywają. Ponieważ obszar Missouri jest niedostępny, postanowiłem wysłać na Zachód dwie grupy ludzi, każdą inną drogą. Kapitana Henry’ego skierowałem już w górę rzeki Grand. Ma za zadanie dojść najdalej jak się da, a następnie powrócić do Fort Union. Jedediah Smith poprowadzi grupę drugą wzdłuż rzeki Platte, a jego celem są wody Wielkiej Kotliny.

Z pewnością podziela Pan moją głęboką frustrację w związku ze zwłoką w naszych działaniach. Musimy teraz postępować szybko i stanowczo, aby nadrobić stracony czas. Poinstruowałem Henry’ego i Smitha, że mają nie wracać do St. Louis na wiosnę wraz ze swymi zdobyczami. Przeciwnie – to my udamy się do nich, by spotkać się gdzieś w terenie w celu wymiany skór i futer na świeże zapasy. W ten sposób zaoszczędzimy cztery miesiące i spłacimy choćby część długu. Tymczasem proponuję sformować w St. Louis nowy oddział traperów i na wiosnę wysłać go w drogę. Poprowadzę go osobiście.

Ogarek świecy prysnął łojem i wypluł smugę brudnawego, czarnego dymu. Ashley podniósł wzrok, nagle uświadamiając sobie późną porę oraz własne zmęczenie. Zanurzył gęsie pióro w inkauście i wrócił do listu, pisząc mocno i szybko, gdyż zmierzał już do zakończenia:

Zwracam się do Pana z prośbą o zakomunikowanie naszemu syndykatowi – w sposób możliwie najdobitniejszy – iż jestem absolutnie przekonany, że nasze wysiłki skazane są na sukces. Opatrzność potraktowała nas z wielką szczodrością. Nie wolno nam zawieść, musimy zebrać w sobie dość odwagi, by otrzymać słusznie należący się nam udział.

Pański wielce uniżony sługa

William H. Ashley

Dwa dni później, z St. Louis przybyła łódź Kiowy Brazeau. William Ashley zaopatrzył swych ludzi w niezbędny ekwipunek i jeszcze tego samego dnia posłał ich na zachód. Pierwsze spotkanie zaplanowano na lato roku 1824, a jego miejsce mieli przekazać posłańcy.

Nie do końca świadom wagi swych decyzji, William H. Ashley wynalazł system, który miał określić charakter całej epoki.

Rozdział 223 sierpnia 1823 roku

Jedenastu ludzi przycupnęło w obozowisku, w którym nie palono ognisk. Znajdowało się ono w cieniu niewielkiej skarpy nad rzeką Grand, ale okoliczna równina tylko w niewielkim stopniu osłaniała je przed wzrokiem niepowołanych. Ogień stanowiłby sygnał widoczny z odległości wielu mil. Ostrożność należała do najlepszych sprzymierzeńców traperów, zwłaszcza gdy obawiali się kolejnego ataku. Większość ludzi korzystała z ostatniej godziny światła dziennego, aby oporządzić broń, naprawić mokasyny albo coś zjeść. Chłopak spał od chwili, gdy zatrzymali się na postój – zmięta plątanina długich kończyn i nędznych łachmanów.

Mężczyźni skupili się w trzech lub czterech grupkach, ścieśnieni nad brzegiem rzeki; leżeli oparci o jakiś kamień bądź skryci w kępie bylicy preriowej, jak gdyby owe drobne naturalne wyniosłości mogły zapewnić im jakąkolwiek ochronę.

Panujący zwykle w takich obozowiskach ożywiony gwar tłumiła świadomość porażki poniesionej nad Missouri; drugi atak, który miał miejsce przed trzema zaledwie dniami, zdławił go zupełnie. Jeśli w ogóle ze sobą rozmawiano, to wyłącznie głosem przyciszonym i w tonie zadumy, z szacunku dla towarzyszy poległych na szlaku, omawiając niebezpieczeństwa, które ich jeszcze czekały.

– Sądzisz, że on cierpiał, Hugh? Nie mogę pozbyć się myśli, że przez cały czas bardzo się męczył.

Hugh Glass podniósł wzrok na Williama Andersona, mężczyznę, który zadał to pytanie. Zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział:

– Nie sądzę, żeby twój brat cierpiał.

– Był najstarszy. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Kentucky, to jemu rodzice kazali opiekować się mną. Mnie nic nie powiedzieli. Nie przyszłoby im to do głowy.

– Zrobiłeś dla swojego brata wszystko, co mogłeś, Will. Wiem, że to przykre, ale on nie żył już w chwili, gdy trzy dni temu ta kula go trafiła.

Z cienia nad rzeką odezwał się czyjś głos.

– Szkoda, że go od razu wtedy nie pochowaliśmy, zamiast ciągnąć dwa dni. – Mówiący usadowił się wygodniej, a w gęstniejącej ciemności jego twarz była niemal niewidoczna, z wyjątkiem czarnej brody i białej blizny. Ta biegła od kącika ust, zakrzywiając się ku dołowi niczym haczyk na ryby, i odznaczała się wyraźnie, gdyż nie rosły na niej żadne włosy – tworzyła w brodzie trwałą, złośliwą przerwę. Mówiąc, człowiek ten prawą ręką ostrzył o kamień wielki nóż do sprawiania zwierzyny, a jego słowa mieszały się z powolnym, zgrzytliwym chrobotem.

– Trzymaj gębę na kłódkę, Fitzgerald, albo przysięgam na grób brata, że wyrwę ci ten cholerny język.

– Na grób brata? Trochę nędzny ten grób, co?

Mężczyźni siedzący w zasięgu głosu nagle zamilkli, skupiając uwagę na rozmowie, zaskoczeni jej obrotem nawet ze strony Fitzgeralda.

Fitzgerald zauważył ów fakt i uznał go za zachętę.

– To przecież tylko kupa kamieni. Wydaje ci się, że on nadal tam jest i spokojnie sobie gnije? – Umilkł na chwilę, słychać było tylko zgrzyt ostrza o kamień. – Wątpliwe, moim zdaniem. – Ponownie zrobił pauzę, by zwiększyć efekt swoich kolejnych słów. – Jasne, może te kamienie nie dopuszczą mniejszych zwierzaków, ale i tak myślę, że kojoty rozwłóczyły już kawałki jego ciała po całej…

Anderson rzucił się na Fitzgeralda z rękami wyciągniętymi do przodu.

W reakcji na atak Fitzgerald podniósł wysoko jedną nogę i z pełną siłą uderzył napastnika goleniem w krocze. Anderson złożył się we dwoje, jakby niewidzialny sznur związał jego szyję i kolana. Fitzgerald walnął bezbronnego kolanem w twarz i Anderson padł na plecy.

Fitzgerald poruszał się całkiem żwawo jak na kogoś jego postury; skoczył, by przycisnąć kolanem pierś łapiącego oddech i zakrwawionego przeciwnika. Myśliwski nóż przyłożył Andersonowi do gardła.

– Chcesz dołączyć do braciszka? – Mocny nacisk ostrza sprawił, że na szyi leżącego pojawiła się cienka krwawa linia.

– Fitzgerald – odezwał się Glass tonem spokojnym, lecz kategorycznym. – Dość.

Fitzgerald uniósł wzrok. Zastanawiał się, czy nie odpowiedzieć tak, by przeciwstawić się Glassowi. Z satysfakcją obserwował krąg mężczyzn, którzy zebrali się dookoła, stając się świadkami żałosnego położenia Andersona. Lepiej ogłosić zwycięstwo, zdecydował. Glassem zajmie się kiedy indziej. Cofnął ostrze z gardła Andersona i wetknął nóż do zdobionej paciorkami pochwy przy pasie.

– Nie zaczynaj czegoś, czego nie dasz rady skończyć, Anderson. Bo następnym razem to ja skończę z tobą.

Przez krąg gapiów torował sobie drogę kapitan Andrew Henry. Złapał Fitzgeralda od tyłu i mocno nim szarpnął, przyciskając do krawędzi skarpy.

– Jeszcze jedna bójka i wylatujesz, Fitzgerald. – Wskazał odległy horyzont poza granicą obozu. – Jeżeli dysponujesz dodatkowym zapasem moczu, możesz spadać i spróbować dać sobie radę na własną rękę.

Kapitan rozejrzał się dookoła, omiatając wzrokiem pozostałych mężczyzn.

– Jutro mamy do przebycia czterdzieści mil. Marnujecie czas, zamiast spać. Kto pierwszy obejmie wartę? – Nikt nie wystąpił. Wzrok Henry’ego spoczął na chłopcu nieświadomym całego zajścia. W kilku zdecydowanych krokach zbliżył się do zmiętej postaci. – Wstawaj, Bridger.

Chłopiec podskoczył niczym wystrzelony z procy i – jeszcze oszołomiony – próbował wymacać swoją broń. Pordzewiały karabin stanowił zaliczkę na konto przyszłego wynagrodzenia, podobnie jak pożółkły róg na proch strzelniczy oraz garść krzemieni.

– Chcę, żebyś się przespacerował ze sto jardów w dół rzeki. Znajdź jakieś podwyższenie przy brzegu. Świnia, to samo, tylko w górę rzeki. Fitzgerald, Anderson – wy obejmiecie drugą straż.

Fitzgerald pełnił wartę poprzedniej nocy. Przez moment sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar zaprotestować przeciwko takiemu przydziałowi zadań. Opanował się jednak i nabzdyczony skierował ku granicy obozu. Chłopiec, wciąż zdezorientowany, co chwila potykając się o kamienie zalegające przy rzecznym wale, zniknął w kobaltowych ciemnościach, które zaczynały spowijać oddział.

Człowiek nazwany Świnią urodził się jako Phineous Gilmore na ubogiej farmie w Kentucky. Z jego przezwiskiem nie wiązała się żadna tajemnica: po prostu był ogromny i paskudny. Śmierdział tak strasznie, że wprawiał ludzi w zakłopotanie. Czując bijącą odeń ostrą woń, niektórzy zaczynali się rozglądać, szukając jej źródła, gdyż niewiarygodna wydawała im się myśl, że odór ten może wydzielać istota ludzka. Nawet traperzy, którzy do czystości nie przykładali szczególnej wagi, starali się trzymać względem Świni po zawietrznej. Podniósłszy się z wolna na nogi, Świnia przerzucił sobie strzelbę przez ramię i spokojnym krokiem ruszył w górę rzeki.

Nie zdążyła minąć godzina, nim światło dnia zgasło zupełnie. Glass przyglądał się, jak kapitan Henry wraca podminowany z kontroli straży. Szedł ostrożnie przy blasku księżyca, pomiędzy śpiącymi ludźmi, a Glass zdał sobie sprawę, że w całym obozie czuwają tylko oni dwaj. Kapitan wybrał dla siebie kawałek gruntu nieopodal Glassa i opadł swoim wielkim ciałem na ziemię, opierając się o strzelbę. Spoczynek przyniósł ulgę jego zmęczonym stopom, nie uwolnił go jednak od presji, którą odczuwał najdotkliwiej.

– Chcę, żebyś poszedł jutro na zwiady razem z Blackiem Harrisem – powiedział.

Glass podniósł wzrok, zawiedziony, że nie może poddać się kuszącym objęciom Morfeusza.

– Znajdźcie coś, co można upolować, najlepiej pod wieczór. Zaryzykujemy rozpalenie ogniska. – Henry mówił przyciszonym głosem, jakby się spowiadał. – Przed nami jeszcze bardzo długa droga, Hugh. – Wszystko w kapitanie wskazywało, że ma ochotę chwilę pogadać. Glass sięgnął po swoją strzelbę. Skoro nie było mu dane zasnąć, to może lepiej zająć się bronią. Tego popołudnia, podczas przekraczania rzeki, zalał ją wodą, teraz więc zamierzał potraktować spust świeżym smarem.

– Na początku grudnia zrobi się już bardzo zimno – ciągnął kapitan. – Będziemy potrzebowali dwóch tygodni na zrobienie zapasów mięsa. Jeśli do października nie dotrzemy do Yellowstone, jesienią niewiele upolujemy.

O ile nawet kapitan przeżywał w głębi duszy katusze zwątpienia, o tyle jego władcza postawa w żaden sposób tego nie zdradzała. Przez szeroką pierś i ramiona okryte bluzą z jeleniej skóry biegła frędzlasta skórzana taśma, wskazując na jego poprzedni zawód górnika, wydobywającego rudę ołowiu w okręgu Sainte Genevieve w stanie Missouri. Wąski w talii, za gruby skórzany pas zatykał dwa pistolety oraz wielki nóż. Nosił irchowe bryczesy do kolan, niżej obwiązane czerwoną wełną. Spodnie kapitana, uszyte na miarę specjalnie w St. Louis, dobitnie świadczyły o życiu wiedzionym w dzikich ostępach. Naturalna zwierzęca skóra zapewniała jego ciału doskonałą ochronę, lecz jej częsty kontakt z wilgocią sprawił, że stała się ciężka i zimna. Dla odmiany wełna schła szybko i nawet mokra zatrzymywała ciepło.

Wprawdzie ów oddział, któremu Henry przewodził, stanowił zwykłą ludzką zbieraninę, czerpał on jednak odrobinę satysfakcji z faktu, że nazywano go tu „kapitanem”. Rzecz jasna Henry zdawał sobie sprawę, że to tylko pozory. Jego grupa traperów nie miała nic wspólnego z wojskiem; w ogóle wykazywała raczej mało respektu dla jakiejkolwiek instytucji. Niemniej Henry jako jedyny spośród nich przemierzył, polując, tereny Three Forks. Sam tytuł znaczył może niewiele, istotą sprawy były jego życiowe doświadczenia.

Kapitan umilkł, czekając na potwierdzenie ze strony Glassa. Ten podniósł wzrok znad strzelby. Uczynił to tylko na krótką chwilę, ponieważ rozkręcił był właśnie elegancko wyprofilowaną osłonkę, która kryła podwójny spust broni. W złączonych dłoniach trzymał ostrożnie dwie śrubki, obawiając się, że może je w tych ciemnościach gdzieś zgubić.

Jednak dla Henry’ego spojrzenie to okazało się wystarczającą zachętą do kontynuowania przemowy.

– Opowiadałem ci kiedyś o Drouillardzie?

– Nie, kapitanie.

– Wiesz, kto to był?

– George Drouillard z Ekspedycji Lewisa i Clarka?

Henry skinął głową.

– Jeden z najlepszych ludzi Lewisa i Clarka, zwiadowca i myśliwy. W tysiąc osiemset dziewiątym roku zaciągnął się do oddziału pod moją komendą, chociaż tak naprawdę to on tam dowodził, zmierzającego do Three Forks. Mieliśmy stu ludzi, ale tylko Drouillard i Colter byli tam już wcześniej.

Nałapaliśmy bobrów jak mrówek. Nawet nie trzeba było zastawiać na nie sideł, wystarczyła pałka. Ale od razu napytaliśmy sobie biedy ze strony Czarnych Stóp. Nie minęły dwa tygodnie, a zabili pięciu naszych. Musieliśmy się ufortyfikować, nie można było wysyłać grupek traperów.

Drouillard wytrzymał z nami w tym bezruchu jakiś tydzień, po czym oświadczył, że ma dość siedzenia na tyłku. Nazajutrz wyruszył w drogę, a po tygodniu wrócił, przywożąc dwadzieścia bobrowych skór.

Glass słuchał kapitana bardzo uważnie. Każdy mieszkaniec St. Louis znał jedną z wersji opowieści o Drouillardzie, lecz Glass nigdy nie słyszał jej z ust naocznego świadka.

– Postąpił w ten sposób dwukrotnie, wyjeżdżał i wracał z naręczem skórek bobrowych. Gdy opuszczał nas za trzecim razem, powiedział: „Do trzech razy sztuka”. Pół godziny później usłyszeliśmy dwa wystrzały – jeden z jego strzelby, a drugi z jego rewolweru. Tym drugim zabił własnego konia, żeby się za nim schować. Tak go znaleźliśmy – za koniem. Pomiędzy znajdowało się ze dwadzieścia indiańskich strzał. Czarne Stopy pozostawiły strzały na miejscu jako wiadomość dla nas. A jego nieźle porąbali – odcięli mu głowę.

Kapitan zrobił przerwę i zaostrzonym patykiem przejechał po ziemi przed sobą.

– Ciągle o nim myślę.

Glass szukał jakichś słów wsparcia. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, kapitan zapytał:

– Jak długo jeszcze, twoim zdaniem, ta rzeka będzie płynąć na zachód?

Glass, teraz skupiony, szukał wzrokiem oczu kapitana.

– Wkrótce zaczniemy posuwać się szybciej, kapitanie. Przez jakiś czas możemy iść wzdłuż rzeki Grand. Wiemy, że Yellowstone leży na północny zachód stąd. – Prawdę mówiąc, Glass odczuwał pewne istotne wątpliwości co do osoby kapitana. Pech wisiał nad nim niczym obłok dymu nad ogniskiem.

– Masz rację – powiedział kapitan, a potem powtórzył to raz jeszcze, jakby chcąc przekonać samego siebie. – Oczywiście, masz rację.

Przemawiały przez niego niepokój i obawa, gdyż kapitan Henry wiedział o geografii Gór Skalistych mniej więcej tyle, ile wszyscy inni biali ludzie. Także Glass, mieszkaniec równin, choć doświadczony, nigdy nie postawił stopy na terenach Górnej Missouri. A jednak Henry usłyszał w głosie Glassa coś, co go uspokoiło. Mówiono mu kiedyś, że w młodości Glass był marynarzem. Powiadano nawet, że został więźniem pirata Jeana Lafitte’a. Być może to właśnie lata spędzone na bezmiarze oceanu sprawiły, że teraz czuł się tak pewnie w monotonnym krajobrazie równin między St. Louis a Górami Skalistymi.

– Będziemy mieć szczęście, jeśli Czarne Stopy nie wycięły w pień wszystkich w Fort Union. Ci, których tam zostawiłem, nie należą do najlepszych. – Kapitan znów oddał się typowemu dlań utyskiwaniu. I tak bez końca, długo przez noc. Glass wiedział, że jedyne, co musi robić, to słuchać. Od czasu do czasu podnosił wzrok i chrząkał, przede wszystkim skupiony na czyszczeniu broni.

Strzelba Glassa stanowiła jedyną w jego życiu ekstrawagancję; smarując tłuszczem sprężynowy mechanizm czułego spustu, robił to z delikatnością, którą inni mężczyźni rezerwują dla żony lub dziecka. Był to tak zwany karabin strzałkowy z Kentucky, marki Anstadt, wyprodukowany – jak większość ówczesnej wspaniałej broni palnej – przez niemieckich rzemieślników z Pensylwanii. Ośmiokątna lufa miała u nasady inskrypcję z nazwiskiem swego wytwórcy: „Jacob Anstadt” oraz miejscem produkcji: „Kutztown, Pensylwania”. Lufa była krótka, mierzyła jedynie około trzydziestu sześciu cali. Typowe strzelby z Kentucky były dłuższe, lufy niektórych osiągały aż pięćdziesiąt cali. Glass wolał mniejszą broń, ponieważ była lżejsza, a lżejszą przecież łatwiej nieść. W rzadkich okazjach, gdy podróżował konno, przekonywał się, że krótszą strzelbą łatwiej jest też operować z siodła. Poza tym wyprodukowana z wielką znajomością rzeczy broń Anstadta charakteryzowała się śmiercionośną celnością, nawet bez dłuższej lufy. Celność tę zwiększał dodatkowo czuły spust; wystrzał następował przy bardzo delikatnym pociągnięciu. Naładowana do pełni dwustoma ziarnami czarnego prochu, strzelba marki Anstadt zdolna była wyrzucić pocisk kalibru .53 na odległość prawie 200 jardów.

Doświadczenia wyniesione z życia na zachodnich równinach nauczyły Glassa, że różnica między życiem a śmiercią jest często wypadkową sprawności jego broni. Rzecz jasna również większość ludzi w oddziale dysponowała solidnym uzbrojeniem, lecz tylko jego anstadt odznaczał się eleganckim pięknem.

Piękno to nie umknęło uwagi pozostałych mężczyzn; pytano Glassa często, czy wolno potrzymać jego strzelbę. Wykładana twardym jak żelazo drewnem orzechowym kolba zakrzywiała się elegancko w okolicy nadgarstka, była jednak na tyle solidna, by przyjąć odrzut wystrzału z pełnego załadunku. Z jednej jej strony mieściła się krosownica na naboje, z drugiej podwyższenie dla osłony policzka. Strzelba przyjemnie obracała się przy kolbie, przylegała więc do ramienia tak, jakby sama była kończyną strzelca. Kolba miała barwę bardzo głębokiego brązu, tylko o jeden odcień jaśniejszego od czerni. Słojowania jej drewna nie było widać nawet z bliska, jednakże przy uważniejszych oględzinach nieregularne linie zdawały się wirować, ożywając pod przetartym ludzkimi dłońmi werniksem.

Ostatnim przejawem folgowania czystemu pięknu były metalowe akcesoria, wykonane ze srebra, nie zaś – jak zwykle – z mosiądzu, zdobiące trzewik kolby, krosownicę, osłonkę spustu oraz sam spust, a także wypukłe wykończenia na obu końcówkach wycioru. Wielu traperów dla ozdoby wbijało w kolby swoich strzelb mosiężne ćwieki. Glassowi nie mieściło się w głowie, by mógł w ten sposób oszpecić swego anstadta.

Zadowolony, że broń działa już bez zarzutu, Glass umieścił osłonkę spustu z powrotem w ruchomej tulei i przykręcił obie śruby, które ją przytrzymywały. Do panewki pod zapalnikiem dosypał prochu, upewniając się, że broń jest gotowa do strzału.

Zdał sobie nagle sprawę, że w obozie panuje cisza, i ze zdziwieniem stwierdził, że kapitan przestał mówić. Glass spojrzał ku centralnej części obozu. Kapitan spał, a jego ciałem od czasu do czasu wstrząsały dreszcze. Po drugiej stronie, przy samej granicy obozu, spoczywał Anderson wsparty o drewniany kloc, dryfujący wcześniej po rzece. Ponad uspokajającym szeptem wody nie unosił się żaden dźwięk.

Nagle ciszę rozerwał ostry odgłos strzału ze skałkówki. Dobiegł znad dolnego biegu rzeki – tam, gdzie tkwił ów chłopak, Jim Bridger. Śpiący mężczyźni zgodnie zerwali się na równe nogi, przestraszeni i zdezorientowani, szukając w ciemnościach broni i osłony. Od strony wody gnała ku obozowisku ciemna postać. Tuż obok Glassa wstał raptownie Anderson, jednocześnie unosząc strzelbę. Glass chwycił swego anstadta; gnająca ku nim postać nabrała kształtu dopiero jakieś czterdzieści jardów przed granicą obozu. Anderson wycelował broń, lecz przed naciśnięciem spustu zawahał się na mgnienie oka. Glass, w tymże ułamku sekundy, wsunął anstadta Andersonowi pod pachę i podbił lufę jego broni do góry, ku niebu, w chwili gdy proch eksplodował.

Usłyszawszy strzał, pędząca postać zamarła w biegu; znajdowała się teraz na tyle blisko, że można już było dostrzec szeroko otwarte, zdumione oczy i falującą pierś. Był to Bridger.

– Prze… Prze… moja… – Jąkał się w panice, jakby sparaliżowany.

– Co się stało, Bridger? – zapytał ostro kapitan, patrząc ponad chłopcem gdzieś w dal, w kierunku pogrążonej w mroku rzeki. Traperzy uformowali tymczasem obronny półokrąg, stając plecami do rzecznego wału. Większość z nich przyjęła pozycję strzelecką, klękając na jedno kolano i unosząc broń.

– Przepraszam, panie kapitanie. Nie chciałem, żeby wystrzeliła. Usłyszałem jakiś dźwięk, szuranie w zaroślach. Wstałem, a wtedy chyba kurek się obsunął. I wystrzeliło.

– Sądzę, że raczej zasnąłeś. – Fitzgerald obniżył broń i wstał z kolan. – Teraz każdy dureń w promieniu pięciu mil łatwo do nas trafi.

Bridger chciał coś powiedzieć, ale na próżno szukał odpowiednich słów, by wyrazić głębię swojego zawstydzenia i żalu. Stał z otwartymi ustami, patrząc z przerażeniem na otaczających go mężczyzn.

Glass wystąpił do przodu i wyjął z rąk Bridgera jego samopał. Ustawił karabin w pozycji pionowej i pociągnął za spust, blokując kciukiem kurek, zanim krzesiwo uderzyło o draskę. Powtórzył tę czynność raz jeszcze.

– To się do niczego nie nadaje, kapitanie. Proszę mu dać jakąś porządną strzelbę, a będzie mniej problemów podczas pełnienia warty. – Kilku mężczyzn skinęło potakująco głowami.

Kapitan spojrzał najpierw na Glassa, potem na Bridgera, i powiedział:

– Anderson, Fitzgerald, wasza kolej. – Dwaj wymienieni udali się na pozycje, jeden w górę, a drugi w dół rzeki.

Lecz straże nie były potrzebne. W ciągu tych kilku godzin, które zostały do świtu, nikt już nie zasnął.

Rozdział 324 sierpnia 1823 roku

Hugh Glass patrzył w dół na nachodzące na siebie tropy, głęboko odciśnięte w miękkim mule, wyraźne niczym litery w gazecie. Przy brzegu rzeki, gdzie zapewne przychodziły do wodopoju jelenie, zaczynały biec dwie odrębne grupy śladów, po czym znikały w gęstych zaroślach wikliny. Wskutek nieustannej aktywności bobrów powstała tu ścieżka uczęszczana teraz przez rozmaitą zwierzynę. Obok niej zalegały całe stosy odchodów; Glass pochylił się i dotknął kuleczek wielkości grochu – wciąż ciepłych.

Spojrzał na zachód, gdzie słońce nadal wisiało wysoko ponad płaskowyżem wyznaczającym horyzont. Uznał, że zajdzie za jakieś trzy godziny. Jest więc jeszcze dość wcześnie, a kapitan wraz z resztą oddziału powinni dogonić go za godzinę. A poza tym to idealne miejsce na obóz. Rzeka zakręcała tu łagodnie wokół naturalnej przeszkody, tworząc żwirowy brzeg. Za wikliną widać było zagajnik topól, który mógł stanowić osłonę dla ognisk oraz źródło drewna na opał. Gałęzie wikliny natomiast nadawały się świetnie do wykorzystania przy budowie rusztowań do suszenia mięsa. Wśród zarośli Glass zauważył rozsiane tu i ówdzie śliwy – niezły fart. Z połączenia zmielonych owoców i mięsa mogą otrzymać pemikan. Omiótł spojrzeniem rzekę. „Gdzie jest Black Harris?”

W hierarchii wyzwań, przed którymi codziennie stawali traperzy, najbardziej palącym było zdobywanie pożywienia. Podobnie jak w każdym innym przypadku, wymagało to zmysłu równoważenia korzyści i ryzyka. Traperzy nie transportowali prawie żadnych zapasów żywności, zwłaszcza od chwili zejścia z łodzi pływającej po Missouri i po pieszej wędrówce w górę rzeki Grand. Nieliczni wciąż mieli trochę herbaty czy cukru, większości jednak musiał wystarczyć mieszek soli do konserwowania mięsa. Na obszarach wokół Grand dzikiej zwierzyny było w bród, ludzie ci mogli więc spożywać świeże mięso co wieczór. Ale polowanie oznaczało konieczność użycia broni palnej, której odgłos niósł się na wiele mil, ujawniając pozycję strzelca wszystkim nieprzyjaciołom w zasięgu słuchu.

Od chwili, gdy wyruszyli znad Missouri, trzymali się ustalonej procedury. Codziennie oddział poprzedzało dwóch zwiadowców. Przez pewien czas ich trasa była niezmienna – po prostu podążali wzdłuż rzeki Grand. Do głównych zadań zwiadowców należało lokalizowanie Indian w celu ich obejścia, wybór miejsc na obozowisko oraz poszukiwanie pożywienia. Co kilka dni zabijali kilka sztuk zwierzyny.

Zastrzeliwszy jelenia albo cielę bizona, zwiadowcy przygotowywali obozowisko jeszcze przed zmrokiem. Patroszyli zdobycz, zbierali drewno na opał, rozpalali dwa lub trzy niewielkie ogniska w wąskich, prostokątnych jamach. Kilka mniejszych ognisk dawało w sumie mniej dymu niż jedno wielkie, zapewniając ponadto więcej miejsca do wędzenia mięsa i znaczniejsze źródło ciepła. Gdyby nieprzyjaciel ujrzał je nocą, uległby złudzeniu, że ma przed sobą o wiele liczniejszą gromadę.

Gdy ogień już płonął, zwiadowcy rozbierali zwierzynę, wycinając najlepsze kąski dla siebie i konsumując je na miejscu. Potem kroili mięso na cienkie pasy. Za pomocą gałęzi wikliny konstruowali proste suszarki, nacierali mięso odrobiną soli i zawieszali tuż nad płomieniem. W stałym obozie przygotowywano by suszone mięso w inny sposób, wymagający schnięcia przez wiele miesięcy. Ta metoda pozwalała przechowywać żywność przez parę dni, czyli wystarczająco długo, by odnowić zapasy świeżego pokarmu.

Glass wyszedł z wiklinowych zarośli wprost na niewielką polanę, szukając wzrokiem jelenia. Był pewien, że zwierzę musi być już bardzo blisko.

Najpierw ujrzał młode, samicy nie dostrzegł. Parka toczyła się w jego stronę, popiskując niczym rozbawione szczeniaki. Urodziły się na wiosnę, a teraz, po pięciu miesiącach, musiały ważyć po sto funtów. Lekko kąsały się wzajemnie, skręcając w kierunku Glassa, i przez ułamek sekundy scena ta wydała mu się wręcz komiczna. Sparaliżowany widokiem wirujących niedźwiadków nie patrzył na drugi koniec polany, jakieś pięćdziesiąt jardów dalej. Nie uświadamiał sobie również nieuniknionych implikacji płynących z faktu ich obecności.

I nagle zrozumiał. Poczuł gwałtowny ucisk w żołądku, a zaraz potem przez polanę przetoczył się pierwszy dudniący pomruk. Z lekkim poślizgiem młode zatrzymały się w odległości niecałych trzech jardów od Glassa. Nie zwracając już na nie uwagi, wpatrywał się w linię zarośli po drugiej stronie polany.

Wiedział, jak jest ogromna, zanim ją jeszcze zobaczył. Nie tyle na podstawie trzasku grubych gałęzi, które pękały niczym słomki, gdy niedźwiedzica posuwała się do przodu, co samego jej ryku, głębokiego jak grzmot na niebie albo łoskot walącego się drzewa – tak basowy ton mógł wydobywać się tylko z gigantycznego cielska.

Ryk osiągnął apogeum w chwili, gdy samica wkroczyła na polanę. Czarne oczy wbiła w Glassa, łeb trzymając nisko nad ziemią, i analizowała obcy zapach, który mieszał się teraz z wonią jej młodych. Biła od niej determinacja, wielkie ciało było napięte i gotowe do skoku niczym ogromna sprężyna. Glassa zadziwiła potężna muskulatura zwierzęcia; grube kloce przednich łap przechodziły w masywne barki, ponad którymi wyrastał srebrzysty garb, oznaka przynależności do klanu grizzlich.

Glass z całych sił starał się panować nad swoimi reakcjami i zastanawiał się gorączkowo, jakie ma szanse. Instynkt, rzecz jasna, nakazywał mu ucieczkę. Z powrotem w zarośla. Do rzeki. Może uda mu się zanurkować i spłynąć wraz z prądem. Ale niedźwiedzica znajdowała się już zbyt blisko, jakieś trzydzieści jardów od niego. Oczy mężczyzny desperacko szukały jakiejś topoli, na którą mógłby się wspiąć; może wówczas znalazłby się poza jej zasięgiem i stamtąd by strzelił. Nie, drzewa są za plecami zwierzęcia. A wiklina nie zapewni odpowiedniej ochrony. Jego możliwości wyboru skurczyły się do jednej: stać i strzelać. Jedyną szansę na powstrzymanie niedźwiedzicy dawała mu strzelba marki Anstadt kalibru .53.

Grizzly ruszył do ataku, rycząc ze skoncentrowaną nienawiścią rozwścieczonej matki lękającej się o potomstwo. Znów pod wpływem instynktu Glass omal się nie odwrócił i rzucił do ucieczki. Jednak jej daremność była aż nadto oczywista, gdyż niedźwiedzica poruszała się z piorunującą szybkością. Glass odwiódł kurek i podniósł anstadta, w niemym przerażeniu wpatrując się w widoczne w szczerbinie zwierzę, które umiało być jednocześnie ogromne i zwinne. Zwalczył kolejny odruch – by wypalić natychmiast. Glass widział kiedyś grizzly, które wciąż żyły, choć postrzelono je kilkunastoma kulami. A on miał tylko jeden strzał.

Całym sobą starał się mierzyć w podskakujący łeb samicy, ale nie mógł wycelować. W odległości dziesięciu kroków grizzly wstał na tylne łapy. Górował o trzy stopy nad Glassem, obracając się, aby wykonać szeroki zamach swymi śmiercionośnymi łapami. Mężczyzna odruchowo wycelował w serce niedźwiedzicy i pociągnął za spust.

Krzemień zaiskrzył o panewkę anstadta, powodując wystrzał i napełniając powietrze dymem oraz zapachem eksplodującego czarnego prochu. Grizzly wydał z siebie ryk, gdy kula przebiła mu pierś, ale nie zwolnił ataku. Glass rzucił strzelbę, teraz już nieprzydatną, i sięgnął po nóż, wiszący w pochwie przy pasku. Niedźwiedź machnął łapą, a Glassa przeszył paskudny ból, gdy sześciocalowe pazury zwierzęcia zagłębiły się w mięśnie jego prawego ramienia, barku i szyi. Cios powalił go na plecy. Nóż wypadł mu z ręki, a on sam zaczął wściekle odpychać się od ziemi nogami, na darmo szukając schronienia wśród zarośli.

Grizzly opadł na cztery łapy i stanął nad człowiekiem. Ten zwinął się w kłębek, desperacko pragnąc osłonić twarz i pierś. Niedźwiedzica wgryzła się w jego kark i podniosła przeciwnika z ziemi, potrząsając tak mocno, że Glass się bał, iż pęknie mu kręgosłup. Czuł, jak zęby zwierzęcia miażdżą mu kości łopatki. Szorujące po jego ciele łapy rozdzierały skórę na głowie i mięśnie pleców. Glass krzyczał w udręce. Zwierzę nagle puściło go, po czym zatopiło mu zęby głęboko w udzie i znów nim potrząsnęło, podniosło i rzuciło o ziemię z taką siłą, że po prostu padł i znieruchomiał – przytomny, niezdolny jednak do dalszego oporu.

Leżał na plecach, wpatrując się w niebo. Grizzly stanął nad nim na tylnych łapach. Przerażenie i ból minęły, zastąpione przez pełen lęku zachwyt nad potęgą zwierzęcia. Niedźwiedź wydał z siebie ostatni ryk, który odbił się w umyśle Glassa bardzo odległym echem. Zdawał sobie sprawę z rozmiarów kolosa, który zawisł nad nim. Wilgotny zapach futra samicy przytłoczył wszystkie pozostałe zmysły. „Co się stało?” Jego umysł szukał odpowiedzi, aż znalazł obraz żółtego psa liżącego twarz chłopca na drewnianej werandzie chaty.

Wiszące nad nim rozjaśnione słońcem niebo stało się czernią.

Black Harris usłyszał wystrzał, niedaleko, tuż za zakolem rzeki, i pomyślał z nadzieją, że Glass ustrzelił jelenia. Poruszał się szybko, lecz cicho, świadom, że strzał karabinowy może oznaczać wiele rzeczy. Usłyszawszy ryk niedźwiedzia, rzucił się biegiem. Wtedy rozległ się krzyk Glassa.

W zaroślach wikliny Harris znalazł zarówno tropy jeleni, jak i ślady pozostawione przez człowieka. Patrzył na ścieżkę wytyczoną przez bobry i skupiony nasłuchiwał. Ponad przyciszonym szemraniem rzeki nie unosił się żaden dźwięk. Harris podniósł strzelbę z biodra, trzymając kciuk na kurku, a palec wskazujący na spuście. Szybko obrzucił wzrokiem pistolet przy pasie i upewnił się, że jest gotowy do strzału. Następnie wszedł w wiklinę, ostrożnie stawiając nogi obute w mokasyny; patrzył uważnie przed siebie. W ciszy rozległy się popiskiwania niedźwiadków.

Na skraju polany Black Harris zatrzymał się i przyglądał rozgrywającej się przed nim scenie. Ogromny grizzly leżał bezwładnie na brzuchu; oczy miał otwarte i martwe. Jedno z młodych stało na tylnych łapkach, przyciskając nos do ciała samicy, w daremnym oczekiwaniu oznak życia. Drugi niedźwiadek grzebał za czymś w ziemi, szarpiąc to coś zębami. Harris zdał sobie nagle sprawę, że jest to ludzkie ramię. Glass. Uniósł strzelbę i strzelił do bliższego z niedźwiadków, a ten padł bez czucia. Jego brat popędził w kierunku topól i zniknął. Zanim ruszył do przodu, Harris ponownie załadował broń.

Gdy kapitan Henry i pozostali członkowie oddziału usłyszeli dwa strzały, pobiegli w górę rzeki. Pierwszy wystrzał nie zaniepokoił kapitana, drugi już tak. Pierwszego się spodziewano – Glass albo Harris zgodnie z planem polują na dziką zwierzynę. Dwa strzały jeden po drugim też nie byłyby niczym nadzwyczajnym. Dwójka polujących razem myśliwych mogła mieć przed sobą więcej niż jeden cel albo też spudłowała za pierwszym razem. Ale oba strzały dzielił kilkuminutowy odstęp. Kapitan miał nadzieję, że myśliwi po prostu polowali każdy na własną rękę. Może jeden służył za nagonkę dla drugiego. Albo może mieli tyle szczęścia, że natknęli się na bizony. Zdarzało się, że bizony stały nieporuszone, nie reagując na trzask broni, pozwalając myśliwemu przeładować i wybrać sobie kolejny cel.

– Trzymać się razem – rozkazał. – Sprawdzić broń.

Po raz trzeci, na odcinku liczącym sto kroków Bridger sprawdził swą nową strzelbę, którą podarował mu Will Anderson. „Mój brat już jej nie potrzebuje” – powiedział tylko.

Na polanie Black Harris patrzył na ciało niedźwiedzicy. Wystawało spod niego ramię Glassa. Harris rozejrzał się, po czym położył strzelbę na ziemi i próbując przesunąć martwe zwierzę, szarpnął je za przednią łapę. Dyszał ciężko, lecz wreszcie udało mu się przemieścić niedźwiedzicę na tyle, by wyłoniła się głowa Glassa: krwawa plątanina włosów i skóry. Jezu Chryste! Pracował gorączkowo, walcząc z własnym strachem przed tym, co może jeszcze znaleźć.

Przeniósł się na drugą stronę niedźwiedzia, przemieściwszy się bezpośrednio przez jego grzbiet, i pochwycił przednią łapę; ciągnął za nią, wspierając się kolanami o cielsko i wykorzystując je jako dźwignię. Po kilku próbach udało mu się zsunąć przód ciała zwierzęcia tak, że kolos leżał jakby zgięty w pasie. Potem kilkukrotnie pociągnął za tylną łapę. Ostatni wysiłek i niedźwiedź przewrócił się ciężko na grzbiet. Ciało Glassa było wolne. Na piersi samicy Black Harris zauważył zakrzepłą krew w miejscu, gdzie Glass zdążył ją postrzelić.

Uklęknął koło niego niepewny, co ma teraz robić. Nie chodziło o brak doświadczenia w postępowaniu z rannymi. Harris usuwał już wcześniej strzały i kule z ciał trzech mężczyzn, dwukrotnie sam został postrzelony.

Nigdy jednak nie widział człowieka w tak opłakanym stanie, bezpośrednio po ataku. Ciało Glassa było całe w strzępach, od stóp do głowy. Zdarta skóra zwisała z jednej strony jego czaszki; Harris potrzebował nieco czasu, by rozróżnić poszczególne elementy twarzy rannego. W najgorszym stanie znajdowało się gardło. Pazury grizzly wycięły w nim trzy głębokie, wyraźne bruzdy zaczynające się w okolicach barku i przechodzące przez całą szyję. Jeszcze cal i rozdarłyby tętnicę szyjną Glassa. Tak czy owak gardło było rozprute, mięśnie rozcięte, przełyk odsłonięty. Niedźwiedzica przecięła też tchawicę mężczyzny; przerażony Harris obserwował tworzącą się na jego oczach wielką bańkę krwi wydostającą się z rany. Była to pierwsza pewna oznaka, że Glass żyje.

Delikatnie obrócił go na bok, żeby przyjrzeć się plecom. Z bawełnianej koszuli nie pozostało nic. Z głębokich kłutych ran karku i barków sączyła się krew. Prawe ramię opadało pod nienaturalnym kątem. Między środkiem pleców a lędźwiami wściekłe pazury niedźwiedzia pozostawiły głębokie, równoległe nacięcia. Przypominały Harrisowi znaki, jakie grizzly umieszczają na pniach drzew, zaznaczając w ten sposób swoje terytorium – tyle że tym razem widział je wyryte nie w drewnie, lecz w żywym ciele. Z tylnej części uda Glassa przez zamszowe bryczesy ciekła krew.

Harris nie miał pojęcia, od czego zacząć, i poczuł niemal ulgę na widok rany gardła, która sprawiała wrażenie śmiertelnej. Przeciągnął Glassa o kilka jardów na miejsce porosłe trawą i ocienione, po czym odwrócił go na plecy. Ignorując wychodzące z gardła bąble, skupił się na głowie. Glass zasługiwał przynajmniej na to, by umrzeć godnie, ze skórą na głowie. Harris nabrał wody z manierki, próbując zmyć jak najwięcej brudu. Naciągnął skórę na czaszkę rannego, przyciskając ją do jego czoła i zatykając za ucho. Była tak luźna, że ta operacja przypominała nakładanie kapelusza na łysinę. Przyszyje się ją później, o ile Glass przeżyje.

Harris usłyszał jakiś odgłos w zaroślach i sięgnął po pistolet. Na polanę wszedł kapitan Henry. Pozostali mężczyźni otoczyli ich ponurym kręgiem, przerzucając wzrok z Glassa na niedźwiedzicę, z Harrisa na martwe młode.

Kapitan omiótł uważnym spojrzeniem polanę, dziwnie odrętwiały, podczas gdy jego umysł analizował scenę w perspektywie jego własnych minionych doświadczeń. Potrząsnął głową i przez chwilę jego oczy, zwykle o ostrym wejrzeniu, wydawały się rozbiegane.

– Nie żyje?

– Jeszcze żyje. Ale jest rozszarpany. Ma rozciętą tchawicę.

– Zabił samicę?

Harris skinął głową.

– Znalazłem ją martwą, na nim. Kula trafiła ją w serce.

– Ale trochę za późno, co? – odezwał się Fitzgerald.

Kapitan uklęknął przy Glassie. Brudnymi palcami pogmerał w rozdartym gardle, z którego przy każdym oddechu wciąż wychodziły bąbelki powietrza. Ranny oddychał z coraz większym trudem, z jego piersi dobywało się teraz niegłośne rzężenie.

– Niech ktoś mi przyniesie czysty opatrunek i trochę wody. I whiskey, gdyby się ocknął.

Bridger wystąpił do przodu i zaczął przeszukiwać niewielką sakwę, którą nosił na plecach. Wyciągnął z niej wełnianą koszulę i podał Henry’emu.

– Proszę, kapitanie.

Kapitan się zawahał, nie wiedząc, czy powinien wziąć koszulę chłopaka. W końcu chwycił ją i podarł szorstką tkaninę na pasy. Zawartość manierki wylał na rozharatane gardło. Zmytą krew szybko zastąpiła nowa, obficie sącząca się z rany. Glass zaczął się dławić i kaszleć. Jego powieki zadrżały, oczy otwarły się szeroko, jakby w panice.

W pierwszym momencie odniósł wrażenie, że tonie. Ponownie zakaszlał, gdy organizm starał się pozbyć krwi z gardła i płuc. Przez chwilę skupił wzrok na Henrym, w chwili gdy kapitan przewracał go na bok. W tej pozycji Glass zdołał jeszcze wziąć dwa oddechy, nim ogarnęła go fala mdłości. Zwymiotował, czując potworny ból w gardle. Instynktownie sięgnął rękoma ku szyi. Prawe ramię miał niesprawne, ale palcami lewej dłoni wyczuł ziejącą ranę. Zalało go przerażenie i panika. Powiódł po otaczających go twarzach dzikim wzrokiem, szukając w nich pocieszenia. Dostrzegł coś wręcz przeciwnego – przykre potwierdzenie swoich obaw.

Próbował coś powiedzieć, ale z jego gardła nie mógł dobyć się żaden dźwięk poza upiornym jękiem. Chciał wstać, podpierając się łokciami. Henry przycisnął go do ziemi i wlał mu do ust trochę whiskey. Dotychczasowy ból gardła przeszedł w nieznośne pieczenie. Glassem wstrząsnął ostatni spazm i znów stracił przytomność.

– Trzeba go opatrzyć, dopóki nie wie, co się z nim dzieje. Przygotuj więcej pasów, Bridger.

Chłopak zaczął drzeć koszulę na długie kawałki. Pozostali mężczyźni przyglądali się z powagą, stojąc dokoła niczym żałobnicy niosący trumnę.

Kapitan uniósł głowę.

– Wszyscy do roboty. Harris, wybierz się na zwiady po okolicy, szerokim kręgiem. Upewnij się, czy te strzały nie przyciągnęły czyjejś uwagi. Niech ktoś pilnuje ognisk, drewno musi pozostać suche, nie trzeba nam tu cholernych sygnałów dymnych. I poćwiartujcie to zwierzę.

Mężczyźni się rozeszli, a kapitan znów zajął się rannym. Wziął od Bridgera skrawek tkaniny i obwiązał nim szyję Glassa tak mocno, jak tylko śmiał. Czynność tę powtórzył dwukrotnie, z dwoma kolejnymi opatrunkami. Krew natychmiast się przez nie przesączyła. Kolejnym pasmem obandażował głowę Glassa, niezdarnie usiłując przytrzymać skórę na czaszce. Tu także rany mocno krwawiły, kapitan użył więc wody i koszuli, by wytrzeć krew zalewającą Glassowi oczy. Bridgera wysłał po wodę do rzeki w celu uzupełnienia zapasu w manierce.

Gdy tamten wrócił, wspólnie przewrócili Glassa na drugi bok. Bridger przytrzymywał rannego, starając się, by jego twarz nie dotykała ziemi, a kapitan Henry badał mu plecy. Zalewał wodą miejsca, gdzie niedźwiedź wbił pazury. Choć rany te były głębokie, krwawiły tylko nieznacznie. W odróżnieniu od pięciu równoległych nacięć wyrytych łapą samicy. Dwa z nich szczególnie głęboko wpiły się w plecy Glassa; krew lała się intensywnie, widać też było mięśnie. Ziemia zmieszała się z krwią, kapitan znów musiał posłużyć się wodą z manierki. Oczyszczone rany zdawały się krwawić jeszcze mocniej, Henry pozostawił je więc w spokoju. Wyciął z koszuli dwa długie pasy, owinął nimi ciało Glassa i mocno związał. Nie pomogło. Plecy ciągle zalewały się krwią.

Kapitan przerwał na chwilę i zastanawiał się.

– Te głębsze rany trzeba zszyć, bo wykrwawi się na śmierć.

– A co z jego gardłem?

– Też powinienem je zszyć, ale przy takiej jatce nie wiem, od czego zacząć. – Henry poszperał w swojej torbie myśliwskiej i wyjął z niej grubą czarną nić i wielką igłę.

Grube palce kapitana okazały się zadziwiająco zwinne, gdy przewlekał nić przez ucho igielne i wiązał na jej końcu supełek. Bridger zaciskał brzegi najgłębszej rany i z fascynacją obserwował, jak Henry przebija igłą skórę Glassa. Gdy cztery szwy połączyły skórę w środkowej części rany, kapitan zakończył ścieg. Spośród pięciu ran pozostawionych przez niedźwiedzie pazury na plecach Glassa, dwie były na tyle głębokie, że wymagały szycia. W obu przypadkach Henry nie zadał sobie trudu, by zszyć rany na całej długości. Po prostu połączył skórę pośrodku ran, ale krwawienie i tak się zmniejszyło.

– A teraz przyjrzyjmy się jego szyi.

Przewrócili Glassa na plecy. Mimo prymitywnych bandaży z gardła wciąż wydobywały się bańki i charkot. Pod rozdartą skórą Henry widział śnieżnobiałą chrząstkę krtani i tchawicę. Obecność baniek wskazywała, że tchawica została przecięta bądź zmiażdżona, nie miał jednak zielonego pojęcia, jak to naprawić. Zawiesił dłoń nad ustami Glassa, czekając na powiew oddechu.

– Co pan zamierza zrobić, kapitanie?

Kapitan zawiązał nowy supełek na końcu nici.